Dumanowski - Wit Szostak - ebook + audiobook + książka

Dumanowski audiobook

Wit Szostak

4,2

Opis

Adam Mickiewicz jako biskup krakowski wykłada literaturę słowiańską, Juliusz Słowacki jest wybitnym finansistą i ministrem skarbu, obaj zaś jako niespełnieni poeci nie wydają swoich dzieł. Przyjaźnią się z legendarnym bohaterem narodowym Józafatem Dumanowskim. Prezydent i mąż stanu uwielbiany przez mieszkańców Republiki Krakowskiej, dziennikarz, dandys, weteran, namiętny kochanek i pustelnik pozostaje dla swych rodaków tajemnicą. Łże-biografia Dumanowski to wyimki z jego licznych biografii, fragmenty tekstów prasowych, plotki, legendy, pieśni i domysły. Z tej mozaiki układa się niejednoznaczny i wewnętrznie niespójny obraz bohatera, który żył sto dwadzieścia trzy lata, rodząc się i umierając w wolnej Polsce. Jego dzieje są więc historią Polski pod zaborami, ale historią opowiedzianą na nowo.

Dumanowski jest alternatywną opowieścią nie tylko o polskiej historii, ale przede wszystkim alternatywną mitologią narodową: próbą przyjrzenia się, co w naszych mitach jest niezmienne, a co przelotne i przypadkowe. Wit Szostak dekonstruuje nasze mity narodowe, z subtelnym humorem i czułą ironią kreśli opowieść o codziennym zmaganiu się z sobą, niespełnieniu, przemijaniu i rozpadzie porządku, który przestaje być potrzebny

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 31 min

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
4,2 (52 oceny)
24
17
6
5
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DanielK7878789

Nie oderwiesz się od lektury

Trochę historii, więcej fikcji historycznej razem z metahistorycznym rozbijaniem mitów - ale głównie fanfaronada i zabawa opowieścią. Ogólnie polecam.
10
comnieboli

Z braku laku…

Ratuje tę pozycję lektor
00
tomaszamek

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00
espequer

Całkiem niezła

Ach ten nasz Wit kochany chimeryczny. Raz genialnie, raz fatalnie. Tutaj niestety pomylił się i strzelił kulą w płot. Nie wiem po co ta książka. 5/10, w skromnych porywach 6.
00
ewafraczyk

Dobrze spędzony czas

Historical fiction z podtekstami, symbolami, odniesieniami lub bez, zależne od czytelnika. Piękny język, świetne pióro, znakomita zabawa historią. Ostrożnie polecam. Nie każdy ulegnie urokowi tej opowieści.
00



Wit Szostak Dumanowski ISBN: 978-83-64384-89-9 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2010-2018 by Wit Szostak Copyright © 2018 by Powergraph Copyright © 2018 for the cover by Patrycja Podkościelny Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce: Patrycja Podkościelny Projekt graficzny i opracowanie: Rafał Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

[1]

Wszyst­kie opi­sane tu histo­rie wyda­rzyły się naprawdę, choć nieco ina­czej; co jed­nych może napeł­nić rado­ścią, a innych nie­wy­sło­wio­nym żalem.

[2]

Kiedy umarł, pła­kali wszy­scy, choć każdy z innego powodu.

Pła­kał naród, który utra­cił wiel­kiego męża stanu; pła­kali nie­liczni krewni, z tru­dem przez łzy rekon­stru­ując wąt­pliwe pokre­wień­stwo; pła­kali dawni przy­ja­ciele, wytę­ża­jąc swą star­czą pamięć w poszu­ki­wa­niu cieni wspól­nie spę­dzo­nych chwil; pła­kały pra­wnuki jego zna­jo­mych, zdzi­wione, że odszedł ten, który od wielu lat żył już tylko w legen­dzie; pła­kały kra­kow­skie świ­te­zianki, od poko­leń noszące pod ser­cem cie­płe wspo­mnie­nia jego dobroci; pła­kały wdowy obda­rzone nie­gdyś jego wzglę­dami, a także doro­słe dzieci owych wdów; pła­kali wszy­scy wyznawcy mitycz­nego herosa Józa­fata i jego boha­ter­skich czy­nów; pła­kali dłuż­nicy i wie­rzy­ciele; pła­kali mini­stro­wie, pła­kał pre­zy­dent, pła­kali gene­ra­ło­wie i puł­kow­nicy; pła­kał pro­sty lud, ocie­ra­jąc łzy wśród listo­pa­do­wych mgieł; pła­kali bio­gra­fo­wie; pła­kał cały Kra­ków i cała Pol­ska; pła­kała osie­ro­cona Repu­blika.

[3]

Józa­fat Duma­now­ski zmarł ran­kiem 12 listo­pada.

Wit Chod­ni­kie­wicz, jego sekre­tarz i opie­kun, zamknął wszyst­kie drzwi w pałacu, odpra­wił służbę i sam zajął się zwło­kami swego umi­ło­wa­nego pana. Zdjął mokrą od śmier­tel­nego potu koszulę, roz­ry­wa­jąc deli­katny mate­riał, i obmył gąbką to wiot­kie ciało, które tyle razy pie­lę­gno­wał przez ostat­nie lata. Mył zwłoki ostroż­nie, jakby oba­wiał się, że cienka niczym bibułka skóra pęk­nie pod jego doty­kiem. Obmy­wał liczne bli­zny na ciele Duma­now­skiego, w tym tę naj­śwież­szą, po kuli zama­chowca, która prze­szła na wylot pew­nego majo­wego popo­łu­dnia, i tę naj­star­szą, którą od dzie­ciń­stwa nosił na łydce jako pamiątkę po uką­sze­niu psa. Wit Chod­ni­kie­wicz nie pła­kał, nie roz­pa­czał, tylko robił to, co uwa­żał za swój obo­wią­zek. Kiedy wylał wodę z mied­nicy, ubrał ciało Duma­now­skiego w gra­na­towy mun­dur naczel­nika i uło­żył zwłoki w tru­mien­nej pozy­cji. Po wszyst­kim spu­ścił na okna sypialni cięż­kie kotary i zastygł w bez­ru­chu na krze­śle obok wiel­kiego łoża.

Byli sami w wiel­kim pałacu, z zewnątrz docho­dziło tylko kra­ka­nie gaw­ro­nów. Chod­ni­kie­wicz trwał przy zwło­kach, wspo­mi­na­jąc swą czter­dzie­sto­let­nią służbę. Myśli wolno krą­żyły pomię­dzy minio­nymi wyda­rze­niami. A postać Duma­now­skiego tra­ciła kon­tury w tych wspo­mnie­niach, z wyra­zi­stych obra­zów pozo­sta­wały tylko strzępy impre­sji. Chod­ni­kie­wicz sie­dział w sku­pie­niu przez dłu­gie godziny. Póź­nym popo­łu­dniem zszedł do kuchni, pro­wo­ku­jąc swymi kro­kami zasty­głą wokoło ciszę, i sam, przy stole dla służby, zjadł kromkę razo­wego chleba. Popił wodą, po czym wró­cił do sypialni swego pana i dalej trwał na twar­dym krze­śle, w pół­mroku przy­glą­da­jąc się zasty­ga­ją­cym zwło­kom.

Dopiero kiedy słońce zaszło, wstał ciężko i ruszył do gabi­netu, gdzie znaj­do­wał się jedyny w całym pałacu tele­fon. Zakrę­cił korbką, zażą­dał połą­cze­nia z pre­zy­den­tem Repu­bliki Kra­kow­skiej, Janem Kan­tym Fede­ro­wi­czem, i zako­mu­ni­ko­wał, że Józa­fat Duma­now­ski nie żyje.

[4]

Józa­fat Duma­now­ski zapadł w pogodny sen, który prze­pro­wa­dził go do kra­iny umar­łych, zaraz po tym, jak Wit Chod­ni­kie­wicz obwie­ścił mu rado­sną nowinę o odro­dze­niu Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. Był 11 listo­pada i do krze­szo­wic­kiego pałacu zadzwo­nił z War­szawy sam mar­sza­łek Pił­sud­ski, który kie­dyś przez wiele mie­sięcy tam się ukry­wał, pro­wa­dząc z Duma­now­skim dłu­gie i męczące ich oby­dwu roz­mowy o Pol­sce.

To stąd wyru­szył pocią­giem do Kra­kowa, a potem do War­szawy, by sta­nąć na czele wyzwo­lo­nej Ojczy­zny. Wiózł ze sobą bło­go­sła­wień­stwo Ojca Repu­bliki, Józa­fata Duma­now­skiego.

[5]

Nikt nie zna ostat­nich słów, które wypo­wie­dział Józa­fat Duma­now­ski. Jedyny świa­dek jego kona­nia znik­nął tuż po pogrze­bie i zapewne prawda ni­gdy nie ujrzy świa­tła dzien­nego. Wedle jed­nych Duma­now­ski miał powie­dzieć: „Czuję, jak­bym budził się ze snu”; wedle innych: „A jed­nak!”; wedle jesz­cze innych Duma­now­ski wyszep­tał zdzi­wiony: „A zatem już?”; naj­czę­ściej jed­nak powta­rzane było zda­nie: „Teraz wszystko będzie jak daw­niej”.

Każda z tych nie­po­twier­dzo­nych wer­sji obro­sła już w dzie­siątki inter­pre­ta­cji, a ich egze­geci potra­fią o ukry­tych zna­cze­niach i sym­bo­lice tych pro­stych słów dys­ku­to­wać godzi­nami. Cokol­wiek powie­dział na progu śmierci Józa­fat Duma­now­ski, na pewno nie mogło to wyra­zić prawdy jego życia, które roz­cią­gnęło się na sto dwa­dzie­ścia trzy lata.

[6]

Płaczki przy­szły dru­giego dnia o poranku, pro­wa­dzone nie­omyl­nym węchem sta­rych kobiet, które wyczu­wają zawi­sa­jącą w powie­trzu śmierć. W czar­nych chu­s­tach wspi­nały się do pałacu przez opa­dły z liści park, przy­by­wa­jąc z mia­steczka i oko­licz­nych wsi. Wtedy zwłoki Józa­fata Duma­now­skiego wysta­wione już były na okry­tym aksa­mi­tem kata­falku w opu­sto­sza­łej sali balo­wej. Płacz­kom pod­sta­wiono krze­sła i roz­po­częły się lamen­ta­cje pogrze­bowe, przed­chrze­ści­jań­skie dziady wypła­ki­wane moc­nymi gło­sami kobiet, które wie­działy, co zna­czy śmierć.

Wit Chod­ni­kie­wicz, oddzie­lony od tego teatrum tuzi­nem gru­bych drzwi, sie­dział w gabi­ne­cie swego pana i przy­ja­ciela, odbie­ra­jąc wez­braną rzekę tele­fo­nów.

[7]

Tego samego ranka pod główne wej­ście krze­szo­wic­kiego pałacu zaje­chał wóz, na któ­rym leżała przy­kryta bre­zen­tem jasna skrzy­nia z nie­he­blo­wa­nych desek. Z wozu zesko­czyli mil­czący męż­czyźni w czar­nych płasz­czach i wnie­śli skrzy­nię do wnę­trza pałacu.

Tam ocze­ki­wał na nich Wit Chod­ni­kie­wicz, który kazał zanieść paku­nek do sali balo­wej. Kiedy wyjęto gwoź­dzie, zdjęto wieko i boki skrzyni opa­dły na posadzkę, wszy­scy zoba­czyli, że w środku znaj­duje się otu­lona tro­ci­nami szklana trumna. Chod­ni­kie­wicz wie­dział, że Pałac Repu­bliki zamó­wił ją wiele lat temu w Murano, nie­długo po rezy­gna­cji Józa­fata Duma­now­skiego z funk­cji pre­zy­denta. Od tam­tej pory, skryta w piw­ni­cach daw­nej sie­dziby Ojca Repu­bliki, krysz­ta­łowa trumna cze­kała na dzień, w któ­rym wyda on ostat­nie tchnie­nie.

Chod­ni­kie­wicz rozu­miał tę zapo­bie­gli­wość, lecz nie mógł się powstrzy­mać od uwagi pod adre­sem tra­ga­rzy:

— A więc cze­ka­li­ście jak sępy na jego śmierć…

— Panie kochany, co też pan mówi! — ode­zwał się naj­star­szy z nich, mnąc w dło­niach czapkę. — Prze­cież myśmy myśleli, że pre­zy­dent Duma­now­ski już dawno nie żyje. A tu takie nie­szczę­ście…

[8]

Ciało Ojca Repu­bliki prze­ło­żono do krysz­ta­ło­wej trumny, nakry­wa­jąc je prze­źro­czy­stym wie­kiem. Wit Chod­ni­kie­wicz, który przy­glą­dał się tym czyn­no­ściom w mil­cze­niu, poczuł pod ser­cem ukłu­cie, w chwili gdy sar­ko­fag został domknięty. Poczuł, że tafla szkła oddala go od Duma­now­skiego, że już ni­gdy go nie spo­tka. Pod­szedł, by po raz ostatni poło­żyć dłoń na jego dłoni, ale czy­sta jak krysz­tał szyba powstrzy­mała ten gest. Cof­nął rękę jak opa­rzony i odszedł szyb­kim kro­kiem.

[9]

Następ­nego dnia o poranku prze­wie­ziono ciało pre­zy­denta do Kra­kowa. Naj­pierw uro­czy­sty kon­dukt odpro­wa­dził kara­wan z trumną na sta­cję kole­jową w Krze­szo­wi­cach. Tam prze­nie­siono trumnę na spe­cjal­nie przy­go­to­waną plat­formę, gdzie spo­częła oto­czona wień­cami z bia­łych kalii. Pociąg ruszył powoli, a na tra­sie jego prze­jazdu zebrała się oko­liczna lud­ność, ubrana na czarno i śpie­wa­jąca żałobne pie­śni. Kobiety wspie­rały się na sil­nych ramio­nach mężów, dzieci szu­kały rąk matek. Cały naród pła­kał po Ojcu Repu­bliki. Pociąg wolno prze­je­chał przez sta­cje w Ruda­wie, Zabie­rzo­wie, Mydl­ni­kach i Łob­zo­wie, aż wto­czył się na pierw­szy peron kra­kow­skiego dworca. Tam na trumnę cze­kały wła­dze Kra­kowa, ubrani odświęt­nie mini­stro­wie z pre­zy­den­tem Janem Kan­tym Fede­ro­wi­czem na czele, który mimo chłod­nego dnia przy­był na dwo­rzec w samym tylko uro­czy­stym fraku, prze­pa­sany błę­kitną Wstęgą Repu­bliki, zmar­z­nięty i smutny.

Nie­mal wszy­scy uczest­ni­czący w tej smut­nej cere­mo­nii dygni­ta­rze prze­zię­bili się i z tru­dem uczest­ni­czyli w póź­niej­szych uro­czy­sto­ściach, co chwila wsty­dli­wie sią­ka­jąc czer­wone nosy i prze­ry­wa­jąc ata­kami kaszlu prze­mó­wie­nia i fune­ralne rytu­ały.

[10]

Trumnę z cia­łem Józa­fata Duma­now­skiego wysta­wiono w westy­bulu Pałacu Repu­bliki, by każdy kra­ko­wia­nin i Polak mógł oddać hołd temu wiel­kiemu czło­wie­kowi. Na placu Repu­bliki usta­wiła się długa kolejka, która się­gała aż do Bar­ba­kanu. Ludzie w niej sto­jący roz­ma­wiali, wspo­mi­nali, cyto­wali frag­menty mów pre­zy­denta Duma­now­skiego. Matki opo­wia­dały dzie­ciom o tym nie­zwy­kłym czło­wieku, babki wspo­mi­nały lata jego dłu­giej pre­zy­den­tury.

Wzdłuż kolejki zaczęli się usta­wiać han­dla­rze kocami, sprze­dawcy bułek i wędzo­nych ryb, dla piel­grzy­mów roz­sta­wiono na Plan­tach wiel­kie namioty, a kra­ko­wia­nie chęt­nie pro­po­no­wali przy­jezd­nym noc­leg w swo­ich domach.

Tym­cza­sem w mie­ście trwały przy­go­to­wa­nia do uro­czy­stego pogrzebu.

[11]

To nie był naj­lep­szy czas na uro­czy­ste pogrzeby, ale trudno było ocze­ki­wać, że sędziwy sta­rzec wstrzyma się ze śmier­cią jesz­cze przez jakiś czas. Byłoby nato­miast korzyst­niej, szep­tali kra­ko­wia­nie, gdyby Józa­fat Duma­now­ski zakoń­czył swój i tak długi żywot przed księ­cio­bój­czym czy­nem Gaw­riły Prin­zipa. Wtedy byłaby jakaś nadzieja, że na egze­kwiach Ojca Repu­bliki poja­wią się władcy całej Europy.

Jed­nak w listo­pa­dzie roku 1918 Europa miała inne pro­blemy niż pogrzeb starca, który przed pół­wie­czem trium­fal­nie wje­chał do Kra­kowa, pro­kla­mu­jąc nieco gro­te­skową Repu­blikę. Dla­tego zamiast zagra­nicz­nych dele­ga­cji do Kra­kowa spły­wały depe­sze z uspra­wie­dli­wie­niami nie­obec­no­ści. Lista ocze­ki­wa­nych pod Wawe­lem gości kur­czyła się z godziny na godzinę, dla­tego nie od rze­czy był pomysł, by prze­kształ­cić cere­mo­nię w mani­fe­sta­cję patrio­tyczną, która u progu pol­skiej nie­pod­le­gło­ści stwo­rzy trwały sym­bol wol­no­ści.

Wycią­gnięto więc ze stry­chów, kufrów i skry­tek pod pod­ło­gami nad­gry­zione przez mole sztan­dary, roze­słano wici do wszyst­kich żyją­cych wete­ra­nów powstań i zry­wów, cero­wano pach­nące naf­ta­liną mun­dury. Wszystko to zapo­wia­dało, że kon­dukt podą­ża­jący za szklaną trumną ze zwło­kami Józa­fata Duma­now­skiego będzie wyglą­dał jak marsz wid­mo­wych rot, które powstały ze swych zbio­ro­wych mogił, by oddać cześć sędzi­wemu patrio­cie.

[12]

Józa­fat Duma­now­ski żył na tyle długo, by móc objąć pamię­cią liczne zmiany, które prze­obra­ziły Kra­ków w XIX wieku. Za jego życia wybu­rzono śre­dnio­wieczne mury, w ich miej­scu wyty­czono alejki spa­ce­rowe i posa­dzono drzewa oraz krzewy; zbu­rzono też kilka zruj­no­wa­nych kościo­łów, do któ­rych Józa­fat cho­dził w cza­sach swej mło­do­ści, a po któ­rych zostały w mie­ście jasne place; zasy­pano sta­ro­rze­cze Wisły, nie­gdyś oddzie­la­ją­cej Kazi­mierz od Kra­kowa, i wyty­czono tam jedną z naj­bar­dziej oka­za­łych miej­skich arte­rii; zbu­do­wano Nowe Mia­sto, które swą potęgą i wiel­ko­ścią przy­ćmiło przy­cza­jony nie­opo­dal śre­dnio­wieczny gród; powsta­wały budowle i nowe dziel­nice, na ulice wyje­chały kolo­rowe tram­waje, któ­rych sieć pokryła Kra­ków niczym paję­czyna; przy­łą­czono dawne przed­mie­ścia, nie­mal pię­cio­krot­nie zwięk­sza­jąc powierzch­nię mia­sta; zbu­do­wano elek­trow­nię, miej­skie wodo­ciągi, koleją połą­czono Kra­ków z naj­więk­szymi mia­stami Europy.

A nad tymi wszyst­kimi zmia­nami, które mozol­nie prze­kształ­cały mia­sto przez całe stu­le­cie, czu­wał Józa­fat Duma­now­ski, ze swej wie­ko­wej per­spek­tywy ogar­nia­jąc pro­cesy, które zazwy­czaj umy­kają zwy­kłym ludziom.

Mógł się czuć jak przed­wieczny bóg, który widzi naro­dziny gór i ich póź­niej­sze kru­sze­nie; czy tak czuł się w rze­czy­wi­sto­ści Józa­fat Duma­now­ski, tego nie wie­dział nawet Wit Chod­ni­kie­wicz, o któ­rym mówiono, że wie o Ojcu Repu­bliki wszystko.

[13]

Za życia Józa­fata Duma­now­skiego Kra­ków był czę­ścią wol­nej Pol­ski, potem wol­nym mia­stem, poda­ro­wa­nym Pola­kom przez zabor­ców na otar­cie łez, następ­nie sto­licą Księ­stwa Kra­kow­skiego, rzą­dzo­nego ary­sto­kra­tyczną ręką księ­cia Adama Czar­to­ry­skiego, wresz­cie sto­licą Repu­bliki Kra­kow­skiej, na któ­rej czele przez trzy dekady stał sam Józa­fat Duma­now­ski, by w końcu znów powró­cić do odra­dza­ją­cej się po Wiel­kiej Woj­nie Rze­czy­po­spo­li­tej.

Kolejne dekady i zmiany prze­pły­wały jak nurt leni­wej rzeki, a mimo nich trwał Józa­fat Duma­now­ski. Który Kra­ków był mu naj­bliż­szy, w jakim Kra­ko­wie czuł się jak w domu? Być może Wit Chod­ni­kie­wicz znał odpo­wiedź na to pyta­nie, ale zacho­wał tę tajem­nicę dla sie­bie.

[14]

Wszy­scy w Kra­ko­wie pamię­tali, co wyda­rzyło się w lecie roku 1861, kiedy Józa­fat Duma­now­ski powró­cił trium­fal­nie z wie­lo­let­niego wygna­nia, by ogło­sić kra­ko­wia­nom Repu­blikę. Jeśli nawet zapo­mnieli, nie zapo­mniały książki i stare kro­niki. A ci, co pamię­tali, prze­ka­zali to swoim dzie­ciom i wnu­kom.

Duma­now­ski wje­chał do Kra­kowa witany przez miesz­czan, dla któ­rych był żyją­cym w ukry­ciu boha­te­rem i wybawcą. Spo­koj­nie pozdra­wiał tłumy i wraz z mło­dymi rewo­lu­cjo­ni­stami, któ­rzy go ota­czali, ruszył do Ratu­sza. Tam cze­kali już rajcy miej­scy, stło­czeni wraz z Sena­tem Księ­stwa.

Obra­do­wali przez kilka godzin, a zgro­ma­dzeni na pły­cie Rynku kra­ko­wia­nie prze­po­wia­dali wyniki roz­mów, śle­dząc grę cieni, które prze­su­wały się za mio­do­wymi szyb­kami sali obrad. Słońce już zaszło, lecz tłum na Rynku nie roz­cho­dził się. Każdy czuł, że uczest­ni­czy w czymś donio­słym, tylko nie wie­dział, co to takiego jest. Ale sama atmos­fera prze­si­le­nia wystar­czała. Rze­mieśl­nicy nie wra­cali do swych domów, godząc się z tym, że następ­nego dnia nie zdo­łają otwo­rzyć swych warsz­ta­tów. Kupcy mach­nęli ręką na przy­szły dzień pracy i tak po kolei wszy­scy zgro­ma­dzeni wybrali obec­ność w miej­scu, gdzie rodziła się histo­ria. Gdzieś za ich ple­cami zostały nie­za­ła­twione sprawy, cze­ka­jące żony i dzieci, gdzieś poza Ryn­kiem toczyło się nie­czułe na prze­łomy dzie­jów życie.

[15]

Wresz­cie otwarły się drzwi bal­konu ratu­szo­wego i sta­nął w nich Józa­fat Duma­now­ski w gra­na­to­wym mun­du­rze naczel­nika, bły­ska­jąc mosięż­nymi guzi­kami. Za nim tło­czyli się rewo­lu­cjo­ni­ści, rajcy i sena­to­ro­wie, wszy­scy zmę­czeni, ale zara­zem spo­kojni i rado­śni. Duma­now­ski pozdro­wił tłumy i z uczu­ciem triumfu rozej­rzał się po wypeł­nio­nym szczel­nie placu.

— Oby­wa­tele! — zaczął, a jego głos niósł się dźwięcz­nie. — Mamy Repu­blikę! Niech żyje Repu­blika Kra­kow­ska!

Tłum zaczął wiwa­to­wać, w górę wystrze­liły czapki, ludzie kla­skali i zaczy­nali śpie­wać patrio­tyczne pie­śni. Ale Józa­fat Duma­now­ski uci­szył kra­ko­wian jed­nym gestem i wszy­scy zamil­kli.

Wtedy musiał poczuć, że ma wła­dzę. Stał przez chwilę uśmiech­nięty, jakby chciał ogar­nąć wszyst­kich zebra­nych ludzi. I prze­mó­wił spo­koj­nie, bez krzyku. Mówił, że Kra­ków jest nie­wielki i naj­praw­do­po­dob­niej nie ode­gra żad­nej roli w dzie­jach Europy. Ale jest silny swo­imi oby­wa­te­lami. Jest repu­bliką, w któ­rej wszy­scy oby­wa­tele się znają, dla­tego mogą poczuć tę więź wspól­noty, bez któ­rej praw­dziwa repu­blika jest nie­moż­liwa.

— Wszy­scy czu­jemy, że na naszych oczach wyda­rza się coś nie­zwy­kłego. Nasz dom staje się naprawdę domem, możemy poczuć za niego odpo­wie­dzial­ność i zbu­do­wać wokół niego praw­dziwą wspól­notę. Losy Kra­kowa nie są nam obo­jętne, bo sami cho­dzimy po uli­cach tego mia­sta i wiemy, co to zna­czy wspólna sprawa. Może Repu­blika Kra­kow­ska jest naj­mniej­szą repu­bliką na świe­cie. Ale może wła­śnie dla­tego ma szanse stać się praw­dziwą repu­bliką, rze­czą wspólną wszyst­kich oby­wa­teli! — zakoń­czył.

Wiwa­tom nie było końca. Józa­fat Duma­now­ski oparł się o kamienną balu­stradę i oddy­chał ciężko. Ni­gdy tak nie prze­ma­wiał, ni­gdy nie mówił do ludzi. Sam nie wie­dział, co się z nim dzieje. Wie­lo­krot­nie potem powta­rzał, że nie pamięta ani jed­nego słowa z tam­tego prze­mó­wie­nia. Same na niego spły­nęły, kiedy zoba­czył morze twa­rzy, które wpa­try­wały się w niego i ocze­ki­wały, by zabrał głos.

[16]

Kiedy tłum ucichł, dwaj sena­to­ro­wie pod­nie­śli w górę ręce Duma­now­skiego.

— Mamy Repu­blikę i mamy pre­zy­denta Repu­bliki! — zakrzyk­nęli.

— Wiwat Duma­now­ski! Wiwat pre­zy­dent! — odpo­wie­dział tłum.

I tak zaczęła się dla Kra­kowa nowa epoka, a jej ojcem został nie­ocze­ki­wa­nie dla sie­bie Józa­fat Duma­now­ski, który nie tak dawno porzu­cił swoje skromne obo­wiązki naczel­nika sta­cji i dając się uwieść mło­dym rewo­lu­cjo­ni­stom, wje­chał do mia­sta na bia­łym rumaku.

Tam­tego dnia Kra­ków nie spał. Ludzie bawili się do rana, a o wscho­dzie Słońca poszli do swych warsz­ta­tów, do swych stra­ga­nów i urzę­dów, by zająć się wła­snymi spra­wami. Taki dzień ni­gdy nie powtó­rzył się w tym mie­ście.

[17]

Prze­mó­wie­nie z sierp­nio­wej nocy prze­szło do histo­rii i było pierw­szym z wielu podob­nych, z któ­rymi Józa­fat Duma­now­ski zwra­cał się do oby­wa­teli. A ratu­szowy bal­kon był pierw­szym z bal­konów, z któ­rych prze­ma­wiał. Odkąd odkrył, jakim nar­ko­ty­kiem jest moc uwo­dze­nia tłumu, chęt­nie wygła­szał orę­dzia, odczy­ty­wał oświad­cze­nia i skła­dał życze­nia. W Pałacu Repu­bliki kazał zbu­do­wać oka­zały bal­kon, z któ­rego czę­sto korzy­stał w cza­sie uro­czy­sto­ści pań­stwo­wych. Liczył też, że jesz­cze kie­dyś spły­nie na niego łaska podobna do tej z owej sierp­nio­wej nocy: że będzie mówił do ludzi słowa, któ­rych sam nie uło­żył, a one będą się przez niego prze­le­wać.

Tamta chwila ni­gdy jed­nak nie powró­ciła. Scho­wał ją więc do ziel­nika swej pamięci i choć zaglą­dał do niego czę­sto, chwila uschła, pożół­kła i w końcu stra­ciła barwy. Po latach wydała mu się nawet cał­kiem zwy­czajna i jedyne, co zapa­mię­tał, to prze­raź­liwe napię­cie pęche­rza, któ­rego potrze­bom nie wypa­dało ulżyć przez kilka godzin.

[18]

Jeden z bio­gra­fów Józa­fata Duma­now­skiego, obda­rzony intu­icją i fan­ta­zją, acz pozba­wiony nie­stety nie­zbęd­nej w tej pracy skru­pu­lat­no­ści i cier­pli­wo­ści Kaje­tan Kogucki, tak opi­sy­wał postać Ojca Repu­bliki:

„Był wysoki, choć zara­zem niski; potężny, ale też na swój spo­sób drobny; przy­stojny, choć daleko mu było do pięk­nych rysów; ujmu­jący, ale zara­zem szorstki; kul­tu­ralny wobec dam, ale też potra­fiący rzu­cić gru­bym sło­wem; grun­tow­nie wykształ­cony, acz pro­sty w sądach; obda­rzony cha­ry­zmą, która wybi­jała go ponad prze­cięt­ność, ale też dzięki swej zwy­czaj­no­ści posia­da­jący szcze­gólny dar znik­nię­cia w tłu­mie. Taki wła­śnie był Józa­fat Duma­now­ski”.

Tę jakże trafną i zwię­złą cha­rak­te­ry­stykę Kaje­tan Kogucki zano­to­wał we wstę­pie do swego dwu­to­mo­wego dzieła, zaty­tu­ło­wa­nego bez­pre­ten­sjo­nal­nie Ojciec Repu­bliki, jakim go zna­łem.

[19]

Józa­fat Duma­now­ski kilka dni po prze­mó­wie­niu z ratu­szo­wego bal­konu został uro­czy­ście zaprzy­się­żony na pre­zy­denta Repu­bliki Kra­kow­skiej. Odtąd Senat wybie­rał go na tę funk­cję jesz­cze sześć razy; rzą­dził Repu­bliką ponad trzy­dzie­ści lat i odszedł na wła­sne życze­nie. W tym cza­sie oże­nił się, owdo­wiał i prze­kro­czył setny rok życia. Nikt nie mówił o nim ina­czej jak „Ojciec Repu­bliki”, choć on po cichu żało­wał, że nie ma już wśród żywych ludzi, któ­rzy zwra­cali się do niego „Józa­fa­cie drogi!”. Tych bra­ko­wało mu naj­bar­dziej.

[20]

Pewien kupiec zapy­tał raz Józa­fata Duma­now­skiego:

— Panie pre­zy­den­cie, gdzie jest Pol­ska?

— Tutaj — odparł Duma­now­ski.

— Gdzie tutaj?

— Tutaj — powtó­rzył zmę­czony pre­zy­dent Repu­bliki.

[21]

W jed­nej z naj­star­szych pra­cowni foto­gra­ficz­nych w Kra­ko­wie, zaj­mu­ją­cej skromne biuro w ofi­cy­nie kamie­nicy przy ulicy Zie­lo­nej, zacho­wały się trzy por­trety Józa­fata Duma­now­skiego. Kolejne poko­le­nia pra­cu­ją­cej tam rodziny Hoch­ste­inów, które swoim synom nada­wały nie­odmien­nie imię Zyg­munt, co kil­ka­dzie­siąt lat utrwa­lały zmie­nia­jące się obli­cze Duma­now­skiego. Foto­gra­fie te wyróż­niają się spo­śród wielu, które robiono Ojcu Repu­bliki. Jest w nich artyzm i pie­tyzm daw­nych zdjęć, które nie tylko poka­zują upo­zo­waną do por­tretu twarz, ale potra­fią odsło­nić dno ludz­kiej duszy. Każdy z por­tre­tów poka­zuje innego Duma­now­skiego, ale jest też wyko­nany ręką innego arty­sty.

[22]

Pewien szlach­cic przez rok zabie­gał o spo­tka­nie z Duma­now­skim. Kiedy wresz­cie dostał pismo z Kan­ce­la­rii Pre­zy­denta, że Ojciec Repu­bliki może go przy­jąć, wystroił się w oka­zały kon­tusz po swym dziadku, zało­żył spło­wiałą kon­fe­de­ratkę po pra­dziadku, do pasa słuc­kiego po prapra­dziadku przy­piął sza­blę po teściu i ruszył do pałacu. Długo szedł przez mar­mu­rowe kory­ta­rze, na któ­rych końcu w wiel­kim fotelu sie­dział zmę­czony pre­zy­dent. Szlach­cic pokło­nił się Duma­now­skiemu i zadał jedno pyta­nie, które drę­czyło go od lat:

— Kiedy będzie Pol­ska?

Pre­zy­dent Repu­bliki pod­niósł na niego wzrok i odpo­wie­dział spo­koj­nie:

— A kiedy wać­pan sobie życzy?

Szlach­cic pokło­nił się i odszedł, zasmu­cony.

[23]

Na pierw­szym por­tre­cie, wyko­na­nym przez Zyg­munta Hoch­ste­ina Pierw­szego w latach trzy­dzie­stych, widać mło­dego i śmia­łego mini­stra w gabi­ne­cie księ­cia Czar­to­ry­skiego. Józa­fat Duma­now­ski odziany jest w dwu­rzę­dowy sur­dut, zapięty pod samą szyję. Dłu­gie włosy zacze­sane ma do góry i patrzy hardo w obiek­tyw. Na pierw­szy rzut oka widać w nim ufnego w swoją moc dan­dysa. Jed­nak por­tret, wyko­nany jesz­cze w tech­nice dage­ro­typu, ma swoje dru­gie dno. Duma­now­ski z każ­dym spoj­rze­niem widza staje się coraz bar­dziej samotny i smutny. Wyzy­wa­jące spoj­rze­nie maskuje jego bez­rad­ność, którą widać w nie­zdar­nym uło­że­niu rąk i zaci­śnię­tych ustach. Każda kolejna chwila spę­dzona przed por­tretem pozwala stwier­dzić, że to ten drugi Duma­now­ski jest praw­dziwy.

[24]

W Święto Repu­bliki pre­zy­dent zgo­dził się przy­jąć dele­ga­cję uczniów z Kie­lec­czy­zny, przy­pro­wa­dzo­nych przed jego zatro­skane obli­cze przez szarą, ale ide­ową nauczy­cielkę. Duma­now­ski przy­jął bukiet świę­to­krzy­skich kwia­tów, które zdą­żyły nieco przy­więd­nąć, wytrzę­sione w powo­zie, uca­ło­wał w czoło ubrane w galowe mun­durki dzieci, a na końcu ze skrę­po­wa­niem podźwi­gnął z kolan nauczy­cielkę, która upa­dła przed nim i zaczęła cało­wać jego dłoń. Kiedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, ta kobieta, która dla wiej­skiej dzia­twy poświę­ciła wszystko, która pota­jem­nie nauczała chłop­skich synów pol­skich pie­śni patrio­tycz­nych, zapy­tała:

— Panie pre­zy­den­cie, jaka będzie ta Pol­ska?

— Na miarę naszych moż­li­wo­ści, droga pani, na miarę moż­li­wo­ści — odparł, po czym kazał swemu sekre­ta­rzowi wrę­czyć każ­demu z uczniów ilu­stro­wany prze­wod­nik po ziemi chrza­now­skiej.

[25]

Drugi por­tret, wyko­nany przez Zyg­munta Hoch­ste­ina Dru­giego, pocho­dzi z póź­niej­szego okresu. Duma­now­ski sie­dzi, jego twarz jest poważ­niej­sza niż na pocho­dzą­cym sprzed nie­mal czter­dzie­stu lat dage­ro­ty­pie. To czasy jego naj­więk­szego triumfu, gdyż zdję­cie zostało zro­bione w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Widać wiel­kiego Ojca Repu­bliki, który stoi na początku dłu­giej drogi, z twa­rzą mądrze nazna­czoną wie­lo­let­nim doświad­cze­niem. Kochany przez ludzi, szczę­śliwy, speł­niony. Wydaje się, że w jego obli­czu domi­nuje radość i duma: oto prze­trwał wygna­nie, zmie­nił histo­rię Kra­kowa i spra­wie­dli­wie gospo­da­rzy Repu­blice. Jed­nak znów uważne spoj­rze­nie wychwyci na jego twa­rzy gry­masy, które pod znaną oby­wa­te­lom Repu­bliki Kra­kow­skiej maską ujaw­niają praw­dziwe obli­cze pre­zy­denta. I każde kolejne spoj­rze­nie pozwala utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że pod­sta­wo­wym doświad­cze­niem foto­gra­fo­wa­nego Józa­fata Duma­now­skiego jest nuda. Jest znu­dzony ofi­cjal­nymi cere­mo­niami i rytu­ałami wła­dzy, jest znu­dzony powta­rzal­no­ścią dzie­jów, w któ­rych nie poja­wia się nic nowego; jest znu­dzony sobą, zaczyna być znu­dzony życiem. Radość i speł­nie­nie zakry­wają cza­jącą się na dnie oczu pustkę.

[26]

Kaje­tan Kogucki naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie spo­tkał Józa­fata Duma­now­skiego. Uro­dził się rok po zama­chu na Ojca Repu­bliki i nic nie wia­domo o tym, by odwie­dzał sędzi­wego męża stanu w jego krze­szo­wic­kiej pustelni. Zresztą nawet gdyby odwie­dzał, nie zna­la­zło to wyrazu w jego dziele, gdyż ostatni roz­dział bio­gra­fii Ojciec Repu­bliki, jakim go zna­łem koń­czy się w momen­cie, gdy Józa­fat Duma­now­ski składa dymi­sję.

[27]

Ostatni por­tret, dzieło Zyg­munta Hoch­ste­ina Trze­ciego, wyko­nano już w Krze­szo­wi­cach. Ponad­stu­letni Duma­now­ski sie­dzi na swym krze­śle na kół­kach, nogi ma otu­lone ple­dem. Po raz pierw­szy tło nie jest usta­wioną w stu­diu deko­ra­cją, tylko widać prze­świe­tlone słoń­cem kwa­tery bal­ko­no­wych drzwi. Duma­now­ski jest stary, jego twarz zmie­niła się od ostat­niego zdję­cia i na pierw­szy rzut oka trudno odna­leźć w tym starcu dum­nego męż­czy­znę z dru­giego por­tretu. Zmarszczki wyglą­dają jak żło­bione dłu­tem, na twa­rzy kładą się dłu­gie cie­nie. Józa­fat Duma­now­ski uważ­nie wpa­truje się w obiek­tyw, czego nie widać na wcze­śniej­szych por­tretach. Wygląda, jakby całą swoją star­czą siłę wło­żył w to spoj­rze­nie. Na twa­rzy rysuje się spra­wia­jąca ból kon­cen­tra­cja. Na dnie zmę­czo­nych oczu czai się sza­leń­stwo.

[28]

O pocho­dze­niu Józa­fata Duma­now­skiego mówią wszyst­kie poważne ency­klo­pe­die. Te nie­po­ważne należy spa­lić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki