Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu - Patrycja Dołowy - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Fanni podała cyjanek swojemu synowi Jurkowi. Mama Biety, dziewczynki urodzonej w warszawskim getcie, uśpiła ją luminalem, umieściła w drewnianej skrzynce i w ten sposób przemyciła na aryjską stronę. Do skrzynki włożyła jeszcze srebrną łyżeczkę z wygrawerowanym imieniem i datą urodzin. Inna matka w czasie likwidacji łódzkiego getta zażyła cyjanek, a córkę wyrzuciła za okno – miała tylko jedną porcję trucizny.

Dziewczynka przeżyła, bo spódniczką zahaczyła o latarnię. Hanę trzy razy ratowała służąca rodziców, Zosia. Potem, gdy dobrze sytuowani krewni chcieli wziąć Hanę do siebie, nie potrafiła porzucić polskiej matki.

Patrycja Dołowy wydobywa – bo kopanie w takich wspomnieniach to ciężka praca – historie żydowskich matek, które by ratować swoje dzieci, stawały przed tragicznymi wyborami, przybranych matek, które nie zawsze potrafiły rozstać się z ocalonymi dziećmi, i dzieci, często już na zawsze rozdartych pomiędzy dwiema tożsamościami, dwiema rodzinami, między poczuciem winy, wdzięcznością i żalem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Patrycja Dołowy

Wrócę, gdy będziesz spała

Rozmowy z dziećmi Holocaustu

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Mroux

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Zdjęcie dziewczynki na okładce pochodzi z archiwum Maryli Krasnowskiej

Copyright © by Patrycja Dołowy, 2019

Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Karolina Księżyc / d2d.pl

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-849-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa (rozmowa z Anną, Warszawa)

Fanni i Aleksander (o cioci Wandzie z placu Unii Lubelskiej)

Imię (rozmowa z Zosią i Bietą, Warszawa)

Czego zabraknie

Jak wygrałam wojnę z Hitlerem (kolejna rozmowa z Zosią, Warszawa)

Strzępki (z opowieści Szlomy, Arlington, Wirginia)

Ta druga (rozmowa z Bronisławą, Tychy)

Podróże z obrazem mamy (rozmowa z Alą, Nowy Jork)

Kryjówka (rozmowa z Ireną, Wrocław)

Żal do mamy (rozmowa z Tusią, Miedzeszyn)

Córka, którą trzeba uratować (rozmowa z Joanną, Warszawa)

Laurka (z rozmowy z Bożeną, Warszawa)

Ostatnie słowa mamy (rozmowa z Krystyną, Warszawa)

Dalej sielanki już nie było (kolejna rozmowa przy kawie z Zosią i Bietą, Warszawa)

Amputowane dzieciństwo (rozmowa z Aliną, Wrocław)

Jakiś czas później…

Kwiatek do kożucha (z rozmowy z Adamem, Hajfa)

Lalka ze szmatek (rozmowa z Marylą, Wrocław)

Przeżyłam (z rozmowy z Kasią, Warszawa)

A potem nas wyłowili… (rozmowa z Anną, Warszawa)

Wołała: „Marysiu!” (rozmowa z Magdaleną, Radość, Warszawa)

Pewność (z rozmowy z Irit, Ramat Gan)

Dobra rada (z rozmów w Izraelu)

Do tej pory sobie dopowiadam… (rozmowa z Irą, Tel Awiw)

Dziecko bez tożsamości (rozmowa z Leą, Szoresz, okręg Jerozolimy)

Dwie Zofie (rozmowa z Ewą, Kopenhaga)

Braciszek (rozmowa z Chaną, Holon)

Spotkanie

Siostra (rozmowa z Teresą, Szprotawa)

Ciocia Eda (rozmowa z Anią, Warszawa)

Życie z dwóch połówek (rozmowa z Jerzym, Śródborów, Otwock)

Zmowa milczenia (z rozmowy z Olą, Warszawa)

Coś bardzo ważnego (z rozmowy z Katarzyną, Łódź)

Zamknąć pudełko (rozmowa z Heleną, Paryż)

Najbardziej cieszyłam się z menory (rozmowa z Ireną, Łódź)

Najgorszy człowiek na świecie (rozmowa z Jadwigą, Warszawa)

Bez korzeni (rozmowa z Elżunią, Warszawa)

Marzenie (z rozmowy z Wojtkiem, Miedzeszyn)

Oczy i uszy (rozmowa z Basią, Lublin)

Tato (rozmowa z Jadwigą, Toruń)

Przesada (z rozmowy z Basią, Częstochowa)

Bo drogi moje nie są drogami waszymi… (rozmowy z Jakubem Romualdem, Jerozolima)

Kula śniegowa (rozmowy z Inką, Warszawa–Miedzeszyn–Warszawa)

Dziecko ze srebrną łyżeczką (kolejna rozmowa z Bietą, Warszawa)

Wszystkie moje mamy (rozmowa z Marysią, Fairfax, Wirginia)

Mamo, załatw to z nim (rozmowa z Leną, Warszawa)

Wyjście z magicznej szafy (rozmowa z wujkiem Ariem, Waszyngton)

Drzewa na piaskach (rozmowa z Haną, Holon)

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Eli, Doni, Simie, Oli i Halszce –moim pierwszym rozmówczyniom

Przedmowa

(rozmowa z Anną, Warszawa)

Jeszcze pani nie powiedziałam, dlaczego chciałam się z panią spotkać. Przyjaźniłam się z Ireną Sendlerową. Poznałam ją w 1983 roku. Przychodziłam do niej do domu przy placu Na Rozdrożu, zanim zamieszkała w domu starców na Nowym Mieście. Potem do jej pokoju też przychodziłam. Czasem mierzyłam jej ciśnienie i potem rozmawiałyśmy. Różne rzeczy mi opowiadała. Mówiła mi, że spotkała się z Amosem Ozem, izraelskim pisarzem, i on obiecał jej, że napisze książkę o matkach. Ale w końcu nie podjął się tego.

A Irena go prosiła, pisała do niego. Uważała, że nie mówić o nich to jakby im pozwolić umrzeć – po raz drugi. Zostawić je same z tym: „Idź już. Nie oglądaj się”. Bardzo chciała podkreślić ich determinację i heroizm. Nie dość, że rozdarte w kwestii swoich dzieci, to jeszcze były w konflikcie z własnymi matkami – babciami tych dzieci, oskarżane o brak uczuć macierzyńskich, potępiane i oceniane przez swoją społeczność. Ich matkom nie mieściło się w głowie, że można oddać własne dziecko. Babcie pamiętały I wojnę światową. Nikt wtedy nie mordował dzieci, nikt nie musiał ich ukrywać. Matki nie mogły zrozumieć tego rozdzierającego oblicza miłości swoich córek.

Gdy do Warszawy przyjechały amerykańskie dziewczyny, autorki sztuki o niej Życie w słoiku, Irena nie wiedziała, co im powiedzieć. W mitologizowaniu jej osoby jest tyle fałszu. Tylu ludzi się na tym wspięło. Irena czuła, że jej mit jest sztucznie podtrzymywany, by zdjąć odpowiedzialność z Polaków, a ona przecież zawsze miała świadomość, że to rodaków należało się bać najbardziej. Bardzo się tym martwiła. I tym, że ludzie się kręcili przy niej i drapali na swoje drabiny. Irena nie chciała książki o sobie, tylko o tych matkach.

Powinna pani opisać tę historię w przedmowie…

Fanni i Aleksander

(o cioci Wandzie z placu Unii Lubelskiej)

Boję się starych wind. Tych z drewnianymi drzwiami, których jak się nie domknie, to może się zdarzyć coś strasznego. U mnie w bloku nie ma takiej windy. Jest mała, śmierdząca, ze stłuczonym lustrem i „dupą” wyskrobaną w ścianie ze sklejki. Stoimy cicho z siostrą. Mama i babcia o czymś rozmawiają. Podświadomie wiemy, że o czymś z gatunku „historia nie dla dzieci”. Dlatego natychmiast nastawiamy uszu. Instynktownie.

Szarpnięcie. Mama rozchyla drzwi. Siostry i moim oczom ukazuje się czarno-biała, popękana terakota. Mama i babcia na pewno widzą to inaczej. Ich wzrok jest na innym poziomie, rozglądają się za numerem mieszkania, szukają dzwonka. My obserwujemy pęknięcia, które tworzą abstrakcyjne wzory. Jak każda staroć, kamienica przy placu Unii Lubelskiej, gdzie na ostatnim piętrze mieszka ciocia Wanda, ma swoje rysy, skrzypnięcia, uszczerbki, artefakty, które są niczym jej odcisk palca – własne, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. Wymieniamy z siostrą spojrzenia, w myślach rysujemy poprzednie, już zatarte kształty kamienicy, ożywają ślady jej dawnych mieszkańców, bezwiednie przywracamy młodość pomarszczonym, zgarbionym staruszkom, szkicujemy przeszłe obecności. W końcu jesteśmy pod drzwiami. Szuranie, zgrzyt zamka, jasne światło. W mieszkaniu bibeloty, różne eksponaty z życia sprzed. Jakby ciocia Wanda dbała o zapomniane sanktuarium, prastarą, opuszczoną świątynię, w której boginię nikt już nie wierzy. A jednak obecność strażniczki daje spokój i pewność, że duchy zostaną na swoich miejscach. Dopiero dziś wiem, że jest taki rodzaj pamięci, przejawiający się w codziennych rytuałach, oderwanych od tego, co je zapoczątkowało, jak podlewanie kwiatów w pozostałym po kimś pustym mieszkaniu albo pucowanie grobów.

Trochę się boimy starej kobiety, podświadomie czując jej głęboką wewnętrzną samotność, przykrytą uśmiechem, gęstą siateczką zmarszczek, kosmykami kruczoczarnych włosów wypadających z koka i delikatnością chudych palców, głaszczących nas czule po buziach. Jaką tajemnicę, jaki ciężar niesie kobieta, która przeszła to samo piekło co nasza babcia? Z tamtego dnia zostanie mi tylko owo mgliste uczucie obcowania z jej potwornie ciężką pustką, przykrytą czułością i wdzięcznością. Dopiero gdy wiele lat później urodzę syna, wróci do mnie wspomnienie czarnowłosej kobiety, której historii mogę się tylko domyślać.

„Mamo, nie płacz, będę ci wysyłać pocztówki”.

Może dziesięcioletnia córka Wandy żegnała ją tymi słowami ze wspomnienia Estery Roszkiewicz, zanim policjanci zapakowali dziewczynkę na wóz do Chełmna nad Nerem. A może matka i córka splotły się w mocnym uścisku jak na jednym ze zdjęć Henryka Rossa dokumentujących wielką szperę w łódzkim getcie, i nic już nie istniało po tamtej chwili – ten moment trwa nadal na fotografii i w pamięci. To obraz, po który Wanda nigdy nie sięgnie. A może jej córki wcale wtedy nie zabrali, może umarła już wcześniej w getcie z głodu i choroby jak synek wujka Lusika? Iś – to imię odnalazłam rok temu (dopiero!) na cmentarzu żydowskim w Łodzi. Ciocia Wanda straciła córkę podczas wojny – tak by to zapisano w jej biografii. Sama zmarła w połowie lat osiemdziesiątych, nie zostawiwszy po sobie nikogo, a ja dziś wycieram z kurzu jej jedyną fotografię. Bibeloty, których nie zdążyła porozdawać przyjaciołom, sąsiedzi rozdzielili między siebie. Reszta trafiła na śmietnik: skorupy filiżanek i pożółkłe świstki nic już nikomu nie powiedzą. A to wszystko i tak znacznie więcej, niż zostało po Fanni, jej szwagierce, uwierającym kawałku naszej rodzinnej historii o dzielnych i urodzonych pod szczęśliwą gwiazdą dziewczynach.

Fanni i Aleksander (właśnie tak się nazywali, prawie tak samo jak bohaterowie dramatu Ingmara Bergmana) przyjechali do Warszawy zaraz po tym, gdy w Łodzi wszystko wskazywało na to, że będzie już tylko gorzej. Oboje wcześniej tu studiowali. W stolicy wiadomo – musiało być bezpieczniej. W warszawskim getcie Fanni była dentystką. Wspominają o niej Henryk Makower w Pamiętniku z getta warszawskiego i wiele lat po wojnie moja babcia Donia swojemu synowi, a on potem mnie. Wtedy gdy Doni już nie było, a ja desperacko szukałam jej śladów. Fanni i Aleksander mieli synka Jurka. Mówiło się o nim: słodki, uroczy, ufny. Makower dodaje: z czupryną marchewkowych włosów. Fanni kochała go obłędnie. I z dnia na dzień, z opowieści na opowieść coraz rozpaczliwiej. Bo do jej gabinetu przychodziły matki, których dzieci nie udało się zawrócić z transportu, i takie, które oddały dzieci na aryjską stronę. Fanni słuchała. O lęku, nadziei i niewyobrażalnym bólu. Im więcej słuchała, tym bardziej nie mogła wyobrazić sobie rozdzielenia. Tej totalnej pustki, gdy matka zostaje sama w przestrzeni getta. Gdy musi zatrzeć za sobą wszystkie ślady swojego macierzyństwa, wszystkie tropy mogące zaprowadzić ich od niej do jej dziecka. Dokonać całkowitego odcięcia, wyskrobania pamięci do szpiku kości. Nic nie może jej zdradzić, bo jej dziecko musi ocaleć. Musi żyć. A ona? Dołączy do niego, jak obiecała? Czyżby? Jej pewnie nie czeka już nic. Tylko śmierć. Zresztą wszystko, co najważniejsze, już od siebie odcięła. Nic już nie jest ważne. Porzuciła siebie, by jej dziecko przetrwało. A po latach to dorosłe dziecko być może nie będzie mogło żyć, nie zadręczając się wciąż i wciąż pytaniem, dlaczego matka je zostawiła, dlaczego zabrała mu siebie. Bo przecież cokolwiek zrobiłaby matka, będzie się czuła winna. Wina jest wpisana w macierzyństwo. Są jak syjamskie bliźnięta zrośnięte wnętrznościami. W zasadzie nie do oddzielenia. Więc matka jest winna. Winna porzucenia dziecka, oddzielenia go od matki, zabrania mu matki, zabrania mu poczucia bezpieczeństwa. Będzie więc myśleć tylko o tym, czy jej dziecku na pewno jest tam ciepło, czy aby się nie przeziębi, czy ci ludzie, którym całkowicie ufa, choć nigdy ich nie spotka (nigdy nie oddałaby dziecka ludziom, którym nie ufa), na pewno dobrze o nie dbają. Czy je kochają. Czy będą umieli kochać je tak, by niczego mu nie brakowało. Tego Fanni nie mogła sobie wyobrazić. W rodzinie zawsze słynęła z wielkiego opanowania. Postępowała ostrożnie i metodycznie. Tak też zadziałała ten ostatni raz. Jako dentystka miała dostęp do trucizn. Któregoś dnia wyniosła tyle, by starczyło dla niej i jej najukochańszych. Najpierw podała cyjanek małemu Jurkowi, potem ona i Aleksander zażyli go razem. Nie dostali tej rodziny. I tu kończy się ich historia, która się wydarzyła i się nie odstanie. A ja mam w tym miejscu otwartą ranę. Rozdrapuję ją wciąż na nowo każdą kolejną historią stamtąd. O dzieciach wyrywanych matkom, o dzieciach stojących pod murem getta i patrzących za odchodzącymi rodzicami. Pytających tymi swoimi oczami: dlaczego? mnie? zostawiają? Nie wypowiedzą tego potem do końca życia. Wraca do mnie ten obraz – myślę o oczach moich dzieci, o tych wielkich oczach patrzących na mnie, gdy wychodzę i zostawiam je w łóżeczkach. Te oczy pytają: czy na zawsze?

A ja mam szczęście, że mogę odpowiedzieć: „Wrócę, gdy będziesz spać”.

„Ja nie zasnę. Zaczekam na ciebie, aż wrócisz” – odpowiadają chórem.

Odkąd zostałam matką, każdego dnia, czasem kilka razy dziennie, ta myśl wraca do mnie, wwierca się we mnie. Po prostu przewierca mi głowę na wylot. Próbuję ją zamykać w kolejnych pudełkach, a te pudełka w jeszcze innych pudełkach, by nie mieć do niej dostępu. By tak cholernie nie bolał ten lęk, który podchodzi do gardła, a potem nie ma jak go wyrzucić, więc brakuje tchu.

Nie mam na to więcej słów.

Trudno znaleźć słowa na opisanie, jak bohatersko podać dzieciom wodę zamiast lekarstw, by myślały, że jeszcze mają szansę. A gdy nadejdzie ten moment – morfinę w za dużej dawce, by oszczędzić im cierpienia. Albo na opisanie dzielnego głodowania, by starczyło dla wszystkich. Co zostaje matce, która musiała przez to przejść? Ślad na udzie, w którym tkwiły pazurki jej synka, gdy próbowała go od siebie oddzielić? Ślad na dłoni, z której zdejmowała po kolei jego wpijające się w nią palce? Brzmiące w uszach: „Mamo, chodź ze mną”?

A może raczej:

ubieraj się ciepło,

nie oglądaj się za mną,

bądź dzielna,

wszystko będzie dobrze,

idź już,

kocham cię.

Imię

(rozmowa z Zosią i Bietą, Warszawa)

Zosia: Te historie zawsze kończą się źle. Bardziej lub mniej źle.

Bieta: No właśnie moja się jeszcze nie skończyła. Mój wnuk mówi teraz, że czuje się Żydem. Pytam go, co przez to rozumie, ale jeszcze mi nie wytłumaczył. Tak się czuje i już. A jego starszy brat był kiedyś na obozie żydowskim. Kiedy zadzwonił do niego ojciec, powiedział mu: „Tato, nie mogę z tobą rozmawiać, bo jest piątek po zmroku”. Coś się takiego robi w tych kolejnych pokoleniach. Ja na szczęście nigdy nie byłam dociekliwym dzieckiem. Chodziłam z mamą na grób tatusia na 1 listopada. I dopiero gdy miałam piętnaście lat, zauważyłam, że tata umarł dwa lata przed moim urodzeniem. Zapytałam o to mamę, a ona bez mrugnięcia powiedziała, że kamieniarze się pomylili. Nie dociekałam. Teraz już wiem. Mam metrykę, w której jest napisane, że jestem córką swojej mamy (tej drugiej) i jej męża, który umarł dwa lata przed moim urodzeniem.

Zosia: A ja nie mam o czym opowiadać, bo na moje wielkie szczęście prawie całą wojnę byłam z mamą. Ona nie złożyła broni. Jak nas zamknęli w getcie, uciekłyśmy. Jak nas zamknęli w obozie, też uciekłyśmy. Przed kolejnymi szmalcownikami również uciekałyśmy.

Bieta: Mama przeżyła, bo miała ciebie, a ty, bo miałaś mamę. Dlatego jesteś normalna. Czy Zosia opowiadała ci historię swojego imienia?

Nie…

Bieta: Raz na zjeździe Dzieci Holocaustu[1] Zosia zemdlała. Wezwałyśmy pogotowie. Przyjechał lekarz i zapytał ją, jak się nazywa. Ona się ocknęła i powiedziała: „Szulamitka”.

Zosia: Pierwszy raz wtedy tak się przedstawiłam. Zawsze byłam Zosią. Nigdy o sobie nie myślałam tym żydowskim imieniem. Czasem dziadek tak do mnie mówił. A mama to nawet długo nie wiedziała, że mam na imię Szulamit. Jeszcze kiedy była w ciąży, mówiła do brzucha „Zosia”. Rodziłam się przez cesarskie cięcie. Mama leżała ze mną w szpitalu, a tata miał iść do rabina mnie zameldować. Wtedy nie rejestrowało się noworodków w urzędzie stanu cywilnego, jak w PRL-u czy dzisiaj, tylko szło się do księdza lub rabina. Ojciec wyjął więc z kasetki domowej odpowiednią kwotę i poszedł. To nie było daleko, ale po drodze spotykał licznych przyjaciół, którzy gratulowali mu świeżo narodzonej córki. W drodze topniały pieniądze. Kiedy doszedł do rabina, została mu w kieszeni skromna część pierwotnej kwoty. Gdy rabin usłyszał: „Zofia”, powiedział, że w porządku, ale gojskie imię jest droższe. Ojciec pomacał się po kieszeni – tyle już nie miał. Negocjacje nic nie dały i z Zosi została Szulamit. Schował dokument i do wybuchu wojny nie przyznał się mamie. Dopiero jak Niemcy zażądali dokumentów, mama się zorientowała i oczywiście wściekła, tyle że już nie miała na kogo. Nigdy nieużywane imię Szulamit przetrwało w szufladzie, tymczasem ojciec poszedł bronić Warszawy. Więcej go nie widziałyśmy.

Byłyśmy i w getcie, i w obozie, i na aryjskich papierach. Musiałyśmy je zmieniać często, bo mama przed wojną była towarzyska i mnóstwo osób ją znało. Ciągle się jacyś szmalcownicy przyczepiali. Każdy dzień zaczynałyśmy od tego, że mama pytała mnie: „Jak się nazywasz? Kiedy i gdzie się urodziłaś?”. Musiałam zapamiętać i wyrecytować. Wiele razy. Miałam różne nazwiska, różny wiek, ale zawsze byłam Zosią.

Czego zabraknie

 

…Brzęku filiżanek, zapachu kawy, smaku ciasteczek i naleśników, widoku bibelotów – pomieszanych tropów żydowskich i polskich, długiego milczenia, na które nie ma znaków, bo wielokropki to za mało. Żaru na tarasie w Holonie i deszczu uderzającego o parapet w Łodzi, śniegu strzepywanego z palta w Bielsku-Białej, skrzypienia schodów w Śródborowie, przeciągu w paryskim metrze, szumu wentylatorów w Nowym Jorku, ulicznego zgiełku w Jerozolimie. Patrzenia sobie w oczy i mocnego uścisku dłoni.

Jak wygrałam wojnę z Hitlerem

(kolejna rozmowa z Zosią, Warszawa)

Warszawska kawiarnia. Prosimy, by przyciszyli muzykę. Czasem łatwiej jest się schować, a czasem, gdy już się podjęło decyzję, usiąść w samym środku miasta i rozmawiać jakby nigdy nic.

Przecież mówiłam pani, że nie mam co opowiadać. Moja mama przeżyła i ja przeżyłam – taka historia.

Pani powiedziała, że była szczęśliwa, a ja muszę mieć historię, która się dobrze kończy, żeby potem ktoś, kto to będzie czytał, miał siłę na te pozostałe…

Nie powiedziałam, że byłam szczęśliwa, tylko że miałam szczęście. To wielka różnica. W naszym stowarzyszeniu[2] są dzieci, które nic nie wiedzą o swoich rodzicach ani swoim pochodzeniu, tyle tylko, że zostały przygarnięte, że miały zbyt ciemne włosy. Ja uratowałam się razem z mamą. Dziecko odbiera świat zastany jako oczywistość. Dlatego mu jednocześnie i łatwiej, i trudniej. Łatwiej, bo nie wie, co jest normą, a co odstępstwem od niej. Niech pani pyta!

Co dla pani było normą?

Mama powtarzała mi: „Musimy wygrać tę wojnę. Mamy przeżyć Hitlera – to jest nasze główne zadanie. Musimy temu wszystko podporządkować, żeby na koniec zwyciężyć”. Przeżycie traktowałam więc w kategoriach osobistej walki ze strasznym panem Hitlerem i jego przedstawicielami. A mama była moją ostoją, bezpieczeństwem, przy niej nic złego nie mogło mi się stać. Ludzie wkoło, nasi bliscy ginęli, lecz ja miałam poczucie nieśmiertelności. Oczywiście były okresy, kiedy mama musiała się oddalić. Wtedy było gorzej. Lecz wówczas tym bardziej sobie uświadamiałam, że przy niej jestem strzeżona całkowicie. Że ani jej, ani mnie nic nie ruszy! I kiedy wojna się skończyła, mama powiedziała: „No widzisz, udało się”. Pomyślałam: właśnie wygrałyśmy wojnę.

Przyniosłam ze sobą zdjęcie mamy, żeby pani wiedziała, o kim mowa. Tak, śliczna młoda kobieta. Maleństwo takie, blond drobiażdżek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu z piórkiem. Ależ nie, zupełnie niepodobna do mnie! Ona miała piękną cerę, a ja cała piegowata. Wątła, w przeciwieństwie do mnie. Wyglądała, jakby byle podmuch wiatru mógł ją przewrócić, a tymczasem była najdzielniejszą osobą, jaką w życiu znałam. Przemyślną, mądrą i cwaną. Dzięki niej żyjemy. Dostałam od niej życie nie raz, lecz wiele razy. Ale kiedyś to ja ją uratowałam. Na Majdanie Tatarskim. Wyselekcjonowali zdrowe kobiety i one w każdy poniedziałek o świcie musiały być przy bramie. Wywożono je do fabryki muchołapek gdzieś pod Lublin. Pracowały tam do soboty wieczór, a na niedzielę przywożono je do getta.

Słusznie pani zauważyła! Dopiero po szabasie je przywozili. Byłam bardzo spokojnym dzieckiem. Starałam się nie sprawiać kłopotów. Zawsze towarzyszyłam mamie do bramy i się z nią żegnałam, a ona solennie mi obiecywała, że wróci i że będzie dobrze. W tamtym czasie jednak nagle zniknęła babcia. Do tej pory była w Lublinie razem z nami. I moja ciotka, młodsza siostra mamy, siedemnastoletnia Gienia, też zniknęła. W czasie kolejnego pożegnania z mamą ni stąd, ni zowąd dostałam regularnego ataku histerii, jak się potem dowiedziałam. Według podręczników to się nazywa łuk histeryczny. Krzyczałam: „Mamusiu, nie odchodź, bo umrę!”. Zupełnie nad sobą nie panowałam. „Nie puszczę cię, nie puszczę!” Mama powiedziała: „Trudno, niech mnie zabiją, ale dziecka w takim stanie nie zostawię”. Jakoś się jej nie doliczyli. I proszę sobie wyobrazić, że następnego dnia wszystkie te kobiety zostały wywiezione i zagazowane w ciężarówkach. Żadna z nich nie wróciła. Mama jedyna ocalała.

Pani pierwsze wspomnienie?

Wrzesień 1939 roku. Miałam niecałe cztery lata. Ogłosili alarm dla miasta Warszawy. Jesteśmy w piwnicy, gdzieś tam leżą resztki węgla i trochę zgniłych kartofli. Są też ludzie, którzy wynieśli stołki z mieszkań i na nich siedzą. Charakterystyczny, kwaśny zapach: węgla, zgniłych kartofli, lampki karbidowej, którą ktoś przyniósł z mieszkania. Świst w powietrzu, hałasy. I w pewnym momencie na nasz dom spada bomba. Dzieci płaczą, starsi się modlą, a ja z tego wszystkiego nagle dostaję zeza. Nie wiem, jak się stamtąd wydostaliśmy. Mama zdecydowała, że pojedziemy do jej wuja do Lublina. Mój dziadek stamtąd pochodził, tam nikt nas nie znał.

Na miejscu od razu zapędzili nas do getta… Majdanek zrobili dopiero później. Bardzo liczna rodzina mojej mamy, która tam trafiła, zaczęła się gwałtownie kurczyć. Pewnego dnia ogłoszono przez megafony, że wszyscy mają się stawić na placu. Większość została zastrzelona na miejscu, resztę wywieźli. Z mamą tkwiłyśmy w skrytce, którą zrobił wujek. Za drewnianym przepierzeniem: z przodu półki, na nich resztki alkoholu, jakieś słoiki. Jedzenia było już bardzo niewiele. Pamiętam potężny głód. Gdy wspominam czas wojny, to pamiętam przede wszystkim głód. I strach. Ale głód stale. Tam byłyśmy w czasie wielkiej czystki. Potem usłyszałyśmy z głośników, że kto się schował i przetrwał, niech wyjdzie, bo jest ocalony. Opuściłyśmy kryjówkę za przepierzeniem.

Człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, ile jest w stanie wytrzymać. Na ziemi leżały zwały trupów. Pytałam mamę, jak iść, skoro one tu leżą. A mama mówiła: „Idź, tylko nie po głowach”. Wsadzili nas do baraku z kilkunastoma innymi osobami. Była tam pani z niemowlęciem. Wyrzucałam mamie, że nie jestem jak ta dzidzia, która nic nie rozumie. Wiedziałam, że możemy umrzeć, a chciałam żyć. Płakałam i mówiłam: „Mamo, zrób coś!”. Uciekłyśmy. Mama była już wtedy trochę zrezygnowana, ale moja histeria dała jej ostróg. Nasz barak znajdował się bardzo blisko drutów. Akurat była jakaś hitlerowska rocznica. Wśród strażników zostali głównie Ukraińcy. Mama wcześniej zrobiła rekonesans. Zauważyła, że w jednym miejscu druty są dość szeroko rozstawione. Zaopatrzyła się w czarną płachtę, która nas zakrywała. Padał deszcz, było ciemno, szaro, ponuro. Mama rozsunęła druty i kazała mi przeskoczyć, a potem sama skoczyła. Pokrwawiłyśmy się. Przed nami było ogromne, świeżo zaorane pole. Wydawało się nie mieć końca. Orali je codziennie, żeby można było na nim dostrzec ślady stóp potencjalnych uciekinierów… Reflektory z wieżyczek rzucały smugi światła na ziemię. Padał deszcz. Mama kazała mi się położyć w błocie i pełznąć. Gdy światło się zbliżało, przypadałyśmy do ziemi i przykrywałyśmy się płachtą. Błoto właziło nam do oczu i ust. W pewnym momencie powiedziałam, że już dalej nie mogę, nie dam rady. Wtedy jeszcze strasznie marudziłam, potem zhardziałam. Mama jedną ręką złapała mnie za włosy, a drugą rozgarniała ziemię i odpychała się nogami. Tak czołgałyśmy się dalej, aż wbiłyśmy się w twardy grunt, gdzie rosły krzaki. Dotknęłam głowy i poczułam, że coś jest nie tak – nie miałam już gęstego kłębu włosów. Mama mi je wydarła, ciągnąc mnie za sobą. Ale przeżyłam.

Dotarłyśmy do domku kolejarza. Powiedział, że nie możemy u niego zostać, bo ciągle ma kontrole, ale że wyglądamy nie jak ludzie, więc pozwoli nam się umyć i wyczyścić z wierzchu ubrania. Dał nam też jeść. Przed świtem włożył mundur kolejarski, wziął latarkę i zaprowadził nas torami do miejsca, gdzie pociągi zwalniają przed stacją Lublin. Jeden nadjechał, nie wiedziałyśmy, dokąd zmierza. Wskoczyłyśmy do środka i przesiedziałyśmy w ubikacji do jakiejś stacji pod Warszawą. Stamtąd ruszyłyśmy pieszo. W Warszawie nie było już nikogo, ani z rodziny, ani ze znajomych. I oczywiście nie miałyśmy grosza przy duszy.

Miały panie „dobry” wygląd?

Oczywiście! Inaczej nie miałybyśmy szans. Mama była jasną, szarooką blondynką. Ja byłam ruda, więc mama myła mi włosy w ziołach, żeby je rozjaśnić, bo się uważało, że ruda to „Ryfka” albo „Rachela”. Na dworcach, na ulicach czy w pociągach jeśli ktoś wyglądał jak Żyd, długo nie pożył. Grozili nam i Niemcy, i nasi rodacy. Byli ludzie, zwykłe rzezimieszki, którzy zarabiali na wojnie i na Żydach, nakładali kontrybucję, kazali się co dwa dni meldować z pieniędzmi albo szli do Niemców. Ci dawali kilo cukru za wydanie Żyda. Lub ćwiartkę wódki. Byli też młodzi chłopcy, którzy dla hecy łapali Żydów i prowadzili do Gestapo. Byli szmalcownicy, którzy zabierali mamie torebkę, kazali się prowadzić pod nasz dom i płacić.

Mama miała papiery?

Papierów nikt na piękne oczy nie dawał. Początkowo spałyśmy przeważnie w kapliczkach z Matką Boską. I na klatkach schodowych. Ale mama była zaradna i to nie trwało długo. Znalazła pracę. Coś tam ściemniła, że doniesie papiery. I doniosła. Miałam łącznie jedenaście nazwisk. Codziennie rano mama odpytywała mnie: „Jak się nazywasz? Skąd jesteś? Kiedy się urodziłaś?”. Na ogół miałam bardzo ładne, polskie nazwiska, ale imię zawsze to samo: Zosia.

Mój wiek w papierach mniej więcej zgadzał się z tym prawdziwym, plus minus rok. Mama natomiast miała fantazyjne papiery. Wojnę zakończyła jako osoba o dziesięć lat młodsza, niż była w rzeczywistości. I przy tym trwała do śmierci. Kiedy ją chowałam, miałam problem, jaką datę umieścić na grobie. Prawdziwą? Czy tę dziesięć lat późniejszą? W końcu doszłam do wniosku, że skoro postanowiła trwać w tym, że jest dziesięć lat młodsza, to nie powinnam jej po śmierci niczego dorzucać. Tym bardziej że nawet mój ojczym na łożu śmierci powiedział: „Wiesz, mama chyba myśli, że jestem głupi. Kiedy by zdążyła to wszystko zrobić w życiu, gdyby miała te dziesięć lat mniej? Ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało i nie chciałem jej zasmucać, że się intryga nie udała. Nie mów jej, że wiedziałem”.

Wracając do okupacji: mama przyjęła strategię (ludzie stosowali wówczas różne strategie przeżycia), że zawsze wynajmowała pokój przy porządnej, katolickiej rodzinie, od lat mieszkającej w danym domu. To nas nie uchroniło od wpadek, nieraz trzeba było opuszczać mieszkania. Raz na przykład przyszedł nagle, ni stąd, ni zowąd nasz kuzyn. Dowiedział się od kogoś, że widziano moją mamę po aryjskiej stronie. Poszedł za nami do naszego mieszkania. Miał wybitnie semicką urodę. Od razu było jasne, że jest Żydem. A to był młody chłopak, nie pomyślał i zapytał: „Tu podobno mieszka moja ciocia z kuzynką?”. Nasi gospodarze powiedzieli potem mamie: „Nic nie mamy do pani, nie jesteśmy ostatni… ale mamy dzieci, nie możemy ich narażać”. Mama to rozumiała. Tylko że zbliżała się godzina policyjna. Więc znowu ukrywanie, znowu szmalcownicy. Ona już nie miała sił. Uznała, że w getcie będzie bezpieczniej. Z niego też potem uciekłyśmy.

Jak tym razem?

Mama zapisała się do brygady wykonującej roboty ziemne, pracującej poza gettem. Wyprowadzali ich pod eskortą. Deszcz znów nam sprzyjał. Mama zdobyła pelerynę. Brezentową, grubą i długą do samej ziemi. Pod nią przywiązała mnie do siebie sznurami i poszła do pracy w brygadzie. Byłam z nią umówiona, że gdy tylko ona zwolni sznur, mam biec prosto przed siebie i się nie oglądać, dopóki nie opadnę z sił. Miałyśmy się spotkać w określonym miejscu. Pani sobie wyobraża? Byłam małą dziewczynką, ale jakoś tam dotarłam. Instynktownie. Czekałam, nawet ktoś mnie zaczepiał, chciał odprowadzać, ale ja się uparłam i doczekałam się mamy. Ona podobno znalazła dobry moment i się schowała. W każdym razie się udało. Z getta wyszła z jakimiś pieniędzmi, za które mogła kupić kenkartę, a dla mnie metrykę urodzenia na kolejne nazwisko. Ukrywałyśmy się. I wtedy mamę zawiadomiono, że jej ukochany siostrzeniec umiera w getcie, cały we wrzodach. Tamtejszy lekarz stwierdził, że jeśli nie zostanie porządnie odżywiony, umrze. Jego rodzice się rozdzielili. Ojciec wziął Jerry’ego, a drugiego syna, Bronka (Bronisława Geremka), wzięła matka, siostra mojej mamy. Wyjechała z Warszawy i ukrywała się z nim między innymi w wykopanej w lesie ziemiance. Jej mąż w przeciwieństwie do niej i szwagierki, czyli mojej mamy, był niezaradny. Mama poszła do getta i przyprowadziła czternastoletniego Jerry’ego, nie wiem, w jakich okolicznościach, bo nigdy o tym nie mówiła.

Z nim związana jest śmieszna historia. Był pięknym chłopcem, uosobieniem nordyckiej urody. Jego mama zresztą też. W rodzinie się mówiło, że Bronek zebrał inteligencję, a Jerry urodę nas wszystkich. Moja mama kupiła mu buty oficerskie i bryczesy. Gdy szła z nim ulicą, zatrzymał ich idący z naprzeciwka młody niemiecki oficer. Zapytał, czy chłopak jest Niemcem. Mama odpowiedziała, że nie, że Polakiem. A on na to, że jego rodzice muszą być z rasy nordyckiej. Wyjął kartkę i zapisał na niej swoje namiary, mówiąc, że jak Jerry będzie miał ochotę wstąpić do Hitlerjugend, to niech przyjdzie i powoła się na niego – będzie ich ozdobą.

Jerry zaprzyjaźnił się z dwoma chłopcami z rodziny, u której mieszkaliśmy. Niestety, kolejny szmalcownik uznał, że mama za mało mu daje, i powiedział naszym gospodarzom, że jesteśmy Żydami. Znów trzeba było uciekać.

Niebawem wydarzyła się historia z Hotelem Polskim[3]. Tata Jerry’ego uciekł z getta i spotkał przyjaciela, który namówił go, żeby razem z synem zgłosił się do hotelu. Moja mama uważała, że to podejrzana sprawa, że to do Niemców niepodobne, by tak nagle puszczali ludzi wolno. Była przeciwna, mówiła, że nie po to wyprowadziła Jerry’ego z getta, żeby teraz tak ryzykować. Schowała mu nawet buty, żeby nie mógł wyjść. Ale Jerry z ojcem się dogadali. Gdy mama poszła do pracy, Jerry po prześcieradłach spuścił się z okna. Wywieźli ich do Oświęcimia. Ojciec przy pierwszej selekcji od razu poszedł do gazu. A Jerry dotrwał do końca. Ledwo, bo był ciężko chory. Chyba ta nordycka uroda go ratowała. Najstarszy brat mojej mamy Rudolf też się skusił na Hotel Polski. A to był niezwykle łebski facet, wszystko, czego się dotknął, zamieniało się w złoto. Miał kilka fabryk, piękną żonę, trójkę udanych dzieci. Przed pójściem do Hotelu Polskiego zamienił majątek na brylanty i umieścił je w kiszce stolcowej. Mama zaczęła mieć wątpliwości: może nie jest mądrzejsza od innych i też powinna spróbować z hotelem? I poszła do brata prosić go o pomoc. Powiedział, że nic nie może zrobić, bo musi mieć pieniądze na utrzymanie żony i dzieci w nowym kraju. O ironio, przed wyjazdem było dużo stresujących sytuacji, biegał po mieście i coś załatwiał, spieszył się, poszedł do toalety i całe bogactwo przepadło. Nie było już czasu na nic. Zresztą nie pojechali za granicę, tylko do gazu… Z całej rodziny zostały tylko dwie siostry (później dowiedziałyśmy się, że najmłodszą, Gienię, zastrzelono, gdy próbowała ratować narzeczonego) i babcia. Babcia zamieszkała z nami u pewnej prostytutki, która wiedziała, że jesteśmy Żydówkami. Dostawała od nas pieniądze za przechowanie. Gdy przychodzili do niej klienci, wpychałyśmy babcię do szafy. Z wojny wyszła z garbem, ale żywa. A po naszą gospodynię przyszli chłopcy z AK, by ogolić jej głowę. Mama spytała ich, czy nie rozumieją, że ona tylko dla niepoznaki zadawała się z tymi Niemcami, bo tak naprawdę to ratowała nam życie? Zresztą akurat jej klienci Austriacy bardzo psioczyli na Hitlera. Również po wojnie mama zeznawała na jej korzyść. A jednego z chłopaków, którzy na nas donieśli Gestapo, spotkałyśmy z mamą w latach pięćdziesiątych w tramwaju na Woli. Był już dorosłym mężczyzną, mnie nie poznał, ale mamę tak. Przestraszył się. Chciałam od razu biec do motorniczego, żeby zatrzymał tramwaj i wezwał milicję, mama jednak mnie powstrzymała. „On był strasznym gówniarzem – mówiła – może zmądrzał. Narażałyśmy życie jego rodziców, naszych gospodarzy, oni nie znali prawdy o nas. Nie mamy prawa go oceniać”. Ja krzyczałam: „Jak to nie mamy? Doniósł na nas, cudem żyjemy!”. Długo nie mogłam mamie wybaczyć, że mi nie pozwoliła.

Na koniec znalazłyśmy się na Pradze. Tam mama poznała Zygmusia Bielskiego. Zygmuś zastrzelił szmalcownika, który nas sadystycznie gnębił. Na kilometr zresztą było widać, że Bielski walczy z Niemcami. Miał wojskowy sznyt i sposób bycia. Wcielił mamę do oddziału. Potrzebowali sanitariuszek. To były jej najlepsze wojenne chwile. Brała udział w powstaniu warszawskim, poznała wtedy mojego przyszłego ojczyma, ratując go przed rozstrzelaniem. Mnie dla bezpieczeństwa oddali do klasztoru sióstr szarytek w Warszawie. Zygmuś powiedział, że jestem jego kuzynką, że mój ojciec był kiedyś jego dowódcą. Kłamał jak z nut, bo nie był pewien, czy zakonnice zechcą przyjąć żydowskie dziecko. Wtedy nie wiedziałam, że oprócz mnie całkiem świadomie przechowywały dwie inne żydowskie dziewczynki. Poznałam jedną z nich po latach w naszym stowarzyszeniu.

Tam też miałam szczęście. Bomba zapalająca trafiła w dach klasztoru. Ogłoszono alarm, zakonnice z dziećmi zbiegły do piwnicy, a ja miałam taki twardy sen, że nie zbiegłam. Zbudziłam się w południe, raziło mnie słońce, otwarłam oczy, a nade mną niebo. Sypialnie były na piętrze – dach urwało, a ja spałam. Tymczasem okazało się, że wejście do piwnic zasypało. Moje koleżanki i zakonnice trzeba było stamtąd wydobywać, a mnie robotnicy ulokowali w kubełku, którym zwożono cegły, i pierwsza znalazłam się na bezpiecznym gruncie.

Mogłyśmy stracić życie ze dwadzieścia razy. Lecz ja po prostu wierzyłam, że moja mama ma moc. Ona mi to zresztą powtarzała, żeby podbudować moją pewność siebie.

Całą wojnę kłamałyśmy, udawałyśmy kogoś innego. Ukrywanie tożsamości opanowałam do perfekcji. Wiele lat się tego oduczałam. Właściwie do nastego roku życia oszukiwałam jak najęta. Zmieniałam tożsamość, opowiadałam nieprawdziwe historie, wymyślałam sobie życiorysy. Mama skończyła wojnę jako Branicka, a ja aż do zamążpójścia byłam Wróblewska. Ostatnio w szpitalu spytali mnie o nazwisko panieńskie matki. Przypomniałam sobie wtedy, że w ostatniej metryce mama rzekomo była z domu Maliniak. Po co w szpitalu pytać osiemdziesięciojednoletnią kobietę o nazwisko panieńskie matki? To po prostu idiotyzm. Może dla celów identyfikacyjnych? Nie wiem. Moja identyfikacja jest ciągle wątpliwa.

Strzępki

(z opowieści Szlomy, Arlington, Wirginia)

Gdy uciekaliśmy z getta, mama zawinęła mnie w koc i niosła na plecach. Kiedy przedzierała się przez rzekę, zacząłem płakać. To mogło nas zdradzić, więc żeby mnie czymś zająć, dała mi do zabawy jedyną rzecz, którą wzięła ze sobą z getta – plik rodzinnych zdjęć. Przestałem płakać. Podarłem te zdjęcia na bardzo, bardzo malutkie kawałeczki. I później już nigdy nie mieliśmy rodzinnych zdjęć. Ale przeżyliśmy…

Ta druga

(rozmowa z Bronisławą, Tychy)

Przecież przeżyła pani z mamą. Byłyście razem cały czas. Dlaczego pani mówi, że miała dwie mamy?

Bo dwóm kobietom zawdzięczam życie, we dwie się mną opiekowały, tuliły mnie i wychowywały. Nawet razem gospodarzyły przy jednej kuchni. Z mojego miasteczka przeżyły tylko dwie Żydówki: moja mama i ja. Ukryła nas rodzina Kulików. To nie moja mama przyszła do Kulikowej, to Kulikowa zaproponowała jej wspólne mieszkanie – że bezpieczniej. Kulikowa bardzo mnie kochała, jej córka Helenka była starsza ode mnie, miała jakieś czternaście lat. Kulikowa stawiała mnie przy piecu i śpiewała: „Kręci dupką za chałupką, raduje się gościom, suchej zupki ugotuje, omaści ją kością”. Do dziś pamiętam. Płakałam, a ona podrygiwała przede mną. Chodziła ze mną do kościoła, uczyła mnie pacierza. I to z nią spędzałam noce na wypadek, gdyby przyszli po moją mamę, żebym chociaż ja przeżyła. Helenka wspominała, że wieczorami w naszym wspólnym domu dawało się odczuć gęstniejącą atmosferę niepokoju, podenerwowania. Bo gdy przychodziła pora kładzenia mnie – a więc pora mojego rozstania z mamą – zaczynał się codzienny wieczorny dramat. Obie płakałyśmy, wczepione w siebie, ja nie chciałam jej puścić. Pani Kulikowa musiała mnie niemal wyrywać z objęć mamy. Żegnałyśmy się, jakbyśmy się miały już nigdy nie zobaczyć. W końcu wszystko się uspokajało. Łkając, usypiałam wtulona w opiekunkę, a mama po cichu płakała w swoim pokoju.

Mama czasem nie dawała rady. W nocy czekała, aż przyjdą. Nie wierzyła, że to może nas ominąć. Mówiła, że Niemcy są systematyczni. (Już do końca życia nie siadała tyłem do drzwi i okien). Chciała być przygotowana, obmyślała możliwe kryjówki. Raz, gdy słyszała walenie do drzwi, ukryła się pod pierzyną i znieruchomiała. A oni walili i walili. I nagle się zorientowała, że żandarmi by tak nie walili, tylko już dawno weszliby do środka. Wstała i uchyliła drzwi, a tam sąsiedzi: „Co za ulga. Myśleliśmy, że cię nie dobudzimy. Alarm przeciwlotniczy – trzeba uciekać do schronu!”.

Helenka zapytała, czy pamiętam – nie, nie pamiętam – dzień, w którym nasze mamy wygoniły nas na podwórko, gdy przyjechali jacyś ludzie. Po chwili usłyszałyśmy wycie mojej mamy. Właśnie się dowiedziała, jak zginęła moja babcia – jej matka. Gdy uciekali wozem, zatrzymał ich niemiecki patrol i kazał im się przesiąść do ciężarówki. Popychali babcię, upadła, zabili ją jednym strzałem w głowę, a zaraz po niej wujka, który rzucił się w jej stronę. Po tej wieści mama wiele tygodni leżała w milczeniu, ze wzrokiem utkwionym w sufit. Nie wiem, co bym wtedy zrobiła, jak opuszczona bym się czuła, gdyby nie Kulikowa.

Przyjaźniły się potem wiele lat, aż do tragicznej śmierci Kulikowej – wracała zimą od koleżanki i przewróciła się w śniegu. Znaleźli ją dopiero rano. Nasze rodziny nadal są w dobrych relacjach. Gdy moja młodsza, urodzona po wojnie siostra wychodziła za mąż, Helenka zaproponowała, że zawiezie młodych do ślubu białym samochodem. To wtedy było coś – mąż Helenki pracował na wysokim stanowisku w kopalni, więc nieźle im się powodziło i mieli takie auto.

Gdy wojna się skończyła, tata wrócił z obozu. W sąsiedniej wsi powiedzieli mu, gdzie nas szukać. Przyjechał po nas rowerem, który mu pożyczyli. Z rodziny mamy nikt nie przeżył. Było ich czworo rodzeństwa. Mama dużo o nich opowiadała. O wojnie nigdy ani słowa – a o nich wciąż. Piękne historie, które nie miały złego zakończenia, bo w ogóle ich nie kończyła. Mama czuła się i Polką, i Żydówką. Była niezwykłą osobą, szalenie tolerancyjną, miała w sobie wewnętrzną mądrość, nigdy się z nikim nie kłóciła ani nie miała wrogów, aż do sześćdziesiątego ósmego. Gdy jej dano do zrozumienia, że powinna zrezygnować z funkcji sekretarza, bardzo to przeżyła. Ale nie chciała wyjeżdżać. Po wojnie wierzyła w komunizm. Wierzyła też w ludzi, w uczciwość. Pamiętam, że gdy miałam siedem lat, szłam opłotkami do ciotki, leżał zalegający śnieg, pośliznęłam się i wpadłam do przydrożnego rowu. Leżała tam drewniana figura Matki Boskiej. Przytachałam ją do domu. Ojciec powiedział: „Świetnie, będzie na podpałkę”, ale mama na to nie pozwoliła, kazała mi ją zanieść do kościoła.

Mama była w rodzinie katalizatorem emocji. Mój bal maturalny to już czasy rock’n’rolla. Tata był jego przeciwnikiem, a moja nowoczesna mama przypominała mu, jak to oni za młodu tańczyli shimmy i co o tym mówili dorośli.

Jako młoda dziewczyna rzadko dzieliłam się z mamą swoimi problemami. W takich wypadkach mama zawsze czuła się winna, że wszystko przez to, że w czasie wojny nie miała mnie czym karmić, że za bardzo mnie zaniedbywała…

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

 

[1] Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu w Polsce – organizacja zrzeszająca osoby żydowskiego pochodzenia ocalałe z Zagłady, które w dniu rozpoczęcia II wojny światowej miały nie więcej niż trzynaście lat lub urodziły się w czasie wojny.

[2] Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu w Polsce.

[3] Chodzi o do dziś dyskutowaną sprawę Hotelu Polskiego w Warszawie, w którym według najbardziej rozpowszechnionej wersji Niemcy zastawili pułapkę na ukrywających się w mieście Żydów. W maju 1943 roku Warszawę obieg­ła informacja, że międzynarodowe paszporty będą gwarancją deportacji z Generalnego Gubernatorstwa do Europy Zachodniej, a stamtąd między innymi do krajów Ameryki Południowej. Żydzi mieli się zgłaszać do Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej. Ceny wydania paszportów wahały się od trzydziestu do trzystu złotych. Mieszkańców hotelu internowano i stopniowo wywożono do obozów zagłady. Ostatnich kilkuset z nich rozstrzelano 13 lipca 1943 roku na Pawiaku. Spośród około trzech tysięcy osób, które przeszły przez Hotel Polski, przeżyło niespełna dziesięć procent.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], marc[email protected]@czarne.com.pl

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I