Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina ebook

Krystyna Kurczab-Redlich  

3.33333333333333 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1036 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - Krystyna Kurczab-Redlich

Najbardziej sensacyjna biografia roku!
Historia życia Władimira Putina, którą czyta się jak kryminał.

Znakomita autorka, znawczyni problematyki rosyjskiej ujawnia nieznane na ogół fakty z życia prezydenta Rosji.  Skąd wziął się w KGB, czy rzeczywiście wygrywał wybory, jak naprawdę rozpoczął wojnę w Czeczenii i na Ukrainie, jakie ma związki z Al-Kaidą i tzw. Państwem Islamskim, jak wiele osób wysłał na cmentarz; jakim był mężem, jakim jest ojcem i czy czuje się samotny?

Opinie o ebooku Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - Krystyna Kurczab-Redlich

Fragment ebooka Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina - Krystyna Kurczab-Redlich

Krystyna Kurczab-Redlich

Wowa, Wołodia, Władimir

Tajemnice Rosji Putina

Książka powstała w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego udzielonego w 2014 roku.

Copyright © by Krystyna Kurczab-Redlich, MMXVI

Wydanie I

Warszawa MMXVI

Książkę tę poświęcam pamięci tych, z którymi łaskawy los zetknął mnie na rosyjskich ścieżkach, a którym zły los odebrał życie: Annie Politkowskiej, Natalii Estemirowej, Galinie Starowojtowej, Siergiejowi Juszenkowowi i Jurijowi Szczekoczichinowi

Wstęp

W carskim dworku z XIX wieku w miejscowości Nowo-Ogariowo pod Moskwą, nad rzeką o takiej samej nazwie, niemal codziennie od 2000 roku, mniej więcej o wpół do dziewiątej rano budzi się niewysoki mężczyzna. Niedługo po przebudzeniu, odziany w dres z jedwabno-bawełnianej materii, zaczyna ćwiczyć na specjalnie dla niego zbudowanej siłowni. W trakcie ćwiczeń ogląda w telewizji najnowsze wiadomości na kilku krajowych kanałach. Po rozgrzewce udaje się na basen. Czasem przepływa tylko tysiąc metrów, czasem więcej. Potem przychodzi pora na przemienną kąpiel w mniejszych basenach: gorąca woda ma 40 stopni, chłodna – 12.

Przy stole nakrytym do śniadania białą porcelaną zasiada około południa. Menu jest raczej skromne: kasza z jogurtem lub twaróg z miodem, żółty ser, masło. I koktajl o tajemniczym składzie, najprawdopodobniej z sokiem buraczanym i chrzanem.

Potem mężczyzna udaje się do gabinetu, gdzie pod flagą Federacji Rosyjskiej i herbem państwowym otwiera teczkę z najpilniejszymi dokumentami do podpisu. Następnie zagląda do teczki z dokumentami tajnymi…

Jeśli tego dnia jedzie do najważniejszej z komnat w twierdzy otoczonej długim na 2235 metrów murem grubości dochodzącej do 6 metrów, to kilkanaście opancerzonych aut przemyka na sygnale ulicami, na których już dużo wcześniej wstrzymano ruch. Do swojego miejsca pracy dociera przeznaczoną tylko dla niego windą i przeznaczonym tylko dla niego korytarzem. Pracuje długo, nieraz do północy. A bywa i tak, że jego podwładni są wzywani późnym wieczorem do jego rezydencji pod miastem.

Gdy odchodzą, zostaje sam. Kiedyś biegały tu dzieci, krzątała się żona. Jeszcze niedawno przyjacielsko trącała go nosem ukochana czarna labradorka. Ale i jej zabrakło…

Kim jest urzędujący w fortecy, od lat narzucający światu swoją wolę zagadkowy samotnik z Kremla, Władimir Władimirowcz Putin? I jakim państwem stała się Rosja pod jego rządami?

Krystyna Kurczab-Redlich

Część IDzieciństwo od kulis

Raz… Niewielki biały samolot unosi się w powietrze. Dwa… Ostro przechyla się na lewą stronę. Trzy… Zanim doliczymy do dziesięciu, może dwunastu, ryje w beton.

Jest 9 marca 2000 roku. Godzina ósma czterdzieści jeden. Lotnisko Szeremietiewo. Ginie dziewięć osób, wśród nich – oprócz członków załogi – dwie znane w ówczesnej Rosji postacie: Zija Bażajew i Artiom Borowik. Zija Bażajew to właściciel ogromnej kompanii naftowej Alians, niezwykle sprawny przedsiębiorca, działacz państwowy, inicjator wielu działań charytatywnych. Artiom Borowik to szef holdingu Sowierszenno Siekrietno (Ściśle Tajne), wydającego gazetę o takim samym tytule oraz czasopismo „Wiersija”, a także autor telewizyjnego programu również noszącego nazwę Sowierszenno Siekrietno. Dziennikarz znany z rzetelności i odwagi.

Z wraku samolotu znikają ich telefony komórkowe. Znika też teczka z dokumentami Borowika.

Akta śledztwa w tej sprawie od początku opatrzone są klauzulą „Ściśle tajne”.

Trzy lata później.

W zawalonym książkami gabinecie Ogólnorosyjskiego Instytutu Materiałów Lotniczych naprzeciwko starszego pana o mocno pomarszczonej sympatycznej twarzy siedzi jasnowłosa kobieta i bardzo się dziwi. Naczelna redaktorka gazety „Sowierszenno Siekrietno” Galina Sidorowa rozmawia o problemach rosyjskiego przemysłu lotniczego z Josifem Fridlyanderem, jednym z największych w kraju specjalistów zajmujących się stopami metali używanymi w lotnictwie. Ten dziewięćdziesięcioletni naówczas człowiek uczestniczył w pracach komisji badającej przyczyny praktycznie wszystkich katastrof lotniczych w ciągu kilkudziesięciu lat. Także katastrofy jaka-40 z 9 marca 2000 roku. Galina Sidorowa się dziwi, bo miły starszy pan właśnie powiedział: „W moim sejfie leżą papiery związane z tą katastrofą, ale nie mogę ich pokazać. Klauzula »Tajne«”. „Zdziwiona zadałam pytanie – pisze – jak to możliwe, przecież oficjalne rezultaty pracy komisji już opublikowano, na co Fridlyander tylko rozłożył ręce. Jasne, że ten naukowiec przez większą część życia pracujący w którejś z instytucji objętych tajemnicą państwową nie mógł się wtedy podzielić ze mną swoją wiedzą. »Pomyślę, jak to zrobić« – powiedział na pożegnanie. Ale choć rozmawialiśmy jeszcze nieraz, a Josif Naumowicz dzwonił nawet z życzeniami świątecznymi, ciągle smutno powtarzał: »Jeszcze nie mogę«”1.

Josif Fridlyander zmarł w 2009 roku. Zawartość jego sejfu służba bezpieczeństwa instytutu przejrzała i zniszczyła.

Galinę Sidorową, posła nadzwyczajnego i pełnomocnego, członka Rady Polityki Obronnej, a od 2012 roku przewodniczącą Komitetu Wykonawczego Międzynarodowego Instytutu Prasy, trudno posądzać o konfabulowanie.

Początek prezydenckiej kampanii wyborczej Władimira Putina wypadł latem 1999 roku, a szczyt zimą roku 2000 – od początku stycznia po koniec marca.

W telewizji i gazetach pełno było Putina. Ilość jednak nie przechodziła w jakość: wiedziano wprawdzie mniej więcej, co robił w życiu, gdzie pracował, ale – w gruncie rzeczy – nie wiedziano, kim jest. Niewinne pytanie „Who is mister Putin?” zadane rosyjskim politykom przez amerykańską dziennikarkę Trudy Rubin na Forum Ekonomicznym w Davos w styczniu 2000 roku nie doczekało się wtedy odpowiedzi i nadal wirowało w powietrzu. A że wolność słowa rozhulana za czasów prezydenta Jelcyna jeszcze miała się dobrze, zdecydowanie nie we wszystkich pismach i programach telewizyjnych dominował ton adoracji.

Oto w czasopiśmie Artioma Borowika „Wiersija” z 18 stycznia 2000 roku ukazuje się tekst pod niemieckim tytułem Das ist Putin z jego fotografią w czapce niemieckiego oficera z okresu drugiej wojny światowej. Autorzy usiłują rozwikłać kilka niezbyt pochlebnych dla bohatera zagadkowych wydarzeń z wcześniejszych etapów jego życia. Niespodziewanie do najbardziej tajemniczego okresu, o którym pod koniec artykułu piszą, należy ten – wydawałoby się – najniewinniejszy: dzieciństwo Putina. Otóż większość informacji na ten temat jest ściśle tajna.

Rozwiązanie jednej z zagadek nastąpiło jak w kiepskim serialu. Jedni w nie uwierzyli, inni nie. Na wierze dobrze jest się opierać wówczas, gdy do dowodów sięgnąć nie można. Jeśli zaś można, warto się z nimi zapoznać.

Wedle tego kiepskiego scenariusza początek życia prezydenta wyglądał zupełnie inaczej niż w oficjalnej biografii: nie ten ojciec, nie ta matka, nie to miejsce urodzenia, nie ta data. Pytanie jednak, czy w ogóle powinno nas obchodzić skrywane za tymi faktami cudze nieszczęście? Czy nie należałoby raczej wzruszyć ramionami i nie zauważać problemu? Dla polityków liczy się postępowanie drugiego polityka, a nie to, co skrywa jego metryka czy psychologiczna podszewka. Dla obserwatorów jednak, dla dziennikarzy czy biografów pytanie, dlaczego polityk zachowuje się tak, a nie inaczej ma ogromne znaczenie. Tym większe, im bardziej jego działania wpływają na losy innych ludzi, społeczeństw, świata. Są politycy tacy jak Gandhi czy Havel, są tacy jak Hitler czy Stalin.

Truizmem jest twierdzenie, że szczęśliwe, a przynajmniej normalne dzieciństwo lepiej rokuje niż nieszczęśliwe i nienormalne. Oczywiście nie wszyscy, którym szczęśliwe dzieciństwo było dane, wyrośli na porządnych ludzi, podobnie jak nie wszyscy, którym szło jak po grudzie, stali się zbrodniarzami. Tak czy inaczej, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś jest, jaki jest, nie sposób nie zajrzeć za kulisy jego dzieciństwa.

„Tak, jestem matką Wołodii” – wyznaje gruzińskiej gazecie „Alija” Wiera Nikołajewna z domu Putin, od kilkudziesięciu lat żyjąca w Gruzji, w wiosce Metechi. Jest początek stycznia 2000 roku. W Metechi zapewne jeszcze częściej niż w Tbilisi od lat brakuje prądu (w stolicy nie ma go czasem i przez dwa tygodnie, pojawia się na krótko i znowu znika). Telewizory w większości mieszkań są, ale ludzie odzwyczaili się od ich włączania. Często nawet nafty do lamp brakuje. Prowincja Gruzji żyje swoim ciężkim, biednym życiem. Niewiele obchodzi ją polityka własnego prezydenta Szewardnadzego, a jeszcze mniej sprawy Rosji, od której Gruzinom udało się odłączyć prawie dziesięć lat wcześniej. Dlatego sylwestrowy fajerwerk, jaki 31 grudnia 1999 roku odpalił Rosjanom prezydent Jelcyn, ogłaszając swoim następcą Władimira Putina, w gruzińskiej wiosce nie został zauważony.

Do wyznania Wiery z domu Putin może by wcale nie doszło, gdyby nie to, że w Metechi pojawili się ludzie szczególnie zainteresowani nią i rodziną jej męża Gieorgija Osiepaszwilego. Przybysze rozpytywali o synka Wiery, Wołodię, który przyjechał tu jako maleńki chłopczyk, żył u Osiepaszwilich, a zniknął, gdy miał niemal dziesięć lat. Przybysze prosili też o pokazanie zdjęć małego Wowy, a potem wszystkie zabrali, niektóre nawet bez wiedzy właściciela. Dużo tego nie było, kilka sztuk. Dopiero wtedy mieszkańcy Metechi zdali sobie sprawę z metamorfozy ich Wowy we Władimira Władimirowicza Putina.

Być może wszystko skończyłoby się na wioskowym szumie, gdyby nie to, że 3 stycznia 2000 roku do przedstawicielstwa Czeczeńskiej Republiki Iczkeria w Tbilisi przyszedł pewien Gruzin z informacją, że tuż obok, we wsi Metechi żyje prawdziwa matka Władimira Putina, którą on może im przywieźć za pół miliona dolarów. Czeczeni wyśmiali go, znając już z internetu biografię kandydata na prezydenta Rosji. Czarno na białym napisano w niej, że jego matka od roku nie żyje.

Sprawę zaczęli traktować poważniej, gdy pod koniec rozmowy pojęli, że gość jest z gruzińskich służb specjalnych, które chciałyby się pozbyć tej niewygodnej osoby cudzymi rękami. O Czeczenach porywaczach głośno było wtedy na świecie, więc przypisanie im jeszcze jednego porwania nikogo by nie zdziwiło, a oni nie mieliby najmniejszej szansy udowodnienia swojej niewinności, zwłaszcza w warunkach toczącej się w Republice wojny.

Gruzin położył na stole stare zdjęcie ciepło okutanego dzieciaka oraz ekspertyzę potwierdzającą, że to dziecięca fotografia Władimira Putina. Potem włączył magnetofon, z którego popłynęły nagrane rozmowy z mieszkańcami wioski wspominającymi syna Wiery o imieniu Wowa, który przez lata żył wśród nich. Czeczeni zrozumieli, że jeśli Wiera Nikołajewna z domu Putin to istotnie prawdziwa matka przyszłego prezydenta Rosji, musi być osobą bardzo w tej chwili dla niego niewygodną i może jej się coś złego przydarzyć.

Stało się też jasne, że ujawnione podczas kampanii wyborczej poważne i w dodatku dość pikantne kłamstwo w biografii pretendenta może być miną, na której wprawdzie kandydat do objęcia władzy na Kremlu w powietrze nie wyleci, ale za której sprawą jego wizerunek mocno ucierpi. Wszystkim przeciwnikom Putina sprawiłoby to radość, Czeczenom zaś szczególną. Od pół roku rosyjskie bomby obracały ich kraj w perzynę, czołgi go rozjeżdżały, a obywateli torturowano niemal na każdym posterunku wojskowym – wszystko to na rozkaz dowodzącego „operacją antyterrorystyczną” Władimira Putina.

Szef Czeczeńskiego Centrum Informacyjnego w Tbilisi Chizir Ałdamow bezzwłocznie porozumiał się więc ze swoim szefem Wachą Ibragimowem i obaj postanowili zasłyszane rewelacje sprawdzić, a jeśliby się potwierdziły – nagłośnić. Tylko tak zyskaliby dla siebie i Wiery Nikołajewnej polisę asekuracyjną. Do nagłośnienia potrzeba jednak – oprócz relacji mieszkańców i samej Wiery – jeszcze materialnych dowodów, choćby w postaci zdjęć, a te ze wsi już ktoś zabrał.

Do Wiery Nikołajewnej Czeczeni pojechali z dziennikarzami gruzińskiej gazety „Alija”.

W wiosce Metechi w pobliżu szkoły stoi niewielki dom, przy nim obrośnięta winem altana. Tam Wacha Ibragimow pierwszy raz spotyka niewielkiego wzrostu kobietę o zamaszystych ruchach i jasnych, głęboko osadzonych oczach.

„Niezręcznie mi to wszystko wspominać – mówi spłoszona obecnością dziennikarzy Wiera Nikołajewna. – Trudno wracać do starych błędów, pomyłek… Minęło już przecież pół wieku”2.

A jednak próbuje mówić. Zacina się, śpiewne rosyjskie słowa wygrzebując spod usypiska gardłowej mowy gruzińskiej, usiłuje zamknąć całe lata w kilku prostych zdaniach. Jej błękitne, wyblakłe oczy to jaśnieją, jakby podświetlone od środka, to mętnieją zasnute łzami, bezzębne usta rozciąga uśmiech lub sznuruje płacz.

„Urodziłam się…” – zaczyna i zaraz przerywa, wstaje, idzie w głąb domu i wraca z pożółkłym, poplamionym dowodem osobistym3.

Wiera Nikołajewna Putin urodziła się 6 września 1926 roku we wsi Tieriechino, niedaleko niewielkiego miasta Oczer, w obwodzie permskim na Uralu, jako jedyna dziewczynka wśród czwórki dzieci Anny Ilijczynej i Nikołaja Iłłarionowicza Putinów. Po wojnie zdecydowała się na naukę w miejskim Technikum Mechanizacji Rolnictwa. W tamtych powojennych czasach do szkół chodziły uczennice jeszcze niedawno harujące w zakładach zbrojeniowych i uczniowie, którzy właśnie rozstali się z karabinem. Więcej wśród nich było kobiet niż dziewcząt, więcej mężczyzn niż chłopców. Tam się właśnie spotkali: dorosła już Wiera Nikołajewna i Płaton Priwałow, mężczyzna, którego imię i nazwisko jeszcze dziś z trudem przechodzi jej przez gardło.

Przez jakiś czas mieszkali razem. Wiera była przekonana, że się pobiorą. Była już w ciąży, gdy…

„Przyszła paczka do niego, z jakimś jedzeniem – wspomina. – Wyjechał na kilka dni, no to paczkę otworzyłam. A tam słonina i list od żony. Zanim wrócił, już mnie nie było. Uciekłam do rodziców”.

Nieślubne dziecko nie stanowiło w powojennej Rosji wielkiego problemu. Rodzice przyjęli córkę bez wyrzutów i zapewne się cieszyli z przyjścia wnuka na świat we wrześniu 1950 roku. Rok później Wiera, wtedy już technik elektromechanik, wyjechała na praktykę z chłodnego Uralu aż do gorącego Uzbekistanu, do Taszkientu. Obok hotelu robotniczego, gdzie mieszkała, stał barak – świetlica, dokąd przychodzili żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej, wśród nich Gieorgij Osiepaszwili, przystojny Gruzin. Tak się poznali. Gruzja, kraina pomarańczy i winorośli, jawiła się mieszkańcom biednej powojennej Rosji jako kraj mlekiem i miodem płynący, dlatego Wiera bez zastrzeżeń uwierzyła w opowieści Gieorgija, że jest bogaty i ma duży dom w Tbilisi.

Na surowym Uralu, gdzie dorastała, niewiele zapewne rozmawiało się o nieokiełznanej fantazji ludzi Kaukazu, toteż gdy Gieorgij powiedział: „Wychodzę z wojska, potrzebna mi żona, nie chcę być w domu sam, matka umarła, ojciec ponownie się ożenił”, Wiera zdecydowała się w ciągu trzech dni.

„Wszystko stało się tak szybko” – wzdycha po latach. Może dlatego, że kiedy sobie wcześniej w Swiatki – jak to w Rosji od wieków w zwyczaju – przed świętem Trzech Króli wróżyła, w lustrze ujrzała mężczyznę w mundurze, podobnego do Gieorgija, a może dlatego, że chciał być z nią, mimo iż miała dziecko z innym, a może po prostu się zakochała… Tak czy inaczej, nie uciekła z wioski Metechi, gdzie Gieorgij nie miał nawet własnej chałupy, a w domu ojca zamiast podłogi było klepisko, nie uciekła, tylko po roku poprosiła matkę, żeby przywiozła jej tam synka. Anna Ilijczyna zrobiła to mimo oporu ze strony ojca Wiery, który nie pogodził się z wyborem jedynaczki. Ten stary komunista ponoć nienawidził Stalina (który był Gruzinem), a Gruzję uważał za kraj obcy i dziki, gdzie można spędzić wakacje, ale nie całe życie.

W tym miejscu właściwie kończy się prolog pisanego przez los scenariusza z Wierą Nikołajewną z domu Putin, po mężu Osiepaszwili, w roli głównej i na scenę wstępuje właściwy bohater.

Miał niespełna trzy lata, gdy po raz pierwszy ziemia osunęła mu się spod nóg. Został wyrwany z przyjaznych pieleszy domku w Tieriechino, z objęć kobiety, którą pewnie uważał za mamę, i mężczyzny będącego jak ojciec, i pozostawiony tam, gdzie wszystko było obce: nowa matka, nowy ojciec, nowy dom. Psychologowie twierdzą, że z czynników, które najbardziej wpływają na rozwój emocjonalny dziecka, zwłaszcza trzylatka (między innymi spokój, czułość, zaspokajanie potrzeb), najważniejsza jest potrzeba bezpieczeństwa4. Skoro zaś „na brak poczucia bezpieczeństwa w dużym stopniu wpływają rozstania z osobami najbliższymi, a dziecko przeżywa je tym mocniej, im jest młodsze, gdyż wtedy jego więzi z osobami bliskimi są najsilniejsze”5, możemy sobie wyobrazić szok małego Władimira po transplantacji na gruzińską ziemię. Układ nerwowy trzylatka jest jeszcze słaby, a rozpoczynające się formowanie własnego ja i wiary w siebie – bardzo wątłe. Łatwo je na tym etapie wzmocnić albo stłumić. W tym ostatnim przypadku mogą według psychologów wystąpić poważne zaburzenia, skłonność do kłamstw, agresywne, a nawet psychopatyczne, zachowania.

Ale przecież matka sprowadziła synka powodowana tęsknotą i miłością, więc może nie ma co przywiązywać nadmiernej wagi do krakania specjalistów od duszy ludzkiej? Dziecko miało dom? Miało, choć biedny. Matkę? Też, i to kochającą. Ponadto jasnowłosy i jasnooki chłopczyk nowej rodzinie się spodobał, można nawet usłyszeć, że był jej ulubieńcem. Zapewne dlatego w czasach, gdy aparat fotograficzny na wsi należał do rzadkości, ktoś zrobił małemu zdjęcie. Wowoczka nie ma na nim szczęśliwej miny. Jego ojczym Gieorgij podarował to zdjęcie swojemu bratu Wachtangowi mieszkającemu w Gori. Na odwrocie niewprawną ręką napisano po rosyjsku: „Na pamiątkę Ninie i Wachtangowi od Gogi. Syn Wowka. Wowka bardzo płakał, fotografować się nie chciał, zabrał fotografowi dzwoneczek i do domu, do domu… I tak zamiast bohaterem i wojakiem okazał się płaksą ten Wowik”.

Jeśli nawet było tam chłopcu dobrze lub chociażby znośnie, to krótko. Gieorgij pracował w cegielni i właśnie kończył nowy dom. Wiera Nikołajewna spodziewała się dziecka. Ojczymowi cudzy chłopczyk zaczął zawadzać. Tymczasem cudzy chłopczyk rósł i oswajał się z goniącym go słowem nabiczwari, biezrodnyj, czyli bez rodziny, nieznanego ojca, bękart. Kaukaz to Kaukaz, swoje prawa ma. Pozamałżeńskie dziecko się w nich nie mieści. Kobieta, która je urodziła – też nie. Im chłopak robił się starszy, tym boleśniej się o tym przekonywał.

„Ojczym go bił?” – pyta Wierę Nikołajewną Wacha Ibragimow.

„Bić to nie bił, ale go tu nie chciał”6 – odpowiada kobieta.

A cóż innego ma mówić o mężu, z którym przeżyła tysiące dni i nocy i który kręci się tu gdzieś w pobliżu… Po latach, grabiąc suche liście wokół jego grobu, Wiera Nikołajewna powie, z mozołem przebijając się przez wspomnienia: „Kłótliwy był […]. Ciężkich chwil nie brakowało. Ale zawsze byliśmy razem […]. On mnie potrzebował […]. Jeśli z kimś się pobił, nie rozmawiałam z nim miesiącami. Ale to on szukał zgody, nie ja […]. Takie było nasze małżeństwo. I dobre, i złe. Wszystkiego po trochu. Takie życie… Sama siebie nie rozumiem”7.

A co tu rozumieć? Zatarte już dzisiaj emocje, kiedyś wyraziste i jasne, to była miłość.

W Metechi wystarczy odejść dalej od domu Wiery Nikołajewnej, zaczepić paru dawnych sąsiadów i zapytać o małego Wowę, by usłyszeć:

„O tu, pod tym domem, gdzie mieszkał, często kucał, opierał się o ścianę i milczał. Taki biedny chłopczyk […]. Wiera go broniła, ale Gieorgij go bił, bił pasem. No i za kołnierz nie wylewał […]. Raz Wowa był zamknięty w domu, strasznie zmarzł i zaczął krzyczeć, a ściany tu cienkie: »Ciociu Lilo, pomóż! Strasznie mi zimno!«. Smutne to było”8.

„Bywało, że Goga kijem mu przyłożył i z domu na chłód wygnał, a i na ubranie skąpił, bo u nich się nie przelewało: chłopak zawsze w łatanych portkach chodził – wspomina sąsiad Osiepaszwilich, Mamuko. – Nikt nie miał tego za złe Godze. No bo kto ma ochotę cudzym dzieckiem się zajmować? W dodatku, gdy wszyscy za plecami się naśmiewają. Gadają: »Przytaszczyła Wierka bękarta, a od kogo – nie pamięta«. Długo Goga to znosił, aż w końcu go przegnał”9.

„Od czasu naszej przeprowadzki mieszkaliśmy po sąsiedzku – wspomina Dali Gziriszwili. – Wowa miał wtedy chyba pięć lat. Byliśmy rówieśnikami. On drobny, jasnowłosy, ruchy miał szybkie, zamaszyste, jak u matki… Nie wiedziałam, że ma na imię Władimir. Wołało się na niego Wowa. Wszyscy go znali pod tym imieniem. Było mi go żal, oni żyli bardzo biednie. Zawsze dawałam mu jabłka, gruszki, winogrona, bo myśmy mieli winnicę. On brał wszystko. Zwykle czekał na mnie w tym samym miejscu, niedaleko ich bramy, wiedział, że zawsze coś dla niego schowałam […]. Nieraz razem się bawiliśmy. Smutny był taki […]. Często chodził na ryby […]. Wiedziałam, że nie jest synem Gieorgija. Bardzo złościł się i płakał, kiedy go w dzieciństwie przezywali z powodu matki, nie wytrzymywał tego. Wioskowi wiedzieli, że go to złości, dokuczali mu, naśmiewali się, a on to brał bardzo serio i płakał”10.

„Ciche, smutne, zamknięte dziecko – usłyszał Wacha Ibragimow od Nory Gogolaszwili, nauczycielki pierwszych klas szkoły podstawowej w Metechi. – Bardzo dobrze się uczył. A z zabaw najbardziej lubił walkę. Wcześnie zapisał się na samboI. […] W pocerowanych rzeczach chodził […]. Kupowałam mu podręczniki. Im ciężko było. Mówiłam jego matce, że jeśli oddałaby go do adopcji, chętnie wezmę. Bardzo go było żal. Przylgnął do mnie jak kociak”11.

„Mówią, że był pan jedynym przyjacielem Wowy, że obaj byliście prymusami, prawda to?” – Wacha Ibragimow zagaduje Gabriela Dataszwilego. „Tak. Poza mną Wowa faktycznie nie miał przyjaciół”. „Był z niego zabijaka? Rozrabiał?” – dopytuje Ibragimow. „Nie, na odwrót, był cichym, zamkniętym chłopakiem. Po lekcjach często chodził z wędką nad rzekę, sam. Czasem przychodził do mnie i razem się bawiliśmy, a to w wojnę, a to fechtunku się uczyliśmy, w piłkę graliśmy i biliśmy się. On w tym był lepszy przez to jego sambo”12.

Pewnego dnia Wowka zniknął. Przerażonej Wierze Nikołajewnej oznajmiono, że więcej go nie zobaczy. Już prawie dziesięcioletniego chłopca tym razem zdeponowano w domu bezdzietnego majora w Tbilisi. Rolę doręczyciela wzięła na siebie siostra Gieorgija. Dała się jednak uprosić i po paru dniach wskazała matce adres syna. Czy ta matka mogła zrobić coś innego, niż wywieźć go stąd jak najdalej? Do rodzinnego domu na Ural.

„Bardzo chciałam zostać na Uralu – opowiadała po latach dziennikarzom. – Chciałam zostać z Wowką, oderwać się od tego wieśniaczego życia, chciałam się uczyć… Ale czy to mogłam? W Metechi czekały dwie córki, a Gieorgij po dwóch dniach przysłał telegram: »Wracaj natychmiast!«. I groził sprowadzeniem przez milicję… Faktycznie wyszło na to, że Wowę zamieniałam na dziewczynki”13.

Przed wyjazdem mały Putin podarował jedynemu przyjacielowi, Gabrielowi Dataszwilemu, swoją fotografię z podpisem: „Na pamiątkę Gabrielowi od Wowy”.

„Tyle lat ją przechowywałem – mówi Gabriel. – Ostatnio szukałem, ale przepadła. Pojęcia nie mam jak i kiedy. No ale jeśli Wowa Putin pamięta życie w Metechi, powinien pamiętać i mnie”14.

„Wowka strasznie płakał, kiedy odchodziłam. Serce mi pękało, ale nawet go nie przytuliłam. Jednak w najstraszniejszym koszmarze nie mogłoby mi się przyśnić, że żegnam się z nim na zawsze”15 – mówiła do kamery Wiera Nikołajewna, a łzy, jedna za drugą, szukały drogi wśród zmarszczek i bruzd jej twarzy.

We współczesnym scenariuszu nie może zabraknąć telefonu. 20 stycznia 2000 roku Wacha Ibragimow dzwoni więc z Tbilisi do Moskwy, do znajomego Czeczena Zii Bażajewa, który pyta:

– Słyszałeś? W Groznym piekło. Ruscy zastosowali broń chemiczną. Zrobili z nas poligon!

– A czego można się spodziewać po armii z takimi dowódcami?

– Podobno Putin to kythla[czecz. „bękart” – przyp. aut.].

– Słyszałem. Myślisz, że to prawda?

– To jest prawda – odpowiada Ibragimow. – Rozmawialiśmy z jego matką, przyrodnią siostrą i świadkami jego dzieciństwa.

– To byłaby bomba w Moskwie! Przecież trwa kampania wyborcza – ekscytuje się Bażajew.

– Ale w Moskwie nikt nie zaryzykuje takiego tematu – wątpi Ibragimow. – Wszyscy tam na punkcie Putina powariowali.

– Ja jednak spróbuję – oświadcza Bażajew.

Po trzech dniach następuje kolejna odsłona dramatu i 23 stycznia z Moskwy do Tbilisi dzwoni Zija Bażajew i uroczyście oznajmia, że Artiom Borowik z telewizyjnego programu „Sowierszenno Siekrietno” bardzo się zainteresował tematem i uważa, że to „prawdziwa bomba”, pod warunkiem jednak, że znajdą się jakieś zdjęcia, bo bez nich „sprawa zostanie przedstawiona tak, jakby jakieś zapadłe Metechi chciało sobie przypisać zasługę wychowania przyszłego prezydenta Rosji”16. Radzi też, żeby się z tymi poszukiwaniami nie afiszować i dzwonić, gdy uda się zdjęcia znaleźć.

Wydawało się, że to zadanie niewykonalne.

Mijał luty. Czas umykał. Czas – wróg tych, którzy czekają, tych, którzy się spieszą, i tych, którzy marzą – jak tam i wtedy – że prawda zdoła wstrząsnąć światem. Tym dalekim światem, w którym długi żółty budynek dawnego KGBII, przemianowanego teraz na FSBIII, na placu Łubianka i eleganckie gabinety Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej na placu Starym, i paradne kremlowskie sale zamieniono w sztaby bojowe operacji „Następca”.

Operacja zakończy się wyborami 26 marca. I nie zakłóci jej żadna burza w szklance metechijskiej wody.

„Podczas całego okresu pracy w Metechi, no i w Tbilisi, czuliśmy, jak potężne siły próbują nam przeszkodzić – wspominał Wacha Ibragimow. – W tamtym czasie, gdy toczyła się już wojna Rosji z Czeczenią, przedstawicielowi Czeczeńskiej Republiki Iczkeria w Tbilisi, do niedawna traktowanemu jak, powiedzmy, przedstawiciel Francji, odebrano status dyplomatyczny i potraktowano go jak zwykłego obywatela Gruzji. Co rusz się zjawiali panowie w cywilu, żądając, byśmy zakończyli wizyty w Metechi, a jeśli nie zakończymy, grozili wielkimi kłopotami. Oficjalnego nakazu w tej sprawie nie mieli. Działali na prośbę szefów, kolegów byłego naczelnika KGB Igora Giorgadzego. Tego samego, który oskarżony o zamach na prezydenta Szewardnadzego musiał uciekać z Gruzji i skrył się pod Moskwą na daczy chronionej przez tamtejsze służby. Giorgadze i Putin dobrze się znali: kończyli tę samą moskiewską akademię KGB, tyle że Giorgadze wcześniej. To on podarował Putinowi kaukaskiego owczarka o imieniu Małysz, którego widać na wielu zdjęciach Putina z tamtych czasów. Sami giebesznicy[tak popularnie nazywają Rosjanie funkcjonariuszy KGB – przyp. aut.] już do Metechi nie przyjeżdżali, widocznie się uspokoili, odkąd zabrali ludziom zdjęcia Wowy i zakazali o nim gadać”.

Nie uspokoili się jednak Czeczeni i niektórzy gruzińscy dziennikarze. Dawid Kikaliszwili z telewizji Rustawi 2 miał szczęście: trafił do mieszkającej w Tbilisi przyrodniej siostry Putina, o imieniu Sofija, tuż po tym, jak się jej udało wydobyć zdjęcie brata od znajomego giebesznika. Właśnie ta fotografia, z dedykacją: „Na pamiątkę Gabrielowi od Wowy”, zniknęła z domu Gabriela Dataszwilego i pokazana została w programie Kikaliszwilego „60 minut”. Czeczeni otrzymali kopię. Następną niespodziankę sprawił sam Gieorgij Osiepaszwili: od brata Wachtanga z Gori przywiózł zrobione niemal przed pół wiekiem zdjęcie chłopaczka z nieszczęśliwą miną, opatrzone dopiskiem o Wowiku, co okazał się płaksą.

Jest 7 marca 2000 roku. Znów dzwoni telefon.

Z relacji Wachy Ibragimowa:

„W Tbilisi z radością krzyczałem w słuchawkę:

– Są fotografie! Udało się! Mimo wszystko!

W Moskwie ucieszył się Zija:

– Wspaniale! Wielki sukces! Trzeba szybko je tutaj przekazać. Przygotujcie się. Za dwa albo trzy dni Artiom zadzwoni do was wieczorem i powie, kogo i kiedy przyśle po materiały. Spieszy się, już przygotowuje program w telewizji.

Z Tbilisi jeszcze dorzucają:

– Dla Artioma mamy też ważne materiały z 1999 roku. O wysadzaniu domów. A do Metechi pojedziemy z pomocą humanitarną. Przyda się Wierze Nikołajewnej.

– Znakomicie! – cieszą się w Moskwie. – Będzie świetne tło do programu Artioma. Tylko zbierzcie jak najwięcej dziennikarzy.

– Jasne! – odpowiadają w Tbilisi”17.

Rozmówcy kończą i spokojnie wsuwają telefony do kieszeni.

Każdy chyba z innym uczuciem. Wacha Ibragimow uczestniczył w tych wydarzeniach nie we własnym imieniu, lecz – jakkolwiek by to patetycznie zabrzmiało – w imieniu narodu czeczeńskiego. Podczas gdy Zija Bażajew, choć też Czeczen, cały ten sensacyjny epizod lokował na dalszym planie, jako coś mogącego ewentualnie zaszkodzić kampanii wyborczej niechcianego kandydata na prezydenta. Bo Zija Bażajew był przede wszystkim biznesmenem, jego kompania Alians dobrze się już umocowała na Zachodzie, a odkąd reanimowała Rafinerię Chersońską, jedną z największych na Ukrainie, zyskała mocną pozycję w handlu ropą w Rosji i całej poradzieckiej okolicy. Loty wynajętym jakiem-40 należały do rutynowego rozkładu zajęć Bażajewa. Także w locie planowanym na 9 marca nie było nic szczególnego. Aż do chwili, gdy tamtego późnego popołudnia 8 marca Artiom Borowik raptownie zmienił swoje plany moskiewskie na kijowskie, wziął do ręki telefon, wystukał numer Bażajewa i powiedział: „Lecę z tobą jutro”.

Dlaczego zmienił plany? Może jako właściciel holdingu Sowierszenno Siekrietno chciał doprecyzować warunki przejęcia przez Bażajewa pisma „Wiersija”? Ale przecież widywali się często i wszystko w tej sprawie było już ustalone… Pewnie chciał osobiście przejąć nieznane dokumenty z września 1999 roku dotyczące niedawnych ataków terrorystycznych, które wstrząsnęły Rosją: władza przypisywała je Czeczenom, lecz jej przeciwnicy widzieli w nich rękę FSBIV. Dokumenty przygotowane przez Ibragimowa mogły te przypuszczenia potwierdzać. Niewątpliwie interesował się on również tajemnicą dzieciństwa Wowy. Jej ujawnienie dopełniłoby serię krytycznych wobec Putina artykułów, które już się ukazały w podlegających mu czasopismach. Miał uzasadnioną nadzieję, że nagłośnienie przykrego sekretu kandydata na prezydenta zmniejszy jego szanse w nadchodzących wyborach. I może z tych wszystkich powodów wolał telefonować do Tbilisi z Kijowa, a nie z Moskwy, gdzie – jak wyjawił Nikołajowi Zjatkowowi z gazety „Argumienty i Fakty” – po ostatnich publikacjach na temat Putina do tego stopnia poczuł się niebezpiecznie, że zapewnił sobie ochronę osobistą. Któryś z ochroniarzy wspominał, że rankiem 9 marca 2000 roku Artiom Borowik wychodził z domu w świetnym nastroju. I w takim nastroju wzbił się jakiem-40, o numerze 88170, w powietrze.

A w Gruzji tego dnia od rana Wacha Ibragimow zwijał się jak w ukropie, przygotowując ogromne przyjęcie dla oczekiwanych gości. Zgodnie z poleceniem „Zbierzcie jak najwięcej dziennikarzy” zawiadomiono, kogo się dało – dziennikarzy miejscowych i zagranicznych, nie wyłączając rosyjskich. Spodziewano się około pięćdziesięciu osób, a zgodnie z tradycyjną kaukaską gościnnością stół musiał być bogato zastawiony nawet w ubogiej wiosce.

Czekano jednak daremnie.

„Z dwóch autokarów, które się pojawiły u wlotu do Wąwozu Punkijskiego, gruzińskie władze nie wypuściły ani jednego dziennikarza. Pod eskortą wozów milicyjnych, przy niemal całkowicie zasłoniętych oknach odwieziono ich z powrotem, nigdzie się po drodze nie zatrzymując. Było to tym dziwniejsze, że dotychczas nikt nie miał trudności z dojazdem do Metechi”18 – wspominał Wacha Ibragimow.

Późnym wieczorem, wróciwszy do odległego o wiele kilometrów domu, włączył telewizor i usłyszał: „Dziś rano na lotnisku Szeremietiewo…”.

Ibragimow został z całą sprawą sam.

Nagłaśnianą przez niego wiadomość z Metechi wszędzie przyjmowano jak czeczeńską przedwyborczą kaczkę dziennikarską. Tymczasem 13 marca eksplodowała dawno zapowiadana przez media bomba: ukazała się niewielka książeczka o skromnym tytule Ot pierwogo lica. Razgowory s Władimirom Putinym (Z pierwszej ręki. Rozmowy z Władimirem Putinem)19. Miała posłużyć jako wizytówka nieznanego narodowi bohatera. Dołączono do niej zdjęcie ucznia Wowy w wieku około czternastu lat. Fotografię wyłowił z internetu Wacha Ibragimow i natychmiast pomknął z nią do Metechi. Zakładał, że różnica między wyglądem niemal dziesięcioletniego chłopca, który wioskę opuszczał, a czternastolatka widocznego na zdjęciu nie może być wielka, więc ciekaw był reakcji osób, które małego Wowę wspominały. Spotkania z nimi filmował.

Najbardziej zaskakująco zachowała się Wiera Nikołajewna: ledwie rzuciwszy okiem na zdjęcie, zawołała: „On, on!”, zaniosła się płaczem i uciekła. Inni mówili (także do kamery): „To on! Jasne, że on!”. Wykrzykiwali: „Na tysiąc procent Wowa”. Lub wzruszali ramionami: „No, podobny, ale głowy nie dam”. Albo: „Nie mogę uwierzyć, że to ten sam. Wiem tylko, że w drugiej klasie siedziałem w ławce z chłopcem, którego zwali Wowa, a na nazwisko miał Putin. W czwartej klasie już go w naszej szkole nie było”. Stare kobiety wyrywały sobie zdjęcie z rąk, mówiły: „O, Wowka się znalazł, a Wierka tak ryczała, że go na zawsze straciła”. Jakiś staruszek wspomniał, że mu haczyk wędkarski z palca wyjmował, kto inny – że się z nim bawił albo bił, albo na ryby chodził…

Uczeń Wowa

Niechętna Czeczenom przyrodnia siostra Władimira, Sofija, fizycznie bardzo do niego podobna, krzyczała, że jeśli jej bratu coś się przez nich przydarzy, to ich pozabija, ale kiedy się uspokoiła, przyznała, że gdy pierwszy raz zobaczyła Władimira Putina na telewizyjnym ekranie, omal nie zemdlała. I że jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat wcześniej szukała go przez milicję obwodu permskiego i wysyłała telegramy do miejscowości Tieriechino, skąd najpierw jej odpowiadano, że go tam nie ma, potem – żeby go więcej nie szukała. Więc ona pytań o niego ma dość, bo w pracy już na nią krzywo patrzą, jakby nagle rozum straciła, przypisując sobie nieistniejące pokrewieństwo. Na koniec wybuchła: „No, co się pytacie?! Nie widzicie?! Spójrzcie na niego i na mnie. Jeśli nie tak, to ciekawe, jak miałby wyglądać mój brat”20.

Materiały zebrane przez nieszczęsnego Czeczena dotarły wprawdzie do pisma „Sowierszenno Siekrietno”, lecz zanim ukazały się w numerze 16. pod tytułem Naszli li w gorach Gruzji mat’ priezydenta Rossii? (Czy w górach Gruzji odnaleziono matkę prezydenta Rosji?), był już 25 kwietnia. Minął miesiąc od wyborów i wiadomość o smutnym dzieciństwie prezydenta nadawała się co najwyżej do wykorzystania w scenariuszu jakiegoś kiepskiego serialu.

Odtąd nikt już nie wzbraniał dziennikarzom wstępu do zapadłej gruzińskiej wioski Metechi.

Ze specjalistycznych formułek używanych przez urząd ustalający przyczyny katastrofy jaka-40 o numerze pokładowym 88170 wieje nudą. W oficjalnym raporcie czytamy o „klapach podniesionych pod zbyt ostrym kątem”, o „naziemnym oblodzeniu samolotu, które przyczyniło się do zmniejszenia nośnych właściwości skrzydła”, o obecności na skrzydle „zamarzniętych cząsteczek wody, śniegu, szronu, co doprowadziło do przerwania strumienia powietrza i utraty sterowności”, o „nieprawidłowym nachyleniu lotek”, o „chwilowym obniżeniu wydolności pracy silników”. Dziesiątki stron wypełnionych słowami utworzyły kurtynę oddzielającą widzów od rozgrywającego się na scenie epilogu.

Za kulisami jednak przez cały czas krzątali się ci, którzy w urzędowe protokoły nie uwierzyli: dziennikarze śledczy holdingu Sowierszenno Siekrietno, ich koledzy z „Nowej Gaziety” oraz adepci dziennikarstwa z Uniwersytetu Państwowego w Rostowie nad Donem, którzy podsumowali całe dochodzenie w obszernym, niezwykle szczegółowym raporcie. Wszyscy oni wciągnęli do śledztwa ekspertów specjalizujących się w katastrofach tego typu samolotów. Zastrzegli przy tym, że „o ewentualnym zamachu powiedzą tylko wtedy, gdy zdobędą poważne dowody”. I zdecydowali się to zrobić, mimo że wielu ludziom – jak przyznawali – te dowody „mogą wydać się nieprawdopodobne”, niczym z dreszczowca. Wydarzenia ostatnich lat potwierdziły jednak, że nawet najbardziej fantastyczne pomysły, takie jak choćby użycie do otrucia ludzi radioaktywnego talu czy polonu 10, przeniknęły ze scenariuszy fikcyjnych thrillerów do prawdziwego życia. A raczej do planów całkiem prawdziwej śmierci.

Śledczy zza kulis stawiają pytania. Zarówno proste, jak i bardziej złożone. Do prostych należy kwestia, czemu pozostałe samoloty startujące tamtego dnia o tej samej porze z lotniska Szeremietiewo wzbijały się w powietrze i kontynuowały lot bez lodowych przeszkód, a także – o jakim oblodzeniu mowa, skoro nawet członkowie komisji Federalnej Służby Transportu Lotniczego badającej szczątki jaka-40 tuż po katastrofie obecności żadnych „zamarzniętych cząsteczek” nie stwierdzili?

Inne pytania są trudniejsze i mają znaczenie zasadnicze.

Dlaczego wynajęty przez Ziję Bażajewa samolot o numerze 87440 zamieniono nocą na maszynę o numerze 88170, właśnie tę, która się rozbiła? Dlaczego część lewego skrzydła zniknęła bez śladu albo jeszcze na lotnisku, albo już w transporcie do Instytutu Techniki Lotniczej, gdzie miała być poddana badaniom? Dlaczego nie można ustalić, kto tamtej nocy zbliżał się do samolotu? Dlaczego pilotom, mimo prawidłowo wykonywanych manewrów, nie udało się przeciwdziałać przechyłowi w lewo? Czym ten przechył został spowodowany? I na koniec: dlaczego całe śledztwo nadal jest objęte tajemnicą?

Z ustaleń ekspertów wynika, iż część lewego skrzydła samolotu pokryto płynnym mazutem o specjalnym składzie opracowanym w laboratoriach KGB pod koniec istnienia ZSRR. Substancja ta zmienia strukturę przedmiotu, na którego powierzchni się znajduje, i udaremnia jego funkcje. To tłumaczyłoby dziwne zachowanie się lotek lewego skrzydła i utratę sterowności maszyny. Czyżby o tym właśnie mówiły ukryte w sejfie Josifa Fridlyandera dokumenty? Ekspert ten znał się przecież nie tylko na stosowanych w lotnictwie stopach metali, lecz także na preparatach mogących te stopy niszczyć.

W maju 2015 roku dziennikarze niemieckiej gazety „Die Zeit” odwiedzili niemal dziewięćdziesiecioletnią Wierę Nikołajewną w Metechi. Nie chciała z nimi rozmawiać. Krewni oświadczyli, że „ludzie ze służb specjalnych zabronili im wszelkich kontaktów z dziennikarzami”. Opowiedzieli jednak o tym, że pielęgniarki, które pojawiły się tu parę lat temu i pobrały od niej krew do analizy, były pracownicami tych służb. Jeszcze raz potwierdzili, że odebrano im wszystkie zdjęcia i dokumenty poświadczające, że Władimir Putin to jej syn.

Dziennikarze „Die Zeit” zwrócili się też do kancelarii prezydenta z pytaniem, „czy możliwy jest związek państwa rosyjskiego ze śmiercią Bażajewa i Borowika, ale rzecznik prasowy prezydenta nie odniósł się do tej kwestii”21.

Dzieciństwo. Scena główna. Podwórko

Leningrad. Zaułek Baskowa. Dom pod numerem 12. „Klatka schodowa – okropna. Mieszkanie komunalne bez wygód. Ani gorącej wody, ani wanny. Toaleta wbita w kąt półpiętra. Zimna, obrzydliwa. Przy schodach metalowa poręcz. Schody wyszczerbione, niebezpieczne”22.

Podwórko. Płaty tynku tu i ówdzie litościwie zakrywają cegłę, może kiedyś i czerwoną, teraz burą, miejscami sczerniałą. Futryny okien, dawniej zapewne białe, pociągnięto brązową farbą, która marszczy się i łuszczy na wyszczerbioną blachę parapetów. Podczas deszczu strumienie wody bryzgają z rynny urwanej gdzieś na wysokości pierwszego piętra i zamieniają studzienne podwórko w małe morze. Zapasowy odpływ łatwo się zatyka, a główny zniknął pod ruinami tej części domu, na którą spadła bomba. Ruiny już się dorosłym opatrzyły, ale dla dzieci wciąż pozostają fascynującą tajemnicą. Poszarpany beton na zamkniętym czterema ścianami placyku stanowi bojowe wyzwanie dla niewprawnych stóp. Pod murem piętrzy się sterta bali i desek, od lat niepotrzebna nikomu, pociemniała od śniegu i deszczu, smutna jak wojenne wspomnienie23.

To królestwo tutejszej dziecięcej konfraterni. Jej cały świat.

Pewnego dnia…

„Mieliśmy wtedy po sześć, siedem lat, kiedy ciocia Marusia, matka Putina, przyprowadziła do nas małego Wowę – wspomina najbliższy jego przyjaciel z podwórkowych lat, Siergiej Bogdanow – »Chłopcy, to mój syn, Wowa Putin. Przyjmijcie go do swojej kompanii i nie róbcie mu krzywdy«”24.

Czy na zapleczu leningradzkiego domu pojawił się ten sam Wowa, o którym daremnie chciała się czegoś dowiedzieć niejaka Wiera Nikołajewna Putin, po mężu Osiepaszwili, zamieszkała we wsi Metechi w Gruzji? „Jest w internacie” – uparcie odpowiadali jej rodzice z miejscowości Oczer na Uralu. A z czasem dorzucali: „On nie chce się z tobą widzieć”.

Jeśli to był ten sam Wowa, to nie miał tu nic do powiedzenia. „Zdeponowano” go u Władimira Spiridonowicza Putina, krewnego rodziny Putinów z Uralu, jak pakunek bez adresu zwrotnego. Kim był Władimir Spiridonowicz Putin z Leningradu dla Nikołaja Iłłarionowicza Putina z Uralu, tego się już nie dowiemy. Może bliskim, a może dalekim krewnym, bo – jak powie po latach Wiera Nikołajewna – „prawie cała wieś to Putiny”25. Można przypuszczać, że bardziej niż bliskość pokrewieństwa połączyła te rodziny desperacja. Dziadkowie Wowy wiedzieli, że on do Gruzji wrócić nie może, bez względu na to, ile miałoby to jego matkę kosztować, i że dla jego dobra oni również muszą się z nim rozstać.

Desperacja Putinów z Leningradu narastała wraz z upływem lat naznaczonych tak tragicznymi zdarzeniami, jak wojna i śmierć. Ich pierwszy synek zmarł na początku wojny. Drugi, niemal trzyletni, chory na dyfteryt, umierał w domu dziecka w oblężonym mieście. Takie domy tworzono w nadziei, że maluchy zebrane razem łatwiej da się uratować niż każde z osobna. Niestety podczas trwającej dziewięćset dni blokady miasta nad Newą umierały z głodu tak jak półtora miliona innych dzieci i dorosłych.

Urodzony w 1911 roku Władimir Spiridonowicz Putin walczył podczas wojny na pierwszej linii frontu w specjalnym batalionie NKWD, był ciężko ranny, cudem przeżył. Jego o rok młodsza żona, Marija Iwanowna (z domu Szełomowa), cudem przeżywszy blokadę (wyciągnięto ją zemdloną spod stosu trupów), wyszła z tych koszmarnych lat wygłodzona i wyniszczona. Ot, jeszcze jedna para Rosjan, którym wojna zabrała wszystko: najbliższych, dom, zdrowie, zostawiając wszelako życie. Wycieńczony organizm Marii Iwanownej nie pozwalał jej w powojennych latach na ponowne macierzyństwo. Przyjmijmy jednak z najlepszą wolą, że dopiero po przekroczeniu czterdziestki kobieta nabrała sił i urodziła upragnione dziecko. Upragnione chyba także przez Władimira Spiridonowicza, ale raczej ze względu na szczęście żony niż własne. Wydaje się, że przy całym swoim surowym charakterze człowiek ten stawał się sentymentalny tylko wtedy, gdy o nią chodziło.

Władimir Spirydonowicz Putin

„Każda rodzina w naszym domu widoczna była jak na dłoni – wspomina Dmitrij Łobanow, dawny sąsiad Putina. – Od wczesnej wiosny do jesieni okna były otwarte na oścież. Wszystko, co się działo w mieszkaniach sąsiadów, natychmiast stawało się własnością podwórza”26. Czy w takich okolicznościach wieść o narodzinach późnego potomka państwa Putinów mogła przejść niezauważona i zniknąć w odmętach sąsiedzkiej pamięci wraz z bohaterem, który oto po latach zjawił się na tyle obcy, że trzeba go było przedstawiać: „To mój syn, Wowa Putin”? Oleg Błocki, biograf Władimira Putina, w książce Władimir Putin. Istorija żyzni (Władimir Putin. Historia życia) pisze, iż „rodzice Putina nie kupowali wcześniej dziecięcych rzeczy, uważając to za zły omen”, a w wózku niemowlaka nie wozili, bo przygotowali dla niego „wielki pleciony kosz”27. Jeśli wózka nie było, to i spacerów z dzieckiem nie było. Sąsiedzi Marii Iwanownej nie pamiętają jej ani w stanie błogosławionym, ani pchającej wózek.

Jak to możliwe, że nie ma ani jednej fotografii maleńkiego człowieka, który wniósł do domu tak długo oczekiwaną radość? Pierwszy widoczny ślad jego obecności i wspólnoty matka – syn to zdjęcie bardzo dojrzałej kobiety z dużym chłopcem siedzącym sztywno na jej kolanach. Pod zdjęciem data: 1958. Po raz pierwszy umieszczono je we wspomnianej już książce, „zamówionej i opłaconej z funduszu wyborczego kandydata na urząd prezydenta Federacji Rosyjskiej Putina Władimira Władimirowicza” (o czym informuje tekst na okładce), i noszącej tytuł Ot pierwogo lica… Najprawdopodobniej jednak zdjęcie zrobiono dwa lata później, zaraz po pojawieniu się chłopca w Leningradzie.

Pierwsze zdjęcie Marii Iwanownej z Wową

Jest jeszcze nieporozumienie związane z chrztem. Władimir Władimirowicz mówił dziennikarzom podczas kampanii wyborczej w lutym 2000 roku: „Sąsiadka, babcia Ania, była człowiekiem nabożnym i gdy się urodziłem, wraz z mamą, w tajemnicy przed ojcem, członkiem partii, sekretarzem oddziałowej organizacji partyjnej, pewnego dnia mnie ochrzciły”28.

Kiedy i gdzie ten ważny dla wierzących moment nastąpił w życiu Putina?

On sam miejsce i datę uściślił w 2001 roku w rozmowie z agencją Interfax: „Działo się to w Spaso-Prieobrażenskim soborze [katedrze Przemienienia Pańskiego – przyp. aut.], jakieś półtora miesiąca po moim urodzeniu”29. Zastępczyni jego rzecznika prasowego utrzymuje natomiast, że „miał wtedy pięć miesięcy”30. Tak czy inaczej, wyraźnie chodzi o to, że Wołodia Putin jako niemowlę przebywał w Leningradzie, a to, w jakim wieku go ochrzczono, doprawdy nie ma znaczenia. Podobnie jak zdziwienie nowiną o chrzcie wyrażone przez Lubow Szełomową (kuzynkę jego matki) wobec dziennikarzy pisma „Sobiesiednik”: „Nie pamiętam, by matka Wołodii, żona zapamiętałego komunisty, przejawiała szczególną sympatię do cerkwi”31.

Z kolei żona Anatolija Sobczaka, mera Petersburga (w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Putin był jego zastępcą), doskonale pamięta, że owszem, przyjął on chrzest, ale dopiero w 1993 roku w Jerozolimie, podczas oficjalnej wizyty mera w Izraelu32.

Jeśli zatem ten tak bardzo prywatny obrządek staje się sprawą wagi państwowej, czyż nie najprościej udać się do Centralnego Archiwum Państwowego w Sankt Petersburgu i poszukać tam odpowiednich ksiąg metrykalnych? Widocznie nie, skoro o podobnych poczynaniach nie słychać.

Łatwiej ustalić, kto Władimira Putina chrzcił: mianowicie kierownik Rosyjskiej Misji Duchownej w Jerozolimie, metropolita Feodosij o nazwisku Siergiej Wasniew, który w 1989 roku wyjechał do Niemiec Wschodnich na staż. Wtedy przebywał tam również Władimir Putin. Pierwsze dziesięciolecie nowego wieku duchowny witał już jako władyka metropolii tambowskiej, a w 2008 roku, w uznaniu zasług, otrzymał z rąk Putina Order Przyjaźni i Honoru33.

Prawdziwą zagadką w tym wszystkim pozostaje sam ochrzczony. Dlaczego tak mu na tym obrzędzie zależało? Czy rzeczywiście namówiła go wierząca w Boga żona? Czy też przeważyły jaśniejsze, być może wówczas jeszcze mocne strony jego charakteru? Czy chęć zadośćuczynienia za popełnione już winy? A może był to rodzaj przepustki do ewentualnego „tamtego świata”?

Władimir Spirydonowicz Putin z żoną i Wołodią niedługo przed jego wyjazdem do Drezna

Tak czy inaczej, w mentalności tego człowieka o wiele głębiej zagnieździły się prawdy głoszone przez ojca, zapamiętałego komunistę, niż przez wszystkie religie razem wzięte.

Stajemy na środku zapuszczonego podwórza, chwytamy płowowłosego chłopaka za kołnierz i pytamy: „Kim ty właściwie jesteś?”. A Wowa Putin wyślizguje się nam z rąk i umyka w sobie tylko znanym kierunku. Milczący i gniewny. Nieufny i zły. Z rąk do rąk przerzucany jak gorący kartofel i tyleż samo doznający łaskawości i pieszczot co ta bylina. No, owszem, ma teraz prawdziwy dom, z tatą i mamą. Ale – jak wspomina częsty w tym domu gość, nauczycielka Wiera Dmitrijewna Guriewicz – „nie było u nich cackania się, przytulania, jakichś tam pocałunków, ojciec charakter miał surowy, raczej bezwzględny, niepobłażliwy. Przyszłam kiedyś do nich i mówię ojcu: »Pański syn źle się uczy«. A on: »No to co robić? Zabić go czy co?«”34.

Płowowłosy dzieciak przyswaja sobie dwie życiowe umiejętności: musi kłamać, więc stara się to robić doskonale. Musi udawać kogoś innego, niż jest, więc ćwiczy się w domorosłym aktorstwie. To go chroni. Wchodzi mu w krew, staje się podstawą komunikacji z innymi. Niezauważalnie osiąga w tym poziom wręcz perfekcyjny, do czego przyczyniają się jeszcze inne okoliczności. Przede wszystkim ciężka ręka Władimira Spiridonowicza, z której znany jest na podwórzu. Jego bywalcy wspominają, że „chłop był krzepki”, synowi co i raz się dostawało, a to ręką, a to pasem. Ot, znaleźli chłopcy niewybuch, zanieśli na posterunek milicji, gdzie Wowa, pytając, czy napiszą o nim w gazecie, rzucił znalezisko na stół. Przerażeni milicjanci wyzwali ich od chuliganów, a ojciec Putina oczywiście wsypał mu, ile wlazło. Kiedy indziej Wowa, marzący o karierze wywiadowcy, kazał chłopakom (w ramach przygotowań całego podwórzowego oddziału do tej kariery) hartować się, skacząc w samych majtkach na śnieżne zaspy. Potem chłopcy leżeli z anginą, a on brał od ojca lanie.

Innych podwórkowych bywalców widocznie bito rzadziej lub mniej dotkliwie, skoro po kilkudziesięciu latach poświęcają tyle uwagi karzącej ręce starego Putina. Razy zadawane przez człowieka, który przyjął na siebie rolę ojca, bolą zapewne mniej niż wymierzane przez obcego, który nienawidzi. Mimo to bicie pozostaje biciem. Rodzi strach i bunt. Zostawia w psychice trwały ślad.

Kiedyś, w odległej przyszłości, gdy przez trzy dni i trzy noce będą na dalekim morzu umierali ludzie zakleszczeni w pudle okrętu podwodnego „Kursk”, wskazówki na zegarze prezydenckich emocji nie drgną. Świeżo upieczony prezydent Władimir Putin, spokojnie wygrzewający się na czarnomorskim piasku, powie rozgoryczonym rodzinom marynarzy, że jego wcześniejszy przyjazd przeszkadzałby tylko w akcji ratunkowej. Niedługo potem świat obiegnie jego odpowiedź na pytanie dziennikarza amerykańskiej telewizji o to, co się z okrętem stało. „Zatonął” – oznajmi Władimir Władimirowicz i skwituje to krótkim, ni to zażenowanym, ni to kpiącym uśmiechem.

Czyżby już na leningradzkim podwórzu kiełkował w nim cynizm, który w przyszłości stanie się jego znakiem rozpoznawczym widocznym choćby wtedy, gdy zezwolił na zagazowanie zakładników w teatrze Domu Kultury „Dubrowka” czy śmierć dzieci podczas szturmu na szkołę numer 1 w BiesłanieV.

Czy kij, pas i wyzwiska w Metechi oraz łojenie grzbietu w zaułku Baskowa wystarczająco tłumaczą przyszły brak empatii i nieliczenie się z uczuciami innych? Razy z ręki Władimira Spiridonowicza wymierzane były przecież w najlepszej intencji: ten żołnierz po ciężkich przeżyciach, sam będąc podobnie wychowywany, zapewne uważał, że tak postępować trzeba, że dzieciak pojmie, iż jest bity dla własnego dobra. Dzieciak z czasem może to i pojął, lecz doznany ból, strach i poniżenie raczej go nie uszlachetniły. Oschłość i znieczulica wniknęły w tkankę jego systemu nerwowego i zredukowały do minimum poczucie własnej wartości.

Czterdzieści lat później, gdy Władimir Władimirowicz Putin obejmował najwyższe stanowisko w państwie, grafolog kreślący jego portret psychologiczny na podstawie charakteru pisma stwierdził: „Autor tego tekstu prezentuje postawę zamkniętą tak w sensie fizycznym, jak i psychicznym, a przy tym z całych sił usiłuje się wyzwolić od znienawidzonego braku pewności siebie oraz zaniżonej samooceny […]. Stara się zajść jak najwyżej i zdobyć jeszcze większe znaczenie, by odzyskać poczucie własnej godności, tłumione w procesie wychowawczym (najprawdopodobniej przez ojca)35.

Jak wielu przed nim.

„Od dzieciństwa widział bicie i przemoc […]. Pewnego dnia pijany ojciec z całej siły rzucił synem o podłogę […]. Za nieposłuszeństwo bije go bez litości […]. Bić – na zawsze zapada w jego podświadomość. Bić – znaczy wychowywać” Edward Radziński, Stalin, przeł. Irena Lewandowska, Michał Jagiełło, Warszawa 2003, s. 31.. To o Józefie Stalinie.

Za sprawą tego człowieka miliony istnień pochłonął wielki terror i „archipelag Gułag”.

„Między synem a jego władczym i łatwo wpadającym w furię ojcem wciąż dochodziło do spięć, co świadczy o gwałtowności, a nawet brutalności wzajemnych stosunków […]. »Gdybym zebrał za jednym zamachem baty, które dostałem, już bym nie żył«”36. To o Adolfie Hitlerze.

Za sprawą tego człowieka 6 milionów ludzi zginęło w gettach, obozach koncentracyjnych i na polach bitew drugiej wojny światowej.

Bito Robespierre’a, bito Mussoliniego, bito Saddama Husajna…

Czy to znaczy, że zawsze w wyniku doznanej przemocy powstaje osobowość tyrana, despoty i okrutnika? Nie (Lenin, na przykład, dzieciństwo miał szczęśliwe), ale zwiększa prawdopodobieństwo takich zachowań.

Cofnijmy maszynerię czasu i wróćmy do domu numer 12 w zaułku Baskowa. Jest tam przecież jeszcze Marija Iwanowna – przeciwieństwo męża. „Sama dobroć” – mówią chłopcy z podwórza. „Człowiek delikatny, życzliwy, współczujący – wtóruje Wiera Dmitrijewna Guriewicz, nauczycielka początkowych klas w szkole podstawowej Putina. – Marija Iwanowna myślała tylko o tym, by Wołodia był syty, nakarmiony”37. „Całe nasze życie toczyło się na podwórzu – wspomina sam Władimir Władimirowicz. – Mama od czasu do czasu wychyli się z okna i zawoła: »Na podwórzu?«. Na podwórzu. No i dobrze…”38. Możliwe jednak, że „sama dobroć” Marii Iwanownej już chłopcu nie wystarczała, że przyszła za późno. Ale czy mogła się tego domyślać prosta, niewykształcona kobieta z biednej wsi, też nigdy po głowie niegłaskana? „Cackanie się” z dziesięcioletnim chłopakiem zapewne wydawało się jej niezręcznością. A może to on nie potrafił jej przytuleń i pocałunków przyjąć? Może miał przed oczami tamtą, inteligentniejszą, lepiej wykształconą, o piętnaście lat młodszą, o macierzyństwo bogatszą?

I oto na dziedziniec wbiega jasnowłosy chłopak, taszcząc ze sobą cały ten psychologiczno-fizjologiczny kram. Wbiega na dziedziniec, który sam w sobie jest złowrogim, zagmatwanym światem.

Siedem lat minęło od sławnego „zimnego lata” 1953 roku, kiedy po śmierci Stalina uważający się za jego następcę Ławrientij Beria zaordynował radosną amnestię i wypuścił z więzień oraz łagrów niemal milion najprawdziwszych kryminalistów. Ci, którzy nie zapadli po stepach, lasach, wsiach i miasteczkach nieobjatnoj strany, buszowali po wielkich miastach. „U nas na podwórzu ciągle pałętały się rzezimieszki z okolicy – wspominają starzy mieszkańcy. – Ukradł kto mięso na Niekrasowskim Rynku, to przed milicją dawał dyla przez nasz dom. Złodzieje wiedzieli, jak zgubić pościg. Od Rynku należało dobiec do naszego zaułka, skręcić w podwórze domu numer 12, dać nura w piwniczne okienko i spokojnie wyjść na zaułek Saperów”39.

Tak więc chłopak jeszcze niedawno kojący nerwy szumem rzeki pełnej srebrzących się ryb i mający przeciw sobie niechętny, lecz niewielki i znany już świat, teraz musiał się zmierzyć z oporną materią ludzi oraz zdarzeń, za azyl mając ceglano-betonową studnię podwórzowych ścian.

Na podwórzu obowiązywały wilcze prawa. Jak w więzieniu. „Jedni byli hersztami, inni sługami. Starsi rządzili młodszymi. Dyscyplina surowa. Ton nadawały piętnasto-, szesnastoletnie chłopaki. Smarkacze nie mieli prawa do nich się pchać. Musieli słuchać: »Przynieś to, zrób tamto!«. I nie daj Bóg, żeby ten młodszy poskarżył się rodzicom! Mógł na zawsze zostać odszczepieńcem – mówi Piotr Ilijcz, jeden z tych, co tu spędzili dzieciństwo. – A Wołodia Putin nie od razu pojął i przyjął prawa podwórzowego świata. No i z początku żyło mu się tu trudno”40.

„Nie od razu”. „Z początku”. Najwidoczniej nie wśród takich praw wyrastał, nie w tym podwórzowym świecie, więc zżycie się z nim mocno bolało. Szybko jednak przyszedł czas wyrównywania rachunków. Pięściami. „Putin znał chwyty sambo, zanim jeszcze zaczął je tu trenować. I mnie też niejeden raz obronił. A we wszystkim chciał być pierwszy… No to niedługo na podwórzu wszyscy zaczęli się go bać” – wspomina Dmitrij Łobanow.

„Gdy się bił, musiał wygrać, bo inaczej robił się zły. Tak długo walczył, aż wygrał. Lubił zwyciężać, lubił być najlepszy, ale to chyba nic szczególnego?”41 – upewnia się Wiera Nikołajewna z Metechi, opowiadając holenderskiej dziennikarce o swoim przepadłym synku Wowie. Tym samym, który według wspomnień metechijskiej nauczycielki „szybko zapisał się na sambo, a z zabaw najbardziej lubił walkę”, tym samym, z którym – jak pamięta jego przyjaciel Gabriel Dataszwili – razem się bawili „w wojnę i w piłkę grali, i się bili”, przy czym Wowa „był w tym lepszy przez to jego sambo”. „Chociaż był niski, gotów był bić się z każdym… O skutkach nie myślał: od razu walił po mordzie – twierdzi przyjaciel szkolny Wiktor Borisienko. – A potrafił się bić z każdym, nawet z potężnym bandziorem. Jeśli, powiedzmy, ten go czymś uraził, Wołodia błyskawicznie skakał na tego byka, drapał go, gryzł, pękami włosy wyrywał, wyrabiał nie wiadomo co… Gdy już zaczynał się bić, był coraz bardziej rozsierdzony”42.

Tenże Borisienko wspomina, jak jeden z nauczycieli ciągnął Putina za kołnierz przez korytarz, bo ten coś narozrabiał. Chłopak był wściekły. Długo nie mógł się uspokoić. Gdy już się wydawało, że doszedł do siebie, że przycichł, na nowo wybuchał wściekłością43. Niewspółmierną do przyczyny.

Prawie pół wieku później, w sierpniu 1999 roku, dwa tygodnie po tym, jak Putin został mianowany premierem, Boris Bieriezowski zobaczył go po raz pierwszy w skrajnej złości. „Twój przyjaciel tu był. Gusinski. On mi groził!”. „Eee tam, on po prostu sprawdzał, jak zareagujesz” – bagatelizował sprawę Bieriezowski. Daremnie. „Rozsierdzony Putin powtarzał, jakby się nakręcając: »On mi groził! Nikt nie śmie mi grozić! On tego jeszcze gorzko pożałuje!«” – wspomina Bieriezowski i dodaje: „Tak rozwścieczoną jego twarz po raz pierwszy widziałem, gdy napomknąłem mu o Saszy Litwinience”44.

Ponad pół wieku wcześniej nad rzeką Kurą, tą samą, nad którą z wędką przesiadywał Wowa, w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Gori pewien chudziutki czarnowłosy chłopczyk też najbardziej lubił walczyć i ćwiczyć kriwi, czyli boks zespołowy. Na imię miał Josif, matka zwała go Soso, a do historii przeszedł jako Stalin. „Był krnąbrnym, ordynarnym, upartym dzieckiem, nieznośnym z natury – tak opisała go studwunastoletnia Chana Moszjaszwili, gruzińska Żydówka, przyjaciółka jego matki, która w 1972 roku emigrowała do Izraela. – Chorobliwie dumnym, jak często bywają ludzie długo upokarzani”45. I zawsze musiał wygrywać.

Ciekawe, że zarówno Soso, jak i Wowa poznawali arkana walki, broniąc siebie i swoich uwikłanych w nieproste życie matek.

Bo chociaż mężem Jekatieriny Gieorgijewnej Gieładze, matki Stalina, był pijący i bijący szewc Wissarion (dwóch chłopców urodzonych z tego związku przed Josifem zmarło), wcale nie jest pewne, czy to on spłodził przyszłego generalissimusa. Plotka przypisuje ten akt dwóm innym panom: albo arystokracie gruzińskiemu o nazwisku Egnataszwili, któremu dom prowadziła niespełna dwudziestoletnia śliczna Jekatierina, bita i poniewierana przez męża, albo często przebywającemu na Kaukazie podróżnikowi i przyrodnikowi polskiego pochodzenia – Nikołajowi Przewalskiemu, którego miała poznać w domu arystokraty o nazwisku Maminaszwili46. Oglądając choćby w encyklopedii zdjęcia Stalina i Przewalskiego, nawet najzagorzalszy wróg plotek zauważy, że to niemal ta sama twarz. Uderzające podobieństwo. Szewc Wissarion Iwanowicz, przy którego nazwisku w archiwach żandarmerii widnieje notatka: „włóczęga”, najprawdopodobniej też na edukację Stalina nie łożył. Płacił podobno Jakow Egnataszwili, do którego Stalin zawsze odnosił się z wielkim szacunkiem.

Przepadł w mrokach historii szewc Wissarion uchodzący za ojca Josifa, przepadł też hulaka Płaton Priwałow, który najprawdopodobniej spłodził Władimira. Gdzie ich groby – nie wiadomo.

Soso musiał wygrywać i Wowka też musiał mieć ostatnie słowo. Po latach powie: „Rola, jaką wtedy na podwórzu odgrywałem, w dorosłym życiu byłaby rolą władzy sądowniczej”47. Koledzy pamiętają go jednak raczej jako egzekutora pospiesznych wyroków. Gorliwego i mściwego. Nawet jego najwierniejsza i zagorzała orędowniczka – nauczycielka Wiera Dmitrijewna Guriewicz ze Szkoły Podstawowej numer 193 w Leningradzie – przyznając, że Wołodia „to dobry człowiek”, dodaje: „Ale zdrady i podłości nie wybaczy nigdy i nikomu”48.

Czy zatem także najbliższemu człowiekowi – matce? Indagujący kandydata na prezydenta dziennikarze skonstatują: „Zdarzało się, że namyślając się nad odpowiedzią […], Putin robił pauzę […]. I tak, odpowiadając na pytanie, czy ktoś kiedyś go zdradził, długo milczał, zanim zdecydował się powiedzieć: »Nie«, po chwili zaś uściślił: »Przyjaciele nie zdradzali«”49.

Czy leningradzki Wowa bierze odwet za Wowę z Metechi? Czy mając oparcie w nowym życiorysie, postanawia już zawsze wygrywać, a każde ustępstwo uważać za słabość? Jeśli tak, to czy mamy do czynienia z dojrzałym człowiekiem czy z wiecznie naprawiającym swoje dzieciństwo podrostkiem, który wyrósł, ale nie dojrzał?

Znane są jego lapsusy słowne prosto z podwórkowego slangu, na które sobie – piastując już wysokie urzędy państwowe – bez żenady pozwala. Gdy tylko traci grunt pod nogami, bo powiedzmy, że gdzieś za granicą dziennikarz zadaje mu niewygodne pytanie, robi się wściekły i wulgarny. Zaskakuje na przykład międzynarodową publiczność w Brukseli propozycją obrzezania – jak muzułmanina – dziennikarza ośmielającego się podać w wątpliwość przestrzeganie praw człowieka w Czeczenii50. Albo zapytany o swój ogromny majątek odpowiada: „Widziałem parę papierków w tej sprawie, wszystko to gadanie, bzdury po prostu. Wszystko wydłubali z nosa i rozmazali po tych swoich papierkach”51. Lub tłumacząc powolny – w porównaniu z Unią Europejską – rozwój Rosji, twierdzi, że „u nas z przeproszeniem wszyscy smarki przeżuwają i politykierstwem się zajmują”52. Znajdzie się też w jego wypowiedziach stwierdzenie, że „ni chrzanu nie robicie”53, przy czym w potocznej ruszczyźnie słowo „chrzan” to wulgarne określenie bardzo męskiego organu.

To zaledwie skromna próbka słownictwa głowy państwa rosyjskiego. Czy tak się zachowuje dojrzały emocjonalnie człowiek? Czy to tylko usterka w wychowaniu, czy już w psychice? Bo nie w wykształceniu. Putin jest przecież absolwentem wydziału prawa.

Rozumienie prawa przez dorosłego Putina jest takie samo jak Wowy z zaułka Baskowa 12: prawo ma bronić „swoich” przed „obcymi”. Dlatego „swoi” mówią, że „można na Putinie polegać”, że „jest współczujący i ludzki”. „Obcy” natomiast są pewni, iż to człowiek „absolutnie cyniczny”, „zdecydowanie bezlitosny”, a na widok włączonego dyktafonu odmawiają dalszej rozmowy. „Nie, on nie jest mściwy, on ma tylko bardzo dobrą pamięć”54 – mówi, prosząc o nieujawnianie swojego nazwiska, jego współpracownik z administracji Petersburga, miasta, gdzie do dziś wiele osób zmienia się na twarzy, usłyszawszy słowo „Putin”.

Chuligan

Szkoła. Kolejna próba dla dziecięcych nerwów. Chłopak ma przecież lat dziesięć, a musi udawać młodszego.

By nie mnożyć jego traum, do nowej metryki wpisano – oprócz danych nowego ojca i nowej matki – także nowy rok urodzenia: 1952. Posłano więc Wowę powtórnie do pierwszej klasy, unieważniając gruzińską edukację. Rok szkolny rozpoczyna się we wrześniu, Władimir Władimirowicz przyszedł na świat – jak podaje oficjalna metryka – 7 października (kiedyś powie: „Urodziłem się w październiku, dlatego do szkoły poszedłem, gdy miałem prawie osiem lat”55). Czy ta minimalna różnica w czasie mogła przeszkodzić w wysłaniu go do szkoły rok wcześniej? Ale rok wcześniej przebywał jeszcze daleko od Leningradu. Te życiowe zawirowania bez wątpienia musiały się zapisać w umyśle i odbić na psychice małego człowieka. Wymagały stałego napięcia, zręcznego kluczenia, żonglowania prawdą. Codziennością stało się kłamstwo – nie to banalne, dziecięce, chroniące przed karą, lecz globalne, konieczne do życia jak mimikra. Dobre. Moralnie obojętne.

Lecz czy ktoś małemu Wowie mówił o moralności? Czy tłumaczył, że posłużenie się w jego sprawie narzędziem kłamstwa to wyjątek od przyjętych zasad? Czy starał się to wyjaśniać Władimir Spiridonowicz, bardzo do małego urwipołcia przywiązany, lecz skory do bicia – były żołnierz pacyfikacyjnego batalionu służb specjalnych NKWD, inwalida mający za sobą ponad pół wieku życiowych zmagań? Chyba nie, skoro Władimir Putin w przyszłości powie: „Ojciec w zasadzie się mną nie zajmował”56. Zapewne nie robiła tego ciężko przez życie doświadczona, zapracowana, zagoniona i w gruncie rzeczy sterroryzowana przez nieznośnego chłopaka Marija Iwanowna, która najwidoczniej jednak go kochała, bo zmieniła dzienne zatrudnienie, w przedszkolu, w piekarni, w laboratorium, na nocną pracę sklepowego stróża, byle tylko go upilnować. Pytanie, czy chłopak mógł być grzecznym, porządnym uczniem początkowych klas leningradzkiej szkoły podstawowej. Cóż wiedziały o życiu – w porównaniu z nim – otaczające go dzieci? Były zwykłe i nudne, podobnie jak podstawy wiedzy, które już przecież w Gruzji jako tako opanował.

Trudno się dziwić, że zapytany po latach przez dziennikarzy, czy lubił szkołę, szczerze odpowiedział: „Nieszczególnie. Mnie się na ulicy podobało”57. Szkoła mieściła się w tym samym zaułku, tuż obok domu, i sąsiadowała z jego podwórzowym królestwem. „Podwórze stanowiło bezpieczne zaplecze” i przez pierwsze cztery lata pomagało mu utrzymać „prawdziwe nieformalne przywództwo”58. „Było oknem na świat. A jakież to było podwórze! Chuligan na chuliganie. Atmosfera okropna: nieogoleni, brudni faceci z papierosami i portwajnem. Pijaństwo, przekleństwa, bójki. No a Putin pośród tej całej łobuzerii”59 – opowiada bez żenady jego ówczesny przyjaciel Wiktor Borisienko.

Cóż, Władimir Putin jest dzieckiem epoki szczególnie trudnej, powojennej. Można by powiedzieć: było jak było, przeszło, minęło, podwórzowy zabijaka wyrósł na porządnego człowieka. Utrudnia to jednak sam bohater. Gdy zdziwieni jego wyjątkowo późnym, jak na sowieckie standardy, wstąpieniem do pionierów (dopiero w szóstej klasie) dziennikarze dopytują, czy wcześniej „rzeczywiście było aż tak źle”, kandydat na prezydenta odpowiada: „Oczywiście, byłem przecież chuliganem, nie pionierem”. „Żartuje pan?” – upewniają się dziennikarze. „Nie obrażajcie! – odpowiada poważnie. – Ja naprawdę byłem chuliganem”60.

Koniec złudzeń: człowiek, który lada moment obejmie rządy nad jedną szóstą globu, rzeczywiście uważa, że przynależność do chuligańskiej bandy nobilituje. Przestępczy modus agendi, wdrukowany w jego umysł, nie poddał się korekcie, bo nigdy nie został przez niego uznany za zło. Sprawiedliwość to dlań prawo siły i szantażu, a podwórzowe wytykanie przywar innym („Ja zły? Ty jeszcze gorszy!”) i łgarstwo to najskuteczniejsze argumenty na poparcie własnych racji.

Niedobrze rokuje to, że Władimir Władimirowicz nie rozstał się z Wową. Że jego dorosłe życie stanowi niemal klasyczne potwierdzenie prawideł psychologii, często (oczywiście, że nie zawsze!) upatrujących przyczyn przestępczości w trudnym dzieciństwie. Cóż da małemu hersztowi podwórza większą pewność siebie, większą wiarę we własne siły i większe poczucie dojrzałości życiowej niż dobrze przemyślany i zrealizowany, choćby nawet niewielki, występek?

A to grozi swojego rodzaju psychologiczną katastrofą: u młodocianych przestępców (bo kimże innym są rozzuchwaleni chuligani?) rozwija się przerośnięte ego, świadomość wszechmocy i narastającej bezkarności przy malejącym poczuciu winy61. Po latach, w 1999 roku, gdy zaczną się nim jako kandydatem na prezydenta interesować dziennikarze, przeczytamy: „Putin to prawdziwy »psychologiczny kanibal«: mówi jedno, myśli drugie, robi trzecie. Jeśli trzeba będzie wykonać coś nieludzkiego, za co on nie poniesie odpowiedzialności, wykona to. Rozstrzelać demonstrację pokojową? Rozstrzela. Sprowokować wojnę? Sprowokuje”62.

W państwie demokratycznym osobliwości charakteru prezydenta pozostałyby tylko psychologiczną ciekawostką. W państwie rządzonym jednoosobowo nabierają zasadniczego znaczenia.

Po latach większość zachodnich polityków odkryje ze zdziwieniem, że Putin to chuligan. Człowiek niebezpieczny. Wandal.

Czerwiec roku 2013. Kolejne państwa, jedno po drugim, odmawiają wjazdu Edwardowi Snowdenowi, usiłującemu się ukryć po ucieczce ze Stanów Zjednoczonych z największą w naszych czasach ilością informacji skradzionych z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Agency – NSA) podlegającej Centralnej Agencji Wywiadowczej (Central Intelligence Agency – CIA). Gościny udziela mu prezydent Putin. „Wbija nóż w plecy USA”, zachowuje się jak chuligan – grzmi w telewizji CBS demokratyczny senator Chuck Schumer i dorzuca: „Z doświadczenia wiem, że jeśli takiego chuligana się nie ukarze, staje się coraz gorszy”.

Październik 2013 roku. Nietrzeźwego pracownika rosyjskiej ambasady, podejrzanego o stosowanie przemocy domowej, zatrzymuje w Amsterdamie holenderska policja. Po krótkim przesłuchaniu wypuszcza go i przeprasza za naruszenie immunitetu dyplomatycznego. Dwa dni później we własnym mieszkaniu w Moskwie zostaje ciężko pobity holenderski dyplomata Onno Elderenbosch. Komentując to zdarzenie, telewizja CNN stwierdza: „Podobne przypadki mogą się zdarzyć, i ostatnio się zdarzały, w stosunkach Rosji z różnymi państwami, ponieważ jej zachowanie coraz częściej przypomina zachowanie podwórzowego chuligana”63.