Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ta książka powstała z frustracji. Mojej i moich rozmówców.
Zacznę od przytoczenia kilku historii.
Wkrótce po ataku Rosji na ukraińskie Krym i Donbas odbyły się ćwiczenia z zarządzania kryzysowego zorganizowane przez NATO. W ćwiczeniach, które odnosiły się bezpośrednio do hybrydowego zagrożenia ze strony Rosji, wzięły udział najwyższe wojskowe i cywilne instytucje wszystkich dwudziestu ośmiu państw NATO. Uczestniczyły w nich także polskie instytucje – ale w bardzo specyficzny sposób.
Polski prezydent nie był nimi zainteresowany, więc je zignorował. Podobnie zrobił premier. Ważniejsze sprawy miał też minister obrony narodowej, który przynajmniej wyznaczył do ćwiczeń jedną z urzędniczek resortu. Mimo że ćwiczenia odbywały się przez kilka dni w trybie dwudziestu czterech godzin na dobę, urzędniczka już na pierwszej odprawie zakomunikowała, że w ministerstwie nikt w nocy nie pracuje i ona także nie ma zamiaru tego robić.
– Właśnie atakowała nas Rosja, a my z powodu paraliżu decyzyjnego nie robiliśmy nic, bo w ministerstwie wszyscy spali. W Brukseli zastanawiali się, czy my w ogóle chcemy bronić własnego kraju – opowiada mi oficer uczestniczący w tych ćwiczeniach.
I następna historia. W 2024 roku – dwa lata po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę i w pełnym natężeniu wojny – zorganizowano w Warszawie inne ćwiczenia. Symulowały one atak Rosji na stolicę.
Ćwiczenia odbywały się w kilku miejscach na terenie miasta jednocześnie. Jednym z najciekawszych miejsc były warszawskie Filtry, do których bez wiedzy ich obsługi wtargnęli zamaskowani „terroryści” i założyli „ładunki wybuchowe” na pojemnikach z chlorem. Zdetonowanie takich pojemników w centrum miasta spowodowałoby śmiertelne zagrożenie dla mieszkańców. Służby zdecydowały się więc na użycie urządzeń do zakłócania fal radiowych, które miały uniemożliwić „terrorystom” zdetonowanie ładunków za pomocą radia. Rychło okazało się, że systemy te zakłóciły nie tylko łączność „terrorystów”, ale także komunikację służb mających ich zneutralizować. Co więcej, ich realne użycie sparaliżowałoby funkcjonowanie znacznego obszaru w centrum miasta, łącznie z zablokowaniem łączności pomiędzy przelatującymi tamtędy samolotami i wieżą kontrolną na Lotnisku Chopina, co spowodowałoby ryzyko katastrofy lotniczej.
A to był dopiero początek pomyłek i niespodzianek, do których należy zaliczyć skończenie się baterii w dronie obserwacyjnym w newralgicznym momencie akcji lub niemożność dojazdu żołnierzy na miejsce w godzinach szczytu.
– Nie muszę dodawać, że ćwiczenia uznano za niebywały sukces i na końcu decydenci i politycy gratulowali sobie dobrze wykonanej roboty – zakończył opowieść związany z kwestiami bezpieczeństwa w mieście urzędnik, z którym rozmawiam w tej książce.
Te historie pokazują fikcję, jaką władza karmi Polaków, przekonując ich o budowaniu systemu odpornego na rosyjską agresję.
Książka opiera się na wielogodzinnych rozmowach ze specjalistami z zakresu wojskowych szkoleń, rezerw, lotnictwa, artylerii, wojsk pancernych, dronów, ratownictwa pola walki, sztucznej inteligencji, obrony cywilnej, schronów dla ludności. Trudno w tych rozmowach o optymizm. Ale i nie taki był ich cel. Dla narodu stojącego w obliczu wojny ważniejszy od optymizmu jest realizm.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 238
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Marcin Wyrwał, Czerwone i Czarne
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Korekta: Dorota Kasprzyk
Czerwone-Czarne Spółka z o.o. Przylesie 42 a, Jabłonna
Wyłączny dystrybutor Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-6840-115-8 Warszawa 2026
E-book przygotowany w systemie Zecer.
Wstęp
Ta książka powstała z frustracji. Mojej i moich rozmówców.
Zacznę od przytoczenia kilku historii.
Wkrótce po ataku Rosji na ukraińskie Krym i Donbas odbyły się ćwiczenia z zarządzania kryzysowego zorganizowane przez NATO. W ćwiczeniach, które odnosiły się bezpośrednio do hybrydowego zagrożenia ze strony Rosji, wzięły udział najwyższe wojskowe i cywilne instytucje wszystkich dwudziestu ośmiu państw NATO. Uczestniczyły w nich także polskie instytucje – ale w bardzo specyficzny sposób.
Polski prezydent nie był nimi zainteresowany, więc je zignorował. Podobnie zrobił premier. Ważniejsze sprawy miał też minister obrony narodowej, który przynajmniej wyznaczył do ćwiczeń jedną z urzędniczek resortu. Mimo że ćwiczenia odbywały się przez kilka dni w trybie dwudziestu czterech godzin na dobę, urzędniczka już na pierwszej odprawie zakomunikowała, że w ministerstwie nikt w nocy nie pracuje i ona także nie ma zamiaru tego robić.
– Właśnie atakowała nas Rosja, a my z powodu paraliżu decyzyjnego nie robiliśmy nic, bo w ministerstwie wszyscy spali. W Brukseli zastanawiali się, czy my w ogóle chcemy bronić własnego kraju – opowiada mi oficer uczestniczący w tych ćwiczeniach.
I następna historia. W 2024 roku – dwa lata po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę i w pełnym natężeniu wojny – zorganizowano w Warszawie inne ćwiczenia. Symulowały one atak Rosji na stolicę.
Ćwiczenia odbywały się w kilku miejscach na terenie miasta jednocześnie. Jednym z najciekawszych miejsc były warszawskie Filtry, do których bez wiedzy ich obsługi wtargnęli zamaskowani „terroryści” i założyli „ładunki wybuchowe” na pojemnikach z chlorem. Zdetonowanie takich pojemników w centrum miasta spowodowałoby śmiertelne zagrożenie dla mieszkańców. Służby zdecydowały się więc na użycie urządzeń do zakłócania fal radiowych, które miały uniemożliwić „terrorystom” zdetonowanie ładunków za pomocą radia. Rychło okazało się, że systemy te zakłóciły nie tylko łączność „terrorystów”, ale także komunikację służb mających ich zneutralizować. Co więcej, ich realne użycie sparaliżowałoby funkcjonowanie znacznego obszaru w centrum miasta, wraz z zablokowaniem łączności pomiędzy przelatującymi tamtędy samolotami i wieżą kontrolną na Lotnisku Chopina, co spowodowałoby ryzyko katastrofy lotniczej.
A to był dopiero początek pomyłek i niespodzianek, do których należy zaliczyć skończenie się baterii w dronie obserwacyjnym w newralgicznym momencie akcji lub niemożność dojazdu żołnierzy na miejsce w godzinach szczytu.
– Nie muszę dodawać, że ćwiczenia uznano za niebywały sukces i na końcu decydenci i politycy gratulowali sobie dobrze wykonanej roboty – zakończył opowieść związany z kwestiami bezpieczeństwa w mieście urzędnik, z którym rozmawiam w tej książce.
Kolejna historia dotyczy dronów, które stanowią główną siłę bojową na współczesnym polu walki. W październiku 2025 roku opisaliśmy w Onecie z Edytą Żemłą historię drona, który miał być symbolem technologicznej suwerenności polskiej armii. To wojskowy dron obserwacyjny Wizjer wyprodukowany w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy, podlegających państwowej Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Dwa miesiące później rozpoczęło się wojskowe szkolenie, na którym wojskowi operatorzy mieli ćwiczyć wykorzystanie Wizjera. Podczas szkolenia jeden z dronów rozbił się doszczętnie, a inny urwał się operatorom na czterdzieści minut, szybował bez żadnej kontroli nad okolicą. To był jednak tylko początek problemów, które potem opisali żołnierze w wojskowym raporcie. Zwrócili uwagę, że trzeba go w jakiś sposób dowieźć w rejon frontu. Będzie to po prostu niemożliwe, ponieważ cały system naszego drona mieści się w jedenastu skrzyniach kompozytowych, a do ich przewiezienia potrzebny jest samochód ciężarowy. Auto natychmiast zostanie zniszczone przez drony wroga, które masowo likwidują cele znacznie mniejsze od ciężarówek.
Jeśli już ten dron jakimś cudem zdołałby wystartować, to i tak nie będzie w stanie wykonać swojego zadania, jakim jest obserwacja i przekazywanie tych informacji do wojskowych sztabów. Bo nie jest kompatybilny z żadnym z systemów łączności stosowanych w Siłach Zbrojnych RP. Kiedy ukraińskie drony już na początku wojny były w stanie przekazywać do swoich sztabów obraz pola walki w czasie zbliżonym do rzeczywistego, to polski Wizjer najpierw musi wylądować, następnie zapisany w jego systemie materiał wideo musi zostać zgrany na płytę CD, a w końcu ta płyta musi być w jakiś sposób przekazana do sztabu. W dynamicznie rozwijającej się sytuacji bojowej takie rozwiązanie po prostu nie ma sensu.
Ostatnia historia pochodzi z czasu, w którym kończyłem pisać tę książkę – z lutego 2026 roku. Po raz kolejny byłem w Ukrainie. Miałem okazję spotkać się z Serhijem Tiszczenką, dowódcą batalionu inżynieryjnego w Trzecim Korpusie ukraińskiej armii. Podczas spotkania oficer opowiadał, jak jego ludzie, bazując na wojennych doświadczeniach, budują nie tylko sieć umocnień wokół miasta, ale też podziemne kompleksy i przeprawy dla ciężkiego sprzętu. Ten ostatni wątek szczególnie mnie zainteresował. Od kilku z moich rozmówców do tej książki słyszałem wcześniej o problemie, jakim są polskie mosty dla transportu czołgów, szczególnie wyróżniających się tonażem amerykańskich Abramsów. Serhij powiedział, że dla jego ludzi budowa przeprawy wodnej pod pancerny sprzęt nie jest już żadnym problemem. Swojej wiedzy nie zaczerpnęli bynajmniej z natowskich podręczników, ale z wojennej praktyki i nauki na błędach dziesiątek podobnych przepraw.
– Procedury NATO nie działają na współczesnej wojnie – powiedział mi Serhij. – Działały w Iraku i Afganistanie, ale nie tutaj. Gdyby przyjeżdżali tu Polacy, mogliby nabywać doświadczenia.
– A przyjeżdżają?
– Nie.
Te historie pokazują trzy rzeczy.
Pierwsza to fikcja, jaką władza karmi Polaków, przekonując ich o budowaniu systemu odpornego na rosyjską agresję.
Drugą jest niekompetencja wojskowych i polityków, którzy podejmują kluczowe decyzje dotyczące naszego bezpieczeństwa.
Ostatnia w końcu to odrealnienie odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ludzi, którzy piastują najbardziej odpowiedzialne funkcje, ale do tej pory nie zadbali o nawiązanie ścisłych kontaktów z Ukraińcami, o wizytowaniu frontu nie wspominając.
Moja książka opiera się na wielogodzinnych rozmowach ze specjalistami z zakresu wojskowych szkoleń, rezerw, lotnictwa, artylerii, wojsk pancernych, dronów, ratownictwa pola walki, sztucznej inteligencji, obrony cywilnej, schronów dla ludności. Trudno w tych rozmowach o optymizm. Ale i nie taki był ich cel. Dla narodu stojącego w obliczu wojny ważniejszy od optymizmu jest realizm.
Marcin Wyrwał
Rozdział I
Jeśli Rosja zaatakuje. Symulacja ataku i obrony
Rozmowa z płk. Piotrem Lewandowskim
O tym, jak może przebiegać wojna z Rosją, rozmawiam z pułkownikiem Piotrem Lewandowskim, który siedem razy uczestniczył w misjach bojowych – w Libanie, Iraku i Afganistanie. Jako dowódca przeszedł przez kolejne szczeble wojskowej struktury, dowodził plutonem, kompanią, w końcu samodzielnym batalionem, który został wyróżniony mianem przodującej jednostki Wojska Polskiego. Do rezerwy przeszedł ze stanowiska dowódcy bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie. Teraz jest wykładowcą w Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej w Toruniu.
Mój rozmówca porusza kwestię, która stała się tematem politycznej awantury, a więc: „Gdzie się bronimy?”. Według planów ujawnionych przez ministra Mariusza Błaszczaka na linii rzek Wisła i Wieprz. Według zapewnień byłego szefa sztabu generała Rajmunda Andrzejczaka na linii Bugu, nie oddając Rosji ani metra polskiej ziemi. Pułkownik Lewandowski pokazuje, dlaczego ani Polska, ani jakikolwiek inny kraj nie mogą bronić się dokładnie na swojej granicy.
W końcu nadchodzi pierwsza minuta wojny, a po niej pierwsza godzina, dzień, tydzień, miesiąc…
* * *
Dlaczego scenariusz niewpuszczenia Rosjan do Polski nie jest możliwy, wyjaśnię potem. Teraz opowiem o takich scenariuszach, których możemy się realnie spodziewać.
Wojna w Polsce będzie wyglądać nieco inaczej niż w Ukrainie. Wprawdzie oba kraje są nizinne, ale w Ukrainie mamy olbrzymie obszary stepowe, gdzie na otwartym terenie różnego rodzaju sprzęt może strzelać do siebie na dystansie kilku kilometrów. W Polsce natomiast mamy więcej terenów zalesionych, które będą naturalnymi przeszkodami. Dystans wymiany ognia będzie więc krótszy, poniżej półtora kilometra.
Paradoksalnie minusem dla naszej obrony będzie to, że mamy znacznie lepszą sieć dróg niż w Ukrainie. Tam Rosjanie nacierali głównie wzdłuż dróg, bo wiadomo, że sieć dróg pozwala nie tylko na swobodne przemieszczanie się sprzętu wojskowego, ale też na szybkie podciąganie zaopatrzenia dla frontu.
Rosjanie rozpoczną wojnę w jednym z dwóch scenariuszy. Żaden z nich nie będzie dla nas stuprocentowym zaskoczeniem. Przy dzisiejszych możliwościach rozpoznania pełne zaskoczenie przeciwnika jest praktycznie niemożliwe.
W pierwszym scenariuszu konflikt będzie narastać powoli. Rosja będzie wywierać coraz większą presję, podobnie jak to było w przypadku Ukrainy. Rosjanie najpierw wywierali presję polityczną, by następnie stopniowo koncentrować wojska wokół ukraińskich granic. To jest scenariusz, w którym będziemy mieć czas, żeby zwiększyć stany osobowe w armii, ogłosić mobilizację, podjąć działania przygotowawcze.
W drugim scenariuszu tego czasu możemy mieć nieco mniej. To jest opcja, w której Rosjanie, przypuszczalnie wraz z Białorusinami, będą tradycyjnie organizować ćwiczenia pod naszą granicą i wtedy uderzą, aby zaskoczyć nas przynajmniej w pewnym stopniu.
Dlatego tak ważne jest, aby równolegle do ich ćwiczeń prowadzić własne po swojej stronie granicy. Jeszcze do 2025 roku NATO reagowało na rosyjsko-białoruskie ćwiczenia w ograniczony sposób, organizując niewielkie manewry czy zwiększając monitoring granicy. Jednak w 2025 roku na ćwiczenia Zapad, w których według różnych źródeł wzięło udział od trzynastu do trzydziestu tysięcy żołnierzy, kraje NATO po raz pierwszy odpowiedziały dużymi, zsynchronizowanymi ćwiczeniami Żelazny Wojownik, w których uczestniczyło trzydzieści, czterdzieści tysięcy żołnierzy z Polski i krajów sojuszniczych. To był jasny sygnał dla Rosjan, że atak na jeden z krajów granicznych jest atakiem na cały Sojusz Północnoatlantycki.
Patrzę na to z perspektywy czysto wojskowej, czyli jak to oceniają oficerowie wywiadu wojskowego. Ważne są sygnały związane z zabezpieczeniem medycznym. U Rosjan to było rozwijanie na dużą skalę szpitali polowych, a także opróżnianie w przyfrontowych miejscowościach szpitali z cywilnych pacjentów i przenoszenie ich do szpitali w głębi Rosji. Do szpitali polowych dowożono też duże ilości krwi. Krew ma ograniczony termin przydatności, więc jeśli się ją dowozi do takich szpitali, to znaczy, że rozpoczęcie działań wojennych jest bliskie.
Bardzo mocnym sygnałem było wydanie żołnierzom pełnego zapasu amunicji, tak zwanej jednostki ognia. Moglibyśmy z dużym prawdopodobieństwem spodziewać się ataku, jeśli dostalibyśmy analizę wywiadu, z której wynika, że Rosjanie pobierają jednostki ognia na wszystko, czyli wydawana jest broń pokładowa od bojowych wozów piechoty po czołgi. Także desant, czyli piechota, pobiera przydziałową amunicję bojową. Mało tego, żołnierze pobierają uzbrojenie jednorazowe, czyli granatniki przeciwpancerne i granaty ręczne. Je się wydaje w zasadzie tylko na wojnę. Samo wydanie z magazynów pewnych typów uzbrojenia powoduje, że to trzeba wystrzelić i to do magazynu już nie wróci. W pewnym momencie Rosjanom zaczęto wydawać takie uzbrojenie i to w olbrzymich ilościach. To był już mocny sygnał, że wojna wkrótce się rozpocznie.
Ostatecznym sygnałem będzie malowanie na rosyjskich pojazdach znaków taktycznych, po których mogą się rozpoznawać na polu walki – Z, X, O, w zależności od odcinka frontu.
Podobnie ostatnim dzwonkiem będzie rozwinięcie rosyjskich systemów przeciwlotniczych i ich praca na częstotliwościach bojowych, a nie ćwiczebnych.
Dla przeciętnego obywatela sam atak będzie niezauważalny. I może on wcale się nie pokrywać z oficjalnym początkiem wojny. To dlatego że ten atak odbędzie się w cyberprzestrzeni. Obywatel zorientuje się dopiero wtedy, kiedy podejdzie do bankomatu i nie będzie mógł wyjąć z niego pieniędzy albo nie będzie w stanie połączyć się ze stroną internetową lub na lotnisku zostaną skasowane loty.
Kolejny krok też będzie niezauważalny dla większości ludzi, ale będzie zauważalny, i to w tragiczny sposób, dla żołnierzy stojących przy płocie na granicy z Białorusią. Oni po prostu zostaną zastrzeleni przez snajperów. Rosjanie zlikwidują ich po to, aby umożliwić przeniknięcie na nasz teren wojskom rosyjskim, białoruskim, wagnerowskim, nieważne. Istotne jest to, że będą to grupy dywersyjne, rozpoznawcze oraz dywersyjno-rozpoznawcze. Te grupy będą oczywiście próbowały wkradać się na nasze terytorium tak, aby nasze jednostki graniczne ich nie zauważyły, ale zapewne nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, więc zakładam, że do pierwszego kontaktu ogniowego dojdzie podczas przenikania tych grup.
Rola tych grup jest niezwykle ważna. W Polsce informacje o roli dywersantów w Ukrainie albo słabo się przebiły do wiadomości publicznej, albo w ogóle nie były upubliczniane, ale takie grupy działały w Kijowie od pierwszych minut działań wojennych, a nawet wcześniej. Gdyby nie duże siły ukraińskie, w tym brygada prezydencka, której celem było działanie przeciwdywersyjne, to niewiele brakowało, aby już na samym początku Zełenski dostał się w rosyjskie ręce.
Część rosyjskich grup dywersyjnych znajdzie się w Polsce jeszcze przed atakiem. One będą działać w oparciu o ukraińską emigrację z 2022 roku, kiedy praktycznie otwarto granice i wielu ludzi wchodziło do nas bez kontroli. Wiemy, że Rosja wykorzystała tę emigrację, żeby ulokować w Polsce własną agenturę. Tamte grupy przeniknęły do Polski bez żadnego wyposażenia. Ich zadaniem jest przygotowanie gruntu dla kolejnych, które wraz z rozpoczęciem wojny będą przenikać do Polski już w ciężkim uzbrojeniu. Wesprą też sprzętem już funkcjonujące tu grupy.
Grupy dywersyjno-rozpoznawcze to jest najwyższa półka. U nas do tego typu działań są szkolone Wojska Specjalne. Takie rosyjskie grupy mogą działać w ubraniach cywilnych lub przebrani w nasze mundury. Będą operować wieloma dronami rozpoznawczymi i być może dronami uderzeniowymi. Zadania takich jednostek będą zróżnicowane, od ataków na cele nieruchome po uderzanie w konkretnych ludzi. To nie musi być od razu prezydent, ale na przykład dowódcy jednostek broniących kraju lub ich rodziny. Czy zakładamy, że Rosjanie nie wiedzą, gdzie mieszkają dowódcy? W którym budynku, które to okno w ich mieszkaniu? Jaki problem wysłać drona, który eksploduje w tym mieszkaniu, jeszcze zanim się zacznie wojna? Ktoś powie, że jest małe prawdopodobieństwo, aby taki dowódca był w mieszkaniu w momencie mobilizacji. Ale jak to wpłynie na jego morale, jeśli on się dowie, że właśnie został zaatakowany jego dom i jego rodzina? Nie musi być więc tam samego dowódcy, żeby cel został osiągnięty.
To są rzeczy, do których nie jesteśmy przygotowani, nadal wydają nam się bardzo filmowe. Tylko że mówimy o zdolnościach, jakie obie walczące w Ukrainie armie już posiadają i już je prezentowały w różnych okolicznościach.
Jeżeli jednak rozwiniemy naszą Tarczę Wschód z jej wszystkimi elektronicznymi systemami alarmowania i śledzenia, takie przeniknięcia będą ekstremalnie trudne, być może nawet niemożliwe. Wtedy agresor będzie musiał zrezygnować z tego elementu. Ale na razie tego nie ma.
W końcu nadchodzi pierwsza minuta wojny, a po niej pierwsza godzina, dzień, tydzień, miesiąc. Tę symulację skończę w momencie, w którym Rosjanie stają na linii Wisły.
Od samego początku działań zbrojnych Rosjanie będą chcieli uzyskać sytuację dla nich optymalną, czyli zaskoczyć nas jednocześnie strategicznie i operacyjnie. W tym celu będą nieustannie prowadzić jakieś ćwiczenia na Białorusi przy granicy z Polską, żebyśmy nie znali dnia ani godziny ataku. Na Białorusi znajdują się duże stałe rosyjskie bazy wojskowe. W tych ćwiczeniach będzie brać udział coraz większa liczba żołnierzy, aż do kontyngentów liczących dwieście tysięcy ludzi.
Wojsku, które wyczekuje ataku, bardzo trudno jest utrzymywać permanentny stan wysokiej gotowości. Wymuszając na nas gotowość przez bardzo długi czas, Rosjanie siłą rzeczy będą nas nieco usypiać. Będą to robić dlatego, aby w odpowiednim momencie uzyskać maksymalny efekt zaskoczenia.
Właściwe rozpoczęcie wojny nadejdzie wraz z uderzeniami artyleryjskimi, powietrznymi i dronowymi w rejonie przygranicznym, gdzieś do około dwudziestu kilometrów w głąb naszego terytorium. W pierwszej grupie ataku znajdzie się artyleria lufowa i rakietowa bardzo bliskiego zasięgu. W drugiej wejdą bomby szybujące, których obecnie Rosjanie produkują siedemdziesiąt tysięcy rocznie. Warto zauważyć, że przed wojną nie produkowali ich w ogóle, więc do tej liczby doszli w zaledwie trzy lata – to à propos lekceważenia przez niektórych zdolności rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. I w końcu będą drony. W ich produkcji i wykorzystaniu Rosjanie nabyli bardzo duże doświadczenie. Czyli istnieje duże prawdopodobieństwo, że odnosząc się do określenia generała Andrzejczaka, to Rosjanie będą nas „spalać” w tym rejonie. (To aluzja do słów generała Rajmunda Andrzejczaka, który w lutym 2024 roku w programie Patrycjusza Wyżgi w WP.pl powiedział: „Będziemy prosić grzecznie i bardzo długo, żebyście nas nie dotykali, będziemy używać wszystkich form negocjacyjnych, nawet na jedno kolano przyklękniemy, żeby nie doszło do tragedii, ale jak nas dotkniecie, to »spalimy« was do trzystu kilometrów” – przyp. M.W.).
Rosyjskie pociski będą także spadać na infrastrukturę dużych miast w pasie przygranicznym do głębokości powiedzmy stu pięćdziesięciu do dwustu kilometrów. W tych miastach będą atakowane w pierwszej kolejności obiekty uznawane przez Rosjan za wojskowe, czyli wszelkiego rodzaju koszary jednostek wojskowych. One będą w dużej części opróżnione z wojsk i sprzętu, które wtedy powinny znajdować się już w rejonach alarmowych. Jednak koszary i tak zostaną zniszczone, choćby dlatego że istnieje tam infrastruktura magazynowa, warsztatowa, garażowa, a poza tym są to miejsca, w których kwaterowano by szkolone rezerwy.
W pierwszej fazie największe straty poniosą Siły Powietrzne, ponieważ Rosjanie zaatakują wszystkie nasze bazy lotnicze. W równie wielkim stopniu będą atakować wojska obrony powietrznej. Wszystko po to, aby uzyskać przewagę w powietrzu.
Ale wśród pierwszych celów rosyjskich ataków będą znajdować się również wojska wsparcia dowodzenia oraz łączności – w ten sposób Rosjanie będą chcieli zdławić naszą komunikację.
Kolejnym z najintensywniej atakowanych elementów naszej armii będą stojące na granicy Wojska Obrony Terytorialnej oraz bataliony Korpusu Ochrony Pogranicza, czyli żołnierze rozmieszczeni w pasie przygranicznym.
Ale niszczone będą również urzędy administracji publicznej, a także infrastruktura ciepłownicza, wodociągowa, energetyczna, zakłady petrochemiczne, aby odciąć nas od tych źródeł, a także spowodować skażenie terenu, bo to będzie dla nas dodatkowy problem.
Najważniejsze jest to, żeby w chwili ataku dowódcy mieli przygotowane plany działania. Żeby nie było tak jak w 2022 roku w Ukrainie, kiedy takich planów nie przygotowano, a kraj trzymał się dzięki inicjatywie dowódców pojedynczych batalionów i uporowi żołnierzy.
Kolejna ważna kwestia to czas decyzji, że wdrażamy w życie ten, a nie inny plan. Jeżeli rosyjskie uderzenie nastąpi z powietrza, to z centrum obrony powietrznej pójdzie informacja do Sztabu Generalnego, do Dowództwa Operacyjnego, do władz politycznych. Decyzja, którego z tych planów użyjemy, oczywiście zapada na poziomie politycznym. Kluczowe jest to, czy ta decyzja zapadnie w ciągu minut czy godzin. Im szybciej zostanie zdefiniowana sytuacja i wdrożony konkretny plan, tym większe będą szanse skutecznej obrony. W ciągu dwóch godzin od podjęcia decyzji o wdrożeniu konkretnego planu jesteśmy w stanie uruchomić cały system obrony. Tak więc pierwsze rozkazy dotrą do walczących jednostek nie w ciągu minut, ale do dwóch godzin.
Jeżeli mielibyśmy bronić każdego metra naszego terytorium, jak mówią politycy, to znaczy, że żołnierze będą w okopach na samej granicy. Wróg będzie o tym wiedział – i na tych żołnierzy spadnie potężna nawała ogniowa.
Po tej pierwszej nawałnicy artyleryjskiej i powietrznej ruszą grupy szturmowe, które będą próbowały przełamać nasze pozycje.
Sztuka operacyjna podpowiada, że po to budujemy Tarczę Wschód, aby siły relatywnie nieduże, ale pozostające w schronach, przetrwały rosyjską nawałę, a następnie na tyle długo odpierały rosyjskie czołówki, żeby nasze główne siły były w stanie podejść z głębi i zatrzymać Rosjan bojem spotkaniowym. Te wysunięte wojska muszą być w stanie utrzymać się przez około półtorej doby, czyli trzydzieści sześć godzin, bo tyle zajmie głównym siłom dotarcie na miejsce.
Zakładam, że w tej pierwszej fazie walk będzie uczestniczyć około dwóch dywizji. Do tego dojdą artyleria oraz działające na tych terenach brygady Wojsk Obrony Terytorialnej. Wojska Obrony Terytorialnej składają się z miejscowych ludzi znających teren, na którym będą walczyć. To też ludzie najbardziej zmotywowani, bo będą bronić swoich domów. Te wschodnie brygady WOT znam bardzo dobrze, bo pracuję z nimi od pięciu lat. Tam jest najmniejsza rotacja kadr, a więc znajdują się tam żołnierze z dużym doświadczeniem. Mamy tam ogromną liczbę pasjonatów i ludzi naprawdę zmotywowanych. Oczywiście to, jak zachowa się każdy z żołnierzy w warunkach prawdziwej wojny, będzie można ocenić dopiero po pierwszych strzałach. Reasumując, w pierwszej fazie walk powinno uczestniczyć czterdzieści tysięcy żołnierzy plus trzy do pięciu brygad WOT ze ściany wschodniej. Zakładam, że w sumie do walki zostanie wyznaczonych minimum pięćdziesiąt tysięcy ludzi.
Zupełnie inną kwestią jest jednak to, ilu z nich przełamie się psychologicznie na tyle, aby rozpocząć walkę z wrogiem. Weźmy przypadkową grupę stu żołnierzy i załóżmy, że zostali oni dobrze wyszkoleni, ufają swoim dowódcom i sobie nawzajem oraz znają swój sprzęt i uważają, że jest on adekwatny do wymogów pola walki. W takim wypadku decyzję o tym, aby natychmiast zaangażować się w walkę podejmie jedna trzecia z nich. Kolejna jedna trzecia żołnierzy nie podejmie walki – będą donosić amunicję, ewakuować rannych, przenosić sprzęt, robota się dla nich znajdzie, ale oni nie będą walczyć. Kluczowa jest pozostała jedna trzecia żołnierzy – oni z początku też nie będą walczyć, ale decyzja tej grupy o tym, czy zaangażować się w walkę, czy pozostać biernym, będzie zależeć od wyniku walki tej jednej trzeciej, która jest aktywna. Jeżeli ci żołnierze wygrają pierwsze starcie, jeżeli pokażą tamtym, że można odnieść sukces i nie zginąć, to ta jedna trzecia do nich dołączy. Ale jeżeli przegrają, to ta wahająca się grupa do nich nie dołączy.
Po stronie wroga będą doświadczone grupy szturmowe, w których stu na stu żołnierzy będzie walczyć. Dlatego tak ważne są pierwsze sukcesy w walce, bo tylko wtedy odsetek walczących będzie rósł. Jeżeli jednak obrońcy będą masakrowani, coraz większe grupy żołnierzy po prostu nie będą dołączać do walki.
Kolejnym elementem, który przesądzi o wyniku tych pierwszych dni walk będzie dowódca. Dobry dowódca sprawi, że wielu z tych niezdecydowanych pójdzie za nim do walki. Z kolei słaby dowódca spowoduje, że jeszcze większy odsetek niezdecydowanych walki nie podejmie. I tu dochodzimy do kwestii przywództwa w armii.
Mówi się, że przywódcą trzeba się urodzić, i to jest prawda. To właśnie są ci najlepsi, ale ich jest minimalny procent. Żadna armia nie bazuje na urodzonych przywódcach, bo jest ich po prostu za mało. Ta niewielka część przywódców powinna zająć się szkoleniem, bo tylko oni mają szansę wyszkolić innych przywódców. Przywódcy najbardziej są potrzebni w polu jako dowódcy drużyn, plutonów, bo to właśnie oni wydają podczas walki rozkazy – naprzód, do tyłu, do mnie. Tylko ten żołnierz, który widzi w swoim dowódcy przywódcę, wykona rozkaz. Cała reszta dowódców może się zająć pracą sztabową, pracą jednoosobową. To są też cenni ludzie. Informatyk w wojskach cyberprzestrzeni nie musi być przywódcą, żeby skutecznie wykonywać swoją pracę.
Problem polega na tym, że w polskiej armii nie mamy standardów przywództwa, takich jak mają choćby Amerykanie. W USA tych standardów uczy się w akademiach wojskowych. My mamy jednostki, gdzie ten temat jest traktowany bardzo poważnie, ale mamy też takie, gdzie jest całkowicie ignorowany. Dlatego to, czy żołnierz będzie walczył pod przywódcą, czy tylko pod dowódcą, będzie zależało w dużej mierze od przypadku.
To nieprawda, że do skutecznej ofensywy potrzebna jest pięciokrotna przewaga liczebna atakujących, jak to można przeczytać w niektórych opracowaniach. Jeżeli w dowolnym okopie masz dziesięciu żołnierzy zwykłej piechoty, to w momencie ataku będzie strzelać trzech z nich. Ten okop będzie atakować dziesięciu szturmanów i wszyscy będą strzelać. Jest wiele filmów z rosyjsko-ukraińskiej wojny, na których widać takie szturmy. Po stronie obrońców są trzy okopy i w każdym z nich znajduje się po dziesięciu ludzi, czyli w sumie trzydziestu. Te okopy szturmuje podobna grupa trzydziestu, czasami czterdziestu żołnierzy. Atakujący zdobywają te okopy po kolei, bo one nie wspierają się ogniem, bo ludzie się chowają, bo boją się strzelać. W efekcie wszystkie okopy zostają zdobyte, straty po stronie obrońców wynoszą kilkunastu zabitych, a po stronie atakujących – dwóch rannych.
Przed wojną z Ukrainą rosyjska sztuka operacyjna bardzo precyzyjnie opisywała sposób szturmowania. Pierwsza fala szturmujących to była zwykła piechota, która do szturmu musiała być pędzona przysłowiowym batem. Oni byli rzucani do przodu, aby atakujący mogli odnaleźć stanowiska ogniowe broniących się, ocenić ich siłę, namierzyć przedni skraj obrony, czyli linię czołowych punktów oporu. Kiedy na początku wojny mówiliśmy o tak zwanych mięsnych szturmach, to chodziło właśnie o tych zwykłych żołnierzy, którzy byli rzucani na okopy przeciwnika w celu rozpoznania jego możliwości. Dopiero kiedy ten przeciwnik został rozpoznany i odpowiednio osłabiony, wchodziła właściwa grupa szturmowa złożona z doświadczonych specjalistów.
W trakcie wojny z Ukrainą Rosjanie całkowicie zmienili to podejście. Teraz obowiązują ugrupowania rozproszone, które wypychają przeciwnika powtarzalnością ataków. Tak jak poprzednio Rosjanie zakładali bardzo silne, szybkie uderzenie, żeby zniszczyć przeciwnika bez względu na poniesione straty we własnych szeregach, tak dziś ich dowódcy pogodzili się z tym, że czasami szturmują jeden okop przez kilka dni. Bywa, że jedna grupa szturmowa liczy zaledwie trzech żołnierzy, ale takich grup jest bardzo dużo. Takie podejście ogranicza straty własne, bo ta wojna wymusiła na Rosjanach liczenie swoich strat. Takie grupy są wspierane przede wszystkim przez drony, w następnej kolejności przez lotnictwo, a dopiero w trzeciej kolejności przez artylerię, która przed wojną stanowiła główne wsparcie.
Zwykle wygląda to w ten sposób, że Rosjanie identyfikują cele za pomocą dronów rozpoznawczych. Następnie uderzają na przemian poprzez grupy szturmowe i ataki pośrednie, czyli drony uderzeniowe, lotnictwo, głównie w postaci bomb szybujących, moździerze, artyleria, i tak na przemian. W pewnym momencie Ukraińcom zaczyna brakować zasobów, żeby uzupełniać straty. Stąd te walki bywają długotrwałe, a front przesuwa się powoli, ale jednak się przesuwa.
W obecnych warunkach spektakularne szturmy nie zdarzają się prawie w ogóle. Jedną z takich prób Rosjanie podjęli w okolicach Łymania w drugiej połowie marca 2026 roku. W swoją operację zaangażowali ponad pół tysiąca żołnierzy i dziesiątki pojazdów opancerzonych, a także motocykli, buggy i quadów. Ukraińcy wykryli te przygotowania dzięki dronom rozpoznawczym. Zaminowali dronami drogi i szlaki podejścia, tak że Rosjanie utknęli na minach dokładnie tam, gdzie spodziewali się czystego przejścia. Ukraińcy zablokowali ich, a następnie dobijali dronami FPV. Rosyjska operacja przełamująca zakończyła się fiaskiem. Według ukraińskich źródeł ponad czterystu Rosjan, czyli osiemdziesiąt procent zaangażowanych ludzi, zginęło lub zostało rannych.
Warto dodać, że w warunkach wojny pozycyjnej wysunięte jednostki po obu stronach z reguły nie dysponują artylerią cięższą niż co najwyżej moździerzami. Dlatego to nie będzie tak jak na filmach, że za umocnieniami Tarczy Wschód stoją nasze Kraby. To jest bzdura. Jeżeli postawimy tam Kraby, to one nie przetrwają pierwszej godziny wojny.
Po półtorej doby walki powinniśmy już znać kierunki głównych rosyjskich uderzeń. Trzeba założyć, że tam, gdzie przeciwnik skupił główne siły, uzyskał postępy. Będziemy więc mieć front z włamaniami. W tych kierunkach zaczniemy przerzucać nasze siły, które do tej pory były w odwodzie, czyli jeszcze nie weszły do walki.
Do dwóch dywizji, które już walczą, powinny dołączyć kolejne dwie dywizje. Ich zadaniem będzie nie dopuścić, aby miejscowe włamania na froncie przekształciły się w przełamanie frontu.
W tym momencie do walczących jednostek powinny zacząć docierać uzupełnienia powołane w ramach mobilizacji, czyli docieramy do kolejnego poważnego problemu naszego państwa. Chodzi o to, że jednostki, które poniosły straty, będą uzupełniane rezerwistami z mobilizacji. Po takim uzupełnieniu jednostki będą musiały przejść przeszkolenie zgrywające doświadczonych żołnierzy z tymi nowymi, aby osiągnąć zdolność do walki. Pojawienie się takich jednostek na polu walki zajmie raczej tygodnie niż dni. Do tego dojdą nowe jednostki formowane od zera.
Zakładając, że w pierwszej fazie walk będzie uczestniczyć pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, to gdyby dobrze nam poszło w ciągu pierwszego tygodnia, straty wyniosą około pięciu tysięcy poległych i dziesięciu tysięcy rannych.
W tym przypadku sukces polegałby na tym, że po pierwsze, obronilibyśmy teren, czyli zatrzymalibyśmy przeciwnika w całym pasie jego operacji i spowolnili na głównych kierunkach uderzenia. Po drugie, zadalibyśmy przeciwnikowi na tyle duże straty, że moglibyśmy budować warunki do kontruderzenia.
Takie estymacje są dosyć ryzykowne, bo gdyby coś poszło źle, to w ciągu doby możemy stracić całą brygadę, czyli trzy tysiące ludzi, i mogłoby dojść do gwałtownego przełamania frontu. W takiej wersji wydarzeń straty w pierwszym tygodniu mogą okazać się masowe i liczone w dziesiątkach tysięcy ludzi.
W złym scenariuszu Tarcza Wschód nie wytrzyma dwóch tygodni. Aby ten scenariusz został jednak zrealizowany, Rosjanom musiałoby się udać kilka rzeczy. Po pierwsze, zaskoczyliby nas na poziomie strategicznym, czyli zaatakowali nasz kraj w niespodziewany dla nas sposób. Po drugie, zaskoczyliby nas na poziomie operacyjnym, czyli uderzyli na niespodziewanych dla nas kierunkach.
Naszym problemem jest to, że w czasie pokoju nie minuje się terenów przygranicznych. Jeśli Rosjanom uda się nas zaskoczyć i doprowadzić do sytuacji, w której nie wyrobimy się z całkowitym zaminowaniem terenu przed ich uderzeniem, to pokonanie Tarczy Wschód, nawet gdyby była już rozbudowana do zakładanego obecnie poziomu, zajmie im maksymalnie do dwóch tygodni.
Gdyby udało nam się zaminować porządnie teren, to teoretycznie Rosjanie mogą utknąć na Tarczy Wschód na dłuższy czas. Do tego jednak potrzeba olbrzymich ilości min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych, a także systemów minowania narzutowego, które bez przerwy tworzyłyby przed Rosjanami nowe pola minowe – mówimy tu o dziesiątkach tysięcy min.
Czas utrzymania się na Tarczy Wschód będzie w dużym stopniu zależał od zachowania się lotnictwa naszych sojuszników w NATO. Dziś dysponujemy informacjami, że Rosjanie wykonują około stu lotów bojowych na dobę. Specjaliści z zakresu lotnictwa mówią, że sto lotów bojowych na dobę to jest niewiele. Pożądana aktywność ze strony lotnictwa NATO wynosiłaby raczej jakieś czterysta, pięćset lotów bojowych na dobę, czyli mówimy tu o całych operacjach, a więc uderzeniach skoordynowanych zespołów powietrznych liczących po kilkanaście maszyn. A zatem istotnym elementem naszej obrony będzie zachowanie lotnictwa NATO. To, co mnie martwi, to pytanie o zaangażowanie Amerykanów. Wiemy, że NATO jest zdolne do dużych operacji powietrznych. W operacji „Pustynna burza” wzięło udział dwa tysiące siedemset osiemdziesiąt samolotów, ale to wszystko opierało się na zdolnościach Amerykanów. W obecnej sytuacji politycznej ich reakcja na atak Rosji pozostaje tajemnicą.
Jeśli wszystko pójdzie źle, a więc Rosjanie zaskoczą nas na poziomie strategicznym i operacyjnym, Tarcza Wschód zostanie przerwana w ciągu dwóch tygodni, a w naszej obronie zostaną dokonane znaczne wyłomy, to pozostanie nam tylko jedno – opóźnianie ich ofensywy.
W takim wypadku do dwóch miesięcy możemy mieć Rosjan na linii Wisły.
W ciągu tych dwóch miesięcy NATO powinno zebrać siły do obrony lub kontruderzenia. Te siły zgromadzą się po drugiej stronie Wisły. Wisła będzie stanowiła bardzo mocną zaporę dla Rosjan, która może ich zatrzymać na kolejne dwa miesiące, w trakcie których będą się przygotowywali do skutecznej przeprawy przez rzekę. Żeby myśleć o skutecznej przeprawie, Rosjanie muszą wypracować przewagę w powietrzu oraz przykryć osłoną przeciwlotniczą obszary, w których chcą forsować Wisłę.
Miejsce przeprawy przez Wisłę Rosjanie będą mieć bardzo precyzyjnie zaplanowane, żeby spełniało szereg warunków. Rosjanie muszą mieć rejon wyczekiwania wojsk na forsowanie rzeki. Muszą mieć dogodne drogi dojazdowe do miejsca forsowania. Po pokonaniu rzeki muszą określić rejon zgrupowania wojsk i ich wejścia do walki. Określić obszar rozśrodkowania sprzętu, musi to więc być teren, na którym znajduje się co najmniej kilka dróg. Dodatkowo musi to być miejsce o dogodnym do forsowania rzeki kształcie brzegów, trzeba wyszukać takie miejsce, gdzie droga w dogodny sposób zejdzie z brzegu do wody. Wojska inżynieryjne muszą położyć bezpośrednie drogi dojazdowe do samej rzeki, bardzo solidną konstrukcję, bo mówimy o setkach jednostek ciężkiego sprzętu, który będzie się przez tę rzekę przeprawiał.
Zanim rozpocznie się budowa przeprawy, rosyjskie wojska muszą najpierw uchwycić przyczółek po drugiej stronie rzeki, a następnie go utrzymać do czasu, aż powstanie przeprawa mostowa i promowa. To wszystko będą realizować pod zmasowanymi atakami lotniczymi naszych wojsk. Rosjanie będą też ostrzeliwani artylerią rakietową. Niezwykle skuteczna okaże się tutaj amunicja kasetowa oraz minowanie narzutowe.
Rosjanie będą próbować rozbudować przyczółek, aby odsunąć naszą artylerię lufową na tyle, by umożliwić swoim wojskom bezpieczną przeprawę. Wielkim problemem Rosjan na tym etapie walk będzie ochrona przepraw przed bardzo silnym lotnictwem NATO, natomiast kluczową rolę obok artylerii będą odgrywać drony.
Rosjanie będą próbowali przejść Wisłę tam, gdzie rzeka jest wąska, czyli raczej na południu Polski niż na północy. Łatwiej im będzie zrobić to latem, kiedy poziom wody będzie bardzo niski. W 1939 roku Wisłę można było przejść niemal suchą nogą. Teraz też borykamy się z niskimi poziomami wody w tej rzece. Nie oznacza to jednak, że brak wody rozwiąże wszystkie problemy Rosjan, bo sprzęt po mule nie przejedzie. Przeprawa będzie w takim przypadku zbliżona rozmiarowo do tej, w której woda płynie, ale z pewnością stanie się łatwiejsza, bo nie będzie silnego nurtu, żołnierze nie będą się topić.
Wisła może okazać się punktem, w którym walczące strony utkną na dłuższy czas. Dlatego rozważania na temat rozwoju sytuacji należy zatrzymać w tym miejscu.
Moim zdaniem istnieje małe prawdopodobieństwo, że Polska zostanie zaatakowana przed Łotwą, Litwą i Estonią. Co prawda jeszcze kilka miesięcy temu powiedziałbym, że to prawdopodobieństwo jest wręcz ekstremalnie małe, jednak wobec zmieniającej się polityki USA nie jestem już tego taki pewny. Uważam jednak, że pozostawienie krajów bałtyckich przez Rosjan za swoimi plecami byłoby ich fatalnym błędem. Jeśli więc dojdzie do wojny, to prawdopodobnie Bałtowie pójdą na pierwszy ogień, a my będziemy po nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
