Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 763 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna Kalibana - James S.A. Corey

Jak na kogoś, kto wcale nie zamierzał naruszać kruchej równowagi sił w Układzie Słonecznym, Jim Holden zrobił to naprawdę porządnie.

Choć Ziemia i Mars przestały do siebie strzelać, ich sojusz legł w gruzach. Planety zewnętrzne i Pas nie czują się jeszcze pewnie w świeżo zdobytej – być może tymczasowej – autonomii.

I właśnie wtedy na jednym z księżyców Jowisza atakuje pojedynczy superżołnierz, mordując oddziały Ziemian i Marsjan, na nowo wzbudzając zarzewie wojny. Wszyscy starają się odkryć, czy to zapowiedź ataku obcych, czy też niebezpieczeństwo kryje się znacznie bliżej domu.

Opinie o ebooku Wojna Kalibana - James S.A. Corey

Fragment ebooka Wojna Kalibana - James S.A. Corey

Tytuł oryginału: Caliban’s War: Book 2 of the Expanse

Copyright © 2012 by James S. A. Corey Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Iwona Sośnicka Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Cieśliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie II ISBN 978-83-66065-79-6

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Dla Bestera iClarke’a–

Prolog    Mei

– Mei! – zawołała pani Carrie. – Zostaw malowanie. Przyszła twoja mama.

Minęło kilka sekund, zanim Mei zrozumiała słowa nauczycielki, i to nie dlatego, że nie znała słów – miała już cztery lata, nie była maluchem – po prostu nie pasowały do jej obrazu świata. Mama nie mogła po nią przyjść. Opuściła Ganimedesa i poleciała na stację Ceres, ponieważ, jak powiedział tatuś, mama potrzebowała trochę czasu dla siebie. Wróciła, pomyślała nagle Mei, czując szybsze bicie serca.

– Mamusia?

Z miejsca, gdzie Mei siedziała przy małych sztalugach, widok na drzwi szatni blokowało kolano pani Carrie. Dłonie Mei były lepkie od farb do malowania palcami, czerwone, niebieskie, i zielone plamy sięgały aż po nadgarstki. Przesunęła się do przodu i chwyciła nogę pani Carrie, po części, żeby ją przesunąć, po części, by pomóc sobie przy wstawaniu.

– Mei! – krzyknęła pani Carrie.

Dziewczynka popatrzyła na plamę z farby na spodniach pani Carrie i ledwie kontrolowany gniew na szerokiej, ciemnej twarzy.

– Przepraszam, pani Carrie.

– W porządku – odpowiedziała nauczycielka napiętym głosem, świadczącym o tym, że wcale nie było w porządku, ale Mei nie zostanie ukarana. – Idź umyć ręce, a potem wróć posprzątać po swoim malowaniu. Zapakuję twój obrazek i będziesz mogła dać go mamie. To piesek?

– Kosmiczny potwór.

– Bardzo ładny potwór. A teraz, proszę, skarbie, idź umyć ręce.

Mei przytaknęła i pobiegła do łazienki z fartuszkiem powiewającym wokół niej jak szmata zaczepiona w przewodzie wentylacyjnym.

– I nie dotykaj ściany!

– Przepraszam, pani Carrie.

– Nic nie szkodzi. Po prostu wytrzyj to po umyciu rąk.

Odkręciła wodę na maksimum, spłukując ze skóry kolorowe mazaje. Ręce suszyła, nie przejmując się, czy chlapie wodą na podłogę i ścianę. Miała wrażenie, jakby ciążenie zmieniło kierunek, ciągnąc ją w stronę drzwi i poczekalni, zamiast w dół, do ziemi. Inne dzieci przyglądały się podekscytowane – bo ona była podniecona – jak Mei z grubsza ściera ślady farby ze ściany i pośpiesznie chowa słoiczki z farbą z powrotem do pudełka i odstawia na półkę. Ściągnęła fartuch przez głowę, nie czekając na pomoc pani Carrie, i wcisnęła go do kosza.

W poczekalni zastała panią Carrie z dwójką innymi dorosłych, z których żadne nie było mamusią. Była tam nieznana jej pani, która trzymała ostrożnie obrazek Mei z kosmicznym potworem, uśmiechając się uprzejmie. Drugim dorosłym był doktor Strickland.

– Nie, bardzo dobrze sobie radzi z samoobsługą w ubikacji – mówiła pani Carrie. – Oczywiście, czasami zdarzają się wypadki.

– Oczywiście – zgodziła się kobieta.

– Mei! – powiedział doktor Strickland, schylając się tak, że zrobił się niewiele większy od niej. – Jak się ma moja ulubiona dziewczynka?

– Gdzie jest... – zaczęła, ale zanim zdążyła powiedzieć mamusia, doktor Strickland wziął ją w ramiona.

Był większy od tatusia i pachniał jak sól. Odchylił ją do tyłu i zaczął łaskotać boki, od czego roześmiała się tak bardzo, że nie mogła mówić.

– Bardzo dziękujemy – powiedziała kobieta.

– Miło było panią poznać – odpowiedziała pani Carrie, ściskając rękę nieznanej pani. – Naprawdę miło jest mieć Mei w grupie.

Doktor Strickland nie przestawał łaskotać Mei, aż zamknęły się za nimi drzwi do Montessori. Mei wreszcie złapała oddech.

– Gdzie jest mamusia?

– Czeka na nas – odpowiedział doktor Strickland. – Zabierzemy cię teraz do niej.

* * *

Nowsze korytarze Ganimedesa były szerokie i zielone, a wymienniki powietrza ledwie pracowały. Z dziesiątków rynienek hydroponicznych wyrastały wąskie jak noże liście areki. Po ścianach rozpełzały się żółto-zielone liście epipremnum złocistego, a pod nimi rozkładały się ciemnozielone, proste sansewierie gwinejskie. Pełnozakresowe diody świeciły na złotobiało. Tata mówił, że tak właśnie wygląda światło Słońca na Ziemi, a Mei wyobrażała sobie planetę jako olbrzymią, skomplikowaną sieć roślin i korytarzy z rozciągniętym nad nimi w pasy Słońcem pośród błękitnego nieba-sufitu. Można było się tam wspiąć na ściany i trafić gdziekolwiek.

Mei oparła głowę na ramieniu doktora Stricklanda, wyglądając zza jego pleców i wymieniając nazwy wszystkich mijanych roślin. Sansevieria trifasciata. Epipremnum aureum. Poprawne nazywanie roślin zawsze wywoływało uśmiech na twarzy tatusia. Kiedy robiła to po cichu, jej ciało robiło się spokojniejsze.

– Więcej? – zapytała pani. Była ładna, ale Mei nie podobał się jej głos.

– Nie – odpowiedział doktor Strickland. – Mei jest ostatnia.

– Chysalidocarpus lutenscens – powiedziała Mei na głos.

– Dobrze – powiedziała pani, a potem powtórzyła jeszcze raz, łagodniej: – Dobrze.

Im bliżej byli powierzchni, tym węższe robiły się korytarze. Starsze przejścia zawsze wydawały się brudniejsze, choć tak naprawdę nie było tam żadnego brudu. Po prostu były bardziej zużyte. Mieszkania i laboratoria blisko powierzchni były miejscem zamieszkania dziadków Mei, gdy przybyli na Ganimedesa. W tamtych czasach nie było niczego głębiej. Powietrze tak wysoko miało dziwny zapach, a wymienniki musiały cały czas pracować, szumiąc i dudniąc.

Dorośli nie rozmawiali ze sobą, ale doktor Strickland co jakiś czas przypominał sobie o Mei i zadawał jej pytania: którą kreskówkę w kanałach stacji lubi najbardziej? Kto jest jej najlepszą przyjaciółką w przedszkolu? Co jadła dzisiaj na obiad? Mei spodziewała się, że zacznie zadawać inne pytania, te, które zadawał zawsze później, i zaczęła sobie przygotowywać odpowiedzi.

Czy drapie cię wgardle? Nie.

Czy budziłaś się spocona? Nie.

Czy wtwojej kupce wtym tygodniu pojawiła się krew? Nie.

Czy brałaś leki dwa razy każdego dnia? Tak.

Ale tym razem doktor Strickland nie zapytał o żadną z tych rzeczy. Korytarze, którymi szli, robiły się coraz starsze i węższe, aż pani musiała iść za nimi, żeby przepuścić ludzi idących z przeciwnej strony. Wciąż niosła w ręku obrazek Mei zwinięty w rulon, żeby nie pognieść papieru.

Doktor zatrzymał się przy nieoznaczonych drzwiach, przeniósł Mei na drugie biodro i wyciągnął ręczny terminal z kieszeni spodni. Wstukał coś w programie, którego dziewczynka jeszcze nigdy nie widziała, i drzwi otworzyły się z głośnym pyknięciem rozszczelniania, jak ze starego filmu. Korytarz po drugiej stronie był pełen śmieci i starych metalowych pudeł.

– To nie jest szpital – zauważyła Mei.

– To bardzo specjalny szpital – odpowiedział doktor Strickland. – Chyba jeszcze nigdy tu nie byłaś, prawda?

Według Mei to wcale nie wyglądało na szpital. Bardziej przypominało jeden z tych opuszczonych tuneli, o których czasem mówił tatuś, pozostałości z czasów, gdy dopiero budowano stację na Ganimedesie. Teraz używano ich już tylko na magazyny. Ale w tym na końcu znajdowała się śluza i kiedy przez nią przeszli, okolica zaczęła bardziej przypominać szpital. Przynajmniej zrobiło się czysto, a w powietrzu czuć było zapach ozonu, jak w komorach do odkażania.

– Mei! Cześć, Mei!

To był jeden z dużych chłopców, Sandro. Miał już prawie pięć lat. Mei pomachała do niego, gdy doktor Strickland przechodził obok. Od razu zrobiło się jej lepiej, gdy zobaczyła, że są tu też starsi chłopcy. Skoro tu są, to pewnie wszystko jest w porządku, nawet jeśli pani idąca z doktorem Stricklandem nie była mamusią. Co jej przypomniało...

– Gdzie jest mamusia?

– Spotkamy się z nią za kilka minut – zapewnił doktor Strickland. – Musimy tylko najpierw zrobić kilka rzeczy.

– Nie – zaprotestowała Mei. – Nie chcę.

Doktor zaniósł ją do pokoju, który wyglądał trochę jak gabinet do badań, tylko że na ścianach nie było kreskówkowych lwów, a stoły nie wyglądały jak uśmiechnięte hipopotamy. Doktor Strickland posadził ją na stalowym stole i pogłaskał po głowie. Mei złożyła rączki na piersi i skrzywiła się.

– Chcę do mamusi – oświadczyła i sapnęła niecierpliwie, dokładnie tak, jak tatuś.

– No cóż, poczekaj tu chwilę, a ja zobaczę, co mogę zrobić w tej sprawie – odpowiedział z uśmiechem doktor Strickland. – Umea?

– Chyba jesteśmy gotowi. Sprawdź z operacyjnym, załaduj i wypuśćmy to.

– Pójdę im powiedzieć. Ty zostań tutaj.

Pani kiwnęła głową, a doktor Strickland wyszedł. Pani popatrzyła na nią bez śladu uśmiechu na ładnej twarzy. Mei jej nie lubiła.

– Chcę mój obrazek – oświadczyła. – On nie jest dla pani, tylko dla mamusi.

Kobieta spojrzała na obrazek, jakby zapomniała, że go ma, a potem go rozwinęła.

– To kosmiczny potwór mamusi – wyjaśniła Mei. Tym razem kobieta się uśmiechnęła. Wyciągnęła obrazek, a Mei natychmiast go chwyciła. Zrobiła przy tym kilka zagnieceń na papierze, ale się tym nie przejęła. Znowu złożyła rączki na piersi, skrzywiła się i sapnęła.

– Lubisz kosmiczne potwory, mała? – zapytała kobieta.

– Chcę do mamusi.

Pani podeszła bliżej. Pachniała jak sztuczne kwiaty i miała chude palce. Zdjęła Mei na podłogę.

– Chodź, mała – powiedziała. – Coś ci pokażę.

Pani zaczęła odchodzić i przez chwilę Mei się zawahała. Nie lubiła jej, ale jeszcze bardziej nie podobała jej się myśl, że mogłaby tu zostać sama. Poszła za nią. Pani przeszła krótkim korytarzem, wstukała kod na klawiaturze przy dużych metalowych drzwiach, które wyglądały jak wejście do starej śluzy, i przeszła przez nie, gdy się otworzyły. Mei weszła za nią. Pokój był zimny, nie podobało jej się tam. W środku nie było leżanki do badań, tylko duża szklana skrzynia wyglądająca jak akwarium na ryby, ale w środku nie było wody, a to, co tam siedziało, nie było rybą. Pani gestem wezwała Mei do podejścia bliżej, a gdy dziewczynka to zrobiła, pani ostro zastukała w szybę.

To coś w środku podniosło głowę. To był człowiek, tylko że goły, ale jego skóra nie wyglądała normalnie. Jego oczy świeciły na niebiesko, jakby miał ogień w głowie. I coś było nie tak z jego rękami.

Sięgnął w stronę szyby, a Mei zaczęła krzyczeć.

Rozdział pierwszy    Bobbie

– Snoopy znowu patroluje – skomentował szeregowy Hillman. – Dowódca chyba się na niego wkurzył.

Sierżant kompanii, „Gunny”, Roberta Draper z Marsjańskiego Korpusu Marines, powiększyła obraz z wyświetlacza przeziernego hełmu i spojrzała w kierunku wskazywanym przez Hillmana. Dwa tysiące pięćset metrów dalej grupa czterech marines Organizacji Narodów Zjednoczonych maszerowała wokół swojej placówki, oświetlona od tyłu przez strzeżoną przez nich olbrzymią kopułę szklarni. Kopułę niemal we wszystkich aspektach identyczną z tą, której pilnowała właśnie jej drużyna.

Jeden z czterech marines ONZ miał na bokach hełmu czarne krechy, które wyglądały jak uszy psa beagle.

– Tak, to Snoopy – potwierdziła Bobbie. – Jak na razie był na wszystkich dzisiejszych patrolach. Ciekawe, czym podpadł.

Patrole wokół szklarni na Ganimedesie oznaczały konieczność wymyślania sposobów na zajęcie czymś umysłu. Włącznie ze snuciem domysłów na temat życia marines z drugiej strony.

Druga strona. Osiemnaście miesięcy temu nie było stron. Planety wewnętrzne stanowiły jedną dużą i szczęśliwą, choć nieco patologiczną rodzinę. Potem był Eros, a teraz dwie superpotęgi dzieliły między siebie Układ Słoneczny, Ganimedes zaś był tym księżycem, z którego żadna strona nie chciała zrezygnować: spichlerzem układu Jowisza.

Ponieważ tylko on dysponował wartą wzmianki magnetosferą, było to jedyne miejsce, gdzie w pasie silnego promieniowania Jowisza miały szanse wyrosnąć hodowane pod kopułami plony, choć i tak szklarnie i osiedla mieszkalne musiały być ekranowane, by chronić cywilów przed ośmioma remami trafiającymi codziennie na powierzchnię księżyca z Jowisza.

Pancerz Bobbie zaprojektowano tak, by żołnierz mógł przejść przez krater po bombie jądrowej kilka minut po wybuchu, więc sprawdzał się też nieźle jako ochrona przed usmażeniem marsjańskich marines przez Jowisza.

Za maszerującymi na patrolu ziemskimi żołnierzami kopuła jarzyła się w smudze słabego światła słonecznego, przechwyconego przez olbrzymie lustra orbitalne. Nawet z lustrami większość ziemskich roślin umarłaby tu z braku światła. Blask wystarczał do życia tylko mocno zmodyfikowanym odmianom, stworzonym przez naukowców na Ganimedesie.

– Niedługo będzie zachód – zauważyła Bobbie, wciąż przyglądając się ziemskim marines poza ich strażnicą, ze świadomością, że oni też przyglądają się im.

Oprócz Snoopiego rozpoznała też Karzełka, który/która nie mógł/nie mogła mieć więcej niż metr dwadzieścia pięć wzrostu. Ciekawiło ją, jakiego przezwiska używają dla niej. Może Duża Czerwona. Jej pancerz wciąż był pokryty marsjańskim kamuflażem. Była na Ganimedesie na tyle krótko, że nie zdążyła jeszcze oddać go do pomalowania w szare i białe wzory.

W ciągu następnych pięciu minut kolejno gasły orbitalne lustra, wchodzące wraz z Ganimedesem na kilka godzin w cień Jowisza. Blask ze szklarni za jej plecami po włączeniu się sztucznego oświetlenia przybrał niebieski odcień. Choć ogólne natężenie światła nie spadło szczególnie mocno, cienie wydłużyły się w dziwne i subtelne sposoby. W górze Słońce – z tego miejsca nawet nie krążek, a jedynie najjaśniejsza gwiazda – błysnęło, przechodząc przez krawędź tarczy Jowisza i przez chwilę widać było delikatne pierścienie planety.

– Wchodzą z powrotem do środka – zauważył kapral Travis. – Snoopy idzie na końcu. Biedak. Czy my też możemy się schować?

Bobbie rozejrzała się po nieciekawym, brudnym lodzie Ganimedesa. Czuła chłód księżyca nawet przez zaawansowany technicznie pancerz.

– Nie.

Usłyszała kilka niezadowolonych mruknięć, ale ruszyli posłusznie prowadzeni wokół kopuły powolnymi susami w niskim ciążeniu. Oprócz Hillmana i Travisa w tym patrolu uczestniczył całkiem zielony szeregowy Gourab. I choć był w marines w sumie dopiero jakieś półtorej minuty, marudził z akcentem z doliny Marinera równie głośno, jak dwaj pozostali.

W zasadzie nie miała do nich pretensji, to wszystko było pracą wymyślaną na siłę. Jakimś zajęciem dla marsjańskich żołnierzy na Ganimedesie, żeby nie mieli czasu na nudę. Jeśli Ziemia zdecyduje się zagarnąć księżyc tylko dla siebie, czworo marines pilnujących szklarni nie zdoła jej powstrzymać. Przy znajdujących się na orbicie dziesiątkach ziemskich i marsjańskich okrętów w pełnym napięcia zawieszeniu broni, gdyby doszło do walki, piechociarze dowiedzieliby się o tym dopiero wraz z rozpoczęciem bombardowania.

Kopuła z lewej wznosiła się prawie na pół kilometra: trójkątne szklane panele były rozdzielone jarzącymi się wspornikami o barwie miedzi, co przywoływało na myśl olbrzymią klatkę Faradaya. Bobbie nigdy jeszcze nie była wewnątrz żadnej z kopuł szklarni. Została skierowana z Marsa z pośpiesznie wysłanymi na planety zewnętrzne oddziałami i prawie od pierwszego dnia chodziła na patrole po powierzchni. Ganimedes sprowadzał się dla niej do portu kosmicznego, małej bazy marines i jeszcze mniejszej placówki strażniczej, którą obecnie nazywała domem.

Podczas wędrówki wokół kopuły Bobbie przyglądała się nieciekawej okolicy. Ganimedes nie zmieniał się zbytnio bez jakichś dramatycznych wydarzeń. Jego powierzchnię pokrywały głównie krzemowe skały i zamarznięta woda o temperaturze tylko kilka stopni wyższej od próżni. Atmosferę tworzył tlen tak rzadki, że mógł uchodzić za próżnię techniczną. Na powierzchni Ganimedesa nie zachodziła erozja. Zmieniała się tylko wtedy, gdy z przestrzeni spadały skały lub gdy ciepła woda z płynnego rdzenia wydostawała się na powierzchnię i tworzyła krótkotrwałe jeziora, a żadna z tych rzeczy nie zdarzała się często. W domu, na Marsie, wiatr i pył zmieniały krajobraz co godzinę, tutaj szła po swoich śladach z wczoraj, przedwczoraj i przedprzedwczoraj. A jeśli nigdy tu już nie wróci, jej ślady zostaną na świecie dłużej niż ona. Prywatnie uważała to za nieco makabryczne.

Przez zwykle gładkie syki i stuknięcia wydawane przez jej pancerz zaczęło się przebijać rytmiczne skrzypienie. Zazwyczaj minimalizowała wyświetlacz skafandra, bo generował taki zalew informacji, że wiedziała o wszystkim – poza tym, co faktycznie znajdowało się przed nią. Teraz wywołała ekran i mruganiem przerzuciła strony do ekranu diagnostycznego. Żółta kontrolka ostrzegła o niskim poziomie płynu hydraulicznego siłownika lewego kolana. Musiała mieć jakiś wyciek, choć powolny, bo skafander nie potrafił go odnaleźć.

– Poczekajcie chwilę – powiedziała Bobbie. – Hilly, masz w zestawie zapasowy płyn hydrauliczny?

– Tak – potwierdził Hillman, już po niego sięgając.

– Strzyknij mi trochę do lewego kolana, dobrze?

Gdy Hillman klęknął przed nią, zajmując się jej skafandrem, Gourab i Travis zaczęli się o coś spierać, dotyczyło to chyba sportu. Bobbie ich uciszyła.

– Ten skafander jest strasznie stary – skomentował Hillman. – Powinna pani przesiąść się na nowszy. Wiecie, sierżancie, takie rzeczy będą się zdarzać coraz częściej.

– Tak, powinnam – zgodziła się Bobbie.

Ale prawdę mówiąc, łatwiej było to powiedzieć niż zrobić. Figura Bobbie nie pasowała do standardowych skafandrów, a korpus zmuszał ją do skakania przez płonące obręcze za każdym razem, gdy zgłaszała zapotrzebowanie na nowy, dopasowany. Przy nieco ponad dwóch metrach wzrostu była tylko nieznacznie powyżej średniej dla marsjańskich mężczyzn, ale dzięki polinezyjskiemu pochodzeniu przy jednym g ciążenia ważyła ponad sto kilogramów. Nic z tego nie było tłuszczem – jej mięśnie zdawały się rosnąć za każdym razem, gdy choćby tylko przeszła przez siłownię. A jako marine ćwiczyła praktycznie cały czas.

Noszony teraz przez nią opancerzony skafander był pierwszym od dwunastu lat aktywnej służby, który naprawdę dobrze na nią pasował, i choć zaczynał przypominać o swoim wieku, wciąż łatwiej było utrzymywać go na chodzie niż błagać i składać podania o nowy.

Hillman zaczął chować narzędzia, gdy z trzaskiem ożyło radio Bobbie.

– Posterunek cztery do patrolu. Patrol, zgłoś się.

– Potwierdzam, czwórka – odpowiedziała Bobbie. – Tu patrol jeden. Mów.

– Gdzie jesteście, patrol jeden? Jesteście pół godziny do tyłu, a tu się dzieje coś dziwnego.

– Przepraszam, problem ze sprzętem – odpowiedziała Bobbie, zastanawiając się, co może się tam dziać, choć nie na tyle, by zapytać o to na otwartym kanale.

– Natychmiast wracajcie na posterunek. W placówce ONZ oddano strzały. Aktywujemy tryb bojowy.

Bobbie potrzebowała chwili, by to przyswoić. Widziała, że jej ludzie patrzą na nią z malującą się na twarzach mieszaniną zdziwienia i strachu.

– Ziemianie do was strzelają? – zapytała w końcu.

– Jeszcze nie, ale strzelają. Natychmiast tu wracajcie.

Hillman wstał. Bobbie jeszcze raz zgięła kolano i zobaczyła na wyświetlaczu zielone kontrolki. Kiwnęła w podzięce Hillmanowi, po czym rozkazała:

– Galopem z powrotem na posterunek. Ruszać się!

* * *

Bobbie z drużyną była wciąż o pół kilometra od placówki, gdy rozległ się ogólny alarm. Wyświetlacz jej skafandra ożył samodzielnie, przełączając się w tryb bojowy. Zestaw czujników zajął się wyszukiwaniem przeciwników i połączył się z jednym z satelitów w celu uzyskania widoku z góry. Poczuła kliknięcie, gdy wbudowane w prawe przedramię skafandra działko przełączyło się na tryb swobodnego strzału.

Gdyby zaczęło się bombardowanie orbitalne, rozbrzmiałoby tysiąc alarmów, ale i tak nie potrafiła się powstrzymać przed zerknięciem w niebo. Żadnych błysków ani śladów rakiet. Tylko potężna tarcza Jowisza.

Bobbie przyśpieszyła, pędząc w stronę strażnicy długimi susami. Drużyna podążyła za nią bez słowa. Osoba przeszkolona w stosowaniu wspomaganego skafandra, biegnąca w niskim ciążeniu, mogła szybko pokonać duże dystanse. Strażnica wyłoniła się zza krzywizny kopuły po kilku sekundach, a po kolejnych kilku zobaczyła też źródło alarmu.

Marines ONZ szarżowali na marsjańską placówkę. Trwająca od roku zimna wojna właśnie się rozgrzała. Gdzieś głęboko pod chłodnym wyrachowaniem szkolenia i dyscypliny poczuła zaskoczenie. Nie spodziewała się, że do tego dojdzie.

Reszta jej plutonu opuściła strażnicę, ustawiając się w linię ostrzału naprzeciw pozycji ONZ. Ktoś wyprowadził do szeregu Yojimbo – czterometrowy bojowy mech górował nad pozostałymi marines. Wyglądał jak bezgłowy olbrzym w pancerzu wspomaganym, potężne działka poruszały się powoli, śledząc nadciągających przeciwników. Ziemscy marines pędzili z pełną prędkością przez dwa i pół tysiąca metrów, które oddzielały dwie strażnice.

Czemu nikt nic nie mówi? zaczęła się zastanawiać. Cisza jej plutonu była upiorna.

I właśnie wtedy, gdy jej drużyna dotarła do linii bojowej, skafander wrzasnął do niej ostrzeżenie o zagłuszaniu. Widok z góry zniknął w chwili, gdy urwał się kontakt z satelitą. Zgasły wskaźniki czynności życiowych zespołu i raporty o stanie sprzętu. Zniknął cichy szum otwartego kanału łączności, zostawiając po sobie jeszcze bardziej upiorną ciszę.

Gestami ustawiła swoich ludzi na prawej flance, po czym ruszyła wzdłuż szeregu, szukając dowódcy, porucznika Givensa. Zobaczyła jego skafander na środku linii, stał niemal tuż pod Yojimbo. Podbiegła do niego i przysunęła swój hełm do jego hełmu.

– Co się tu, cholera, dzieje, poruczniku? – krzyknęła.

– Możesz zgadywać równie dobrze, jak ja – krzyknął gniewnie w odpowiedzi. – Przez zagłuszanie nie możemy kazać im się wycofać, a ignorują ostrzeżenia wizualne. Zanim odcięło nam radio, dostałem upoważnienie do otwarcia ognia, jeśli dotrą na odległość pół kilometra od naszej pozycji.

Bobbie miała jeszcze kilkaset pytań, ale oddziały ONZ mogły przekroczyć linię pięciuset metrów za kilka sekund, więc pognała na pozycję na prawej flance przy swojej drużynie. Biegnąc, kazała skafandrowi policzyć nadchodzące siły i oznaczyć wszystkich jako wrogów. Skafander zgłosił siedem celów. Czyli nawet nie jedną trzecią liczebności placówki ONZ.

To nie ma żadnego sensu.

Poleciła skafandrowi narysować na wyświetlaczu kreskę na dystansie pięciuset metrów. Nie musiała mówić swoim chłopakom, że to strefa swobodnego ostrzału. To nie było potrzebne. Otworzą ogień chwilę po niej, nie zadając pytań o powody.

Żołnierze ONZ przekroczyli linię kilometra, wciąż nie oddając żadnego strzału. Nadchodzili w rozproszonej formacji, sześciu z przodu w nierównej linii i siódmy za nimi, jakieś siedemdziesiąt metrów z tyłu. Wyświetlacz jej skafandra wybrał jej na cel postać z lewego skraju linii wroga, domyślnie wybierając najbliższego. Coś zaczęło ją męczyć w głębi umysłu i odrzuciła ustawienia skafandra, wybierając cel z tyłu i żądając powiększenia.

Mała postać nagle urosła w jej okienku celowniczym. Poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa i powiększyła obraz ponownie.

Postać goniąca sześciu marines ONZ nie miała na sobie skafandra próżniowego. Właściwie nawet nie była człowiekiem. Jej skórę pokrywały chitynowe płyty przypominające duże, czarne łuski. Głowa była jednym wielkim koszmarem, ze dwa razy większa od zwykłej i pokryta dziwnymi, wystającymi naroślami.

Ale najbardziej niepokojąco wyglądały ręce tego czegoś. Zdecydowanie za duże jak na ciało i za długie w stosunku do szerokości – stanowiły wersję rąk z dziecięcego koszmaru. Ręce trolla kryjącego się pod łóżkiem lub wiedźmy podkradającej się do okna. Rozciągały się i chwytały pustkę z nieustanną szaloną energią.

Żołnierze Ziemi nie atakowali. Uciekali.

– Strzelajcie do tego, co ich goni – Bobbie krzyknęła w pustkę.

Stworzenie dopadło żołnierzy ONZ, zanim przekroczyli dystans pół kilometra, za którym Marsjanie otworzyliby ogień.

– Cholera jasna – wyszeptała Bobbie. – Niech to szlag!

Istota chwyciła marine ONZ swoimi wielkim rękami i rozerwała go na pół, jakby był z papieru. Pancerz z tytanu i ceramiki rozerwał się równie łatwo, co ciało w środku, rozsiewając po lodzie w równym stopniu kawałki techniki, jak i ludzkie wnętrzności. Pozostałych pięciu żołnierzy jeszcze przyśpieszyło, ale ścigający ich potwór prawie nie zwolnił, zabijając ich kompana.

– Strzelajcie do niego, strzelajcie, strzelajcie – wrzasnęła Bobbie, otwierając ogień. Przeszkolenie i technika upakowana w pancerz bojowy czyniły z niej wyjątkowo skuteczną maszynę do zabijania. Gdy tylko palec nacisnął spust działka wbudowanego w skafander, z luf wyleciał strumień dwumilimetrowych pocisków przeciwpancernych, lecących z szybkością ponad tysiąca metrów na sekundę. Wystrzeliła pięćdziesiąt pocisków w niecałą sekundę. Stworzenie było stosunkowo powolnym celem wielkości człowieka, biegło w linii prostej, a komputer celowniczy mógł wprowadzić poprawki balistyczne pozwalające jej trafić w obiekt wielkości piłki do tenisa, sunący z prędkością naddźwiękową. Każdy wystrzelony przez nią nabój trafił w potwora.

To jednak nie miało znaczenia.

Pociski przeleciały przez niego, prawdopodobnie nawet nie zwalniając znacząco przed wylotem z drugiej strony. Z każdej rany wystrzeliwała chmura czarnych włókien, które spadały na śnieg zamiast krwi. Przypominało to strzelanie do wody. Rany zamykały się niemal szybciej niż powstawały i jedynym znakiem trafienia w stworzenie był ślad zostawianych za nim czarnych włókien.

A potem potwór dopadł drugiego marine ONZ. Zamiast rozerwać go na strzępy jak poprzedniego, wykręcił i rzucił w pełni opancerzonym Ziemianinem – o łącznej masie przekraczającej zapewne pięćset kilo – w stronę Bobbie. Jej wyświetlacz śledził żołnierza ONZ na wznoszącym się łuku i usłużnie poinformował, że potwórz nie rzucił go w jej stronę tylko wnią. Po bardzo płaskiej trajektorii. Czyli z dużą prędkością.

Uskoczyła na bok tak szybko, jak tylko pozwolił na to masywny pancerz. Bezradny marine ONZ zgarnął stojącego obok niej Hillmana i obaj zniknęli, z zabójczą prędkością odbijając się od lodu.

Zanim zdołała się odwrócić z powrotem do potwora, ten zabił dwóch kolejnych żołnierzy ONZ.

Strzelał już do niego cały marsjański szereg, włącznie z wielkim działem Yojimbo. Dwaj pozostali przy życiu ziemscy żołnierze rozdzielili się i uciekając przed potworem, biegli w przeciwnych kierunkach, dając marsjańskim odpowiednikom otwarte pole do ostrzału. Stwór został trafiony setki, tysiące razy. Sklejał się z powrotem w całość, utrzymując pełne tempo, nawet nie zwalniał, gdy obok niego wybuchały pociski z działa Yojimbo.

Bobbie, która już zdążyła z powrotem ustawić się w pozycji bojowej, posłała grad ognia w kierunku potwora, ale nie zrobiło to żadnej różnicy. Istota uderzyła w marsjańską linię, zabijając dwóch marines tak szybko, że wzrok nie nadążał za jej ruchami. Yojimbo uskoczył na bok, znacznie zwinniej, niż mogłoby się to wydawać w przypadku maszyny tej wielkości. Bobbie pomyślała, że za sterami musi siedzieć Sa’id. Przechwalał się, że gdy tylko chciał, mógł zmusić wielkiego mecha do tanga. To też nie miało znaczenia. Jeszcze zanim Sa’id zdążył obrócić działo do strzału z przyłożenia, stwór przebiegł po boku pojazdu, chwycił właz pilota i wyrwał go z zawiasów, potem jednym ruchem wyciągnął Sa’ida z uprzęży w kokpicie i rzucił nim jakieś sześćdziesiąt metrów w górę.

Pozostali marines zaczęli się cofać, cały czas strzelając. Bez radia nie mieli sposobu na skoordynowanie odwrotu. Bobbie stwierdziła, że biegnie w stronę kopuły razem z resztą. Drobna i odległa część jej umysłu, która nie uległa panice, wiedziała, że szkło i metal kopuły nie zapewnią żadnej ochrony przed czymś, co potrafiło rozerwać na pół opancerzonego człowieka i wyrwać pancerz z dziewięciotonowego mecha. Jednak ten przebłysk zdrowego rozsądku rozpoznał, że próba przełamania przerażenia jest daremna.

Zanim dotarła do zewnętrznych drzwi kopuły, został z nią już tylko jeden marine. Gourab. Z bliska widziała jego twarz przez opancerzoną szybę wizjera hełmu. Krzyczał do niej coś, czego nie słyszała. Zaczęła się nachylać do przodu, by zetknąć się z nim hełmem, gdy pchnął ją do tyłu na lód. Walił w panel sterowania drzwiami opancerzoną pięścią, próbując przebić się do środka, kiedy stwór złapał go i jednym niedbałym zamachem zerwał hełm ze skafandra. Gourab stał przez chwilę z twarzą w próżni, mrugając i otwierając usta do bezgłośnego krzyku, potem stwór oderwał jego głowę równie łatwo, jak hełm.

Istota odwróciła się i popatrzyła na wciąż leżącą na ziemi Bobbie.

Z bliska Bobbie widziała jej świecące się, jasnoniebieskie oczy. Były piękne. Uniosła działko i naciskała spust przez pół sekundy, zanim zrozumiała, że już dawno temu skończyła się jej amunicja. Stwór popatrzył na jej broń w sposób, który wydawał się ciekawością, po czym spojrzał jej w oczy i przechylił głowę na bok.

To już koniec, pomyślała. Tak zginę inie dowiem się, co tego dokonało ani dlaczego. Mogła znieść śmierć. Zginąć bez poznania żadnych odpowiedzi było jednak niezwykle okrutne.

Stwór zrobił krok w jej stronę, po czym zatrzymał się i zadygotał. Z jego środka wyłoniła się nowa para kończyn, które wiły się w próżni jak macki. Jego i tak już groteskowa głowa jakby nabrzmiała. Błękitne oczy rozbłysły jasno jak światła w kopułach.

A potem stwór eksplodował w kuli ognia, która odrzuciła ją przez lód i cisnęła nią o niską grań z dostateczną siłą, by pochłaniający uderzenia żel w jej skafandrze całkowicie zesztywniał, unieruchamiając ją.

Leżała na plecach, powoli tracąc przytomność. Nocne niebo w górze zaczęło błyskać światłami. Strzelały do siebie statki na orbicie.

Wstrzymać ogień, pomyślała, odchodząc w mrok. Oni uciekali. Wstrzymać ogień. Jej radio wciąż nie działało, kombinezon też. Nie mogła nikomu powiedzieć, że marines ONZ wcale nie atakowali.

I że zrobiło to coś innego.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Proces tworzenia książki nigdy nie jest tak samotny, jakby się zdawało. Ta książka i cała seria nie powstałyby bez ciężkiej pracy Shawna McCarthy’ego i Danny Baror oraz wsparcia i poświęcenia DongWon Songa, Anne Clarke, Alex Lencicki, niezrównanego Jacka Womacka i genialnej ekipy wydawnictwa Orbit. Jesteśmy też wdzięczni Carrie, Kat i Jayné za sugestie i wsparcie, podobnie jak całej ekipie Sakeriver. Wiele z najlepszych części tej książki to ich zasługa. Wszystkie błędy, niezręczności i rażące partactwa są naszą winą.

O autorze

James S. A. Corey to pseudonim piszących fantastykę autorów Daniela Abrahama i Ty Francka, asystenta George’a R.R. Martina. Obaj mieszkają w Albuquerque, stan Nowy Meksyk, USA.

Więcej informacji na temat tej serii znajdziesz na:

www.the-expanse.com