Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ta sprawa wstrząsnęła Australią. We wrześniu 2005 roku Robert Farquharson, wracając z trójką swoich kilkuletnich synów z obchodów Dnia Ojca, wjechał samochodem do przydrożnego zbiornika wodnego. Mężczyzna zdołał się wydostać z auta, ale dzieci utonęły. Co takiego wydarzyło się tamtego wieczoru na trasie między Geelong a Winchelsea?
Farquharson tłumaczył się policji, że dostał nagłego ataku kaszlu, po którym zemdlał i stracił panowanie nad pojazdem. Prokuratura postawiła mu jednak zarzut potrójnego zabójstwa. Czy ten – wydawałoby się – skromny i pracowity człowiek byłby w stanie dokonać tak przerażającej zbrodni? A jeśli tak, to dlaczego?
Helen Garner, znakomita australijska pisarka i dziennikarka, śledziła trwający kilka lat proces. Z każdym kolejnym zeznaniem – członków rodziny i znajomych, policjantów i strażaków, ekspertów od wypadków drogowych i lekarzy – obraz oskarżonego coraz bardziej się komplikował. Na jaw wyszły napięcia w rozpadającym się małżeństwie, depresja, poczucie życiowej porażki. Poruszający reportaż Garner to opowieść o kruchości ludzkiej psychiki i nieprzewidywalności naszych zachowań.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 353
Data ważności licencji: 4/16/2032
W serii ukazały się ostatnio:
Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (wyd. 2 rozszerzone)
Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru (wyd. 2)
Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 3)
Maciej Czarnecki Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Bartosz Józefiak Wszyscy tak jeżdżą (wyd. 2)
Aleksandra Boćkowska Gdynia. Pierwsza w Polsce
Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce (wyd. 2)
Anna Bikont Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów
John McPhee Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria
Marta Grzywacz Radość Soboty. Archiwum życia i śmierci
Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 5)
Paweł Smoleński Trędowate kobiety czyszczą ryż
Marta Wroniszewska Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci
Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)
François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu
Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci
Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)
Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)
Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)
Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)
Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet
Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach
Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie
Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)
Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy
Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów
Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu (wyd. 2 zmienione)
Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)
Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry
Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)
Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością
Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 3)
Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)
Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach
W serii ukaże się m. in.:
Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego This House of Grief. The Story of a Murder Trial
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © Roberts Vidzidskis / Alamy / Indigo Images
Copyright © 2014 by Helen Garner
All rights reserved. First edition published by The Text Publishing Company Australia, 2014
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2026
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Anastazja Oleśkiewicz
Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Edyta Chrzanowska / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-277-1
Książkę dedykuję Sądowi Najwyższemu Stanu Wiktoria, „tej skarbnicy bólu, temu domowi władzy i żałoby”[1].
[1] Dezső Kosztolányi, Kornel Esti, fragment w przekładzie Kai Gucio. W polskim wydaniu tej książki (przeł. Magdalena Schweinitz-Kulisiewicz, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1981, s. 130) ten cytat ma nieco inne brzmienie.
Idziesz na rozprawę Farquharsona? Ja to widzę na dwa sposoby. On nie mógł tego zrobić. Ale inaczej nie da się tego wyjaśnić.
Prawnik pod gmachem Sądu Najwyższego, 16 listopada 2007
Dla śmierci dzieci nie można znaleźć żadnego dopuszczalnego wyjaśnienia.
Leon Wieseltier, Kaddish
[…] życie toczy się na dwóch poziomach myśli i działania: jeden to nasza świadomość, a drugi to tylko domysły wysnute na podstawie snów, przejęzyczeń i niewytłumaczalnych zachowań.
Janet Malcolm, The Purloined Clinic
Był sobie raz bardzo pracowity facet, który mieszkał w małym miasteczku na prowincji stanu Wiktoria razem z żoną i trzema małymi synkami. Żyli skromnie z jego pensji sprzątacza i powoli budowali większy dom. Pewnego dnia żona ni z tego, ni z owego oznajmiła, że już go nie kocha. Chciała zakończyć małżeństwo. Poprosiła mężczyznę, żeby się wyprowadził. Dzieci miały zostać z nią, a on mógł je widywać, kiedy tylko zapragnie. Zachęcała go, żeby zabrał z domu wszystko, co chce. Jedyne, o co poprosiła i co dostała, to nowszy z ich dwóch samochodów.
Smutny mąż wziął swoją poduszkę i wprowadził się do owdowiałego ojca, kilka przecznic dalej. Wkrótce żonę zaczęto widywać w towarzystwie betoniarza, którego małżonkowie wcześniej zatrudnili do wylania fundamentów pod nowy dom. Rzemieślnik ten był świeżo nawróconym chrześcijaninem, miał kilkoro dzieci i nieudane małżeństwo za sobą. Niedługo potem kobieta zaczęła towarzyszyć mu w kościele. Nieco później mąż zauważył, że betoniarz jeździ po mieście samochodem, na który on sam ciężko harował.
Do tego momentu da się opowiadać tę historię tak, jakby to była piosenka country, smutna ballada o miłości i zdradzie, nieco łzawa, z nutką słodyczy.
Jednak dziesięć miesięcy później, pewnego wrześniowego wieczoru 2005 roku, tuż po zmroku, kiedy porzucony mąż odwoził synów do matki po wycieczce z okazji Dnia Ojca, jego stary biały Commodore skręcił z szosy zaledwie pięć minut od domu i wpadł do zbiornika wodnego. Mężczyzna wydostał się z wraku i dopłynął do brzegu. Auto poszło na dno, a wszystkie dzieci utonęły.
Widziałam to w wiadomościach telewizyjnych. Noc. Niskie drzewa. Woda, zamglona i czarna. Niewyraźne światła, helikopter. Ludzie w kamizelkach odblaskowych i w kaskach. Coś bardzo złego się tu wydarzyło. Coś strasznego.
Boże, spraw, żeby to był wypadek.
Każdy może zobaczyć miejsce, w którym zginęły dzieci. Wystarczy wyjechać z Melbourne i kierować się na południowy zachód drogą Princes Highway, która biegnie wokół kontynentu. Należy ominąć Geelong, oprzeć się pokusie zjazdu na Surf Coast i kontynuować podróż w głąb lądu w stronę Colac, po rozległej wulkanicznej równinie, która rozciąga się w południowo-zachodniej części stanu Wiktoria.
W niedzielny sierpniowy poranek w 2006 roku, po tym jak prokuratura w Geelong postawiła Robertowi Farquharsonowi zarzut potrójnego zabójstwa, wyruszyłam w tamte strony w towarzystwie przyjaciółki, z którą znałyśmy się od lat. Tuż przed naszym wyjazdem odszedł od niej mąż. Włosy miała ufarbowane na wyzywający rudy kolor, lecz widać było, że jest udręczona, wyniszczona przez smutek. Miałyśmy po sześćdziesiąt kilka lat. W swoim czasie obie znalazłyśmy w sobie siłę, by znosić – ale też zadawać – ból i upokorzenie związane z rozwodem.
Trwała wiosna. Minęłyśmy Geelong i wkrótce mknęłyśmy między pastwiskami żółtymi od nagietków i ogrodzeniami poprzecinanymi od czasu do czasu ciemnym konturem drzew cyprysowych. Po bezkresnym niebie sunęły płaskie, śnieżnobiałe chmury.
Moja towarzyszka i ja spędziłyśmy w tej okolicy kilka lat dzieciństwa. Znałyśmy jej melancholijne piękno, majestatyczne, gładkie połacie terenu. Jadąc na zachód dwupasmową szosą, otworzyłyśmy okna i wpuściłyśmy do środka strumień powietrza.
Na jakieś cztery, może pięć kilometrów przed Winchelsea dostrzegłyśmy przed sobą długi, łagodnie wznoszący się wiadukt kolejowy. Czyżby to właśnie tutaj? Rozmowa ucichła. Wjechałyśmy na sztucznie usypane wzgórze. Ze szczytu spojrzałyśmy w dół i zobaczyłyśmy przed sobą, na prawo od drogi, brązową taflę wody otoczoną pastwiskami – nie był to prostokątny, funkcjonalny zbiornik typowy dla gospodarstwa rolnego, ale owalny, kobiecy, przypominający wydłużoną łzę, obramowany rzadkim pasem drzew. Południowy brzeg biegł równolegle do północnej krawędzi Princes Highway, dwadzieścia, trzydzieści metrów od asfaltu. Dotąd wyobrażałam sobie, że samochód Farquharsona po prostu zjechał z drogi w lewo, ale żeby wpaść do wody po złej stronie szosy, musiałby najpierw przeciąć środkową białą linię i skręcić w pas ruchu w kierunku wschodnim, wprost pod nadjeżdżające z przeciwka auta. Gdy z dużą prędkością mijałyśmy wiadukt od strony Winchelsea, zmuszając się do nieustannego spoglądania w prawo, dostrzegłyśmy trzy niewielkie białe krzyże, zasłonięte do połowy wysoką trawą porastającą pas między jezdnią a ogrodzeniem. Przejechałyśmy obok nich, jakbyśmy nie miały prawa się tam zatrzymać.
Wcześniej obiło nam się o uszy, że w Winchelsea mieszka sześć tysięcy osób, ale tabliczka przy wjeździe informowała, że liczba mieszkańców wynosi tysiąc sto osiemdziesiąt. Dotarłyśmy do bazaltowego mostu nad rzeką Winchelsea, pokonałyśmy go i na drugim brzegu minęłyśmy ciąg sklepików oraz szkołę podstawową, a stamtąd widziałyśmy już obrzeża miasteczka. W tak małej miejscowości wszyscy pewnie wszystko o sobie nawzajem wiedzą.
Jakieś półtora kilometra dalej skręciłyśmy w polną drogę i znalazłyśmy zieloną polankę, gdzie mogłyśmy zjeść kanapki. Czułyśmy się niezręcznie, miałyśmy niemal wyrzuty sumienia. Po co tu przyjechałyśmy? Rozmawiałyśmy szeptem, unikając nawzajem swojego wzroku i wpatrując się w słoneczne pastwiska.
Myślisz, że ta historia, którą opowiedział policji, może być prawdziwa – że dostał ataku kaszlu i stracił przytomność za kierownicą? Takie rzeczy się zdarzają. Omdlenie wywołane kaszlem, tak się to nazywa. Była żona przysięgała podczas przesłuchania, że kochał synów. No i co z tego? Od kiedy to, że kogoś kochasz, oznacza, że nigdy nie zechcesz zabić tej osoby? Ona twierdziła, że to był tragiczny wypadek, że on za nic w świecie by ich nie skrzywdził. Wspiera go cała rodzina. W prokuraturze siostry stały u jego boku, a on ściskał w dłoni wyprasowaną chusteczkę. Nawet bliscy byłej żony mówią, że go nie obwiniają. Ale czy policja nie znalazła na miejscu czegoś dziwnego? Jak te ślady opon? No i czy on stamtąd nie uciekł? Tak. Zostawił dzieci w tonącym samochodzie, złapał stopa i pojechał do byłej żony. Na zdjęciach wyglądał na potężnego faceta – jest duży? Nie, raczej niski i krępy. Miał opuchnięte oczy. Widziałaś go z bliska w prokuraturze? Tak, przytrzymał mi drzwi. Uśmiechnął się do ciebie? Próbował. Może to psychopata, oni podobno tak właśnie mydlą ludziom oczy? Urokiem osobistym? Nie wyglądał na uroczego. Wyglądał okropnie. Żałośnie. Co, zrobiło ci się go żal? Nie no, raczej nie żal. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale był całkiem zwyczajny. Zwykły mężczyzna.
Cmentarz mieścił się na obrzeżach Winchelsea i zajmował parę hektarów szerokiego, łagodnie nachylonego terenu pod otwartym niebem. Oprócz nas nie było tam nikogo. Przechadzałyśmy się między rzędami grobów. Nie znalazłyśmy Farquharsonów. Być może rodzina pochodziła z innej miejscowości? Jednak gdy powoli kierowałyśmy się w stronę samochodu, mój wzrok padł na krzaki, za którymi dostrzegłam wysoki nagrobek z gładkiego granitu – widniały na nim długie nazwisko i trzy zdjęcia w kształcie medalionów. Niepewnie podeszłyśmy bliżej.
Jakiś kibic AFL wbił w ziemię obok grobu wiatraczek klubu Essendon. Plastikowe łopatki wesoło się kręciły. W górnych rogach tablicy nagrobnej umieszczono insygnia piłkarskie Essendon i złotą figurkę Boba Budowniczego. Mali chłopcy patrzyli na świat ze szczerą radością w oczach, jasne włosy mieli starannie przycięte, a oczy promienne. Jai, Tyler, Bailey. „Ukochane dzieci Roberta i Cindy […] Niech Bóg ma ich w opiece, dopóki znów się nie spotkamy”. Przyglądałam się temu ze swoistą trwogą. Przez siedem kolejnych lat często zdarzało mi się żałować, że tego dnia po prostu nie zmówiłam za nich modlitwy i nie odeszłam. Na skoszonej trawie wyrosły setki maleńkich różowych kwiatów. Zrywałyśmy całe ich garście i kładłyśmy na grobie, ale co chwila rozwiewał je podmuch powietrza. Każda gałązka, każdy kamyk, którymi starałyśmy się je obciążyć, okazywały się zbyt lekkie i nie wytrzymywały ciągłego naporu wiosennego wiatru.
Proces rozpoczął się rok po pierwszym przesłuchaniu. Na dźwięk nazwiska Farquharsona rozmówcom ciarki przechodziły po plecach. Kobiety zalewały się łzami. Każdy miał na ten temat własne zdanie. Historia z napadem kaszlu wzbudzała niedowierzanie i pogardę. Powszechnie uważano, że mężczyzna taki jak Farquharson nie mógł znieść utraty kontroli, której doświadczył, gdy żona postanowiła zakończyć ich małżeństwo. Raz po raz przytaczano to wyjaśnienie. Tak, na pewno o to właśnie chodziło – nie mógł znieść utraty kontroli nad własną rodziną. A może był po prostu zły. Zło w czystej postaci. Nie rozumiem tych typów – powiedziała prawniczka feministka. No dobra, żona cię rzuciła. Faceci nie mają zegara biologicznego. Czemu nie znajdziesz sobie nowej dziewczyny i nie spłodzisz kolejnych dzieci? Czemu musisz wszystkich zabijać? Niezależnie od tego, czy zrobił to celowo czy nie – stwierdziła starsza kobieta, chrześcijanka – jak on to odpokutuje? Niezliczeni mężczyźni wygłaszali gniewne, przepełnione bólem osądy, że to nie mógł być wypadek, że kochający ojciec na pewno nie zostawiłby dzieci w samochodzie. Walczyłby o ich życie, a gdyby nie zdołał ich uratować, poszedłby na dno razem z nimi. Jedynie z rzadka któryś z tych mężczyzn po wyrażeniu takiej opinii milkł na chwilę, a potem dodawał półgłosem: „Przynajmniej mam nadzieję, że ja bym tak postąpił”.
Kiedy wspominałam, że zamierzam napisać o tej sprawie, ludzie patrzyli na mnie bez słowa, z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłam odczytać.
20 sierpnia 2007 roku, dwa lata po tym jak samochód Roberta Farquharsona wpadł do zbiornika, w Sądzie Najwyższym stanu Wiktoria ruszył proces. Jako niezależna dziennikarka i dociekliwa obywatelka całymi dniami przesiadywałam w salach sądowych tego położonego w centrum Melbourne dziewiętnastowiecznego, zwieńczonego kopułą gmachu z okazałą fasadą od strony ulic William i Lonsdale, z brukowanymi wewnętrznymi dziedzińcami. Umiałam się już poruszać po tym budynku i wiedziałam, jak się zachowywać w jego oficjalnych przestrzeniach, jednak za każdym razem gdy zbliżałam się do wejścia od strony ulicy, czułam przypływ adrenaliny i ogarniał mnie podszyty lękiem podziw.
Tym razem zabrałam ze sobą córkę bliskiej przyjaciółki, bladą, cichą szesnastolatkę o jasnych blond włosach i z aparatem ortodontycznym na zębach, ubraną w dżinsy i błękitną bluzę z kapturem. Na imię miała Louise. Zrobiła sobie rok przerwy od nauki. Byłam wdzięczna za jej towarzystwo i wyjątkową jak na ten wiek inteligencję.
Wcisnęłyśmy się na miejsca przeznaczone dla prasy w sali numer trzy, razem z grupą rozbawionych dziennikarzy. Z tonu ich paplaniny można było wysnuć wniosek, że Farquharson już dawno został skazany na śmierć przez powieszenie, poćwiartowanie i rozczłonkowanie.
Sala sądowa prezentowała się przepięknie. Miała wysoki sufit, jasne, otynkowane ściany i wyposażenie z ciemnego, ciężkiego drewna, ale podobnie jak wszystkie sale w tym starym, okazałym gmachu była ciasna i trudno się było w niej poruszać.
Ława oskarżonych biegła wzdłuż tylnej ściany, a za czerwonym aksamitnym sznurem siedział Robert Farquharson w śnieżnobiałej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem i krawatem. Przybył tu jako wolny człowiek, ale teraz, gdy skończył się okres zwolnienia za kaucją, znalazł się w rękach wymiaru sprawiedliwości. W sali tłoczyli się wprawdzie ludzie, którzy go wspierali, on jednak wydawał się przerażony, mały i potwornie samotny.
Jeremy Rapke QC, pełniący obowiązki prokuratora koronnego i niebawem nominowany na stanowisko dyrektora prokuratury, podczas postępowania przygotowawczego przeciwko Farquharsonowi występował w imieniu Korony. Był to szczupły, opanowany mężczyzna z krótko przystrzyżoną siwą brodą i ustami, które przecinały twarz pod ostrym kątem, jak u kogoś, kto na co dzień musi wysłuchiwać bredni.
– Rany – wyszeptała Louise. – On wygląda jak sokół.
Od znajomych prawników dowiedziałam się, że to groźny przeciwnik na sali sądowej, a podczas postępowania przygotowawczego wywarł na mnie ogromne wrażenie: przemawiał bez wysiłku, oszczędnie, cichym, uprzejmym głosem, jakby jego słowa stanowiły jedynie powłokę czegoś znacznie ważniejszego, co rozgrywało się w jego głowie. Jednak ostatnia tego dnia mowa, wygłoszona tym samym tonem, popłynęła z jego ust niczym potok ognia, jednocześnie elegancka i miażdżąca. Rapke siedział teraz obok młodszej koleżanki po fachu, Amandy Forrester, brunetki o lśniącej twarzy, która wkroczyła do sali sądowej w szpilkach z paskami wokół kostek. Garbił się na obrotowym krześle, peruka zsunęła mu się do przodu, a podpierająca policzek dłoń wydawała się chuda i spierzchnięta.
Wąskie, przeszklone drewniane drzwi z tyłu sali otworzyły się z hukiem i do środka wkroczył Peter Morrissey – czarna toga opadła mu z jednej strony z ramienia, peruka zsunęła się z błyszczącego czoła. Był postawny, jasnowłosy i bezpośredni, w irlandzkim stylu, o krzepkiej posturze i prezencji piłkarza: gdy zmierzał do stanowiska obrony, przyćmiewając gabarytami młodszego kolegę, Cona Mylonasa, z przesadnie wydętymi ustami gwizdał prowokacyjną pieśń Good Old Collingwood Forever. Zbliżył się do ławy oskarżonych i zawołał donośnym głosem, w którym pobrzmiewała nuta męskiego porozumienia: „Cześć, Rob!”. Nie usłyszałam, czy Farquharson mu coś odpowiedział. Morrissey, jak twierdzili ludzie, właśnie wrócił z Hagi, gdzie wygrał sprawę przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Cieszył się dużym uznaniem. Sprawiał wrażenie spontanicznego, sympatycznego człowieka. Bliscy Farquharsona najwyraźniej też tak go postrzegali. W holu gromadzili się wokół jego potężnej, odzianej w togę sylwetki, patrzyli na niego z ufnymi uśmiechami, na widok których przeszywał mnie niepokój.
Do sali wszedł sędzia Philip Cummins, siwowłosy mężczyzna po sześćdziesiątce, o szczerej, dobrodusznej twarzy. Miał na sobie szkarłatną togę, ale nie założył peruki. W lewym uchu połyskiwał mały diamentowy kolczyk. Cummins był postacią dobrze znaną w mieście. Bez pomocy dziennikarzy ustaliłam, że nadano mu przezwisko Fantastyczny Phil. Niemniej było w nim coś, co budziło zaufanie, nie wydawał się wyniosły ani groźny; siedząc za wysokim pulpitem, pochylał się do przodu, opierając się na łokciach, i zwracał się do zgromadzonych z serdeczną życzliwością.
Powołano ławę przysięgłych, dziesięć kobiet i pięciu mężczyzn, wymagana dwunastka plus trzy osoby rezerwowe: nie zapowiadało się na to, by proces miał zakończyć się szybko. Jedna z powołanych ławniczek nie wytrzymała nawet do następnego ranka. Pozostali ławnicy zajęli miejsca i siedzieli ze złożonymi na kolanach rękami, nerwowo rozglądając się po sali. Mieli opuszczone głowy, jakby ciężar nowych obowiązków przygniatał ich do krzeseł. Od tej chwili aż do końca procesu, za każdym razem gdy wchodzili na salę, Farquharson zrywał się na równe nogi i stał tak, dopóki nie usiedli – tym gestem zdawał się mówić: „Wasza decyzja przesądzi o moim losie”.
Wieczorem w niedzielę 4 września 2005 roku, w Dniu Ojca, dwaj młodzi mężczyźni z Winchelsea, Shane Atkinson i Tony McClelland, zostawili swoje psy pod opieką znajomej i wyruszyli samochodem Atkinsona marki Commodore na grilla do Geelong, by świętować narodziny dziecka, które tego dnia jego żona przywiozła ze szpitala.
Kiedy Atkinson, pierwszy świadek oskarżenia, przedzierał się wąskim przejściem między rzędami miejsc zarezerwowanych dla członków rodziny, dwie kobiety – sądząc po kształcie oczu, musiały to być siostry Farquharsona – obrzuciły go lodowatymi spojrzeniami. Atkinson był wysokim, szczupłym mężczyzną o ciemnych włosach, ubranym od stóp do głów na czarno. Stał w miejscu przeznaczonym dla świadków, twarzą zwróconą do prokuratorki Forrester, zgarbiony w uległej postawie dziecka, które spodziewa się nagany. Mówienie sprawiało mu trudność. Przeciągał słowa, plątał się w zeznaniach, wiercił się i pochylał głowę. Za każdym razem gdy wymykało mu się jakieś niecenzuralne wyrażenie, spuszczał wzrok i uśmiechał się z zakłopotaniem, jak słodki głuptas.
Powiedział, że było około wpół do ósmej i już się ściemniało, kiedy wraz z kolegą Tonym zbliżali się do wiaduktu kolejowego, cztery czy pięć kilometrów na wschód od Winchelsea. Zauważyli kilka samochodów przed sobą, które nagle skręciły i pojechały dalej, jakby chciały coś wyminąć. Wtedy w świetle reflektorów pojawił się jakiś facet, który energicznie machał rękami. Shane miał nerwy w strzępach: kilka miesięcy wcześniej jego brat odebrał sobie życie. Wcisnął hamulec i wyskoczył z auta. Facet podbiegł do niego.
– Powiedziałem mu: „Co ty odpierdalasz na tym poboczu? Chcesz się zabić?”. Nie można było z niego wydobyć sensownego słowa. Ciągle tylko przeklinał: „O nie, kurwa, co ja zrobiłem? Co się stało?”.
Mężczyzna bełkotał, że wjechał samochodem do zalewu, że zabił swoje dzieci, że poszło mu łożysko w kole albo że dostał ataku kaszlu. Ocknął się w wodzie sięgającej mu do piersi. Powtarzał w kółko, że chce tylko wrócić do domu żony i powiedzieć jej, że zabił ich dzieci.
Facet był niski i krępy, dyszał, był przemoczony, pokryty szlamem i błotem. Co to za szalona historia? Czy on jest normalny? Shane pomyślał, że może ten koleś ma zespół Downa albo coś w tym rodzaju: w tej okolicy mieszkają różne pojeby. Tony przeprowadził się do miasteczka stosunkowo niedawno. Dotychczas nie zwrócił uwagi na zbiornik wodny u podnóża wiaduktu. Shane, który wychował się w Winch, przejeżdżał tamtędy niezliczoną ilość razy, ale nawet on nie miał pojęcia, że zbiornik jest na tyle głęboki, by samochód mógł w nim zniknąć bez śladu. Stanął na nadprożu swojego Commodore’a i wyciągnął szyję, żeby lepiej przyjrzeć się tafli wody. Wraz z Tonym zeszli z drogi pod samo ogrodzenie. Noc była bardzo ciemna, ale sucha i bezchmurna. Za każdym razem gdy pod wiaduktem mknęła ciężarówka, podążali wzrokiem za snopem świateł jej przednich reflektorów i patrzyli na powierzchnię zbiornika. Woda wyglądała jak szkło. Na pewno nic się tu nie wydarzyło.
Shane miał środki na karcie telefonicznej. Próbował podać komórkę mężczyźnie, żeby ten mógł wezwać karetkę albo policję. On jednak odmówił. W kółko błagał, żeby zabrano go do Cindy.
– Nigdzie nie jadę, skoro właśnie zabiłeś swoje dzieci! – odparł Shane. – Obaj z Tonym jesteśmy chude chujki, wskoczymy do wody i może jakoś dopłyniemy!
Ale mężczyzna powtarzał, „chyba ze sto razy: »Nie, nie idźcie tam. Już za późno. Oni już nie żyją. Muszę tylko wrócić i powiedzieć Cindy«”.
Farquharson, który podczas prokuratorskiej mowy wstępnej – „szokująco nikczemny i bezduszny czyn” – nie mógł powstrzymać się od płaczu, słuchał tych zeznań z przekrzywioną głową i zmrużonymi sceptycznie oczami.
– A potem – zapytała łagodnie pani Forrester – odwiózł go pan do Cindy?
W pierwszym rzędzie miejsc dla publiczności siostry Farquharsona siedziały nieruchomo obok milczących mężów, z ustami zaciśniętymi w sztywnym grymasie. Shane Atkinson spuścił głowę.
– Tak – odparł cichym, przygnębionym głosem. – Zrobiłem największą głupotę w całym swoim życiu.
Shane posadził przemoczonego mężczyznę obok siebie z przodu, a Tony’ego z tyłu, „żeby mógł walnąć go w łeb, gdyby zaczął świrować”. Zawrócił i ruszył z powrotem do Winchelsea. Gdy dotarli na obrzeża miasteczka, Shane włączył światło w samochodzie i przyjrzał się dokładnie pasażerowi. Wtedy wreszcie go rozpoznał. Robbie Farquharson. Odkąd Shane był małym chłopcem, widywał Robbiego koszącego trawniki i jeżdżącego takim samym Commodore’em, jak ten, który on sam teraz prowadził, z tą różnicą, że auto Shane’a miało felgi aluminiowe. Nagle zrozumiał, o którą Cindy chodziło w tym rozpaczliwym bełkocie – Cindy Farquharson, jego była żona, o której wszyscy w Winch wiedzieli, że spotyka się z innym facetem, Stephenem Moulesem.
Wjechali na podjazd przed domem Cindy, wszyscy trzej panikowali i krzyczeli. Farquharson i Shane pobiegli do tylnego wejścia i wołali Cindy. Jedno z dzieci Stephena Moulesa podeszło do osłoniętych siatką drzwi. Cindy pojawiła się tuż za nim. Gdzie jest samochód Roba? Gdzie są dzieci?
Farquharson powiedział jej prawdę. Doszło do wypadku. Zabił dzieci. Utopił je. Próbował je wyciągnąć, ale nie dał rady. Cindy zaczęła krzyczeć. Nazwała go „jebanym debilem”. Chciała go uderzyć. Shane stanął między nią a Farquharsonem i próbował chwycić ją za ramiona. Potem wskoczył do samochodu i popędził na posterunek policji tak szybko, że kiedy zahamował, autem zarzuciło i wykręcił bączka.
Posterunek był zamknięty. Shane pobiegł do sierżanta, który mieszkał obok. Nikogo nie było w domu.
W tym momencie wszyscy sąsiedzi zdążyli już wyjść na ulicę. Ktoś zadzwonił pod numer alarmowy, a Shane poinformował operatora, gdzie dokładnie samochód wpadł do wody. Koleś, na którego mówili Prędki, członek ochotniczej służby ratowniczej, pobiegł po swoją ciężarówkę. Shane wsiadł do samochodu z Tonym i jakimiś dwoma nieznajomymi typkami. Wrócili do Cindy, ale jej auto zniknęło z podjazdu, podobnie jak ona sama, Farquharson i dzieciak, który otworzył im wcześniej drzwi. Shane wyjechał na szosę z piskiem opon.
Zatrzymał się w pobliżu wiaduktu. Farquharson stał oparty o ogrodzenie, kiwał głową, zataczał się i sapał. „Palił papierosa za papierosem” i błagał nowo przybyłych o kolejnego. Tony McClelland rzucił mu całą paczkę, przeskoczył przez płot i chwiejnym krokiem pobiegł przez ciemne pastwisko. Shane pozostał w tyle.
– Nie chciałem zbliżać się do zbiornika – powiedział przed sądem i opuścił głowę, jakby wstydził się swojego strachu.
Cindy dodzwoniła się na numer alarmowy ze swojej komórki, w ciemności biegała po brzegu tam i z powrotem, szlochając i krzycząc do operatora, ale zamiast Princes Highway wymieniła nazwę innej drogi – Calder. Wcześniej zadzwoniła najwyraźniej do Stephena Moulesa. Był już na miejscu i rozbierał się, żeby wejść do zbiornika. Woda była czarna i strasznie zimna. Moules zrobił kilka kroków i dno nagle jakby zniknęło mu spod stóp. Tony musiał chwycić go za ramię, bo inaczej byłoby po facecie. W tym momencie do wszystkich dotarło, jak głęboko tam było.
Z prawdziwych rozmiarów zbiornika ludzie zdali sobie jednak sprawę dopiero po tym, jak policja przedstawiła relację w prokuraturze. To nie był zwyczajny zbiornik rolniczy o pochyłych bokach. Był to wykop pozostały po budowie wiaduktu, który sięgał siedmiu metrów w głąb ziemi.
Tony McClelland minął rodzinę Farquharsonów i zbliżył się do stanowiska dla świadków, emanując opanowaniem, które wyglądało jak gniew. On również ubrał się na czarno. Był chudy i rozczochrany, miał ostre kości policzkowe, wysoko osadzone oczy i wyjątkowo urodziwą twarz. Nie pamiętał, żeby Shane oferował Farquharsonowi swój telefon komórkowy, ale przypomniał sobie, że podczas szalonej jazdy powrotnej do Winch Farquharson mruknął:
– Żona mnie zabije.
Kiedy Farquharson oznajmił Cindy, że chłopcy są w wodzie, krzyknęła:
– Dlaczego tam nie zostałeś?
Farquharson odparł:
– Oni już nie żyją.
Na te słowa Farquharson pochylił się do przodu na ławie oskarżonych i zakrył całą twarz chusteczką.
Przy zbiorniku to McClelland objął krzyczącą Cindy i wyrwał jej telefon z ręki. Podał operatorowi numeru alarmowego spójne informacje. Służby ratunkowe przybyły niemal od razu. Shane przestawił samochód, żeby zrobić miejsce dla karetki. On i Tony podali policji swoje dane.
Następnie usiedli na chwilę w samochodzie, Tony McClelland, dwudziestotrzyletni praktykant stolarski, i Shane Atkinson, dwudziestodwuletni świeżo upieczony ojciec, obecnie bezrobotny. Zapalili papierosy i próbowali rozmawiać. Mówili sobie, że powinni byli szukać tego auta. Poruszyła ich śmierć dzieci i świadomość, że to oni zabrali stamtąd Farquharsona.
W wąskiej przestrzeni między miejscami dla prasy a miejscami, gdzie siedziały rodziny, ustawiono dużą tablicę interaktywną, skierowaną w stronę ławy przysięgłych. Wyświetlono na niej cyfrowe zdjęcia drogi, pastwiska i zbiornika. Gdy przyszła kolej obrony na zadawanie pytań, mecenas Morrissey poprosił Atkinsona i McClellanda, aby specjalnym markerem zaznaczyli na zdjęciach, gdzie poszczególne pojazdy znajdowały się w noc wypadku. Bliscy Farquharsona nie odrywali od Morrisseya pełnego nadziei wzroku, dla mnie jednak sens jego skomplikowanej strategii pozostawał zagadką.
Młodzi mężczyźni również sprawiali wrażenie zaskoczonych, ale starali się współpracować. Do tego, by naszkicować samochody, ciężarówki i karetki, musieli opuścić stanowisko dla świadków, przecisnąć się wzdłuż przejścia i sięgnąć ponad głowami dziennikarzy do tablicy. Zobaczyliśmy wtedy żel w ich nastroszonych włosach, delikatność ich skóry, drżenie mięśni twarzy, detale kolczyków McClellanda. Podczas wcześniejszych zeznań ich onieśmielenie i skrępowanie mogły zostać mylnie odebrane jako nonszalancja. Z bliska emanowali udręczoną powagą, poczuciem winy i smutkiem. Kiedy Atkinson skończył wreszcie zeznawać i wyszedł z sali, odprowadzany gniewnymi spojrzeniami sióstr Farquharsona, Louise, dziewczyna na rocznych wakacjach, powiedziała do mnie drżącym głosem:
– Człowiek ma wrażenie, że należałoby go teraz chociaż przytulić.
Następnego ranka otworzyłam „Herald Sun” i zobaczyłam zdjęcie młodych mężczyzn przechodzących przez ulicę przed Sądem Najwyższym. Tony idzie przodem, z ponurą miną, ściskając w dłoni butelkę wody, z ugiętymi kolanami i pochylonym tułowiem, jakby miał zamiar ruszyć biegiem. Za nim kroczy wyższy Shane, wełnianą czapkę ma naciągniętą na czoło, barki wyprostowane, ramiona przyciska do ciała, a na jego szerokiej twarzy widnieje ponury grymas. Szczupłe, odziane w czerń figury o udręczonym wzroku: dwie dusze uciekające przed wybuchem.
Farquharson nie rzucił się do wody na poszukiwanie synków, ale zrobili to inni mężczyźni.
Jeden z członków ochotniczej służby ratowniczej Winchelsea, który przybył na miejsce, gdy tylko Shane Atkinson podniósł alarm, wybiegł z domu boso, w spodniach od dresu i podkoszulku. Jego opanowana żona chwyciła suche ubrania i ręczniki, po czym ruszyła za nim samochodem. Przed sądem zeznała, że zatrzymała się obok zbiornika i zobaczyła Farquharsona, który stał tam samotnie, przemoczony, owinięty kocem.
– Robbie! – zawołała. – To ty?
Objęła go, a on zaczął szlochać. Potem odsunął się i spojrzał jej w oczy. Odezwał się:
– Miałem grypę. Dostałem napadu kaszlu i straciłem przytomność. Następne, co pamiętam, to jak samochód napełniał się wodą.
Powiedział jej, że próbował wydostać dzieci, ale mu się nie udało. Później dodał:
– Jak ja mam teraz z tym żyć? To ja powinienem tam zostać.
Następnie zeznawali dwaj strażacy z ochotniczej straży pożarnej, w tym szesnastoletni uczeń szkoły średniej. Przybyli nad zbiornik około godziny dwudziestej i usłyszeli szlochającą gdzieś w ciemności kobietę, która wołała, że nie będzie mogła pochować dzieci. Co chwila się potykali, przyświecali sobie latarkami i podążali za śladami opon w trawie, szukając miejsca, w którym samochód zjechał z brzegu. Czy to było tutaj, gdzie drzewo było połamane, a na ziemi leżało potłuczone szkło? W tym czasie policyjny helikopter unosił się nad zbiornikiem i oświetlał reflektorem powierzchnię. Ani śladu samochodu. Ktoś musiał wejść do wody.
Dwaj ochotnicy i właściciel posesji obwiązali się linami łączącymi ich z innymi strażakami, po czym weszli do zbiornika. Niedaleko od brzegu dno gwałtownie opadło. Zaczęli płynąć. Woda była strasznie zimna. Zanurzyli głowy i przestali cokolwiek widzieć w mętnej toni. Stopami nie mogli dotknąć dna. Czy samochód unosił się na powierzchni, zanim zatonął? Czy został zniesiony na bok? Bez sprzętu zdołali nurkować jedynie na niewielką głębokość. Przez piętnaście minut miotali się w wodzie, łapiąc powietrze haustami i drżąc z zimna, aż ratownicy kazali im wyjść. Po samochodzie nie było śladu.
Karetka zatrzymała się na poboczu drogi, ratownicy znaleźli Farquharsona przy ogrodzeniu, przemoczonego do suchej nitki, owiniętego kocem. Miał zimną skórę i wstrząsały nim dreszcze. Tętno było przyspieszone, ciśnienie krwi w normie. Nie stwierdzono świszczącego oddechu ani trzasków w płucach. Poproszono go, żeby zakaszlał. Nie odkrztusił flegmy. Alkomat wykazał wynik zerowy. Powiedział, że nie miał wcześniej omdleń, ale od kilku dni męczył go suchy kaszel.
Poinformował ratowników, że jego najstarszy syn otworzył drzwi, przez co samochód zalała woda i zatonął. On sam wydostał się z auta, zatrzymał pierwszy lepszy pojazd i pojechał do Winch, żeby powiadomić policję i byłą żonę o tym, co się stało.
W drodze do szpitala w Geelong ratownicy doszli do wniosku, że pacjent jest raczej oszołomiony niż w szoku. Kilka razy usłyszeli, jak wydawał z siebie suchy kaszel. Gdy karetka pędziła ciemną drogą, leżący na noszach Farquharson zapytał jednego z ratowników:
– Czy dobrze postąpiłem? Jak mam teraz żyć po tym wszystkim?
Być może były to tylko filozoficzne pytania. Być może Farquharson mamrotał sam do siebie. Tak czy inaczej, podczas zeznań ratownik ubrany w ciemnoniebieski uniform z naszywkami i epoletami nie wspomniał, czy odpowiedział na te pytania ani czy próbował pocieszyć pacjenta. Zeznał jedynie, że Farquharson zamilkł i leżał w karetce, potrząsając głową.
Naprzeciwko Sądu Najwyższego, po drugiej stronie Lonsdale Street, przed szklaną fasadą Sądu Okręgowego stoi lśniąca metalowa przyczepa, mieszcząca ekspres do kawy i dwóch baristów. Zagląda tu chyba cały światek wymiaru sprawiedliwości: najznamienitsi adwokaci w perukach i rozetach pod szyją; detektywi z wydziału zabójstw, ściskający w dłoniach złowrogie czarne teczki; policjanci z drogówki w kurtkach bomberkach; posterunkowi w czapkach i mundurach; wiecznie rozdrażnieni woźni sądowi, palący papierosy na trawniku, czy wreszcie nędzni włóczędzy z komisariatu na William Street, z tatuażami pajęczyn na szyjach i zawiasów na łokciach. Od czasu do czasu widywano tam nawet sędziego, który przy tej demokratycznej ladzie wychylał małą czarną.
W poniedziałek rano, w drugim tygodniu procesu, para stojąca w kolejce po kawę nawiązała rozmowę ze studentką na rocznym urlopie i ze mną. Czy nie widzieli nas przypadkiem w sali sądowej z notatnikami? Przedstawili się: Bob i Bev Gambinowie, rodzice Cindy, byłej żony Farquharsona – dziadkowie utopionych chłopców. Patrzyłyśmy na nich z szacunkiem, ale oni gawędzili dalej bez skrępowania, jak to ludzie z prowincji, popijali dobrą kawę i obserwowali kręcących się wokół prawników. Bob był niskiego wzrostu, miał okrągłą twarz i solidną budowę ciała, Bev była szczupła, nosiła okulary w cienkich oprawkach i miała proste, siwe włosy. Powiedzieli nam, że mieszkają niedaleko Winchelsea, w miasteczku Birregurra. Ponieważ Bob należał do ochotniczej straży pożarnej, a jeden z ich trzech synów był zawodowym strażakiem, związek zawodowy zaoferował im bezpłatne mieszkanie nad Muzeum Straży Pożarnej na czas trwania procesu. Najwyraźniej wszystko w tym mieście im się podobało: szpitale, tramwaje, świeże jedzenie, które można było kupić na targu Victoria Market. Bob z własnej inicjatywy wygłaszał długie przemowy z charakterystycznym, przeciągłym akcentem.
– Ludzie z sądu ciągle nas pytali: „Po której stronie jesteście?”. Na początku nie wiedziałem, o co im chodzi. Potem zrozumiałem, że nie chcą nas posadzić obok rodziny Roba, jeśli nam to nie pasuje. Powiedziałem więc do tego gościa: „Słuchaj, stary, tu nie ma dwóch stron”.
– Razem z Robem pracowaliśmy w hrabstwie – ciągnął, kiwając głową w stronę Sądu Najwyższego. – Leniwy gnojek. Jeśli nie chciał czegoś zrobić, to po prostu tego nie robił. Nie miał motywacji. Był… no wiecie, mięczakiem.
Bob wygłaszał te niepochlebne opinie z pobłażliwym uśmiechem, jakby droczył się z kimś, kogo lubił lub przynajmniej nauczył się tolerować. Jego żona nie wtrącała się do rozmowy, ograniczając się do życzliwego słuchania.
Dochodziła dziesiąta rano. Po drugiej stronie ulicy dostrzegłam siostry Farquharsona i ich mężów, zmierzających w zwartym szyku do wejścia do Sądu Najwyższego: zwykli, porządni ludzie pracy, skromni i niepozorni. Kobieta, którą uznałam za starszą siostrę, zidentyfikowana przez Gambinów jako Carmen Ross, miała delikatną, inteligentną twarz i poważną minę. Kerri Huntington, młodsza, bardziej ekstrawagancka, miała rozjaśnione włosy z trwałą ondulacją, opadające teraz na ramiona. Na drzwiach lodówki w domu powiesiłam zdjęcie z gazety, na którym Farquharson opuszcza sąd w towarzystwie blondynki z kręconymi włosami w letni dzień, gdy został zwolniony za kaucją po aresztowaniu. Do wycięcia i zachowania tej fotografii skłonił mnie sposób, w jaki kobieta ciągnęła Farquharsona za sobą po chodniku. Dreptał za nią. Trzymała go niecierpliwie oburącz za lewy nadgarstek i szarpała za rękę, jakby był małym dzieckiem. Jako najstarsza z sześciorga rodzeństwa rozpoznałam ten uścisk: była to postawa apodyktycznej starszej siostry.
Teraz patrzyłam, jak pędzi po schodach do sądu, a jej włosy lśnią na tle szarej ulicy niczym sztandar.
– Dzisiaj – odezwał się Bob, opróżniając papierowy kubek i wyrzucając go do kosza – będą gliniarze.
Policja w stanie Wiktoria dysponuje cieszącą się ogromnym autorytetem jednostką specjalną do spraw poważnych wypadków drogowych (Major Collision Investigation Unit, MCIU). Jej funkcjonariusze wyruszają o różnych porach dnia i nocy ze swoich baz w Brunswick i Glen Waverley, żeby zająć się karambolami, w których ktoś zginął lub odniósł obrażenia zagrażające życiu. To właśnie tych policjantów widzimy w wiadomościach telewizyjnych, kiedy stoją zamyśleni na poboczu autostrady wokół sterty pogiętego i dymiącego metalu.
Sierżant Geoffrey Exton był funkcjonariuszem MCIU, który jako pierwszy kierował akcją ratunkową w noc wypadku. Był to mężczyzna o surowej aparycji, po pięćdziesiątce, z gęstymi wąsami i głową jak kula armatnia, porośniętą krótką siwą szczeciną.
– Następny ostrzyżony na jeża – szepnęła Louise. – Pewnie mają tam całodobowego fryzjera.
Złożył przysięgę ochrypłym głosem palacza, trzymając Biblię w wyciągniętej przed siebie, wyprostowanej ręce.
Exton dotarł do zbiornika około godziny dwudziestej drugiej i stwierdził, że nurek z ekipy poszukiwawczo-ratowniczej przygotowuje się już do wejścia do wody, a koroner jest w drodze. Wraz ze starszym posterunkowym Jasonem Kokiem wyruszył na rekonesans terenu.
Schylając się i kucając, aby oświetlić latarkami ziemię, dwaj policjanci kierowali się wzdłuż prawego pobocza zamkniętego przejazdu nad wiaduktem od strony Winchelsea. W połowie stoku znaleźli ślady na żwirze przy drodze, które – jak sądzili – musiały powstać od opon pojazdu zjeżdżającego z asfaltu w kierunku zbiornika pod kątem około trzydziestu stopni. Następnie w trawie przy drodze zauważyli ślady opon, które wydawały się naturalnym przedłużeniem odcisków na żwirze, zwrócone ogólnie w kierunku zachodnim i lekko zakrzywione w prawo. Nie było żadnych oznak hamowania ani poślizgu, a ślady opon ciągnęły się przez wysoką trawę, dalej przez zniszczone ogrodzenie z rozciągniętego na drewnianych słupkach drutu aż do krawędzi zbiornika, gdzie fragmenty obudowy lusterka bocznego sugerowały, że pojazd uderzył w niewielkie drzewo rosnące na brzegu, a potem runął do wody. Od krawędzi asfaltu do brzegu zbiornika samochód przebył około czterdziestu czterech metrów.
Stamtąd mężczyźni zawrócili i poszli tą samą drogą, podążając w odwrotnym kierunku za długimi, prostymi śladami w trawie aż do miejsca, w którym po raz pierwszy zauważyli odciski opon na żwirze przy drodze.
Ślady te sierżant Exton zaznaczył żółtą farbą w sprayu.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to na brutalnie prosty opis toru jazdy samochodu. Teraz pan Morrissey miał za zadanie skomplikować sprawę. Tak naprawdę, żeby bronić Farquharsona przed twierdzeniem prokuratury, że skoro wjechał do zbiornika po takim łuku, musiał wykonać „trzy manewry kierownicą”, a więc nie mógł stracić przytomności, Morrissey musiałby podważyć dowody policyjne. Musiałby wzbudzić w ławie przysięgłych zwątpienie co do dokładności, a nawet rzetelności śledztwa w sprawie poważnego wypadku. Zabrał się do tego trudnego zadania z pełnym zaangażowaniem, wykorzystując pewne błędy i niewłaściwe komunikaty policji z tej nocy oraz kolejnych dni.
Było ich całkiem sporo.
Na przykład jeszcze przed wschodem słońca w poniedziałek rano, kiedy śledztwo było w toku, okazało się, że żółte ślady farby pozostawione przez sierżanta Extona nie były idealnie równoległe. Nie pokrywały się również z odciskami opon na trawie, a ekipa rekonstrukcyjna z MCIU, kiedy przybyła na miejsce wypadku, najwyraźniej oparła całą swoją mapę zdarzenia na jednym z tych nieprecyzyjnie naniesionych znaczników. Ponadto dwadzieścia dziewięć zdjęć, które sierżant Bradford Peters, jeden z policjantów prowadzących śledztwo, wykonał w poniedziałek i wtorek nad zbiornikiem – niektóre z helikoptera, inne z poziomu ziemi – trafiło na pendrive’a do centrali jednostki dochodzeniowej, po czym zostały zapisane w pliku roboczym i zapomniane na dwa lata. Dopiero teraz, dwa tygodnie po rozpoczęciu procesu, prokuratura, nie mówiąc już o obronie, dowiedziała się o ich istnieniu.
Morrissey wypunktował te błędy z nieskrywaną satysfakcją. Przez kilka następnych dni wzywał na świadków policjantów, aby bronili swoich metod i wypowiedzieli się na temat zaskakującej liczby zdjęć, zarówno naziemnych, jak i lotniczych. Na tablicy interaktywnej umieścił rysunki pokryte kropkami, liniami i strzałkami, które miały przedstawiać względne położenie samochodów i pojazdów służb ratowniczych, ślady po oponach na żwirze i blade odciski na bujnej trawie. Funkcjonariuszom pokazywano broszury ze zdjęciami, schematami i planami, które wcześniej sami sporządzili, oraz trójwymiarowe makiety miejsca zdarzenia. W pytaniach do świadków powtarzały się kwestie dotyczące nachylenia drogi, skrętu kierownicy, ukształtowania terenu i kupek trawy. Morrissey nieustannie kierował jednak uwagę policjantów na istotny element swojej teorii: nieprawidłowo naniesione żółte oznaczenia, które Exton namalował tamtej nocy na poboczu drogi.
Morrissey włożył w te przygotowania mnóstwo pracy. Wkrótce jednak zaczęłam podejrzewać, że przynosi to efekt przeciwny do zamierzonego. Bez względu na to, jak bardzo starałam się wszystko zrozumieć, jego pytania wydawały mi się niejasne i nietrafione. Z trudem nadążałam za materiałami, które przedstawiał. Były skomplikowane, obsesyjnie szczegółowe i pozbawione jakiejkolwiek struktury narracyjnej. Wzbudzały we mnie – a sądząc po minach, również w ławnikach – poczucie paniki i ogłupienia. Pod koniec tygodnia sędzia Cummins tonem rozpaczliwego współczucia wspomniał o „trzydniowej dyskusji o kępach trawy”. Najgorszy był styl, w jakim Morrissey prowadził przesłuchanie w sprawie dowodów technicznych – chaotyczny i pełen dygresji. Nieustannie przeformułowywał pytania, wracał do poprzednich, przepraszał, zmieniał taktykę. Nie potrafił jasno przedstawić ogromu obliczeń. Nawet przy najlepszych chęciach nie mogłam za tym nadążyć ani zrozumieć, co próbuje osiągnąć. Na domiar złego dopadł go suchy, przejmujący kaszel, porównywalny do tego, który – jak twierdził – spowodował, że samochód jego klienta wpadł do zbiornika.
W miarę upływu godzin i dni atmosfera w sądzie robiła się coraz gęstsza od dezorientacji i nudy. Sędzia zdjął okulary i energicznie przetarł oczy. Dziennikarze ssali lizaki, żeby nie zasnąć. Ławnicy zaciskali usta, próbując powstrzymać ziewanie. Głowy opadały im na klatki piersiowe. Ale Morrissey, nieświadomy tego, że stracił uwagę słuchaczy, walczył uparcie, czoło lśniło mu od potu, toga opadała z ramion i ciągnęła się po podłodze. W pewnym momencie zasugerował świadkowi, że ślady opon na żwirze przy drodze mógł zostawić jakiś inny pojazd, niekoniecznie samochód Farquharsona, a gdy wydawało się, że po raz setny powróci do tortury, którą sam nazwał „śladami Extona”, zauważyłam, jak współpracowniczka Rapkego Amanda Forrester zamknęła oczy, skrzyżowała długie nogi i zaczęła się uderzać kostkami dłoni w czoło.
Czyżby ta próba uśpienia sali rozpraw była jakimś chwytem adwokackim? Pewnego dnia w porze lunchu zasięgnęłam opinii starego przyjaciela, który dawno już zakończył karierę prawniczą. Jego żona zmarła, a on spędzał samotne dni w domu na przedmieściach nad zatoką. Wyobrażałam sobie, jak stoi w salonie z lornetką i krytycznym okiem obserwuje przepływające łodzie. Jedynym elementem współczesnego świata w jego życiu był telefon komórkowy.
Uwielbiał, gdy proszono go o radę.
„Adwokat Farquharsona zabija nas nudą” – napisałam.
Odpowiedział natychmiast: „To sprawdzona metoda, gdy nie ma się nic ciekawego do powiedzenia. Powiadają jednak, że strach przed zanudzeniem siebie lub słuchaczy to wielki wróg prawdy”.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
