Wnuki Jozuego - Paweł Smoleński - ebook
Opis

Po wyjściu z Egiptu, po czterdziestu latach tułaczki na pustyni, kiedy odeszło na tamten świat pokolenie malkontentów i niedowiarków, Pan kazał Mojżeszowi wejść na górę z łańcucha Abarim i pokazał mu kraj, który wybrał dla swojego ludu. Mojżesz był już stary, niedołężny i miał nigdy nie postawić stopy na ziemi Izraela. Ale zanim umarł, poprosił Boga, by wskazał jego następcę, który wprowadzi naród wybrany do ziemi obiecanej. „Weź Jozuego, syna Nuna” – odpowiedział mu Pan.

Na Zachodnim Brzegu biblijne opowieści sprzed tysięcy lat znaczą tyle samo, co doniesienia prasowe, są równie realne i aktualne. Dla coraz liczniejszych żydowskich osadników słowa Księgi są podstawą roszczeń do tej ziemi. Ale co począć z arabskimi sąsiadami? Uwikłani w historię Izraelczycy i Palestyńczycy tkwią w pułapce nienawiści, od której nie ma ucieczki.

Paweł Smoleński po raz kolejny imponuje bezstronnością i wnikliwością spostrzeżeń. Patrzy, słucha, zadaje pytania i próbuje opisać świat wymykający się łatwym ocenom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W serii ukazały się ostatnio:

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z Fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzeorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Paweł Smoleński

Wnuki Jozuego

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Uriel Sinai / Getty Images

Copyright © by Paweł Smoleński, 2019

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna Konstanty Gebert

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-832-7

[…] wieczorem Jakub wyruszył ze swą karawaną w drogę; gdy jego ludzie przeprawili się przez pewien potok zwany Jabakch, Jakub, który został po drugiej stronie, natknął się na zjawę, która zaczęła z nim walczyć; po ciężkim zmaganiu pokonał ją. Wtedy zjawa owa przemówiła do niego zrozumiałymi słowami, wzywając go, by radował się swoim czynem i nie mniemał, że lichego zwyciężył przeciwnika: odniósł zwycięstwo nad aniołem Bożym, które powinien uważać za zapowiedź wspaniałych błogosławieństw, zapewnienie, że ród jego nigdy nie wygaśnie i że żaden człowiek nie przewyższy go siłą. Zarazem anioł nakazał mu przybrać imię Izrael, co po hebrajsku znaczy: przeciwnik anioła Bożego.

Józef Flawiusz, Dawne dzieje Izraela

Naszym przeznaczeniem jest żyć wspólnie na tej samej ziemi i w tej samej ziemi. My, żołnierze, którzy wróciliśmy z bitew pełnych krwi, my, którzy widzieliśmy naszych krewnych i przyjaciół zabitych na naszych oczach, my, którzy wzięliśmy udział w ich pogrzebach i nie możemy spojrzeć w oczy ich rodzicom, my, którzy przybyliśmy z kraju, gdzie rodzice grzebią swoje dzieci, my, którzy walczyliśmy przeciwko wam, Palestyńczycy, mówimy wam dzisiaj głośno i wyraźnie: dość krwi i łez. Dość.

Nie pragniemy zemsty. Nie żywimy wobec was nienawiści. My, podobnie jak wy, jesteśmy ludźmi, którzy chcą zbudować dom, zasadzić drzewo, kochać się, żyć obok siebie w godności i współczuciu jako ludzie, jako wolni ludzie. Dzisiaj dajemy szansę na pokój i ponownie mówimy do was jasnym, czystym głosem: dosyć!

Icchak Rabin, premier Izraela, współautor porozumień pokojowych z Oslo z 1993 roku

Ja, numer wojskowy 30743, generał-porucznik rezerwy Icchak Rabin, żołnierz Izraelskich Sił Obronnych, ale też armii pokoju, ja, który wysyłał oddziały w środek bitewnego ognia, a żołnierzy na śmierć, mówię dzisiaj: idziemy dzisiaj na wojnę, gdzie nie będzie ofiar ani rannych, nie będzie krwi ani cierpienia. To jedyna wojna, w której udział jest przyjemnością: wojna o pokój.

Icchak Rabin

Żaden Arab nie jest niewinny.

Rabin Meir Kahane, założyciel Jewish Defense League (Ligi Obrony Żydów) i partii Kach, zakazanej w Izraelu za nawoływanie do terroru i faszyzm, członek Knesetu jedenastej kadencji, zastrzelony w Nowym Jorku przez palestyńskiego terrorystę w listopadzie 1990 roku

Nie ma większych antysemitów niż żydowscy antysemici. Nikt bardziej nie nienawidzi Żydów niż żydowscy zdrajcy i sprzedawczyki.

Rabin Meir Kahane

Odrzuć ten grzech.

Z apelu izraelskich intelektualistów do premiera Beniamina Netanjahu po uchwaleniu przez Kneset w lipcu 2018 roku (sześćdziesiąt dwa głosy za, pięćdziesiąt pięć przeciw) ustawy o Izraelu – państwie narodu żydowskiego

Zachodni Brzeg i Strefa Gazy

1

Bo przecież powiedziane zostało nie po to, by słowa tylko wybrzmiały, puste i nieważne. Lecz – by kierować się tym przesłaniem zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, nawet gdy jest się głodnym i trzeba iść pod wiatr. To nie była prośba, to był rozkaz. Na wiek wieków. Amen.

Kto łamie polecenia dane po kres czasu, ten poniesie karę; o tym też dowiadujemy się z mądrości, napomnień i przypowieści zapisanych na tysiącach stron. Lecz jak rozsądzić, czego się trzymać i gdzie leży sens rzeczy, skoro nic nie jest tu jasne? Albo jedno zdanie znosi następne, pierwszy nakaz wyklucza drugi. Nie chciał Stwórca ułatwić życia swemu narodowi. Tak wielką miał ochotę na żarty. Pewnie nie wiedział, co z nich wyniknie.

A więc – mówi Księga Powtórzonego Prawa: „Jeśli bliźniemu swemu udzielisz pożyczki z zabezpieczeniem, nie wejdziesz do jego domu, by zabrać coś w zastaw. Na dworze będziesz stał, a człowiek, któremu pożyczyłeś, wyniesie ci ten zastaw na zewnątrz. Wszakże jeśli to jest człowiek ubogi, nie położysz się spać [nakryty] tym zastawem, lecz zwrócisz mu zastaw przed zachodem słońca, aby mógł spać pod swym płaszczem, błogosławiąc tobie, a Pan, Bóg twój, policzy ci to za dobry czyn.

Nie będziesz niesprawiedliwie gnębił najemnika ubogiego i nędznego, czy to będzie brat twój, czy przybysz, o ile jest w twoim kraju, w twoich bramach. Tego samego dnia oddasz mu zapłatę, nie pozwolisz zajść nad nią słońcu, gdyż jest on biedny i całym sercem jej pragnie; by nie wzywał Pana przeciw tobie, a to by cię obciążyło grzechem.

Ojcowie nie ponoszą śmierci za winy synów ani synowie za winy swych ojców. Każdy umrze za swój własny grzech. Nie będziesz łamał prawa przybysza i sieroty ani nie weźmiesz w zastaw odzieży od wdowy. Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w Egipcie i wybawił cię stamtąd Pan, Bóg twój; dlatego nakazuję ci zachować to prawo.

Jeśli będziesz żął we żniwa na swoim polu i zapomnisz snopka na polu, nie wrócisz się, aby go zabrać, lecz zostanie dla przybysza, sieroty i wdowy, aby ci błogosławił Pan, Bóg twój, we wszystkim, co czynić będą twe ręce. Jeśli będziesz zbierał oliwki, nie będziesz drugi raz trząsł gałęzi; niech zostanie coś dla przybysza, sieroty i wdowy. Gdy będziesz zbierał winogrona, nie szukaj powtórnie pozostałych winogron; niech zostaną dla przybysza, sieroty i wdowy. Pamiętaj, że i ty byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej; dlatego nakazuję ci zachować to prawo”[1] (Pwt 24,10–22).

I dalej: „Dziś Pan, Bóg twój, rozkazuje ci wykonać te prawa i nakazy. Przestrzegaj ich, wypełniaj z całego swego serca i z całej duszy. Dziś uzyskałeś od Pana oświadczenie, iż będzie dla ciebie Bogiem, o ile ty będziesz chodził Jego drogami, przestrzegał Jego praw, poleceń i nakazów oraz słuchał Jego głosu, a Pan – że ty będziesz, jak ci zapowiedział, ludem stanowiącym szczególną Jego własność, i będziesz przestrzegał Jego wszystkich poleceń. On cię wtedy wywyższy we czci, sławie i wspaniałości ponad wszystkie narody, które uczynił, abyś był ludem świętym dla Pana, Boga twego, jak powiedział” (Pwt 26,16–19).

Ale też kilkanaście akapitów wyżej, w tej samej Księdze Powtórzonego Prawa, napisano: „Gdy Pan, Bóg twój, wprowadzi cię do ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść, usunie liczne narody przed tobą: Chittytów, Girgaszytów, Amorytów, Kananejczyków, Peryzzytów, Chiwwitów i Jebusytów: siedem narodów liczniejszych i potężniejszych od ciebie. Pan, Bóg twój, odda je tobie, a ty je wytępisz, obłożysz je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza i nie okażesz im litości. Nie będziesz z nimi zawierał małżeństw: ich synowi nie oddasz za małżonkę swojej córki ani nie weźmiesz od nich córki dla swojego syna, gdyż odwiodłaby twojego syna ode Mnie, by służył cudzym bogom. Wówczas rozpaliłby się gniew Pana na was i prędko by was zniszczył. Ale tak im macie uczynić: ołtarze ich zburzycie, ich stele połamiecie, aszery wytniecie, a posągi spalicie ogniem. Ty bowiem jesteś narodem poświęconym Panu, Bogu twojemu. Ciebie wybrał Pan, Bóg twój, byś spośród wszystkich narodów, które są na powierzchni ziemi, był ludem będącym Jego szczególną własnością” (Pwt 7,1–6).

Lecz przecież Pan nie wybrał narodu Izraela tylko po to, by wytępił inne narody. Przeciwnie – naród wybrany ma wypełniać boskie prawo, a między dziesięciorgiem przykazań, które Mojżesz otrzymał z niebios na górze Synaj, są te dwa niepodważalne nakazy Stwórcy: „Nie będziesz zabijał” i „Nie będziesz kradł”. Przecież Mojżesz wie – a zapisano to w Księdze Powtórzonego Prawa – że „On wymierza sprawiedliwość sierotom i wdowom, miłuje cudzoziemca, udzielając mu chleba i odzienia. Wy także miłujcie przybysza, bo sami byliście przybyszami w ziemi egipskiej” (Pwt 10,18–19).

Za wypełnianie boskich nakazów Księga Powtórzonego Prawa obiecuje: „Pan oddali od ciebie wszelką chorobę, nie ześle na ciebie żadnej ze zgubnych plag egipskich, których byłeś świadkiem, a ześle je na wszystkich, którzy cię nienawidzą. Wytępisz wszystkie narody, które ci daje Pan, Bóg twój. Nie zlituje się twoje oko nad nimi, abyś nie służył ich bogom, gdyż stałoby się to sidłem dla ciebie.

Jeśli powiesz sobie: Narody te są ode mnie liczniejsze, nie zdołam ich wytępić, nie lękaj się ich! […] Z wolna i po trosze wypędzi Pan, Bóg twój, te narody sprzed twoich oczu. […] Pan, Bóg twój, wyda je tobie, wywoła wśród nich ogromne zamieszanie, aż wyginą do szczętu. Królów ich wyda w twe ręce, abyś wytracił ich imię pod niebem. Nikt się z nich nie ostoi przed tobą, aż ich wytępisz” (Pwt 7,15–18, 22, 23–24).

Zdaje się, że nie można pogodzić nakazu troski wobec Obcego z nakazem jego tępienia. No bo jak: damy im zboże i winogrona oraz zastawny płaszcz, by mieli czym się okryć w zimną noc, a potem (wcześniej?) wyciągamy miecz i ścinamy głowy?

Nad tymi pytaniami głowią się od tysiącleci żydowscy mędrcy. I wielu z nich doszło do wniosku, że znaleźli rozwiązanie. Wszak Obcy są bardzo różni. Ci z Ziemi Izraela, zanim przybyli tu Żydzi, Kananejczycy, musieli w oczach Boga dopuścić się tak wielkich niegodziwości i wszeteczeństw, iż Najwyższy uznał: wytępić. Sam przyłożył do tego rękę.

Lecz by podkreślić, że był to akt jednorazowy i niepowtarzalny, Biblia Hebrajska jest pełna nakazów miłosierdzia i troski. Te właśnie stanowią istotę nakazów Prawa. „Weźcie sobie przeto – mówi Mojżesz w Księdze Powtórzonego Prawa – te moje słowa do serca i duszy. Przywiążcie je sobie jako znak na ręku. Niech one będą wam ozdobą między oczami. Nauczcie ich wasze dzieci […]. Widzicie, ja kładę dziś przed wami błogosławieństwo i przekleństwo. Błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń Pana, waszego Boga, które ja wam dzisiaj daję; przekleństwo, jeśli nie usłuchacie […]” (Pwt 11,18–19, 26–28).

Co więc robić, jak się zachować? Współczuć czy zabijać, a co najmniej przeganiać? Oto zagadka chyba nawet nie na boską głowę. Niech sobie ludzie sami z nią poradzą. Przynajmniej będą mieć ciekawe życie. Przecież dobre, a przez to nudne, wcale być nie musi.

2

Wszystko zależy od przewodnika, od jego ocen, diagnoz i poglądów. Nie systematyzują tego żadne oficjalne instrukcje, odgórne wykładnie lub – nie daj Boże – kategoryczne nakazy. Pełna wolność, przewodnicy mówią, co chcą i jak czują. O tym samym. Co zatem poradzić, skoro każdy z nich mówi inaczej, jak podpowiada mu serce, wiara i poczucie zdrowego rozsądku?

Słowa przewodników mogą być więc różne jak dzień i noc. To, co dla jednego jest jasne i białe, dla drugiego będzie mroczne i czarne. Ale i tak będą się poruszać – a my wraz z nimi – w tej samej, mocno ograniczonej przestrzeni, ciasnej ze względu na głębokie doliny, kamieniste pagórki oraz granice wewnętrzne i międzypaństwowe, a do tych tu zawsze stanowczo za blisko. Mówimy wszak o niewielkim kawałku świata, ledwie obecnym na największych nawet globusach i najbardziej dokładnych mapach. Na dodatek – wedle rozsądnych i racjonalnych kryteriów, a te w tym wypadku doskonale zawodzą – kawałku na pozór mało ważnym, pełnym nieużytków i ubogim w zasoby naturalne, a który jednak w wyniku opowieści zyskuje na rozmiarze, wadze i znaczeniu.

Wzgórza tutaj – zaraz tam pojedziemy – są wczesną wiosną wspaniale zielone, a łąki w dolinach zamieniają się wtedy w pachnące, soczyste dywany kolorowych kwiatów. Lecz już zimą można tu zmarznąć na sopel, a to przez podmuchy lodowatego wiatru i ulewy zimniejsze od śniegu. Kiedy miną deszcze, odejdą gwałtowne burze i wyschnie większość wcale licznych wadi, parowów, w których płyną potoki, zielone pagórki szybko zrudzieją od bezlitosnego słońca.

Ale znajdziemy też wcale liczne pustynie, suche niezależnie od pory roku. Nie zachęcają do wędrówki, raczej grożą morderczym marszem i pragnieniem. Tymczasem jeśli dostarczyć im wody, dają plony jak najżyźniejsza ziemia. Od tysiącleci ludzie tu wiedzą, że woda może zmienić piasek w bujny, krzewiący się ogród, dać schronienie, zachęcić, by spocząć na chwilę, obiecać majątek.

Z wyższych wzgórz, jak Herodion na Pustyni Judzkiej, widać aż po horyzont. Na wschodzie, przy czystym niebie, dojrzymy więc Morze Martwe i góry Moabu, gdzie w wieku stu dwudziestu lat umarł Mojżesz, największy przewodnik wszech czasów, po czterdziestu latach cierpień i tułaczki po pustyniach. Za Mojżeszem szło do Ziemi Obiecanej – tak przynajmniej stanowią Księgi – sześćset tysięcy Hebrajczyków.

Na północy są białe ściany Jerozolimy i kibuc Ramat Rachel. To też spojrzenie w przeszłość, ale i na dziś; Jerozolima to w końcu również stolica start-upów, a Ramat Rachel dowodzi hartu żydowskiego ducha i mocy przedwiecznej wiary, tej samej co w czasach Mojżesza.

Popatrzmy ku północnemu zachodowi – tam liche koczowiska Beduinów z klanu Ta’amra. Wzbudzają zawsze szok, wielkie zdziwienie, gdyż nie ma zbyt wielu rzeczy bardziej wstrząsających niż bezpośrednie sąsiedztwo pierwszego świata z ostatnim.

Na południu zobaczymy zaś osiedla Tekoa, Nokdim czy niewielki Kfar Eldad, gdzie w barakach i w wielkich przyczepach kempingowych, ustawionych na stałe, jak wierzą właściciele, mieszka, wedle różnych rachunków, kilkanaście, a może dwadzieścia kilka bardzo religijnych izraelskich rodzin i Rosjan z ostatnich alii.

Niby więc widok z Herodionu dla każdego jest taki sam, ale to już przewodnicy zadecydują, jakie usłyszymy tu historie.

Weźmy dla przykładu osiedle Kfar Eldad, jak nazwą je Jehuda czy Dror. Obaj potężni, z wielkimi dłońmi, a powagę Drora podkreśla jeszcze wielkie terenowe pajero z wysokolitrażowym silnikiem, w sam raz na te wąskie dróżki i parowy, dobre do jazdy wiosną, gdy strumieniami rwie płytka woda, ale też na głęboki letni piasek i ostre kamienie. Obaj byli frontowymi żołnierzami. Po wojennych doświadczeniach zaangażowali się w działalność organizacji praw człowieka i gardłują za pokojem. Po to, jak mówią, żeby to wreszcie naprawdę była Ziemia Święta.

Powiedzą więc: Kfar Eldad to garść przyczep mieszkalnych ustawionych na wyschniętej trawie między kilkoma cyprysami. Osiedle powstało w 1994 roku i z początku nic nie wskazywało, że będzie stać przez lata; baraki z Kfar Eldad miały być tymczasowym schronieniem dla osadników z pobliskiego Nokdim, też rachitycznej prowizorki, póki nie wybuduje się dla nich prawdziwych domów. Baraki otoczono płotem zwieńczonym ostrym drutem żyletkowym, a nocą osiedla pilnuje uzbrojona straż, jak to na Terytoriach Okupowanych. Tymczasowość zmieniła się w trwałość, bo jeśli osadnicy coś zachachmęcą, nie oddadzą po dobroci.

W Kfar Eldad nie ma w zasadzie nic, co usprawiedliwiałoby chęć, żeby tu zamieszkać. Dach nad głową lichy i ciasny. Ani porządnej synagogi (są w Nokdim i Tekoi), ani szkoły (najbliższa chyba w Tekoi, najlepsze – w Jerozolimie), ani basenu (znów w Tekoi), ani dobrze zaopatrzonego sklepu (centrum handlowe jest przy Comet Gusz Ecijon, skrzyżowaniu dróg zwanym po prostu Hagusz – autem będzie to parę ładnych minut, chyba że skrzyżowanie przyblokują korki). Internetowa strona osiedla zachwala za to, że znajduje się tu skromny żłobek dla dzieci do lat dwóch, a ruch kołowy jest znikomy, więc nie ma ryzyka wypadku. No i wszędzie blisko, więc samotność za drutami, jak w obozie reedukacji za realnego socjalizmu w Rosji sowieckiej lub w Chinach, nie jest tak dotkliwa. Wyjść zawsze można.

Nadto – jedzie się tutaj nową, wygodną drogą, bo jak utrzymują złośliwcy, w Nokdim mieszkał Awigdor Lieberman, Rosjanin z Mołdawii, świecki narodowiec, wpływowy polityk i minister prawicowych rządów; opiekował się między innymi sprawami zagranicznymi i obroną. To dla Liebermana – żartują – zbudowano tę gładką, równą szosę. Choć zbudowano by ją tak czy siak; nie trzeba być ministrem, by po Zachodnim Brzegu jeździć we względnym komforcie.

W Kfar Eldad jest też mechina, czyli coś w rodzaju szkoły-obozu dla młodych Izraelczyków, przygotowująca podczas rocznych kursów do obowiązkowej służby w wojsku. Nastolatki uczą się w niej tradycji żydowskiej, doskonalą zdolności przywódcze, poznają dyscyplinę. Z kolei mechina w Nokdim ma kursantów przede wszystkim z domów religijnych. To również sposób, by studentów jesziw, gdzie podstawową metodą nauki jest dyskusja, a nawet kłótnia, wdrożyć w wojskowe ramy, które wyznaczane są przez posłuszeństwo i obowiązek.

Kfar Eldad, zupełnie jak Nokdim, stoi – opowiadają Jehuda i Dror – na zagrabionej, palestyńskiej ziemi. Na Zachodnim Brzegu nie ma osiedla – dodadzą – w którym choć kawałek gruntu nie byłby bezczelnie skradziony Palestyńczykom. Te oliwki – wyciągną przed siebie palec – powinien zbierać Ahmed, a zbiera Daniel, to pole należy do Samira, lecz sieje na nim Josi. Ta droga wiedzie przez arabską ziemię, która zaraz nie będzie arabska. Te uprawy i te ogródki, domy i baraki przypadną osiedlom.

– Okupacja trwa już ponad pół wieku – powiedzą zgodnie Jehuda i Dror. – Nie ma narodu, który to wytrzyma, nie gubiąc po drodze moralności i przytomności umysłu. Na okupacji wszyscy w końcu przegrają: zarówno okupanci, jak i okupowani.

No i sam patron osiedla, na które patrzymy z wyżyn Herodionu, czyli Israel Eldad. Galicjanin z urodzenia, jego rodzina przywiązana była do żydowskiej tradycji. Religijny, lecz bez przesady. Gdy miał osiem lat, na własne oczy oglądał we Lwowie antysemicki pogrom 1918 roku. Być może to doświadczenie zaważyło na całym jego życiu.

Israel pomieszkiwał w Warszawie i w Wilnie. Był ideologiem prawicowych syjonistycznych rewizjonistów z Bejtaru, organizacji, którą zachwycał się sam Benito Mussolini, a polska sanacja pożyczała jej pieniądze na szkolenia wojskowe i obozy. Kiedy wybuchła II wojna światowa, a Związek Radziecki najechał wschód Rzeczpospolitej, Eldada zatrzymało NKWD. Akurat siedział nad partią szachów, którą rozgrywał z Menachemem Beginem, terrorystą, partyzantem, przyszłym premierem Izraela i laureatem pokojowego Nobla.

Spotkali się później w Palestynie, gdzie Begin był szefem bojówek Irgunu (odpowiadał między innymi za wysadzenie jerozolimskiego hotelu King David; w zamachu zginęła prawie setka cywilów, w tym Żydów), a Eldad należał do komendantury Lechi, podziemnej prawicy prawic. Współpracował z Abrahamem Sternem (Lechi nazywano też „bandą Sterna”). Sterna zabili Brytyjczycy, których uważał za największych wrogów sprawy żydowskiej i niepodległości Izraela. Jeszcze u progu II wojny światowej szukał kontaktów wśród niemieckich dyplomatów zajmujących się Bliskim Wschodem i pisał listy do Hitlera. W zamian za antybrytyjską, militarną współpracę w Palestynie Stern żądał od III Rzeszy gwarancji dla przyszłego żydowskiego państwa i zgody na emigrację Żydów z Europy. Nie doczekał się odpowiedzi.

Po śmierci Sterna Israel Eldad należał do triumwiratu Lechi odpowiedzialnego za organizację zamachu na hrabiego Folkego Bernadottego, szwedzkiego dyplomatę i członka rodziny królewskiej, powojennego mediatora i emisariusza do Palestyny świeżo powstałej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Hrabia zginął w Jerozolimie, w znakomicie przygotowanej zasadzce. Żydowscy radykałowie uważali, że przyjechał tu, bo chce oddać Palestynę Arabom.

Eldad pisał – a pisał dużo i zgrabnie – że powstanie Izraela w granicach określonych przez deklaracje ONZ, a nawet późniejsze wojny o niepodległość i sześciodniową, nie jest ostatecznym wypełnieniem syjonistycznych celów. Państwo żydowskie, jakie znał ze swojego życia (zmarł w 1996 roku, w pogrzebie uczestniczyli najważniejsi Izraelczycy, w tym premier Beniamin Netanjahu), jest – wykładał – tylko narzędziem, by osiągnąć to, co Żydzi mają na wyciągnięcie ręki. Idzie – dowodził – o wielki Izrael w granicach znanych z Biblii; w Jerozolimie, na miejscu arabskich meczetów, jaśnieje zbudowana Trzecia Świątynia. Wszyscy Żydzi z całego świata muszą – powtarzał – wrócić do Erec Israel, bo diaspora nie ma racji bytu mimo niezwykłych darów, które ofiarowała innym narodom. Świat na zawsze pozostanie antysemicki, a Arabom nie wolno oddać ani piędzi żydowskiej biblijnej ziemi.

– Jak można mieszkać w miejscu nazwanym imieniem takiego gościa? – zapytają zgodnie, choć osobno Jehuda i Dror. – Jak można czcić żydowski faszyzm?

Ale już inni przewodnicy, Efraim i Saul, obruszą się, gdy Zachodni Brzeg nazwę Terytoriami Okupowanymi, a osiedla (choć nawet w Izraelu tak się o nich mówi) – osiedlami.

– Nie gadaj bzdur – powiedzą chórem. – Pomyśl, zanim coś powiesz.

Pierwszy jest byłym żołnierzem frontowym z wojny sześciodniowej i profesorem politologii Uniwersytetu Bar-Ilan. Nosi kipę, sypie koszarowymi żartami, ale wygląda na równego gościa i dobrego kumpla. Drugi oprowadza zagraniczne wycieczki na zlecenie izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, skończył historię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, czyli w żydowskich dziejach jest naprawdę biegły. Los sprawił, że obaj mieszkają w Ofrze, pierwszym żydowskim osiedlu w Samarii, założonym już w 1975 roku, na północ od Jerozolimy, przy drodze numer 60 na arabski Nablus albo – jeśli chcemy – biblijny Sychem, gdzie przecież jest grób patriarchy Józefa. Tak nazywa Nablus wielu mieszkańców osiedli, Efraim i Saul także.

Tak więc dla Efraima i Saula osiedla na Zachodnim Brzegu to po prostu miasteczka z historią osadzoną w dziejach sprzed tysiącleci. Skoro tak – obaj nie mogą być osadnikami, ale są dziedzicami, kontynuatorami tego, co kiedyś. Nie ma też takiej ziemi jak Terytoria Okupowane, a to z prostego powodu, że nie można okupować samych siebie; Polacy nie okupują Polski, a Szwedzi Szwecji.

W zasadzie – objaśniają – było zupełnie na odwrót. Zachodni Brzeg, na który patrzymy z Herodionu, to Judea i Samaria, opisane już dawno temu serce Ziemi Izraela, nieszczęśliwie okupowane przez wieki. Pchali się tam Filistyni i Grecy, Rzymianie i Bizantyjczycy, chrześcijańscy rycerze z Europy, islamscy wojownicy Saladyna, Kurda wedle krwi, egipscy Mamelucy, tureccy sułtani i brytyjskie imperium. Jedni budowali tu twierdze, dostatnie i zamożne. Inni skazywali Ziemię Obiecaną na brud, nędzę, choroby i malaryczne wyziewy. Powstawały tu w czasach krzyżowców niepodległe państwa; sezonowe, czyli bez sensu, jak koniec końców dowiodła historia. Stawiano zamki, a ich ruiny cały czas sterczą ponad głębokimi wadi. Budowano klasztory i kościoły. Wszystko to można oglądać i dzisiaj (również wokół Herodionu są bizantyjskie ruiny), lecz te kamienne fragmenty murów i podłóg wykładanych mozaikami to tylko martwe dziedzictwo, a to akurat nie dowodzi nijak żadnego prawa własności.

Napisane jest bowiem w Piśmie, w Księdze Liczb: „Mówił dalej Pan do Mojżesza: »Daj Izraelitom następujący rozkaz: Gdy przyjdziecie do ziemi Kanaan, wtedy obszarem, który wam przypadnie jako dziedzictwo, będzie ziemia Kanaan w swoich granicach. Południowa jej strona ciągnąć się będzie dla was od pustyni Sin aż do Edomu. Wasza południowa granica wyjdzie na wschodzie z krańca Morza Słonego. Następnie skieruje się ku południowi ku Wzgórzu Skorpionów, przebiegnie przez Sin na południe od Kadesz-Barnea. Stąd pójdzie do Chasar-Addar i ciągnąć się będzie do Asmon. Od Asmon pobiegnie w kierunku Potoku Egipskiego i zakończy się przy morzu. Waszą granicą zachodnią będzie Wielkie Morze – to jest dla was granica zachodnia. Wasza granica północna tak pobiegnie: poprowadzicie ją od Wielkiego Morza aż do góry Hor. Od góry Hor poprowadzicie do Wejścia do Chamat. Granica będzie sięgać do Sedad. Następnie pobiegnie dalej do Zifron i zakończy się w Chasar-Enan – to będzie wasza północna granica. Wschodnią granicę poprowadzicie od Chasar-Enan do Szefam. Od Szefam pobiegnie granica w dół w kierunku Haribla na wschód od Ain. Potem pójdzie dalej przez góry na wschód od jeziora Kinneret. Następnie będzie biegła wzdłuż Jordanu i zakończy się przy Morzu Słonym. To będzie wasz kraj ze swymi granicami dokoła«” (Lb 34,1–12).

Biblijne Morze Słone to przecież Morze Martwe. Wielkie Morze to Morze Śródziemne. Wzgórze Skorpionów to Akrabim, miejsce przez niektórych badaczy starych tekstów i przedwiecznych ruin sytuowane na pustyni Negew. Jeśli dobrze pochylić się nad mapą Bliskiego Wschodu, znajdzie się Kadesz-Barnea i Chasar-Addar, i Asmon. Tak to się plecie, wszystkie miejsca oznaczone w Księdze Liczb są przecież na dzisiejszych mapach.

Tych granic Izraela, zapisanych w Biblii i w archeologicznych odkryciach, nie podważają Jehuda i Dror. Ich spór z Efraimem i Saulem zasadza się w pytaniu: co zrobić z tym dziedzictwem danym przez Boga lub Historię? Jehuda wierzy w Pana, nie ma wątpliwości, że Bóg dał. Dror nie wierzy, lecz ufa nauce, a ta mówi, że trzy tysiące lat temu było tu rzeczywiście królestwo Izraela.

Słowem – zarówno wiara, jak i nauka nie powodują, że Jehuda i Dror spierają się z Efraimem i Saulem. A jednak na tarasie Herodionu snują kompletnie różne opowieści.

Skoro bowiem przez Ziemię Obiecaną przewalały się tak różne władztwa i deptały ją różne wojska, przyszli tu również – tak uważają Efraim i Saul – prawdziwi zaborcy. Zagnieździli się w czasach wielkiego zamieszania, wędrówki ludów, kataklizmów i wszelakich nieszczęść. Wygrali krwawe wojny. Pobudowali wsie i miasta, wystawili meczety; niektóre mają więcej niż tysiąc lat. Zabrali we władanie Wzgórze Świątynne w Jerozolimie, gdzie król, wódz, zdobywca i prorok Salomon, a potem żydowski namiestnik Zorobabel wraz z innymi kapłanami budowali Przybytki Pańskie, zburzone przez Babilończyków i przyszłego cesarza Rzymu, Tytusa Flawiusza. Poczuli się ci zaborcy jak u siebie, choć wyszli z pustyń Arabii i tam jest ich prawdziwe dziedzictwo. Potomkowie zaborców mówią, że tu jest ich dom. A przecież nie jest.

Zgoda – istnieje wielki naród arabski, rozsiadły od Atlantyku po Zatokę Perską. Stworzył wspaniałą cywilizację, której ślady są również w Ziemi Obiecanej. Nie spieramy się – powiedzą Efraim i Saul – że meczet Al-Aksa w Jerozolimie i jego sąsiad, mauzoleum kopuły Na Skale, to wspaniałe zabytki i stoją za nimi zarówno czas, jak i wiara i ludzkie emocje. Zresztą – po prostu wiele jest muzułmańskich śladów w Ziemi Izraela. Lecz nie należy zapominać, że to wszystko zbudowano później, tak wyglądają ślady na śladach; w końcu nawet Al-Aksa stoi tam, gdzie było kiedyś Święte Świętych.

A co się tyczy zaś Israela Eldada – tłumaczą Efraim i Saul – to opinie na jego temat są podzielone. Wielkość narodu polega na tym, że ma różnych bohaterów i nie musi, a nawet nie powinien, zgadzać się we wszystkim.

Weźmy Dawida Ben Guriona i Zeewa Żabotyńskiego. Kochali się jak pies z kotem, wyklinali publicznie, lecz jeden uzupełniał drugiego, byli jak dwie strony tej samej monety. Każdemu można coś wypomnieć, zwłaszcza Ben Gurionowi, kiedy urządzał kraj jak biuro, gdzie był nadsubiektem, a wszyscy bez wręczonych przez niego zarękawków szli na zieloną trawkę. Żabotyński też niepotrzebnie zapatrzył się w Mussoliniego, albo Mussolini w Żabotyńskiego, co świadczy o braterstwie poglądów. No i co? Nic. Jednemu i drugiemu należą się pomnik i patronat nad ulicami. Jeden i drugi to ma.

Albo inny przykład: Icchak Rabin, generał i polityk. Z północy na południe Izraela biegnie autostrada jego imienia, jedyna płatna droga w kraju, jeśli nie liczyć tuneli pod Hajfą. Tymczasem znaczna część Izraela ma Rabina za zdrajcę, bo podpisał porozumienia z Palestyńczykami, z czego nic nie wyszło, bo nie mogło. Była w końcu jakaś przyczyna, dla której tysiące Izraelczyków stało na ulicach i placach w głośnym proteście przeciwko układom z Oslo, a ci bardziej zapalczywi trzymali zdjęcia Rabina w mundurze SS i wrzeszczeli, że jest gorszy od hitlerowców. Saul i Efraim nie do końca zgadzali się wówczas z tak radykalną formą protestu, lecz czym innym jest narzekanie na oprawę, a czym innym zrozumienie przyczyn, zwłaszcza że były one oczywiste – nie ma zgody na arabski kraj w Judei i Samarii.

Na dodatek połowa połowy tych Izraelczyków, którzy uważają, że Rabin działał w dobrej wierze, ma go co najmniej za naiwniaka i nieudacznika. Zwłaszcza Efraim może coś o tym powiedzieć, bo był spadochroniarzem i zna się na wojskowości, poza tym jest akademikiem – politologiem, więc rozumie, czym są negocjacje i traktaty, no i napisał książkę o Rabinie.

Jeżdżą więc ludzie, wcale tłumnie, autostradą Rabina. Co i raz przychodzą do nich słone rachunki. Jeżdżą i klną, niektórzy pewnie na patrona. Czy to znaczy, że powinni wybierać opłotki albo że autostradzie trzeba zmienić imię?

Jest też w Tel Awiwie plac Rabina, tuż przy Urzędzie Miasta, i kiedyś, jakże słusznie, nazywał się placem Królów Izraela. Czy jeśli ktoś nie lubi Rabina, nie może siadywać tam w restauracjach lub kupować książek w Tolaat Sfarim, bodaj najsłynniejszej kawiarnio-księgarni w mieście? Wystarczy.

Jeśli więc komuś nie pasuje Israel Eldad jako patron osiedla, człowiek twardy, niezłomny, wyróżniany izraelskimi honorami państwowymi, nie musi tu przyjeżdżać. I niech rano weźmie dwie tabletki zielone, a wieczorem trzy białe. Na głowę, bo ktoś tu zwariował.

Gdzie więc chowa się grzech w poglądzie – jeśli ktoś uważa tak, jak pisał Israel Eldad – że dla Żydów nie ma miejsca w diasporze? To w końcu Eldad doświadczył europejskiego antysemityzmu i cudem wymknął się z łap Zagłady. Miał więc prawo głosić, co głosił.

Albo – co złego w pragnieniu zbudowania Trzeciej Świątyni na wzgórzu, gdzie stały dwie poprzednie? Od marzeń do czynów droga daleka, a jeśliby nawet była bliższa, niż się wydaje, to cały czas jest to jedynie wizja, choć dałyby niebiosa, by okazała się prorocza.

Albo – dlaczego Erec Israel powinien być zamknięty w biblijnych granicach? Wszak napisano w Księdze Wyjścia: „Ja zaś poślę przed tobą szerszenie, które wypędzą przed tobą Chiwwitę, Kananejczyka i Chittytę. Nie wypędzę ich przed tobą w jednym roku, aby kraj nie stał się pustkowiem i nie rozmnożył się w nim dziki zwierz na twoją szkodę. Będę ich wypędzał przed tobą stopniowo, aż się rozrośniesz i będziesz mógł objąć kraj w posiadanie. Ustanowię granice twego kraju od Morza Czerwonego do Morza Filistyńskiego, od pustyni aż do Rzeki. Oddam w ręce wasze mieszkańców tego kraju, a ty ich przepędzisz spośród was. Nie będziesz zawierał przymierza z nimi ani z ich bogami. Nie mogą mieszkać w twoim kraju, gdyż przywiedliby cię do grzechu przeciw Mnie; bo mógłbyś oddawać cześć ich bogom, co byłoby dla ciebie zgubą” (Wj 23,28–33).

Tak właśnie można rozprawiać w nieskończoność, patrząc z Herodionu na Terytoria Okupowane, na Judeę i Samarię, w każdym razie przed siebie, ponad pagórkami i dolinami, najdalej, jak się da. Byłem tam wielokroć i zawsze tak gadałem; w ręku tekturowy kubek z espresso, stopa oparta o murek, a za plecami, na zbyt małym parkingu, mieszają się od rana do nocy samochody wycieczkowiczów. Zawsze też trafiałem tam na wiatr, silny i chłodny nawet upalnym latem, jakby wyganiał w dalszą wędrówkę.

– Jalla – powiedzą Jehuda i Dror. – Idziemy.

– Jalla – zakomenderują Efraim i Saul.

„Jalla” to słowo arabskie, a znaczy tyle co „chodźmy”, „w drogę”, „jazda”. Wszyscy mówią „jalla”, i ci z prawa, i ci z lewa. Tak jak humus naznaczył izraelską kuchnię, choć przecież nie odkryli go syjoniści z Europy, którzy wymyślili współczesne żydowskie państwo, tak „jalla” wpasowało się w codzienny język Izraelczyków. Ma swoje miejsce nawet w żołnierskich komendach, co z tego, że mało formalnych, i tak ponaglają się nawzajem posłowie do Knesetu, również ci skrajni, którzy Arabów nie lubią.

Bez „jalla” nie istnieje współczesny hebrajski. Dziwne, ale współczesna palestyńska odmiana arabskiego radzi sobie bez słowa „beseder” („dobrze”, „OK”), które przecież słyszy się każdego dnia. Palestyński dialekt woli raz pokorne, raz gniewne „alhamdulillah” („chwała Bogu”).

Tak po prostu jest.

3

Napisano już w Księdze Liczb, a wydarzyło się to po wyjściu z Egiptu, po rozstąpieniu się fal Morza Czerwonego i po czterdziestoletniej wędrówce przez pustynię, by odeszło na tamten świat pokolenie malkontentów i niedowiarków: „[…] Pan rzekł do Mojżesza: »Wejdź na tę górę z łańcucha Abarim i popatrz na kraj, który daję Izraelitom. Gdy go zobaczysz, zostaniesz przyłączony do swoich przodków, podobnie jak twój brat, Aaron, za to, że się sprzeciwiliście mojemu rozkazowi na pustyni Sin, gdy społeczność się zbuntowała, a trzeba było objawić przed nią moją świętość przez [danie im] wody«. To są wody Meriba obok Kadesz na pustyni Sin.

Rzekł więc Mojżesz do Pana: »O Panie, Boże duchów wszelkiego ciała, wyznacz do kierowania społecznością męża, który by na jej czele wychodził i wracał, wyprowadzał ich i przyprowadzał, by społeczność Pana nie była jak stado bez pasterza«. Pan odpowiedział Mojżeszowi: »Weź Jozuego, syna Nuna, męża, w którym prawdziwie mieszka Duch, i włóż na niego swoje ręce. […]«. Mojżesz wykonał wszystko, co mu nakazał Pan. […]” (Lb 27,12–18, 22).

Mojżesz był już stary, niedołężny i utrudzony. Zmęczony, lecz pełen wiary i ufności, a jego słowa zanotowano w Księdze Powtórzonego Prawa:. „[…] Dziś mam już sto dwadzieścia lat. Nie mogę swobodnie chodzić. Pan mi powiedział: »Nie przejdziesz tego Jordanu«. Sam Pan, Bóg twój, przejdzie przed tobą; On wytępi te narody przed tobą, tak iż ty osiedlisz się w ich miejsce. A Jozue pójdzie przed tobą, jak mówił Pan […]” (Pwt 31,2–3).

Mojżesz umarł, patrząc na Ziemię Obiecaną. Przyszedł czas Jozuego, wodza i zdobywcy.

Osadnicy mówią: czytajmy najstarsze teksty, bo to w nich od tysiącleci ludzie szukają prawdy. Tam jest wszystko, czego chcemy się dowiedzieć. Jeden warunek – czytajmy je niczym doniesienia agencji prasowych, wpisy z Facebooka lub z Twittera, aktualne, gorące i świeże – tak jak wielu ludzi z osiedli. Niby wszystko, co opisują, działo się (jeśli się działo) w czasach wielce zamierzchłych. Ale od czego mamy emocje i wyobraźnię. Potraktujmy te opowieści, jakby zdarzenia w nich portretowane działy się najdalej wczoraj, przed godziną, przed chwilą. Ówcześni bohaterowie muszą mieć jak najbardziej współczesne rysy; to sąsiedzi, nieledwie rówieśnicy, żyją obok nas, mieszkają po sąsiedzku, codziennie mówimy im „dzień dobry”. Jeśli akurat ich nie widzimy, znaczy to tylko tyle, że przed chwilą gdzieś odeszli, może do miejscowego pubu na piwo, do supermarketu po chleb, oliwki, butelkę wina i kawałek owczego sera. Oni tu są, tylko na moment gdzieś się schowali. Ich świat, choćby dla wielu przyśniony i z innego, boskiego porządku, jest naszym, doskonale realnym światem, który widzimy i czujemy.

Bez takiej pewności rozsypiemy się jak wieża z drewnianych klocków trącona nieuważną ręką. Staniemy na ruchomych piaskach. Nic nie będzie już oczywiste i proste. Zniknie jasność widzenia i połamią się niezachwiane sądy. Życie bez pewności jest w końcu najgorszą torturą. A przecież ludziom potrzebne są solidne, mocne fundamenty.

W gruncie rzeczy idzie w takim czytaniu o bardzo indywidualną tożsamość. O jednostkową duszę idzie, o najbardziej intymne myśli i uczucia. Dowiadujemy się bowiem, kim jesteśmy, jak musimy postępować, a co jest zabronione. Po takiej lekturze wiemy, czym jest lojalność, co oznacza wierność, a co wiarołomstwo.

Wiemy również, co nam się po prostu należy. Do czego mamy prawo, jak przebiegają granice naszego – niech będą to ziemia, gaje oliwne czy niebo nad głową, a nawet gwiazdy, które też nie są wspólne. Chodzi o to, by żyć u siebie i między swymi. Po co komu bardziej wzniosłe marzenia?

Zdobywamy też siłę, moc, zdecydowanie i desperację. Skoro już wiemy, co naprawdę ważne, możemy uświadamiać innych. Umiemy objaśnić niedowiarkom i wątpiącym, że nasza racja jest również ich racją. Że tak naprawdę nie myślimy o sobie, o swoim obejściu i o swoich meblach w salonie. Skąd – nie jesteśmy przecież egoistami. Zależy nam na sprawie i na tych pogubionych owieczkach, którym zapodział się gdzieś właściwy szlak. Przewodnik musi niekiedy zmusić do posłuszeństwa swoje stado. A obcych przegnać. Zwłaszcza jeśli to wszystko zapisano już dawno temu, ale czyta się te słowa jak doniesienia z wczorajszego dnia, z linii frontu. Mój Boże.

Z uciekinierów, z niewolników faraona, z poddanych obcej władzy, a więc z ludzi słabych i małej wiary już zmienili się w wojowników. Przecież Adonai powiedział Jozuemu, jak wcześniej oznajmił Mojżeszowi: tam, gdzie idziecie, jest Ziemia Obiecana. „[…] teraz więc wstań, przepraw się przez ten oto Jordan, ty i cały ten lud, do ziemi, którą Ja daję Izraelitom. Każde miejsce, na które zstąpi wasza noga, Ja wam daję, jak zapowiedziałem Mojżeszowi” (Joz 1,2–3) – tak zaczyna się Księga Jozuego.

Jozue był znakomitym wodzem. Bo słowo Pana to jedno, a powodzenie w boju i biegłość w sztuce wojennej – drugie. Dlatego Jozue wysłał potajemnie z Szittim dwóch wywiadowców, dając im rozkaz, by zbadali okolice Jerycha.

Gdyby nie nierządnica Rachab, u której zwiadowcy Jozuego znaleźli schronienie, straciliby życie. Ale wrócili z misji cali i zdrowi, pewni, że Bóg da im zwycięstwo, a wrogów porazi strach.

A dalej było tak, że po raz drugi w ciągu kilku dziesięcioleci rozstąpiły się wody przed wędrowcami i lud Izraela wkroczył do Ziemi Obiecanej. Cóż w tym dziwnego, że rzeka przestaje płynąć? Zwłaszcza że wedle późniejszych, lecz ciągle przedwiecznych tekstów Jordan – tak naprawdę zielonkawy, mętny, ledwie tocząca się wąska rzeczka, bardziej jak podwarszawski, wątły Świder niż jak Wisła lub choćby Noteć – pokazał dno również na rozkaz proroka Eliasza i jego ucznia Elizeusza.

Lecz suche dno Jordanu deptane stopami Izraelitów to może być akurat najprawdziwsza prawda, niezależnie od wiary w Słowo. Zanotowano w arabskich kronikach (są to podobno opowieści naocznych świadków, zadziwionych i przerażonych niezwykłym zjawiskiem), że gdzieś około trzynastego stulecia naszej ery wezbrany wiosennymi ulewami nurt Jordanu tak podmył brzegi, że z piasku i błota utworzyła się naturalna tama zatrzymująca wodę. Skoro stało się tak raz, równie dobrze mogło stać się wiele razy wcześniej. Tak uważają zupełnie współcześni hydrolodzy, posiłkując się na dodatek tym, co sufluje nauka.

Staje więc Jozue nad mętną, zielonkawą rzeką Jordan. Nakazuje kapłanom niosącym Arkę wejść między zamulone fale. Izrael – lud pustyni, choć ma w pamięci przejście suchą stopą przez Morze Czerwone – lęka się, gdyż woda nie jest jego żywiołem. A i na drugim brzegu ziemie nieznane: obce ludy, wrogie miasta, potężne królestwa i armie, choć szpiedzy Jozuego powrócili już byli z Jerycha i wiedzą, że przynajmniej w domu nierządnicy Rachab znajdą sprzymierzeńców. Może Jozue sam czuje trwogę? Nie ma o tym ani zdania w biblijnych księgach. Jest za to wiele o woli Pana.

Wojsko Izraela ma rozkaz kroczyć za kapłanami. Nie bliżej i nie dalej niż dwa tysiące łokci; szeregi zwarte, pełna dyscyplina. Wchodzą lewici do wody, a ta znika, ukazując suche dno.

Wiemy z Biblii i od Józefa Flawiusza, że Jerycho pada po sześciu dniach oblężenia. Mury miasta skruszył Pan, oznajmiając Jozuemu, co musi uczynić, by zwycięstwo przypadło Izraelowi.

„[…] Spójrz, Ja daję w twoje ręce Jerycho wraz z jego królem i dzielnymi wojownikami. Wy wszyscy, uzbrojeni mężowie, będziecie okrążali miasto codziennie jeden raz. Uczynisz tak przez sześć dni. Siedmiu kapłanów niech niesie przed arką siedem trąb z rogów baranich. Siódmego dnia okrążycie miasto siedmiokrotnie, a kapłani zagrają na trąbach. Gdy więc zabrzmi przeciągle róg barani i usłyszycie głos trąby, niech cały lud wzniesie gromki okrzyk wojenny, a mur miasta rozpadnie się na miejscu i lud wkroczy, każdy wprost przed siebie” (Joz 6,2–5).

Kilka akapitów dalej w tej samej Księdze Jozuego są słowa: „W owym czasie Jozue wypowiedział do ludu przysięgę: »Niech będzie przeklęty przed obliczem Pana człowiek, który podjąłby się odbudowania miasta Jerycho: Za cenę życia swego pierworodnego [syna] położy fundamenty, za cenę życia najmłodszego syna postawi bramy«” (Joz 6,26).

I tak się czułem, gdy jechałem do Jerycha. Miasto stoi, a opodal straszą ruiny kasyna; mówiono mi, że wspólne interesy chcieli robić tu wysocy urzędnicy Autonomii Palestyńskiej oraz niektórzy izraelscy politycy, wspierani kapitałem ze wschodu Europy. Odmienia się, prowadząc ku Jerychu, nawet asfaltowa szosa, z szerokiej autostrady wiodącej do kibuców, moszaw i kurortów Morza Martwego – w dziurawą jezdnię, oznaczoną u początku czerwoną tablicą: Autonomia Palestyńska, wjazd (to wiadomość do Izraelczyków) łamie prawo i może być niebezpieczny dla życia.

W mieście centralny plac obstawiony niemiłosiernie dymiącymi samochodami. Wątła zieleń, sklepy z jedzeniem, z telefonami, z tym i z owym. Parę domów wysokich na kilka pięter, kilka restauracji, w tym ta z tarasem, skąd można patrzeć na niemal całe Jerycho i nie zobaczyć nic. Falafel pyszny; mniej więcej połowa ceny tego falafela z Jerozolimy. Głośno, śmierdzi spalinami, a wokół – na taki akurat trafiałem czas – dzieciaki w szkolnych mundurkach, dziewczynki i chłopcy (z upływem lat coraz więcej dziewczynek w czadorach).

Nigdy nie zatrzymałem się tam na dłużej, choć Jerycho to jedno z najstarszych miast na świecie, tysiące lat historii zagrzebanej w piachu okolicznej pustyni. Wyobraźnia to mało, żeby zobaczyć tamto miasto, ponoć bogate i potężne; tak mi się przynajmniej zdaje. Przekleństwo Jozuego wisi nad Jerychem. Można nie ufać całej Biblii, ale tej jednej klątwie już trzeba.

Potem było już z górki, choć w potyczce pod miastem Aj wydawało się przez moment, że wojska Jozuego nie są niezwyciężone. Ale gdy ukamieniowano świętokradcę Akana (przywłaszczył sobie obłożone klątwą złoto, srebro i piękny płaszcz), a jego rodzinę spalono żywcem, niebiosa znów wzięły Izrael w opiekę.

Zawarł też Jozue układ z Gibeonitami: „[…] Wybawił ich z rąk Izraelitów, żeby ich nie pozbawili życia. Wówczas uczynił ich Jozue drwalami i noszącymi wodę dla całej społeczności i dla ołtarza Pańskiego, aż po dzień dzisiejszy, na każdym miejscu, które [Pan] wybierze” (Joz 9,26–27).

Inne ludy nie miały takiego szczęścia. Choć niekiedy, jak w wypadku Jerycha, Jozue musiał wspomagać się cudami. Gdy naprzeciw Hebrajczyków stanęły armie Amorytów, dowodzone przez królów pięciu miast, w tym Hebronu i Jerozolimy, „[…] rzekł Pan do Jozuego: »Nie bój się ich, albowiem wydałem ich w twoje ręce, żaden z nich nie oprze się tobie«. I natarł na nich Jozue niespodziewanie po całonocnym marszu z Gilgal.

A Pan napełnił ich strachem na sam widok Izraela i zadał im wielką klęskę pod Gibeonem. Ścigano ich w stronę wzgórza Bet-Choron i bito aż do Azeki i Makkedy. Gdy w czasie ucieczki przed Izraelem byli na zboczu pod Bet-Choron, Pan zrzucał na nich z nieba wielkie kamienie aż do Azeki, tak że wyginęli. I więcej ich zmarło wskutek kamieni gradowych, niż ich zginęło od miecza Izraelitów.

Wtedy Jozue mówił do Pana w dniu, w którym Pan poddał Amorytów Izraelitom, rzekł on w obecności Izraelitów: »Stań, słońce, nad Gibeonem! I ty, księżycu, nad doliną Ajjalonu!«.

I zatrzymało się słońce, i stanął księżyc, aż pomścił się lud nad wrogami swymi. Czyż nie jest to napisane w Księdze Sprawiedliwego: »Zatrzymało się słońce na środku nieba i prawie cały dzień nie śpieszyło do zachodu?«.

Nie było podobnego dnia ani przedtem, ani potem, gdy Pan usłuchał głosu człowieka. Rzeczywiście Pan sam walczył za Izraela” (Joz 10,8–14).

Pięciu amoryckich królów poszło pod nóż w pobliżu jaskiń Makkedy; ciała wisiały na drzewach aż do wieczora, a potem zasypano zwłoki w skalnych jamach. Wybito do nogi sześć miast południowych, z Makkedą, z Libną, z Lakisz, z Gezer, z Eglonem i z Hebronem. W Debirze, ostatnim mieście z tej koszmarnej kolejki, stało się to samo co wcześniej.

Nikt nie mógł i nie chciał powstrzymać masakry, bo tak nakazywała wola Pana. Jak było na południu Ziemi Izraela, tak stało się na północy. Wedle rozkazów Pańskich Jozue zabijał wszystkich. „A gdy zabrakło już ludzi pod miecz – pisze Józef Flawiusz w Dawnych dziejach Izraela – zabijał ich konie i palił rydwany”, gdyż „ośmielony taką obietnicą Bożą, Jozue podążył przeciw wrogom i […] starł się z nimi w walce; zażarty rozegrał się bój i rzeź nastąpiła tak wielka, że opowieść o niej mogłaby wydawać się fantazją”.

Jozue, syn Nuna, był już zmęczony, kiedy rzekł Pan do niego: „Jesteś stary, w podeszłym wieku, a pozostał jeszcze znaczny kraj do zdobycia. Oto ten kraj pozostaje: wszystkie okręgi Filistynów i cały Geszur, od Szichoru na granicy Egiptu aż do granicy Ekronu na północy uważa się za kraj kananejski; [kraje] pięciu władców filistyńskich z Gazy, Aszdodu, Aszkelonu, Gat i Ekronu oraz Awwici, na południu cały kraj Kananejczyków i od Ary, należącej do Sydończyków, aż do Afeka i granicy Amorytów. Następnie kraj Giblitów i cały Liban na wschodzie od Baal-Gad u stóp góry Hermon, aż do Wejścia do Chamat. Wszystkich mieszkańców gór od Libanu aż do Misrefot-Maim, wszystkich Sydończyków Ja sam wypędzę sprzed oblicza Izraelitów. Tymczasem podziel kraj losem między Izraelitów na dziedzictwo, jak ci nakazałem. Teraz podziel ten kraj jako dziedzictwo między dziewięć pokoleń i pół pokolenia Manassesa” (Joz 13,1–7).

Wystarczy wziąć do ręki atlas Bliskiego Wschodu, gdzie wypisane są nazwy z Biblii Hebrajskiej, by zobaczyć, jaki szmat ziemi Najwyższy obiecał Izraelowi. Można też toczyć na ten temat zażarte spory, bo zapisy są niejednoznaczne: kto uzna, że należy mu się więcej, zakreśli większe granice.

Uczynił więc Jozue wszystko to, co nakazały mu niebiosa. Odnowił przymierze Mojżesza z Bogiem w mieście Sychem, a miasto Szilo (ponad ruinami rozgrzebywanymi przez archeologów wznosi się osiedle o tej nazwie) uczynił swoją stolicą. Postawił tam Namiot Spotkania kryjący Arkę Przymierza i właśnie w tej dolinie ustanowił miejsce spotkań plemion Izraela.

I znów Jozue pojawił się w Sychem. „Przyzwał – jak pisze Józef Flawiusz w Dawnych dziejach Izraela – do siebie najznakomitszych mężów z miast oraz naczelników i starszych i zgromadził tylu ludzi spośród gminu, ilu mogło przyjść; gdy się zebrali, przypomniał im o wszystkich dobrodziejstwach Bożych – a wielu ich doznał lud, który z lichego wydźwignął się do tak wspaniałej chwały i zamożności; otóż – powiedział im – by nigdy nie zrazić do siebie Boga, winni trwać w pobożności, bo tylko ona zdoła zachować dla nich Jego przychylność. Prosił ich, by zachowali w pamięci te upomnienia, które im zostawia, spełniając swój obowiązek, gdy oto ma już odejść z życia.

Po takiej przemowie do zgromadzonych umarł Jozue, przeżywszy lat sto dziesięć; czterdzieści lat spędził przy Mojżeszu, otrzymując owocne pouczenia, a po śmierci mistrza przez dwadzieścia pięć lat był wodzem. Mężowi temu nie brakło ani roztropności, ani umiejętności przedstawiania swych myśli tłumom, w obu dziedzinach był niezrównany: w działaniu i niebezpieczeństwach mężny i zuchwały, a w czasach pokoju rządca niezwykle zręczny, znakomicie umiejący dostosować się do każdej sytuacji. Pogrzebano go w mieście Tamna, należącym do plemienia Efraima”.

Jozue nakazał Izraelitom posłuszeństwo Bogu. Lecz gdyby naprawdę byli posłuszni, najpewniej skończyłaby się Historia, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Nie byłoby tych wszystkich kar i nieszczęść, wygnania babilońskiego i rzymskiego, tych wojen, rzezi i klęsk, a przecież niektóre z nich nastały już niebawem po śmierci wielkiego wodza.

Ale pewnie nie byłoby też zwycięstw i triumfów, wojowników, mędrców i proroków. Z pewnością zaś nie byłoby kolejnych ksiąg Biblii i opowieści Józefa Flawiusza.

Zmienny los chwiał się więc z jednej strony na drugą, po tragediach przychodziło szczęście. Ale Pan, nawet w największym gniewie, nigdy nie odebrał swojemu ludowi Ziemi Izraela. Jeśli została utracona (i odzyskana), to z winy ludzi lub dzięki ludzkiej odwadze, przemyślności i uporowi. Wszak Bóg zagroził, że jeśli Żydzi będą przeciwko Prawu, wtedy ziemia Izraela ich „wypluje” (Kpł 18,28). Być może zatem to właśnie ludzie winni decydować, co się z nią dzieje. A Pan Stworzenia niech sobie patrzy z wysokości.

To oczywiście nie jest tak, że wszyscy w biblijnej Judei i Samarii, że większość mieszkańców dzisiejszego Izraela ufa Księgom jak prawdzie bezdyskusyjnej, najwyższej i ostatecznej. Niektórzy wierzą, inni raczej nie. Ale ten tak wielki, jak nieszczęsny dar Boga, zdobyty przez Jozuego, dotyka akurat wszystkich. Muszą się wobec niego określić, zająć stanowisko.

Jedni wysiadują więc w przyczepach na wzgórzach w nielegalnych stanicach, czyli w takich osiedlach, które założono bez zgody izraelskich władz – ich hebrajska nazwa to maachaz. Inni wychodzą na ulice, żądając ugody z Palestyńczykami zamieszkującymi Judeę i Samarię. Jadą na Zachodni Brzeg, bo tam tańsze i większe mieszkania. Podlewają rozaria w Efrat lub w Szilo w przeświadczeniu (akurat słusznym), że ich osiedla wyglądają jak przytulne, kamienno-zielone miasteczka w Toskanii. Palą palestyńskie gaje oliwne, zabijają palestyńskie owce i uprawiają swoje winnice. Szukają szansy na pokój lub marzą o Wielkim Izraelu, które to sny wykluczają bez żadnej apelacji nadzieje na pokój; najśmielsze wizje obejmują część Synaju, Jordanii, Libanu oraz Syrii, a nawet zachodni brzeg Eufratu i Tygrysu. Lub wyrażają swoje niezainteresowanie sprawą, odwracając się plecami od Terytoriów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Wszystkie cytaty biblijne podano za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. 5 na nowo opracowane i poprawione, Poznań: Wydawnictwo Pallottinum, 2010.

Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I