Włosi. Życie to teatr - Maciej Brzozowski - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Republika Włoska, Italia, Włochy – Bel Paese, Piękny Kraj, jak mówią sami Włosi. Jacy są ci, którzy tak poetycko nazywają swój kraj?

Według Macieja A. Brzozowskiego tacy sami u siebie i wszędzie indziej na świecie – dla świata rzecz niebagatelna, skoro widoczni są na wszystkich kontynentach, a w trzech tylko krajach: Stanach Zjednoczonych, Brazylii i Argentynie, mieszka obecnie ponad siedemdziesiąt milionów potomków włoskich emigrantów. Wielcy indywidualiści uwielbiający życie stadne, co w ich wykonaniu, nie dajmy się zwieść, wcale nie jest sprzeczne. Skłonni do teatralizacji każdego zdarzenia, rozmowy czy gestu. Łatwo rozpoznawalni po sposobie bycia, niepowtarzalnym włoskim stylu, przywiązaniu do włoskiej kuchni. To właśnie oni – „patchworkowy naród” podzielony z powodu głębokich różnic i animozji, biorących swój początek w niezwykłych zawirowaniach historii i do dziś w myśleniu Włochów wszechobecnych – są bohaterami tej książki. A wraz z nimi Bel Paese, kraj taki, jakim go uczynili.

„Półwysep przypomina wielki zatłoczony plac. Są tu wszyscy. Zatrzymują się na parę dni lub na całe życie, wyjeżdżają, może po to, żeby móc wrócić na starość, osiedlają się, bo czują, że mieszkać mogą tylko tutaj”, pisze Maciej A. Brzozowski. I na koniec pozwala nam wejrzeć w to, co w jego stosunku do Włochów i Włoch jest najbardziej osobiste: ludzie, książki i filmy, ulubione miejsca z ich kolorytem i zapachem, smak ulubionych, osobiście przygotowywanych potraw kuchni włoskiej. A wszystko to wypróbować możemy sami!".

„Włosi są jak United Colors of Benetton, historia uczyniła z nich mieszankę tyleż barwną co różnorodną. Prędzej poznamy ich po zachowaniu i ubraniu niż wyglądzie czy typie urody. Mało jest chyba na świecie krajów, których mieszkańcy byliby tak trudni do upchnięcia w jednej szufladce. W wypadku Włochów potrzebna jest przepastna szafa. […] Mnie fascynują od trzydziestu lat i jak na razie uczucie nie słabnie. Mamy okresy lepsze i gorsze. Nie lubimy się i ignorujemy. Albo pozostajemy wobec siebie obojętni. Albo – to raczej jednostronne – przepadamy za sobą i wtedy każde moje wakacje, każde moje wolne dni spędzamy razem”.

Maciej A. Brzozowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MACIEJ A. BRZOZOWSKI

WŁOSI ŻYCIE TO TEATR

– fragment –

Projekt okładki: Jacek Szewczyk

Konsultacja: prof. Piotr Salwa

Redaktor serii: Halina Hałajkiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Halina Hałajkiewicz

Na okładce wykorzystano zdjęcie

© Blue Images/Corbis/Fotochannels

W książce – z archiwum autora

© Maciej A. Brzozowski

© by Maciej A. Brzozowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-728-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

All Italians are actors – only the worst of them are on the stage.

(Wszyscy Włosi są aktorami, ale tylko ci najgorsi występują na scenie).

ORSON WELLES

Prolog

We Włoszech

We Włoszech

są rzeczy – o nich ci nikt nie powie

są rzeczy – ich ci nikt nie da

urodziłeś się i umrzesz tutaj

urodziłeś się i umrzesz tutaj

w kraju połowicznej prawdy

dokąd uciekniesz?

we Włoszech spluwy w autach

we Włoszech Machiavelli i Foscolo

we Włoszech mistrzowie świata

we Włoszech

przybywaj

we Włoszech spędzić wakacje nad morzem

we Włoszech operować lepiej się nie daj

we Włoszech do szpitala się nie wybieraj

we Włoszech życie przepiękne

we Włoszech wielkie przyjęcia i gale

we Włoszech biznesy robi się szemrane

we Włoszech sąsiad do ciebie strzela

we Włoszech

są rzeczy – o nich ci nikt nie powie

są rzeczy – ich ci nikt nie da

urodziłeś się i umrzesz tutaj

urodziłeś się i umrzesz tutaj

w kraju połowicznej prawdy

dokąd uciekniesz?

we Włoszech prawdziwi mafiozi

we Włoszech ci najbardziej niebezpieczni

we Włoszech dziewczyny stoją na ulicy

we Włoszech makaron jesz robiony w domu

we Włoszech złodzieje wchodzą ci do domu

we Włoszech na stałe nie znajdziesz roboty

we Włoszech całujesz krucyfiksy

we Włoszech monumenty

we Włoszech malowidła i kościoły

we Włoszech sentymenty

we Włoszech wiocha i porwania

we Włoszech

są rzeczy – o nich ci nikt nie powie

są rzeczy – ich ci nikt nie da

urodziłeś się i umrzesz tutaj

urodziłeś się i umrzesz tutaj

w kraju połowicznej prawdy

dokąd uciekniesz?

we Włoszech laski się podrywa

we Włoszech kobiety fotografuje

we Włoszech modelki szantażuje

we Włoszech naucz się sztuki

we Włoszech ludzie czytają karty

we Włoszech morderstwa nigdy niewyjaśnione

we Włoszech twarze zaginione i głosy kupione

we Włoszech

są rzeczy – o nich ci nikt nie powie

są rzeczy – ich ci nikt nie da

urodziłeś się i umrzesz tutaj

urodziłeś się i umrzesz tutaj

w kraju połowicznej prawdy[a]

Akt I Świat przedstawiony

Włochy to tylko pojęcie geograficzne.

Klemens Metternich

Ekspozycja

Włosi od zawsze mieli znajomości u Stwórcy. Kiedy rozdzielano najlepsze tereny, na pewno nie stawili się wcześniej niż inni i nie stanęli w kolejce. Załatwili to inaczej. Może użyli jednego ze swoich trików, namówili, przekonali, wybłagali. I dostali. Teren w kształcie buta, i to wcale nie pantofelka, tylko potężnego, choć kształtnego, botka. But, który na południu wymierza kopniaka Sycylii, od północy otaczają Alpy, a przez jego środek biegną Apeniny. Góry i wyżyny to aż siedemdziesiąt siedem procent powierzchni kraju. Półwysep ma tysiąc sześćset kilometrów długości, w czym jest ponad siedem i pół tysiąca kilometrów zapierającego dech w piersiach wybrzeża, oblewanego przez cztery morza: Adriatyckie, Jońskie, Liguryjskie i Tyrreńskie. Ozdabia go pięćdziesiąt wysp, w tym dwie największe: Sardynia i Sycylia. Reszta zgrupowała się w trzynastu archipelagach. Uff, te wszystkie liczby to pewnie wyjątkowa gratka dla numerologów. Nie cyferki są tu jednak ważne – całość, jak się teraz mówi, „robi nastrój”.

A całe to fantastyczne terytorium jest teraz republiką zamieszkaną przez ponad sześćdziesiąt milionów ludzi, głównie Włochów, ale także Sardyńczyków, Tyrolczyków, Słoweńców, Albańczyków czy Francuzów. Kraj podzielony jest na dwadzieścia regionów. Pięć z nich (Dolina Aosty, Sycylia, Sardynia, Trydent-Górna Adyga, Friuli-Wenecja Julijska) to tak zwane regiony specjalne (mają szerokie kompetencje ustawodawcze i wykonawcze), ale i tak różnorodność, krajobrazowa, kulturowa, gastronomiczna czy wreszcie lingwistyczna sprawia, że każdy region wydaje się oddzielnym państwem. Co ma zresztą swoje uwarunkowania w historii Półwyspu Apenińskiego, który teraz nazywamy Włochami.

Włochy niemal w całości leżą w strefie klimatu podzwrotnikowego w jego śródziemnomorskiej odmianie. Ale typowy klimat śródziemnomorski nie występuje nigdzie poza wąskim pasem wybrzeża: ani w centrum kraju, ani w górach. Stąd – często – gorące lata, dokuczliwe, chłodne i deszczowe zimy, na północy kraju w dodatku śnieżne, a osławiona włoska pogoda wcale nie jest aż tak wyjątkowa – lubi zaskakiwać chłodem w maju czy wrześniu, powala tropikalnymi upałami i wilgocią w czerwcu.

W rzeczywistości klimat Włoch północnych jest mniej więcej taki sam jak ten w większości krajów Europy kontynentalnej. W Mediolanie i Turynie jest chłodniej zimą niż w Kopenhadze, cieplej latem niż w La Valletcie czy Algierze. Włochy środkowe i południowe mają mniej więcej ten sam klimat co inne kraje śródziemnomorskie – na wybrzeżu bardziej łagodny niż w głębi lądu, z pewnością nie tak dobry zimą jak w Hongkongu czy na Krymie. Zima jest o wiele przyjemniejsza w Egipcie, na Florydzie czy na Saharze […]. Rzym wszyscy znają z powodu warunków klimatycznych, jednych z najbardziej nieprzyjemnych na świecie: sirocco wieje przez prawie dwieście dni w roku. Ten duszący ciepły wietrzyk, który wypełnia niebo niskimi, szarymi chmurami nasączonymi wilgocią, sprawia, że grzyb pojawia się wszędzie, pokrywa ściany plamami wilgoci, a ludzie czują się zmęczeni, podenerwowani, otumanieni.

Oto jak podsumowuje klimatyczne uroki półwyspu dziennikarz Luigi Barzini w książce Gli Italiani (Włosi)[1]. Ale tak do końca nie powinniśmy mu wierzyć. Jak przystało na Włocha – trochę dramatyzuje. Nam, podobnie jak i innym przybyszom z północy, klimat apeniński najczęściej kojarzy się z rajem.

Odsłona I Zjednoczeni mimo woli

Gdyby Republika Włoska była zwykłym, uporządkowanym i od wieków stabilnym politycznie krajem, ta książka nigdy by nie powstała. Ale na szczęście (dla autora i, mam nadzieję, czytelników) tak nie jest. To nie tylko kraj kontrastów, ale i paradoksów. Takie słowa jak „logika” nabierają tu czasem innego, odmiennego znaczenia, na scenie politycznej pojawiają się ludzie rodem z operetki, a niektóre wydarzenia państwowe przypominają wodewil.

Włochy nie są jednak operetkowym państewkiem: to trzecia, po niemieckiej i francuskiej, gospodarka Europy i jedno z dziewięciu najbardziej uprzemysłowionych i najbogatszych państw świata. Naprawdę niezły wynik dla kraju tak młodego, który istnieje przecież dopiero od stu pięćdziesięciu dwóch lat, a dokładnie od 1861 roku, kiedy to proklamowano powstanie Królestwa Włoch obejmującego cały Półwysep Apeniński. Przed tą datą pod względem administracyjnym było tu o wiele tłoczniej, a Włochy jako państwo po prostu nie istniały…

Niegdyś tereny półwyspu zajmowało potężne Imperium Romanum, cesarstwo rzymskie kontrolujące sporą część kontynentu. Po jego upadku, najazdach barbarzyńskich hord, po walkach i rywalizacjach przybyłych z północy Germanów, Ostrogotów, Wizygotów, Longobardów czy wreszcie Bizantyjczyków zaczęły tu powstawać niezależne organizmy państwowe.

Gdyby na mapę dzisiejszych Włoch nałożyć tę z okresu renesansu, okazałoby się, że północną i środkową część półwyspu zajmuje… ponad dwadzieścia państw! Są wśród nich księstwa, republiki, markizaty czy typowo włoskie signorie – miasta-państwa zarządzane przez bogate rody. Każde z nich kieruje się interesami swojego władcy, każde pozostaje w strefie wpływów innej europejskiej potęgi.

A oto mapa z 1494 roku. Przypomina jednokolorowy but w pstrokatej spódniczce. But to wielkie Królestwo Neapolu i Sycylia, wtedy we władzy hiszpańskich Aragończyków. Ale już powyżej kolana, czyli Państwa Kościelnego, strój nabiera barw. Mamy tu i toskańskie republiki Florencji, Sieny i Lukki, mamy księstwa Urbino i Camerino, signorie w Perugii, Forli czy Ravennie, markizat w Ferrarze (razem z signorią w Bolonii podległy papiestwu) czy Mantui, księstwo w Mediolanie, jest wreszcie La Serenissima, Najjaśniejsza, jak nazywano morską Republikę Wenecką.

Trzysta jedenaście lat później (rok 1805) wielka nowina: na mapie pojawia się Królestwo Włoch. W Mediolanie cesarz Napoleon zostaje koronowany na króla nowego państwa, które obejmuje część środkowo-wschodnią i fragment części północnej półwyspu. Państwo przestaje istnieć po klęsce Napoleona w 1814 roku, a jego terytorium ponownie ulega podziałom. Wracają poprzedni władcy..

Czterdzieści lat później: rok 1854. Napoleońska przeszłość została już starannie wymazana. Mediolan ponownie przejmuje Austria, a dawną waleczną republikę morską – Genuę – anektuje Królestwo Sardynii. Królestwo rządzone (pamiętajmy, że na tych terenach wszystko jest możliwe, a logika, także i w tym wypadku, bywa nieobecna) wcale nie przez Sardyńczyków, ale przez dynastię sabaudzką, niegdyś władców małego księstwa położonego na pograniczu Włoch i Francji. Urzędujący w Turynie Sabaudowie przejmują Sardynię od Aragończyków po wojnie o sukcesję hiszpańską. W ten sposób dynastia wywodząca się z terytorium francuskiego Królestwa Burgundii ma w posiadaniu nie tylko dawną republikę morską (Genuę), ale i drugą co do wielkości, po Sycylii, wyspę na Morzu Tyrreńskim – Sardynię. Dla ułatwienia państwo nazywane jest Piemontem, od regionu, w którym leży jego stolica…

Karuzela nazw nie powinna już nas dziwić. Największe wówczas państwo półwyspu rządzone przez Burbonów, obejmujące Południe z Neapolem jako stolicą i Sycylię, to przecież Królestwo Obojga Sycylii. Obojga, bo składa się z dwóch części: „z tej” i „z tamtej” strony Latarni, czyli na północ i na południe od latarni morskiej w sycylijskiej Mesynie. Tak naprawdę jednak nazwa ma związek z hiszpańsko-francuską rywalizacją o tę wyspę. A całe zamieszanie to tylko jeden z wielu dowodów na to, że na terenie Italii proste jest tylko jedzenie.

Wracajmy do mapy. W drugiej połowie XIX wieku Północ to głównie pozostające pod dyktatem Austrii Królestwo Lombardzko-Weneckie ze stolicą w Mediolanie i Królestwo Sardynii (stolica w Turynie). Niżej – Wielkie Księstwo Toskańskie (Florencja), Państwo Kościelne (Rzym) i Królestwo Obojga Sycylii (Neapol). Tuż przed zjednoczeniem mamy na półwyspie siedem państw, z których trzy są niezależne (królestwa: Sardynii i Obojga Sycylii oraz Państwo Kościelne), a cztery (księstwa: Parmy i Modeny, Wielkie Księstwo Toskanii i Królestwo Lombardzko-Weneckie) pozostają w strefie pośrednich lub bezpośrednich wpływów Austrii. Dwa i pół procent ludności we wszystkich siedmiu mówi po włosku, reszta porozumiewa się w swoich ojczystych dialektach.

Tak więc, jeśli idzie o status quo na półwyspie, w tamtym czasie wszystko jest znowu prawie tak jak dawniej, a jednak… Pojawiają się pierwsze ruchy niepodległościowe dążące – nie zapominajmy o tym, to ważne – wcale nie do utworzenia jednego półwyspowego organizmu państwowego, lecz do wyzwolenia „lokalnych” państewek spod obcej dominacji. Pierwsi buntują się Sycylijczycy, potem Sabaudczycy wspierają opór Mediolanu i Wenecji przeciwko austrowęgierskim okupantom i gdyby nie nagłe wycofanie się z tej rozgrywki dwóch zachowawczych państw (papieskiego i rządzonego przez Burbonów Królestwa Neapolu), układ sił na pewno by się wtedy zmienił.

Tymczasem wszystko zostało po staremu. Jakby nigdy nic się nie stało. Chociaż nie, coś ważnego się wydarzyło. A raczej… wynurzyło. W roku 1831 na Morzu Śródziemnym, dwadzieścia kilometrów na południe od Sycylii pojawia się wyspa. To z pewnością nie najważniejsze wydarzenie, ale dość operetkowe i pasujące do „dramatycznego” charakteru tej książki. Silne trzęsienie ziemi, odczuwane nawet w odległym Palermo, jest uwerturą do pojawienia się wyspy – czarnej, wysokiej na sześćdziesiąt metrów i o parokilometrowej raptem średnicy. Anglia natychmiast wysyła z Malty korwetę, aby objąć w posiadanie nowe terytorium. Nie chodzi tu o samą wysepkę. Ten rejon Morza Śródziemnego od dawna cieszy się zainteresowaniem wielu ówczesnych potęg europejskich, a Sycylia stanowi łakomy kąsek dzięki bogatym złożom siarki. Anglicy, wychodząc z założenia, że wyspa należy do tego, kto pierwszy postawił na niej nogę, nadają jej nazwę Wyspa Grahama. Ale przecież pojawiła się na wodach sycylijskich, protestują Burboni. I dlatego nazywać się będzie Ferdinandea, od imienia władcy. Skoro wynurzyła się w lipcu, jasne, że to Julia, twierdzą Francuzi, zwracając równocześnie uwagę na jej nie do końca stabilną strukturę. Spór o wysepkę wielkości orzecha zaostrza się. Między Neapolem a Londynem krążą ostre noty dyplomatyczne. W sukurs przychodzi natura. Wyspa przez Sycylijczyków nazywana apolitycznie „wyspą, której nie ma”, po pięciu miesiącach obecności zapada się w morze.

Powróćmy jednak na ląd. Mapa z roku 1861. Na tej zmieniło się prawie wszystko. Po siedmiu zaledwie latach dominuje jeden tylko kolor. To nowe, oficjalnie proklamowane w marcu tegoż roku Królestwo Włoch. Poza jego obszarem pozostają tylko dwa ciała obce: Państwo Kościelne i Wenecja Euganejska (Veneto) – dopiero za parę lat zostaną przyłączone do królestwa.

Co się stało? Jak i po co do tego doszło? Odpowiedź to nie tylko kolejna lekcja ze skomplikowanej historii Półwyspu Apenińskiego, ale i klucz do zrozumienia współczesnych Włoch i Włochów, dzielących ich różnic, wpływu wydarzeń sprzed paru wieków na obecne życie.

Dwa lata wcześniej, w 1859 roku, w wyniku tak zwanej drugiej wojny niepodległościowej Królestwo Sardynii rozciągnęło swoje granice na północno-środkowe regiony półwyspu (Lombardię, Emilię-Romanię i Toskanię). Gdybyśmy wtedy rzucili okiem na mapę półwyspu, zobaczylibyśmy tu, oprócz Państwa Kościelnego (Rzym i środkowe Włochy) i Wenecji Euganejskiej, dwa potężne królestwa: Sardynii i Obojga Sycylii.

Jakie było każde z nich w tym momencie swojej historii? Oddajmy na chwilę głos ekspertom. Jak pisze w swojej Historii Włochów Giuliano Procacci:

Piemont był jedynym państwem, które w jakiś sposób zdołało dotrzymać kroku zawrotnemu tempu europejskiej gospodarki kapitalistycznej […]. Był nie tylko jedynym państwem włoskim, w którym życie polityczne i parlamentarne przebiegało według zasad monarchii konstytucyjnej i „statutu”, ale również tym, w którym istniała rzeczywista wolność prasy, zgromadzeń, nauczania[2].

I jeszcze Denis Mack Smith w Storia d’Italia:

Południe i Sycylia stanowiły odrębny region zarówno z powodów historycznych i klimatycznych, jak i przez wzgląd na charakter jego mieszkańców. […] te dwie połówki przyszłego kraju znajdowały się na dwóch poziomach różnych cywilizacji. Poeci mogli sobie pisać o Południu jako o ogrodzie świata, Sybaris i Capri, politycy, którzy nie wychylali nosa za drzwi, mogli nawet w to wierzyć, ale w rzeczywistości większość południowców żyła w nędzy, prześladowana suszami, malarią i trzęsieniami ziemi. Burboni, którzy przed rokiem 1861 rządzili Neapolem i Sycylią, byli upartymi zwolennikami skorumpowanego systemu feudalnego, podkolorowanego sztucznie dworskim blichtrem[3].

Opisywane jako biedne i zacofane Królestwo Obojga Sycylii było jednak nie tylko największym terytorialnie, ale i najzamożniejszym państwem na półwyspie, nietkniętym emigracją. Podaje się, że banki królestwa dysponowały największą wśród wszystkich banków przedzjednoczeniowych ilością złota, a jeden z czterech europejskich oddziałów banku Rotszyldów otwarto w Neapolu, nie zaś w Turynie[4]. Tu właśnie, nie w Piemoncie, działała druga pod względem obrotów giełda papierów wartościowych w Europie, a na Międzynarodowej Wystawie w Paryżu (1856) królestwo Burbonów uznane zostało za trzecią na świecie – i pierwszą pośród państw włoskich – potęgę ekonomiczno-przemysłową[5], zatrudniającą pięćdziesiąt jeden procent siły roboczej półwyspu[6].

W 1860 roku na pomoc ludowi Sycylii „uciemiężonemu” przez Burbonów wyruszył wraz z tysiącem ochotników generał Giuseppe Garibaldi, żołnierz, rewolucjonista walczący wcześniej w Brazylii, Argentynie i Urugwaju, postać tyleż złożona, co kontrowersyjna. Acz niezwykle po włosku malownicza. Nazywany nie tylko „bohaterem dwóch światów”, ale i „piratem, który stał się mitem”, Garibaldi bez problemów przepłynął przez Morze Tyrreńskie, wylądował w sycylijskiej Marsali i z pomocą części miejscowej ludności zajął wyspę, a następnie opuszczone przez Burbonów tereny na południu półwyspu, łącznie z Neapolem, stolicą Królestwa Obojga Sycylii.

W marcu 1861 roku ogólnowłoski parlament w Turynie, stolicy Królestwa Sardynii, uznał, że najwyższy czas proklamować powstanie Królestwa Włoch pod berłem Wiktora Emanuela II jako jego pierwszego władcy. Tak właśnie powstało państwo włoskie.

Wyprawa tysiąca Garibaldiego, nazywana też sycylijską, przedstawiana przez źródła urzędowe jako wielki patriotyczny zryw, dzisiaj zostałaby pewnie przez ONZ potępiona jako akcja nielegalna i sprzeczna z prawem. Mimo że oficjalnie Królestwo Sardynii nie miało z nią nic wspólnego, uznano by ją za najechanie terytorium obcego państwa bez oficjalnego wypowiedzenia wojny. Według niektórych badaczy tego okresu[7] wcale nie była ona spontanicznym zrywem niepodległościowym; była inwazją dokładnie zaplanowaną, mającą na celu poszerzenie granic najeźdźcy, wspieraną przez obce mocarstwa, a zwłaszcza przez Anglię.

Na tym tle szczególnie wymowny jest fakt, że niektóre traktujące o zjednoczeniu filmy są dziś we Włoszech prawie nie do zdobycia – nie przypomina ich telewizja, nie pojawiają się w ofercie sklepów. Taki los spotkał na przykład kontrowersyjny obraz męża aktorki Claudii Cardinale, Pasquale Squitieriego, Li chiamarono… briganti! (Nazywali ich… bandytami!, polski tytuł Bandyci) z roku 1999. To historia Carmine Crocca walczącego na terenie dawnego królestwa Burbonów przeciwko „okupacji” Sabaudczyków. Poruszający, kontestatorski film ukazuje częste w tych latach przemocy zbrodnie popełniane wobec miejscowej ludności. Wymownym komentarzem do tego filmu mogłaby być wypowiedź piemonckiego oficera z arcydzieła Giuseppe Tomasiego di Lampedusy Il Gattopardo wydanego w Polsce w przekładzie Zofii Ernstowej pod tytułem Lampart, z którego pochodzą cytowane przeze mnie fragmenty[b]:

Gdybym nie kazał strzelać, ta banda rozszarpałaby na kawałki moich żołnierzy i mnie; oczywiście świat by się przez to nie zawalił. Jednakże w końcowym efekcie ta rzeź sprowokowałaby interwencję francuską i austriacką, powstałby rozgardiasz, jakiego jeszcze nie było, w którym rozpadłoby się to Królestwo Italii, które powstało cudem, to znaczy nie wiadomo jak[8].

Zjednoczenie to do dziś dla Włochów temat kontrowersyjny, dla niektórych wciąż bolesny. Ocena zależy nie tylko od geograficznej proweniencji, ale także od znajomości rzeczy, źródeł, z których zaczerpnięto wiedzę, tradycji rodzinnych i innych podobnych czynników.

Kiedy w roku 2010 pochodzący z regionu Apulia dziennikarz Pino Aprile wydał książkę Terroni[9] (Wieśniaki – pogardliwa nazwa mieszkańców południowych Włoch), opatrzoną wymownym podtytułem „Wszystko, co zrobiono, aby Włosi z Południa stali się południowcami”, w kraju zawrzało. Rozbudziły się dawne emocje, dotąd tłumione, zwłaszcza przez tych, którzy w poszukiwaniu pracy znaleźli się na „wrogiej” Północy, terytorium Ligi, czyli separatystycznej partii politycznej głoszącej konieczność secesji. Aprile, powołując się na dokumenty i fakty historyczne, przedstawia zjednoczenie jako gwałt zadany przez wyniszczoną ekonomicznie Północ bogatemu burbońskiemu Południu. Pisze o masowym wywożeniu bogactw Królestwa Obojga Sycylii, wykorzystywaniu ponad miarę jego zasobów naturalnych i, przede wszystkim, o zakrojonych na masową skalę prześladowaniach i eksterminacji ludności.

W zestawieniu z mitem dzielnego Garibaldiego obraz malowany przez Aprilego czy Squitieriego istotnie daje do myślenia i wywołuje żywiołowe dyskusje. Jak w latach pięćdziesiątych pisał sycylijski arystokrata, książę Palmy i Lampedusy, Giuseppe Tomasi di Lampedusa:

[…] Nie jest to piękny spektakl. Nigdy nie byliśmy tak podzieleni jak od czasu, kiedy nas zjednoczono. Turyn nie chce przestać być stolicą, Mediolan uważa, że nasza administracja jest gorsza od austriackiej, Florencja obawia się, że zabiorą jej dzieła sztuki, Neapol płacze, że pozbawią go przemysłu, a tu, tu na Sycylii narasta jakiś wielki, irracjonalny niepokój…[10]

Il Gattopardo to wspaniała, mądra książka, która do dzisiaj zachwyca swoją aktualnością. Możemy uważać ją za literacki podręcznik tego ważnego momentu w historii Włoch, ale i za traktat w pełnym świetle ukazujący cały zjednoczony, nolens volens, naród. Czyż bowiem tych słów nie można odnieść także do mieszkańców innych regionów Włoch?

Na Sycylii nie ma znaczenia, czy robi się źle, czy dobrze: grzech, którego my, Sycylijczycy, nie wybaczamy nigdy, to po prostu to, że w ogóle coś się robi. Jesteśmy starzy, panie Chevalley, bardzo starzy. Co najmniej od dwudziestu pięciu wieków nosimy na barkach ciężar obcych nam cywilizacji. Wszystkie one pochodziły z zewnątrz, żadna nie była przez nas poczęta, żadnej nie daliśmy własnej nazwy; jesteśmy biali jak pan, jak królowa angielska, a jednak od dwóch tysięcy pięciuset lat jesteśmy kolonią. Nie mówię tego, żeby się skarżyć, to nasza wina. Ale jesteśmy zmęczeni, wyczerpani”[11].

Zjednoczenie stało się faktem. Na Półwyspie Apenińskim powstało nowe państwo. Jakie miało być? To najlepiej wyraża godło. Biała gwiazda w czerwonym obramowaniu umieszczona na tle zębatki, symbolu pracy. Gwiazdę i zębatkę podtrzymują gałązka oliwna i gałązka dębu. Pierwsza symbolizuje pokój oraz południowe Włochy, druga – siłę i północną część Włoch. Na czerwonej wstędze widnieje biały napis z oficjalną nazwą państwa: Repubblica Italiana. Pięknie, choć tylko w warstwie symbolicznej. Ale co dalej?

Rząd, już włoski, stanął przed arcytrudnym problemem, jako że zjednoczony kraj nie miał… narodu, a zamieszkujących te tereny mieszkańców tak naprawdę łączyć mogła jedynie wiara. Kiedy jednak parlament nadawał Wiktorowi Emanuelowi II tytuł króla Włoch, papież Pius IX, władca Państwa Kościelnego otoczonego ze wszystkich stron przez Królestwo Włoch, praktycznie wypowiadał moralną wojnę jego władzom, które „ośmielały się zatrudniać także niekatolików”. Wojnę tę miały zakończyć po prawie siedmiu dekadach Pakty Laterańskie podpisane przez Mussoliniego pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku. Dopiero wtedy Watykan uznał nowe (dla niego) państwo włoskie.

W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem wydawało się stworzenie nowej świeckiej religii, czyli wywołanie patriotyzmu wśród ludzi, których nic nie łączyło. Mieszkańcy półwyspu, przez wieki wyznający praktyczną zasadę: Francia o Spagna, purché se magna (Francja czy Hiszpania, byle było co jeść), jako obywatele nowego państwa powinni byli w nie uwierzyć mocno i z całych sił, między innymi za sprawą hurrapatriotycznych książek w rodzaju Serca czy Od Apeninów do Andów Edmunda de Amicisa, które podbiły skłonne do wzruszeń ludzkim losem serca Włochów, zdobywając przy okazji sporą popularność na całym świecie.

Była to chyba jedna z najbardziej udanych operacji marketingowych w skali państwa. Niespełna pół wieku później, w przededniu pierwszej wojny światowej, większość Włochów wzruszała się już na sam widok trójkolorowej flagi. Czy miało to wpływ na ich waleczność, to już zupełnie inna sprawa. Faktem jest, że entuzjazm narodowy, skutecznie podsycany także przez duce (wodza) Benita Mussoliniego, mocno przygasł po upadku faszyzmu i do tej pory nie odrodził się na taką skalę.

Powojenna historia Włoch to głównie walka o dusze obywateli między lewicą a prawicą, rzecz zdawałoby się normalna w społeczeństwie demokratycznym, naznaczona jednak kilkoma wyjątkowo poważnymi wydarzeniami niemającymi z demokracją nic wspólnego, takimi jak „lata ołowiu” (anni di piombo, okres dziesięciu lat w historii Włoch, 1972-1982, charakteryzujący się największą liczbą zamachów terrorystycznych), Łapówkogród (Tangentopoli, afery łapówkarskie, które spowodowały między innymi upadek Demokracji Chrześcijańskiej, jednej z głównych partii kraju) czy wreszcie casus Berlusconiego.

Jak trafnie podsumował dziennikarz Beppe Severgnini:

Silvio Berlusconi obiecał, że będzie kapitanem, który zmieni kierunek, ale zajmował się głównie wygodą własnej kabiny i utknął na mieliźnie. Zanim zaufała jemu, większość Włochów uwierzyła w Mussoliniego, socjalizm, Amerykę, sędziów, w Europę. To wszystko wcielenia tego samego mitu: Zorro, który przybywa i zwycięża w naszym imieniu. Ale Zorro jest dobry dla dzieci, my potrzebujemy Krzysztofa Kolumba. Kogoś, kto wskaże nam horyzont, wyznaczy kierunek, natchnie zaufaniem załogę i pokaże, kiedy potrzeba, że umie trzymać ster[12].

I rzeczywiście Włosi ciągle czekają na swojego Zorro. Nie na tego, który przyjedzie na białym koniu i wróci ojczyznę wolną, ale na supermena zdolnego jednym ciosem szabli rozwiązać wszystkie narodowe problemy, zadowolić wszystkich i uratować przed kryzysem.

Walka z kryzysem toczy się obecnie w wielu krajach na świecie, ale to właśnie we Włoszech, obok Grecji czy Hiszpanii, jest ona wyjątkowo trudna. Młoda Republika Włoska, najmłodsze państwo Europy Zachodniej, które po 1975 roku znalazło się wśród sześciu międzynarodowych potęg świata, w 2014, kiedy przewodniczy Unii Europejskiej, nie jest już nawet w pierwszej ósemce. Obciążenie podatkowe w roku 2012 sięgnęło już pięćdziesięciu pięciu procent PKB, co daje Włochom pierwsze pod tym względem miejsce na świecie![13] A prognozy wieszczą dalsze pogarszanie się sytuacji. Trudno będzie, twierdzą ekonomiści, pokonać nas w ciągu najbliższych lat. No, chyba że pojawi się ON. Czyli Zorro.

Włoski Zorro znacznie się jednak różni od bohatera powieści Johnstona McCulleya. W przeszłości, zanim jeszcze powstało państwo włoskie, już tu bywał. Raz, w średniowieczu, pod postacią rzymskiego adwokata Coli di Rienzo, ludowego trybuna walczącego o dobro swoich rodaków (czyli rzymian) i o powrót papieża z awiniońskiego wygnania. Skończył marnie, zmasakrowany przez „swój” lud. Drugi raz Zorro objawił się wiek później jako Wawrzyniec Wspaniały, niekoronowany władca Florencji, polityk i mecenas sztuki. Potem jako Garibaldi, szalony „bohater dwóch światów” porywający się z tysiącem zapaleńców na burbońskie zastępy. Szpadą Zorro wymachiwał także Mussolini, który w dwadzieścia lat przeszedł drogę od dziennikarza socjalisty do Ojca Narodu zdobywającego dla Italii Etiopię. Budował autostrady, porządkował Rzym, osuszał malaryczne tereny, a w końcu zawisł na mediolańskim placu, powieszony za nogi obok swej kochanki-aktorki.

Wcielenia współczesne? Dla części Włochów na pewno Silvio Berlusconi, miliarder, donżuan, magnat telewizyjny, premier i oskarżony w wielu procesach o nadużycia. Ale na fali byli też i Beppe Grillo, komik, bloger, założyciel populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd, czy Matteo Renzi, ambitny burmistrz Florencji, przywódca włoskiej lewicy nadal in spe… Młody naród wciąż czeka na swego Zorro, przepraszam, Wybawiciela.

[1] Luigi Barzini, Gli italiani. Virtù e vizi di un popolo, BUR Saggi, 2012.

[2] Giuliano Procacci, Historia Włochów (Storia degli Italiani), tłum. Bożena Kowalczyk-Trupiano, PWN, Warszawa 1983.

[3] Denis Mack Smith, Storia d’Italia, Editori laterza, 1965.

[4] Lorenzo Del Boca, Indietro Savoia!, Edizioni Piemme, Milano 2003.

[5] http://www.expositions-universelles.fr.

[6] http://www.sgdl-auteurs.org/maria-franchini/index.php/post /L%E2%80%99-unit%C3%A9-d%E2%80%99Italie-et-la-question-du-Mezzogiorno-revue-et-corrig%C3%A9e2.

[7] Lorenzo Del Boca, Angela Pellicciari, L’altro Risorgimento:una guerra di religione dimenticata, Edizioni Piemme, Milano 2000.

[8] Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart, tłum. Zofia Ernstowa, PIW, Warszawa 1970.

[9] Pino Aprile, Terroni. Tutto quello che è stato fatto perché gli italiani del Sud diventassero ’meridionali’, Edizioni Piemme, Milano 2010.

[10] Giuseppe Tomasi di Lampedusa, dz. cyt.

[11] Tamże.

[12] Beppe Severgnini, La Testa degli Italiani, BUR Saggi, 2010.

[13] ANSA, na podstawie raportu Confommercio, lipiec 2012.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[a]In Italia, muz. i sł. M. Dagani, E. Caruso, L. Porzio, F. Tarducci, published by: Universal Music Italia Srl./Warner/Chappell Music Italiana Srl./Dagani Edizmusdi Massimilian (przeł. Maciej A. Brzozowski).

[b] Najnowsze wydanie polskie nosi bliższy oryginałowi tytuł Gepard (przeł. Stanisław Kasprzysiak, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2009).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: MAGRAF s.c., Bydgoszcz