Własny pokój - Virginia Woolf - ebook + książka

Własny pokój ebook

Virginia Woolf

0,0

Opis

„Dlaczego jedna płeć jest bogata, a druga biedna? W jaki sposób ubóstwo wpływa na twórczość literacką? Jakie warunki są konieczne do powstania dzieła sztuki?”

Esej Virginii Woolf Własny pokój

Zalążkiem eseju Virginii Woolf Własny pokój (ang. A Room of One's Own) były dwa wykłady na temat „Kobiety i literatura”, o których wygłoszenie w październiku 1928 roku autorka została poproszona przez Girton College i Newnham College, ufundowane dla kobiet przy Uniwersytecie Cambridge odpowiednio w 1869 i 1871 roku. Starożytność i zasobność finansowa macierzystej instytucji oraz stosunkowa młodość i skromne uposażenie uczelni przeznaczonych dla studentek to zresztą jedna z kwestii podejmowanych w rozważaniach Woolf. Zadany temat, potraktowany odpowiedzialnie, rozgałęził się jednak i objął wiele zagadnień, całość zaś, poprowadzona z intelektualną finezją i dowcipem, stanowi mapę i drogowskaz w przestrzeni twórczości pisarskiej zarówno dla słuchaczek wykładu w końcu lat 20. XX wieku, jak i dla odbiorczyń i odbiorców współczesnych, po niemal stu latach.

Czy aktywność naukowa i literacka kobiet przezwyciężyła przeszkody i osiągnęła cele, które autorka widziała przed nią wiek temu? Możemy to dziś sprawdzić punkt po punkcie z tekstem Woolf w ręku, ponieważ Własny pokój zawiera m.in. wizję możliwego rozwoju społeczeństwa i pisarstwa kobiet do mniej więcej naszych czasów.

Historia publikacji

Tekst okazał się zbyt obszerny i nie mógł być przedstawiony w całości podczas gościnnych wykładów 20 i 26 października 1928 r. Został więc następnie opracowany, rozwinięty w esej (zachowując jednak pełną uroku i witalności formę bezpośredniej wypowiedzi do odbiorczyń) i opublikowany w marcu 1929 r. w krótszej wersji w magazynie „The Forum” pod tytułem Women and Fiction, a w wersji pełnej 24 października 1929 roku nakładem londyńskiego wydawnictwa Hogarth Press, założonego w 1917 r. przez Virginię Woolf i jej męża Leonarda. Również w 1929 roku ukazało się amerykańskie wydanie opublikowane przez Harcourt, Brace&Co w Nowym Jorku. Do pierwszych tłumaczeń eseju zalicza się przekład na język hiszpański Jorge Luisa Borgesa (Un cuarto propio) publikowany w odcinkach w argentyńskim piśmie literackim „Sur” w l. 1935–1936. Pierwsze polskie tłumaczenie wyszło w 1997 r. Trafiające właśnie w ręce naszych czytelników tłumaczenie Agnieszki Morritt przekazane bibliotece Wolne Lektury i publikowane na wolnej licencji stanowi bodaj w jakiejś mierze realizację przyjacielskich wskazówek i pełnej nadziei wizji autorki eseju.

Własny pokój zyskał uznanie już za życia autorki i wszedł na trwałe do światowej literatury feministycznej, stając się punktem odniesienia, źródłem wątków i inspiracji oraz tworząc fundamentalną ramę namysłu nad obecnością kobiet w historii społecznej i w sztuce.

Forma i treść Własnego pokoju Virginii Woolf

Esej Woolf zajął tak ważną pozycję w historii literatury mimo lekkiej, częściowo fabularyzowanej i pozornie kapryśnej formy. Dla uzyskania niezbędnego dystansu wobec tematu autorka tekstu przedzierzga się na naszych oczach w pewną postać (rodzaj every-woman), której przez większość utworu towarzyszymy w jej spacerach, obserwacjach i przemyśleniach (często przerywanych zresztą przez zaistniałe okoliczności, co nie bez znaczenia dla opisywanej kondycji kobiet w społeczeństwie). Stajemy się niejako świadkami powstawania autorskiej wypowiedzi.

Kolejne rozdziały opisują wizytę na uniwersytecie „z tradycjami” i siostrzanym kolegium żeńskim, wizytę w bibliotece dla sprawdzenia, co napisano o kobietach i ich możliwościach twórczych, następnie zawierają rozważania na temat tego, dlaczego nie było genialnych pisarek w dobie Szekspira (tu pojawia się sławny wątek „siostry Szekspira”) oraz jaki powinien być stan umysłu twórcy (genialnego, jak Szekspir) przy tworzeniu. Stan ten zostaje określony jako „twórczy żar”, w którym wszelkie istniejące urazy, żal do świata i ludzi, poczucie krzywdy czy pragnienie zemsty stapiają się niczym w piecu hutniczym, by wydać na świat dzieło o dźwięku czystym i donośnym.

Tego tonu szuka Wirginia Woolf, odtwarzając w wyobraźni (i na kartach swego tekstu) historię literatury kobiecej w Anglii i przedstawiając przy tym skondensowaną analizę warunków społecznych powstawania literatury: stąd tytuł eseju tylko pozornie daleko odbiega od zadanego tematu. Samodzielność finansowa i życiowa, tj. możność decydowania o sobie jest wskazana jako fundamentalny warunek twórczości. Drugim równie ważnym filarem sztuki jest dziedzictwo — dla kobiet jest ono wątpliwe, obce. Jednakże dzięki rozpoznaniom i przyjacielskim wskazówkom autorki eseju współczesne twórczynie zyskują kobiecą genealogię i mogą się w niej osadzić, aby, zgodnie z serdecznym życzeniem Woolf, mówić własnym głosem, pozostawać blisko osobistego doświadczenia rzeczywistości i formować spuściznę, którą odziedziczą przyszłe pokolenia.

Esej Virginii Woolf Własny pokój w nowym tłumaczeniu Agnieszki Morritt możesz czytać w bibliotece Wolne Lektury online, a także pobrać PDF lub e-book w formacie EPUB lub MOBI. Tekst pełen literackich odniesień i aluzji został opatrzony licznymi przypisami przybliżającymi kontekst literacki, społeczny i kulturowy eseju. Zawiera on również fragmenty nowych przekładów poezji dokonanych przez Piotra Marcinkowa.

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Virginia Woolf
Własny pokój
tłum. Agnieszka Morritt, Piotr Marcinków
Epoka: Dwudziestolecie międzywojenne Rodzaj: Epika Gatunek: esej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 192

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Virginia Woolf

Własny pokój

tłum. Agnieszka Morritt, Piotr Marcinków

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.

ISBN-978-83-288-8371-0

Własny pokój

Esej oparty na dwóch referatach dla Towarzystwa Sztuk przy Kolegium Newnham oraz Stowarzyszenia Studenckiego ODTAA1 przy Kolegium Girton przedstawionych w październiku 1928 r. Referaty były zbyt długie do odczytania w całości; później zostały zmienione i rozszerzone.

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

Rozdział pierwszy

Ale, ale! Przecież miałam mówić o kobietach i literaturze. Możecie zapytać: co ma z tym wspólnego własny pokój? Postaram się to wyjaśnić.

Ponieważ poprosiłyście o wykład na temat kobiet i literatury pięknej, usiadłam nad brzegiem rzeki i zaczęłam rozmyślać nad znaczeniem tych słów. Być może chodzi po prostu o kilka uwag na temat Fanny Burney2, nieco więcej o Jane Austen3, ukłon w stronę sióstr Brontë4 oraz szkic przyprószonej śniegiem plebanii w Haworth5. Do tego można by dodać kilka błyskotliwych uwag o pannie Mitford6, wyrazy uznania wobec George Eliot7 oraz wzmiankę o pani Gaskell8 — i temat byłby wyczerpany. Po głębszym zastanowieniu stwierdziłam jednak, że te słowa nie są wcale takie proste. Tytuł „Kobiety i literatura piękna” może oznaczać — i być może tak właśnie chciałybyście go rozumieć — kobiety oraz to, jakie są, bądź kobiety i literaturę, jaką tworzą, albo też kobiety i literaturę na ich temat, a być może wszystkie te znaczenia są ze sobą nierozerwalnie powiązane i życzycie sobie, abym przedstawiła je właśnie w tym świetle. Gdy jednak zaczęłam o nim myśleć w tym ostatnim sensie, który zresztą wydał mi się najbardziej interesujący, odkryłam, że ma on zasadniczą wadę: otóż nigdy nie będę w stanie wyciągnąć jakiegokolwiek ostatecznego wniosku. Nie będę mogła spełnić najważniejszego obowiązku prelegenta, czyli po godzinie wykładu przedstawić ziarenko czystej prawdy, którą można pieczołowicie zapisać na kartkach zeszytu i na zawsze przechowywać nad kominkiem. Mogę jedynie przedstawić opinię dotyczącą jednej małej kwestii — otóż aby kobieta mogła tworzyć literaturę, musi mieć pieniądze i własny pokój. Jak wkrótce zauważycie, z tego właśnie powodu zasadniczy problem, jakim jest istota kobiety oraz istota literatury, pozostaje bez rozwiązania. Uchyliłam się od obowiązku wyciągnięcia wniosku w tych dwóch kwestiach — kobiety i literatura piękna pozostają, w moim przekonaniu, problemami nierozwiązanymi. W ramach zadośćuczynienia postaram się jednak jak najlepiej wykazać, w jaki sposób wyrobiłam sobie opinię dotyczącą pokoju i pieniędzy. Rozwinę przed wami jak najpełniej i jak najswobodniej tok myślowy, który doprowadził mnie do tego punktu widzenia. Gdy obnażę przekonania, bądź uprzedzenia, leżące u podstaw takiego twierdzenia, przyznacie być może, że mają one pewien wpływ na kobiety, ale także i na literaturę. W każdym razie, jeśli chodzi o temat budzący duże kontrowersje — a jest nim każda kwestia dotycząca płci — nikt nie jest w stanie ustalić prawdy. Możliwe jest jedynie wskazanie drogi, którą doszło się do określonego stanowiska, oraz ułatwienie odbiorcom wyciągnięcia własnych wniosków, w których uwzględnią oni ograniczenia, uprzedzenia oraz swoiste cechy prelegenta. W tym przypadku fikcja literacka będzie zapewne zawierać więcej prawdy niż suche fakty. Zamierzam więc skorzystać z pełnej dowolności i swobody, na jaką pozwala się powieściopisarzom, aby opowiedzieć o dwóch dniach poprzedzających moje przybycie tutaj. Opowiem wam, jak, przytłoczona wagą tematu spoczywającego na moich barkach, rozmyślałam o nim często podczas codziennych zajęć. Nie muszę chyba zaznaczać, że będę opisywać rzeczy nieistniejące — Oxbridge jest wytworem fantazji, podobnie jak Fernham9, a „ja” jest jedynie przydatnym słówkiem oznaczającym kogoś, kogo tak naprawdę wcale nie ma. Z moich ust popłyną kłamstwa, ale być może będzie w nich także odrobina prawdy — waszym zadaniem jest doszukanie się jej i uznanie, czy cokolwiek z tego, co powiem, jest warte zapamiętania. W przeciwnym razie możecie oczywiście wyrzucić całość do śmietnika i o wszystkim zapomnieć.

Oto więc ja (mogę się nazywać Mary Beton, Mary Seton, Mary Carmichael10 lub jakkolwiek sobie życzycie — nie ma to najmniejszego znaczenia) jakiś tydzień lub dwa tygodnie temu w pogodny październikowy dzień usiadłam nad brzegiem rzeki i zatopiłam się w rozmyślaniach. Temat, o którym mówimy — „Kobiety i literatura piękna” — oraz konieczność dojścia do jakiegoś wniosku w kwestii budzącej różnorodne uprzedzenia i gorące emocje przygniatał mi kark ku ziemi jak jarzmo. Na prawo i lewo jakieś krzewy pałały kolorami — złotem i karmazynem — zdawało się wręcz, że przypala je żar płomieni. Dalej na brzegu niezmiennie lamentowały płaczące wierzby z włosami opadającymi na ramiona. Rzeka odbijała dowolnie wybrane fragmenty nieba, mostu i płonącego drzewa, ale gdy wiosłujący student przepłynął przez nie łodzią, tafla zamknęła się ponownie, a refleksy zniknęły, jakby ich nigdy nie było. Można tam było siedzieć godzinami i rozmyślać. Myśl — nadajmy jej dumniejsze miano niż na to zasługuje — zarzuciła wędkę w nurt strumienia. Kołysała się to tu, to tam wśród refleksów i wodorostów, pozwalając wodnej toni unosić ją i znowu zatapiać aż — znacie to lekkie szarpnięcie — nagły zlepek idei na końcu żyłki, a potem ostrożne podbieranie i wyciąganie na brzeg? Niestety jakże mała i nieistotna zdawała się ułożona na trawie moja myśl — jak mała rybka, którą dobry rybak wypuszcza do wody, aby jeszcze urosła, nabrała ciała i dopiero któregoś dnia była warta ugotowania i zjedzenia. Nie będę was teraz tą myślą zajmować, choć jeśli poszukacie uważniej, możecie ją znaleźć w moich dalszych wywodach.

Myśl była wprawdzie mała, lecz miała tajemniczą właściwość — wrzucona znowu w tok rozumowania stawała się ponownie bardzo intrygująca i istotna, rzucała się to tu, to tam, nurkowała i wyskakiwała, budząc tak silny prąd i żywy nurt idei, że nie można było spokojnie usiedzieć na miejscu. Dlatego właśnie nagle zerwałam się i ruszyłam szybkim krokiem przez trawnik. Natychmiast jednak pojawił się mężczyzna, który próbował mnie powstrzymać. W pierwszej chwili nie zdawałam sobie sprawy, że żywa gestykulacja dziwnej figury we fraku i wieczorowej koszuli była skierowana do mnie. Jego twarz wyrażała grozę i oburzenie. Instynkt podsunął mi wyjaśnienie szybciej niż rozum: on jest Pedlem11, a ja kobietą. Tu jest trawa, a tu ścieżka. Wstęp dozwolony wyłącznie Wykładowcom i Członkom akademii — dla mnie odpowiednim miejscem jest żwirowa alejka. Takie właśnie myśli przemknęły mi wtedy przez głowę. Gdy wróciłam na ścieżkę, ramiona Pedla opadły, a na jego twarz powrócił spokój. Co prawda po trawie chodzi się lepiej niż po żwirze, lecz nie doznałam wielkiej szkody, a przeciw Wykładowcom i Członkom tego czy owego kolegium nie mogłabym wytoczyć innego zarzutu oprócz tego, iż wskutek obrony ich trawników, regularnie pielęgnowanych przez trzysta lat, gdzieś zapodziała się moja mała rybka.

Nie mogłam sobie już przypomnieć, jaki to pomysł spowodował, że tak bezczelnie wtargnęłam na teren chroniony. Duch pokoju zstąpił jak obłok niebiański, gdyż jeśli gdziekolwiek panuje spokój, to z pewnością na placach i dziedzińcach Oxbridge w pogodne październikowe przedpołudnie. Podczas spaceru przez świetne kolegia, wśród prastarych gmachów zdaje się, że chropowata teraźniejszość wygładza się. Ciało jest jakby zamknięte w cudownej szklanej gablocie, przez którą nie przenikają żadne dźwięki, a umysł uwolniony od kontaktu z faktami może swobodnie (o ile nie wtargniemy ponownie na trawnik) oddawać się medytacji na dowolny temat w harmonii z obecną chwilą. Jak to czasem bywa, wspomnienie jakiegoś starego eseju o powrocie do Oxbridge w czasie wakacji przywiodło mi na myśl Charlesa Lamba12 — Świętego Charlesa, jak mawiał Thackeray13, przykładając do czoła list poety. Rzeczywiście ze wszystkich nieżyjących (przytaczam tu moje myśli, tak jak płynęły) Charles Lamb jest jednym z najbardziej poczciwych. Miałoby się ochotę zapytać: „Powiedz mi, jak pisałeś swoje eseje?”, gdyż, moim zdaniem, jego eseje przewyższają nawet prace Maxa Beerbohma14, pomimo całej ich doskonałości. Pojawiający się w nich nagle dziki przebłysk wyobraźni i błyskawica geniuszu powodują, że, choć niedoskonałe i nie bez skazy, są jednak rozświetlone gwiazdą poezji. Charles Lamb przybył więc do Oxbridge jakieś sto lat temu i z pewnością napisał esej15 (tytuł umknął mi w tej chwili) o rękopisie jednego z wierszy Miltona16, który tu zobaczył. Być może był to Lycidas. Lamb pisał, jak zadziwiająca była dla niego myśl, że jakiekolwiek słowo tego poematu mogło się różnić od jego obecnej formy, a to że Milton mógł zmienić słowa tego wiersza uznał za świętokradztwo. Później próbowałam przypomnieć sobie jak najwięcej z Lycidasa i zabawiać się zgadywaniem, któreż to słowa Milton mógł zmienić i dlaczego. Uświadomiłam sobie wtedy, że ten właśnie rękopis, któremu przyglądał się Lamb, znajduje się zaledwie kilkaset metrów stąd, więc mogłabym tak jak on przejść przez dziedziniec do słynnej biblioteki17 kryjącej ten skarb. Przemieniając natychmiast mój zamiar w czyn, przypomniałam sobie również, że w tym właśnie słynnym księgozbiorze przechowywany jest także rękopis Esmonda Thackeraya. Zdaniem krytyków Esmond to najdoskonalsza z powieści Thackeraya, chociaż, o ile sobie przypominam, afektacja stylu imitującego osiemnasty wiek utrudnia czytanie — chyba że osiemnastowieczny styl był faktycznie dla Thackeraya czymś naturalnym. Można by się o tym przekonać, przyglądając się rękopisowi, aby stwierdzić, czy zmiany miały poprawić styl, czy też dotyczyły sensu słów. Oczywiście należałoby wpierw ustalić, czym jest styl, a czym znaczenie i jest to pytanie... ale oto właśnie stanęłam przed drzwiami wiodącymi do biblioteki. Zapewne otworzyłam je, gdyż natychmiast zastąpił mi drogę srebrnowłosy dżentelmen, uprzedzająco grzeczny, jak anioł stróż w trzepocie czarnej togi zamiast białych skrzydeł, i skierował mnie z powrotem do wyjścia, z żalem zawiadamiając półgłosem, że panie mają wstęp do biblioteki wyłącznie w towarzystwie wyższego rangą Członka Akademii lub za okazaniem pisma polecającego.

Sławetnej bibliotece było najzupełniej obojętne, że skaziła ją obecnością kobieta. Szacowna i pełna spokoju ukryła swoje skarby w przepastnym wnętrzu i zapadła w sen, który, jeśli o mnie chodzi, może być wiecznym. Schodząc po schodach, ze złością poprzysięgłam sobie, że nigdy już nie obudzę panującego tu echa i nie poproszę o udzielenie gościny. Do obiadu pozostała jednak jeszcze godzina — co zrobić z tym czasem? Przechadzać się po łąkach czy siedzieć nad rzeką? Było to rzeczywiście śliczne jesienne przedpołudnie — czerwone liście opadały z trzepotem na ziemię — więc żadne z tych zajęć nie wymagałoby zbyt wiele wysiłku. Doszły mnie jednak dźwięki muzyki. Odbywało się jakieś nabożeństwo lub uroczystość. Gdy mijałam drzwi kaplicy, rzewnie zabrzmiały organy. W tak spokojnym powietrzu nawet smutek chrześcijaństwa przypomniał bardziej jego własny pogłos niż prawdziwy żal, a jęk starych organów był jakby otulony spokojem. Nie miałam ochoty wchodzić, nawet gdybym miała do tego prawo — tym razem mógł mnie zatrzymać zakrystian, żądając może świadectwa chrztu lub listu polecającego od dziekana. Z zewnątrz te wspaniałe budynki są często tak samo piękne jak ich wnętrza, a do tego zabawnie było przyglądać się gromadzącym się wiernym, którzy wchodzili i wychodzili, krzątając się przy drzwiach kaplicy jak pszczoły przy wlocie do ula. Wielu było ubranych w birety i togi, niektórzy mieli na ramionach futerko18, innych wtoczono na wózkach, zaś inni, chociaż nie przekroczyli jeszcze wieku średniego, wyglądali na zmiętych i ugniecionych w kształty tak osobliwe, że przypominali gigantyczne kraby czy raki sunące z wysiłkiem po piasku akwarium. Oparta o mur myślałam, że Uniwersytet zdaje się w istocie być rezerwatem chroniącym rzadkie okazy, które szybko by wymarły, gdyby musiały walczyć o przetrwanie wyrzucone na chodnik londyńskiego Strandu. Zaczęły mi się przypominać stare historie o wiekowych dziekanach i sędziwych nauczycielach akademickich, ale zanim zebrałam się na odwagę, aby gwizdnąć, gdyż powiadano kiedyś, że na dźwięk gwizdka stary Profesor *** ruszał natychmiast galopem, szacowne grono wiernych weszło do środka. Pozostało jednak otoczenie kaplicy19, a jak wam wiadomo, jej wysokie kopuły i wieżyczki oświetlone nocą są widoczne z odległości wielu mil zza dalekich wzgórz jak wiecznie płynący, ale nigdy nieprzybywający do celu żaglowiec. Zapewne w miejscu, gdzie obecnie znajduje się dziedziniec z równo przystrzyżonymi trawnikami i wielkie budowle, a nawet sama kaplica, też były kiedyś bagna, szumiały trawy, a w ziemi ryły świnie. Myślałam o tym, jak konie i woły zaprzęgnięte do wozów musiały ciągnąć kamienie z dalekich stron, a potem z ogromnym wysiłkiem ustawiano po kolei jeden na drugim szare bloki, w których cieniu teraz stoję, a potem malarze przywieźli szkło na okna, a później kamieniarze pracowali z mozołem na dachu przez całe wieki zaprawą, cementem, kielnią i szpadlem. Co sobota ktoś musiał sypać złotem i srebrem ze skórzanej sakiewki w ich pradawne dłonie, gdyż wieczorem chcieli zapewne coś wypić i się zabawić. Niekończący się strumień srebra i złota musiał zapewne płynąć stale na ten plac, aby przywożono kamienie i aby kamieniarze mogli pracowali — kopać rowy i doły, równać i osuszać. Była to jednak epoka wiary, więc pieniądze płynęły szerokim strumieniem, aby kamienie spoczęły na głębokich fundamentach. A kiedy ułożono już kamienie, ze szkatuł królów, królowych i wielkich panów sypało się jeszcze więcej pieniędzy, żeby można było śpiewać tu hymny i kształcić uczonych. Nadawano ziemie i płacono dziesięciny. A gdy już przeminęła epoka wiary i nadeszła epoka rozumu, srebro i złoto płynęło dalej takim samym strumieniem. Nadal fundowano stypendia i opłacano wykładowców, ale teraz srebro i złoto nie pochodziło ze skarbca królewskiego, lecz ze szkatuł kupców i fabrykantów, z kies bogaczy, którzy zbili fortunę, powiedzmy, w przemyśle, a potem zapisali w testamentach szczodrą jej część na opłacenie nowych katedr, stypendiów i stanowisk na uczelniach, gdzie sami uczyli się swojego rzemiosła. Tak powstały biblioteki, laboratoria i obserwatoria wspaniale wyposażone w kosztowne i delikatne instrumenty, które obecnie stoją w szklanych gablotach, w miejscu, gdzie niegdyś szumiały trawy i ryły świnie. Gdy przechadzałam się po dziedzińcu, fundamenty ze srebra i złota były z pewnością głębokie, a chodniki ułożono solidnie na dzikich trawach. Mężczyźni z tacami na głowach zbiegali z jednych schodów i śpieszyli na inne. Jaskrawe kwiaty rozkwitały w skrzynkach na okiennych parapetach. Z wewnętrznych pomieszczeń dobiegały hałaśliwie dźwięki gramofonu. Nie można było oprzeć się refleksji... została ona jednak nagle przerwana, gdyż na zegarze wybiła pełna godzina. Czas na obiad.

Jakie to dziwne, że powieściopisarzom udało się przekonać nas, iż uroczyste obiady nieodmiennie zapadają w pamięć dlatego, że ktoś powiedział albo zrobił coś wyjątkowo mądrego, lecz rzadko poświęcają choćby jedno słowo temu, co podano do jedzenia. Zgodnie z konwencją powieści nie wspomina się o zupie ani o łososiu, ani o kaczce, jak gdyby zupa, łosoś i kaczka nie miały najmniejszego znaczenia, jakby nikt nigdy nie wypalił cygara ani nie wypił kieliszka wina. W tym miejscu jednak pozwolę sobie naruszyć tę konwencję i powiedzieć, że przy tej okazji najpierw podano sole zanurzone w głębokiej misie, na które kucharz kolegium nałożył kożuszek bielutkiej śmietanki w kilku miejscach nakrapianej brązowymi plamkami niczym boki łani. Następnie pojawiły się kuropatwy, ale mylicie się, jeśli wyobrażacie sobie parę łysych, burych ptaków na talerzu. Kuropatwy, rozliczne i różnorodne, przybyły w otoczeniu świty sosów i sałatek, na ostro i na słodko, w odpowiedniej kolejności, do tego ziemniaki pokrojone w cienkie talarki, ale nie tak twarde jak monety, oraz brukselki rozkwitające jak pąki róż, ale bardziej soczyste. Gdy tylko poradzono sobie z pieczystym i przystawkami, oto bezszelestnie usługujący sam Pedel we własnej, być może łagodniejszej osobie, postawił przed nami deser otoczony wieńcem serwet wyłaniający się słodko spośród fal. Nazwać go leguminą i w ten sposób skojarzyć z ryżem i tapioką byłoby obelgą. Tymczasem kieliszki na wino mieniły się złotem i szkarłatem, opróżniały się i ponownie napełniały. W ten sposób, schodząc stopniowo w dół kręgosłupa będącego siedzibą duszy, zamiast błyskotliwości, która szybko pojawia się na ustach i znika jak ostre światło elektryczne, rozpalał się bursztynowo, głębszy, podziemny i subtelny płomień racjonalnej konwersacji. Nie trzeba się śpieszyć, nie trzeba błyszczeć, nie trzeba udawać kogoś innego. Wszyscy pójdziemy do nieba, a towarzyszyć nam będzie van Dyck.20 Innymi słowy, jakże przyjemne zdawało się życie, jak słodkie jego przyjemności, jak błahe drobne żale bądź skrywane urazy, jakże wspaniała przyjaźń i towarzystwo ludzi naszego pokroju, gdy, zapalając dobrego papierosa, zapadałam się w poduszki na szerokim okiennym parapecie.

Gdyby szczęśliwym trafem znalazła się w pobliżu popielniczka, gdybym z powodu jej braku nie strzepnęła popiołu przez okno, gdyby sprawy ułożyły się nieco inaczej, najprawdopodobniej nie ujrzałabym kota bez ogona. Widok tego niespodziewanego, przyciętego zwierzęcia przemierzającego ukosem na miękkich łapach dziedziniec nieoczekiwanym zrządzeniem podświadomej inteligencji zmienił dla mnie emocjonalne światło tej chwili. Miałam wrażenie, że ktoś rzucił na nią cień. Być może przestawało działać wyśmienite reńskie wino. Gdy patrzyłam na kota rasy manx, który przystanął na środku trawnika jakby on również zastanawiał się nad sensem wszechświata, byłam przekonana, że czegoś brakowało, coś się zmieniło. Ale czego brakowało? Co się zmieniło? — zadawałam sobie pytanie, przysłuchując się rozmowie. Aby odpowiedzieć, musiałam przenieść się myślami poza tę salę, w przeszłość aż przed wojną21 i przywołać wspomnienie innego uroczystego obiadu, który odbył się całkiem niedaleko stąd, ale który był zupełnie inny. Wszystko było inne. Tymczasem teraz liczni goście, którymi byli młodzi ludzie płci obojga, rozmawiali ze sobą — płynnie i swobodnie, przyjemnie i zabawnie. A gdy tak się im przysłuchiwałam i porównywałam z pogawędką toczoną w przeszłości, stwierdziłam, że obecna rozmowa jest jej prawowitą spadkobierczynią. Nic się nie zmieniło, nic nie było inne oprócz tego, że tutaj do moich uszu dochodziło niezupełnie to, co mówiono, ale raczej szept albo szum rozbrzmiewający w tle. Tak, to właśnie była ta zmiana. Przed wojną na podobnym przyjęciu ludzie mówiliby dokładnie to samo, ale brzmiałoby to inaczej, ponieważ wtedy słyszalne byłoby coś w rodzaju nucenia, bez słów, lecz śpiewnego, podniecającego dźwięku zmieniającego barwę wypowiadanych słów. Czy takie nucenie można wyrazić w słowach? Być może z pomocą przyszliby tu poeci. Obok mnie leżała książka, więc otworzyłam ją i trafiłam przypadkowo na Tennysona22. Tak oto znalazłam jego pieśń:

Tam spadła najsłodszej łzy kropla 
z męczennic kwitnących przy bramie.  
Już tu biegnie, moja droga, moja słodka;  
Już tu biegnie, moja wiara, mój testament.  
Głos róży czerwonej: «Już zaraz ją spotkasz!»  
«Skąd pewność?» brzmi białych róż lament,  
«Coś słyszę, coś słyszę!» wnet woła stokrotka,  
I tylko szept lilii: «Czekamy». 23

Czy to właśnie nucili mężczyźni podczas uroczystych obiadów przed wojną? A kobiety?

Serce jest jak ptak, co śpiewa 
W gnieździe pośród kaskad liści;  
Serce jest jak młode drzewo, 
Które dźwiga skarb soczysty;  
Serce jest jak barwna muszla, 
Śniąca w morza błogim łonie;  
Serce moje jest szczęśliwsze — 
Mój kochany przyszedł do mnie.24. 

Czy to właśnie nuciły przed wojną kobiety podczas uroczystych obiadów?

Myśl o tym, że przed wojną ludzie nucili sobie takie rzeczy podczas obiadu, choćby nawet pod nosem, była tak niedorzeczna, że wybuchnęłam śmiechem i musiałam wytłumaczyć moje rozbawienie, wskazując na kota rasy manx, który faktycznie wyglądał dość absurdalnie — biedaczysko bez ogona na środku trawnika. Czy rzeczywiście urodził się taki, czy może stracił ogon w wypadku? Koty bez ogona, choć podobno żyją na Wyspie Man, widuje się rzadziej niż by można przypuszczać. Jest to osobliwe zwierzę — oryginalne raczej niż piękne. Kto by pomyślał, że ogon jest taki ważny — uwagi tego typu wypowiada się, gdy towarzystwo rozchodzi się po przyjęciu, a goście szukają płaszczy i kapeluszy.

Akurat to przyjęcie, dzięki gościnności gospodarza, trwało do późnego popołudnia. Pogodny październikowy dzień chylił się ku zachodowi, a liście opadały z drzew na alejkę, którą kroczyłam. Zdawało mi się, że bramy zamykają się za mną jedna po drugiej miękko, lecz ostatecznie. Niezliczeni pedle zamykali dobrze naoliwione zamki niezliczonymi kluczami, po czym skarbiec został zaryglowany na kolejną noc. Alejka dochodzi do drogi — nie pamiętam jej nazwy — prowadzącej do Fernham, trzeba tylko skręcić we właściwym miejscu. Było jeszcze mnóstwo czasu, gdyż kolacja miała zostać podana dopiero o wpół do ósmej. Właściwie po takim obiedzie nie trzeba nawet jeść kolacji. Niesłychane, jak fragmencik wiersza działa na umysł i powoduje, że nogi poruszają się w jego rytmie. Te słowa —

Tam spadła najsłodszej łzy kropla 
z męczennic kwitnących przy bramie.  
Już tu biegnie, moja droga, moja słodka; 

śpiewały mi we krwi, gdy śpieszyłam w stronę Headingley25, a potem, zmieniając metrum, zaśpiewałam w miejscu, gdzie burzyła się spiętrzona woda:

Serce jest jak ptak, co śpiewa 
W gnieździe pośród kaskad liści; 
Serce jest jak młode drzewo, 

— Cóż to byli za poeci! — wykrzyknęłam na głos, tak jak woła się o zmierzchu — Cóż za poeci!

Z pewną zazdrością w imieniu naszej epoki, gdyż takie porównania są raczej niemądre, zastanawiałam się, czy można szczerze wymienić dwóch żyjących obecnie poetów tak wielkich jak Tennyson i Christina Rossetti26. Oczywiście uznałam, patrząc w spienioną wodę, że porównywanie ich jest niemożliwe. Poezja wzbudza w nas uwielbienie i zachwyt właśnie dlatego, że wysławia pewne uczucia z chwil minionych (na przykład z uroczystych obiadów przed wojną), na które reagujemy prosto i bezpośrednio, bez wysiłku, jakiego wymagałoby zastanawianie się nad nimi lub porównywanie z tym, co jest teraz. Poeci żyjący wyrażają zaś uczucia, które powstają i są z nas wyrwane w chwili obecnej. Nie rozpoznajemy ich od razu, często obawiamy się ich z jakiegoś powodu, oglądamy je uważnie i porównujemy zazdrośnie i podejrzliwie ze starymi uczuciami znanymi z przeszłości. Na tym polega problem ze współczesną poezją i właśnie dlatego trudno jest przypomnieć sobie więcej niż dwa kolejne wersy jakiegokolwiek dobrego współczesnego poety. Wobec tego — to znaczy dlatego, że zawiodła mnie pamięć — argument padł z braku dalszego materiału. Dlaczego jednak, zastanawiałam się, krocząc dalej w kierunku Headingley, przestaliśmy nucić pod nosem podczas uroczystych obiadów? Dlaczego Alfred już nie śpiewa:

Już tu biegnie, moja droga, moja słodka; 

Dlaczego Christina już nie odpowiada:

Serce moje jest szczęśliwsze — 
Mój kochany przyszedł do mnie. 

Czy możemy obwiniać wojnę? Gdy w sierpniu 1914 r. wystrzeliły działa, a mężczyźni i kobiety spojrzeli na siebie, czy wyraz ich twarzy zdradzał, że zabito miłość? Z pewnością wstrząsem był widok naszych władców w świetle artyleryjskiego ognia (szczególnie dla kobiet ze względu na złudzenia o wykształceniu i tak dalej). Niemcy, Anglicy, Francuzi wyglądali tak odpychająco i tępo. Bez względu jednak na co, czy na kogo, zrzucimy winę, pewne jest, że iluzja, która natchnęła Tennysona i Christinę Rossetti do namiętnej pieśni na powitanie ukochanej osoby jest dzisiaj spotykana rzadziej niż dawniej. Aby sobie o niej przypomnieć, trzeba tylko czytać, patrzeć i słuchać. Dlaczego jednak mówimy o winie? Jeśli to była iluzja, może należałoby chwalić katastrofę, jaka by ona nie była, która zniszczyła majak i na jego miejsce objawiła prawdę? Gdyż prawda... Ten wielokropek oznacza miejsce, w którym, poszukując prawdy, przegapiłam zakręt do Fernham. No właśnie — zastanawiałam się — co jest prawdą, a co iluzją? Na przykład, co jest prawdą o tych domach27, przyciemnionych i odświętnych, z oknami pałającymi czerwienią teraz o zmierzchu, ale które będą wyglądać na surowe, zaczerwienione i nędzne, z cukierkami czy sznurówkami, o dziewiątej rano? A te wierzby i rzeka, i schodzące ku niej ogrody — teraz majaczące niewyraźnie we mgle, ale czerwono-złote w promieniach słońca — który obraz jest prawdziwy, a który jest iluzją? Daruję wam wszystkie te zawiłe ścieżki, którymi biegły moje myśli, gdyż na drodze do Headingley nie znalazłam odpowiedzi, natomiast, jak możecie sobie wyobrazić, dostrzegłam wkrótce, że minęłam zakręt, więc zawróciłam na właściwą dróżkę do Fernham.

Ponieważ powiedziałam już, że był to dzień październikowy, nie chcę stracić waszego szacunku oraz narazić dobrego imienia literatury pięknej, zmieniając nagle porę roku i opisując bzy zwisające z ogrodowych murów, krokusy, tulipany i inne wiosenne kwiaty. Literatura piękna, opisując fikcję musi się trzymać faktów, a im bliższa jest prawdy, tym lepsza — w każdym razie tak się nam mówi. Z tego więc względu nadal jest jesień, żółte liście nadal opadają, może nawet szybciej niż wcześniej, ponieważ jest już wieczór (dokładnie dwadzieścia trzy po siódmej) i zerwał się lekki wiaterek (mówiąc ściśle z kierunku południowo-zachodniego). Mimo wszystko działo się coś dziwnego:

Serce jest jak ptak, co śpiewa 
W gnieździe pośród kaskad liści;  
Serce jest jak młode drzewo, 
Które dźwiga skarb soczysty; 

Być może słowa Christiny Rossetti były po części przyczyną tego wybryku wyobraźni — bo z pewnością było to tylko złudzenie — gdyż kwiaty bzu drżały nad ogrodowym murem, tu i tam fruwały motylki cytrynki, a w powietrzu unosił się kwiatowy pyłek. Powiew wiatru z niewiadomego mi kierunku unosił na wpół rozwinięte, migoczące w powietrzu srebrnoszare listki. Była to chwila pomiędzy światłami, gdy kolory nabierają intensywności, złoto i purpura rozpalają okienne szyby jak bicie niespokojnego serca, a piękno świata dziwnym trafem objawia się, aby zaraz przeminąć (w tym miejscu wtargnęłam do ogrodu, gdyż wejście było nieopatrznie otwarte, a w pobliżu nie było żadnego pedla). Przemijające piękno świata jak obosieczny miecz — z jednej strony śmiech, z drugiej cierpienie — rozcina serce na pół28. Dzikie i otwarte ogrody Fernham rozpościerały się przede mną w wiosennym półmroku, a w wysokiej trawie rozrzucone nieporządnie żonkile i dzwonki, prawdopodobnie nigdy niezbyt karne, kołysały się na wietrze, pociągając za korzonki. Okna budynku wygięte jak na okręcie wśród obfitych fal z czerwonej cegły zmieniały kolor z cytrynowego na srebrny pod wpływem szybko płynących wiosennych chmur. Ktoś leżał w hamaku, ktoś — lecz w tym świetle były to tylko zjawy, na pół widziane, na pół wyobrażone — ktoś przebiegł przez trawnik — czy nikt jej nie zatrzyma? — a po chwili na tarasie pojawiła się, aby na chwilę odetchnąć i spojrzeć na ogród, przygarbiona postać, imponująca i skromna jednocześnie, z dumnym czołem i w znoszonej sukni — czy może to być słynna uczona, czy to możliwe, że to J. H.29 we własnej osobie? Obraz był przyciemniony, ale jednocześnie wyraźny, jak gdyby szal zarzucony na ogród przez zmierzch rozcięła gwiazda lub ostrze szpady — szrama jakiejś straszliwej rzeczywistości wyłoniła się, jak to zwykle bywa, z serca wiosny. Gdyż młodość...

Podano mi zupę. Kolację spożywano w wielkiej jadalni30