Nawiedzony dom - Virginia Woolf - ebook

Nawiedzony dom ebook

Virginia Woolf

3,5

Opis

Małe arcydzieła Virginii Woolf

Kompletny tom „małych próz” Virginii Woolf. Opowiadania, nowele, szkice, krótkie teksty sytuujące się między esejem, rozważaniem i marzeniem. Niektóre ukazały się drukiem za życia pisarki, inne nigdy nie były publikowane. Pierwsze pochodzą z początku XX wieku, ostatnie z 1940 roku. Czytelnicy mogą poznać Virginię Woolf jako mistrzynię przejmujących i zaskakujących małych form, które pisała przez całe życie. Dopełniają jej wielkie powieści i mają wartość same w sobie, pozwalając prześledzić zmiany w sposobie postrzegania i przetwarzania rzeczywistości przez pisarkę.

Jeśli są „urodzeni” pisarze i „urodzone” pisarki, to należy do nich Virginia Woolf. Czytam jej „Nawiedzony dom” i przekonuję się, że urodziła się gotową pisarką. (…) Śledzę rozwój pisarki poprzez dzienniki i te krótkie fragmenty prozy. Czasami trudno nawet nazwać je opowiadaniami, rozsadzają formalne ramy. Sprawiają wrażenie porzuconych obrazów, które nie znalazły się na wystawie, bo albo nie starczyło miejsca, albo malarz nie miał dla nich serca. Uznał je za szkice większych prac. Dopiero gdy zostały w pracowni po śmierci autora, przyszedł znawca i urządził retrospektywę. Są doskonale napisane, bronią się same, nie wymagają korekty.

Krystyna Kofta, „Nowe Książki”

Virginia Woolf eksperymentowała z krótkimi formami od 1906 roku. Opowiadania traktowała jako drobną przyjemność, rozrywkę, na którą mogła sobie czasem pozwolić. Ale – jak sama zaznaczała – to właśnie one stały się tunelem prowadzącym ku nowym formom.

„Bluszcz”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (11 ocen)
2
2
6
1
0
Sortuj według:
Tyska23

Z braku laku…

Generalnie dla mnie bardzo ciężka. Historie (opowiadania) jakieś takie niespójne, brak morału, brak historii. I do tego język ciężki. Generalnie sięgnęłam po nią skuszona zadaniem wyzwaniem Lubimy Czytać, ale strasznie się rozczarowałam bo jednak słyszałam, że książki tej autorki to klasyka literatury.
10

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu: A HAUN­TED HO­USE. THE COM­PLE­TE SHOR­TER FIC­TION
Opie­ka re­dak­cyj­na: ANI­TA KA­SPE­REK, AN­DRZEJ STA­ŃCZYK
Re­dak­cja: WE­RO­NI­KA KO­SI­ŃSKA
Ko­rek­ta: AGNIESZ­KA URBA­NOW­SKA, JU­STY­NA CHMIE­LEW­SKA, ALEK­SAN­DRA SZCZE­PAN, MA­ŁGO­RZA­TA WÓJ­CIK
Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: ANNA POL-PAW­ROW­SKA
Re­dak­tor tech­nicz­ny: RO­BERT GĘBUŚ
© Co­py­ri­ght for the Po­lish trans­la­tion by Mag­da Hey­del © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2012, 2022
Wy­da­nie trze­cie
ISBN 978-83-08-04964-8
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Ksi­ęgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Phyl­lis i Ro­sa­mond

W tych na­szych dziw­nych cza­sach, kie­dy co­raz częściej do­ma­ga­my się por­tre­tów lu­dzi, ich umy­słów i ich płasz­czy, wier­ny szkic, na­ry­so­wa­ny bez wiel­kiej wpra­wy, ale za to zgod­nie z praw­dą, może mieć pew­ną war­to­ść.

Niech ka­żdy, usły­sza­łam któ­re­goś dnia, opi­sze ze szcze­gó­ła­mi wła­sny dzień pra­cy; nasi po­tom­ni będą za­do­wo­le­ni z po­sia­da­nia ta­kie­go ka­ta­lo­gu tak samo jak my, gdy­by­śmy do­sta­li za­pis tego, jak odźwier­ny w te­atrze Glo­be oraz do­zor­ca par­ku spędzi­li so­bo­tę, 18 mar­ca roku Pa­ńskie­go 1568.

A po­nie­waż ist­nie­jące por­tre­ty do­ty­czą nie­mal wy­łącz­nie płci męskiej, z wi­ęk­szą mocą wkra­cza­jącej na sce­nę, to war­to, jak sądzę, wzi­ąć za mo­del jed­ną z licz­nych ko­biet, któ­re przy­cup­nęły w cie­niu. Stu­dia nad hi­sto­rią i bio­gra­fią prze­ko­na­ją bo­wiem ka­żde­go roz­sąd­ne­go czło­wie­ka, że nie­zna­ne oso­by gra­ją rolę łu­dząco po­dob­ną do tej, któ­rą w ta­ńcu ma­rio­ne­tek od­gry­wa ręka lal­ka­rza: to jego pa­lec do­ty­ka ich ser­ca. Praw­da, przez wie­le lat na­sze na­iw­ne oczy wie­rzy­ły, że po­sta­ci ta­ńczą z wła­snej woli i wy­ci­na­ją ta­kie ho­łub­ce, ja­kie same so­bie za­my­ślą, tym­cza­sem owo stron­ni­cze świa­tło, któ­rym po­wie­ścio­pi­sa­rze i hi­sto­ry­cy za­częli od ja­kie­goś cza­su roz­ja­śniać ciem­ne i tłocz­ne prze­strze­nie za sce­ną, nie przy­nio­sło jak do­tąd wie­le, lecz ujaw­ni­ło, ile tam trzy­ma­nych w nie­wi­docz­nych rękach dru­ci­ków, któ­rych ru­chy i szarp­ni­ęcia de­cy­du­ją o ta­ńcu ca­łej fi­gur­ki. Ni­niej­szy wstęp wie­dzie nas do punk­tu wy­jścia: za­mie­rza­my przyj­rzeć się mo­żli­wie naj­spo­koj­niej nie­wiel­kiej grup­ce lu­dzi ży­jących w tej chwi­li (20 czerw­ca 1906 roku); z po­wo­dów, któ­re za­raz ujaw­ni­my, wy­da­je się nam, że uosa­bia ona ce­chy wie­lu po­dob­nych gru­pek. Jest to przy­pa­dek po­wszech­ny, osta­tecz­nie bo­wiem ist­nie­je bar­dzo wie­le mło­dych ko­biet uro­dzo­nych w bo­ga­tych, sza­no­wa­nych urzęd­ni­czych ro­dzi­nach i wszyst­kie z pew­no­ścią na­po­ty­ka­ją ten sam ro­dzaj pro­ble­mów, wo­bec cze­go nie może być, nie­ste­ty, mowy o znacz­nych ró­żni­cach w od­po­wie­dziach, ja­kich udzie­la­ją.

Jest ich pięć, same cór­ki, co ze smut­kiem pod­kre­śla­ją: przez całe ży­cie, jak się wy­da­je, w imie­niu ro­dzi­ców wy­ra­ża­ją żal z po­wo­du tego po­cząt­ko­we­go błędu. Po­nad­to po­dzie­lo­ne są na obo­zy: dwie star­sze po­zo­sta­ją w opo­zy­cji wo­bec dwóch młod­szych. Pi­ąta waha się mi­ędzy obo­za­mi. Na­tu­ra zde­cy­do­wa­ła, że dwie z nich odzie­dzi­czą nie­ugi­ęte­go wa­lecz­ne­go du­cha, któ­ry z po­wo­dze­niem i bez przy­kro­ści po­dej­mu­je kwe­stie eko­no­mii po­li­tycz­nej i pro­ble­mów spo­łecz­nych, tym­cza­sem po­zo­sta­łe dwie uczy­ni­ła fi­glar­ny­mi do­ma­tor­ka­mi o ła­twiej­szych i wra­żliw­szych cha­rak­te­rach. To one za­tem ska­za­ne zo­sta­ły na los – jak to się okre­śla w na­rze­czu na­sze­go stu­le­cia – „có­rek w domu”. Ich sio­stry, zde­cy­do­wa­ne kszta­łcić swój in­te­lekt, idą na stu­dia, do­brze so­bie ra­dzą i wy­cho­dzą za pro­fe­so­rów. Ich ka­rie­ry są tak po­dob­ne do tych, któ­re ro­bią mężczy­źni, że wła­ści­wie nie war­to pod­da­wać ich szcze­gó­ło­wej ana­li­zie. Pi­ąta sio­stra ma mniej wy­ra­źny cha­rak­ter niż czte­ry po­zo­sta­łe, ale wy­cho­dzi za mąż w wie­ku dwu­dzie­stu dwóch lat, tak że pra­wie nie ma cza­su, by roz­wi­nąć in­dy­wi­du­al­ne ce­chy mło­dej damy, któ­re za­mie­rza­my tu opi­sy­wać. Tym­cza­sem owe dwie „cór­ki w domu”, czy­li Phyl­lis i Ro­sa­mond, jak je na­zwie­my, są do­sko­na­łym ma­te­ria­łem do stu­diów.

Parę fak­tów po­zwo­li nam umie­ścić je na wła­ści­wych miej­scach, za­nim za­głębi­my się w ana­li­zę. Phyl­lis ma lat dwa­dzie­ścia osiem, Ro­sa­mond – dwa­dzie­ścia czte­ry. Są ład­ne i żywe, mają ró­żo­we licz­ka, do­cie­kli­we oko nie do­strze­że w nich zwy­kłe­go pi­ęk­na ry­sów, lecz strój i za­cho­wa­nie nada­ły im po­zór pi­ęk­na, choć po­zba­wio­ne­go sub­stan­cji. Wy­da­je się, że są rdzen­ny­mi miesz­kan­ka­mi sa­lo­ni­ku, zu­pe­łnie jak­by uro­dzi­ły się w je­dwab­nych suk­niach wie­czo­ro­wych i ni­g­dy nie stąpa­ły po grun­cie mniej rów­nym niż tu­rec­ki dy­wan ani nie spo­czy­wa­ły na podło­żu tward­szym niż fo­tel czy sofa. Zo­ba­czyć je w sa­lo­nie wy­pe­łnio­nym do­brze ubra­ny­mi mężczy­zna­mi i ko­bie­ta­mi to tak jak zo­ba­czyć kup­ca w bu­dyn­ku gie­łdy albo praw­ni­ka w sądzie. To wła­śnie – prze­ko­nu­je nas o tym ka­żdy gest i ka­żde sło­wo – jest ich ro­dzin­na at­mos­fe­ra, ich śro­do­wi­sko za­wo­do­we, ich are­na. To tu­taj upra­wia­ją sztu­ki do­sko­na­lo­ne od dzie­ci­ństwa. Tu­taj za­pew­ne od­no­szą swe zwy­ci­ęstwa i tu za­ra­bia­ją na chleb. Ale ci­ągnąć tę me­ta­fo­rę da­lej, do mo­men­tu aż będzie do­sko­na­ła we wszyst­kich swo­ich skład­ni­kach, by­ło­by rów­nie nie­po­czci­we, co ła­twe. Ta me­ta­fo­ra za­wo­dzi, ale stwier­dze­nie gdzie i dla­cze­go wy­ma­ga nie­co cza­su i uwa­gi.

Trze­ba mieć mo­żli­wo­ść podąże­nia za tymi mło­dy­mi da­ma­mi do domu i po­słu­cha­nia tego, o czym mó­wią przy bla­sku świe­cy w sy­pial­ni. Trze­ba tam być ta­kże wte­dy, gdy obu­dzą się na­stęp­ne­go ran­ka, i przez cały dzień pil­nie śle­dzić ich dzia­ła­nia. Tyl­ko wte­dy, i to nie na pod­sta­wie jed­ne­go dnia, ale wie­lu dni, mo­żna oce­nić war­to­ść wra­że­nia, ja­kie owe damy wy­wie­ra­ją wie­czo­ra­mi w sa­lo­nie.

Z uży­tej me­ta­fo­ry za­cho­waj­my tyl­ko tyle: sa­lon ozna­cza dla nich pra­cę, a nie za­ba­wę. To sta­je się ca­łkiem oczy­wi­ste już w sce­nie po­wro­tu po­wo­zem do domu. Lady Hib­bert jest su­ro­wą ju­ror­ką po­dob­nych wy­stępów, stwier­dza, czy jej cór­ki wy­gląda­ły do­brze, czy do­brze się od­zy­wa­ły, za­cho­wy­wa­ły, czy sku­pi­ły na so­bie uwa­gę od­po­wied­nich osób i od­stra­szy­ły nie­wła­ści­we, czy ogól­ne wra­że­nie, ja­kie po­zo­sta­wi­ły, jest po­zy­tyw­ne. Z licz­by i szcze­gó­ło­wo­ści jej uwag mo­żna wy­wnio­sko­wać, że ta­kie dwu­go­dzin­ne przy­jęcie dla ar­ty­stek ich po­kro­ju jest za­da­niem sza­le­nie sub­tel­nym i skom­pli­ko­wa­nym. A od tego, jak się spi­szą, za­le­ży – ta­kie mo­żna od­nie­ść wra­że­nie – bar­dzo wie­le. Cór­ki od­po­wia­da­ją po­kor­nie, a po­tem mil­czą, bez względu na to, czy mat­ka chwa­li je, czy gani; a jej oce­na jest su­ro­wa. Kie­dy wresz­cie są same – dzie­lą nie­wiel­ką sy­pial­nię na naj­wy­ższym pi­ętrze pa­skud­ne­go domu – prze­ci­ąga­ją się i wzdy­cha­ją z ulgą. Ich roz­mo­wa nie jest zbyt bu­du­jąca, przy­po­mi­na han­dlo­we roz­mo­wy lu­dzi biz­ne­su; ob­li­cza­ją zy­ski i stra­ty i robi się ja­sne, że mają na względzie wy­łącz­nie wła­sny in­te­res. A prze­cież mo­żna było usły­szeć, jak szcze­bio­cą o ksi­ążkach i przed­sta­wie­niach te­atral­nych, i o ma­lar­stwie, jak­by to były kwe­stie naj­bar­dziej zaj­mu­jące, jak­by roz­mo­wa o nich była je­dy­ną mo­ty­wa­cją do tego, by po­ja­wić się na „przy­jęciu”.

A jed­nak w tej go­dzi­nie nie­zbyt pi­ęk­nej otwar­to­ści mo­żna do­strzec ta­kże coś nie­zwy­kle szcze­re­go. Sio­stry na­praw­dę bar­dzo się lu­bią. Ich uczu­cie przy­bra­ło za­sad­ni­czo po­stać loży ma­so­ńskiej, w któ­rej nie ma krzty sen­ty­men­ta­li­zmu – po­dzie­la­ją wszel­kie na­dzie­je i oba­wy – i wbrew po­zo­rom jest to uczu­cie au­ten­tycz­ne i głębo­kie. We wszyst­kich wspól­nych dzia­ła­niach są bar­dzo uczci­we, a w po­de­jściu młod­szej sio­stry do star­szej ob­ja­wia się wręcz pew­na ry­cer­sko­ść. To ona, jako słab­sza ze względu na swój wiek, musi za­wsze otrzy­mać wszyst­ko, co naj­lep­sze. Jest coś pa­te­tycz­ne­go we wdzi­ęcz­no­ści, z jaką Phyl­lis przyj­mu­je owe względy. Ale robi się pó­źno, więc z sza­cun­ku dla swo­jej cery mło­de ko­bie­ty in­te­re­su upo­mi­na­ją się na­wza­jem, że czas naj­wy­ższy zga­sić świa­tło.

Po­mi­mo tej prze­zor­no­ści, kie­dy rano zo­sta­ją zbu­dzo­ne, chęt­nie by jesz­cze po­spa­ły. Ale Ro­sa­mond wy­ska­ku­je z łó­żka i po­trząsa Phyl­lis.

– Phyl­lis, spó­źni­my się na śnia­da­nie!

Ar­gu­ment ten mu­siał mieć znacz­ną siłę, bo­wiem Phyl­lis wsta­ła i w ci­szy za­częła się ubie­rać. Po­mi­mo po­śpie­chu sio­stry odzia­ły się jed­nak z wiel­ką sta­ran­no­ścią i zręcz­no­ścią, a za­nim ze­szły na dół, re­zul­tat pod­da­ły szcze­gó­ło­wej wza­jem­nej in­spek­cji. Kie­dy wcho­dzi­ły do po­ko­ju ja­dal­ne­go, ze­gar wy­bił dzie­wi­ątą: oj­ciec już tam był, ob­da­rzył ka­żdą zdaw­ko­wym ca­łu­sem, pod­su­nął swo­ją fi­li­żan­kę, by na­la­no mu kawy, przej­rzał ga­ze­tę i znik­nął. Po­si­łek mi­jał w mil­cze­niu. Lady Hib­bert ja­da­ła u sie­bie, a cór­ki po śnia­da­niu mu­sia­ły zło­żyć jej wi­zy­tę, by ode­brać po­le­ce­nia na cały dzień; pod­czas gdy jed­na no­to­wa­ła coś dla mat­ki, dru­ga szła do ku­char­ki za­or­dy­no­wać obiad i ko­la­cję. O je­de­na­stej były wol­ne na ja­kiś czas i spo­ty­ka­ły się w po­ko­ju lek­cyj­nym, gdzie Do­ris, ich naj­młod­sza sio­stra, lat szes­na­ście, pi­sa­ła po fran­cu­sku wy­pra­co­wa­nie o Ma­gna Char­ta. Na­rze­ka­nia, że jej prze­szka­dza­ją – bo Do­ris już ma­rzy­ła o naj­wy­ższej oce­nie – nie spo­tka­ły się ze zro­zu­mie­niem.

– Mu­si­my tu sie­dzieć, nie ma in­ne­go miej­sca – stwier­dzi­ła Ro­sa­mond.

– Nie mu­sisz do­trzy­my­wać nam to­wa­rzy­stwa.

Uwa­gi te wy­gło­szo­ne zo­sta­ły bez go­ry­czy, ot, zwy­kłe co­dzien­ne stwier­dze­nia.

A jed­nak z sza­cun­ku dla sio­stry Phyl­lis wzi­ęła do ręki tom Ana­to­la Fran­ce’a, a Ro­sa­mond otwo­rzy­ła Stu­dia grec­kie Wal­te­ra Pa­te­ra. Przez parę mi­nut czy­ta­ły w ci­szy, po­tem za­pu­ka­ła po­ko­jów­ka i bez tchu wy­sa­pa­ła:

– Pani pro­si pa­nien­ki do sa­lo­nu.

Jęk­nęły. Ro­sa­mond za­pro­po­no­wa­ła, że pój­dzie sama, Phyl­lis po­wie­dzia­ła: nie, prze­cież obie są ofia­ra­mi, i roz­my­śla­jąc, ja­kie otrzy­ma­ją po­le­ce­nie, nadąsa­ne ze­szły na dół. Lady Hib­bert ocze­ki­wa­ła ich z nie­cier­pli­wo­ścią.

– No, są wresz­cie! – wy­krzyk­nęła. – Wasz oj­ciec przy­słał wia­do­mo­ść, że na lunch za­pro­sił pana Mid­dle­to­na i sir Tho­ma­sa Ca­re­wa. Czy to nie kło­po­tli­we? Za­cho­dzę w gło­wę, co go pod­ku­si­ło, żeby ich za­pro­sić, a lun­chu nie ma – i wi­dzę, Phyl­lis, że nie uło­ży­łaś kwia­tów. Ro­sa­mond, a ty mu­sisz mi przy­szyć świe­ży ża­bo­cik do tej kasz­ta­no­wej suk­ni. O mój Boże, jacy bez­my­śl­ni są mężczy­źni.

Cór­ki były przy­zwy­cza­jo­ne do ta­kich oska­rżeń pod ad­re­sem ojca; na ogół sta­ły po jego stro­nie, ale ni­g­dy tego nie oka­zy­wa­ły.

W ci­szy od­da­li­ły się, by wy­ko­nać po­le­ce­nia. Phyl­lis mu­sia­ła wy­jść i ku­pić kwia­ty oraz do­dat­ko­we da­nie na lunch, Ro­sa­mond za­bra­ła się do szy­cia.

Z tru­dem zdo­ła­ły wy­pe­łnić za­da­nia na czas, by prze­brać się przed po­si­łkiem. Nie­mniej o pierw­szej trzy­dzie­ści, za­ró­żo­wio­ne i uśmiech­ni­ęte, we­szły do ogrom­ne­go, pom­pa­tycz­ne­go po­ko­ju ja­dal­ne­go. Pan Mid­dle­ton, se­kre­tarz sir Wil­lia­ma Hib­ber­ta, był mło­dym czło­wie­kiem o pew­nej po­zy­cji i per­spek­ty­wach, jak okre­śla­ła go lady Hib­bert, mo­żna go było więc ośmie­lać. Sir Tho­mas, urzęd­nik w tym sa­mym biu­rze, przy­sa­dzi­sty i po­da­grycz­ny, to nie­zła fi­gu­ra na sza­chow­ni­cy, ale jako oso­ba nie miał wi­ęk­sze­go zna­cze­nia.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki