Nawiedzony dom - Virginia Woolf - ebook
Opis

Dorobek nowelistyczny Virginii Woolf jest znaczny i znaczący, wciąż jednak pozostaje w cieniu jej powieści. Woolf za życia wydała tylko jeden tom opowiadań; wiele z nich ukazało się w periodykach, ale dopiero po śmierci pisarki zostały zebrane w nowy tom. W sumie Virginia jest autorką ponad czterdziestu ukończonych opowiadań i kilkunastu nieukończonych. Wśród nich znajdują się uznane za arcydzieła małej prozy Ogrody Kew czy Znak na ścianie, opowiadania eksperymentalne, a także studia psychologiczne, w tym portrety postaci z Pani Dalloway

Nawiedzony dom to tom opowiadań Virginii Woolf, zarówno tych najbardziej znanych, jak i nigdy dotąd niepublikowanych.

Virginia Woolf (1882–1941) – angielska powieściopisarka i eseistka, jedna z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku, autorka . Lat, Fal, Pani Dalloway, Do latarni morskiej, Między aktami czy Pokoju Jakuba.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2012
Tytuł oryginału: A HANNTED HOUSE. THE COMPLETE SHORTER FICTION
Redakcja: WERONIKA KOSIŃSKA
Korekta: AGNIESZKA URBANOWSKA, JUSTYNA CHMIELEWSKA,ALEKSANDRA SZCZEPAN, MAŁGORZATA WÓJCIK
Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
© Copyright for the Polish translation by Magda Heydel
© Copyright for this edition byWydawnictwo Literackie,
Wydanie I elektroniczne
Kraków 2012
ISBN 978-83-08-04964-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 430 00 96 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c. wersja 1
I Wczesne opowiadania
Phyllis i Rosamond

W tych naszych dziwnych czasach, kiedy coraz częściej domagamy się portretów ludzi, ich umysłów i ich płaszczy, wierny szkic, narysowany bez wielkiej wprawy, ale za to zgodnie z prawdą, może mieć pewną wartość.

Niech każdy, usłyszałam któregoś dnia, opisze ze szczegółami własny dzień pracy; nasi potomni będą zadowoleni z posiadania takiego katalogu tak samo jak my, gdybyśmy dostali zapis, jak odźwierny w teatrze Globe oraz dozorca parku spędzili sobotę, 18 marca roku Pańskiego 1568.

A ponieważ istniejące portrety dotyczą niemal wyłącznie płci męskiej, z większą mocą wkraczającej na scenę, to warto, jak sądzę, wziąć za model jedną z licznych kobiet, które przycupnęły w cieniu. Studia nad historią i biografią przekonają bowiem każdego rozsądnego człowieka, że nieznane osoby grają rolę łudząco podobną do tej, którą w tańcu marionetek odgrywa ręka lalkarza: jego palec dotyka ich serca. To prawda, przez wiele lat nasze naiwne oczy wierzyły, że postaci tańczą z własnej woli i wycinają takie hołubce, jakie sobie zamyślą, tymczasem owo stronnicze światło, którym powieściopisarze i historycy zaczęli od jakiegoś czasu rozjaśniać ciemne i tłoczne przestrzenie za sceną, nie przyniosło jak dotąd wiele, lecz ujawniło, ile tam trzymanych w niewidocznych rękach drucików, których ruchy i szarpnięcia decydują o tańcu całej figurki. Niniejszy wstęp wiedzie nas do punktu wyjścia: zamierzamy przyjrzeć się możliwie najspokojniej niewielkiej grupce ludzi żyjących w tej chwili (20 czerwca 1906 roku); z powodów, które zaraz ujawnimy, wydaje się nam, że uosabia ona cechy wielu podobnych grupek. Jest to przypadek powszechny, ostatecznie bowiem istnieje bardzo wiele młodych kobiet urodzonych w bogatych, szanowanych urzędniczych rodzinach i wszystkie z pewnością napotykają ten sam rodzaj problemów, wobec czego nie może być, niestety, mowy o znacznych różnicach w odpowiedziach, jakich udzielają.

Jest ich pięć, same córki, co ze smutkiem podkreślają: przez całe życie w imieniu rodziców, jak się wydaje, wyrażają żal z powodu tego początkowego błędu. Ponadto podzielone są na obozy: dwie starsze pozostają w opozycji wobec dwóch młodszych. Piąta waha się między obozami. Natura zdecydowała, że dwie z nich odziedziczą nieugiętego walecznego ducha, który z powodzeniem i bez przykrości podejmuje kwestie ekonomii politycznej i problemów społecznych, podczas gdy pozostałe dwie uczyniła figlarnymi domatorkami o łatwiejszych i wrażliwszych charakterach. To one zatem skazane zostały na los — jak to się określa w narzeczu naszego stulecia — „córek w domu”. Ich siostry, zdecydowane kształcić swój intelekt, idą na studia, dobrze sobie radzą i wychodzą za profesorów. Ich kariery są tak podobne do tych, które robią mężczyźni, że właściwie nie warto poddawać ich szczegółowej analizie. Piąta siostra ma mniej wyraźny charakter niż cztery pozostałe, ale wychodzi za mąż w wieku dwudziestu dwóch lat, tak że prawie nie ma czasu, by rozwinąć indywidualne cechy młodej damy, które zamierzamy tu opisywać. Tymczasem owe dwie „córki w domu”, czyli Phyllis i Rosamond, jak je nazwiemy, są doskonałym materiałem do studiów.

Parę faktów pozwoli nam umieścić je na właściwych miejscach, zanim zagłębimy się w analizę. Phyllis ma lat dwadzieścia osiem, Rosamond — dwadzieścia cztery. Są ładne i żywe, mają różowe liczka, dociekliwe oko nie dostrzeże w nich zwykłego piękna rysów, lecz strój i zachowanie nadawały im pozór piękna, choć pozbawionego substancji. Wydaje się, że są rdzennymi mieszkankami saloniku, zupełnie jakby urodziły się w jedwabnych sukniach wieczorowych i nigdy nie stąpały po gruncie mniej równym niż turecki dywan ani nie spoczywały na podłożu twardszym niż fotel czy sofa. Zobaczyć je w salonie wypełnionym dobrze ubranymi mężczyznami i kobietami to tak jak zobaczyć kupca w budynku giełdy albo prawnika w sądzie. To właśnie — przekonuje nas o tym każdy gest i każde słowo — jest ich rodzinna atmosfera, ich środowisko zawodowe, ich arena. To tutaj uprawiają sztuki doskonalone od dzieciństwa. Tutaj zapewne odnoszą swe zwycięstwa i tu zarabiają na chleb. Ale ciągnąć tę metaforę dalej, do momentu aż będzie doskonała we wszystkich swoich składnikach, byłoby równie niepoczciwe, co łatwe. Ta metafora zawodzi, ale stwierdzenie gdzie i dlaczego wymaga nieco czasu i uwagi.

Trzeba mieć możliwość podążenia za tymi młodymi damami do domu i posłuchania tego, o czym mówią przy blasku świecy w sypialni. Trzeba tam być także wtedy, gdy obudzą się następnego ranka, i przez cały dzień pilnie śledzić ich działania. Tylko wtedy, i to nie na podstawie jednego dnia, ale wielu dni, można ocenić wartość wrażenia, jakie owe damy wywierają wieczorami w salonie.

Z użytej metafory zachowajmy tylko tyle: salon oznacza dla nich pracę, a nie zabawę. To staje się całkiem oczywiste już w scenie powrotu powozem do domu. Lady Hibbert jest surową jurorką podobnych występów, stwierdza, czy jej córki wyglądały dobrze, czy dobrze się odzywały, zachowywały, czy skupiły na sobie uwagę odpowiednich osób i odstraszyły niewłaściwe, czy ogólne wrażenie, jakie pozostawiły, jest pozytywne. Z liczby i szczegółowości jej uwag można wywnioskować, że takie dwugodzinne przyjęcie dla artystek ich pokroju jest zadaniem szalenie subtelnym i skomplikowanym. A od tego, jak się spiszą, zależy — takie można odnieść wrażenie — bardzo wiele. Córki odpowiadają pokornie, a potem milczą, bez względu na to, czy matka chwali je, czy gani; a jej ocena jest surowa. Kiedy wreszcie są same — dzielą niewielką sypialnię na najwyższym piętrze paskudnego domu — przeciągają się i wzdychają z ulgą. Ich rozmowa nie jest zbyt budująca, przypomina handlowe rozmowy ludzi biznesu; obliczają zyski i straty i robi się jasne, że mają na względzie wyłącznie własny interes. A przecież można było usłyszeć, jak szczebiocą o książkach i przedstawieniach teatralnych, i o malarstwie, jakby to były kwestie najbardziej zajmujące, jakby rozmowa o nich była jedyną motywacją do tego, by pojawić się na „przyjęciu”.

A jednak w tej godzinie niezbyt pięknej otwartości można dostrzec także coś niezwykle szczerego. Siostry naprawdę bardzo się lubią. Ich uczucie przybrało zasadniczo postać loży masońskiej, w której nie ma krzty sentymentalizmu — podzielają wszelkie nadzieje i obawy — i wbrew pozorom jest to uczucie autentyczne i głębokie. We wszystkich wspólnych działaniach są bardzo uczciwe, a w podejściu młodszej siostry do starszej objawia się wręcz pewna rycerskość. To ona, jako słabsza ze względu na swój wiek, musi zawsze otrzymać wszystko, co najlepsze. Jest coś patetycznego we wdzięczności, z jaką Phyllis przyjmuje owe względy. Ale robi się późno, więc z szacunku dla swojej cery młode kobiety interesu upominają się nawzajem, że czas najwyższy zgasić światło.

Pomimo tej przezorności, kiedy rano zostają zbudzone, chętnie by jeszcze pospały. Ale Rosamond wyskakuje z łóżka i potrząsa Phyllis.

— Phyllis, spóźnimy się na śniadanie!

Argument ten musiał mieć znaczną siłę, bowiem Phyllis wstała i w ciszy zaczęła się ubierać. Pomimo pośpiechu siostry odziały się jednak z wielką starannością i zręcznością, a zanim zeszły na dół, rezultat poddały szczegółowej wzajemnej inspekcji. Kiedy wchodziły do pokoju jadalnego, zegar wybił dziewiątą: ojciec już tam był, obdarzył każdą zdawkowym całusem, podsunął swoją filiżankę, by nalano mu kawy, przejrzał gazetę i zniknął. Posiłek mijał w milczeniu. Lady Hibbert jadała u siebie, a córki po śniadaniu musiały złożyć jej wizytę, by odebrać polecenia na cały dzień; podczas gdy jedna notowała coś dla matki, druga szła do kucharki zaordynować obiad i kolację. O jedenastej były wolne na jakiś czas i spotykały się w pokoju lekcyjnym, gdzie Doris, ich najmłodsza siostra, lat szesnaście, pisała po francusku wypracowanie o Magna Charta. Narzekania, że jej przeszkadzają — bo Doris już marzyła o najwyższej ocenie — nie spotkały się ze zrozumieniem.

— Musimy tu siedzieć, nie ma innego miejsca — stwierdziła Rosamond.

— Nie musisz dotrzymywać nam towarzystwa.

Uwagi te wygłoszone zostały bez goryczy, ot, zwykłe codzienne stwierdzenia.

A jednak z szacunku dla siostry Phyllis wzięła do ręki tom Anatola France’a, a Rosamond otworzyła Studia greckie Waltera Patera. Przez parę minut czytały w ciszy, potem zapukała pokojówka i bez tchu wysapała:

— Pani prosi panienki do salonu.

Jęknęły. Rosamond zaproponowała, że pójdzie sama, Phyllis powiedziała: nie, przecież obie są ofiarami, i rozmyślając, jakie otrzymają polecenie, nadąsane zeszły na dół. Lady Hibbert oczekiwała ich z niecierpliwością.

— No, są wreszcie! — wykrzyknęła. — Wasz ojciec przysłał wiadomość, że na lunch zaprosił pana Middletona i sir Thomasa Carewa. Czy to nie kłopotliwe? Zachodzę w głowę, co go podkusiło, żeby ich zaprosić, a lunchu nie ma — i widzę, Phyllis, że nie ułożyłaś kwiatów. Rosamond, a ty musisz mi przyszyć świeży żabocik do tej kasztanowej sukni. O mój Boże, jacy bezmyślni są mężczyźni.

Córki były przyzwyczajone do takich oskarżeń pod adresem ojca; na ogół stały po jego stronie, ale nigdy tego nie okazywały.

W ciszy oddaliły się, by wykonać polecenia. Phyllis musiała wyjść i kupić kwiaty oraz dodatkowe danie na lunch, Rosamond zabrała się do szycia.

Z trudem zdołały wypełnić zadania na czas, by przebrać się przed posiłkiem. Niemniej o pierwszej trzydzieści, zaróżowione i uśmiechnięte, weszły do ogromnego, pompatycznego pokoju jadalnego. Pan Middleton, sekretarz sir Williama Hibberta, był młodym człowiekiem o pewnej pozycji i perspektywach, jak określała go lady Hibbert, można go było więc ośmielać. Sir Thomas, urzędnik w tym samym biurze, przysadzisty i podagryczny, to niezła figura na szachownicy, ale jako osoba nie miał większego znaczenia.

Przy stole rozwinęła się żartobliwa rozmowa między panem Middletonem a Phyllis, tymczasem starsi głębokimi, dźwięcznymi głosami wygłaszali banały. Rosamond zasadniczo milczała, jak to miała w zwyczaju, rozmyślając intensywnie nad charakterem sekretarza, który może zostać jej szwagrem, i weryfikując teorie, które snuła przy każdym kolejnym wypowiadanym przez niego słowie. Pan Middleton był, za obopólną zgodą, zdobyczą jej siostry, nie wchodziła więc w szkodę. Gdyby ktoś mógł odczytać jej myśli, kiedy przysłuchiwała się opowieściom sir Thomasa o Indiach lat sześćdziesiątych, odkryłby, że zajmowały ją dość zawiłe kalkulacje: Middletonik, jak go nazwała, nie był wcale taki zły, miał swój rozum, z tego, co wiedziała, był dobrym synem, będzie więc i dobrym mężem. Do biednych nie należał, miał szanse na awans w administracji. Psychologiczne wyczucie mówiło jej jednak, że jest raczej ograniczony, że nie ma za grosz tego, co uznawała za wyobraźnię czy intelekt, a poza tym zbyt dobrze znała swoją siostrę, by nie wiedzieć, że owego wydajnego, pracowitego człowieczka ona nigdy nie pokocha, choć będzie go szanowała. Pytanie brzmiało: czy powinna za niego wychodzić? Do tego punktu doszła w momencie, kiedy zamordowano lorda Mayo, a podczas gdy jej usta wydawały ochy i achy przerażenia, wzrok telegraficznie nadał ponad stołem wiadomość: „Mam wątpliwości”. Gdyby skinęła głową, jej siostra zaczęłaby uprawiać sztuczki, dzięki którym już wiele razy złożono oświadczyny. Rosamond jednak wciąż nie miała wystarczających danych, by podjąć decyzję. Zatelegrafowała więc tylko: „Graj dalej”.

Panowie wyszli zaraz po lunchu, a lady Hilbert szykowała się do drzemki. Zanim jednak wyszła, przywołała do siebie Phyllis.

— No, cóż tam, moja droga — powiedziała z większą czułością niż okazywana dotychczas — czy przyjemnie spędziłaś czas? Czy pan Middleton był miły?

Poklepała córkę po policzku i żarliwie spojrzała jej w oczy. Po twarzy Phyllis przemknął wyraz rozdrażnienia i odpowiedziała apatycznie:

— Ach, nie jest z niego zły człowieczek, ale jakoś mnie nie zachwyca.

Twarz lady Hibbert zmieniła się w okamgnieniu: jeśli wyglądała przed chwilą na dobroduszną kotkę, która z powodów filantropijnych zabawia się myszką, teraz zmieniła się w najprawdziwsze zwierzę.

— Pamiętaj — warknęła — że to nie może trwać wiecznie. Spróbuj odrobinę powściągnąć swój egoizm, moja droga.

Gdyby otwarcie zaklęła, jej słowa nie byłyby przykrzejsze.

Zabrała się i poszła, a dziewczęta spojrzały po sobie z pełnym wyrazu grymasem.

— Nie mogłam się powstrzymać — odezwała się Phyllis z lekkim uśmieszkiem. — Chodźmy trochę odpocząć. Jaśnie pani nie wezwie nas przed czwartą.

Weszły na górę do sali lekcyjnej, teraz pustej, i opadły na fotele. Phyllis zapaliła papierosa, a Rosamond ssała miętówki, jakby mogły jej pomóc w myśleniu.

— No cóż, moja droga — odezwała się wreszcie Phyllis — co postanowimy? Mamy czerwiec, rodzice dali mi czas do lipca, a Middletonik jest jedyny.

— Poza... — zaczęła Rosamond.

— Tak, ale o nim nie mam co nawet myśleć.

— Moja biedna Phyllis! Wiesz, on nie jest taki zły.

— Czysty i trzeźwy, szczery i pracowity. Ach, stworzymy wzorową parę! Będziesz nas odwiedzać w Derbyshire.

— Mogłabyś zdobyć lepszą partię — ciągnęła Rosamond. — Ale oni dłużej już nie wytrzymają.

„Oni” oznaczało sir Williama i lady Hibbert.

— Ojciec zapytał mnie wczoraj, czym mogłabym się zająć, gdybym nie wyszła za mąż. Nic mi nie przyszło do głowy.

— Nie, bo my jesteśmy wychowane do małżeństwa.

— Ty mogłabyś się zająć czymś lepszym. Ale ja oczywiście jestem głupia, więc nie ma o czym mówić.

— A ja uważam, że małżeństwo to najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć, ale pod warunkiem, że wychodzisz za tego, za kogo chcesz.

— Tak, tak, wiem. To takie podłe. Ale nie ma co przeczyć faktom.

— Middleton — odrzekła krótko Rosamond. — Chwilowo on tu jest faktem. Czujesz coś do niego?

— Ani odrobinki.

— Mogłabyś za niego wyjść?

— Gdyby jaśnie pani mi kazała.

— To w każdym razie może być jakieś wyjście.

— Jak go oceniasz? — zapytała Phyllis, która na podstawie opinii siostry gotowa była zaakceptować albo odrzucić oświadczyny każdego mężczyzny. Rosamond, posiadaczka przenikliwego i bystrego umysłu, karmiła go jedynie ludzkim charakterem, a jej badania naukowe, z lekka zmącone osobistymi urazami, przynosiły zazwyczaj wiarygodne rezultaty.

— Jest bardzo dobry — zaczęła. — Doskonałe przymioty moralne: jasny umysł, da sobie radę w życiu, za grosz wyobraźni czy romantyczności, będzie dla ciebie bardzo sprawiedliwy.

— Krótko mówiąc, stworzymy dostojną parę, taką jak rodzice!

— Pytanie brzmi — kontynuowała Rosamond — czy warto przecierpieć jeszcze jeden rok niewolnictwa, zanim pojawi się kolejny kandydat? I kto to będzie? Simpson? Rogers? (Leiscetter?)

Każde z tych nazwisk wywoływało u jej siostry grymas.

— Zdaje się, że odpowiedź brzmi: dreptać w miejscu i utrzymywać pozory!

— Och, cieszmy się życiem póki czas! Gdyby nie ty, Rosamond, to już dziesięć razy wyszłabym za mąż.

— Trafiłabyś do sądu rozwodowego, moja droga.

— Na to jestem doprawdy zbyt porządna. Bez ciebie jestem taka słaba. Ale teraz mówmy o twoich sprawach.

— Moje sprawy mogą poczekać — odrzekła Rosamond rezolutnie.

I młode kobiety zajęły się omawianiem charakterów swoich znajomych, okazując przy tym sporo surowości i ani odrobiny miłosierdzia, aż nadeszła pora, by znowu się przebrać. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, wielkim poważaniem darzyły intelekt i traktowały go jako zasadniczy punkt swoich rozważań; po drugie, kiedy podejrzewały nieudane życie rodzinne, bądź też zawód w uczuciach, nawet jeśli chodziło o postaci najmniej atrakcyjne, ich oceny niezmiennie łagodniały i przepełniało je współczucie.

O czwartej wraz z lady Hibbert ruszyły składać wizyty. Czynność ta polegała na dostojnym przemieszczaniu się od domu do domu, wszędzie tam, gdzie bywały na obiedzie lub miały nadzieję bywać, i przekazywaniu lokajowi dwóch czy trzech bilecików. W jednym miejscu wypiły po filiżance herbaty, rozmawiając przy tym o pogodzie dokładnie przez kwadrans. Na koniec przetoczyły się wolno przez park w jednej z parad pięknych powozów, które o tej porze w spacerowym tempie okrążały statuę Achillesa. Na obliczu lady Hibbert gościł niezmienny i nieruchomy uśmiech.

Na szóstą wróciły do domu, gdzie sir William podejmował właśnie herbatą jednego ze swoich starszych kuzynów z małżonką. Tych ludzi można było traktować bez ceremonii, lady Hibbert poszła więc do siebie, żeby się położyć, zostawiając córkom pytania o to, jak się ma John i czy Milly wyszła już ze świnki.

— Pamiętaj, Williamie, na ósmą idziemy na kolację — powiedziała lady Hibbert, wychodząc z pokoju.

Phyllis pojechała z nimi; przyjęcie wydawał znany sędzia, a ona miała zabawiać pewnego szacownego członka palestry. Przynajmniej wobec niego nie musiała się tak starać, matka zaś ogarniała ją obojętnym wzrokiem. To było jak strumień czystej, zimnej wody, skonstatowała Phyllis, taka rozmowa na niezobowiązujące tematy z inteligentnym starszym panem. Nie prowadzili może abstrakcyjnych rozważań, niemniej on przedstawiał jej pewne fakty, a ona z przyjemnością stwierdzała, że świat wypełniony jest konkretnymi rzeczami, zupełnie niezależnymi od jej życia.

Kiedy wychodzili, Phyllis oświadczyła matce, że wybiera się do Tristramów, gdzie ma spotkać się z Rosamond. Lady Hibbert zasznurowała usta, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Świetnie”, tonem wskazującym, że przeszkodziłaby temu, gdyby tylko potrafiła wymyślić odpowiedni powód. Ale ponieważ sir William czekał, zamiast się sprzeczać, zmarszczyła brwi.

Wobec tego Phyllis sama udała się do odległej i niemodnej dzielnicy, gdzie mieszkali Tristramowie. Już to było powodem do zazdrości. Zdobione stiukami frontony, nieskazitelne rzędy domów Belgravii i South Kensington stanowiły dla Phyllis obraz jej losu, życia w tresurze, by rozwijać się zgodnie z paskudnym wzorem, odpowiadającym utrwalonemu paskudztwu otoczenia. Tymczasem ktoś, kto mieszka w Bloomsbury, rozmyślała, machając ręką, kiedy jej taksówka przejeżdżała przez te wielkie spokojne place, pod bladą zielenią cienistych drzew, może się rozwijać, jak chce. Tu są przestrzeń i wolność, a z gwaru i cudowności Strandu wyczytywała życiowe prawdy świata, przed którym tak skutecznie chroniły ją stiuki i kolumienki.

Taksówka zatrzymała się przed oświetlonymi oknami, z których — w letni wieczór były szeroko otwarte — rozmowy i życie toczące się wewnątrz sączyły się na ulicę. Niecierpliwie czekała, aż otworzą jej drzwi i zostanie zaproszona do środka. Kiedy jednak stała już w pokoju, w pełni uświadomiła sobie, że jej wygląd pasował do takich okazji jak suknie dam z obrazów Romneya. Ujrzała samą siebie, jak wkracza do zadymionego pomieszczenia, gdzie ludzie siedzą na podłodze, gospodyni jest ubrana w myśliwską kurtkę, trzyma drobną głowę wysoko, a usta ma zaciśnięte, jakby miała wygłosić epigram. W białym jedwabiu z wiśniowymi kokardkami Phyllis zwracała na siebie uwagę. Z niejakim poczuciem inności oddzielającej ją od reszty siedziała cichutko, niemal nie korzystając z momentów, kiedy starano się zachęcić ją do rozmowy. Przypatrywała się kilkunastu osobom usadowionym wokół z poczuciem zdumienia. Rozmowa dotyczyła pewnych obrazów, które wtedy wystawiano, a ich zalety omawiane były z dość technicznego punktu widzenia. Od czego Phyllis miałaby zacząć? Widziała te obrazy, ale czuła, że jej frazesy nie przetrwają niewątpliwej próby pytań i krytyki. Nie było tu też miejsca, wiedziała, na kobiece wdzięki, które mogą zdziałać tak wiele. Czas minął; dyskusja była gorąca i poważna, a żaden z przeciwników nie życzyłby sobie, by ją zakłócać nielogicznymi uwagami. Więc siedziała tylko i słuchała, czując się jak ptak z podciętymi skrzydłami; była bardziej, bo dotkliwiej, niepewna niż na balu czy w teatrze. Powtarzała sobie swój mały, gorzki aksjomacik, że jest między młotem a kowadłem, i starała się trzeźwo skupiać na tym, o czym była mowa. Z drugiego końca pokoju Rosamond dawała jej znać, że jest w takiej samej sytuacji.

W końcu dyskusja się zakończyła i rozmowa znów zeszła na ogólniejsze tematy, nikt jednak nie przepraszał za ścisły charakter, jaki przybrała, a konwersacja ogólna, jak skonstatowały panny Hibbert, nawet jeśli dotyczyła bardzie trywialnych zagadnień, z wyraźną pogardą odnosiła się do komunałów i nie miała żadnych zahamowań, by o tym informować. Było jednak zabawnie, a Rosamond całkiem dobrze spisała się w dyskusji nad pewną przywołaną postacią, chociaż nie bez zdziwienia stwierdziła, że jej najgłębsze obserwacje traktowane są jako punkty wyjścia do dalszych rozważań, a nie jako wnioski.

Poza tym panny Hibbert ze zdumieniem i lekkim niesmakiem odkryły, jak bardzo przylgnęło do nich wychowanie. Phyllis była gotowa sama wymierzyć sobie karę za moment instynktownego oburzenia na żart z chrześcijaństwa, który u Tristramów został opowiedziany i nagrodzony śmiechem tak swobodnie, jakby religia była sprawą zupełnie nieważną.

Jeszcze większe zdumienie jednak wywołał u nich sposób załatwiania tu spraw, na których się znały; przypuszczały bowiem, że nawet w tej dziwnej atmosferze „sprawy życiowe” zachowują znaczenie. Panna Tristram, młoda kobieta wielkiej urody i dobrze zapowiadająca się artystka, dyskutowała na temat małżeństwa z dżentelmenem, który przypuszczalnie był tą kwestią osobiście zainteresowany. Jednak swoboda i szczerość, z jaką oboje przedstawiali swoje poglądy i snuli refleksje na temat miłości i matrymonium, rzucała na rzecz całą nowe i absolutnie zaskakujące światło. Fascynowało to młode damy bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek widziały czy słyszały. Pochlebiały sobie dotychczas, że znany jest im każdy pogląd i każda strona tego zagadnienia, a tymczasem zobaczyły coś nie tylko całkiem nowego, ale i niewątpliwie szczerego.

— Nigdy jeszcze nikt mi się nie oświadczył. Zastanawiam się, jakie to uczucie — rozległ się naturalny i pełen zaciekawienia głos młodszej panny Tristram; a Phyllis i Rosamond poczuły, że powinny podzielić się swoimi doświadczeniami i pouczyć towarzystwo. Nie potrafiły jednak przyjąć tego dziwnego, nowego punktu widzenia, ich doświadczenia zresztą były zupełnie innego rodzaju. Dla nich miłość wynikała z pewnych zaplanowanych działań, a pielęgnowało się ją w salach balowych, w pachnących oranżeriach, przez ukradkowe spojrzenia, machnięcia wachlarzy i łamiące się sugestywnie tony. Tutaj miłość była krzepką, prostoduszną sprawą, widoczną dobrze w jasnym świetle dnia, nagą i solidną, którą można pomacać i obejrzeć, jeśli tylko ma się ochotę. Nawet gdyby pozwolono im kochać według własnego uznania, Phyllis i Rosamond nie były pewne, czy umiałyby kochać w ten sposób. W nagłym młodzieńczym odruchu całkowicie potępiły same siebie i nabrały przekonania, że wszelkie próby osiągnięcia wolności muszą spełznąć na niczym: długi czas spędzony w niewoli zepsuł je do szpiku kości.

Siedziały więc, nieświadome własnego milczenia, niczym osoby na chłodzie i wietrze odizolowane od toczącej się obok wesołej zabawy, niewidoczne dla bawiących się w ciepłym wnętrzu. Tak naprawdę jednak dla reszty towarzystwa obecność tych dwóch milczących młodych kobiet o wygłodniałych spojrzeniach była uciążliwa, choć trudno by było powiedzieć dlaczego, może się nudziły? Panny Tristram jednakże miały poczucie odpowiedzialności, dlatego panna Sylvia, młodsza z sióstr, po dłuższych naradach szeptem podjęła osobną rozmowę z Phyllis. Ona zaś rzuciła się na tę konwersację niczym pies na kość; jej twarz rzeczywiście przybrała surowy, wygłodniały wyraz, kiedy dostrzegła, że czas płynie, a ona nie ma dostępu do istoty tego dziwnego wieczoru. Ostatecznie nawet jeśli nie mogła brać w nim udziału, mogłaby przynajmniej wyjaśnić, co ją przed tym powstrzymuje. Marzyła o tym, by samej sobie udowodnić, że istnieją dobre powody tej niemożności, a jeśli miała poczucie, że panna Sylvia, pomimo swoich bezosobowych uogólnień, jest kobietą z krwi i kości, to istniała nadzieja, że być może któregoś dnia spotkają się na wspólnym gruncie. Pochylając się ku niej podczas rozmowy, Phyllis miała dziwne poczucie, że gorączkowo przeszukuje całe masy sztucznych głupstewek, by w końcu wziąć do ręki solidne ziarno czystej jaźni, które jak przypuszczała, musiało gdzieś tkwić.

— Och, panno Tristram — zaczęła. — Jesteście tacy błyskotliwi. Aż się boję.

— Śmieje się pani z nas? — zapytała Sylvia.

— Dlaczego miałabym się śmiać? Nie widzi pani, jaką głuptaską się czuję?

Sylvia zaczęła to dostrzegać i zainteresowała się tym.

— Prowadzicie takie wspaniałe życie, dla nas to wszystko jest bardzo dziwne.

Sylvia, która pisała, odczuwała więc literacką przyjemność na widok własnego odbicia w obcych zwierciadłach, a także na widok życia innych ludzi odbitego w lusterku, które sama przed nimi trzymała, z entuzjazmem podjęła temat. Nigdy dotąd nie postrzegała panien Hibbert jako ludzi, nazywała je „młodymi damami”. Z tym większą gorliwością chciała teraz naprawić swoją pomyłkę, zarówno z próżności, jak i z prawdziwego zaciekawienia.

— Czym się pani zajmuje? — zapytała nagle, żeby od razu przejść do rzeczy.

— Czym się zajmuję? — powtórzyła jak echo Phyllis. — O, ordynuję obiad, układam kwiaty!

— Tak, ale jaki ma pani fach? — pytała dalej Sylvia, która postanowiła, że nie da się zbyć frazesami.

— To jest właśnie mój fach, choć wolałabym, żeby było inaczej! Naprawdę, musi sobie pani przypomnieć, panno Tristram, że większość młodych dam to niewolnice, i nie wolno pani mnie obrażać tylko dlatego, że pani akurat jest wolna.

— Och, proszę mi wyjaśnić — rzuciła Sylvia — co dokładnie ma pani na myśli. Chciałabym wiedzieć. Lubię poznawać ludzi. Człowiek wie różne rzeczy, ale istotą jest dusza ludzka.

— Tak — odpowiedziała Phyllis, która bardzo chciała trzymać się z dala od wszelkich teorii. — Ale nasze życie jest bardzo proste i zwyczajne. Na pewno zna pani mnóstwo takich osób jak my.

— Znam wasze suknie wieczorowe — powiedziała Sylvia. — Widzę, jak defilujcie przede mną w pięknych pochodach, ale nigdy jeszcze nie słyszałam, jak mówicie. Czy jesteście szczere do szpiku kości?

Zauważyła, że ten ton drażni Phyllis, więc go zmieniła.

— Można by powiedzieć, że jesteśmy siostrami. Ale dlaczego zewnętrznie tak bardzo się różnimy?

— Och, nie, nie jesteśmy siostrami — odrzekła gorzko Phyllis. — A jeśli tak jest, to bardzo mi pani żal. Widzi pani, my jesteśmy wychowane do tego, żeby wychodzić wieczorem i pięknie się wypowiadać, i, no cóż, wyjść za mąż. Oczywiście mogłybyśmy iść na studia, gdybyśmy chciały, ale ponieważ nie chciałyśmy, jesteśmy po prostu dobrze wychowanymi damami.

— My też nigdy nie studiowałyśmy — powiedziała Sylvia.

— I nie jesteście dobrze wychowane? To jasne, że pani i pani siostra jesteście prawdziwe, a Rosamond i ja jesteśmy oszustkami: w każdym razie ja. Nie widzi pani tego teraz? Nie widzi pani, jak idealne jest wasze życie?

— Nie rozumiem, dlaczego pani nie miałaby robić tego, co pani chce, tak jak my — stwierdziła Sylvia, rozglądając się po pokoju.

— Myśli pani, że mogłybyśmy zaprosić takie grono jak to? Nam nie wolno nigdy zapraszać przyjaciół, chyba że nie ma rodziców.

— Dlaczego?

— Nie mamy swojego pokoju, a poza tym nigdy by nam nie pozwolono. Jesteśmy córkami, póki nie zostaniemy mężatkami.

Sylvia uznała, że Phyllis jest odrobinę ponura. Phyllis zrozumiała, że o miłości mówiła z niewłaściwą szczerością.

— Chce pani wyjść za mąż? — zapytała Sylvia.

— Co za pytanie! Pani jest bardzo niewinnym stworzeniem! Ale oczywiście ma pani rację. Małżeństwo powinno się zawierać z miłości i tak dalej. Choć — ciągnęła Phyllis, rozpaczliwie wypowiadając prawdę — nam nie wolno tak o tym myśleć. My chcemy tak wielu rzeczy, że nie możemy postrzegać samego małżeństwa takim, jakie w istocie jest albo powinno być. Ono zawsze jest związane z wieloma innymi sprawami. Małżeństwo oznacza wolność, przyjaciół, własny dom i — och — to wszystko, co wy już macie. Czy wydaje się to pani straszne i wyrachowane?

— Wydaje mi się to rzeczywiście straszne, ale chyba nie wyrachowane. Na pani miejscu zaczęłabym pisać.

— No i proszę, panno Tristram — wykrzyknęła Phyllis z komiczną rozpaczą. — Nie potrafię pani przekazać tego, że po pierwsze, nie mamy mózgów, a po drugie, nawet gdybyśmy miały, nie wolno by nam było się nimi posługiwać. Ale Pan Bóg litościwie przystosował nas do naszego położenia. Rosamond mogła coś osiągnąć, ale teraz jest już za stara.

— Mój Boże! — zawołała Sylvia. — Co za ciemny loch! Ja bym się spaliła, zastrzeliła, wyskoczyła z okna, byle coś zrobić!

— Co? — zapytała Phyllis sardonicznie. — Gdyby pani była na naszym miejscu, może coś by pani zrobiła, ale nie sądzę, żeby się to pani przytrafiło. Nie, nie — ciągnęła lżejszym i bardziej cynicznym tonem — to nasze życie i musimy z nim zrobić, co się da. Ja tylko chciałabym, żeby pani zrozumiała, dlaczego przychodzimy tu i siedzimy w milczeniu. Widzi pani, to jest życie, jakie chciałybyśmy wieść, a teraz raczej wątpię, żeby było to możliwe. Wy — wskazała na pokój — macie nas tylko za modne kokietki, i rzeczywiście prawie nimi jesteśmy. Ale mogłyśmy zostać kimś lepszym. Czy to nie żałosne? — Zaśmiała się sucho. — Ale, panno Tristram, proszę mi obiecać jedno: że odwiedzi nas pani i że pozwolicie nam jeszcze kiedyś tu przyjść. A teraz, Rosamond, naprawdę już musimy iść.

Wyszły, a w taksówce Phyllis zadumała się nieco nad swoim wybuchem; czuła jednak, że się jej to podobało. Obie były nieco podekscytowane i bardzo chciały przeanalizować swój niepokój, by się dowiedzieć, co oznacza. Poprzedniego wieczoru wracały do domu o tej samej porze w nastrojach posępniejszych, ale i z większą wewnętrzną satysfakcją: były znudzone tym, co robiły, ale miały przeświadczenie, że robiły to dobrze. I poczucie, że nadają się do znacznie wyższych celów. Dzisiaj nie były znudzone, ale za to nie miały pewności, że dobrze wykorzystały daną im szansę. Konferencja w sypialni przebiegła w lekkim przygnębieniu. Docierając do swojego prawdziwego „ja”, Phyllis wpuściła w to ściśle strzeżone miejsce odrobinę chłodnego powietrza. Czego naprawdę chcę? — pytała samą siebie. Do czego się nadaję? Do krytykowania obu światów w poczuciu, że żaden z nich nie daje mi tego, czego potrzebuję? Zbyt była tym przytłoczona, żeby przedstawić sprawę siostrze, a atak szczerości pozostawił w niej przekonanie, iż rozmowa nie doprowadzi do niczego dobrego; jeśli Phyllis może czegoś dokonać, to musi to zrobić sama. Zasypiała z myślą, że to jednak ulga, iż lady Hibbert zaplanowała im ściśle kolejny dzień: w każdym razie Phyllis nie musi myśleć, a przyjęcia na rzece są zabawne.

Tajemniczy przypadek panny V.

Frazesem jest stwierdzenie, że nie ma samotności większej niż samotność w tłumie; powtarzają to powieściopisarze, a tragizm takiej sytuacji jest niezaprzeczalny, w każdym razie odkąd poznałam przypadek panny V., święcie w to wierzę. Taka historia jak historia panny V. i jej siostry — to charakterystyczne, że kiedy się o nich pisze, przyjmuje się instynktownie, że jedno nazwisko wystarczy dla nich obu, a tak naprawdę można by na jednym oddechu wymienić tuzin sióstr — nie mogłaby się zdarzyć nigdzie poza Londynem. Na wsi znalazłby się jakiś rzeźnik albo listonosz, albo żona pastora, tymczasem w wysoce cywilizowanym mieście uprzejmości międzyludzkie ograniczone są do minimum. Rzeźnik rozwozi mięso po swojej dzielnicy, listonosz wsuwa listy do skrzynek, żona pastora, jak wiadomo, także wciska pasterskie przesłania w te same wygodne szczeliny w drzwiach: czasu, powtarzają wszyscy, marnować nie wolno. I tak oto — wszak mięso nie zostanie zjedzone, listy nie zostaną przeczytane, a pasterskie napomnienia wysłuchane — nikt nie zauważy, aż do dnia, kiedy wszyscy wymienieni posłańcy milcząco dojdą do przekonania, że pod numer 16 czy 23 nie trzeba się już fatygować. Opuszczają go podczas swoich obchodów, a biedna panna J. czy panna V. wypada ze ściśle splecionego łańcucha ludzkiej egzystencji, zostaje pominięta przez wszystkich i na zawsze.

Łatwość, z jaką taki los dosięga człowieka, wskazuje, że trzeba zaznaczać swoją obecność, aby nie zostać pominiętym: bo jakże człowiek kiedykolwiek powróci do życia, jeśli rzeźnik, listonosz i policjant zdecydują, że należy go zignorować? To straszny los; myślę, że powinnam natychmiast przewrócić jakieś krzesło, niech lokator z dołu wie przynajmniej, że jestem żywa.

Ale wracając do tajemniczego przypadku panny V., który to inicjał, ma się rozumieć, skrywa także osobę panny Janet V., w zasadzie nie ma sensu, żeby jedną literę rozdzielać na dwie części.

Panny V. jakieś piętnaście lat kręciły się po Londynie; można je było spotkać w pewnych salonach i galeriach sztuki, a kiedy się mówiło: „Och, jak się panie mają?”, zupełnie jakby się widywało je codziennie, odpowiadały: „Ależ dziś przyjemny dzień”, czy też: „Szkoda, że taka brzydka pogoda”, a kiedy się przechodziło dalej, one jakby wtapiały się w fotel czy komodę. W każdym razie nie myślało się o nich, do czasu kiedy jakiś rok później wyłaniały się na powrót spośród mebli, by ponownie powiedzieć dokładnie to samo.

Więzy krwi, czy też innego płynu krążącego w żyłach panny V., sprawiły, że moim, bardziej niż kogokolwiek innego, szczególnym przeznaczeniem stało się wpadanie na nią — czy też przenikanie przez nią, czy może rozwiewanie jej, jakkolwiek należy tę czynność określić — aż to drobne przedstawienie niemal weszło mi w zwyczaj. Żadne przyjęcie, żaden koncert czy wystawa nie były kompletne, jeśli zabrakło znajomego szarego cienia, a kiedy jakiś czas temu panna V. przestała pojawiać się na mojej drodze, poczułam niejasno, że czegoś mi brak. Nie będę przesadzać i mówić, że wiedziałam, iż to jej mi brakuje, ale w neutralnej frazie, którą się posłużyłam, nie ma fałszu.

Tak więc zaczęłam rozglądać się po zatłoczonym pokoju z nieokreślonym poczuciem niezadowolenia. Nie, chyba wszyscy są — ale przecież z pewnością czegoś brakuje meblom i zasłonom — może chodzi o to, że pozbyto się tego deseniu ze ścian?

Aż pewnego wczesnego ranka, przebudziwszy się o świcie, zawołałam głośno: „Mary V.! Mary V.!”. Jestem przekonana, że wówczas po raz pierwszy ktokolwiek wypowiedział jej imię z tak głębokim przekonaniem — zwykle zdawało się ono jedynie bezbarwnym epitetem, użytym po to, by zakończyć zdanie. Ale mój głos, czego się w zasadzie spodziewałam, nie przywołał postaci ani nawet podobizny panny V. — pokój wciąż był niewyraźny. Przez cały dzień w głowie niczym echo powracał do mnie mój własny krzyk, aż uznałam za pewne, że jak zwykle wpadnę na nią gdzieś na rogu jakiejś ulicy, zobaczę, jak znika, i to mnie usatysfakcjonuje. A jednak nie pojawiła się nigdzie i chyba byłam rozczarowana. W każdym razie kiedy ciemną nocą leżałam rozbudzona, w głowie zrodził mi się dziwny, fantastyczny plan, z początku kaprys, który jednak stopniowo nabierał cech poważnego i przejmującego pomysłu: wybiorę się do panny V. z wizytą.

Jakież mi się to wydało szalone i dziwne, i zabawne, kiedy tylko o tym pomyślałam! — Będę tropić cień, zobaczę, gdzie mieszka, i porozmawiam z nim, jakby był osobą, tak jak my wszyscy!

Zastanówmy się, jak by to było wybrać się omnibusem z wizytą do cienia dzwonka polnego w Kew Gardens, kiedy słońce na niebie stoi w połowie wysokości, albo na łąkach Surrey łapać o północy puch dmuchawca. A moja wyprawa była dużo bardziej fantastyczna niż te, które tu wymieniam, kiedy więc zbierałam się do wyjścia, ogarnął mnie śmiech, śmiałam się i śmiałam na myśl o tym, że do wykonania tej misji niezbędne są aż takie przygotowania. Trzewiki i kapelusz dla Mary V.! Wydało mi się to niewiarygodnie absurdalne.

W końcu dotarłam do jej mieszkania, na tablicy znalazłam niejednoznaczną informację, że — tak jak my wszyscy — jest w domu, ale jej nie ma. Dotarłam do właściwych drzwi, wysoko, na najwyższym piętrze kamienicy, pukałam i dzwoniłam, czekałam i sprawdzałam. Nikt się nie pojawiał, zaczęłam się więc zastanawiać, czy cienie umierają i jak się je grzebie — i wtedy drzwi delikatnie się uchyliły, wyjrzała pokojówka. Mary V. była chora przez dwa miesiące, umarła wczoraj rano, dokładnie o tej porze, kiedy ją wołałam. Nigdy zatem nie spotkam już jej cienia.

Dziennik pani Joan Martyn

Czytelnicy być może nie wiedzą, kim jestem. Dlatego też, choć to niezwykłe i nienaturalne — wiemy bowiem, jak skromni są pisarze — bez zwłoki wyjaśnię, że nazywam się Rosamond Merridew, mam czterdzieści pięć lat — jak szczerość, to szczerość! — i zyskałam już pewną sławę w swoim środowisku zawodowym z powodu przeprowadzonych przeze mnie badań nad średniowiecznym systemem dzierżawy gruntów w Anglii. Moje nazwisko znane jest w Berlinie, we Frankfurcie zorganizowano wieczorek na moją cześć, nie jestem też zupełnie obca w samotnych gabinetach w Oksfordzie i Cambridge. Być może przedstawię swoją sytuację bardziej przekonująco — natura ludzka bowiem jest jaka jest — jeśli oświadczę, że zamieniłam męża i rodzinę oraz dom, gdzie mogłabym się zestarzeć, na kilka kawałków pożółkłego pergaminu, które tylko parę osób jest w stanie odczytać, a jeszcze mniej chciałoby się trudzić ich odczytywaniem, nawet gdyby potrafiły. Jednak tak jak matka zachwyca się — czego dowiaduję się, czytając nie bez zaciekawienia literaturę właściwą mojej płci — nawet najbrzydszym i najgłupszym ze swoich dzieci, tak i ja znajduję w swojej piersi pewien rodzaj matczynej namiętności dla owych pokracznych i bezbarwnych karzełków, w rzeczywistym świecie dostrzegam w nich kaleki o wykrzywionych twarzach, nie pozbawionych jednak błysku geniuszu w oku. Nie będę dalej rozwijać tego zdania, byłoby to tak samo skazane na klęskę, jak sytuacja, kiedy owa matka, do której się tu porównuję, starałaby się wyjaśnić, że jej mały kaleka jest w rzeczywistości pięknym chłopcem, dużo przystojniejszym niż wszyscy jego bracia.

W każdym razie prowadzone badania uczyniły ze mnie wędrowną handlarkę, z tą różnicą, że trudnię się skupowaniem, a nie sprzedażą. Zjawiam się w starych gospodarstwach, zrujnowanych pałacach, plebaniach czy zakrystiach i zawsze pytam o to samo. Czy znajdują się tu jakieś stare papiery, które mogłabym obejrzeć? Jak łatwo sobie wyobrazić, najlepsze czasy dla tego rodzaju zajęcia już dawno minęły, wiek stał się chodliwą wartością rynkową, a państwo i jego komisje położyły kres większości prywatnych inicjatyw w tym zakresie. Jacyś urzędnicy, słyszę, obiecali przyjechać i zbadać posiadane przez nas dokumenty, a przychylność państwa, którą niesie podobna obietnica, pozbawia mój skromny prywatny głos wszelkiej siły przekonywania.

A jednak nie mam powodu do narzekania, patrząc bowiem wstecz, widzę parę naprawdę ładnych zdobyczy, z pewnością niezwykle interesujących dla historyka, a także kilka innych, zdobionych tak delikatnymi i miniaturowymi iluminacjami, że cieszą mnie jeszcze bardziej. Światło rzucone nagle na nogi dame Elizabeth Partridge opromienia całe królestwo Anglii, aż po króla na tronie. Brakowało jej pończoch, a żaden inny brak nie robi na nas takiego wrażenia wobec rzeczywistości średniowiecznych nóg, a zatem wobec rzeczywistości średniowiecznych ciał i idąc dalej, wobec rzeczywistości średniowiecznych umysłów — i oto stoimy pośrodku wszystkich wieków: średnich, pierwszych i ostatnich. A to skłania mnie do dalszego wyliczania własnych cnót. Jestem przekonana, że moje badania dzierżawy gruntów w trzynastym, czternastym i piętnastym wieku zyskały podwójną wartość dzięki mojemu niezwykłemu talentowi do przedstawiania ich na tle życia epoki i w relacji do niej. Miałam zawsze świadomość, że zawiłości systemu dzierżawnego nie były koniecznie najistotniejszymi faktami w życiu mężczyzn, kobiet i dzieci; nieraz miałam czelność wygłosić opinię, że te subtelności, które dziś nas tak zachwycają, są raczej dowodem zaniedbań, jakich dopuszczali się nasi przodkowie, niż ich zdumiewającej gorliwości i trudu. Kto zdrowy na umyśle chciałby, pytałam bezczelnie, spędzać czas na komplikowaniu praw dla przyjemności pół tuzina badaczy archiwów, którzy urodzą się pięć stuleci po tym, jak samego prawodawcę zakopano w ziemi?

Nie będziemy tu jednak roztrząsać problemu, z powodu którego rozdawałam i otrzymywałam liczne ciosy; przedstawiam tę kwestię jedynie po to, by wyjaśnić, dlaczego podjęłam owe wprowadzane przeze mnie do tekstu rozważania, wynikające z obrazów życia rodzinnego: to kwiat wyrastający z tych splątanych korzeni, iskra błyskająca między dwoma krzemieniami.

Jeśli ktoś przeczyta moją pracę Zwoje dworskie, w zależności od temperamentu albo się zachwyci, albo poczuje niechęć z powodu znajdujących się w niej dygresji.

Bez skrupułów poświęcam wiele stron głównego tekstu na zarysowanie barwami tak żywymi, jak tylko to możliwe, scen z życia epoki: pukam do zagrody niewolnego chłopa i patrzę, jak piecze królika, którego złapał w sidła, pokazuję pana dziedzica, który wyprawia się w podróż albo woła na psy, bo wybiera się na przechadzkę po polach, czy siedząc na krześle z wysokim oparciem, pracowicie wypisuje cyfry na połyskliwej stronicy pergaminu. W innym pokoju ukazuję dame Elinor z robótką w rękach, obok niej na niskim stołeczku siedzi jej córka i także szyje, ale z mniejszym zapałem. „Dziecko, twój mąż zjawi się tu, zanim wyprawa będzie gotowa”, karci ją matka.

Ale, ach, żeby poczytać więcej na ten temat, trzeba przestudiować moją książkę. Krytycy niezmiennie smagają mnie dwoma batami: po pierwsze, mówią, takie dygresje są na miejscu w historii danej epoki, ale nie mają nic wspólnego ze średniowiecznym systemem dzierżawy gruntu; po drugie, narzekają, brak mi materiałów, by swoje słowa umocnić i uwiarygodnić. Wiadomo bardzo dobrze, że okres, który wybrałam, jest bardziej niż inne pozbawiony prywatnych zapisów, i jeśli się nie chce czerpać inspiracji jedynie z Listów Pastonów, trzeba zadowolić się wyobraźnią, tak jak każdy inny bajarz. A to, powiadają mi, jest sztuka bardzo przydatna, nie można jednak dawać jej prawa do związków z poważniejszą sztuką uprawianą przez historyka. Tutaj znowu zbliżam się do słynnego sporu, który prowadziłam kiedyś z wielkim zaangażowaniem na łamach „Kwartalnika Historycznego”. Musimy przyspieszyć to wprowadzenie, bo jakiś samowolny czytelnik gotów rzucić książką, stwierdzając, że zna jej zawartość: „Znowu to samo! Spory archiwistów!”. Wobec tego teraz stawiam grubą kreskę, odkładając na bok kwestię słuszności i niesłuszności oraz prawdy i fikcji.

Pewnego czerwcowego ranka dwa lata temu zdarzyło się, że jechałam drogą na Thetford z Norwich do East Harling. Wracałam z ekspedycji, było to zresztą szukanie wiatru w polu, chodziło o pewne dokumenty, które jak sądziłam, zostały zakopane w ruinach opactwa w Caister. Gdybym drobny ułamek tego, co każdego roku idzie na wykopaliska w greckich miastach, mogła wydać na poszukiwania w naszych własnych ruinach, jakże inną opowieść mieliby dla nas historycy!

Rozmyślałam sobie o tych sprawach, niemniej jedno oko — oko archeolożki — czujnie obserwowało mijany pejzaż. I właśnie na jego sygnał podskoczyłam w pewnym momencie w powozie i nakazałam woźnicy skręcić ostro w lewo. Wjechaliśmy w regularną aleję starożytnych wiązów, ale zwabił mnie tam widoczny na jej końcu, niewielki, obramowany delikatnie zielonymi gałęziami prostokątny obrazek: w murze z białego kamienia rysował się wyraziście stary portyk.

Kiedy podjechaliśmy, okazało się, że brama otoczona jest długim, niewysokim murem z płowożółtego tynku, za nim w niewielkiej odległości widać było czerwonawy dach, aż w końcu ujrzałam przed sobą niezbyt duże, szacowne domostwo w kształcie litery E, o bardziej rozbudowanej części środkowej.

Był to zatem jeden z tych skromnych niedużych pałaców, które przez całe stulecia trwają niemal nienaruszone i właściwie nieznane, są bowiem zbyt mało znaczące, by ktoś chciał je zburzyć albo przebudować, a ich właściciele zbyt ubodzy, by mieć własne ambicje. Wciąż żyją w nich potomkowie budowniczych tych domów, w dziwnej nieświadomości, że ich siedziba mogłaby być godna uwagi, dzięki czemu stają się jej częścią, tak samo jak jest nią wysoki komin, sczerniały od pokoleń kuchennego dymu. Oczywiście większy dom zawsze by się przydał i nie mam wątpliwości, że nie wahaliby się przed sprzedażą, gdyby pojawiła się korzystna oferta. Ale to właśnie jest ów naturalny i nieskrępowany duch, który w pewien sposób dowodzi autentyczności tego miejsca. Nie można być sentymentalnym wobec domu, w którym żyje się od pięciuset lat. W takim miejscu, pomyślałam, stojąc z palcem na dzwonku, właściciele mogą być w posiadaniu wybornych rękopisów i sprzedać je pierwszemu handlarzowi starzyzną, który pojawi się przed drzwiami, równie chętnie jak pomyje dla świń czy drewno z parku. Ja ostatecznie patrzę z perspektywy zdziwaczałej ekscentryczki, to oni są ludźmi o prawdziwie zdrowej naturze. Czyż sami nie umieją pisać? — powiedzą mi. Na co komu stare listy? Ja swoje zawsze palę albo używam ich do przykrywania słoików z marmoladą.

W końcu zjawiła się pokojówka, popatrzyła na mnie z zadumą, jakby uważała, że powinna pamiętać moją twarz i sprawę, w jakiej przychodzę.

— Kto tu mieszka? — zapytałam.

— Pan Martyn — wpatrywała się we mnie, jakbym pytała o imię panującego króla Anglii.

— A czy istnieje też pani Martyn, czy jest w domu i czy mogę się z nią zobaczyć?

Dziewczyna kiwnęła ręką, żebym szła za nią, i w milczeniu poprowadziła mnie do osoby, która przypuszczalnie mogła wziąć na siebie odpowiedzialność za udzielenie odpowiedzi na moje dziwaczne pytania.

Wprowadzono mnie przez spory, wyłożony dębem hol do mniejszego pomieszczenia, w którym rumiana kobieta mniej więcej w moim wieku za pomocą maszyny łatała spodnie. Wyglądała na ochmistrzynię, ale jak szepnęła mi pokojówka, była to pani Martyn.

Pani Martyn powstała z gestem wskazującym, iż w istocie nie jest damą gotową na przyjmowanie przedpołudniowych gości, niemniej sprawuje tu władzę, jest gospodynią tego domu, która ma prawo wiedzieć, w jakiej sprawie się zjawiam.

Antykwariusz działa według pewnych reguł gry, z których pierwsza i najprostsza głosi, że nie wolno zdradzić swojego celu przy pierwszym spotkaniu.

— Przejeżdżałam obok państwa domostwa — a muszę pani wyznać, że jestem wielką miłośniczką wszystkiego, co malownicze — i pozwoliłam sobie wstąpić z nadzieją, że być może będę mogła rzucić okiem na dom. Wydaje mi się szczególnie pięknym przykładem malowniczości.

— Czy chce pani wynająć dom, jeśli można zapytać? — pani Martyn mówiła z przyjemnym śladem dialektu.

— A czy wynajmują państwo pokoje?

— Och, nie — pospieszyła z odpowiedzią pani Martyn. — Nie wynajmujemy, ale myślałam, że chce pani wynająć cały dom.

— Dla mnie jest za duży, ale cóż, mam przyjaciół.

— Proszę bardzo — odrzekła pani Martyn pogodnie, odsuwając od siebie wizję zarobku i decydując się na dobry uczynek. — Będzie mi bardzo miło oprowadzić panią po domu, nie znam się za bardzo na starociach, nigdy też nie słyszałam, żeby ten dom był jakiś wyjątkowy. Ale to miłe miejsce, jeśli się przyjeżdża z Londynu.

Spojrzała z zaciekawieniem na mój strój i sylwetkę, która, przyznam, pod jej świeżym i jakby lekko współczującym wzrokiem zdała mi się bardziej niż zwykle przygarbiona. Następnie odpowiedziałam na jej pytania. W istocie, przechodząc długimi korytarzami, których białe ściany poprzecinane były belkami, i zaglądając do nieskazitelnych pokoików o prostokątnych zielonych oknach, otwierających się na ogród, oraz nielicznych, ale porządnych meblach, miałyśmy okazję wymienić sporo pytań i odpowiedzi. Jej mąż prowadził dość duże gospodarstwo rolne, ale ziemia bardzo straciła na wartości, muszą teraz mieszkać w pałacu, bo nie da się go wynająć, a przecież jest dla nich o wiele za duży i jeszcze dokuczają im szczury. Pałac jest w rękach rodziny męża od bardzo wielu lat, zaznaczyła nie bez dumy, nie wie jak długo, ale ludzie mówią, że Martynowie byli kiedyś wielkim rodem. Zwróciła mi uwagę, że nazwisko pisze się przez igrek. Mówiła jednak z utemperowanym, lecz wyraźnym poczuciem dumy kogoś, kto z własnego ciężkiego doświadczenia wie, jak niewiele znaczy szlachetne pochodzenie w zmaganiu z materialnym niedostatkiem, ubóstwem ziemi na przykład, z dziurami w dachu i żarłocznością szczurów.

Dom był wprawdzie skrupulatnie wysprzątany i dobrze utrzymany, pokoje jednak zdawały się pustawe: rzucały się w oczy wielkie dębowe stoły i brak innych ozdób poza błyszczącymi cynowymi kuflami czy talerzami z porcelany, co na moje wścibskie oko wyglądało złowieszczo. Przypuszczalnie sporo z tych drobnych przenośnych przedmiotów, dzięki którym każdy pokój wygląda na umeblowany, zostało już sprzedanych. Ale godność mojej gospodyni powstrzymała mnie przed sugestią, że ten dom kiedyś zapewne wyglądał inaczej niż obecnie. A jednak nie mogłam przestać sobie wyobrażać, że wpuszczając mnie z pewnym smutkiem do niemal pustych pokojów, musiała porównywać ich obecne ubóstwo z tłustszymi latami i miała niemal na końcu języka uwagę, że „kiedyś było lepiej”. Przez kolejne sypialnie, z których kilka mogłoby być salonikami, gdyby ludzie mieli czas, żeby w nich siadywać, wiodła mnie także jakby na wpół przepraszająco, jak gdyby chciała pokazać, że jest w pełni świadoma rozbieżności między takim domem a swoją przysadzistą postacią. W zaistniałych okolicznościach nie chciałam zadawać pytania, na którym zależało mi najbardziej — czy są tu jakieś książki? — i zaczynałam przeczuwać, że zbyt długo odrywam tę dobrą kobietę od maszyny do szycia, kiedy nagle, na dźwięk dochodzącego z dołu gwizdnięcia, wyjrzała przez okno i zawołała coś o obiedzie. Następnie zwróciła się do mnie i z pewną nieśmiałością, ale i wyrazem gościnności, poprosiła, żebym zechciała „siąść z nimi do stołu”.

— John, mój mąż, wie o wiele, wiele więcej niż ja o wszystkich tych swoich starociach i bardzo lubi mieć do kogo usta otworzyć. Mówię mu zawsze, że ma to we krwi — zaśmiała się, a ja nie widziałam powodu, aby odrzucić zaproszenie.

John nie podpadał tak łatwo jak jego żona pod żadną oczywistą kategorię. Był mężczyzną w średnim wieku, średniego wzrostu, o ciemnych włosach i cerze, skórę jednak miał jasną, nietypową dla rolnika, oraz opadające wąsy, które podczas mówienia gładził kształtną dłonią. Jego oczy były orzechowe, jasne, ale kiedy na mnie spojrzał, zdało mi się, że dostrzegłam odrobinę podejrzliwości. Odezwał się z silniejszym niż jego żona akcentem Norfolku, a jego głos i strój upewniły mnie, że jest w istocie, choć może nie z wyglądu, prawdziwym lokalnym rolnikiem.

Skinął tylko głową, kiedy mu powiedziałam, że jego żona była tak uprzejma, by pokazać mi dom. A potem, patrząc na nią z błyskiem w oku, stwierdził:

— Gdyby ona tu rządziła, tylko szczury by mieszkały w tym staruszku. Dom jest za duży i za dużo tutaj duchów. Co, Betty?

Uśmiechnęła się tylko, jakby swoją rolę w tym sporze odegrała już dawno temu.

Pomyślałam, że sprawię mu przyjemność, wychwalając piękno i wiek domu, ale on był bardziej zainteresowany zimną wołowiną niż moimi pochwałami i tylko raz na jakiś czas obojętnym tonem rzucał „tak” lub „nie”.

Twarz z wiszącego nad jego głową portretu, namalowanego może w czasach Karola I, była tak do niego podobna — wystarczyłoby tylko wymienić kołnierzyk i tweedy na kryzę i jedwabny kaftan — że uczyniłam oczywiste porównanie.

— O tak — powiedział bez wielkiego zainteresowania — to mój dziadek albo dziadek mojego dziadka. Mamy tu cały skład dziadków.

— Czy to ten Martyn, który walczył pod Boyne? — zapytała Betty niedbale, równocześnie nakładając mi kolejny plaster wołowiny.

— Pod Boyne! — wykrzyknął jej mąż ze zdumieniem, a nawet irytacją. — Kobieto, ty myślisz o wuju Jasperze. Ten jegomość leżał w grobie dużo, dużo przed Boyne. Nazywał się Willoughby — mówił już dalej do mnie, jakby chciał, żebym to dokładnie zrozumiała, bo pomyłka co do tak prostych faktów była niewybaczalna, nawet jeśli same fakty nie były zbytnio interesujące.

— Willoughby Martyn urodził się w 1625, zmarł w 1685, walczył pod Marston Moor jako kapitan oddziału z Norfolku. Zawsze byliśmy rojalistami. Został zesłany podczas protektoratu, wyjechał do Amsterdamu, tam od hrabiego Newcastle kupił gniadego konia, nadal hodujemy tu tę rasę. Wrócił w okresie restauracji, ożenił się z Sally Hampton, ze dworu, ale oni wymarli w poprzednim pokoleniu; mieli sześcioro dzieci, czterech synów i dwie córki. To on kupił Lower Meadow, wiesz, Betty — kiwnął na żonę, żeby pobudzić jej niezwykle ospałą pamięć.

— Teraz już sobie wszystko przypomniałam — odpowiedziała łagodnie.

— Mieszkał tu przez ostatnie lata swojego życia, zmarł na czarną ospę albo na to, co wtedy nazywano czarną ospą; a jego córka Joan zaraziła się od niego. Są pochowani tu w kościele, w jednym grobie.

Wskazał kciukiem i powrócił do obiadu. Wszystko to wygłosił szybko, wręcz szorstko, jakby wypełniał obowiązek, który na skutek wieloletniego powtarzania stracił dla niego wszelką atrakcyjność, jednak z jakiegoś powodu nadal go wykonywał.

Nie udało mi się ukryć zainteresowania tą historią, choć miałam świadomość, że moje pytania nie wydają się gospodarzowi szczególnie wciągające.

— Jakoś panią dziwnie zainteresowali ci moi przodkowie — skomentował w końcu, zmarszczywszy brwi z żartobliwą irytacją.

— Musisz po obiedzie pokazać pani obrazy, John — odezwała się jego żona — i te wszystkie starocie.

— Bardzo by mnie to zaciekawiło — odrzekłam — ale nie chcę państwu zabierać czasu.

— O, John masę o nich wie, ma ogromną wiedzę o obrazach.

— Każdy głupi zna swoich przodków, Betty — mruknął jej mąż. — Ale oczywiście, jeśli sobie pani życzy zobaczyć, co mamy, będzie dla mnie zaszczytem oprowadzić panią.

Uprzejmość tego zdania i dworność, z jaką otworzył przede mną drzwi, przypomniały mi o tym, że jego nazwisko pisze się przez igrek.

Oprowadził mnie po pałacu, szpicrutą wskazując jedno ciemne płótno po drugim i przy każdym wypowiadając bez wahania parę słów opisu. Obrazy wisiały najwyraźniej w porządku chronologicznym i pomimo brudu i mroku nie ulegało wątpliwości, że późniejsze portrety są słabszymi przykładami sztuki i przedstawiają mniej szlachetne głowy. Wojskowe mundury pojawiały się coraz rzadziej, w osiemnastym wieku Martynowie byli już przedstawiani w tabaczkowych surdutach domowego kroju i przez swojego potomka opisywani krótko mianem „rolnik” albo „ten, który sprzedał Fen Farm”. Ich żony i córki w pewnym momencie znikły z płócien, jakby z czasem portret zaczął być postrzegany wyłącznie jako niezbędny dodatek do pana domu, a nie prawo, którego domagać się może piękno.

A jednak w tym człowieku nie dostrzegłam ani śladu poczucia, że szpicrutą śledzi upadek swojego rodu, w jego głosie bowiem nie było ani dumy, ani żalu, utrzymywał neutralny ton kogoś, kto opowiada historię tak dobrze sobie znaną, że jego słowa są do gładkości wytarte z wszelkich znaczeń.

— A to ostatni z nich, mój ojciec — powiedział w końcu, kiedy z wolna przebyliśmy cztery strony pałacu; spojrzałam na surowe płótno namalowane chyba we wczesnych latach sześćdziesiątych przez jakiegoś pozbawionego polotu wędrownego artystę. Być może to niewprawna ręka wydobyła grubość rysów i szorstkość twarzy, łatwiej było namalować rolnika, niż stworzyć subtelną równowagę, która, jak można się było domyślać, istniała kiedyś w ojcu, a teraz w synu. Artysta owinął swojego modela w czarny płaszcz, a wokół szyi zawiązał mu sztywny biały krawat, jednak ten biedny dżentelmen nie czuł się w takim stroju swobodnie. Stwierdziłam, że muszę się odezwać:

— A teraz, panie Martyn, proszę pozwolić, że złożę panu i pana żonie...

— Chwileczkę — przerwał mi. — Jeszcześmy nie skończyli. Są jeszcze książki.

Jego głos, kiedy to mówił, pobrzmiewał na wpół żartobliwą zawziętością, postanowił, że niezależnie od własnej obojętności doprowadzi rozpoczęte zadanie do końca i zrobi to porządnie.

Otworzył drzwi i zaprosił mnie do niewielkiego pomieszczenia, czy raczej gabinetu. Stół uginał się pod papierami, a ściany wyłożone były księgami handlowymi — pokój wyglądał mi na miejsce, w którym dziedzic prowadził interesy i dokonywał transakcji. Ozdobę stanowiły bloki papieru i pędzle, a przede wszystkim martwe zwierzęta, które podnosiły sztywne łapki i uśmiechały się z przeróżnych podpórek i gablotek, wystawiając gipsowe języki.

— Te rzeczy są starsze niż obrazy — rzekł gospodarz, schylając się, by z wysiłkiem dźwignąć sporą paczkę pożółkłych papierów. Nie były one zszyte ani jakoś szczególnie związane, tyle że owinięto je dość grubym sznurkiem z zielonego jedwabiu, a z obu stron miały listewki, takie jakich się używa do spinania zatłuszczonych dokumentów, na przykład rachunków od rzeźnika czy rocznych rozliczeń.

— To jest pierwsza partia — powiedział, przejeżdżając palcem po papierach, jakby to była talia kart — numer jeden: od 1480 do 1500.

Jak można się domyślić, aż jęknęłam, ale spokojny głos Martyna przypomniał mi, że entuzjazm jest tu nie na miejscu; prawdę mówiąc, w porównaniu z tymi autentykami wydawał się bardzo tani.

— O, naprawdę? To bardzo ciekawe. Czy mogę spojrzeć? — to wszystko, co powiedziałam, choć moja niezbyt zdyscyplinowana dłoń zadrżała, kiedy znalazła się w niej podana niedbałym ruchem paczka. Pan Martyn zaoferował, że przyniesie miotełkę do kurzu, zanim zbruka on moją skórę, ale zapewniłam go — być może zbyt zapalczywie — że to nie ma żadnego znaczenia, obawiałam się bowiem, że zaistnieje jakiś poważniejszy powód, dla którego nie będzie mi dane wziąć do rąk tych cennych papierów.

Kiedy pan Martyn pochylał się ku biblioteczce, pospiesznie spojrzałam na inskrypcję na pergaminie. „Dziennik Pani Joan Martyn — przeczytałam — spisywany przez nią samą w Martyn Hall, w hrabstwie Norfolk roku Pańskiego 1480”.

— Dziennik mojej ciotki Joan — przerwał Martyn, odwracając się ku mnie z naręczem tomów. — Musiała z niej być dziwaczka. Ja nigdy nie zdołałem prowadzić dziennika. Nigdy nie doszedłem dalej niż do dziesiątego lutego, a próbowałem nieraz. Ale tu, widzi pani — pochylił się nade mną, przewracając kartki i wskazując palcem — tu jest styczeń, luty, marzec, kwiecień i tak dalej, pełne dwanaście miesięcy.

— Czyli pan to przeczytał? — zapytałam, oczekując, a nawet mając nadzieję, że zaprzeczy.

— O tak, przeczytałem — odrzekł obojętnym tonem, jakby to było proste zadanie. — Trochę mi zeszło, nim przyzwyczaiłem się do pisma, poza tym staruszka stosuje czasem dziwną pisownię. Ale jest tu nieco ciekawych historii. Sporo się od niej nauczyłem o naszych ziemiach.

W zamyśleniu puknął palcem w manuskrypt.

— Zna pan także jej historię?

— Joan Martyn — zaczął aktorskim głosem — urodziła się w roku 1495[1]. Była córką Gilesa Martyna. Jedyną. Miał on jeszcze trzech synów, u nas zawsze rodzą się synowie. Napisała ten dziennik, kiedy miała dwadzieścia pięć lat. Spędziła tu całe życie, nie wyszła za mąż. I zmarła w wieku trzydziestu lat. Jej grób można obejrzeć tam, gdzie wszystkie inne. Ale to — dodał, kładąc rękę na grubym woluminie oprawnym w pergamin — jest coś moim zdaniem ciekawszego. To jest księga gospodarcza Jaspera za rok 1583. Proszę popatrzeć, jak ten starszy jegomość prowadził zapiski o tym, co jadano i pito, ile kosztowało mięso i wino, ile było służby — konie, powozy, łóżka, meble, wszystko. W tym jest metoda. Mam zestaw dziesięciu takich tomów.

Pan Martyn mówił o książkach z większą dumą niż o czymkolwiek innym, co posiadał.

— To też jest niezła lektura na zimowe wieczory — dodał. — Księga stadniny Willoughby’ego. Pamięta pani, kto to był Willoughby.

— Ten, który kupił konia od księcia i umarł na ospę — powtórzyłam bez zająknięcia.

— Tak jest — potwierdził. — No więc to jest naprawdę genialna rzecz.

Mówił niczym koneser opisujący swój ulubiony rodzaj porto.

— Nie sprzedałbym tego i za dwadzieścia funtów. Tu są imiona, rodowody, życie, wartość, potomkowie, wszystko jak w Biblii — obrócił na języku kilka dziwnych końskich imion, smakując ich brzmienie niczym wino. — Niech pani zapyta żony, czy nie umiem wymienić wszystkich bez zaglądania do tej księgi — zaśmiał się, zamknął ją starannie i odłożył na półkę. — Mamy też księgi majątku. Dochodzą do bieżącego roku. Oto ostatnia z nich. Tu jest historia naszej rodziny.

Rozwinął długi zwój pergaminu przedstawiający misternie rozbudowane drzewo genealogiczne o wielu zblakłych teraz zawijasach i ornamentach wykonanych średniowiecznym piórem. Gałęzie rozrastały się stopniowo i tak szeroko, że przy brzegach arkusza trzeba je było niemiłosiernie powyginać — na przykład był tam przyczepiony jakiś mąż z dziesiątką dzieci, ale bez żony. Świeżym atramentem na samym dole strony zanotowano imię Jaspera Martyna, mojego gospodarza, i jego żony Elizabeth Clay oraz ich trzech synów. Palec pana Martyna wędrował w dół po zapisach z tak wielką pewnością, z taką wprawą, że mógłby niemalże wykonywać tę czynność samodzielnie. Głos Martyna szemrał jak przy powtarzaniu w monotonnej modlitwie rejestru świętych czy spisu cnót.

— Tak — podsumował, zwijając arkusz i odkładając go na bok — te dwie rzeczy lubię chyba najbardziej. Mogę je wyrecytować z zamkniętymi oczami. Konie i przodkowie!

— Czyli często pan tu studiuje? — zapytałam, dość zdumiona tym dziwnym człowiekiem.

— Nie mam na to czasu — powiedział dość szorstko, jakby w tej chwili odezwał się w nim rolnik — ale lubię sobie poczytać coś lekkiego w zimowe wieczory i ranki. Budzę się wcześnie. Czasem trzymam te księgi przy łóżku. Powtarzam je sobie, żeby się uśpić. Łatwo jest zapamiętać imiona swojej rodziny. To przychodzi naturalnie. Ale ja nigdy nie miałem specjalnego drygu do nauki, czego żałuję.

Zapytawszy mnie o pozwolenie, zapalił fajkę i wypuszczając wielkie kłęby dymu, porządkował stojące przed nim tomy. Ale ja nadal trzymałam plik pergaminowych kart w ręku, a on nie sprawiał wrażenia, jakby mu go brakowało.

— Przykro byłoby panu rozstać się z którąś z tych ksiąg, prawda? — zaryzykowałam, maskując prawdziwe uczucia wymuszonym śmieszkiem.

— Rozstać się z nimi? — odpowiedział. — A dlaczego miałbym się z nimi rozstawać?

Pomysł ten zdał mu się tak nierzeczywisty, że pytanie nie wzbudziło w nim podejrzeń, jakich się obawiałam.

— Nie, nie — ciągnął. — Są zbyt pomocne. Te papiery, szanowna pani, były nawet moimi świadkami w sądzie, poza tym dobrze mieć rodzinę blisko, czułbym się, hm, jakby samotny, jeśli wie pani, o czym mówię, bez tych swoich dziadków i babek, wujów i ciotek.

Mówił to, jakby przyznawał się do słabości.

— Och — odpowiedziałam — rozumiem doskonale...

— Sądzę, że i pani zna to uczucie, a tutaj, w takim odludnym miejscu, towarzystwo znaczy o wiele więcej, niżby się przypuszczało. Nieraz myślę sobie, że gdyby nie moi krewni, nie wiedziałbym, czym się zająć.

Żadne moje słowa nie przekażą dziwnego wrażenia, które powstawało, gdy mówił, że ci „krewni”, dziadowie z epoki królowej Elżbiety, nawet nie: babki z czasów Edwarda IV, czyhają, że tak powiem, tuż za rogiem. A w jego głosie nie brzmiała bynajmniej duma z rodowodu, lecz po prostu osobista, synowska czułość. W umyśle gospodarza wszystkie kolejne pokolenia skąpane były w tym samym jasnym, łagodnym świetle: nie było to, ściśle biorąc, światło dnia dzisiejszego, ale z pewnością także nie to, które nazywamy blaskiem historii. I nie było w tym nic z romantyczności: wszystko bardzo trzeźwe i jasne, postaci jawiły się wyraźne, solidne, kompetentne, o wielkim, jak sądzę, podobieństwie do tego, czym były za życia.

Naprawdę nie trzeba było zbytnio wysilać wyobraźni, by ujrzeć, jak Jasper Martyn wraca do domu z pola i siada tu sobie wygodnie, by poplotkować z krewnymi, kiedy tylko przyjdzie mu ochota, a ich głosy słyszy niemal tak wyraźnie jak głosy pracujących, dobiegające przez otwarte okno z podwórza wraz z łagodnym słońcem popołudnia.

Niemal się zarumieniłam ze wstydu na myśl o tym, że z początku chciałam go zapytać, czy nie sprzedałby jakichś papierów — byłoby to impertynenckie i nie na miejscu. Co więcej, choć może się to wydać dziwne, straciłam w tym momencie swój antykwaryczny zapał; opuścił mnie całkiem pociąg do staroci, do drobnych znaków rozpoznawczych epoki, bo zdały mi się one trywialnymi i zupełnie nieistotnymi dodatkami do wielkich, zasadniczych spraw. Jeśli mowa o przodkach pana Martyna, to antykwaryczna pomysłowość w zasadzie na nic się nie przydawała, podobnie jak nie potrzeba było antykwariusza, aby przedstawić historię jego samego.

Oni, jego przodkowie, powiedziałby mi pan Martyn, są z krwi i kości tak samo jak ja, a fakt, że od czterech czy pięciu stuleci nie żyją, ma dla nich równie niewielkie znaczenie jak szklana tafla przykrywająca obraz dla znajdującego się pod nią wizerunku.

Czułam, że skoro impertynencją byłaby propozycja kupna, zupełnie naturalna i prostoduszna wydawała się prośba o wypożyczenie.

— Hm, panie Martyn — odezwałam się w końcu z mniejszą gorliwością i drżeniem niż spodziewane w takich okolicznościach — planuję pozostać w okolicy przez tydzień czy dwa, zatrzymam się Pod Łabędziem w Gartham i byłabym niezmiernie zobowiązana, gdyby zechciał pan pożyczyć mi te papiery, żebym mogła je przejrzeć podczas pobytu tutaj. Oto moja karta wizytowa. Pan Lathom (okoliczny właściciel ziemski) powie panu wszystko o mnie.

Instynktownie czułam, że pan Martyn nie jest typem człowieka, który ufa nagłym odruchom swego serca.

— Och, szanowna pani, nie trzeba się o to troszczyć — odrzekł niedbale, jakby moja prośba nie była na tyle ważna, by wymagała szczególnej uwagi. — Jeśli te stare papiery panią ciekawią, bardzo proszę z nich korzystać.

Wydawał się jednak nieco zaskoczony, dodałam więc:

— Bardzo mnie interesują historie rodzinne, nawet jeśli nie dotyczą mojego rodu.

— Są niezmiernie wciągające, tak uważam, jeśli ma się na to czas — zgodził się uprzejmie, odniosłam jednak wrażenie, że jego opinia o mojej inteligencji się obniżyła.

— Którą chce pani wziąć? — zapytał, wyciągając rękę ku księgom gospodarskim Jaspera i księdze stadniny Willoughby’ego.

— Hm, chyba zaczęłabym od pana babki Joan — rzekłam. — Lubię zaczynać od początku.

— O, świetnie — uśmiechnął się — choć nie wydaje mi się, żeby znalazła tam pani zbyt wiele, ona była raczej taka sama jak my wszyscy, nic w niej takiego nadzwyczajnego...

Niemniej opuściłam dom Martynów z babką Joan pod pachą. Betty nalegała, żeby owinąć paczkę w szary papier i w ten sposób ukryć dziwny charakter pakunku, kiedy nie zgodziłam się, by jak chcieli państwo Martynowie, podwiózł mi ją na rowerze chłopiec doręczający listy.

(1)

Czasy nasze, jak powiada moja matka, mniej są bezpieczne i mniej szczęśliwe niż te, kiedy ona była dziewczynką, dlatego w zasadzie nie wolno nam opuszczać naszych ziem. Po zmroku, a teraz styczeń i słońce zachodzi niezwykle wcześnie, musimy się skrywać za bramami zamku. Moja matka, kiedy tylko zmrok nie pozwala jej dalej haftować, wychodzi na dwór z wielkim pękiem kluczy w ręku.