Wiza do Nowego Jorku - Anna Strzelec - ebook
Opis

W ręce czytelników oddaję moją trzecią książkę, którą już w trakcie pisania - pokochałam.

Zawiera historie związków i miłości: tych prawdziwych i pseudo - miłości, toksycznych, bo internetowych.
Opowiada o podróżach moich bohaterów, rozstaniach i przesłaniach z zaświatów... namiętności, przestępstwach zdradzie i niewyczerpanej nadziei. A że bohaterka książki jest też pisarką jak ja? No cóż, tak się złożyło.
Prawdziwe wydarzenia splata literacka fikcja, moja poezja i szczypta metafizyki.

Jak powiedział czeski pisarz Michal Viewegh - Tylko pisarz jest w stanie powiedzieć ile prawdy jest w jego pisaniu, a ja - moim bardzo realnym i wirtualnym przyjaciołom Wizę do NY dedykuję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Strzelec: Wiza do Nowego Jorku

© Copyright Anna Strzelec & e-bookowo

Grafika, zdjęcia i projekt okładki: Anna Strzelec

ISBN 978-83-63080-01-3

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo @e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Nigdzie nie jesteśmy bardziej samotni, niż leżąc w łóżku, z naszymi tajemnicami i wewnętrznym głosem, którym żegnamy lub przeklinamy mijający dzień.

Jonathan Carroll

Tylko pisarz jest w stanie powiedzieć, ile prawdy jest w jego pisaniu.

Michal Viewegh

Moim bardzo realnym i wirtualnym przyjaciołom

Anna Strzelec

Podziękowanie

Zosi, Hannesowi, Irenie, Danucie, Andrzejowi, Elwirze I.K., Jeremiemu i innym, którzy zaistnieli w moim życiu, uatrakcyjnili mój pobyt na Long Island i przyczynili się do napisania tej książki

Anna Strzelec

Leonia

Ktoś wybrał dla niej to imię. Kim był, nie może się już dowiedzieć i nie ma kogo zapytać, bo wszyscy, którzy przy tym obecni być mogli, już odeszli… Pozostały zdjęcia w kolorze sepii.

Leonia. W latach dzieciństwa imię przypominało jej kwiat lewkonii, cały ogród pachnących kwiatów. Imię, jak biała sukienka przybrana falbankami z koronek. Jak taniec na łące, z ukochanym w świetle księżyca. Leonia, jak srebrna, bezkresna plaża obmywana seledynową wodą.

Wszystko, co dotychczas napisała tylko częściowo odpowiadało wspomnieniom. Dawno temu jej sukienka była co prawda biała, ale w niebieskie kwiatuszki i poplamiona krwią, bo kręciła główką na prawo i lewo gdy usuwano jej migdały. Steffi miała różową i dużo łatwiej od Leonii znosiła każdy ból.

Wspomnienia o ogrodzie były prawdziwe, a taniec z Wiktorem na krótko przed jego wyjazdem zapisał się trwale w jej i jego pamięci. Tak pisał. Czasem myślała, że z dotykiem ust jest jak z odciskiem palców – nie ma dwóch takich samych, a cała reszta w wyobraźni Leonii jest przecież możliwa. Bywało, że myślała o siostrze bardzo intensywnie, próbowała rozmawiać z nią, czasem prosić o radę i smuciła się, gdyż odpowiedzi nie było i już być nie mogło…

Leonia ma tyle lat, co jej pies. Nie przelicza głośno ich wieku z psiego na kobiecy lub odwrotnie, ona wie. Kiedyś trzeba będzie się rozstać i wolałaby, żeby to ona, Leonia była pierwsza. Próbowała nawet napisać o tym wiersz, taki trochę na później. Zaczynał się od słów:

Co ma ze mnie mój pies?

Już nie pobiegnę szybko, jak dawniej nie popłynę, patykiem w dal nie rzucę – ale jeśli chcesz

Aportować będę nasze dni minione

a ty uśmiechniesz się zamyślona

wszystko rozumiejąc spojrzysz

i pozwolisz mi.

Odejdę pierwsza

bo, uwierz mi

nie mogę, nie chcę być

przy twoim zasypianiu…

Kiedyś tak się stanie. Banalne stwierdzenia… Odsuwać, odsuwać te myśli jak najdalej.

Jest słoneczna, parkowa sobota. Leonia znalazła dla nich nowe, spacerowe miejsce, na razie bez nazwy. Od kiedy sprzedała ogród, nie bardzo mają dokąd wyjść. Siedzi teraz na ławce ściskając w palcach długopis, kartką szarpie wiatr. Przed wyjściem przybłąkał się do głowy jakiś nowy tekst. Trzeba go zaraz jak motyla, ostrożnie złapać, przyjrzeć mu się z bliska i wypuścić. Nie wie, czy z porównaniem do motyla to właściwe, ale takie romantyczne. Napisała już dwie książki. Dlaczego dopiero teraz zaczęła pisać, tak późno, w jej wieku? Nie wie. Codziennie uzmysławia sobie własne niedoskonałości… I wciąż za krótko i ciągle mało. Wtedy pomaga Patrycja, która ją chwali. Pat, jej dobra znajoma od lat. Wiktor po przeczytaniu pierwszej książki też napisał, że są wspaniałe. Leonia i jej książka.

Piesowa siedzi na trawie pod ławką, oddycha głośno. Pani nie pomyślała, aby zabrać wodę dla siebie i dla niej, więc nie pobędą tu długo. Kilka ławek otaczają pergole i otoczenie wskazuje na to, że ubiegłego roku mieściło się tutaj rosarium. Po długiej i przykrej zimie niektóre krzaki pozostały suche. Te, które przeżyły zielenią się, inne trzeba będzie zastąpić nowymi. Dwie róże na balkonie Leonii też umarły, mimo, że otuliła je na zimę bardzo troskliwie. Taki otrzymały wyrok.

Piękne, spokojne miejsce… Niektórzy spacerowicze, pod brzozami rosnącymi gdzie niegdzie na połaciach trawników, rozłożyli już koce i książki. Dwoje dzieci rozstawiło między drzewami małe, kolorowe namioty. Malarski widok, impresjonistyczny prawie jak u Moneta. Brakuje kogoś ze sztalugami, blejtramem i farbami. Będziemy tu przychodzić – myśli głośno Leonia dając znak Piesowej do opuszczenia miejsca spod ławki. Przyjdziemy każdego słonecznego dnia, aż do mojego wyjazdu…

A zasypiając wieczorem, miała uczucie, że w jej życiu zdarzy się jeszcze coś radosnego, nawet zabawnego i tak naprawdę powinna uważać się za osobę całkiem szczęśliwą.

Wiktor

Bóg ulepił ją z ciepła i dobroci. Popatrzył na swoje dzieło i myśląc, że stać go na więcej, jak rzeźbiarz dotykając utworzonej przez siebie kobiety, formował jej kształtne, jędrne piersi i okrągłe uda, zaznaczył talię, a potem sięgnął do naczynia z napisem „sex” i jak olejkiem do opalania pokrył jej ciało.

Siedząc na stopniach werandy wynajmowanego domku w jednej z dzielnic Queens, Wiktor tak sobie mniej więcej wyobrażał stworzenie Leonii. Po drugiej szklaneczce whisky przychodziło mu to z dużo większą łatwością. Bo Leni była sexy i tęsknił za nią coraz bardziej. Noce z nią przypominały zanurzenie w ciepłej wodzie, która rozpływała się po całym ciele, jej drobne stopy gładziły jego pośladki, wierzył, że odczuwa ich zbliżenia podobnie jak on. Tak przynajmniej mówiła, że z nim jest wspaniale i wierzył, że kiedyś przestanie jej przeszkadzać i to, że Wiktor na końcu każdego miłosnego aktu rzuca głową jak źrebak.

– Musisz tak? Boję się, że sobie kiedyś krzywdę zrobisz, na szczęście oparcie kanapy jest miękkie – śmiała się.

– To niezależne ode mnie, biologia, fizjologia, czy ja wiem? A ty czemu przychodzisz tak spokojnie i nie rzucasz się na poduszkach, jak inne dziewczyny?

Popatrzyła na niego z uśmiechem zabarwionym ironią:

– Inne krzyczały i rzucały się? – Nie czekając na odpowiedź, której zresztą wcale usłyszeć nie chciała, dodała: – Ja przychodzę do ciebie po cichutku, całym moim wnętrzem i sercem.

Jeszcze raz whisky. Musi pójść do kuchni po lód. Poetka jedna. Gdy napisała dla niego pierwszy wiersz i wysłała mu mailowo, krótko po ich pierwszym spotkaniu, ogarnęła go mieszanina zdziwienia i zachwytu, ale jeszcze nie tak ogromnego, jaki wzbudziła w nim później. Wtedy czytał ten wiersz i zaczynał rozumieć, że jej oczekiwanie jest chyba ogromniejsze, niż wszystko to, co on jej dać może…

A potem wydrukował go i przypiął na lodówce magnesem z kotem.

Prawie każda twierdza ma wieżę…

– A na wieży czekała…

nie księżniczka, lecz dziewczyna

w sukience z tęsknoty

i nadziei utkanej…

On rozpiął jak sieć swoje ramiona – w dół skacząc…

w nich się zatrzymała.

Nawiązała w nim do ich mailowania, o twierdzy i wieży, gdzie ona na niego czeka… chyba z nutką depresji.

Spotkali się następnego dnia na randce dość krótkiej, słowa opowiadań o minionych latach udawały się co chwilę w drogę, jak motyl zaangażowany w przekazywanie wiadomości – ode mnie do ciebie i z powrotem.

Usiadł na Leni ramieniu, zmieniając po chwili miejsce na brzeg Wiktorowego talerzyka z resztką bitej śmietany i znów do Leni. Jedli szarlotkę. Po powrocie do domu napisał do niej:

Witaj… masz same mądre, rozsądne przemyślenia!… Skąd drobna, krucha istota bierze te mądrości? Ale podziwiam, gratuluje, dobrze jest mieć takiego kumpla.

Nazwał ją na wszelki wypadek „kumplem”, choć określenie to nie było eleganckie i wcale do niej nie pasowało. Jego dorosła córka powiedziałaby: oj, tato troszkę cię wzięło.

A on podziwiał Leonię, gdy opowiadała o swojej pierwszej książce, cytowała z pamięci jakieś fragmenty, czym mu niesamowicie imponowała. Słuchał i jednocześnie zastanawiał się, jaka ona może być w łóżku.

Nigdy nie uganiał się za młodymi dziewczynami. Wolał kobiety, które dzikie lata spędzone w wirującym świetle dyskotekowych lamp miały już za sobą. Gdyby był poetą, zacząłby pewnie wymyślać jakieś porównania – dojrzałe jak owoc, rozkwitłe jak kwiat, albo inne bzdury.

Ale jaka jest Leonia, Wiktor chciałby się jak najszybciej przekonać.

***

Nigdy nie zamieszkali razem. Leonia wzbraniała się, tłumacząc mu, że w ich wieku nie powinno się już tego robić. Każdy z nas potrzebuje swojego obszaru, ach, może to zbyt wiele powiedziane, raczej krainy prywatności, taki pejzaż, w którym ukochana osoba pojawia się i znika. Za każdym razem odkrywamy siebie na nowo, znajdujemy potwierdzenie właściwego wyboru.

– Wierz mi – mówiła, patrząc na niego z uśmiechem, który wywoływał siateczkę drobnych zmarszczek wokół oczu i tę słodycz, którą kochał. – Tak jest najlepiej. – Potrafiła też uśmiechać się tylko oczami.

A więc brał kilka dni urlopu w swoim biurze i przyjeżdżał do niej, próbując za każdym razem na nowo zadomowić się w jej ciele, ukryć, odreagować. Czasami miał wrażenie, że jest tylko dodatkiem, że ona pozwala mu być przyprawą, którą bierze z półeczki, używając do potrawy, jaką było jej życie z nim. Gdy powiedział o tym, roześmiała się.

– Masz rację, bez ciebie nie smakowałoby tak dobrze. Od pewnego momentu kosztuję je wszystkimi zmysłami.

Lubił obserwować ją, gdy pracowała. Jej palce ścigały się po klawiaturze, czasem zatrzymywały w zamyśleniu, by za chwilę kontynuować swoją wędrówkę. Miała dwie recenzje do napisania, czas naglił, a termin wysłania ich do redakcji zbliżał się.

Czasem Leonia podnosiła głowę rzucając mu pytające spojrzenie, dlaczego nic nie robi i z miną opuszczonego chłopca wpatruje się w przestrzeń, podczas gdy ona jest zajęta? Najważniejsza przecież jest namiętność we wszystkim, co robimy. Mógłby otworzyć swój laptop, gdzie czekają rachunki i rozliczenia. Powinny być w nadchodzącym tygodniu rozesłane klientom firmy. Prawie wszyscy teraz jeżdżą z laptopami, jak ślimak domek, wożą wszędzie swoją pracę i troski. W pociągach, samolotach.

Nie miał ochoty. Od kilkunastu dni absorbowały go myśli, w których dojrzewało pragnienie zmiany dalszego życia. Będzie musiał porozmawiać o tym z Leonią. Jak ona to przyjmie, czy zrozumie go? Nie ma łatwych rozstań, każde sprawia ból – ludziom, zwierzętom, nawet ptakom lamentującym nad pisklęciem, które zbyt wcześnie próbowało latać. Musi jej o tym powiedzieć.

Ale zanim to się stanie, Wiktor obchodzi dookoła stolik, przy którym siedzi Leonia i przytulając się do jej pleców czyta przez ramię tekst, który powstaje. „Kuzynka Nora”? A ona – jego Nora, która kuzynką na szczęście nie jest, w rozproszonym barwnym świetle tiffany lampy wznosi do niego głowę i ociera pieszczotliwie policzek o jego szyję.

– Czytałeś?

– Nie, ale coś o tym słyszałem – Siddons? Anne? Dlaczego dałaś tytuł „Narodziny motyla”?

Leonia wstaje.

– Skończyłam, przeczytaj to zrozumiesz, a ja zrobię szybko zapiekanki, późno się zrobiło.

Piesowa, machając ogonem, wędruje za Leonią, a on siada przed laptopem.

Narodziny motyla

Początek lat sześćdziesiątych, małe miasteczko Lytton niedaleko Atlanty w stanie Georgia. (USA? Gdzie to leży? Sprawdzę później w atlasie.)

W dużym domu z ogrodem mieszka Priscilla Peyton McKenzi razem z swoim owdowiałym ojcem i pomocą domową, Murzynką Clothilde. Po śmierci żony, matki Peyton, ojciec zajęty od rana do wieczora pracą biurową, powierzył wychowanie dziewczynki swojej bratowej, Auguście, osobie o konserwatywnych poglądach i prawie despotycznym zachowaniu wobec niej. Jedynym urozmaiceniem dni, po odbyciu szkolnych zajęć był dla Peyton czas spędzany w „Klubie Przegranych”, który mieścił się w starej szopie na plebanii. Tam spotykała się z ośmioletnim kaleką, Murzynkiem o imieniu Boot oraz z trzydziestotrzyletnim kościelnym Ernim, pełniącym też na cmentarzu metodystów funkcję grabarza, lubiącym o dziwo, w wolnych chwilach czytać książki. Tematem zebrań tego jakże dziwnego towarzystwa w klubie o jeszcze dziwniejszej nazwie, były opowieści – co przydarzyło się komuś minionego dnia najgłupszego.

Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że Erni Longworth jest nieszkodliwym dziwakiem, podobnie jak wiedzieli też i to, że Peyton McKenzie jest tak samo wrażliwa i nerwowa, jak jej matka. Wrażliwość i nerwowość uważano powszechnie za cechy ludzi dobrze urodzonych, a Lila Lee Peyton była tak wrażliwa, że zmarła przy narodzeniu córki.

I ponieważ stało się tak przed trzynastoma laty, dziewczynka uważała, że zabiła swoją matkę… Dlatego też – myślała, ojciec nie ma dla niej ani czasu, ani choć odrobiny tkliwości, za którą bardzo tęskniła. Nadchodzący okres dojrzewania dawał znać o sobie zmiennością nastrojów Peyton, aż któregoś dnia, na znak protestu przeciw całemu światu, wzięła do ręki nożyczki i obcięła swoje dwa, piękne, długie warkocze…

Przez cały dzień czekała, żeby przyszedł do niej ojciec – zapukał do drzwi, lub nawet wszedł bez pukania, byleby zrobił cokolwiek. Nie mogła przewidzieć, jak ojciec się zachowa, bo nigdy w życiu nie zrobiła nic tak nonsensownego. Bała się jego gniewu, ale jeszcze bardziej tego, że potraktowałby ją z chłodną, obojętną pogardą. Kiedy nadeszła pora kolacji, nie mogła tego już dłużej wytrzymać. Przygładziła strąki pozostałych włosów jak umiała najlepiej i wślizgnęła się do salonu, gdzie ojciec siedział z gazetą przy włączonym telewizorze z wyciszoną fonią. Przy fotelu paliła się tylko jedna lampa na długim ramieniu.

– Peyton? – wymówił spokojnym, znużonym głosem, nie zmieniając pozycji. I tak jednak Peyton poczuła, że kraje się jej serce.

– Nie traktowaliśmy cię poważnie, prawda? – przemówił w końcu Frazier McKenzie. W jego głosie przebijało tylko znużenie, bez śladu gniewu czy wzburzenia. Może więc jeszcze uda się wszystko odkręcić…

– Tatusiu, to był fatalny błąd… Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam… – zaczęła i zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć płaczem.

(Przeczytałam do strony 55 i prawie ze łzami w oczach, myślałam momentami: niech się wreszcie coś stanie i daj Boże, aby zmiana, jaka ma nastąpić w życiu Peyton była jak najpozytywniejsza.)

Jedyną przyjaciółką, jaką dziewczynka dotychczas miała i którą obdarzała zaufaniem była babcia, Agnes MacLaren McKenzie, matka jej ojca. Staruszkę posiadającą nadprzyrodzone zdolności jasnowidzenia, parzącą ziołowe mikstury i rozdającą w miasteczku własnoręcznie wykonane amulety, ciotka Augusta uważała za osobę, która ma bzika.

– Przecież wszyscy wiedzą, że kruki przez cały tydzień obserwują, jakie popełniamy grzechy, a w piątek zlatują do piekła i powtarzają to diabłu. Sójki robią to samo. Nie słyszała ciocia nigdy o Dniu Sójki? – Tak broniła babci, Peyton.

Ale nareszcie stało się! Pewnego dnia do rodzinnego domu państwa McKenzie w Lytton przyjechała kuzynka Nora, a właściwie córka kuzynki mamy Peyton. Dla mnie jak Różowa Pantera, bo zajechała różową limuzyną marki Thunderbird i na pierwszy rzut oka przypominała dzikiego kota, pumę lub lamparta ozdobionego burzą rudych włosów na głowie i licznymi piegami, które wcale nie ujmowały jej uroku. Mimo to przyjęcie kuzynki, jakie zgotowała Peyton (a tego można było się spodziewać) zaskoczyło wszystkich. Jak wpłynęło przybycie wyemancypowanej i ekstrawaganckiej panny Nory na życie plotkarskiego miasteczka i jej białych oraz czarnoskórych mieszkańców, a przede wszystkim na życie Peyton i jej ojca? Dlaczego zatytułowałam mój post: Narodziny motyla? Przeczytajcie sami, polecam: Anne Rivers Siddons „Kuzynka Nora” str. 280.

Książki Anne R. Siddons mają swoją aurę, postacie w nich nakreślone są malarsko, prawie uwodzicielsko, a zakończenia książek – mało przewidywalne. Chociaż muszę przyznać, że „Kuzynka Nora” podobała mi się bardziej, niż „Zdarzyło się pewnego lata”.

Ps. Nie należę do Klubu Przegranych, ale mnie zdarzyło się też coś dziwnego. Młode wrony (a może to był kruk) opuszczają już swoje gniazda i czują się chyba w tym nowym, wielkim świecie dość dziwnie. Dziś rano, idąc z moim psem do pobliskiej piekarni, zostałyśmy zaatakowane prawie jak w filmie Alfreda Hitchcocka przez jednego czarnego ptaka. I to dwa razy! Siedząc na pobliskiej latarni, czekał na nas, a potem ponownie, wrzeszcząc i zniżając swój lot próbował dziobnąć, najpierw mnie, a potem Piesową. Odpędzony moim krzykiem, machaniem rąk i szczekaniem suni, odleciał na swój punkt obserwacyjny. A może babcia Agnes miała rację?

Z kuchni zapachniało gotowymi zapiekankami, Leonia ozdabiała je właśnie listkami sałaty, gdy ponownie stanął za nią.

– Co to za historia? Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?

– O wronach? Nienawidzę ich. Poza tym nie było cię wtedy w kraju.

– Nie?

– Szwecja z Karolem.

– Ale po miesiącu wróciłem. Mogłaś opowiedzieć.

Siedzieli naprzeciw siebie, zapiekanki stygły, a Leni wyjaśniała:

– To dotyczyło Piesowej i mojego jaskółczego gniazda.

Ugryzła chrupiący kawałek. Nie ogarniał, widziała, że nie rozumie i dziwiła się sama sobie, że historię, którą kiedyś czytała, zaczęła przypisywać wydarzeniu, które i jej stało się bliskie. O jaskółkach, które uwiły gniazdo w narożniku sypialnianego okna, a wrona, czarownica czarnoskóra je zniszczyła? I że krótko po atakach podobnych do ptaków w filmie Hitchcocka, dostrzegła guzy na piersiach Piesowej i zdecydowała się na jej operację? A wszystko odbyło się podczas jego szwedzkiej nieobecności… i jak nie wierzyć w czary i przepowiednie? Nie chciała wracać do tych dni, a poza tym Wiktor nie przepadał za towarzystwem psów, więc uznała temat za zamknięty. Ona jednak do końca życia nie będzie tolerować wron. Mają okropne, jasnoniebieskie albo zielonkawe oczy, jakby były ślepe, choć ślepowronami nie są.

Wiktor w milczeniu pochłonął drugą zapiekankę, a potem wstał i otworzył puszkę piwa, rozlewając do dwóch szklanek. Leonia dała resztki jedzenia Piesowej, która lubiła nawet surową paprykę, kiszone ogórki i w ogóle była dziwnym psem. Dzielnie zniosła operację, jakby wiedziała, że tylko ta decyzja, którą podjęła Leonia może przedłużyć jej życie. Lekarzowi, który był weterynarzem z prawdziwego zdarzenia i poradził sobie z rakiem Piesowej, Leni oprócz pieniężnej należności sprezentował swoją pierwszą książkę i wzruszeni dziękowali sobie nawzajem, a jej łzy kapały na brązową sierść psa budzącego się powoli z narkozy.

Już niedługo zimowe dni staną u drzwi, a mróz namaluje na szybach pierwsze koronkowe wzory. Znów spadnie śnieg i Piesowa będzie gonić lepione przez Leonię śnieżne kule, gryźć je, jak lody bezsmakowe, a potem poszczekiwać z chrypką w głosie.

– Może wolałbyś kieliszek koniaku?

Wiktor kiwa przecząco głową. Tak naprawdę nie przepadał za żadnym gatunkiem alkoholu. Pił ot tak, od czasu do czasu, chcąc dotrzymać jej towarzystwa.

Leonia z kieliszkiem brandy o kolorze ciemnego złota, siada na dywanie przed kominkiem. Piesowa rozkłada się obok niej, a Wiktor zapala papierosa i mieszcząc się opodal na kanapie, czuje przenikający go dreszcz emocji. Jest romantycznie, bo Leni zgasiła górne światło, rozpuściła włosy i spoglądając w jego kierunku z delikatnym, prowokującym uśmiechem popija małymi łyczkami swój koniak, a on wie, że musi zburzyć ten nastrój. Już czas, nie może dłużej czekać. I nie lubi w tym momencie samego siebie.

O czym on mówi? Ogień buzuje głośno w kominku, trzaska polano, które Wiktor włożył przed chwilą, a płomienie wiją się gwałtowną czerwienią. To znak? Za oknem znów słychać krakanie wrony. Nie, tylko Leonii obsesja. Głos Wiktora jest beznamiętny, nie odpowiadający zupełnie temu, o czym mówi. Perspektywy przed nią roztacza, informuje o decyzjach, które zamierza podjąć.

O miejscach i ludziach czekających na niego za oceanem.

Ale w tych nowych krajobrazach nakreślanych przez Wiktora, ona dzisiaj nie widzi miejsca. Ani dla siebie, ani dla jej psa.

***

…a Ty pocałunki, jak koraliki drobne na mych piersiach rozsyp…

Jak to się stało… wtulałam twarz, chowając ją pod Twoim sercem, a sznur moich drobnych perełek, które miałam na szyi rozsypał się. Zbierałeś je ustami, oddawałeś mojej dłoni i każde dotknięcie ust było czułym muśnięciem. Myślałam, że nigdy nie było między nami podobnej bliskości, jak wtedy, gdy przyjechałeś ostatni raz przed odlotem do Stanów. Starałam się nie przyjmować tego faktu za prawie dokonany. To tylko moment, jak usunięcie bolącego zęba, wszystko się kiedyś zagoi, będę dzielna, będę znów pisać dla ciebie wiersze. Nie myśleć… chcę, żebyś wyjechał z najpiękniejszym obrazem naszego rozstania pod powieką. Czy pożegnania mogą być piękne? To nic, że perły oznaczają łzy, malutkie perełki… kawa, papieros w łóżku… i znów nasycony błękit Twoich oczu nade mną.

W nocy słyszę stąpanie Twoich bosych stóp, gdy szedłeś do łazienki. To Piesowa zmienia miejsce snu, wychodząc z koszyka i rozkładając się na środku pokoju.

Dzisiaj kupiłam deo, którego używałeś i postawiłam w łazience. A wiesz, czego zabrać zapomniałeś? Płaszcz kąpielowy, który kupiłam ubiegłego roku dla ciebie pod choinkę, wisi obok mojego.

Czasem go zakładam… bywa, że nawet w nim zasypiam, przytulając jego zbyt długie rękawy do mojego policzka.

Już jesień przed nami… taka popielata.

Patrycja

W kuchni Leonii pachnie biszkoptowym ciastem ze śliwkami i Nescafe espresso. Jest bez znaczenia, że powinno się ją podawać w małych filiżaneczkach. Obie z Patrycją lubią dużo i z mlekiem.

Pat przyszła w odwiedziny i rozsiadają się w trójkę z Piesową wygodnie na kanapach.

– Pyszne, mogę jeszcze? Masz śmietanę?

Leni przynosi z lodówki pojemnik, a Pat szprycuje sobie białą górę na placek..

– Hej, nie boisz się o kalorie?

– Eee tam, Januszowi podobają się moje wałeczki. Masz jakieś wieści zza oceanu? Co on tam w ogóle robi?

– Pracuje w knajpie, latem sprzedawał lody.

Leni robi sobie drugą kawę i z ukrytym smutkiem czeka na reakcję Patrycji.

– Ja pierniczę, informatyk w knajpie.

Pat zapala papierosa i uśmiecha się ironicznie.

– Nie podniecaj się, to dopiero początki, zapisał się do szkoły, czymś trzeba opłacić i z czegoś żyć. Buduje nową egzystencję, jak napisał. On zawsze szukał swojego miejsca w życiu, na świecie. Może tym razem znalazł?

– Niespokojna dusza – zrobisz mi jeszcze kawy, skarbie, a potem dodaje: – a co z tobą, tak sobie tu jesteś i tęsknisz?

– Piszę, kończę moją trzecią książkę i tęsknię. – Leni śmieje się, bo zestaw pisania z tęsknoty nagle ją rozbawił. Wyglądało to na zabijanie czasu w oczekiwaniu i, aby nie zbijać tak zwanych bąków.

– Czemu się dziwisz, poszukiwanie samego siebie jest czasem konieczne, takie spojrzenie w głąb.

– Nie mogę – wybucha śmiechem Pat, a Piesowa zeskakuje z kanapy. To było już za głośne. – Głąb to on jest, że ciebie tu zostawił. Masz coś alkoholowego do towarzystwa?

Jej nieskomplikowana przyjaciółka kochająca życie, Janusza, mająca czas na wiele, umiejętnie balansująca między rodziną, a swoim małżeństwem i hobby – uprawianie ogródka i haftowaniem obrazów. Leni podziwiała ją, a ona – Leonii pisanie.

– Wiesz, czasem myślę, że może zbyt mało okazywałam mu uczucia, bo przecież zależało mi na nim. Myślałam, że on to wyczuwa. Dlaczego tak jest, że gdy jesteśmy na krawędzi utraty uczuć osoby, która w głębi serca jest nam bardzo bliska, dopiero na granicy tej utraty potrafimy docenić jej wartość. Kieliszeczek Amaretto?

– Może być, Janusz po mnie przyjedzie. Ale jesteś z nim w stałym kontakcie?

– Oj, jestem, pewnie, że jestem, przeczytam ci coś.

Leni przewija mailową pocztę, znajduje listy od Wiktora i zaczyna czytać półgłosem.

„Byłem z Ciebie dumny, ale Twoje sukcesy nie są moimi, przytłaczają mnie, potrzebuję czegoś więcej. Może za Oceanem będę miał więcej szczęścia. A gdy już urządzę się – przyjedziesz do mnie.”

– I co?

– Odpowiedziałam mu, że każdy problem jest wyzwaniem. Jeśli nie da się go uniknąć, trzeba spróbować go pokonać, a przecież często on tkwi w nas samych.

„Leni moja, dobrze mi się czyta Twoje miłe słowa, jesteś wspaniałą kobietą o bogatym wnętrzu, wypełnionym spokojem nawet gdy dotykają cię trudne sprawy. Nie mogę zrozumieć dlaczego jest tak mało Twoich charakterów w naszym społeczeństwie!!!??? O ile życie byłoby cieplejsze, milsze, sensowniejsze. Zazdroszczę ci sił, pomysłów i tak urozmaiconych spostrzeżeń pięknie zapisanych… masz złote pióro i brakuje mi słów, mnie, prostemu robaczkowi… zazdroszczę tym, którzy zdobyli twój uśmiech i duszę… Pozdrawiam serdecznie, życzę bardzo miłego dnia, całuję, przytulam z daleka w puszystym śniegu, Wiktor.”

Zamyka komputer i mówi:

– Dziwne, że ludzie widzą w nas to, czego sami często nie zauważamy.

– Przerost formy nad treścią. O co mu tak naprawdę chodzi? Trochę bredzi, nie uważasz? Jakieś pióro ci wysłał?

Pat znów się śmieje, kpi żartując, ale jej brązowe oczy błyszczą tak miło.

– Nie wygłupiaj się, mnie się też coś nie podoba, gdy pisze o tych charakterach w społeczeństwie. Jakieś problemy w pracy? I śnieg już u nich spadł.

– Dla mnie to jest bla, bla, jakby się ubezpieczał. A o jakich trudnych sprawach ty do niego pisałaś?

– No wiadomo, że tęsknię i o Iwonie.

– Co u Iwony?

– No właśnie. Ona wie, że jestem sama i nie dzwoni. To ja pytam, co słychać, jak dzieciaki, kiedy wpadną, a teraz od dwóch tygodni jest cisza. Powiedziała mi, że nasze priorytety różnią się.

– To znaczy?

– No właśnie, ona ma rodzinę, a ja nie wiadomo, czego chcę. Nie bardzo rozumiem, ale uparłam się i nie narzucam.

– Tak, moja droga, macierzyństwo wcale nie staje się łatwiejsze wtedy, gdy dzieci są już dorosłe. Mówi się, że młodzi ludzie ciągle tacy zajęci, to tak jakby limit czasu przydzielony im przez los był mniejszy od naszego.

– Mam czasem wrażenie, że dzieli nas jakaś niewidzialna bariera. Budzą się dawne żale.

– Co ty masz na myśli?

– Skomplikowane. Zarzuciła mi, że nie umiałam utrzymać ojca przy rodzinie. Tak dosłownie powiedziała. Staram się nie analizować, nie wyciągać starych tematów z szafy, bo okropnie mnie to męczy. Ona jednak, częściowo obwinia mnie za odejście Jakuba.

– Po tylu latach? – Pat zamyśla się. Powody, dla których ludzie rozwodzą się, to jak nieszczęścia, które prawie zawsze chodzą parami. A rozmawiałyście na ten temat?

– Tak, już dawno. Wtedy powiedziała mi, że była dumna z naszej rodziny, z tatusia, który nas kochał i w ogóle, a teraz jej wspomnienia z dzieciństwa są całkiem zamazane.

– Dziecięca filozofia, nic nie zmienisz.

– Tak, tylko, że ona już jest dorosłą kobietą, ma dwoje dzieci i ja mam szukać z nią porozumienia? Nie widzę powodu, dla którego miałabym odsłaniać niektóre moje tabu.

– Jeśli miałoby to wam pomóc?

Patrycja nalewa jeszcze raz Leni, potem sobie likieru, zapala kolejnego papierosa, częstuje przyjaciółkę i patrzy na nią wyczekująco.

– Może nie będzie to wcale wiarygodne. Są prawdy, które po latach stają się mało prawdopodobne.

Rozmowa nabiera smaku gorzkich migdałów. Gdzie jest granica, za którą z dobrej znajomości powstaje przyjaźń i przychodzi ochota, by otworzyć serce, prawie wypluć bolące wnętrze i rozpłakać się nawet nad rozlanym mlekiem z butelki, która zbiła się Iwonce na schodach. Pat patrzy dalej zachęcająco, jakby chciała ułatwić mi zwierzenia. To jest jak z miłością. Kogoś bardzo lubisz, wydaje ci się, że go tylko bardzo lubisz. Nagle decydujesz się i idziesz z nim do łóżka, a karuzela życia zaczyna wirować na najwyższych obrotach.

– Byłam już po studiach, ale ciągle zbyt zielona na prawdziwy związek. Jakub podobał mi się, ale nie był moim pierwszym, pół roku wcześniej boleśnie przeżyłam inne rozstanie. Chyba szukałam u niego pocieszenia.

– Wiedział, że był już ktoś przed nim? Dawniej, dla niektórych facetów to było dosyć ważne.

– No, powiedziałam mu.

– Po jaką cholerę?

– No właśnie, istnieją idiotyczne chwile szczerości.

– No i po mojej łóżkowej przerwie, a potem intensywnym seksie z Jakubem któregoś dnia doszłam do wniosku, że jestem z nim w ciąży. Jakieś zaburzenia, kilka dni, ale wpadliśmy oboje w panikę: opinia publiczna, rodzice itp. To były inne czasy. Kilka miesięcy znajomości i ciąża. Postanowiliśmy wziąć ślub. Jakub zrobił termin w Urzędzie, powiedzieliśmy rodzinie i wtedy dostałam okres.

– O kurcze – roześmiały się obie.

– Byłaś u lekarza?

– Nie, wszystko przebiegało normalnie, myśmy się naprawdę wtedy w sobie zakochali. Chociaż, czy ja wiem, tak nam się wydawało, a przecież pragnienie wspaniałego seksu bardzo łatwo można pomylić z miłością. Nasz ślub był farsą wyreżyserowaną w dwóch odsłonach. Jakub należał do Partii, więc wzięliśmy cywilny z udziałem miejscowych władz, kwiaty, szampan, delegacje, gratulacje, komuna! Tego samego dnia, wieczorem w innym miasteczku, w małym kościele – akt drugi. Niby nastrojowo, najbliższa rodzina, nasze matki płakały. Potem trochę tańców w ciasnym mieszkaniu, ale wtedy to nie byłam ja! Jakbym sobie wybrała rolę do zagrania, z facetem, którego mało znałam. Tak to teraz widzę. Kurcze, zawsze lubiłam występować i deklamować wiersze. W podstawówce nawet myślałam, aby zostać aktorką. Sąsiedzi mieli pewnie niezły ubaw, gdy wyśpiewywałam w kuchni na cały głos: „Gdy mi ciebie zabraknie”, a „Świteziankę” też umiałam deklamować na pamięć.

Pat uśmiechała się.

– A po ślubie okazało się, że ja do literatury, a on do sportu i czasami robił cyrk, że nie jest mężczyzną mojego życia, że go nabrałam, złowiłam i tak dalej.

– Był nadziany?

– Tak, dużym mniemaniem o własnych, zewnętrznych i wewnętrznych walorach. Przystojny, bez nałogów, na państwowej posadce. Iwonka urodziła się po dwóch latach, ale wtedy już powoli przestawał mieć dla nas czas. Chyba w ogóle nie powinien mieć dzieci. Ograniczają swobodę rodzicom – powiedział kiedyś i, że nie mam się ważyć znów zajść w ciążę, bo zabieg mogę mieć pewny jak w banku.

– Jakie to okrutne… paranoja. Powinnaś jej opowiedzieć.

– To nic nie zmieni.

On jej kiedyś naświetlił swój punkt widzenia. Dajmy sobie spokój. Leonia wstaje i otwiera szeroko balkonowe drzwi:

– Ale nakopciłyśmy tymi papierochami. Chyba przestanę palić i zapiszę się na intensywny angielski – uśmiecha się.

– Myślisz o wyjeździe?

– Może… ale jeszcze nie teraz. Pracuję nad moją „trzecią”. Pierwsze dwie miały dobre recenzje, to zobowiązuje – mówi i spoglądając w zamyśleniu przez okno, zauważa znów wronę, dużą, granatową, siedzącą na rosnącym w pobliżu platanie. Ptak wyraźnie obserwuje ją i Leonia zatrzaskuje głośno balkonowe drzwi. Wrona zrywa się do odlotu. Co za ulga.

– Ile jeszcze do końca?

– Jest gotowa, jeszcze małe korekty, literówki.

– Tytuł, okładka?

W odpowiedzi Leonia klika na dokumenty w laptopie i oczom Pat ukazuje się okładka z dziewczyną pod parasolem, na który zamiast deszczu sypią się większe i mniejsze serduszka. Przecina je napis:

Internetowy pacjent czyli prawie cybersex.

– O matko, nie przypuszczałam, że nabierzesz takiego tempa. Dasz poczytać, chociaż początek?!

– Mam tutaj coś wydrukowane, bo wysyłałam jednej recenzentce na próbę, no to zobacz.

Leni z uśmiechem zadowolenia podaje jej kartki i robi jeszcze jedną kawę, a Patrycja zakłada okulary.

– Tak się zaczyna Twój „pacjent”?

– Nie mój, pewnej Manueli.

– No, ciekawe.

„Jeśli mam znaleźć prawdziwą miłość, najpierw muszę mieć dość przygodnych znajomości, które mi się przytrafiły.” Paulo Coelho

– Dobre motto dałaś – komentuje szeptem i wraca do czytania.

***

Wynajmowała mały apartament na ostatnim, podniebnym piętrze w naszym domu. Spotkałyśmy się kilka razy na schodach wymieniając w zależności od pory dnia, grzecznościowe pozdrowienia. Szczupła, elegancka blondynka w wieku mojej córki.

Lubiła nosić czerwony płaszczyk, w rannych godzinach słyszałam ją czasem zbiegającą po schodach. Tupot spieszących się nóg na wysokich obcasach.

– Dzień dobry – powiedziała kiedyś. – Czy ten pies jest rasowy?

Obróciłam się. Stała za mną wśród traw na łące okalającej dom i pozostałe po budowie nieużytki. Dla odmiany miała na sobie dzisiaj czerwoną, ortalionowa kurtkę z kapucą, a na smyczy trzymała dwa szalejące, obłej maści szczeniaki. Moja Dora buszowała w trawie.

Roześmiałam się.

– Nie, to mieszanka border collie z jamnikiem długowłosym, tak przypuszczam, chociaż nikt tego dokładnie nie sprawdził.

– Nie wiedziałam, że pani też ma psa, sorry, psy – poprawiłam się.

– Mam – westchnęła i rozgadałyśmy się na dobre. Jeszcze nie wiedząc, że jest z pochodzenia pół Włoszką o romantycznym imieniu Manuela, dowiedziałam się, że znalazła cztery szczeniaczki w przybudówce pewnego starego domu, szukając według podanego jej adresu, klienta, z którym miała zawrzeć umowę ubezpieczeniową. Jednak zamiast niego i spodziewanej prowizji, zwabił ją cichutki skowyt, podobny do miauczenia. Wygłodzone pieski były prawie na wykończeniu. W koszyku, jaki miała w samochodzie, zwykle przeznaczonym na zakupy przywiozła je do domu, udzieliła pierwszej pomocy w postaci podania wody i wykonania koniecznych czynności nazywanych potocznie psią higieną osobistą, a potem zadzwoniła do biura, załatwiając sobie tym samym dwa dni urlopu. Następnym punktem programu było zapakowanie dwójki szczeniąt w stary pulower (notabene po kochasiu, który odszedł w siną dal) i wizyta w niedaleko od nas położonej klinice weterynaryjnej. Stan zdrowia pierwszej dwójki – dziewczynki i chłopca, mimo, że wygłodzeni została orzeczona jako dość dobry. Podtrzymani na duchu koniecznymi zastrzykami i lekarstwami do podania na później, mogli opuścić klinikę. Manuela, jak dzielna matka zawiozła pierwszą partię przychówku do domu i pojechała z pozostałymi dwoma, tym razem chłopakami przeprowadzić konieczne badania.

Popatrzyła na mnie z odcieniem smutku w oczach:

– Co miałam zrobić, zostawić je tam na pewną śmierć?

– Podziwiam – wybąkałam tylko, bo jej reakcja zaimponowała mi. – A co z resztą?

– Ach – posłała mi radosne spojrzenie – dałam kilka ogłoszeń w Internecie i zostali adoptowani w dobre ręce.

Toffi wyglądał naprawdę jak cukierek o podobnej nazwie, a Czaruś, bo czarny jak smoła, o czarującym też spojrzeniu przymilał się właśnie do nóg swojej pani.

– Właściwie chciałam zatrzymać tylko jednego, ale zaraz na początku pobytu u mnie, w swoim osieroceniu bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili i nie miałam sumienia ich rozdzielać. Sorry, muszę uciekać do pracy, miło mi było – rzuciła jeszcze na odchodnym i pociągnęła chłopaki za sobą w kierunku wejściowej bramy. To był niewątpliwie dzień dobroci dla zwierząt.

***

Spotkałam ją ponownie za kilka dni wśród, niedaleko od naszego bloku rozciągającym się, buszu traw i polnych kwiatów, w których właściciele psów wydeptali już swoje spacerowe ścieżki. Miałam problem z formatowaniem, a Iwona była zawsze zbyt zajęta i nie chciałam jej zawracać głowy.

– Sorry, chciałam zapytać, czy zna się pani na formatowaniu? No, mam na myśli w komputerze. Nie umiem sobie sama poradzić.

Zrobiła na mnie wielkie oczy.

– O co chodzi? Jakiś tekst?

– Tak – odpowiadam uśmiechając się – szczerze mówiąc, zaczęłam pisać książkę, muszę umieścić ją w odpowiednim formacie z akapitami i tak dalej. Mam nowy laptop, który posiada wiele funkcji, chyba za mądrych dla mnie. Poprzednio pracowałam w wersji niemieckiej, teraz muszę przyzwyczaić się do wszystkich pojęć w języku polskim.

W miarę jak mówiłam, oczy Manueli o kolorze przejrzystej morskiej wody robiły się coraz większe. Gdy już zaprzyjaźniłyśmy się, pewnego razu powiedziałam jej, że ma oczy jak syrenka z bajki, którą lubiła czytać moja wnuczka. Rozbawiło ją to.

– Pani pisze? A o czym, mogę wiedzieć?

– A… takie różne: notatki, refleksje z ostatnich lat, trochę wierszy.

– Poważnie?

– Czemu się pani dziwi?

Manuela znów się uśmiechnęła.

– Bo ja też piszę. Bloguję sobie. To wypełnia czas, gdy jest się samym.

Patrzyłam na nią z coraz większym zainteresowaniem. Taka kobieta i samotna? Ale czy sama i samotna oznacza to samo?

– Może wypijemy kiedyś razem kawę – zaproponowałam.

– Chętnie, chyba znalazłam dla pani poszukiwanego informatyka – uśmiechnęła się na pożegnanie.

Jeden z moich znajomych blogujących mężczyzn, między interesującymi postami i komentarzami rzucił zdanie, że blogowanie czy też udział w komentarzach czynionych na blogach podnosi poziom adrenaliny:) Prawdopodobnie miał na myśli kobiety i przyznaję mu rację, bo przykładów na to cała chmara, jak motyli na krzaku letniego bzu… Wyobraźnia… to coś fantastycznego i jeśli posiadamy ją w bujnej postaci, to potrafi nam dostarczyć wspaniałych obrazów. Nie wiem jak to z mężczyznami bywa, ale kobiecie łatwiej jest zaczynać dzień i kończyć go w przekonaniu, że istnieje gdzieś ktoś, kto myśli i pisze, właśnie DO NIEJ. Można, choć trochę pomarzyć przed snem… a zresztą każda pora dnia lub nocy jest dobra, by biec jak na randkę do komputera, do tej skrzynki, która potrafi czynić cuda i odmieniać codzienność.

Zaskakując swoją szczerością, Manuela opowiedziała mi swoją historię. Zajęło nam to kilka wspaniałych, razem spędzonych wieczorów, a ja słuchając z wypiekami na twarzy notowałam w pamięci jej opowiadania, umieszczając potem w następnych rozdziałach mojej trzeciej powieści.

***

– Początek OK, kochana, zaciekawia – mówi Patrycja oddając jej wydruk tekstu. Dasz coś jeszcze?

– Cierpliwość nie jest twoją mocną stroną, moją zresztą też nie. Poczekaj, mam tu gdzieś kilka stron jej notatek, nawet dała mi swoje wiersze.

– Super, dzięki. – I Pat ponownie zagłębia się w czytaniu.

Manuela opowiedziała:

Czatując razem z Mario (wymyślił sobie intrygujący nick, pochodzący od jego imienia) spędziliśmy kilkanaście interesujących spotkań, wymieniając poglądy na wiele tematów, okraszonych ikonkami – serduszkami, dobranocnymi buziakami i bukietami róż. Były też zaproszenia na wspólne spędzenie czasu: zwiedzanie katedry, zabytków Berlina oraz Lwowa, w czym mój internetowy przyjaciel był czynnie zaangażowany i w sztuce oblatany – dosłownie i w przenośni. Moje serce biło radośnie przed każdym wirtualnym spotkaniem. Wszystkim czytającym paniom zrozumiałe, prawda? Na dodatek „nieszczęśliwym” zbiegiem okoliczności wystąpiła techniczna awaria i diabli wzięli mojego laptopa, a poziom adrenaliny skoczył mi jeszcze wyżej! Dałam go do naprawy, ale service odmówił doprowadzenia biedactwa – z braku koniecznej części do stanu używalności, a gdyby nawet go sprowadzili, to koszty naprawy byłyby mało opłacalne. Zanim więc kupiłam nowy laptop, informowana esemesami o terminie kolejnego, wirtualnego rendez-vous, biegałam do pobliskiej internetowej kafejki, czekając z utęsknieniem na powrót przyjaciela z pracy. Z niecierpliwością oczekiwałam też uzgodnienia terminu naszego spotkania. Nasza znajomość trwała już około trzech miesięcy, a spotkanie troszkę odwlekało się, bo mój ukochany miał jeszcze w planie kilka dni pobytu w szpitalu. Ot, rutynowe badania z uwagi na bolące czasami stawy – przeforsowane pełnionym na co dzień turystycznym zajęciem. Nastąpiło kilka dni pauzy w naszych kontaktach. Jego komórka nie odpowiadała, a ja tęskniłam jak szalona za naszym pisaniem. Praca, spacery z psiakami, czaty i oczekiwanie spotkania z nim stały się moim życiem, a tu cisza. Fakt faktem, że używanie komórek na szpitalnych oddziałach jest zabronione, ale moja koleżanka leżąc w jednym ze szpitali mogła mieć ze sobą nawet małego laptopa, więc niemożliwe, że on nie ma dostępu do internetu choć na chwilę! Nie żyjemy przecież w dżungli.

Zdesperowana i szczera napisałam maila, że tęsknię i czekam na wiadomość, zapytałam, co jest powodem jego milczenia, sama dzieląc się moimi przypuszczeniami: nawał pracy, pobyt w szpitalu… i dodając kokieteryjnie: czyżby inna nowa znajomość?

No i co? Wyobraża sobie Pani, jaka była reakcja mojego partnera, który na oficjalnej stronie napisał, że ma dużo niveau? Chyba mu się z kremem NIVEA pomyliło!

Zacytuję to Pani w oryginale, bo okropnie mnie trafiło: „Przeczytałem Twój żałosny, pełen pretensji mail i jestem zaskoczony. Jeśli się nie odzywam, to znaczy, że jestem zapracowany albo nie mam na to ochoty. Stwierdzam, że jesteś chyba osobą uzależnioną od mediów, internetu i kontaktów damsko-męskich. Odezwę się, gdy będę miał na to czas i okazję. Pozdrawiam, Mario.” (bez ikonki).

Kurcze, ja jestem uzależniona od internetu??? To przez NIEGO prawie się taka stałam, ale przyczyna mojego zdenerwowania była dużo poważniejsza… bo chyba się zakochałam! A kto pisał, że czeka z niecierpliwością na każde nasze kliknięcie, kiedy nareszcie się zjawię? No, kto? A teraz, czytając jego dzisiejszego maila zdawało mi się, że śnię. Nie puszczę mu tego płazem, o nie! Moja odpowiedź była lawiną pytań: „A cóż jest dziwnego w tym, że kobieta utrzymująca od dłuższego czasu kontakt z mężczyzną, zaniepokojona nagle panującą w eterze ciszą, pyta o stan jego zdrowia? (no, może nie tylko:)) Czy nigdy nie spotkało Cię tak ciepłe zainteresowanie ze strony kobiety?” Coś tam jeszcze z frustracji wielkiej nabazgroliłam, nie pamiętam i załączyłam nawet wiersz, który napisałam dla niego:

Jestem w lesie – powiedział…

popłynęły słowa pachnące igliwiem

i umarłymi grzybami, których nie zdążyli zebrać

a ona z komórką we włosach zatańczyła na łące

i już pędziły piernikowe koniki na Gwiazdkowy

Markt, zadzwoniła kolęda…

z workiem pełnym życzeń i obietnic

spacerował Stary Święty, a serduszka lukrowane, od słodyczy niewiarygodnej aż ciężkie

odjeżdżały saniami, z marzeniami… w dal…

Myśli Pani, że go wzruszyłam? Ha, ha, jego odpowiedź przyszła następnego popołudnia, gdy znów pobiegłam do internetowej cafe…

„Stwierdzam, że żyjesz w innym świecie niż ja. Nie jestem marzycielem i stąpam twardo po ziemi, zajmując się sprawami dnia codziennego, zamiast bujać w obłokach. Gdy będę miał czas, odezwę się. 3m się.”

I w taki to nagły i „sympatyczny” sposób okazało się, że jesteśmy zupełnie z innej bajki. Zapłaciłam ostatni raz za wizyty w internetowej kafejce, a wieczorem przyplątały mi się do głowy jakieś nowe wiersze. Wygląda na to, że podobnie jak Pani potrzebuję do pisania pewnej porcji adrenaliny. Co Pani o nich sądzi?

Ruletka…

Postawiłam na:

wyrozumiałość, tolerancję, wyobraźnię, fantazję, nieufność do wszystkich diabłów posłałam…

kryształową kostką (nie kością) rzuciłam!

Zawirowało… zamknęłam oczy…

Wygrałam!

Nie powiem wam, co, do czarnego pudełka schowałam, zaglądałam co wieczór, myślami całowałam

z nim pod poduszka zasypiałam…

A dziś rano było puste…

Ten trzeci wiersz, który uważam za pastisz, wysłałam mu po paru dniach, gdy mogłam już korzystać z mojego nowego laptopa w domu. Odpowiedział, że się mylę i mam fałszywe spojrzenie na tzw. męskie sprawy, bo wcale tak nie jest…

Dojrzałością swą sfrustrowani

i medialnie pracą uzależnieni, znarkotyzowani pogonią za pieniądzem

i uczuciem, na które im i tak czasu nie

wystarcza, bo wypełnieni bagażem lat minionych

już kochać nie umieją…

I tylko czasem – na brzegu łóżka usiądzie dziewczyna

ciepłą dłonią Twoją twarz muśnie…

Budzisz się widząc pełnię księżyca za oknem

i nawet, za sen taki wdzięczny – proszek od bólu głowy

popijasz czarną kawą…

A ja wiem, że mam rację, jeśli temat dotyczy panów w wymienionym, w dedykacji wieku, bo zatytułowałam go „Sześćdziesięciolatkom”. Pewnie był za stary dla mnie, jak Pani myśli?

– Niesamowite, miała dziewczyna przeżycia. – Patrycja odkłada kartki. – Jej wiersze całkiem przyjemne, podobają mi się.

– Mnie też, ale wyobraź sobie, że bardzo łatwo można uzależnić się od podobnych poszukiwań towarzysza podróży po życiu. Po nieudanej znajomości z Mario, poznała kogoś innego, młodszego wiekiem i zaangażowała się na nowo. Znajoma kosmetyczka podała jej adres wróżki i Manuela pobiegła do niej dowiedzieć się, czy tym razem jest szansa, aby złapać nowe szczęście za nogi. Prognozy nie były zbyt optymistyczne. Karty wskazywały na wewnętrzne problemy Krzysia (takie imię nosił nowy partner). Wróżka dostrzegła w kartach jego odczuwalne trudności przy nawiązywaniu kontaktów z kobietami. Wszystko to z powodu przykrych doświadczeń nabytych w czasach młodości, a które zagnieździły się głęboko w jego psychice i stwierdziła, że mężczyzna, którego wzięła pod lupę, powinien raczej zasięgnąć rady terapeuty. Manuela nic strasznego dotychczas w Krzysiu nie zauważyła, a jeśli nawet coś podejrzanego nastąpi, postanowiła mu pomóc. Miłość potrafi podobno czynić cuda, prawda?

Patrycja śmiała się.

– No i co, Znowu pudło?

– Powoli, słuchaj. – Leonia napełniła ponownie filiżanki kawą. – Ich znajomość trwała kilkanaście tygodni, spotykali się dość często, bo Krzysztof mieszkał w sąsiednim miasteczku, chodzili do kina i na spacery z jej psami, a kto lubi zwierzęta musi być przecież dobrym człowiekiem, prawda?

Wspomniałam ci już, że ona jest pół Włoszką? Otóż, zdarzyło się nieszczęście. Jej ojciec pracując w kopalni marmurów w Carrarze, uległ śmiertelnemu wypadkowi i mimo, że jej rodzice byli już kilkanaście lat po rozwodzie, Manuela postanowiła pojechać na jego pogrzeb.

– A co z psami?

– No właśnie, zapytała Krzysia, czy mogłaby mu zostawić je na kilka dni pod opiekę. Obawiała się, że problemem może być jego małe mieszkanie, o którym kiedyś wspominał i nie pomyliła się. Powód odmowy został podobnie przedstawiony, ale za to Krzysio zachowując się jak prawdziwy dżentelmen wyraził chęć zawiezienia Manueli samochodem do Italii!

– Wow, a to ci kawaler! – Pat spojrzała na zegarek. – Streszczaj się, muszę zaraz lecieć.

– Już kończę, reszta po wydaniu. A więc psy do ciotki, Manuela z Krzysiem w drogę. Jeszcze tylko internetowa rezerwacja noclegów, nowa, seksowna piżamka na tę eskapadę, bo wszystko się zdarzyć może… i pojechali. Dziwiło mnie trochę jej podniecenie podróżą, niewspółmierne do okazji, dla której wybierała się przecież do Włoch. Przypomniałam sobie zdanie, które przeczytałam kiedyś na jednym z randkowych portali, a twierdziło ono, że „z zachwytu można majtki zdjąć przez głowę”. Gdy powtórzyłam je Manueli, ubawiłyśmy się do łez, zastanawiając, jak mogłoby to być możliwe. Teraz, nie dostając od niej żadnej wiadomości zajęłam się ostatnią kosmetyką mojego „Internetowego pacjenta”. Wróciła po czterech dniach, zadzwoniła, czy może przyjść i rzuciła się prawie ze łzami na kanapę. Wiadomo, udział w pogrzebie ojca był dla niej dużym przeżyciem – myślałam, ale tak naprawdę chodziło o coś zgoła innego. Wyraz „zgoła” jest tutaj jak najbardziej na miejscu.

– On jest impotentem i ma żonę – krzyknęła do mnie z rozpaczą!

Powiedziałam, o kurcze i niespodziewanie obie roześmiałyśmy się. – I jeszcze taką okropną, piżamę z szorstkiej, zielonej froty z długimi spodniami! Mama mu kupiła na urodziny!

Patrycja jęknęła: – O rany kota, biedna dziewucha!

– Szczegółów tej wyprawy ci oszczędzę, przeczytasz, gdy „Pacjent” wyjdzie, w każdym razie ostatnie doświadczenia Manueli uznałam za fascynujące i jednocześnie pouczające kobiece grono moich czytelniczek. Zanotowałam skrzętnie jako uzupełnienie treści książki, a potem zrobiłyśmy sobie babski wieczór i upiłyśmy się na wesoło.

– No to fajnie, że skończyłaś. Ona nie ma nic przeciwko temu, że tak o niej piszesz?

– Nie, skądże, cel uświęca środki. Też jestem zadowolona, że dobiłam do brzegu. – Na wspomnienie zaistniałych sytuacji w życiu Manueli, Leonia uśmiecha się znów, ale zaraz poważnieje widząc, że przyjaciółka wyjmuje komórkę z torby.

– Zostań chwilę, proszę. Chciałabym jeszcze o czymś porozmawiać, poznać twoje zdanie…

Patrycja siada i patrzy na nią pytająco.

– Powiedz mi, jak myślisz, czy one mają obowiązek?

– Kto, jaki?

– Dzieci, obowiązek wobec nas.

Diametralny przeskok z tematu na temat jest specjalnością Leonii. Podobnie jak czasem jej nastroje.

– Myślę, że mają. – Pat odkłada komórkę na stół nie sprawdzając esemesa, który właśnie przyszedł. – Dla mnie to jest oczywiste, samo zrozumiałe.

– Czytałam kiedyś artykuł, oschły, bolesny, że dzieci nie mają żadnego obowiązku troszczyć się o swoich rodziców. Prawidłową drogą rozwoju rodziny zostały powołane na świat. Ich zaistnienie zobowiązuje rodziców, aby zapewnić im podstawowe warunki wyżywienia i opieki. A potem dzieci jak ptaki wyfruwają, aby zakładać swoje gniazda, nie oglądając się za siebie. Nawet taki aforyzm przeszedł mi do głowy: dzieci rodzimy dla siebie, wychowujemy dla świata, żegnamy w hospicjum…

– Gorzkie. – Pat patrzy poważnie na Leonię. – Ty się czegoś obawiasz?

– Jak chyba każdy z nas, wybiegam myślami w przyszłość, jaka nadejść może. Nie hołduję powiedzeniu: żyj dniem dzisiejszym!

– Różnie w życiu się układa, ale myślę, że akurat ty możesz być spokojna. Masz wspaniałą córkę, choć jak mówisz, nie zawsze znajduje czas dla ciebie. Może zachowuje się tak, bo widzi, że jesteś samodzielna i masz swój świat. Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale tak to widzę z boku, a mądre porzekadło głosi, że otrzymujemy od życia tyle, ile sami dajemy, a czasami nawet jeszcze więcej. Dla mnie to jasne jak słońce, że podobnie jak rodzice wobec dzieci, tak i dzieci wobec rodziców mają obowiązek miłości. To uczucie nie działa tylko w jedną stronę. W Dekalogu bardzo konkretnie mamy też na ten temat napisane.

– Wiem, wiem, wy macie mocne podstawy moralne, religijne, trójkę dzieci, które tak fajnie uzupełniają się w kontaktach z wami. Ale ja nie chciałabym, aby ten rodzaj miłości traktowany był na zasadzie obowiązku, konieczności, jak codzienne umycie uszu, albo nóg. Niech będzie potrzebą płynącą z serca, rozumiesz? Taka mi się marzy. Zadzwonię do mamy, co słychać u niej, opowiem co u nas, ucieszę ją bez maksymy: jak ty mnie tak ja tobie.

– Ale tak właśnie teraz robisz – uśmiecha się Pat. Zadzwoń do niej, pogadaj i będziesz spokojniejsza. Muszę lecieć, moje chłopisko zaraz podjedzie. Dzięki, do miłego!

Jak dobrze robi ciepły uścisk, objęcie Patrycji. Z pewnością, ona ma rację.

Leonia ubiera kurtkę i woła Piesową. Należy im się dłuższy spacer. I gdy w parku, wokół ławki na której usiadła zaczynają tańczyć kolorowe liście, wyszukuje w komórce numer Iwony, a po chwili słyszy radosny głosik:

– Cześć babciu, jak fajnie, że dzwonisz!

***