Tylko nie życz mi spełnienia marzeń - Anna Strzelec - ebook
Opis

Nie łatwo jest ująć słowami przeżycia i emocje jakich dostarcza nam każdy dzień. Książka powstała z wielkiego wachlarza uczuć, porażek i sukcesów, które były dane w życiu bohaterce książki.

Opowieść bierze swój początek wiosną 1988 roku, gdy kobieta decyduje się na opuszczenie kraju i wyjazd do Niemiec w celu poprawy sytuacji materialnej piecioosobowej rodziny...

Perypetie bohaterki w obcym kraju, niepowodzenia w staraniu o azyl, rozbicie jej małżeństwa, próby ułożenia sobie życia na nowo... ponowne wyjście za mąż za obywatela niemieckiego...

Treść książki próbuje rozwiać mity o łatwości życia za granicą, trudnościach w zaadaptowaniu się w nowym środowisku, radościach i smutkach " międzynarodowego" małżeństwa...

Cechuje ją autentyczność i kobieca szczerość, nie brak w niej też momentów humorystycznych.

Wierzymy, że opowieść spotka się z pozytywnym odbiorem, zrozumieniem, a może i wzruszeniem czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Strzelec

Tylko nie życz mi spełnienia marzeń

Copyright by Anna Strzelec & e-bookowo 2009

Grafika, zdjęcia, project okładki: Anna Strzelec

ISBN 978-83-61184-29-4

www.e-bookowo.pl Kontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Prawdziwa miłość zawsze pozostaje niezmienna 

bez względu na to, czy wszystko dostaje, czy też wszystkiego jej odmówiono.

J.W. Goethe

Dedykacja

Moim dzieciom, przyjaciołom, 

i wszystkim tym, którzy mnie kochali,

albo im się tak tylko wydawało.

A.S.

Podziękowanie

Monice Sawickiej za umożliwienie mi debiutu

moich wierszy, a tym samym uwierzenie w 

siebie, moim dzieciom za miłość i wyrozumiałość,

mojemu dobremu, cierpliwemu Aniołowi, Mary -

nazwisko, miejsce pobytu na Ziemi znane jej i mnie, 

Żanecie, która nawet będąc daleko na Wyspie 

pamiętała o mnie śląc same serdeczności,

Bogdanowi, który co trzeci dzień nie mogąc 

doczekać się wydania mojej książki, mówił, że 

jestem wspaniała, Asi – córce Anioła, która na 

pewno wie, za co jej dziękuję, oraz pani Jadwidze,

która to przewidziała…

A.S.

WSTĘP DO NADZIEI…

Co ja sobie właściwie wyobrażałam?

Że zawsze będę dla niego taka fascynująca, jak to napisał w pierwszym liście do mnie? Będę miała jeszcze długo brązowe, lśniące włosy, uśmiechnięte niebieskie oczy i właśnie mnie, "szczupłej, zgrabnej i powabnej" nie dogonią żadne babskie lata ani kołatki w sercu, a nas oboje nie zmieni czas, sytuacje, ani otaczający nas ludzie?

Z bagażami sukcesów i porażek, plecakami, w których drzemały nieudane związki i wielkie miłości, oboje "tuż po czterdziestce" byliśmy na poszukiwaniach jeszcze jednej szansy…

Nasze historie opowiadaliśmy sobie nawzajem, może i z niepotrzebną czasami dokładnością, ale nie chcieliśmy nic przed sobą ukrywać, jakby ta szczerość była od nas wymagana i mogła stać się tym razem patentem na wierność, gwarancją na miłość…

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że „najtrudniej jest uwierzyć we własną śmierć”. Mnie trudniej jest uwierzyć w starzenie się i przemijanie. I we własną starość.

Ale zanim to nastanie, może dane nam będą jeszcze te lata pomiędzy?

Między marzeniem a spełnieniem, wyjazdem i powrotem, miłością, rozpaczą i nienawiści łzą…

(Horstowi, 1992 – 2007)

A WIOSNA BYŁA TUŻ, TUŻ…

Puściłam wodę do wanny, do niej trochę płynu o zapachu eukaliptusa. W taki ranek zimny i mglisty nie ma nic przyjemniejszego, jak zanurzyć się w ciepłej, pachnącej wodzie.

Leżę więc w niej, pod głową gumowa poduszka-muszelka, ręką przegarniam pianę i zbieram myśli.

UCIEKŁAM Z KRAJU.

Dzisiaj mija osiemnaście lat od dnia, w którym zeszliśmy z promu na ląd. Lilka, Feliks i ja. Wszystko, co później nastąpiło, będzie tematem mojej opowieści…

Muszę to napisać, ale nie łatwo jest ująć słowami — uczucia, przeżycia i emocje, jakich dostarczał nam każdy dzień. Wierzę jednak całym sercem, że moje próby są tego warte i spotkają się z pozytywnym odbiorem, zrozumieniem, a może i wzruszeniem czytelnika.

Moja naiwność, odwaga, lekkomyślność czy też spory ładunek determinacji tamtych czasów?

Wszystko razem, w dwóch podróżnych torbach i z dzieckiem za rękę…

MÓJ TITANIC

Nasz rejs, na który się wybraliśmy był króciutki, trzydniowy Świnoujście — Kopenhaga — Trawemünde, ale pełen atrakcji. Po pierwsze bufet, Matko święta, nigdy nie widzieliśmy tak zastawionego stołu, z którego można było sobie brać tyle jadełka, ile tylko dusza zapragnie i do brzuszka się zmieści. Croissanty, pachnąca kawa, "strzelające" — jak je zaraz Lilka nazwała, paróweczki, kakao, mandarynki, banany, które dotychczas otrzymywały moje dzieci w kraju na "zająca" lub od Gwiazdora, po parogodzinnym wystaniu ich przeze mnie w kolejce. Soki, soczki, ciasteczka oraz wiele innych pyszności, o których istnieniu nie mieliśmy do tej pory pojęcia.

Super! I o to mi właśnie chodziło!

W programie mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie Kopenhagi, ale nie za długo i to na własną rękę. Pamiętam, że było zimno i wietrznie, a my wałęsaliśmy się po jakimś placu z dwoma nowopoznanymi na statku dziewczynami. Z planu miasta wyczytałam, że niedaleko powinien znajdować się też pomnik duńskiej Syrenki. Oddaliłam się od reszty, zobaczyłam ją i zachwyciłam się. Taka delikatna, dziewczęca zawsze podobała mi się na zdjęciach. Kupiłam nawet widokówkę z nią, może Lilka ma ją do dziś, nie wiem.

Po południu prom z Polakami udającymi się na spotkanie z Zachodem wypłynął w stronę Hamburga, a w wieczornym programie czekały na wszystkich inne przyjemności. Na przykład wizyta w kasynie gry po kolacji. Mój atrakcyjny mąż lubiący zawsze robić dobre wrażenie, nawet wtedy, gdy jego kieszenie świeciły pustkami, zasiadł z Kaśką i Elką ochoczo do ruletki i wygrał kilka DM. Te dwie, młode rodaczki uczepiły się naszego towarzystwa, a szczególnie jedna z nich nie odstępowała Feliksa.

Posiedziałam w kajucie przy Lilce kilkanaście minut czekając na jej zaśnięcie, potem przebrałam się, poprawiłam makijaż i wróciłam do dużej sali, gdzie miał zacząć się za chwilę "Bal kapitański". Jest on niewątpliwą atrakcją każdego rejsu, niezależnie od tego, czy trwa on trzy dni, czy parę tygodni i płynie sobie dookoła świata. Bardzo miło pozostały mi w pamięci ostatnie chwile spędzone tego wieczoru z Feliksem. Wesoła atmosfera, zespół grał przyjemnie, opowiadaliśmy dowcipy, tańczyliśmy. Uśmiecham się teraz do wspomnień i myślę, że było jak w Starym kinie. "Ostatnie tango" przed rozstaniem. Byliśmy prawie 21 lat po ślubie i tego wieczoru tańczyliśmy tango na statku,

który wiózł nas w nieznane. Zawsze tańczyło mi się dobrze z Feliksem, ale tego wieczoru jakoś szczególnie fajnie. Myślałam, że go bardzo kocham, i ta zmiana, którą zaplanowaliśmy w naszym życiu musi się udać.

***

Mądralo jedna, myślę dzisiaj o sobie. On cieszył się wtedy, że weźmiesz to wszystko na siebie. Całą odpowiedzialność urządzenia was w obcym kraju, załatwienia koniecznych formalności. Słyszało się od rodzin tych, którzy już wyjechali do "krain szczęśliwości i dobrobytu", a on przyjedzie na gotowe. Kochana, po prostu uśpił twoją czujność.

Zrobiło mi się nagle zimno i wyszłam z wanny.

Tamtego jednak wieczoru na statku, jak na Titanicu niczego nieświadoma, tańczyłam tango z mężem i wybaczając mu w duchu dawne jego skoki w bok, byłam pełna dobrych chęci i nadziei. Mieliśmy zacząć nowe, wspólne życie.

Siedzieliśmy właśnie przy stoliku, gdy ten nagle przechylił się, zakręciły się i pozostałe stoliki, jakby ktoś bez zapowiedzenia włączył karuzelę. Filiżanki z niedopitą kawą leciały na podłogę, orkiestra przestała grać i z powodu nadciągającego sztormu poproszono nas o udanie się do kajut. Kamizelek pomarańczowych jednak nie rozdawali. Szukając naszych dziupli w labiryncie wąskich korytarzyków, odbijaliśmy sie od ściany do ściany, bo huśtało coraz bardziej.

Lilka siedziała na łóżku gotowa właśnie do oddania tego, co pochłonęła z wielkim apetytem na kolację, a Feliks zajął miejsce w toalecie. Później tylko wymienialiśmy się miejscami. Niepokój na morzu trwał z dobrą godzinę. Córcia znużona i już jako niemowlę lubiąca, by ją do snu pohuśtano, oddychała równo, ale my nie myśleliśmy o spaniu. Leżeliśmy obok siebie na wąskim, okrętowym łóżku i ustalaliśmy kolejność działania: Feliks wróci do domu, bo to ja sama powzięłam decyzję pozostania z dzieckiem w Niemczech, a gdy afera w naszym miasteczku troszkę ucichnie, postara się "załatwić" paszporty i wizy dla Małgosi i Olka. W tamtych latach paszporty i wizy trzeba było załatwiać, no, ale w ramach tzw. łączenia rodzin nie powinno mu to sprawić większej trudności, tym bardziej, że ma znajomości w SB. Później sprzeda parę wartościowych drobiazgów, które w domu posiadaliśmy, zlikwiduje mieszkanie, dojedzie do nas i będziemy żyć wszyscy razem długo i szczęśliwie!

Zadowoleni z naszego chytrego planu, troszkę pokochaliśmy się na pożegnanie, a gdy burza ucichła Feliks postanowił spróbować jeszcze raz szczęścia w kasynie. Zasnęłam i nie usłyszałam, kiedy wrócił do kajuty. Nie pamiętam też czy śniło mi się coś tej nocy.

A powinien to być sen o burzy z piorunami, lecącymi na moją głowę i o smokach-straszydłach w zielonych kubrakach. Sen, który może odwiódłby mnie od powziętego zamiaru, bo przecież wierzyłam w sny.

Nie odebrałam jednak żadnego znaku…

PODROŻ W NIEZNANE

Jeszcze tylko spacer po Hamburgu, jakiś pasaż z butikami, a w nich ciuchy jak z katalogów, souveniry — coś trzeba kupić dla Małgosi i Oliwera, by Feliks mógł zabrać…

Lilka zachwycona przed wystawą z lalkami — mamo, taką bym chciała… Tak, taką ci kiedyś kupię córeczko…

Powoli narastał we mnie niepokój, bo zbliżał się czas rozstania. Do odjazdu pociągu, który miał zawieźć mnie i dziecko do znajomej rodziny, zostało tak niewiele minut. Ten niepokój, gdy opisuję dziś moją historię jest też teraz we mnie. Jeszcze większy niż wtedy, bo dziś jestem świadoma faktów, o których wtedy nie miałam pojęcia. Strach, jakbyśmy miały przeżywać to rozstanie od nowa. Nie, błagam, nie, nie chcę więcej żegnać się na dworcu w Hamburgu!

Feliks wrócił sam na prom, na którym podobno, jak czytałyśmy później w liście od niego, zostało tylko paru Polaków. Przypominało mi to notatkę w gazecie, z której śmialiśmy się kiedyś w domu:

"Z wycieczki autobusowej do Wiednia wrócił do Wrocławia tylko sam kierowca".

A ja z Lilką, kandydatki na azylantki, jechałyśmy komfortowym ICE w kierunku Nordrhein-Westfalen. Z nami zabrała się też jedna z dziewczyn, Elka, która całkiem "w ciemno" jechała do spodziewanego dobrobytu i poznanie nas na promie uważała za prawdziwy dopust Boży najlepszego gatunku. Kaśka za to, zachwycona (naprawdę, nie zmyślam!) po zobaczeniu poprzedniego wieczoru ulicy uciech na St.Pauli, postanowiła zostać w Hamburgu, by przekonać się czy faktycznie udałoby się zarobić dobrą kasę. Tym bardziej, że poznała w porcie jakiegoś Darka, który obiecał jej pomoc w zaaklimatyzowaniu się w tym mieście.

***

Znajomi, u których wylądowałyśmy późnym wieczorem, mieszkali od roku w jednym pokoju z malutką kuchenką i łazienką. Przed tygodniem przyjechała do nich z Polski koleżanka z przyjacielem, a przed dwoma dniami jej faktyczny mąż. Do tego stanu zagęszczenia dołączyła nasza dzielna trójka i gościnnie posłano nam na podłodze.

Zresztą było nam w tym momencie i tak wszystko jedno, a Lilka zasnęła z kurtką podłożoną pod głowę przytulając do siebie pluszowa myszkę Mickey. Wczoraj rano zadzwoniłam do mojej córki do pracy i przeczytałam jej napisany urywek.

– Co pamiętasz jeszcze z tych pierwszych dni?

Przełknęła, bo akurat jadła śniadanie.

– Napisz o myszce Mickey — powiedziała i zaczęła opowiadać epizod, który uciekł mi już z pamięci, a okazał się bardzo ważnym faktem dla mojego dziecka. Nawet dziś.

Pamiętnego dnia, czekając na pociąg w Hamburgu, staliśmy wszyscy na peronie, Feliks rozmawiał z dziewczynami i tym wcześniej już poznanym Darkiem, a ja z Lilką przed kioskiem dworcowym, w którym było tyle fajnych rzeczy.

– Mamo, proszę, chociaż tę myszkę. — Moja córka nie odrywała oczu od wystawy.

– Lilka, nie mogę, przestań proszę, ona jest droga — mówię i odwracam się szukając oczami mojego męża. Nadal stał z nimi, nie patrząc na nas.

– Ale mamo. — Oczy Lilki zaczęły napełniać się łzami. Niedaleko nas, nieznajomy starszy pan oczekiwał również przybycia pociągu. Być może rozumiał język polski, choć obserwując nas obie nie trudno było się domyśleć, o co chodzi dziecku. Podszedł do nas bliżej, z uśmiechem skinął ręką mojej córce, by pokazała mu, którą zabawkę tak bardzo sobie życzy i kupił ją uszczęśliwionej Lilce. Wybąkałam „danke szejn”, a on starodawnym gestem uchylił kapelusza i rzuciłyśmy się do pożegnania z Feliksem, bo nasz pociąg zaczął wjeżdżać na peron.

Taka myszka, prezent na początek, drobiazg jak znak, że może nie będzie nam aż tak trudno w tym Deutschlandzie?

POPROSZĘ O AZYL

Mały hotelik nad Renem z knajpką na parterze, nasza pierwsza kwatera przydzielona przez Urząd dla uciekinierów, Auslanderamt. Pokoik nawet dość spory, a w nim dwa łóżka, szafa, komoda, stolik i dwa krzesła dopełniały typowego wyposażenia hotelowego. Pokój z widokiem na parking i stację benzynową.

Opłacono nam noclegi ze śniadaniem, przydzielono kieszonkowe na przeżycie. Ta suma w przeliczeniu dawniej na złotówki, przyprawiała i tak o lekki zawrót głowy. Pozostało tylko czekać na rozpatrzenie naszego podania o udzielenie Azylu przez odpowiednie władze niemieckie. Dla wszystkich obcokrajowców, bo nie byliśmy przecież jedynymi, chcącymi za wszelką cenę tam pozostać, procedura załatwiania była w zasadzie taka sama.

W Ratuszu nie potrzebowali już wcale tłumacza przy wypełnianiu dokumentów. Zabrano nam paszporty, zrobiono dwa zdjęcia do Ausweisu, czyli tymczasowego dowodu osobistego, w którym wyraźnie napisano, że pracować nie wolno i wbito stempelek świadczący o zezwoleniu na wstępne 3 miesiące pobytu… Ośmieszaliśmy się strasznie, dzisiaj widzę to jaśniej niż kiedykolwiek, ale takie były czasy. Wymazać z pamięci i tak nam się nie uda..

Poszłyśmy z Lilką do kasy w Socjalamcie odebrać kieszonkowe, którego miałam trochę więcej niż single, bo dla dziecka dano mi tzw. Kindergeld i trzeba było zrobić zakupy do szkoły. Piórnik, zeszyciki, kredki, pisaki, wszystko takie śliczne, moje dziecko stało zachwycone przy kolejnym już stoisku w Kaufhalle i wybierało, co trzeba i co nie trzeba.

– Musimy zadzwonić do Taty dzisiaj wieczorem — postanawia Lilka i oczy jej błyszczą. — Opowiem mu wszystko.

Ma na sobie już bordowe, nowiutkie sztruksy i bluzę w biało-niebieskie paseczki z nicki pluszu.

– Ta kartka drapie mnie na plecach — szepce mi do ucha.

– Chciałaś po przymiarce zostawić na sobie, to teraz wytrzymaj — śmieję się. W domu odetniemy — mówię i wtedy przypominam sobie, że w naszym gospodarstwie oprócz wielu rzeczy brakuje też i nożyczek.

Obładowane zakupami wpychamy się do budki telefonicznej. W domu była tylko Małgosia, więc opowiadamy jej na wyścigi, co dotychczas jest już załatwione i co kupiłyśmy. Ona za to miała dla mnie wieści nazwałabym, natury kryminalnej.

Przychodzili do domu jacyś panowie, rozmawiali z tatą, wypytywali o mnie, co mówiłam, jak się zachowywałam przed wyjazdem i co ze sobą zabrałam…? Wiadomość, że nie powróciłam do domu i pracy po urlopie, zatrzęsła naszym małym miasteczkiem jak promem podczas burzy. Byłam znana i lubiana. Hańba mi!

….Inspektorat Oświaty i Wychowania w Z… wzywa obywatelkę do wyjaśnienia

swojej nieobecności w pracy w dniach… roku i natychmiastowego powrotu, pod groźbą wyciągnięcia dalszych konsekwencji służbowych, aż do pozbawienia prawa wykonywania zawodu… włącznie — czyta mi Małgosia przez telefon.

Ta rozmowa będzie mnie majątek kosztować, myślę…

– Nic sie nie martw, Córcia — pocieszam, niech ta Komuna nas w nos pocałuje. A gdzie Tato?

– Wyszedł gdzieś.

– A Oli?

– A gdzie mógłby być Oli, mamo. — Małgosia śmieje się. — Na Siłowni!!

W ostatnim czasie mój syn bardzo dbał o swoją kondycję i atrakcyjny wygląd muskularnego, młodego człowieka, który właśnie stał się pełnoletnim. Lilka dorzucała już kolejne monety do automatu… — Mamo…

– Nie martw się — powtórzyłam jeszcze raz, bo głos Małgosi dziwnie się załamał. — Wszystko będzie dobrze, to nie potrwa długo. Zadzwonię za parę dni, postaram się wysłać Wam paczuszkę na Wielkanoc, co byś chciała?

Miałam uczucie wcielenia mnie w jakąś inną osobę, przeszłość prawie nie liczyła się, tylko oni byli ważni: moje dzieci i mój mąż! A pracować mogę też i tutaj, niech mi tylko azyl dadzą i zezwolenie na pracę!

Skąd brałam tyle odwagi i nadziei?

NAD RENEM

– Mamo, na naszej Tankszteli pracują Polacy!

Z takim to okrzykiem, któregoś popołudnia Lilka wbiegła do naszej rezydencji nad Renem. Wróciła właśnie ze szkoły, niemieckiej Grundschule. Tornister podskoczył jeszcze raz radośnie na jej plecach. Miała rozwiane włosy i zaróżowioną, uśmiechniętą buzię. Moje dziecko aklimatyzowało się chyba szybciej niż ja.. I ani śladu po niedawno przebytej anginie. Dzięki Bogu, myślę i przytulam ją do siebie.

– Skąd wiesz? — pytam i pomagam jej uwolnić się od kurtki, torby ze spodniami, tenisówkami do sportu i resztkami śniadania.

– Byłam właśnie tam, z Katrin i Renate kupić gumę do żucia i coś do picia, i słyszałam, że rozmawiali ze sobą po polsku!

To była miła wiadomość, bo choć minął już miesiąc naszego pobytu tutaj, nie udało nam się spotkać dotychczas żadnego rodaka. Dziewczyna z promu, która w lutym przyjechała z nami została zameldowana w innej części miasta. Wpadła do nas kiedyś na krótko zobaczyć jak żyjemy. Była już cała happy z jakimś chłopakiem i na tym nasze kontakty urwały się.

W przeciwieństwie do mnie, do nastroju typu happy, było mi daleko. Siedząc przy stole zastanawiałam się, co by tu wykombinować na obiad. Możliwości były niewielkie, bo nie miałam dostępu do kuchni. Ciepłe śniadania w knajpie, na które schodziłyśmy, co rano przed wyjściem Lilki do szkoły były w programie zasiłku socjalnego Ubernachtung mi Fruhstuck, jak w hotelu i nic poza tym.

Właścicielem był szpakowaty, postawny Niemiec około pięćdziesiątki, o dość nieokreślonym wyrazie twarzy, przynajmniej wtedy dla mnie, bo trudno mi było powiedzieć czy spojrzenia jego bladoniebieskich oczu i nieznaczne uśmieszki są oznaką lekceważenia czy sympatii. Popołudniami, do późnych godzin nocnych serwował swoim gościom Bier, czasem grał z nimi w karty kopcąc cygarety, od których miał już ziemistą cerę. Nad barem zawieszony był telewizor i męska część mieszkańców miasteczka, jakby w domu TV nie mieli, schodziła się wieczorami. Podczas transmisji meczów piłkarskich kibicowali wrzeszcząc z podniecenia, a piwo lało się strumieniami.

Żona właściciela hoteliku pochodziła z Filipin, przywieziona prawdopodobnie, jako żywa pamiątka urlopowa. Była ładna i dużo młodsza od męża. Jak wszystkie dziewczyny stamtąd, mała, drobna i czarnowłosa, uwijała się cały dzień w charakterze kucharki, kelnerki i sprzątaczki. Ale za to w niedzielę "robiła się na bóstwo" i zasiadała w kościółku w pierwszej ławce.

Ich córeczka, Betty chodziła do zerówki i czasem odwiedzała nas w pokoju, by pobawić się z Lilką. Betty była podobna do matki i uwielbiała zajadać się bułkami smarowanymi grubo kremem Nutella, a Lilka widząc to zastanawiała się głośno, jak można wpychać w siebie tyle słodkości. (Betty nie rozumiała polskiego, ale mówiła za to perfekt po angielsku i niemiecku). Któregoś popołudnia zjawiła się u nas obarczona dwoma nutellowymi bułeczkami (z myślą o Lilce) i torbą wypełnioną po brzegi lalkami Barbie oraz różnymi ich strojami, a mojej Córci zabłysły oczy niekłamaną, dziecięcą radością.

Gdybym znała lepiej język niemiecki to może udałoby mi się nawiązać z tą rodziną bliższy kontakt, ale próby konwersacji były na etapie, o którym lepiej nie wspominać…. W takiej sytuacji, przy użyciu języka zwanego migowym, Filipinka pozwoliła mi kilka razy zagrzać w restauracyjnej kuchni zupę z puszki, którą kupiłam w pobliskim Rewe i na tym uprzejmości się kończyły.

– Idziemy na Tanksztelę — powiedziałam do Lilki, sprawdzimy, kto tam rządzi. Poza tym skończyły mi się papierosy więc pretekst był zrozumiały. Lilka miała rację. Jak Paweł i Gaweł, dwóch młodych rodaków obsługiwało stację benzynową, przy tym jeden był zatrudniony „na biało” przez posiadacza Stacji benzynowej, a drugi zarabiał kieszonkowe myjąc ręcznie podstawione przez właścicieli samochody. Miło było poplotkować w ojczystym języku i przy okazji dowiedzieć się, w jaki sposób na przykład można, bez cła wysłać paczkę do kraju.

Zbliżała się Wielkanoc i leżąc w łóżkach, przed zaśnięciem zastanawiałyśmy się z Lilką, jak je właściwie spędzimy… W domu celebrowałam je szczególnie, zarówno Wielkanoc, jak i Gwiazdkę. Wyjazdy na narty do Włoch lub na tajlandzkie plaże nie były jeszcze w modzie, zresztą, kto miał kasę, to może i jechał. Nasze Święta spędzaliśmy z rodziną, w kościele i przy stole. Po uciążliwym wystaniu w kolejkach i zdobyciu smakołyków rzuconych do sklepów, nawet kawałek gotowanej szynki był dla mojej rodziny świątecznym rarytasem. Nie żartuję! Dziś trudno jest uwierzyć w to nawet moim wnukom…

– A święcone Mamo? Nie mamy foremki do baranka. — Lilka patrzy na mnie poważnie i pytająco. Pisząc o tym teraz, kręcą mi się łzy w oczach, ale wtedy musiałam być dzielna.

– Może uda nam się bez foremki wyrzeźbić baranka z masła. — Uśmiecham się do niej. Możemy też kupić gotowe, kolorowe jajka.

– Eee, w domu malowaliśmy pisanki z Małgosią i Olim… — Perspektywa kupna już ugotowanych, kolorowanych jajek nie zachwyciła jej.

– No to kupimy surowe — mówię. — Spróbujemy ugotować w ekspresie do kawy i pomalujemy pisakami ok?

Mój pierwszy, niezapomniany ekspres do kawy, tzw. Kaffemaschine marki Braun służył nam dzielnie przez parę lat i był na początku zmuszany nie tylko do parzenia kawy, ale i spełniania innych dodatkowych funkcji. W takich podbramkowych sytuacjach, jak mówił czasami Feliks, człowiek potrafi być sehr kreativ.

A grzanki na żelazku? Uśmiecham się do wspomnień…

Parę tygodni później… To Jacek wymyślił robienie grzanek na żelazku. Było ono przyniesione ze szpermilu, czyli wystawionych na ulicy tzw. rzeczy zbędnych. Funkcjonowało i miało termostat. Kupiliśmy patelenkę, a żelazko po rozkręceniu i wyłączeniu termostatu z obiegu zaczęło działać jak normalna płyta maszynki elektrycznej. Trzeba było jeszcze obrócić krzesło, umieścić żelazko do góry nogami między szczeblami oparcia i przystąpić do dzieła!

Takie grzanki pamiętałam jeszcze z czasów mojego dzieciństwa. Teraz, jeśli przyszłaby mi ochota na zrobienie podobnych… to ich smak i tak kojarzyć będę z naszym czasem spędzonym nad Renem.

A potrzebne były tylko:

kromki bułki tzw. bagietki

trochę mleka,

surowe jajko,

oliwa lub margaryna do smażenia

cukier do posypania.

Moczyło się troszeczkę bułki w mleku, potem w rozbełtanym jajku i siup na patelenkę z rozgrzanym tłuszczem. Sławek i Zdzisiu w tym czasie trzymali wartę przy drzwiach, by nikt z właścicieli nam w tej akcji nie przeszkodził. Podsmażone z obu stron na złoto grzanki i posypane cukrem smakowały jak rarytas, a dzieci były zachwycone!

Jacek z 12-letnim synem Damianem, Sławek z gitarą i Zdzisiu z tatuażem byli kolejnymi "turystami" i kandydatami na azylantów, którzy zostali zakwaterowani w naszym hoteliku.

***

Zaczęła nas męczyć bezczynność, przynajmniej mnie, totalnie. Coraz więcej naszych rodaków kierowanych iluzjami szybkiego, prawie perfekcyjnego „urządzenia się”, otrzymania w błyskawicznym tempie mieszkania, zasiłku socjalnego, nawet pracy zjeżdżało do Niemiec. A zezwolenia na pracę nadal nie było. Może łatwiej było wtedy osiedlić się w Danii lub Szwecji, a już na pewno w Hiszpanii, gdzie zatrzymał się mój szkolny kolega. Po początkowych trudnościach, które żadnego emigranta nie omijają, znalazł pracę, założył polsko-hiszpańską rodzinę i jest prawdopodobnie zadowolony ze swojego kroku. Zaklimatyzował się, wżył w hiszpańską atmosferę dnia codziennego, rytm życia i pracy. Chociaż zaczynał od zmywaka, teraz jest szefem kuchni. No tak, ale jego sukces został osiągnięty dużo później.

A dla nas biegło Anno Domini '88

– Można? — Jacek wszedł do pokoju.

Lubiliśmy sobie czasem pogadać przed południem, gdy dzieci były w szkole, bo jego syn, dwunastolatek został przydzielony do tzw. Szkoły Głównej — Hauptschule i musiał co rano dojeżdżać autobusem do Śródmieścia. Lilka była w lepszej sytuacji, tylko dwie wiejskie uliczki dzieliły ją od szkoły. Przedpołudnia mieliśmy więc wolne, bez rodzicielskich obowiązków.

– Niemce nie pozwalają tu zostać — stwierdził i usiadł przy oknie. Wszyscy, którzy przyjechali po '87 i nie dostaną azylu, muszą wrócić.

– To znaczy, że przyjechaliśmy za późno?

Miałam jakieś dziwne uczucie na wysokości żołądka. Przypominało moment z przeszłości, gdy niezbyt dobrze przygotowana z historii stałam przed drzwiami sali egzaminacyjnej. Oblałam go wtedy.

– Skąd takie wiadomości?

– Byłem w Socjalu, słyszałem, co gadają i tak na to wygląda.

– Czekaj, no to, co robimy — prawie krzyknęłam, widząc, że Jacek zabiera się do odejścia. Musiałam mieć dziwną minę, bo i czułam się też kompletnie zdezorientowana.

– Nie wiem, Haneczka, podobno można składać papiery do Kanady, oni jeszcze przyjmują. Gdy będę wiedział coś więcej, to ci powiem i poszedł.

Lubiłam, gdy Jacek mówił do mnie Haneczka…, ale w tym momencie nie zadziałało jak środek uspakajający.

DO KANADY? Normalnie zawrót głowy. Jak to się robi, gdzie się składa? Co jest prawdą, a co plotką?

Zeszłam na dół do knajpy zobaczyć, czy był listonosz i przyniosłam pocztę. Listy z kraju, jak plasterki do przyłożenia na bolące miejsca!

Małgosia donosiła, że odnowili "balkonowy" pokój, malując go w trójkę z pomocą kolegi Oliwera i poprzestawiali trochę graty. Jako dowód dołączyli dla nas zdjęcie robione Polaroidem, który im ostatnio wysłałam na „zająca”. Jacy oni dorośli… Co, Małgosia obcięła włosy?? Nie, trochę podcięła, uspakajam się czytając dalej list pisany przez nich na zmianę. Natura obdarzyła moje dzieci bujnymi lokami, przy czym u Oliwera w miarę upływu lat tak zwane przody już trochę się przerzedziły. Nosi artystyczny nieład na głowie, co odpowiada zresztą jego zainteresowaniom. Małgosia i Lilka, co rusz prostują modnie swoje loki i robią balejage, na co ja krzyczę oczywiście, że niszczą sobie włosy, ale one nic sobie z tego nie robią i wyglądają super.

W kopercie była jeszcze kartka od Feliksa, dość sucha w swojej treści, że u nich wszystko ok., a on stara się jak może przyspieszyć proces dotyczący otrzymania paszportów oraz prosi, żebym zarobione pieniądze wpłacała na jego konto w Banku S.A. I tu podaje nr… Feliks ma konto w Banku S.A…??

Szczerze mówiąc, zarobiliśmy już z Jackiem "na czarno" trochę kieszonkowego. Właściciel hoteliku miał drugą salę, którą wynajmował na większe imprezy rodzinne typu wesela, licznie świętowane Geburtstagi lub jubileusze. Do nas należało sprzątnięcie tego pomieszczenia i nakrycie stołów. Trzeba przyznać, że kilka godzin nam to zajęło, bo sala wyglądała na dawno nieużywaną. Peter zapłacił sprawiedliwie, a my poszliśmy pochwalić się Gawłowi na Tanksztelę. Oblaliśmy u niego butelką wina nasz pierwszy zarobek, a dzieci dostały na lody.

Zbliżał się maj, a w tym miesiącu urządza się w Niemczech najwięcej festynów i imprez tańczących, a wesela zawierane w maju należą podobno do najszczęśliwszych (?). Takie propozycje pracy ze strony właściciela powtórzyły się jeszcze kilkakrotnie i poprawiały niewątpliwie nasze humory i stany kasy. Ale któregoś przedpołudnia Peter zaskoczył mnie totalnie składając nieoczekiwanie wizytę w moim pokoju. Z wyrazu jego twarzy mogłam już wywnioskować, jaki to pomysł zagnieździł mu się w głowie: koszty wydane na sprzątanie, postanowił dostać u mnie zuruck… Zszokowaną, przewrócił na łóżko i zabrał się do obcałowywania… Na obronę własną i „walkę wręcz'' nie miałam wielkich szans, karate nie trenowałam, a on wielkie chłopisko kontra moje 53 kg, Polka, jak kurczaczek do wypatroszenia…

Odpychając go i zbierając do kupy całą moją znajomość niemieckiego, wykrztusiłam: lassen sie, ich bin mit Jacek. Nie wiem, skąd mi coś takiego przyszło do głowy. Nie "byłam" z Jackiem, ale to zdanie rozwiązało mi obrzydliwą sytuację, w jakiej się znalazłam. Peter pozbierał się, bąknął coś w rodzaju:

– Ach so,.

I poszedł.

A SPRZĄTANIA SALI DLA NAS JUŻ WIĘCEJ NIE BYŁO!

***

Maj tamtego roku był piękny, Boże, jaki piękny… Nie tylko pod względem pogody, choć był to najsłoneczniejszy i najcieplejszy maj od 10 lat, ale też miesiąc oczekiwania na połączenie rodzin, na zmiany w przepisach rządowych dotyczących obcokrajowców, na spełnienie planów. Jacek miał w kraju żonę i drugiego, dwuletniego synka, a my czekałyśmy na przyjazd reszty naszej rodzinki.

Marzyło nam się piękne, wspólne lato… Na tym odcinku Renu, który dostrzegałyśmy z naszego okna, nie było plaży, lecz całe połacie trawy, a bezpośrednio nad wodą ciągnęły się wstęgi płaskich, większych i mniejszych kamieni obmywanych falami rzeki. Przepływające barki z zagranicznymi flagami na masztach tupały niezbyt głośno, poranne słońce rzucało blaski na wodę, budził się jeszcze jeden nasz emigracyjny dzień. Lubiłam, po wyprawieniu Lilki do szkoły przychodzić na brzeg rzeki, czasem pobiegać ścieżką przy promenadzie. Był to mój poranny jogging do ostatniej restauracyjki, która wczesną wiosną aż do parteru zalana była wodą. Zresztą nie tylko ona, ale szereg innych kawiarenek i knajpek położonych przy promenadzie.

Dziwny był to rok.

– Hochwasser — mówił Peter w lutym i patrzył w zamyśleniu przez okno w kierunku Renu, gdy brudne śniegi topniały, a poziom wody rósł i rósł. Ale my i jego hotel nie byliśmy zagrożeni. Po kilku dniach poziom wody zaczął powoli opadać, a cały bulwar, na którym rosła teraz soczysta trawa i niebieskie kwiatuszki, pokryty był brudami, jakie naniosła woda.

– Popatrz — mówił później Jacek, jak oni to wszystko sprawnie uprzątnęli, ani śladu po żywiole.

Chodziliśmy w czwórkę nad rzekę, rozkładaliśmy koce i piknikowaliśmy od rana. Sławek brzdękał na gitarze znane i mniej znane, ale prawdziwe "koncerty" odbywały się pod wieczór. Złożyliśmy się na najtańszy stojak do grilla, co sowieso było atrakcją tamtych czasów. Kiełbaski, sałatka, cola dla dzieci oraz skrzynka piwa stanowiły naszą kolację. Sławek brał gitarę do reki i intonował "Siedem dziewcząt z Albatrosa…", a my po którymś tam z kolei piwku wtórowaliśmy mu piejąc w niebogłosy o Beatce, która była jedyna… Sławek miał fajny glos, ale znajomością jakiegokolwiek obcego języka się nie hańbił. Hitem tego miesiąca w jego wykonaniu była piosenka "I can't live without you" — Nie mogę żyć bez ciebie. Lubiliśmy tę melodię, a on chcąc sprawić nam przyjemność śpiewał dorabiając jej codziennie nowe słowa. Gdy dochodził do części zwanej refrenem, wychodziło coś w rodzaju: Keerryy! La, la, la, la, la, Keeryyy!…. itd., a my pomagaliśmy mu dzielnie.

Wybór rozrywek był niewielki, ale wtedy późnymi wieczorami i nad rzeką przy blasku księżyca, do siódmego nieba nie było nam wcale daleko… żeby jeszcze tylko dostać ten azyl….

Dziwne, że jakoś nikt nas wtedy nie przegonił za zakłócanie spokoju. No i dobrze, może nasze nocne śpiewanie podobało się sąsiadom? Nie robiliśmy przecież nic złego.

MITY O MIŁOŚCI

Gaweł wybierał się na kilka dni do Polski. To była wiadomość, która Lilkę wprowadziła w stan najwyższej euforii i mnie też postawiła na nogi. Wyślemy paczkę, którą zabierze Gaweł ze sobą i dostarczy nawet na miejsce, bo będzie mu po drodze. Ruszyłyśmy do miasta na zakupy kompletując szybko jej zawartość, bo czasu było niewiele. W skład prezentów wchodziły jeszcze zarobione przeze mnie pieniążki i liścik do Feliksa, by wykorzystał je na przyjazd do nas, no i inne konieczne wydatki.

– Małgosiu, przyjedzie do Was jutro Gaweł z paczką, daj mi tatę do telefonu — mówię cała radosna do córki. O dziwo Peter pozwolił mi skorzystać z telefonu w knajpie.

– Mamo, ale taty nie ma — odpowiada mi.

A gdzież on jest u licha, myślę głośno. Ile razy dzwonię, słyszę wyjaśnienia, że albo zebranie, lub jakieś inne zajęcie poza domem.

– No trudno, postarajcie się być w domu, by odebrać moją przesyłkę. Gaweł ma numer telefonu, więc będzie sie z Wami kontaktował.

– Wiesz, co Kochanie — dodaję jeszcze, fajnie byłoby gdyby udało Ci się jeszcze przed wyjazdem do Niemiec zrobić prawo jazdy, bo tutaj na początku nie będziesz miała takiej możliwości, no i finansowo stać nas na to i tak nie będzie.

– Dobrze, Mamuś — mówi moja prawie pełnoletnia córka, mogę spróbować. Już niedługo, prawda?

– Tak kochanie, trzymajcie się — odpowiadam i idę pobeczeć sobie do łazienki, żeby Lilka nie widziała.

***

Lilka była jeszcze w szkole, gdy zauważyłam przez okno, że Gaweł przyszedł do pracy na Tanksztelę. Z rozpierającą mnie ciekawością i wzruszeniem pognałam do niego, by jak najszybciej dowiedzieć się, co tam w domku i jak przebiegło spotkanie z moją rodzinką.

– Cześć, no jak tam było, kiedy wróciłeś? — wołam z promiennym uśmiechem.

– Dzisiaj w nocy — odpowiada Gaweł, po czym podsuwa mi krzesło i częstuje polskim papierosem, — siadaj..

– No opowiadaj — I krztuszę się dymem z podniecenia. — Byli?

– Tak, ale ta twoja córka to laska — mówi i uśmiecha się znacząco.

– No, no, nie pozwalaj sobie tylko opowiadaj.

– Nie, no poważnie, śliczna dziewczyna — komentuje dalej Gaweł.

– A Oli był?

– Tak, przystojniak. Zrobili mi kawę, Małgosia jakieś kanapki…

– A Feliks? — indaguję go dalej.

– Nie, nie było.

– No popatrz, a tak prosiłam — złoszczę się. — Znowu jakieś zebrania?

– Nie — mówi Gaweł, nie patrząc na mnie,

– TWÓJ STARY POJECHAŁ Z JAKĄŚ DUPĄ DO JUGOSŁAWII….

Dlatego Gaweł podsunął mi krzesło, żebym usiadła. Na dworze była cudowna pogoda, a ja dostałam dreszczy. Moje ręce były mokre i zimne.

– Kiedy pojechał?

– Jakieś kilka dni temu…

– W jakim nastroju są dzieci?

– No wiesz, trzymają się…

– Cieszyli się na paczkę?

– Jasne, że tak, powiedziałem im, żeby mu czasem forsy od ciebie nie dawali, gdy wróci…

– To dobrze, dzięki… Nie było nic więcej do powiedzenia i Gaweł też nie kwapił się do dalszej rozmowy. Na Tanksztelę wszedł klient zapłacić za tankowanie, a ja pobiegłam do hotelu… Muszę natychmiast zadzwonić do Małgosi, muszę zadzwonić do domu… tłukło mi się w głowie…

Peter stał za ladą.

– Kann ich mal anrufen?1 Wyciągnął telefon spod lady i podał mi.

– Ist was?2 — zapytał. Pokręciłam wymijająco głową wduszając trzęsącymi sie rękami kilkakrotnie nasz numer w Polsce. Telefon nie odpowiadał, w domu nie było nikogo…

Peter patrzył na mnie badawczo, a potem zrobił coś nieoczekiwanego. Nalał dużą szklankę lodowatego piwa i podał mi. — Trink was.3

Litość, współczucie? Musiałam chyba dziwnie wyglądać. Usiadłam przy oknie z widokiem na Ren z piwem w ręce i rozbeczałam się. Jak ja to powiem Lilce? CO TERAZ BĘDZIE?

Piwo Petera poszło mi do głowy. Może nie należało pić w takim momencie?

Wróciłam do pokoju, Lilki nadal nie było. To dobrze. Becząc dalej usiadłam na brzegu łóżka. Co ja teraz mam zrobić? Byliśmy dwadzieścia lat małżeństwem, mamy troje dzieci, chcieliśmy zamieszkać w innym kraju, by nam wszystkim było lepiej… Lepiej, właściwie, co to znaczy lepiej? A może Feliks wcale tej zmiany nie chciał? Oszukał nas wszystkich. Kto to jest, ta kobieta, jak długo są już razem? Za poprzednio przez firmę transportową wysłane, zaoszczędzone przeze mnie pieniążki zafundował sobie wczasy. Oszukana, zdradzona, zostawiona na pastwę losu w obcym kraju.

Z uczuciem nagłej wściekłości otworzyłam szufladę nocnego stolika i wyjęłam z niej zabraną z domu kopertę. Nasze zdjęcia z minionego lata, z urlopu w Jugosławii. Przez ostatni rok brałam godziny nadliczbowe, abyśmy mogli zrealizować mój wakacyjny pomysł, bo to ja byłam w naszym małżeństwie tym „niespokojnym duchem” planującym za wszystkich. Dla całej rodziny niestety nie starczyło…

Uśmiechnięta Lilka stojąca z tatą na Starym Mieście. Feliks i ja. Uśmiechy trochę oficjalne. To było po kolosalnej awanturze, którą mi zrobił poprzedniego dnia mój mąż, gdy ośmieliłam się zatańczyć z prawie obcym facetem, notabene siedzącym z żoną przy naszym, wczasowym stoliku. Zrobiłam mu trochę na złość, bo nie będę przecież tylko przyglądać się ludziom, którzy potrafią korzystać z atrakcji urlopowych, a Feliks siedział i gapił się w przestrzeń.

Więc zabalowałam kilka kawałków z facetem, który ze swoją żoną siedział przy naszym stoliku, przy posiłkach. I co w tym było złego, przecież i tak mnie nic nie obchodził.

Dziś, gdy wspominam tamten czas przychodzi mi do głowy, że Feliks znał już wcześniej tę babkę i chętniej pewnie spędziłby urlop z nią zamiast z nami, ale maskował się wtedy doskonale! Być może tak właśnie było…

Wyszukałam jeszcze inne zdjęcia, na których byliśmy my oboje razem i podarłam zawzięcie na kawałki. Przy tym zajęciu zastała mnie Lilka. W dalszym ciągu siedziałam na łóżku, łzy zaczęły znów płynąć na strzępy papieru.

Moje dziecko podeszło do mnie:

– Mamuś, co mama robi? Z poważną buzią i okrągłymi ze zdziwienia oczami patrzyła na mnie, oczekując wyjaśnienia.

Czemu jej nie oszczędziłam, dlaczego nie ochroniłam przed moją rozpaczą? Tego popołudnia dla Lilki zakończył się czas prawie beztroskiego dzieciństwa, a ja wstydzę się dziś mojej reakcji i braku opanowania.

Kilka miesięcy później, zadała mi bardzo dorosłe pytanie: czy dlatego, że ty mamo nienawidzisz taty, ja też powinnam go nienawidzić?

Lilka! Obce jest mi uczucie nienawiści, patrząc na was, moje dorosłe dzieci, powinnam mu wybaczyć… może mi się to kiedyś uda, ale wybaczyć — wcale nie znaczy zapomnieć.

***

Wieczorem odbyłam długą rozmowę z Małgosią…

– Nie chcieliśmy cię martwić, Mamuś — mówiła moja starsza córka smutnym głosem. — Ale to już się trochę ciągnie. Ona już parę razy u nas nocowała…

A to skurwiel, myślę, a głośno pytam:

– Kto to jest?

– Mamo, ona jest od taty 20 lat młodsza!

– A skąd takie wiadomości?

– Przed wyjazdem byli razem na zakupach, ale ona zostawiła torebkę w dużym pokoju i Oli ją spenetrował, miała dowód osobisty… W głosie Małgosi słyszę rozbawienie. Wymieniła imię i nazwisko tej "nowej". Nic mi ono nie mówiło, nie była z naszego miasta.

– Kiedy wracają?

– Tato mówił, że wyjeżdżają na tydzień, a po ich powrocie dostaniemy paszporty.

Jasne, myślę, chata mu będzie potrzebna… W dalszym ciągu szok… To, co nas spotkało nie mieściło mi się w głowie.

– Mamuś, miałam już cztery jazdy! Fajnie jest, radzę sobie. I jeszcze coś — relacjonowała Małgosia. — Myśmy spakowali z Olim porcelanę do kartonów i jutro wynosimy do pani Żanety. Zaprosiła nas na niedzielę na obiad.

Moje dzieci podejmowały dorosłe decyzje za mnie, zanim zdążyłam o tym pomyśleć. Żaneta była moją szkolną koleżanką, jak się kiedyś mówiło „od piaskownicy i skakania na kamyczku”, a później przyjaciółką. Znane jest przysłowie, że "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" i w naszym przypadku ono potwierdziło się. Jeśli moje dzieci zaczęły pakować wartościowe przedmioty i wynosić ukradkiem z domu, wszystko wskazywało na to, że działo się naprawdę coś złego. Pozostała mi jeszcze rozmowa z Feliksem, po jego powrocie z urlopu…

A może powinnam tego dnia spakować walizki i wracać? Próbować ratować moje małżeństwo? Po latach, na sprawie rozwodowej Feliks zarzucił mi, że nie wróciłam, nie próbowałam niczego sklejać i przywoływać do rozsądku niewiernego małżonka… Biedaczek, zboczona owca. Raczej baran, a ja wracać? Taka ewentualność wtedy nie przyszła mi do głowy.

Zdrada, której świadkiem są dzieci, była dla mnie niewybaczalna. I tak stałam już na pozycji przegranej żony… Poza tym obiecałam im ten przyjazd do mnie.. Postanowiłam być dzielna.

Nie sztuka jest podjąć decyzję, sztuką jest w niej wytrwać. I już.

***

Te dni poprzedzające ostateczną rozmowę z Feliksem były bardzo trudne. Stan, w jakim znalazłam się nazywamy potocznie depresją. Działałam jak automat, schodziłam z Lilką na śniadanie spotykając już tam Damiana, robiłam kanapki do szkoły, żegnałam się z dzieckiem na pół dnia, wracałam do naszego pokoju i… Co dalej???? Dni takie piękne…. Co ja właściwie zrobiłam? Przecież nie tak miało to wszystko wyglądać… Czemu Feliks tak wrednie wpuścił nas w maliny? Jak ja go nienawidzę!

Takie sytuacje życiowe, w których znaleźliśmy się budziły też inklinacje, o które sami siebie może nie podejrzewalibyśmy, a już na pewno, do jakich przyznać się później nie chcielibyśmy…

Chłopaki współczuli, jak umieli — nie martw sie, jakoś to będzie, jeszcze się na dobre odmieni, bla, bla, bla. Chodzili pieszo do następnej wiochy, gdzie był Aldi, wynosząc pod kurtkami Napoleony i fajki. Jacek nie chodził, powiedział kiedyś, że nie będzie się narażał. Ma dziecko pod opieką i może najwyżej od nich za pół ceny kupować. Popołudniami odrabiał lekcje z dziećmi, gotował w pokoju jakiś tam obiad na przyniesionej też ze szpermilu dwupalnikowej maszynce elektrycznej, a ja jak nawiedzona chodziłam nad Ren… Chyba bali się o mnie, bo za każdym razem, pod byle pretekstem ktoś chciał spacerować ze mną…

Od Małgosi dowiedziałam się o powrocie taty i "tej drugiej" z urlopu, ale Feliks nigdy nie był telefonicznie osiągalny i nasza decydująca rozmowa nie odbyła się. Któregoś wieczoru Jacek wszedł do naszego pokoju.

– Hanka, chodź do "Włocha". — Byliśmy już tam kiedyś, to takie fajne bistro z grającą szafą, stoliczkami przykrytymi na niebiesko i niepowtarzalną atmosferą. Widzę jak wczoraj Jacka stojącego w drzwiach. Powtarza to swoje — Chodź do Włocha, głaszcząc z uśmiechem szpakowatą brodę, a ja spoglądam pytająco na Lilkę.

– Mogę? — Nie jest zachwycona tym pomysłem, ale zachowuje się lojalnie. Tylko nie wiem, czy jej lojalność dotyczy akurat mnie, czy Jacka. Ona go lubi. Zamykam teraz oczy i jest jak w filmie, który już kiedyś oglądałam… Siedzimy u Włocha, Jacek wrzuca monetę do grającej szafy. Są jeszcze gdzieś grające szafy? Chyba na jarmarkach staroci. "Sempre, sempre". Zamawiamy wino… Tańczymy… Nikogo to nie dziwi… Tylko melodii nie mogę sobie już przypomnieć.

Idziemy nad Ren… Jacek obejmuje mnie… stoimy nad wodą… (kiedy ostatni raz obejmował mnie mężczyzna… kiedy ostatni raz całował mnie mężczyzna…) Jest niewiarygodnie pięknie, jest słodko… Księżyc patrzy na mnie… Zaraz się chyba rozpłynę… — Hanka… Haneczka — szepcze Jacek. A ja otwieram się dla niego…

Wracamy nocą do hotelu, Lilka śpi… Wiedziałam, że to się kiedyś stanie… chciałam, żeby się stało – Idę do łazienki, siadam na brzegu wanny i piszę wiersz dla Jacka… Mój pierwszy wiersz…

Zabierz mnie na pachnącą trawę

wśród kwiatów niebieskich połóż

niech nie istnieje ani wczoraj ani jutro

niech słońce wschodzi amarantowo nad naszym oknem

i obudzi ptaki pełne wdzięczności.

Niech spadają gwiazdy

i jak niespełnione marzenia

utoną w wodzie wielkiej rzeki…