Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Witraż" to tomik poetycki złożony z utworów, które – niczym kawałki szkła – różnią się wielkością, kolorem i kształtem. Ta różnorodność tworzy swoistą całość, wyłonioną przez lata poszukiwań własnego stylu. W wierszach odnajdujemy miłość i pożądanie, refleksję nad życiem, doświadczenie cierpienia, ale także ironię i żart. Wszystkie te elementy składają się na obraz życia przeżywanego z pasją i pasji, która z życia wyrasta.
Wybrane utwory układają się w poetycki witraż – kompozycję z wielu fragmentów, w których odbija się wrażliwość autora oraz jego uważna obserwacja świata i ludzi. Każdy wiersz stanowi osobny element, lecz dopiero razem tworzą spójną, dojrzałą całość.
Piotr Jelicz, łodzianin i psycholog piszący pod pseudonimem, tworzy z potrzeby szczerej ekspresji i interpretowania rzeczywistości. „Witraż" to poezja bez tematów tabu, bez ucieczki od prawdy o sobie i innych.
Wiersze nie są ułożone chronologicznie – dla autora ważniejsza od schematów jest precyzja słowa i autentyczność przekazu.
Debiutancki tomik wierszy „Witraż” został wydany przez WydawnictwoAutorskie.pl, które pomaga debiutującym Autorom pokazać światu swoją twórczość. Cały dochód wydawnictwo przeznacza na stworzenie wyjątkowego miejsca na wsi, z daleka od zgiełku wielkiego miasta – oazy ciszy i spokoju, w której królują książki, a wszystko to w myśl koncepcji „Podążaj za marzeniami”. Warto realizować swoje marzenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 37
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zawieszam słowa na hakach,
niech wiszą swobodnie
jak mięsa kawały, nożem
od kości oddzielone.
Skrzypce płaczą, wciąż samotne,
tęsknotą za czułością
futerału.
Stoisz przy oknie,
cała w myśli,
pogrążona toku.
Nie słyszysz mnie.
Pierścionkiem
obracasz na palcu
bezwiednie.
Daleko jesteś.
Mała chwila
zatrzymana cudem.
Ja nie wiem, gdzie
to twoje déjà vu.
Życie jest szklanym dzwonem,
raz tylko zagrać możesz,
a kryształowe ostrza jak pociski
niech lecą w czarnych źrenic tarcze
niedowiarków i intrygantów,
brzęcząc judaszowym srebrem
pod spągiem nieba marmurowym.
Zanim rdza i wilgoć
zawładnie czasem naszym,
puch puszący wypycha,
rozdyma pustym jazgotem.
Ja
oddechem trującym od ust,
bez dystansu i bez zrozumienia.
Zanim chłód uspokoi słowa,
wyciszając butne buczenie.
Mnie.
Zatem, zanim trawa porośnie,
odpuść i podaruj dzień ciszy.
Cisem cierpliwym się stań,
bez walki.
Już czas.
Kiedyś wiedziałem –
na niebo patrząc,
znałem kierunek
i wiarę niezachwianą
miałem i szedłem.
Kiedyś.
Teraz boli mnie twarz,
to odbicie w lustrze.
Nie wiem,
może jeszcze
zobaczę w nim siebie.
Kiedyś.
Niepoznanych radości
tęsknota gorzknieje
w poranionych dłoniach,
gotowość maleje,
zaciskają się bardziej
teraz.
Anioł usiadł zmęczony
na wezgłowiu twoim.
Długie nogi w trampkach,
o ścianę oparłszy,
zamyślił się troszeczkę,
ziewnął, czoło zmarszczył,
i wtedy popatrzył na twe dłonie małe.
Uśmiechnął się jak dziecko,
że tak miłą służbę
ma na życie całe.
Srebrzystobiałą dłonią
anioł cię głaszcze po twarzy.
Puch snów wiruje wokoło,
śnieżnie opadając.
Anioł ma uśmiech dobry
i szare oczy wesołe.
Anioł się tobą zajmuje,
kołderkę naciągnie jak mama,
a pachnie jak pomarańcze
i świece na święta
w domu.
Miłością ciebie okrywa,
miłością utula.
Zawsze odnajdzie,
aniołów serca są jak dzwonki.
Tak. Cisza. Na powierzchni.
A w głębi się kłębi – myśl za myślą.
I codzienność przeplatana nimi.
I wcale od nich nie pięknieje.
I nie dodaje uroku,
raczej tonie w mroku. Ze mną.
Im głębiej, tym ciemniej.
I nie czas teraz na wynurzenie,
raczej na głębi poznanie,
zgłębienie…
Odchodzisz, pustką dzieląc
powietrza drżenie
w okien szkłach
zalepionych
przed miasta
pejzażem.
Wirem zdecydowanym drzwi
przecięta pętla czasu,
zegar zwalnia o połowę,
zmierzcha
i nikniesz
w korytarzu.
Tak, tak, tak,
minuty schodów słychać,
kroplami krwi uderza
w mózg
ostrze nadziei, kosi sny –
puste za stołem krzesło.
Cisza jest dusznie uporczywa,
zaszumi sama.
To jest niedziela.
Niedziele są bezwzględne.
Koła na wodzie,
pociągu gwizd,
lasu zapachy sierpniowe,
ognia magiczny rytm.
Deszczu stukanie,
gałęzi trzask,
w piasku bosy ślad,
ciepło tamtej
dziewczyny.
Żeglować chciałbym
po głębokim morzu,
nad dnem nieodgadnionym,
w odmęcie sensu szukać.
A czasem myślę, że może
po ogniu żeglować chciałbym
i jeszcze większego spokoju
poszukać w dymu skłębionej toni.
I wzrok nasycić iskrami,
ciepłem płomieni napełnić serce,
zapachem drewna duszę okadzić,
poszukać, co w popiele po mnie pozostanie.
