Witraż - Piotr Jelicz - ebook

Witraż ebook

Piotr Jelicz

0,0

Opis

„Witraż" to tomik poetycki złożony z utworów, które – niczym kawałki szkła – różnią się wielkością, kolorem i kształtem. Ta różnorodność tworzy swoistą całość, wyłonioną przez lata poszukiwań własnego stylu. W wierszach odnajdujemy miłość i pożądanie, refleksję nad życiem, doświadczenie cierpienia, ale także ironię i żart. Wszystkie te elementy składają się na obraz życia przeżywanego z pasją i pasji, która z życia wyrasta.

Wybrane utwory układają się w poetycki witraż – kompozycję z wielu fragmentów, w których odbija się wrażliwość autora oraz jego uważna obserwacja świata i ludzi. Każdy wiersz stanowi osobny element, lecz dopiero razem tworzą spójną, dojrzałą całość.

Piotr Jelicz, łodzianin i psycholog piszący pod pseudonimem, tworzy z potrzeby szczerej ekspresji i interpretowania rzeczywistości. „Witraż" to poezja bez tematów tabu, bez ucieczki od prawdy o sobie i innych.

Wiersze nie są ułożone chronologicznie – dla autora ważniejsza od schematów jest precyzja słowa i autentyczność przekazu.

Debiutancki tomik wierszy „Witraż” został wydany przez WydawnictwoAutorskie.pl, które pomaga debiutującym Autorom pokazać światu swoją twórczość. Cały dochód wydawnictwo przeznacza na stworzenie wyjątkowego miejsca na wsi, z daleka od zgiełku wielkiego miasta – oazy ciszy i spokoju, w której królują książki, a wszystko to w myśl koncepcji „Podążaj za marzeniami”. Warto realizować swoje marzenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 37

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aksamit

Zawieszam słowa na hakach,

niech wiszą swobodnie

jak mięsa kawały, nożem

od kości oddzielone.

Skrzypce płaczą, wciąż samotne,

tęsknotą za czułością

futerału.

Deja vu

Stoisz przy oknie,

cała w myśli,

pogrążona toku.

Nie słyszysz mnie.

Pierścionkiem

obracasz na palcu

bezwiednie.

Daleko jesteś.

Mała chwila

zatrzymana cudem.

Ja nie wiem, gdzie

to twoje déjà vu.

***

Życie jest szklanym dzwonem,

raz tylko zagrać możesz,

a kryształowe ostrza jak pociski

niech lecą w czarnych źrenic tarcze

niedowiarków i intrygantów,

brzęcząc judaszowym srebrem

pod spągiem nieba marmurowym.

Cis

Zanim rdza i wilgoć

zawładnie czasem naszym,

puch puszący wypycha,

rozdyma pustym jazgotem.

Ja

oddechem trującym od ust,

bez dystansu i bez zrozumienia.

Zanim chłód uspokoi słowa,

wyciszając butne buczenie.

Mnie.

Zatem, zanim trawa porośnie,

odpuść i podaruj dzień ciszy.

Cisem cierpliwym się stań,

bez walki.

Już czas.

Teraz

Kiedyś wiedziałem –

na niebo patrząc,

znałem kierunek

i wiarę niezachwianą

miałem i szedłem.

Kiedyś.

Teraz boli mnie twarz,

to odbicie w lustrze.

Nie wiem,

może jeszcze

zobaczę w nim siebie.

Kiedyś.

Niepoznanych radości

tęsknota gorzknieje

w poranionych dłoniach,

gotowość maleje,

zaciskają się bardziej

teraz.

Anioły tu są

Anioł usiadł zmęczony

na wezgłowiu twoim.

Długie nogi w trampkach,

o ścianę oparłszy,

zamyślił się troszeczkę,

ziewnął, czoło zmarszczył,

i wtedy popatrzył na twe dłonie małe.

Uśmiechnął się jak dziecko,

że tak miłą służbę

ma na życie całe.

Serca srebrne

Srebrzystobiałą dłonią

anioł cię głaszcze po twarzy.

Puch snów wiruje wokoło,

śnieżnie opadając.

Anioł ma uśmiech dobry

i szare oczy wesołe.

Anioł się tobą zajmuje,

kołderkę naciągnie jak mama,

a pachnie jak pomarańcze

i świece na święta

w domu.

Miłością ciebie okrywa,

miłością utula.

Zawsze odnajdzie,

aniołów serca są jak dzwonki.

Wiem, że cisza

Tak. Cisza. Na powierzchni.

A w głębi się kłębi – myśl za myślą.

I codzienność przeplatana nimi.

I wcale od nich nie pięknieje.

I nie dodaje uroku,

raczej tonie w mroku. Ze mną.

Im głębiej, tym ciemniej.

I nie czas teraz na wynurzenie,

raczej na głębi poznanie,

zgłębienie…

Niedziela

Odchodzisz, pustką dzieląc

powietrza drżenie

w okien szkłach

zalepionych

przed miasta

pejzażem.

Wirem zdecydowanym drzwi

przecięta pętla czasu,

zegar zwalnia o połowę,

zmierzcha

i nikniesz

w korytarzu.

Tak, tak, tak,

minuty schodów słychać,

kroplami krwi uderza

w mózg

ostrze nadziei, kosi sny –

puste za stołem krzesło.

Cisza jest dusznie uporczywa,

zaszumi sama.

To jest niedziela.

Niedziele są bezwzględne.

Wspomnienie

Koła na wodzie,

pociągu gwizd,

lasu zapachy sierpniowe,

ognia magiczny rytm.

Deszczu stukanie,

gałęzi trzask,

w piasku bosy ślad,

ciepło tamtej

dziewczyny.

Navigare

Żeglować chciałbym

po głębokim morzu,

nad dnem nieodgadnionym,

w odmęcie sensu szukać.

A czasem myślę, że może

po ogniu żeglować chciałbym

i jeszcze większego spokoju

poszukać w dymu skłębionej toni.

I wzrok nasycić iskrami,

ciepłem płomieni napełnić serce,

zapachem drewna duszę okadzić,

poszukać, co w popiele po mnie pozostanie.