Wiłka. Smocza dziewczynka - Antonina Kasprzak - ebook + audiobook

Wiłka. Smocza dziewczynka ebook i audiobook

Antonina Kasprzak

4,5

Opis

Gdy mama Poli i Bułeczki trafia na kilka miesięcy do szpitala, życie dziewczynek bardzo się zmienia. Zapracowany, często wyjeżdżający służbowo tata nie może im poświęcić zbyt wiele czasu, muszą więc stać się bardziej samodzielne, szczególnie rozsądna i odpowiedzialna Pola, która opiekuje się roztargnioną i beztroską młodszą siostrą. Pola i Bułeczka natrafiają na trop dziwnej dziewczynki, zamkniętej w domu przez surową matkę. Ukrywa ona pewną tajemnicę, należy bowiem nie do gatunku ludzi, ale tajemniczych, smoczych istot – Wił. Kochająca, ale apodyktyczna matka-smoczyca pragnie, by córka zrealizowała jej plany i ambicje, nie licząc się z uczuciami dziewczynki. Poli, Bułeczce i tajemniczej Wiłce udaje się jednak rozwiązać problemy, z którymi dorośli w obydwu rodzinach nie umieli sobie dać rady.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 44 min

Lektor: Dominika Kluźniak

Popularność




Copyright © Antonina Kasprzak

Copyright © Wydawnictwo BIS 2018

ISBN 978-83-7551-606-7

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01–446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Jest już wieczór, ciemno. W blokach przy Radzyńskiej w wielu oknach palą się lampy. Pola przygląda się, gdzie światła gasną, gdzie się zapalają. Myśli sobie, że każde mieszkanie ma jakąś swoją opowieść. O, tam się światło zapaliło. Może ktoś dopiero wraca do domu? Może jakaś pani, która długo pracowała. Może wita ją szczekanie psa, który od rana siedział sam w domu? A tam światła się palą i nawet widać jakieś postacie. Może to rodzina je kolację? Może się śmieją? A może się kłócą? O, a tam światło zgasło. Może jakieś małe dzieci idą spać? Jak Bułeczka, która już śpi na dolnym łóżku. Śpi całą sobą, posapując, spocona, wciśnięta w poduszkę. Przytula z całej siły pluszową Pandzię Wandzię. Kołdra spadła na podłogę, za to na łóżku leżą pluszaki, lalki, kredki i książki, chociaż Bułeczka jeszcze nie umie czytać. Pola przykrywa siostrę i wzdycha, bo pod kołdrą na podłodze znajduje kluczyk do szkolnej szafki Bułeczki.

No i znowu byłby płacz, że zgubiła. I nowy wpis do Księgi Wielkiej Zguby. Jak ona by sobie beze mnie poradziła? – Pola kręci głową, w sumie bardzo zadowolona, że jest Bułeczce absolutnie niezbędna.

Bułeczka tak naprawdę ma na imię Klara, ale odkąd tata kiedyś powiedział, że wygląda jak chrupiąca bułeczka, została Bułeczką.

Pola nie może spać. Zagląda do drugiego pokoju. W domu są tylko dwa pokoje – duży rodziców i mały dziewczynek, więc łatwo wszystko mieć pod kontrolą. Mamy nie ma w pokoju, więc Pola zagląda do kuchni. Mama wykąpana, pięknie pachnąca, siedzi w piżamie i pakuje kolczyki do paczuszek. Ciasto i sałatka, które zrobiła na przyjazd taty, stoją na blacie przykryte folią. Mama patrzy na Polę z groźną miną, marszczy brwi, ale oczy ma wesołe. Widać, że tak naprawdę się nie gniewa.

– Co tu jeszcze robisz?

– Pić mi się chce – mówi Pola, chociaż wcale jej się nie chce.

– Cały wieczór tak chodzisz. Albo pić, albo siku, albo się przytulić.

– Nie mogę spać.

– Jutro nie będziesz mogła wstać.

Pola ogląda kolczyki i bransoletki, które mama sprzedaje w Internecie i potem wysyła do klientek.

– Idę jutro na pocztę. Te zielone i niebieskie bransoletki bardzo ładnie się sprzedały. Jak chcesz, dla was też takie zrobię. – Mama się uśmiecha.

– Mamo? A tata kiedy wróci?

– Pola? A tata kiedy wróci? – przedrzeźnia ją mama, a głos ma jakiś rozdrażniony. – Nie wiem. Dzisiaj, w nocy, jutro. Samolot z Kiszyniowa jest opóźniony. Dzwoniłam, ale tata nie odbiera. A ten sernik już nie będzie jutro taki dobry – dodaje mama, naprawdę zirytowana.

Poli jest przykro. Szkoda jej taty, który na pewno nie odbiera, bo nie może, i na pewno już do nich jedzie. I szkoda jej mamy, że siedzi i czeka, że się martwi. Tata w zeszłym roku stracił pracę w biurze i zaczął pracować w firmie, która sprzedaje materace. Musi dużo wyjeżdżać. Od tej pory mama jest ciągle sama, ze swoją pracą, z domem, wieczorem jeszcze z tymi kolczykami i bransoletkami.

Dobrze chociaż, że ja jej pomagam przy Bułce – myśli Pola z zadowoleniem.

Lubi pomagać mamie, dlatego sama chowa sernik do lodówki i mówi, że na pewno jutro będzie pyszny, że bransoletki są śliczne, a mama jest kochana i najpiękniejsza. I wcale nie kłamie, w żadnej sprawie!

Mama jest taka pachnąca i śliczna. Ma piękne długie włosy i najładniejsze na świecie oczy. Ale i tak często staje przed lustrem i jęczy, że jest gruba.

– Niegruba – zawsze jej mówi Bułeczka. – Nie wolno ci schudnąć, bo będzie za mało mamy do przytulania.

To by było okropne – za mało mamy do przytulania. Pola obejmuje ją bardzo mocno.

– Tylko nie za mocno – mówi mama.

W takim razie Pola ją obejmuje czule i delikatnie, zadowolona, że jest duża i mądra, a potem wdrapuje się już na górne łóżko i zasypia.

*

– Tataaa! – budzi ją rano krzyk Bułeczki. Tatę też to budzi, a chyba wrócił późno.

Pola patrzy na niego, stojąc cicho w drzwiach, bo nie chce przeszkadzać. Ale Bułka w ogóle o tym nie pomyśli, oczywiście! Wskakuje tacie na brzuch, Pandzia Wandzia wskakuje mu na twarz, a Bułeczka krzyczy:

– Co nam przywiozłeś?!

Tata jest zaspany.

– Klarciu, nie miałem czasu, tam nic ciekawego nie było – mówi. – Tylko… o, jakieś ubranka.

I wyciąga z walizki dwie takie same sukieneczki i bluzy. Sukienki są różowe. Pola nie cierpi różowego koloru od dwóch lat.

Mama bierze ubrania i je ogląda.

– Za małe – mówi cierpko. – Zresztą tu jest napisane „9–10 lat”, a Pola ma jedenaście.

– Kupiłem tak, jak sama mi zapisałaś, Dorotko – broni się tata.

– Chyba dawno. Dzieci rosną – mówi mama i wychodzi do kuchni.

– Bardzo dobra! – Bułeczka wciąga bluzę z napisem „Kishinev”. – Trochę za krótkie rękawy, ale to w ogóle nie szkodzi, tato! W ogóle.

Pola też przymierza, ale uważa, że za krótkie rękawy jednak bardzo szkodzą.

– To się odłoży dla Bułeczki i będzie na nią czekać – mówi poważnie i porządnie składa ubrania.

– A mamie co przywiozłeś? – pyta Bułeczka, obciągając za małe rękawki.

– Ja nic nie potrzebuję – mówi mama z odległym uśmiechem.

Potem tata jeszcze idzie spać, a zaczyna się cały poranny młyn. „Ubierz się szybko, pościel łóżko, jak to nie masz ćwiczeń do matmy, miałaś się wczoraj spakować, szybko się uczesz, mamo, dlaczego nie mogę iść z rozpuszczonymi włosami, szybko jedz, dlaczego zęby jeszcze nieumyte”. Pola nieraz się zastanawiała, czy u innych dzieci też tak wyglądają poranki, bo u nich zawsze tak było. W końcu ruszają do szkoły.

Od tego roku Pola chodzi sama do szkoły, a kiedy mają z Bułeczką na tę samą godzinę, chodzą razem. Bułeczka przez całą drogę mówi i mówi, opowiada, wymyśla. Pola patrzy na nią z góry, a gdy przechodzą przez ulicę, to trzyma ją mocno za rękę.

Pola jest wysoka. Ma bardzo długie i bardzo jasne włosy. Chłopaki na nią czasem wołają Siwa, ale ona się tym nie przejmuje, tylko odpowiada im coś w stylu: „Uważaj na siwą babcię”. Pola chodzi do czwartej klasy. Uczy się bardzo dobrze ze wszystkiego. W zeszłym roku miała najlepsze miejsce w Kangurku Matematycznym w całej szkole. I wygrała konkurs ortograficzny na całe województwo (to chyba po mamie, bo mama jest korektorką w wydawnictwie i musi sprawdzać właśnie ortografię!). Ale wcale nie jest jakąś kujonką. Biega najszybciej w klasie i świetnie gra w piłkę. I ładnie rysuje (to chyba też po mamie, która ma talent plastyczny, bo jak by inaczej robiła takie świetne kolczyki?). I chodzi na balet i taniec musicalowy. I ma dużo koleżanek, chociaż nie ma najlepszej przyjaciółki. Ale nie przyjaźni się z głupimi dziewczynami, które wszystkich obgadują i tylko ciągle chodzą z iPhone’ami. Pola też ma telefon, ale stary, po tacie.

A Bułeczka wygląda jak rumiana, chrupka, okrągła bułeczka. Też ma długie włosy, ale nie takie jasne, tylko ciemnoblond.

– Miodowe! Złote! – mówi o nich sama Bułeczka z zachwytem.

Chodzi do pierwszej klasy i jeszcze nie ma siedmiu lat. Kiedy rodzice posłali ją do szkoły, myśleli chyba, że wszystkie dzieci są takie jak Pola – grzeczne, pilne i porządne. Bułeczka okazała się trochę za mała do szkoły. Od pierwszego dnia przynosiła uwagi: „Klara biega po klasie”, „Klara się śmieje i spada z krzesła podczas lekcji”. I pieczątki „Popracuj jeszcze” za brzydkie pismo. Bułeczka nie chce rano wstawać i nie rozumie, że naprawdę trzeba odrabiać lekcje. Zapomina piórnika, nie zakręca bidonu z wodą i upiera się, że do szkoły musi z nią chodzić Pandzia Wandzia, pet shopy i zooblesy. Ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że Bułeczka, odkąd poszła do szkoły, zaczęła wszystko gubić. Wszystko! Wiadomo, każdemu się zdarzy czegoś zapomnieć, coś zostawić. Ale Bułeczka? – Mamo, dostałam uwagę do dzienniczka, bo nie miałam znowu ćwiczeń – mówi Bułeczka. – Musisz podpisać.

– To daj dzienniczek.

– O nie! Ja zgubiłam dzienniczek – wybucha płaczem Bułeczka.

Albo mówi:

– Mamo, to takie dziwne, że nie mam ani jednej kredki w piórniku.

– A gdzie ostatnio miałaś kredki?

– Widziałam je na podłodze pod ławką w klasie.

– To dlaczego nie podniosłaś?

– Bo ja zapomniałam! – uderza w płacz Bułeczka.

I tak cały czas. Ciekawe, co by się stało, gdyby nie Pola!

Bo to Pola schodzi na korytarz klas 1–3 i szuka z Bułeczką cierpliwie jej dzienniczka, jej pet shopów, jej stroju na wuef, jej albumu z naklejkami. Każdego dnia.

Po którymś razie Pola wzięła gruby, piękny zeszyt w sztywnej okładce, który kiedyś dostała na urodziny, a który był za ciężki, żeby go przeznaczyć na zwykły zeszyt do szkoły. I zatytułowała go KWZPA.

– Co to znaczy? – spytała Bułeczka.

– To jest taki skrót. Księga Wielkiej Zguby Poli Adamczyk. – Pola spojrzała na siostrę z wyższością, odrzucając długi, jasny warkocz na plecy. – Będę tam opisywać wszystkie moje udane misje poszukiwawcze.

Bułeczka się obraziła. Potem jednak, jak to ona, rozchmurzyła się i znalazła sobie powód do zadowolenia. Do KWZPA dopisała koślawymi wołami „i KA”.

– I Klary Adamczyk też! Bo beze mnie byś nie miała tych misji!

Dzisiaj Pola rusza na kolejną misję, poszukać opaski, o której naoczny świadek, czyli Bułeczka, mówi:

– Była, na pewno była. Na pewno ją spakowałam do tornistra. Przysięgam, ktoś musiał mi ją zabrać w drodze do domu. Założę się, że nie znajdziesz jej w szkole!

Pola nie ma czasu przed lekcjami, bo wpadają do szatni tuż przed ósmą. Schodzi na misję poszukiwawczą na pierwszej przerwie. Opaskę znajduje na parapecie w świetlicy. Oczywiście! To nie jest żadna wyjątkowa sytuacja. Zawsze znajduje zaginione rzeczy siostry i triumfalnie przynosi je Bułce do klasy, a wtedy mała Klara patrzy ze zdumieniem i podziwem. I dzisiaj znowu wszystko przebiega zupełnie zwyczajnie, oprócz jednego. Kiedy Pola zbliża się do gabinetu pani dyrektor, widzi wychodzące z niego dwie dziwne postacie. Kobietę, która jest ubrana niby normalnie, w eleganckie spodnie i golf, ma buty na obcasie, ale na rękach nosi rękawiczki. Na głowie ma bogato zdobiony szal, który opada jej na czoło i zakrywa częściowo twarz. Pola w pierwszej chwili myśli, że może to jest muzułmanka. U Bułeczki w przedszkolu był chłopczyk z Czeczenii i jego mama nosiła chustę na głowie. Ale zupełnie inną. Pola stwierdza, że ta kobieta wygląda raczej, jakby chciała ukryć jakąś chorobę skóry czy blizny na policzkach. Twarz – o ile ją widać – jest pokryta bardzo grubą warstwą makijażu. W tej twarzy świecą oczy. Bardzo zielone i niepokojące. Spod zawoju wymykają się włosy – bardzo jasne, prawie białe.

Dziwna kobieta trzyma za rękę dziwną dziewczynkę, niższą od Poli, za to trochę do niej podobną, przynajmniej z włosów – bardzo długich, bardzo jasnych, prawie białych. Poza tym dziewczynka ma takie same zielone oczy jak jej mama. Jest ubrana w jakiś rodzaj staroświeckiego, granatowego fartuszka. Mama kiedyś pokazywała Poli i Bułeczce, że dawniej dziewczynki w czymś takim chodziły do szkoły. Dziwna dziewczynka ma do białych warkoczy przypięte dwie dość koszmarne, wielkie kokardy.

Dziwna pani ciągnie dziewczynkę za rękę i coś do niej syczy, chyba w obcym języku. Mała idzie ze spuszczonymi oczami, ale nagle spostrzega Polę i patrzy na nią tymi zielonymi oczami z zaskoczeniem, nadzieją i rozpaczą jednocześnie. Tak znacząco i przenikliwie, jakby chciała jej coś powiedzieć wzrokiem. Pola stoi i patrzy, ale nie rozumie. Pani z dziewczynką wychodzą ze szkoły i wtedy Pola widzi, że dziewczynka się do niej odwraca i coś upuszcza na ziemię. Dziwna pani i smutna dziewczynka wychodzą. Pola podnosi z ziemi mały pierścionek z bardzo zielonym oczkiem. Dzwoni dzwonek.

Pola siedzi na lekcji angielskiego, ale wcale nie uważa, tylko przygląda się pierścionkowi. Jest na nią za mały. Cieniutki taki, ale ładny, z błyszczącym oczkiem, z rzeźbionymi drobniutkimi listkami. Może jest cenny? Może złoty? Pola się nie zna.

Dlaczego dziwna dziewczynka była tak ubrana? Co robiła w szkole? Czy będzie tu chodzić? Dlaczego tak się przyglądała Poli?

Pola jest specjalistką od misji poszukiwawczych, więc logiczne myślenie nie jest jej obce. Wokoło było dużo dzieci, a dziwna dziewczynka patrzyła akurat na nią. Dlaczego? Co wyróżnia Polę? Pewnie te jasne warkocze. Tak jasne rzadko się spotyka. A dziwna dziewczynka miała takie same.

Drugie pytanie – czy dziwna dziewczynka specjalnie upuściła pierścionek? Ale po co? A może po prostu go zgubiła? Jeśli zgubiła, to specjalistka od misji poszukiwawczych musi jej pomóc go odnaleźć.

A jeśli upuściła go specjalnie? No to chyba po to, żeby nawiązać z Polą jakiś kontakt. Czyli też trzeba ją odnaleźć.

Pola zapisuje te wszystkie pytania w Księdze Wielkiej Zguby.

– A może ten pierścionek jest zaczarowany – mówi Bułeczka, wkładając go sobie z zadowoleniem na palec podczas długiej przerwy.

Obraca go na wszystkie strony, pociera, chucha na niego, ale pierścionek chyba nie ma magicznej mocy.

– Jak odnaleźć dziwną dziewczynkę? – pyta Pola.

I wpada na prosty pomysł.

– Pójdę do sekretariatu, do pani dyrektor, i zapytam, kto to był.

Idzie na kolejnej przerwie. Puka.

– Dzień dobry. Tutaj była dzisiaj taka dziewczynka z mamą, taką w chuście na głowie – mówi Pola.

– Tak?

Pani sekretarka, siorbiąc kawę, patrzy na nią zza monitora z taką niechęcią i zniecierpliwieniem, że Polę opuszcza pewność siebie. Jak by tu zapytać?

– Czy ta dziewczynka będzie do nas chodzić do szkoły? – pyta ostrożnie.

– Ta Wiłka? Nieee, to z edukacji domowej.

Pola nie rozumie.

– Ma na nazwisko Wiłka? Gdzie ona mieszka?

Sekretarka krzywi umalowane usta.

– Ja takich informacji nie udzielam. O co chodzi?

– Ona… chyba coś zgubiła. Chciałam jej oddać – wyjaśnia cicho Pola.

– Nie mogę podawać adresów, jest ustawa o ochronie danych osobowych – mówi z wyższością sekretarka. – Jeśli coś zgubiła, to daj mi, ja zadzwonię.

I wyciąga pomarszczoną rękę z czerwonymi pazurami.

Pola posłusznie otwiera plecak i rozpina kieszonkę, w której leży pierścionek. Patrzy na rękę z pazurami. Sekretarka zadzwoni do mamy tej dziewczynki. Pola przypomina sobie smutne oczy małej. Nie o to chodziło. Ona sama musi tę dziewczynkę odnaleźć. Sekretarka czeka z rozczapierzoną ręką. Pola grzebie w plecaku i w końcu kładzie na dłoni sekretarki niepełne opakowanie swoich własnych chusteczek higienicznych.

Sekretarka jest zdegustowana.

– Przyszłaś tu, żeby oddać dwie chusteczki higieniczne? – pyta podejrzliwie.

– Tak – mówi Pola z niewinną miną. – Może ona ich szuka.

Sekretarka patrzy na Polę zdziwiona.

– Mama mówi, że każdą zgubę trzeba oddać. Dziękuję pani – mówi Pola z uśmiechem aniołeczka i ucieka z sekretariatu.

Po lekcjach mama odwozi Polę i jej koleżankę Kingę na balet. Odbiera je mama Kingi. Pola jedzie przez popołudniowe korki samochodem, rozgląda się i myśli posępnie, że przecież znalezienie dziewczynki Wiłki w wielkim mieście jest chyba niemożliwe.

– Czy pani wie, co to jest edukacja domowa? – pyta mamę Kingi.

– A… są tacy ludzie, którzy nie posyłają dzieciaków do szkoły, tylko uczą je w domu – wyjaśnia pani Kamila. – Dlaczego pytasz?

– Dzisiaj do szkoły przyszła taka dziewczynka i sekretarka mi powiedziała, że jest „z edukacji domowej”.

– Bo oni muszą rejestrować dzieci w jakiejś szkole i te dzieci muszą potem zdawać egzaminy. Chciałybyście tak? Nie chodzić do szkoły? Uczyć się w domu? Bez koleżanek?

– O nieeee!!! – piszczą Pola i Kinia i łapią się za ręce, jakby nie mogły bez siebie żyć.

Kiedy Pola wraca do domu, jest zdziwiona, że otwiera jej mama. Zwykle o tej porze jest u logopedy z Bułką, która nadal mówi na siebie „Klaja”.

– Tata z nią poszedł, bo ja jakoś źle się czułam. Robię na kolację ten ryż, co lubicie.

Pola siada przy biurku, obraca w palcach pierścionek, który łypie na nią zielonym oczkiem. Przypomina sobie zielone oczy dziewczynki. Otwiera Księgę Wielkiej Zguby. Na nowej kartce pisze: „Pierścionek Wiłki (?)”. Patrzy w okno, na sąsiedni blok, w którym znów zapalają się światła, i myśli o tym, ile jest mieszkań, w których może być dziwna dziewczynka. Może teraz też siedzi przy którymś oknie i myśli o niej, o Poli?

Mogłaby zapytać rodziców, co zrobić, ale boi się, że każą oddać pierścionek do sekretariatu.

Z zamyślenia wyrywa ją ściszony głos mamy, która rozmawia przez telefon.

– Maciek? Był trochę zszokowany. Nie, nie spodziewał się. Kompletne zaskoczenie. Nie, no wiesz, chyba potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym oswoić. Tak, najgorszy problem to mieszkanie.

O co chodzi? Pola cicho skrada się do kuchni, żeby lepiej słyszeć.

– Nie, dzieciom jeszcze nie powiedzieliśmy. Trochę się boję, jak to przyjmą.

Ciche skradanie nie jest widocznie aż tak bezszelestne, bo mama odwraca się spłoszona i patrzy, czy Pola usłyszała, ile usłyszała.

– Polula, coś ważnego? Bo chciałam porozmawiać.

Pola kręci głową, wraca do pokoju, a mama zamyka drzwi!

Polula? Przecież mama wie, że Pola nie cierpi, żeby tak do niej mówić.

Ona była zajęta zielonym pierścionkiem, a tu jakieś tajemnice pod samym jej nosem. I żeby mama coś przed nią ukrywała? Żeby traktowała ją tak samo jak dziecinną Bułę!

Pola swoim detektywistycznym umysłem próbuje odgadnąć, o co chodzi. Nie powiedzieli im o czymś. Jeszcze. Czyli powiedzą. I boją się, jak one to przyjmą. Czyli coś ważnego. I raczej złego. I problem z mieszkaniem. I tata się nie spodziewał, i oswaja się z tą myślą. Co można ułożyć z takich elementów? Może, może…. może tata ma wyjechać na dłużej do pracy i one miałyby pojechać z nim za granicę? Nie, niemożliwe. Zresztą ona, Pola, nigdy się na to nie zgodzi! O, jeszcze zobaczą, co ona im powie!

Kiedy tata z Bułką wracają, wszyscy siadają do kolacji. Bułeczka twierdzi, że pani logopedka kazała jej wylizywać talerz, bulgotać przez słomkę, mazać się nutellą nad górną wargą, a potem to zlizywać – „żeby ćwiczyć język” – oraz kłaść sobie na języku kawałki papieru i pluć.

Prezentuje te wszystkie ćwiczenia po kolei przy kolacji.

– Klara, przestań! – mówi zniecierpliwiona mama.

– Ja tylko robię ćwiczenia! No co? Pani kazała, to chyba muszę?

Zaśmiewa się, aż spada z krzesła, ale poza nią nikt nie jest rozbawiony. Pola patrzy na rodziców podejrzliwie i ponuro. Widzi przecież, że są spięci, że są jacyś inni. W końcu odważa się:

– Mamo, ja słyszałam, jak mówiłaś przez telefon, że o czymś nam jeszcze nie powiedziałaś.

Ciekawe, co powiedzą. Może będą coś ściemniać.

I wtedy rodzice mówią coś, czego ani Pola, ani Bułeczka się nie spodziewają.

– Tak, chcieliśmy wam powiedzieć… – Tata chrząka, tak jakoś uroczyście.

– Będziecie miały rodzeństwo.

Pola i Bułeczka przez chwilę nie wiedzą, co powiedzieć, a potem wybuchają piskiem. Ściskają mamę i tatę. Wykrzykują, że uwielbiają takie malutkie dzieciaczki, że będą cały czas pomagać i opiekować się dzidziusiem. Bułeczka dopytuje, jak duży jest teraz dzidziuś w brzuchu (bardzo maleńki), czy to chłopiec, czy dziewczynka (nie wiadomo), kiedy się urodzi (w maju) i co teraz robi (pływa).

Pola, która spodziewała się zupełnie innej nowiny, i to dużo gorszej, po raz pierwszy rozumie, co to znaczy, że kamień komuś spadł z serca. Taka się czuje lekka i szczęśliwa.

Tylko tata mówi:

– Chyba będzie trzeba wstawić trzypiętrowe łóżko, bo nie wiem, jak się tu zmieścicie.

– Och, to ja już nie będę spała na dole! – woła zachwycona Bułeczka.

Pola widzi, że mama jest zmartwiona.

– Powinniśmy mieć nowe mieszkanie – mówi.

– Ale nie wiem, jak to sobie teraz wyobrażasz – komentuje tata i mówi, że wyjdzie pobiegać.

– Nie martw się, mamo. Jakoś się zmieścimy. I ty nic nie będziesz musiała robić, nic, bo my będziemy najlepszymi opiekunkami.

– Moja duża, mądra dziewczynka… – Mama się wzrusza, a Pola sama uważa, żeby nie ściskać jej za mocno.

– Wszystko będzie dobrze – dodaje Pola.

I przez jakiś czas rzeczywiście jest. Wszystko toczy się zwykłym trybem. W Księdze Wielkiej Zguby Pola odnotowuje codzienne poszukiwania – a to karty bibliotecznej Bułeczki (została w książce jako zakładka), a to czapki Bułeczki (została na ławce na lodowisku, kiedy Bułeczka wkładała kask), a to rękawiczek (niestety, nie znalazły się). Ma też odnotowaną wielką i udaną akcję poszukiwawczą – odnalezienie zaginionych skrzydeł anielskich ze szkolnych jasełek. Skrzydła zniknęły z sali w dniu próby generalnej, ale Poli udało się ustalić, że to chłopaki z piątej klasy schowały je w chłopackiej szatni przy sali gimnastycznej. Zrobiła prawdziwe śledztwo, odzyskała skrzydła i nie naskarżyła na nikogo, więc jej sława niezależnej detektywki i poszukiwaczki zaginionych rzeczy znacznie wzrosła. Ale pierścionek z zielonym oczkiem nadal leży w szufladzie biurka. Pola pisze i przypina w szkole kartkę: „Znalazłam pierścionek tego a tego dnia”. I podaje swój numer, bo a nuż dziwna dziewczynka przyjdzie do szkoły akurat wtedy, kiedy jej, Poli, nie będzie?

Nic to nie daje. Dzwonią wprawdzie dwie dziewczyny, ale jedna pyta o srebrny pierścionek z niebieskim oczkiem, a druga o sygnet z trupią czaszką. Pola szuka też w Internecie, ale wie tylko to, co powiedziała jej sekretarka w szkole: „Wiłka”. Nie znajduje nikogo o takim nazwisku. Jest tylko nazwisko Wiłek. W okolicy jest hurtownia materiałów biurowych Piotra Wiłka. Pola dzwoni, a sekretarka w hurtowni nie zasłania się ochroną danych osobowych, ale mówi gniewnym, zachrypłym głosem, że pan Wiłek owszem, ma córkę, tyle że tą córką jest ona i nie zna żadnej dziewczynki o tym nazwisku. Na koniec fuka jeszcze:

– Liczę, że to nie są głupie dowcipy, wesołych świąt.

Pola podejrzewa, że dziwna dziewczynka musi mieszkać gdzieś niezbyt daleko od szkoły, skoro tutaj jej mama załatwia formalności związane z tą niby-edukacją w domu. Dlatego w kilku miejscach pyta – w kiosku, u fryzjera, kiedy idą z Bułą podciąć końcówki włosów, w budce z warzywami – czy sprzedawcy nie widzieli kobiety z jasnymi włosami i w chuście na głowie, czy nie wiedzą, gdzie można ją spotkać. Za każdym razem coś wymyśla. Że taka pani zostawiła notes na przystanku. Albo że chciała jej podziękować za „pewną ważną sprawę”, a zgubiła do niej numer telefonu. Nikt nic nie wie. Zielony pierścionek nadal miga oczkiem, a w Księdze Wielkiej Zguby wciąż widnieje znak zapytania. Pola pomału się poddaje. Co może zrobić? Zresztą jest grudzień. Najulubieńszy miesiąc Poli, zaraz po kwietniu, bo wtedy przecież ma urodziny. W grudniu po pierwsze są święta. Po drugie w grudniu są urodziny Klary. Bułka chce koniecznie, żeby jej urządzono „urodziny w kulkach”, czyli w centrum rozrywki, ale ostatecznie rodzice się na to nie godzą. Mówią, że to za drogie i za głupie. Pola pomaga mamie przygotować masę fajnych zabaw i konkursów dla koleżanek Klary. Szkoda tylko, że tata akurat wyjeżdża. Mówi, że musi teraz jeszcze więcej pracować.

Oczywiście Bułeczka już pierwszego dnia wygadała wszystkim, że mama „zaraz urodzi jej siostrę”, chociaż po pierwsze rodzice prosili, żeby nikomu jeszcze nie mówić, a po drugie lekarz jeszcze nie wie, czy to brat, czy siostra.

– Może lekarz nie wie! – oburza się Bułeczka. – Ale ja wiem! I właśnie będzie siostra!

I wymyślają z Polą imiona. Bułeczka by chciała Liliannę. A Pola – Hanię.

Większość ludzi jakoś dziwnie na to reaguje i życzą im koniecznie brata.

– Żeby się tym razem udał chłopak – mówi sąsiadka z parteru, którą Bułeczka częstuje przed blokiem informacją: „A moja mama jest w ciąży!”.

Nawet dziadek – bo jadą do dziadków na święta – mówi:

– No, jakby były cztery baby w domu, to Maciek by się chyba załamał.

Na szczęście tata mówi, że wcale by się nie załamał, bo kocha swoje wszystkie dziewczyny, ale Poli jest przykro i mamie pewnie też, bo jest smutna i zaciska usta w wąską kreseczkę.

W ogóle babcia z dziadkiem mówią jakieś dziwne rzeczy, które ani Bułeczce, ani Poli się nie podobają. Na przykład:

– Naciesz się mamą, bo jak się rodzeństwo urodzi, to już nie będzie miała dla ciebie czasu.

Bułeczka się złości. Co za bzdura!

– Nieprawda! – woła.

– Zobaczysz, teraz wszystko się zmieni.

Dziadek z babcią się śmieją. Może uważają, że to zabawne, jak dzieci się gniewają i nie wiedzą, czy dorośli żartują, czy mówią serio? W ogóle cały ten wyjazd był nieudany. Padał deszcz i dziewczynki nie miały co robić. W sylwestra poszli do znajomych taty, którzy mają córkę starszą od Bułki, a młodszą od Poli, Malwinkę. Dorośli czasem myślą, że jak dzieci są w podobnym wieku, to muszą zaraz się świetnie ze sobą bawić. A ta cała Malwinka chciała cały czas rządzić zabawą, a jak Pola czy Klara coś zaproponowały, to się obrażała. Postanowiły oglądać film, ale Malwinka koniecznie chciała film, który dziewczynki już widziały i im się nie podobał. Szczerze mówiąc – ledwo wytrwały do północy.

Wszystko się zaczyna psuć od tych świąt. Kiedy wracają do domu samochodem w dniu zakończenia ferii świątecznych (to jednak ponad dwieście kilometrów od dziadków), mama bardzo źle się czuje. Tata każe dziewczynkom szybko kłaść się do łóżek i jedzie z mamą do lekarza, chociaż jest bardzo późno.

Pola zmęczona mocno zasypia, ale rano budzi się z jakimś niepokojem i orientuje się, że rodziców nie ma w domu. Dzwoni do taty. Na szczęście odbiera. Strasznie zdenerwowany mówi, że mamę zatrzymano w szpitalu. Potem daje telefon mamie, która mówi, że czekają na badania, że w domu nie ma pieczywa i że w pudełku na regale są pieniądze, żeby wzięły sobie i kupiły drugie śniadanie w szkole, i żeby to nie były same słodycze, i żeby sprawdziła, czy Bułeczka się spakowała, i żeby włożyły czapki, i żeby nie zapomniała dobrze zamknąć drzwi na dwa zamki.

Pola jest zupełnie przerażona. Bo jak to – mama w szpitalu? Czy nic jej się nie stanie? Czy jest bardzo chora? A co z dzieckiem w brzuchu?