Wilczyce znad Wisły . Zabójczo piękne zdradziecko bezwzględne - Jarosław Molenda - ebook
Opis

Zasłużyły na miano wilczyc znad Wisły – łączyła je uroda i zdrada, różniły motywy, gdyż jedne donosiły, by uniknąć tortur lub pod wpływem szantażu, inne dla korzyści majątkowych i poprawy statusu społecznego, decydując się nawet na łamanie prawa, którego same strzegły. Jeszcze inne z naiwności lub z miłości. W ich otoczeniu nikt nie mógł spać spokojnie, koleżanka, towarzysz walki z konspiracji, mąż… Podobnie potoczyły się ich losy – mało która poniosła adekwatną karę za popełnione czyny. Czyżby zbrodnia jednak popłacała?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i stron tytułowychAnna Damasiewicz

Redaktor prowadzącyZofia Gawryś

Redaktor merytorycznyEwa Grabowska

Redaktor technicznyAgnieszka Matusiak

KorektaEwa Grabowska Teresa Kępa

Zdjęcie na okładce: © Ron Harvey | Depositphotos.com

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2019 Copyright © by Jarosław Molenda, 2019

Wydawnictwo Bellona ul. J. Bema 87 01-233 Warszawa tel. +48 22 620 42 91

Zapraszamy na stronę Wydawnictwawww.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowawww.swiatksiazki.pl

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-11-15669-2

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

„Jeśli pozwolisz, by robactwo się rozmnożyło, rodzą się prawa robactwa. I rodzą się piewcy, którzy będą je wysławiać”.

Od autora

Metoda podstawiania kobiet do rozpracowywania i dezintegracji środowisk podziemnych i opozycyjnych była powszechnie stosowana. Sprytna, ładna kobieta była w stanie dokonać olbrzymich spustoszeń w penetrowanym środowisku. Taką metodę stosowano także przy rozpracowywaniu środowisk antykomunistycznych nawet w latach osiemdziesiątych.

W Armii Krajowej wydano dokładną instrukcję, czym należy się kierować, podejmując współpracę z kobietami. Sprawdzano dokładnie całą rodzinę i morale kandydatki na żołnierza AK. Przed wojną oficer musiał mieć zgodę przełożonego na ślub. Jeśli jej nie uzyskał, a chciał się żenić – musiał odejść do cywila. Szczególnej weryfikacji poddawane były narzeczone oficerów II Oddziału, które przechodziły szkolenie kontrwywiadowcze[1]. Zarówno ich mężowie, jak i one same musiały być przygotowane na wszystko.

Fizycznie można bowiem złamać praktycznie każdego człowieka. Osoby przesłuchiwane bito, stosowano też tortury bardziej wyrafinowane, jak zdzieranie paznokci, sadzanie na odwróconej nodze stołka. Torturą było też pozbawianie człowieka snu, czyli prowadzenie przesłuchań metodą konwejera. Jedna osoba była przesłuchiwana kilkadziesiąt godzin przez zmieniających się funkcjonariuszy, tak by nie mogła zasnąć. Powodowało to halucynacje, a przesłuchiwany był gotów powiedzieć i podpisać wszystko.

Inna metoda polegała na tym, że stawiano kogoś pod ścianą na kilkanaście godzin bez ruchu albo zmuszano do wykonywania tak zwanych żabek, czyli serii podskoków z głębokiego przysiadu. Mogły też być stosowane inne formy nacisku, jak na przykład szantażowanie losem rodziny, grożenie, aresztowanie członków rodziny… „Oświęcim przy tym to była igraszka” – wyznał rotmistrz Witold Pilecki, opisując tortury, jakim był poddany w komunistycznej katowni.

Dwudziestego pierwszego listopada 2010 roku odeszła na wieczną wartę pani Maria Fieldorf-Czarska, sanitariuszka wileńskiej Armii Krajowej, najwierniejsza strażniczka pamięci swojego ojca. Pozostawiła przesłanie: „Marzy mi się Polska, której aparat sprawiedliwości jest czysty i godny najwyższego szacunku i zaufania”. Wielu Polakom się to marzy…

Ekstradycja przestępców nazistowskich i stalinowskich to droga przez mękę. Od 1946 roku Polsce nie udało się doprowadzić do wydania przez inne państwa kilku tysięcy zbrodniarzy. Obecnie większość z nich już nie żyje. Nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. Dzięki ekstradycji udało się postawić przed polskim sądem zaledwie 1803 osoby. Z każdym rokiem trudniej sprowadzić jeszcze żyjących oskarżonych z zagranicy, gdyż państwa, których mają obywatelstwa, odmawiają wydania ich z powodu wieku czy chorób[2].

Sprawcy terroru z lat 1944–1949 byli prawnikami i oficerami, którzy tłumaczyli, że: „mieliśmy przecież, my UB-owcy, polskie orzełki na czapkach”. Można zrozumieć, że postkomuniści robią dzisiaj wszystko, aby pomniejszać swoją kolaborację i służalczość wobec ZSRR i ratować resztki swojego narodowego sumienia, które pozwoliło im na wymordowanie ponad dziesięciu tysięcy Polaków i wywiezienie drugie tyle do kopalni Donbasu, gdzie umierali wyniszczeni nadludzką pracą. Terror, którego się dopuścili, zaowocował ponad dwoma tysiącami wyroków śmierci i uwięzieniem w aresztach, więzieniach i obozach przymusowej pracy ponad dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi[3].

Jak uważa Piotr Szubarczyk z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Gdańsku, kombinat zbrodni, jakim był „wymiar sprawiedliwości” Polski sowieckiej, łączył ludzi. Czy dlatego, że czuli się „elitą”, czy może dlatego, że przynajmniej przed sobą nie musieli się wstydzić? Wykonywali wszak tę samą brudną robotę. Licealiści polscy zapisują w swoich zeszytach słynne słowa z ballady Lilie Adama Mickiewicza: „Nie masz zbrodni bez kary”. To kwintesencja romantycznego idealizmu. Tylko że za czasów młodego Mickiewicza nie było jeszcze komunizmu i nikt wówczas nie mógł przewidzieć perfidii jego pogrobowców...

Przypisy:

1  J. Chmielowska, Wywiad AK na Śląsku – początki, https://wpolityce.pl/polityka/146222-wywiad-ak-na-slasku-poczatki-na-slasku-mieszkalo-96-tys-niemcow-a-po-wybuchu-wojny-naplywali-z-rzeszy-kolejni; dostęp: 10.02.2018.

2  G. Kuźnik, Dopadliśmy Krwawą Julkę, „Dziennik Zachodni” 2008, dodatek „Nasze Miasto”, 12 września, http://warszawa.naszemiasto.pl/archiwum/1778688,dopadlismy-krwawa-julke,id,t.html; dostęp: 05.11.2013.

3  Z. Wolak „Szczupak”, Inkwizytor Wolińska, „Tygodnik Solidarność. Czasopismo NSZZ Solidarność” 1998, nr 50, s. 7.

Rozdział 1

Regina Mordas-Żylińska

Obecnie w naszej świadomości mocno utrwalony jest obraz dziewczyny z przewieszoną przez ramię torbą sanitarną, pełniącej służbę w oddziałach partyzanckich. Jednak w momencie tworzenia tych oddziałów udział kobiet w ich szeregach wcale nie był oczywisty. Choć formalnego zakazu przyjmowania kobiet do oddziałów partyzanckich nie było, to niektórzy dowódcy, jak choćby Gracjan Fróg „Szczerbiec”, nie dopuszczali ich do służby.

Jednak zarówno w oddziale partyzanckim „Kmicica”, jak i w 5. Wileńskiej Brygadzie AK służyło wiele kobiet. Pełniły one funkcje sanitariuszek i łączniczek. W ostatnim pomorskim etapie szlaku bojowego 5. Wileńskiej Brygady AK w polowych oddziałach pozostały trzy sanitariuszki: Danuta Siedzikówna „Inka”, Lidia Lwow-Eberle „Lala” oraz Janina Wasiłojć „Jachna”. Ponadto z organizacją związane były jako łączniczki Wanda Minkiewicz „Danka” oraz Regina Mordas-Żylińska „Regina”.

Spośród dziewcząt 5. Wileńskiej Brygady AK najmłodsza nie tylko wiekiem, ale również stażem była „Inka”. Latem 1945 roku nie znała „Reginy”, ale mo­gła o tej roześmianej, energicznej brunetce, wówczas mniej więcej dwudziestoletniej, dużo słyszeć. Mówiono o niej z podziwem i sym­patią nie tylko dlatego, że wielu członków brygady znało ją jeszcze z Wilna, skąd pochodziła. Była bardzo lubiana, chętnie flirtowała z chłopakami, kilku się w niej podkochiwało, ale uznanie w oddziale zdobyła przede wszystkim dzięki od­wadze, wytrwałości i wierności.

Do historii przeszła jako Regina Mordas-Żylińska, aczkolwiek ujawniając się w 1947 roku, posłu­żyła się innym nazwiskiem – Izabella Graziewicz. W Szczecinie znana była jako Perlińska, gdyż po wyjściu za mąż używała nazwiska męża Antoniego, etatowego pracownika KM PZPR w Szczecinie, pracownika Służby Bezpieczeństwa. Zdaniem Marzeny Kruk z Archiwum IPN w Gdańsku, analiza zachowanych materiałów wskazuje, że Mordas było prawdziwym nazwiskiem. Żylińska to najprawdopodobniej jej nazwisko konspiracyjne, którego później zaczęła używać legalnie.

W konspiracji „Regina”, bo taki pseudonim przyjęła, będzie należała do tych nielicznych żołnierzy „Łupaszki”, którzy otrzymają specjalne wyróżnienie: złoty sygnet 5. Brygady z wygrawerowanym napisem: „Żołnierzowi-Przyjacielowi «Łupaszka» 1943 rok”. A zarazem będzie jedyną kobietą tak wyróżnioną. Nic dziwnego, że pojawia się w każdej książce na te­mat oddziału „Łupaszki”. Wszyscy jej koledzy zgod­nie opowiadają o wielkim zaangażowa­niu, oddaniu i poświęceniu, z jakim „Regina” służyła w konspiracji.

Nie tylko koledzy ją doceniali, wyróżniali również przełożeni. W uznaniu jej zasług na wniosek pułkownika Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” rząd emigracyjny w Londynie w 1944 roku odznaczył ją Krzy­żem Walecznych. Marzena Kruk podkreśla, że „Regina” miała „tę cenną w każdych czasach cechę, gdy ją drzwiami wyrzucali, oknem wracała. I że ta jej odwaga była taka na luzie, z uśmiechem na ustach. Jak trzeba było broń przenieść, chłopaki się bali, a ona wkładała kontrabandę pod spódnicę i szła, bezczelnie gapiąc się ubekom w oczy”[1].

Towarzysze broni zapamiętali Reginę Mordas jako osobę bardzo odważną, która umiała wyjść cało z każdej opresji. A jednak to ta dziewczyna zadecyduje o dalszych losach od­działu „Łupaszki”. I Danki Siedzikówny znanej jako „Inka”, siedemnastoletniej sanitariuszki w 1946 roku ujętej przez UB i po brutalnym śledztwie oraz pokazowym procesie rozstrzelanej.

Gdy siostry Siedzikówny wiodły jeszcze prawie normalne – bo w końcu wojenne, sieroce i konspiracyjne – życie nasto­latek, niewiele starsza sanitariuszka Janina Wasiłojć, pseudonim „Jachna”, służyła już w oddziale. W czerwcu 1943 roku zdążyła uciec do lasu wraz z rodzicami, gdyż jakiś pijany Niemiec ostrzegł Polaków o planowanych aresztowaniach konspira­torów. Tak trafiła do oddziału Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”[2]. Jej zdaniem Mordas „działała z premedytacją. Zdrada to był jej świadomy wybór. […] Ona zupełnie zatraciła ludzkie uczucia”[3].

Dzięki temu, że niedawno w szczecińskim od­dziale Instytutu Pamięci Narodowej odnaleziono zieloną teczkę z lat 1957–1958, możemy po części zrekonstruować jej donosicielski „dorobek”. Dokumenty te są tym cenniejsze, bo podstawowe materiały zniszczono w 1970, 1986 i 1988 roku. Z ocalałych dokumentów wynika, że urodziła się 24 lipca 1924 roku w Wilnie jako córka Marii z Kantorowiczów i Francisz­ka – według życiorysu przez nią spisanego ojciec był straż­nikiem więziennym.

Szkołę powszechną ukończyła w 1936 roku i rozpoczęła naukę w jednym z wileńskich gimnazjów. W protokole przesłuchania z 10 sierpnia 1948 roku podała, że w Wilnie przebywała do 1940 roku, kiedy „wyjechałam wraz z rodzicami na Litwę i tam pracowałam w majątkach rolnych w charakterze robotnicy”[4]. Dzia­łalność w konspiracji rozpoczęła najprawdopodobniej zimą 1943 roku po powrocie do Wilna. Początkowo pracowała w obsłudze lokalu kontak­towego komendanta Okręgu Wileńskiego „Wilka” przy Zakładzie Sióstr Nazaretanek, gdzie również znaj­dowała się drukarnia, a następnie w lokalu przy ulicy Zarzecze 20, gdzie zgłaszali się łącznicy dowódców brygad Inspektoratu „B”.

Konspiracja pochłonęła ją całkowicie. W jej mieszkaniu był punkt spotkań przyjeżdżających na odprawy, ma­gazyn broni, amunicji i lekarstw. Gdy 25 marca 1943 roku nad jeziorem Narocz został sformowany oddział partyzancki pod dowództwem porucznika Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”, który miał bronić Polaków przed niemieckimi represjami i wywózkami, Regina Mordas zgłosiła się do oddziału i została łączniczką adiutanta i członka sztabu – podporucznika Józefa Wiśniewskiego „Ostroga”. Obecnie nie mamy już możliwości zweryfikowania, czy tak było rzeczywiście.

W sierpniu 1943 roku formacja (licząca przeszło dwustu żołnierzy) została rozbrojona i zdziesiątkowana przez jednostki sowieckiej partyzantki Fiodora Markowa. Ocaleni żołnierze – a wśród nich młoda łączniczka – stali się zaczątkiem legendarnej 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”[5]. Nieoficjalnie nazywano ją Brygadą Śmierci. Przydomek przylgnął do od­działu, gdy kilkakrotnie pojawiały się pogłoski, że została cał­kowicie rozbita.

Tymczasem brygada nie tylko wciąż istniała, lecz także rosła w siłę. Na przełomie września i października 1943 roku oddział rotmistrza Szendzielarza liczył już około stu ludzi. W okolicach Wilna jego żołnierze walczyli zarówno z Niemcami i litewską policją, jak i partyzantką sowiecką[6]. Latem 1944 roku nacierający Sowieci spychali żołnierzy brygady na zachód. Część pododdziałów została rozbrojona w Puszczy Grodzieńskiej, reszta wybita lub w najlepszym razie rozproszona bądź wcielona do ludowego Wojska Polskiego.

W lipcu 1944 roku „Łupaszka” wysłał gońców do Wilna w celu zorientowania się w sytuacji. Pojechali tam między innymi sanitariuszka „Regina” i kwatermistrz – podporucznik Grabowski „Pancerny”. Łącznicy mieli także odnaleźć komendanta Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej i uzyskać od niego aktualne rozkazy dla brygady. Na ty­dzień przed oswobodzeniem Wilna Mordas stawiła się przed obliczem „Wilka” i dostała rozkaz dla „Łupaszki” uderzenia na miasto.

W powrotnej drodze została aresztowana pod Wilnem, ale udało się jej zbiec i wrócić do brygady. Do „Łupaszki” dotarła 21 lipca i poinformowała go o podstępnym aresztowaniu przez Sowietów 17 lipca we wsi Bogusze podpułkownika „Wilka” i jego sztabu, a także poszczególnych dowódców wileńskich i nowogródzkich oddziałów. Po otrzymaniu informacji o rozbrojeniu i aresztowaniu dowództwa w Wilnie „Łupaszka” zdecydował się na zakonspirowanie nazwy brygady i pseudonimów dowódców. Za wszelką cenę chciał uratować swoich ludzi przed dostaniem się w ręce Sowietów. Zdawał sobie sprawę, jaki czeka ich los, gdyby tak się stało.

W trakcie odwrotu brygada nie unikała walk z wycofującymi się oddziałami niemieckimi. Przebijano się przez tereny Litwy Kowieńskiej. Kiedy partyzanci znaleźli się w okolicy Olity, okazało się, że front ich wyprzedził. „Łupaszka” rozwiązał brygadę i pozostawił swoim żołnierzom wolny wybór: podjęcia dalszej walki lub powrotu do domu. Większość zdecydowała się na walkę i ruszyła na zachód. Tym, którzy podjęli trud dalszej walki, „Łupaszka” wyznaczył miejsce i termin koncentracji w Puszczy Augustowskiej. Jednak tylko część żołnierzy zdołała się tam przebić[7].

„Regina” straciła łączność z 5. Brygadą po jej rozwiązaniu 23 lipca 1944 roku, gdy wróciła do Wilna. Przez cały czas utrzymywała jednak kontakty z konspiracją. Pracowała przede wszystkim jako łączniczka, kursując między rozsianymi punktami konspiracyjnymi, przewożąc informacje, dokumenty i leki, ale w grud­niu została ponownie aresztowana przez Sowietów. Z więzienia wyszła na mocy amnestii z 1 maja 1945 roku.

Podziemie wydało jej „rozkaz wyjazdu do Polski z transportem teatralnym”[8]. Transport ten dotarł do Torunia 15 maja 1945 roku. Mniej więcej po miesiącu wyjechała do Koszalina, gdzie objęła posadę w Pań­stwowym Urzędzie Repatriacyjnym. Tymczasem pod koniec 1945 roku żołnierze 5. Brygady przenieśli się na Pomorze, gdzie „Łupaszka” podporządkował partyzantów strukturom eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, dowodzonego przez podpułkownika Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”.

We wrześniu 1945 roku „Regina” pomogła zalegalizować członków przerzuconego z Wołkowyska Bojowego Oddziału Armii Stefana Pabisia „Stefana”, ale poza tym do grudnia 1945 roku nawiązywała jedynie prywatne znajomości z byłymi uczestnikami walki partyzanckiej. Przed świętami Bożego Narodzenia przyje­chał podporucznik Feliks Selmanowicz „Zagończyk”, współpracow­nik przedwojennej „dwójki”, czyli wywiadu II RP, który w brygadzie pełnił funkcję dowódcy plutonu.

To właśnie Mordas osadzi­ła go w Głębokim pod Szczecinem, gdzie otrzymał posadę w Tymczasowym Urzędzie Ziem­skim. Według niej to on skontaktował się z nią w Koszalinie. „Zagończyk” z kolei zeznał, że pod koniec listopada otrzymał od „Reginy” list, w którym oferowała mu pomoc w znalezieniu pracy, dlatego na początku grudnia pojechał do Koszalina. Jak było naprawdę? Właściwie nie ma to większego znaczenia. Oboje byli zgodni jedynie w tym, że w czasie świąt Bożego Narodzenia, które spędzali wspólnie w Koszali­nie, otrzymali wiadomość o pojawieniu się „Łupaszki”.

Krótko potem przez gońca „Łupaszki”, który kwaterował w Zajezierzu koło Sztumu, oboje otrzymali wezwanie do natychmiasto­wego stawienia się w brygadzie. Jak potem zeznawała Mordas, Szendzielarz „z miejsca posłał mnie na robotę dywersyjną [...] chciał, aby ci, którzy już stracili «nadzieję», dowiedzieli się o tym, że organizacja jest potężna i żeby nie przechylali się na drugą stronę barykady, gdzie według niego był rząd przysłany z Moskwy i mała garstka komunistów”[9].

Podobno „Zagończyk” namawiał „Łupaszkę” do zorganizowania wywiadu w kraju i przesyłania wiadomości do Anglii. Zrodził się nawet pomysł, aby pierwszym ku­rierem została właśnie „Regina”, którą zamierzano przerzucić za gra­nicę w celu nawiązania bezpośredniego kontaktu z generałem Macz­kiem lub generałem Andersem[10]. Na przełomie 1945 i 1946 roku na nowym terenie trwało budowanie siatki konspiracyjnej oraz przeformowywanie brygady, której podstawą stały się tak zwane patrole dywersyjne.

Złożone z kilku żołnierzy pododdziały rozbijały posterunki UB, wymierzały kary konfidentom, zdobywały fundusze na dalszą działalność. Skuteczność działań osiągano głównie za sprawą zaufanych współpracowników. Jednym z nich była Mordas, dzięki której we wschodniej części województwa szczecińskiego doszło do kilku wspólnych akcji żołnierzy nielegal­nej organizacji WiN, grupy Bojowego Oddziału Armii (BOA) w Bobolicach i podległego „Łupaszce” szwadronu Zdzisława Badochy „Żelaznego”.

Zachowała się pamiątka z tej współpracy. Jest nią zdjęcie, na którym uśmiechnięta „Regina” stoi w towarzystwie sześciu żołnierzy. Była wiosna 1946 roku. W następnych latach z widniejących na fotografii mężczyzn dwóch miało zginąć z rąk UB, czterech spotkały represje i więzienie[11]. Tymczasem w związku z podjęciem działalności bojowej 14 kwietnia Szendzielarz wydał rozkaz nr 2, który brzmiał:

„Żołnierze, w dniu dzisiejszym, tj. 14 kwietnia 5-ta Wileńska Bryga­da wyrusza znowu w teren. Niech ten dzień będzie dla nas dniem pamięt­nym, dniem szczęśliwym, że przypadło nam w udziale wyjść z bronią w ręku, po raz trzeci już w czasie tej wojny, i walczyć o Wolność tej, która ist­nieć musi i istnieć nie przestała w naszych sercach polskich. [...] Dnia 6.IV.1946 r. zostali odznaczeni sygnetami 5-ej Brygady Wileńskiej: ppor. «Wiktor», ppor. «Żelazny», wach. «Zeus», wach. «Szpagat», łącznik «Regina», szer. «Mercedes», por. «Wiesztorft». [...] Sygnet 5-ej Brygady jest symbolem wytrwałości i wierności i przywiązania, tej spójni duchowej, która łączy wszystkich żołnierzy 5-ej i 6-ej Bryg. Wil. Żołnierze! w związku z wyjściem w pole i z trudnościami poruszania się w terenie żądam od was dyscypliny i karności, bezwzględnej karności, która winna objawiać się w rozumieniu przez każdego z was obowiązków na was ciążących i wykonywania ich stuprocentowego. Idziemy, bo nam tak każe obowiązek i sumienie prawdziwego Polaka, a Bóg będzie z nami”[12].

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przypisy:

1  L. Łuniewska, Szukając Inki. Życie i śmierć Danki Siedzikówny, Warszawa 2015, s. 97.

2  Ibidem, s. 57.

3 „Nie było czasu na strach...”, z Janiną Wasiłojć-Smoleńską rozmawiają Marzena Kruk i Edyta Wnuk, Szczecin 2009, s. 159.

4  M. Kruk, Losy sanitariuszek 5. Wileńskiej Brygady AK w okresie stalinowskim, „Biuletyn Fundacji Generał Elżbiety Zawackiej” 2014, nr 64, s. 34.

5  M. Semczyszyn, Dwa oblicza Reginy, Biuletyn IPN „Pamięć.pl” 2014, nr 10, s. 29.

6  L. Łuniewska, Szukając Inki, s. 60.

7 „Nie było czasu na strach...”, s. 16–17.

8  M. Kruk, Losy sanitariuszek 5. Wileńskiej Brygady AK w okresie stalinowskim, s. 36.

9  Ibidem, s. 37.

10  S. Nowak, Zdrajcy wyklętych, Warszawa 2017, s. 297.

11  M. Semczyszyn, Dwa oblicza Reginy, s. 30.

12  P. Kozłowski, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” 1910–1951, Warszawa 2011, s. 123.