Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Żydówka Dora jest drugą z dziewczynek, które przychodzą na lekcje do Marii Wilczyńskiej. Od początku postanawia zbudować sobie inne życie, niż wiedli jej rodzice i krewni. Po zdobyciu podstawowej edukacji w domu dziedziczki Dora uczy się w gimnazjum w Łucku. Chodzi też na lekcje niemieckiego, jakby przeczuwała, że wkrótce ruszy na podbój świata i osiągnie prawdziwy sukces. Pozornie chłodna, zdystansowana, a do tego piękna bizneswoman przez całe życie pozostaje wierna swojej jedynej miłości do mężczyzny, który mógłby być jej dziadkiem.
Tworzy sieć hoteli w Europie i za oceanem, w Nowym Jorku, gdzie szaleńczo zakochany w niej syn rabina żyje wspomnieniami młodzieńczego uczucia, co w końcu doprowadza go do zaskakującej, groteskowej śmierci.
Druga część „Wilczych córek” opowiada o namiętności, wierności i zdradzie, które niczym trzy Parki rządzą ludzkim życiem.
Siedemnastoletni Rafał Wilczyński zostaje uznany za buntownika i zesłany na Sybir. Śladem konwoju wiozącego zesłańców podąża jego matka, Maria, która wcześniej w tajemniczych okolicznościach straciła męża.
Na Syberii Maria odnajduje siebie. Nie kobietę, nie matkę, ale osobę zdającą sobie sprawę z własnej wartości. Ta nowa Maria podejmuje współpracę z rosyjskim naukowcem, biologiem badającym roślinność tajgi.
Po powrocie do rodzinnego majątku dziedziczka Wilczyńska zaczyna dostrzegać warunki, w jakich żyją i dorastają wiejskie dziewczęta, traktowane bardziej jak użyteczne zwierzęta gospodarskie niż istoty ludzkie. Pochyla się nad losem pięciu z nich i zabiera je do dworu, gdzie uczy je czytać, pisać, liczyć, a także szyć, szydełkować i robić na drutach. Te ostatnie umiejętności uczyniły pobyt Marii na Syberii lżejszym i pozwoliły jej przetrwać.
Mówi o swoich podopiecznych „córki”, a gdy nadejdzie czas, wypuszcza je w świat.
Czteroczęściowa opowieść, której każdy tom poświęcony jest jednej z wychowanek Marii Wilczyńskiej i ich dalszym losom.
Katarzyna Ryrych, autorka m.in. sag „Czarna walizka” i „Kobiety z rodziny Wierzbickich”. Ma również na swoim koncie kilkadziesiąt książek dla dzieci i młodzieży, za które zdobyła wiele prestiżowych nagród. Szuka tematów niekonwencjonalnych, niezgranych fabuł, zaskakujących narracji – jak w życiu. Wielu bohaterów jej książek to ludzie, których napotkała na swojej drodze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 213
Copyright © Katarzyna Ryrych, 2026
Projekt okładki
Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce
Archiwum: M. Banachowicz
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Ewa Witan
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-608-9
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
– W piekle pachnie śledziami – powiedziała Dora do swojego odbicia w szybie.
Sklepik, należący do jej wuja, innym dzieciom wydawał się prawdziwym rajem, gdzie każdy miał wstęp, lecz nie każdy mógł zaznać jego smaku.
Ogromny słój z landrynkami, które zdążyły się stopić i posklejać, wabił muchy, osy i dzieci. Dora w każdej chwili mogła zanurzyć w nim rękę i wsunąć do ust lepki cukierek, wiedziała jednak, skąd przylatują muchy, i na samą myśl o tym, że pozostawiały na cukierkach coś paskudnego, robiło się jej niedobrze.
Muchy o błyszczących niebieskawo odwłokach przypominały jej ciotkę, ubraną w spódnicę z tafty. I podobnie jak ona cały czas uporczywie brzęczały.
– Aj, Perla, ty tylko brzęczysz mi za uszami, jak ta mucha – mruczał wuj, ale żona nie zwracała na to uwagi.
Wszystko bowiem było nie tak. Słoik z landrynkami brudny, beczka ze śledziami przecieka i dlatego nawet cukier nimi pachnie, i kasza, i mąka, a najgorsze to, że miała rację. Dorze żal było wuja, który nie miał zmysłu do handlu, za to znał Torę co najmniej jak jakiś rabin.
Nie każdy może handlować, myślała, bawiąc się na podwórzu w sklep. Nie sprzedawała w nim śledzi, tylko czekoladki ulepione z gliny i jabłka, które zbierała na miedzy. Jabłka, małe i żółte, pokryte były brązowymi plamami. Układała swoje towary na liściach babki albo skręcała tutki z liści łopianu.
Rodzice Dory byli biedni. Ojciec zatrudniał się do pomocy przy stawianiu płotów lub komórek, a matka zajmowała się domem i obejściem. Nie to, co wuj, który cierpliwie znosił narzekania żony, ale trzymał się swojego handlu jak wesz kożucha. Tak powiedziała babka Mirełe, która słynęła w rodzinie z ciętego języka.
– To dziecko sprawi – powiedziała, obserwując Dorę – że będzie w waszym domu płacz i zgrzytanie zębów.
– A to czemu? – zapytała matka.
– Ja to wiem. – Babka zakończyła rozmowę.
Od tej pory matka pilnie obserwowała Dorę, zupełnie jakby starała się znaleźć coś, co potwierdzi, że babka miała rację.
A przypadków zbierało się coraz więcej. By nie szukać daleko, ciotka Perla nakryła dziewczynkę, jak ta wymazywała z tablicy kreski. Po liczbie kresek domyśliła się, że chodziło o rodzinę Romaniuków, którzy byli biedni i zawsze brali na kredyt.
– Coś ty narobiła, ty niegrzeczna dziewczyno! – krzyczała matka, prowadząc córkę do domu.
Dora milczała. Nie potrafiła powiedzieć matce, że Tośka Romaniuk to jej najlepsza przyjaciółka, no bo jak gojka może być przyjaciółką żydowskiej dziewczynki, no jak.
– Gdyby twój ojciec był mężczyzną – ciągnęła matka – pokazałby ci, gdzie raki zimują.
Ojciec Dory był mężczyzną. Widziała na własne oczy, kiedy pewnego dnia kąpał się w stawie. Miał przyrodzenie jak wszystkie samce, mniejsze niż koń, ale większe niż u psa.
Trochę czuła wstyd, że tym przyrządem ją zrobił, lecz sama była sobie winna – po co polazła nad staw?
Jedyną osobą, której powierzyła swój sekret, była Tośka, tylko że ta wstydziła się o tym słuchać. W ogóle Tośka była jakaś dziwna, jakby nie z tego świata. To znaczy jakby nie z chałupy, gdzie aż kłębiło się od dzieci.
Dora miała jeszcze siostrę, którą zabrali krewni z miasta i ta natychmiast zapomniała o swojej rodzinie, bo pewnie było jej dobrze. Tak więc Dora jak gdyby stała się jedynaczką i nic sobie nie robiła z upomnień matki czy próśb ojca. Ojciec, który zdaniem matki nie był mężczyzną, nigdy na córkę nie krzyczał, tylko prosił, aby zachowywała się grzecznie.
Co to znaczy „grzecznie”, zastanawiała się Dora. Pewnie tak jak Tośka, czerwieniąca się przy byle okazji.
Cały kłopot polegał na tym, że Dora, choćby nawet chciała, nie potrafiła być grzeczna. Zawsze musiała coś wymyślić, zawsze coś jej się przytrafiało. To ją nakryli w babińcu, kiedy przyniosła tam majowe chrząszcze, to ona karmiła macą bezdomnego kundla i to ona w szabas, tuż po zachodzie słońca, uciekła w pola piec ziemniaki razem z dzieciakami gojów.
– Może wlazł w nią zły duch? – zastanawiała się ciotka Perla. – A może to robota tej wiedźmy z Brzostkowa?
To drugie było bardziej prawdopodobne, Dorę bowiem często widywano, jak rozmawiała z Paraską, a Paraska, o czym wiedzieli wszyscy, potrafiła nie tylko spędzać płody, ale i rzucać uroki. Biada temu, kto by ją rozzłościł lub obraził…
W sprawie córki matka udała się nawet do rabina, wszakże ten stwierdził, że w historii Narodu Wybranego zdarzały się kobiety zuchwałe (dokładnie tak powiedział), choćby takie jak Judyta, i jeśli Pan dopuszcza, aby chodziły po świecie, to najwyraźniej są Jego narzędziem.
Moja córka narzędziem Pana, pomyślała matka, uważnie przyglądając się Dorze. Aj, gdyby tak było, nie wystawiałaby Pana na próby. Bo jak nazwać te wszystkie bezeceństwa, jakich córka dopuszczała się w szabas?
Prała pończochy, paliła w piecu i kręciła się na krześle, kiedy zapalano świece.
W jednym matka Dory miała rację – jej córka naprawdę chciała sprawdzić, czy istnieje coś takiego jak gniew Boży.
Pewnego dnia, kiedy dziewczynka zjadła pajdę chleba ze smalcem i czekała, aż porazi ją grom z jasnego nieba, na ziemię tuż obok niej padł cień.
Pani ze dworu, ta, która pojechała za synem na Sybir (jej historię znali wszyscy w Brzostkowie), patrzyła na nią, siedząc na koźle niewielkiej bryczki.
– Ty jesteś Dora Fiszer, tak? – zapytała.
– Tak – odpowiedziała dziewczynka, zerkając na dziedziczkę spode łba.
– Rodzice w domu?
Czego ona może chcieć od rodziców? – zdziwiła się w duchu Dora.
– Czy rodzice są w domu?
Chciałabym to wiedzieć, pomyślała dziewczynka.
Dziedziczka wcale nie była straszna. Patrzyła na Dorę z uśmiechem. Rzadko się zdarzało, aby ktoś uśmiechał się do niej, może jedynie ojciec i Paraska.
– Nie wiem, chyba są w domu – odpowiedziała Dora. – Ojciec poszedł z kozą do capa, ale może już wrócił – ciągnęła – a matka pewnie coś pichci w kuchni.
– Wsiadaj, podwiozę cię. – Pani Wilczyńska wskazała jej miejsce obok siebie. Dora wdrapała się na bryczkę i spojrzała z góry na miedzę, na której przed chwilą siedziała.
Cóż to było za uczucie, tak siedzieć i kołysać się, i podskakiwać, gdy koło najechało na kamień!
– Czytać umiesz? – zapytała nagle dziedziczka.
– Nie umiem. – Dora pokręciła głową.
– Zatem pisać też nie potrafisz.
– Tak.
– A liczyć?
– Umiem. Do setki. Dodawać i odejmować. I cyfry umiem pisać – pochwaliła się dziewczynka.
No tak, pomyślała Maria. Jeśli przesiadywała u ciotki w sklepiku, z pewnością musiała nauczyć się liczyć.
Jest zdolna. I co z tego, skoro gdy tylko dorośnie, w jej rodzinnym domu pojawi się swatka, a w ślad za nią kandydat na męża – pewnie równie ubogi. Dorobią się gromadki dzieci, będą zapalać szabasowe świece…
Ale wizja dorosłej Dory, statecznej Żydówki w peruce, jakoś dziwnie nie pasowała do tej dziewczynki.
– To pewnie, jak dorośniesz, będziesz mieć własny sklepik – rzuciła od niechcenia dziedziczka.
– Nigdy! – zawołała Dora.
Takiej pasji pani Wilczyńska nie widziała u żadnego dziecka.
– Nigdy – powtórzyła już spokojniej dziewczynka.
– To co chcesz robić…?
– Pojadę do Ameryki – odparła tamta poważnie. – W Ameryce jest Izaak, brat naszego rabina.
– I jest mu tak bardzo dobrze – zażartowała Maria – że chcesz tam pojechać, tak?
– O, tak, jest mu dobrze. Tam jest całe żydowskie miasto – oczy Dory zabłysły – i ulice, i banki, i nawet burdel jest.
Maria szeroko otworzyła oczy.
– A ty wiesz, co to takiego?
– Nie bardzo, ale to musi być miłe miejsce, bo rabin mówił, że jego brat…
– Rozumiem. A gdzie wy mieszkacie?
– Tam, przy kirkucie. Kozy mamy i kurnik.
Maria pokiwała głową.
– Powiedz rodzicom, że przyjadę do nich wieczorem.
– Pani ma do nich interes? – zapytała dziewczynka.
– Tak, mam do nich interes.
– A czy to dobry interes?
– Myślę, że najlepszy, jaki zrobią w życiu.
Interes, słowo klucz, w tym miejscu od zawsze otwierało wszystkie drzwi. Dziedziczka długo patrzyła za dziewczynką, która pędem pobiegła w stronę domu. Spod jej bosych stóp unosił się kurz, a czarne loki powiewały na wietrze.
– Mame! Mame! – wołała Dora, biegnąc przez podwórze.
– Co znowu? – Matka Dory pojawiła się w drzwiach, przepasana długim fartuchem. Ręce miała oprószone mąką.
– Pani ze dworu…
Dora oparła się o framugę.
– Coś ty znowu zrobiła, niedobra dziewczyno?
– Nic. Pani ze dworu ma do mame interes.
Matka Dory przetarła dłonią czoło. Interes, pomyślała. Pewnie pani Wilczyńska przypomniała sobie o tym kawałeczku ziemi za młynem i chce go kupić. Bo jaki inny mogłaby mieć interes?
– Ona mówi, że to najlepszy interes, jaki mame zrobi w życiu.
Czyli ziemia. Każdy kawałek ziemi to dobry interes. A ten leży odłogiem i zarasta zielskiem. Trzeba by to wszystko powyrywać, jak będzie wyglądać lepiej, to i cenę można powiedzieć wyższą.
– Siedź tu i pilnuj. – Matka wskazała córce stojący na piecu garnek.
– Przecież tam nic nie ma – odparła Dora. – Woda się gotuje.
– Żeby się nie wygotowała. Dolej z wiadra.
Dora była drobna, ale silna, nieraz targała wiadro z wodą od studni, a ta była o pięćdziesiąt kroków od domu, wiadro z każdym krokiem robiło się coraz cięższe i czasami miała ochotę rzucić je na ziemię i patrzeć, jak woda wsiąka w piasek. Być może gdyby niósł je ktoś inny, zrobiłaby to, ale szkoda jej było tych dziesięciu, piętnastu, a potem dwudziestu kroków, więc zaciskała zęby i szła dalej, aż do drzwi chaty.
Kiedy mame zrobi interes, myślała, stojąc przy piecu, może już nie będzie trzeba nosić wody?
Woda gotowała się powoli, a Dora rozejrzała się po kuchni. Podłogę trzeba zamieść, żeby było czysto. We dworze podłogi lśniły, wiedziała to od ciotki, która raz była u Wilczyńskich, wezwano ją w sprawie much, a ściślej jajek, jakie poskładały w słoninie. Chłop, który tę słoninę kupił, poszedł na skargę do dworu i dziedziczka natychmiast wzięła sprawy w swoje ręce. Ciotka musiała tamtemu zwrócić pieniądze, a dziedziczka następnego dnia udała się do sklepiku, żeby sprawdzić, czy zrobiono porządek z muchami.
Maria brzydziła się much. Często znajdowała w tajdze truchło jakiegoś zwierzęcia, na którym pasły się muchy, i natychmiast przypominała sobie zwłoki koni, które padły po drodze na Sybir, ciągnąc kibitki. Muchy kojarzyły jej się ze śmiercią, ruchliwą, monotonnie brzęczącą.
Doścignęły ją też tutaj, w rodzinnym Brzostkowie, i Maria wydała im bezlitosną wojnę.
Kiedy słońce zaczęło chować się za las, kazała Rafałowi wyprowadzić konia. Spojrzała na syna z wysokości końskiego grzbietu i uśmiechnęła się lekko.
– Ty, mamo, jesteś idealistką – powiedział Rafał. – Pamiętam, jak mi zarzucałaś, że nie umiem trzeźwo myśleć. Świata nie zmienisz.
Maria wzruszyła ramionami.
– Chcesz zmieniać świat, zacznij od swojego podwórka.
– I co, zabiła nas ta Syberia? – rzucił w ślad za nią. – Sama najlepiej wiesz, że nie.
Chciał mnie zranić, pomyślała, kierując konia na drogę. Nie udało ci się, synku. Tego, co przeżyłam, nikt mi nie odbierze.
Przed jej oczyma pojawiła się postać Anatolija. Maria uśmiechnęła się do siebie i lekko ścisnęła kolanami końskie boki.
Skrajem drogi powoli wędrowały krowy, kołysząc zadami. Ciągnął się za nimi zapach mleka i nawozu. W ślad za krowami szły bosonogie dzieciaki w koszulach, które niegdyś były białe. Twarze tych dzieci wydawały się dziwnie poważne, krok był krokiem zmęczonego człowieka.
A przecież na pastwisku, pomyślała Maria, nie ma tyle roboty, co w obejściu.
Przypomniała sobie dzieci z osady, które strugały z drewna figurki zwierząt; o te dzieci troszczyli się wszyscy dorośli, jakby były największym skarbem. Potem dowiedziała się, że to prawda, że kiedyś, kiedy rodzice będą starzy, zanim udadzą się głęboko w tajgę, to dzieci będą się o nich troszczyć, polować, zbierać chrust, chronić ich przed zwierzętami. Dlatego dzieciaki z osady śmiały się, bawiły z psami, wysypiały się do woli i nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek widziała, jak jakiś psotnik dostał w skórę. Dzieci stanowiły przyszłość tego miejsca. Gwarancję spokojnej starości.
Rodziny w osadzie nie były wielodzietne. Kobiety znały zioła, które przerywały ciążę, wychowanie jednego czy dwojga dzieci stanowiło nie lada wyzwanie i jadąc przez Brzostków, Maria zastanawiała się, jak mogło dojść do tego, że choćby u Romaniuków urodziło się aż tyle dzieci. Czy mąż Romaniukowej brał ją gwałtem, czy też ona wyrażała milczącą zgodę i rodziła kolejne dziecko? Pewnie byłoby ich jeszcze więcej, ale podobno ludzie widzieli, że nocą chodziła do Paraski. Jak prawie wszystkie kobiety z Brzostkowa.
Antosia, ta, na którą Maria zwróciła uwagę, była ostatnim dzieckiem – Romaniuk ponoć wyniósł się na Zarzeczki, gdyż znalazł tam sobie młodszą i nie wiadomo, czym ją urzekł, bo sam był już nie pierwszej młodości. Ale śpiewał jak mało kto, aż dreszcz po plecach przechodził.
– Pani – powiedziała kiedyś Paraska – Romaniuk, jak na kobietę wchodzi, to śpiewa.
Maria się roześmiała. Pewnie dlatego śpiew Romaniuka często słychać było wieczorem nad stawem.
– Wabi baby nad wodę jak jaki utopiec, a potem robi z nimi, co chce.
– A one chcą? – zapytała poważnie Maria.
– Pewnie chcą – odparła Paraska. – Każdą zwabi, ale nie mnie. Ja księżycowi poślubiona – dodała szeptem.
– Księżyc piękny. – Maria się uśmiechnęła.
– Ot, trafiła nam się pani – Paraska odrzuciła do tyłu gruby warkocz – i dobra, i mądra. Coby każdy pan był taki…
– Przeżyłam swoje. – Maria westchnęła. – Życie uczy człowieka wszystkiego. I dobroci, i pokory, i szacunku.
– Nie każdego. Bywa i tak, że ktoś złem się żywi.
Dziedziczka spojrzała w niebo. Oto na drodze rozmawiały dwie kobiety, nie pani ze dworu i wiejska szeptunka, i Bóg wie jeszcze, kim była Paraska – ale dwie kobiety, które łączył cykl księżyca. Rozeszły się, każda w swoją stronę, Maria do dworu, a Paraska do swojej chaty, niosąc wspomnienia, nauki, uczucia.
O tym myślała pani Wilczyńska, zbliżając się do obejścia Fiszerów. Matka Dory powitała ją w progu i zaprosiła do pokoju, tego, gdzie rodzina zasiadała do szabasowej kolacji.
– Względem tej ziemi… – zaczęła Fiszerowa, bowiem wymyśliła sobie, że najlepiej od razu przejść do interesu.
– Jakiej znowu ziemi? – zapytała Maria.
Zapadła chwila ciszy. Podsłuchująca pod drzwiami Dora wstrzymała oddech.
– Jakiej ziemi? To pani dziedziczka nie w sprawie tej ziemi koło młyna?
Maria zmarszczyła brwi. Ziemia koło młyna… Nie mogła sobie przypomnieć, o jaką ziemię mogło chodzić Fiszerowej.
– Nie, nie w sprawie ziemi. W sprawie waszej córki.
Sara zerwała się z krzesła.
– Dora! – zawołała. – Dora, ty ladaco, chodź tu i przyznaj się, coś znowu zrobiła!
– Nic nie zrobiła – odparła spokojnie Maria. – Ale zapewne zrobi.
– Zawsze jej po głowie chodzą psoty, pani dziedziczka wybaczy.
– Wasza córka codziennie będzie przychodzić do mnie, do dworu. – Maria spojrzała w stronę drzwi. – Chodź tu, Dora, bo o tobie mowa.
I to ma być ten interes? – pomyślała nieco rozczarowana dziewczynka.
– Będziesz przychodzić do dworu – powtórzyła Maria – i uczyć się. Czytać, pisać, bo rachować już umiesz.
Fiszerowa spojrzała z niedowierzaniem na panią ze dworu.
– Dora będzie się uczyć? – zapytała.
– Tak – odparła Maria.
– A dlaczego moja córka? Perla, moja siostra, też ma córkę.
– Uczyć się będzie Dora – oświadczyła pani Wilczyńska tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Taka jest moja wola.
Fiszerowa spojrzała na córkę, która z płonącymi oczyma stała w drzwiach.
– A kto mi w obejściu będzie pomagać? Sama zostanę.
– Co takie dziecko robić może?
– Aj, kozy pasie, sprząta, kurcząt pilnuje, wodę nosi…
– Nie jest wam lekko, prawda? – zapytała Maria.
– A komu jest lekko? Chyba że się urodził we dworze.
– Niech Fiszerowa pomyśli. – Maria spojrzała jej w oczy. – Za kogo Fiszerowa wyda córkę, jak przyjdzie na to pora? Za biedaka. Bogaty może by ją i chciał, bo wyrośnie na piękną dziewczynę, ale rodzina nie pozwoli. A jak będzie umiała czytać i pisać, to prawdziwy skarb. Może nawet jakiś młody rabin o nią poprosi?
Zapadła cisza, w której – wydawało się Marii – słychać było, jak Fiszerowa bije się z myślami.
– Dora – zwróciła się w końcu do córki. – Będziesz chodzić do dworu i uczyć się. I pamiętaj, masz się nauczyć. Ty jesteś nasz kapitał. Nasz interes.
Maria z trudem ukryła uśmiech.
– Jutro przyjadę po waszą córkę.
Mam nadzieję, dokończyła w myśli, że jest czysta, nie ma wszy ani żadnego innego paskudztwa.
Wracała do domu przez pola. Koń biegł lekkim kłusem, od czasu do czasu radośnie parskając. Od strony lasu wiatr niósł zapach ściółki, butwiejących liści i grzybów, których tego roku było mnóstwo.
Maria lubiła tę porę, kiedy dzień ustępował nocy, cichły ptaki, a sarny wychodziły na pola. Zawsze kochała przyrodę, zaś pobyt na Syberii sprawił, że rozumiała ją lepiej niż większość ludzi. Znała prawa rządzące światem zwierząt, często okrutne dla ignoranta, i nie bała się mieszkańców tajgi z wyjątkiem niedźwiedzia, przed którym czuła nie lęk, ale respekt, jak wszyscy mieszkający w osadzie. Umiała rozpoznać jego ślady – korę przeoraną ostrymi pazurami, rozrzucone po ziemi odchody. To był znak, aby nie iść tą ścieżką, niedźwiedź bowiem nie zasadzał się na swoją ofiarę, tak jak czynił to myśliwy. Mówiono o nim z szacunkiem: „wujko”, rzeźbiono jego wizerunki z kości renifera, nie wchodzono w drogę.
– Wujko nie jest królem tajgi – powiedział pewnego dnia stary Chińczyk.
– A kto? Człowiek? – zapytała.
Spojrzał na nią i rozciągnął w uśmiechu wargi.
– Człowiek? Łyse zwierzę, które nie używa kłów ani pazurów? Królem tajgi jest On.
– On? – zdziwiła się. – Czyli kto?
– Znaczny – odpowiedział. – Tutaj ma takie imię.
Cienki warkoczyk opadający mu na plecy poruszył się niby ogon jakiegoś zwierzątka.
– Ale kto to?
– Człowiek-zwierz. Żyje tu od zawsze. Widywał go ojciec mojego dziadka i dziadek, i mój ojciec.
– A ty? – zapytała. – Widziałeś?
Chińczyk zmrużył oczy.
– Człowiek z miasta nie przyjechał tu, żeby przyglądać się kwiatom. On chce znaleźć Znacznego. Dlatego ja nie powiem, czy go widziałem, czy nie. Znaczny chce żyć w spokoju. On nie szuka ludzi, ale ludzie szukają jego. Po co im to, powiedz? Czy nie lepiej jest nie wiedzieć? Wierzyć, że jest, a nie zobaczyć? Po co żyć, jak na wszystko zna się odpowiedź? Czego szukać, jak się wszystko wie?
Czy rzeczywiście, myślała Maria, patrząc na Dorę, musimy wszystko wiedzieć? Co tak naprawdę daje nam nauka?
Czy ta dziewczynka będzie szczęśliwsza, umiejąc czytać? Kiedy pozna to wszystko, czego nie będzie mogła dotknąć?
Ale Maria już zdecydowała. A wizja Dory jako żony rabina stała się argumentem nie do przebicia.
U naszego rabina, myślała Fiszerowa, spoglądając w ślad za dziedziczką, jest syn. Co prawda starszy od Dory o trzy lata, ale to żadna różnica. Jej mąż starszy był o całe piętnaście i gdyby nie to, narobiłby jej dzieci co niemiara. Nie przymierzając jak u tej gojki Romaniukowej. Wszystkie Romaniuki podobne były do ojca, tylko ta ostatnia, z którą prowadzała się Dora, zdawała się jakaś inna, pańska – bo inaczej nie dało się tego dziecka określić. Może Romaniukowa skusiła kogoś? Albo jej matka czy babka, a krew się odezwała w Tośce?
Tego nikt nie wiedział. Ale czy to jest jej sprawa? No, powiedzcie ludzie, co ma Fiszerowa do Romaniukowej? Nie ma w tym interesu, chociaż…
Sara zdjęła perukę i podeszła do okna. Lekki, idący od pól wiatr mile chłodził jej rozpaloną od niespodziewanych emocji twarz.
Jeśli Dora nadal będzie przyjaźnić się z Antośką… Aj, Romaniukówna wyrośnie na piękną dziewczynę, a wiadomo, że koło takich kręcą się chłopcy. Może któremuś wpadnie w oko jej córka? A nawet gdyby to był goj, ale bogaty, niech idzie za goja, będzie mieć lepsze życie.
Fiszerowej życie od samego początku nie rozpieszczało. A powinno być szczególne, bowiem matka Dory urodziła się w święto Lag Baomer. Tylko że przy jej narodzinach nie było babki, a przyszły ojciec, siedząc przed domem, cierpiał bardziej niż jego małżonka. Jego wrażliwe uszy nie znosiły krzyku, za to kiedy grał na skrzypcach, jego przedramiona pokrywała gęsia skórka, a muzyka zdawała się przenikać każde włókno ciała. Ale krzyki żony i wreszcie płacz noworodka ogłuszały go. Dziecko urodziło się duże i zdrowe, wiecznie głodne, a matka, jak na złość, miała zbyt mało pokarmu, dawała więc córce mleko od kozy i tak odchowała małą. Dziewczynka, smukła, czarna jak Cyganka, łapała wszystkie choroby, na jakie zapadały dzieci, i ostatecznie wyrosła na wysoką, chudą pannę, o której swatki mogłyby powiedzieć tylko jedno – lubi rządzić. Jaki młody mężczyzna weźmie sobie taką, co będzie nim rządziła? No to znalazł się stary, któremu było wszystko jedno, aby tylko mógł zamoczyć pędzel i mieć z kim zasiąść do szabasowej kolacji.
U Fiszerów urodziły się dwie córki. Starsza wdała się w matkę i z wyglądu, i z charakteru, a młodsza, istna lalka, gdyby ją ubrać w bogatą sukienkę – cymes!
I jeszcze teraz, pomyślała matka Dory, uczona będzie. Tylko pieniądz… pieniądz…
Zapalając świece szabasowe, nie myślała o tym, o czym powinna w trakcie tej czynności myśleć prawdziwa żydowska żona. Jej głowę zaprzątał syn rabina.
Przy ostatniej zaś świecy Fiszerowa zaczęła bluźnić. Oto uda się do Paraski, a ta, jak wiadomo, na wszystko ma swoje sposoby, więc pewnie potrafi sprawić, że ktoś się w kimś zakocha.
Zrobiło jej się trochę strasznie, kiedy w poniedziałkowy poranek popełniła aż dwa niewybaczalne grzechy. Pierwszym było to, że okłamała męża (rzekomo wybierała się do Perli), a drugim – prawdziwy cel jej wyprawy.
Nieduży domek na podmurówce z białego kamienia stał na skraju wsi, pod dachem suszyły się pęczki ziół i sznurki grzybów, a w ogródku za domem kwitły kwiaty. Kto we wsi sadził kwiaty koło domu? Po co one komu, przecież i czasu, i sił brak, aby się nimi zająć. A Paraska miała i siły, i czas.
W sieni domku pachniało ogórkami, suszonymi jabłkami i wędzonymi śliwkami. W promieniu słońca wpadającym do środka wirowały złote drobinki kurzu.
– Wejdź.
Fiszerowa weszła do środka. Jej oczy przez chwilę nie mogły się przyzwyczaić do panującego tam mroku.
– Czego chcesz ode mnie? Twój mąż zasypia, ledwie położy głowę na poduszce? Twoja córka nosi w sobie coś, czego nie chce? A może nawiedza cię dybuk?
– Nie, nie! – Matka Dory gwałtownie zamachała rękami. – Chodzi mi o przyszłość.
– O przyszłość, to dobrze. – Paraska zachichotała. – Bo na to, co było, nijakiego sposobu nie ma. Tego, co było, nie zmienisz. A to, co będzie…
Cierpliwie wysłuchała historii o zaproszeniu Dory przez dziedziczkę, o synu rabina i o tym, że dość już biedy w rodzinie Fiszerów; pora, aby ktoś się wzbogacił, bo wtedy wszystkim będzie lepiej, nawet tym, których już nie ma – postawi się elegancką macewę, żeby każdy widział, kto pod nią czeka, aż go zawoła do siebie Pan.
Kiedy Paraska nalała do kubka trochę wody z butelki stojącej na półce wysoko pod sufitem, zamieszała ją i rzuciła na powierzchnię garstkę popiołu, Fiszerowa poczuła, jak po jej plecach pełznie zimny dreszcz.
– Widzę – powiedziała Paraska – chłopca. Chłopiec kocha, ale rodzina mu nie pozwala. Uprowadzą go, zabiorą jak jagnię na rzeź. Dużo łez widzę, całe morze, a córka twoja po tym słonym morzu płynie szukać szczęścia. I widzę dym, czarny, kości ludzkie płoną.
Wylała wodę za okno i wytarła dłonie w fartuch.
– To wszystko? – zapytała matka Dory.
– Wszystko – odparła Paraska. – Reszta ukryta.
Chłopiec kocha, powtarzała w duchu Fiszerowa, wracając do domu. To ważne. Bo jak kto kocha, tak prawdziwie, to nie ma takiej siły, żeby mu tę miłość wyrwać z serca.
Idąc w stronę domu, minęła syna rabina, który ciągnął na postronku łaciate cielę. Uśmiechnęła się do chłopca, a on grzecznie się ukłonił.
Aj, jeszcze trochę, a będzie mówić do mnie: „mame”, pomyślała.
Dora siedziała na ławie i patrzyła w okno.
– Będziesz się uczyć – oznajmiła jej matka.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
– 1 –
– 2 –
Okładka
