Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Po miesiącach suszy w całej wsi unosi się kurz, a dawny staw rybny ujawnia swoje tajemnice. W tym samym czasie do rodzinnego majątku wraca z Sybiru zesłaniec Rafał Wilczyński z matką, zahartowaną na „nieludzkiej ziemi” kobietą, która wierzy, że celem życia jest… życie.
Ich powrót porusza zastygłą codzienność. Pani dziedziczka Wilczyńska postanawia zająć się pięcioma wiejskimi dziewczynkami. Uczy je czytać i pisać. Pojawiają się też książki, buty i… mydło.
Antośka, czternaste dziecko Romaniuków, biegnie boso przez świat, który wydaje się jej z góry rozpisany. Kiedy po raz pierwszy postawi litery własnego imienia, zrozumie, że od tego zaczyna się wielka zmiana. Antośka, teraz już Tonia czy też Antonina, pokona długą drogę z ubogiej chłopskiej chaty na Kresach do luksusowej willi w Prowansji.
To poruszająca, osadzona w wiejskich realiach opowieść o głodzie i godności, o pracy, nauce i przesądach, o sile kobiet, które dźwigają na swych barkach życie rodziny, gdy mężczyźni śnią o bohaterstwie. Czuła, a zarazem niepozostawiająca złudzeń historia o powolnym dojrzewaniu do wolności, tej osobistej i tej narodowej, oraz o cenie, jaką płaci się za to, by z brudu, milczenia i strachu wydobyć własny głos.
Siedemnastoletni Rafał Wilczyński zostaje uznany za buntownika i zesłany na Sybir. Śladem konwoju wiozącego zesłańców podąża jego matka, Maria, która wcześniej w tajemniczych okolicznościach straciła męża.
Na Syberii Maria odnajduje siebie. Nie kobietę, nie matkę, ale osobę zdającą sobie sprawę z własnej wartości. Ta nowa Maria podejmuje współpracę z rosyjskim naukowcem, biologiem badającym roślinność tajgi.
Po powrocie do rodzinnego majątku dziedziczka Wilczyńska zaczyna dostrzegać warunki, w jakich żyją i dorastają wiejskie dziewczęta, traktowane bardziej jak użyteczne zwierzęta gospodarskie niż istoty ludzkie. Pochyla się nad losem pięciu z nich i zabiera je do dworu, gdzie uczy je czytać, pisać, liczyć, a także szyć, szydełkować i robić na drutach. Te ostatnie umiejętności uczyniły pobyt Marii na Syberii lżejszym i pozwoliły jej przetrwać.
Mówi o swoich podopiecznych „córki”, a gdy nadejdzie czas, wypuszcza je w świat.
Czteroczęściowa opowieść, której każdy tom poświęcony jest jednej z wychowanek Marii Wilczyńskiej i ich dalszym losom.
Katarzyna Ryrych, autorka m.in. sag „Czarna walizka” i „Kobiety z rodziny Wierzbickich”. Ma również na swoim koncie kilkadziesiąt książek dla dzieci i młodzieży, za które zdobyła wiele prestiżowych nagród. Szuka tematów niekonwencjonalnych, niezgranych fabuł, zaskakujących narracji – jak w życiu. Wielu bohaterów jej książek to ludzie, których napotkała na swojej drodze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 229
Copyright © Katarzyna Ryrych, 2026
Projekt okładki
Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce
Archiwum: M. Banachowicz
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Ewa Witan
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-549-5
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Antośka, najmłodsza córka Walentego Romaniuka, biegła ścieżką, a bose pięty wybijały nierówny rytm, wzniecając żółtawy kurz. Nie padało od dwóch miesięcy, trawa na pastwiskach schła, woda w stawie rybnym za wsią opadła, ukazując dno pokryte szarym mułem.
To właśnie z tego stawu w ubiegłym roku odłowiono olbrzymiego suma, którego żołądek pełen był pierza i kostek. Kiedy zaczęły ginąć kaczki i gąsięta, gospodarze poczęli się zastanawiać, co takiego może w wodzie siedzieć. Baby powiadały, że utopiec, co ma oczy wyłupiaste jak żaba, zieloną skórę i błony między palcami, ale mężczyźni wyśmiali je i po dłuższej naradzie postanowiono, że ze stawu spuści się wodę.
Suma załadowano na furmankę, a był taki duży, że ogon zwisał mu na drogę.
– O Jezu, o Jezu – jęczała Antośka, chwytając powietrze szeroko otwartymi ustami.
Wpadła do izby i oparła się dłońmi o stół.
– A ty co, gonił cię kto? – Matka zamknęła drzwiczki pieca i wytarła ręce w fartuch.
Ale dziewczynka nie mogła wykrztusić ani słowa.
– Masz. – Matka podała jej kubek wody zaczerpniętej ze stojącego przy piecu wiadra.
– Tośka, kot z niego pił! – wrzasnął Stefek, który siedząc na ławie, majstrował przy ruszającym się zębie – a się lizał pod chwostem…
Antośka jednak piła duszkiem, a woda ściekała jej na sukienkę.
– No, mów, co się stało – ponagliła ją matka.
– Do dworu przyjechali – wyrzuciła z siebie jednym tchem.
– Kto?
– Pan.
– Pan? A jaki?
– Straszny. – Dziewczynka otarła usta. – Wielki, czarny na gębie…
– Czarny? – zdziwiła się matka.
– No, ciemny taki… Jak jaki Cygan…
– Widziała?
– Widziałam! Jak z wozu zdejmowali kufry, to on otworzył bramę, uklęknął jak w kościele i ziemię całował.
Romaniukowa ciężko usiadła na ławie. Prawdę Jewułka mówiła – że pan wróci, to lepiej ze dworu nic nie zabierać. A Romaniuk przytargał takie piękne wielkie lustro, co nawet na plebanii podobnego nie mieli. Trzeba będzie oddać, po dobroci. Żeby pan nie pomyślał, że ukradli. Zabrali, bo komu mogło przyjść do głowy, że pan wróci z Sybiru? Stamtąd mało kto wracał, to czemu on miałby być inny? Pośle męża i każe powiedzieć, że zabrali, coby nikt nie zrabował, a teraz oddają… Może nawet pan się odwdzięczy.
– I starsza pani z nim była, ale dziwnie ubrana. Jak mężczyzna. Buty wysokie, i sztany, nie spódnica.
To matka dziedzica żyje. Tak, dokładnie tak mówili, że pojechała za synem. Bo i co miało ją trzymać w domu?
– A druga pani…
Druga pani – to musi być żona, pomyślała Romaniukowa. Znaczy, ożenił się gdzieś tam w świecie. A Paraska – westchnęła – została z dzieckiem. Tak po sprawiedliwości, to pan nic nie wiedział, Paraska nie mówiła. Ale jak mądry, bo kształcony, to powinien był pamiętać, że jak mężczyzna i kobieta śpią razem, to dziecko z tego może być. Ot, Walek, ledwo jej dotknął, już była brzemienna. Po Antośce powiedziała: „dość” i zaczęła spać sama. Buntował się, a raz nawet drzwi wyważył i pchał się do łóżka, na szczęście był pijany i łatwo sobie z nim poradziła. No i dał spokój. Ktoś tam mówił, że chadza do drugiej wsi, ale czy to prawda? Ani młody, ani bogaty… Co tam było, to było, ważne, że dał jej spokój. Niech sobie sieje na innym polu, jak taki z niego kogut.
– No i co ta druga pani? – zapytała.
– Nie wiem – odpowiedziała Antośka. – Taka chuda. Wysoka. Jak mnie zobaczyła, to machnęła ręką, żebym podeszła. Ale mi się stydno zrobiło i uciekłam. A ona śmiała się…
Romaniukowa westchnęła. Bóg raczy wiedzieć, co teraz będzie. Tak czy inaczej, lustro oddać trzeba.
– Takie lustro! – jęknął Walek. – Szkoda, aj, szkoda.
– Zobaczysz – Romaniukowa spojrzała na wiszący na ścianie obraz – że to się nam zwróci. A tak to co? Złodzieja z ciebie zrobią. Z nas – poprawiła się, bo przecież pomagała mężowi zdejmować lustro ze ściany. – A ty co tak stoisz? – fuknęła na Antośkę. – Twarz umyj, włosy uczesz, pójdziesz z nami.
– A po co ja tam? – zapytała dziewczynka.
– Po co, po co. Może na służbę potrzebują?
– Daj spokój, kobito. – Romaniuk stanął w obronie córki. – Przecież to jeszcze gorzkie dziecko. Na służbę, Boga się nie boisz?
I tak Antośka została w domu i stojąc na ganku, przyglądała się, jak ojciec i matka taszczą wielkie lustro w stronę dworu, którego zza drzew widać nie było.
Jak takie państwo żyją, myślała, siedząc na progu i bawiąc się z kotem. Tyle wszystkiego mają. A co robią? Skąd pieniądze biorą? Bo przecie nikt im nie daje…
Romaniukowie mocno się zdziwili, bo nie oni jedni przyszli do dworu. Paraska przyniosła jakąś kasetkę, Tarasik, kłusownik, na własnych plecach przytargał obity skórą fotel, a Wincenta przyszła z obrazem, na którym kobieta w czerni stała, załamując ręce nad mogiłą…
– Drodzy moi…
Rafał Wilczyński wyszedł z domu i spojrzał na przybyłych.
– Żeśmy przechowali to i owo – oświadczył Tarasik – coby ruskie nie wyszabrowały. Pochowali my po domach z szacunku dla pana dziedzica.
Wilczyński zszedł ze schodów i zatrzymał się przed starym kłusownikiem.
– Wszystko to rzeczy – powiedział. – Kupić można. Ale ziemi ojczystej nie kupisz. Ojczyzny nie kupisz. Chyba że własną krwią zapłacisz.
– Amen – rozległo się za plecami zgromadzonych.
– Proboszcz… – szepnęła Romaniukowa i przypomniała sobie, jak wielebny wyniósł z dworu srebrne lichtarze, które potem od święta stawiał na ołtarzu.
– Cieszy się moje serce, że Bóg was z powrotem sprowadził – oświadczył teraz patetycznie i rozłożywszy ramiona, zaczął przebijać się w stronę Wilczyńskiego.
Ten – jak natychmiast zauważyła Romaniukowa – raczej uradowany nie był, co dało się na pierwszy rzut oka dostrzec, ale pozwolił, aby księżulo go objął i poklepując po plecach, powtarzał, jak bardzo się z ich powrotu cieszy.
– Proszę do środka. – Wilczyński wskazał mu otwarte drzwi.
Zanim jednak wszedł do środka za dostojnym gościem, jeszcze raz spojrzał na mieszkańców wsi i pokiwał głową.
– Dziękuję wam – powiedział. – Z całego serca dziękuję. Na coś się moja wiara w ludzi przydała.
Na schodach powiększał się stos przedmiotów. Kładli skrzynki, pudełka, stawiali drobne meble.
– Ot, szkoda – westchnął Tarasik, z żalem spoglądając na fotel. – Dobrze było posiedzieć, dychnąć po robocie…
Romaniukowa pierwsza ruszyła w stronę wsi. Na skraju zagajnika odwróciła się i rozejrzała za mężem, lecz ten zniknął, jakby się pod ziemię zapadł. Pewnie na Zarzeczki poszedł, westchnęła. Nie będzie go wołać, bo jeszcze by mu co głupiego do głowy przyszło.
Antośka siedziała na progu z gałązką w ręce, a po podwórzu, grzebiąc w piasku, spacerowały kury. Dziewczynka od czasu do czasu spoglądała w niebo, wypatrując jastrzębia, ale tego dnia obrał sobie inne miejsce łowów.
Chłop, pomyślała Romaniukowa, powinien po gospodarsku myśleć. Gorzkie dziecko, też coś. Młodsze na służbę szły i chwaliły sobie. Choćby jej matka, co to mając lat siedem, pilnowała pawi w zwierzyńcu u pana Karwickiego, hrabiego. Odkarmili ją, odziali, a jeszcze uzbierała trochę pieniędzy na wyprawę. Mąż jej się niezły trafił – młynarz, tyle że dzieci z nim nie doczekała, bo się utopił. I dopiero ten drugi, ojciec, połakomił się na młyn, zrobił trójkę dzieci i poszedł w kamasze. Tak i więcej go nie zobaczyła, i wszystko podupadło.
Romaniukowa westchnęła, jakby na jej sercu leżał kamień. Młyński kamień. Zdjęła buty i zawinęła je w kawałek juchtowego worka, uprzednio natarłszy skórką od słoniny. Na co dzień, jak wszyscy (z wyjątkiem męża), chodziła boso, ale do dworu bez butów to despekt. Przysiadła obok córki i poruszyła palcami u nóg. Stopy, nienawykłe do trzewików, piekły ją, jakby wsadziła je w młode pokrzywy…
Starsza pani Wilczyńska usiadła przy stojącym pomiędzy oknami biureczku. Lekki wiatr poruszał muślinową firanką, za oknem przekwitał turecki bez o ciężkich, ciemnofioletowych kwiatach. W ręce trzymała pióro w szylkretowej oprawie. Przebyło z nią drogę na Syberię i z powrotem, ukryte przed pożądliwym wzrokiem strażników, eskortujących konwój zesłańców. Pisała nim listy do siostry, mieszkającej w Kongresówce, a także dziennik, dokładnie ukazujący każdy dzień – począwszy od pogody, a skończywszy na własnych przemyśleniach. Dzięki temu, myślała, nie zapomniałam ojczystej mowy ani stawiania wyraźnych, zdecydowanych liter.
„Kochana Stefciu” – zaczęła i jej ręka znieruchomiała nad pustą kartką. Co miała pisać? Radości z powrotu do domu siostra nie podzieli, jako że nigdy swojego nie opuściła i na dodatek wiele razy dawała upust niezadowoleniu, kiedy młodsza siostra zadecydowała, iż będzie towarzyszyć synowi na zesłaniu. A przecież setki kobiet podążało śladem swoich synów, mężów i braci. Rosjanie stukali się w czoła, mówiąc, że rozum im odebrało – kto bowiem przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pcha się tam, gdzie zimna woda, wylana z kubka, zamarza w powietrzu, zanim zdąży dotknąć ziemi? Kto zdrowo myślący pojedzie tam, gdzie mieszkańcy tajgi tylko czyhają, aby człowiek zapuścił się za daleko?
– Ach, te Polaczki – mruczeli pod nosem, lecz nie do końca pogardliwie. Zapewne niejeden, myślała wtedy, chciałby, aby jego kobieta poszła za nim, choćby i na sam koniec świata.
Kochana Stefciu, nie wiem, czy dotarły do Ciebie wieści o naszych zamiarach? Jeżeli nie, to wiedz, że po długiej podróży nareszcie znaleźliśmy się w domu. Dwór zastaliśmy w stanie nienaruszonym, niesplądrowany, a nieliczne przedmioty – szczególnie te drobne – chłopi zwrócili nam, mówiąc, że przechowali je u siebie, czekając na nasz powrót. Rzecz jasna i oni, i my wiemy, że to nieprawda, jednak lepiej zwrócić cudze, niż żyć w strachu, że kradzież – bo jak inaczej można to nazwać – wyjdzie na jaw i będzie z tego tylko wstyd i sromota? Zatem odzyskaliśmy większość drobiazgów, o których istnieniu zdążyłam zapomnieć, i zaczynamy nasze życie od nowa.
Rafał ożenił się z córką jednego z towarzyszy niedoli, panna bardzo miła, mądra i ładna, co rzadko się zdarza. Ostatecznie okazało się także, że posiada spory posag, o czym nawet ona sama wcześniej nie wiedziała. Ważne, że są szczęśliwi, do Rafała dużo cierpliwości trzeba, gdyż pobyt na zesłaniu mocno nadszarpnął mu nerwy, czemu nietrudno się dziwić.
A na wsi bez zmian, powiedziałabym nawet, że jeszcze gorzej. Podejrzewam, że mało kto umie czytać i pisać, dzieciarnia bosa, biega po polach jak młode kozy. Tam, gdzie dawniej były stawy rybne, stoi mętna woda i dokoła błoto, ale Rafał mówi, że sobie poradzi.
Pozdrawiam Cię serdecznie, niech Bóg zachowa Was wszystkich w zdrowiu i ma w swojej opiece. A jeśli taka Jego wola, to pewnie spotkamy się jeszcze. Do serca tulę,
Maria
Pani Wilczyńska odłożyła pióro i westchnęła. Niebo za oknem zaróżowiło się lekko, a w stawie odezwały się żaby.
Jakże ja bardzo u siebie, pomyślała. Przed jej oczyma stanęły kolejne zimy, świecące czerwono oko pieca, zapach palonego drewna i mroźna biel śniegu, kłująca w oczy w świetle księżyca. A i tak, pomyślała, czuliśmy się jak u siebie; na ścianie, nad drewnianą pryczą, na której spał syn, zawiesiła stary szkaplerz, który był w rodzinie od niepamiętnych lat, stanowiąc jakoby część domu. Jej łóżko znajdowało się za zasłoną z koca, która dzieliła skromną izbę na dwie części, i tak przeżyli pierwszy rok, dopóki miejscowy nauczyciel nie oddał im połowy swego domu. Miała wtedy wrażenie, jakby otwarły się przed nią bramy raju – ściany z potężnych drewnianych bali, solidna podłoga, nie klepisko, i prawdziwy piec w kuchni, taki, na którym można spać, jeśli mróz naprawdę był siarczysty. Nauczyła się korzystać z bani, którą przy domu wybudował gospodarz, i zapewne dzięki temu delikatny organizm Marii się zahartował i nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek na coś chorowała. Owszem, trawiła ją choroba nieuleczalna – tęsknota – ale takich jak oni było więcej. W osadzie mieszkało trzynastu Polaków, w tym – łącznie z nią – cztery kobiety, i wkrótce stało się tradycją, że co niedziela spotykali się za każdym razem w innym domu. Najpierw ksiądz z sąsiedniej osady odprawiał krótką mszę, a właściwie modlitwę tylko, bo kazania były zbędne, zresztą co mógł powiedzieć ludziom w ich położeniu, jedynie mógł się modlić, modlić się o to, aby starczyło sił, aby przeżyć i być może kiedyś wrócić.
Maria Wilczyńska odnalazła się na tej nieludzkiej, jak mawiano, ziemi i szybko odkryła, że ludzkie serca topiły wszelki lód. W domu nauczyciela bywali myśliwi w ubraniach pozszywanych ze skór, których zapas zawsze mieli ze sobą i sprzedawali je lub wymieniali na potrzebne im towary. Latem przychodziły zbieraczki jagód, czasami pojawiał się jakiś chudy, zarośnięty człowiek, o którym natychmiast było wiadomo, że to zbieg. Zaopatrywano go w żywność i życzono szczęśliwej drogi – brzmiało to dziwnie niepoważnie, jednak ludzki język nie przewidział innych słów na taką okoliczność.
Maria spotkała też poszukiwaczy złota, którzy nosili swoje skarby w woreczkach ukrytych pod ubraniem, przywiązanych tuż za moszną rzemykiem, przyjmowała także Chińczyków, handlujących korzeniami żeń-szenia, które, wysuszone, przypominały ludzkie postaci.
Powoli zaczynała poznawać tę surową krainę, w której wiosna przychodziła powoli, a lato wybuchało nagle kolorowymi kwiatami, jagodami – i mijało równie szybko. Uczyła się tajgi otaczającej osadę i każdego dnia dowiadywała się czegoś nowego, rzeczy ciekawych i rzeczy przerażających, jak choćby to, że ludzkie mięso ma smak podobny do mięsa lokalnych jeleni i z tego powodu niedźwiedzie, raz zasmakowawszy w człowieku, już zawsze będą szukać tej zdobyczy, łatwiejszej do upolowania niż jeleń.
Nauczyła się czytać tropy zwierząt w śniegu i na rozmiękłej ziemi, rozpoznawać głosy ptaków i jak większość mieszkańców osady nie korzystała z zegarka. Pory dnia narzucały rytm dobowy, a przy dawnym życiu trzymały ją książki. Zaczęła czytać od pierwszego dnia, kiedy zamieszkali w domu z drewnianych bali. Systematycznie brała z półki jedną książkę po drugiej – tę po polsku i po rosyjsku, omijając niemieckie, choć pewnego dnia przyszło jej do głowy, że mając tyle czasu, mogłaby spróbować nauczyć się tego języka.
Nauczyciel znalazł się szybko – student w wieku jej syna, drobny, chudy, z zapadniętą piersią, w której cały czas coś rzęziło i grało – i uczył ją kilka razy w tygodniu, dopóki choroba nie położyła go do łóżka. Pluł krwią i słabł w zastraszającym tempie, Maria przychodziła go doglądać, a pod koniec karmiła łyżeczką jak dziecko, dopóki dopisywał mu jaki taki apetyt. Parzyła choremu zioła, które przyniósł jeden z ludzi z lasu, chociaż te, jego zdaniem, pomóc mogły jedynie we wstępnym stadium choroby. Biedak zakończył życie z początkiem jesieni, kiedy w powietrzu wisiał klangor żurawi, a stada dzikich gęsi napełniały powietrze niepokojem, zupełnie jakby pragnął odlecieć razem z nimi.
– Jakże on to powiedział… – szepnął, unosząc się na łokciu.
– Kto? – zapytała Maria.
– Przypomnieć sobie nie mogę – poskarżył się.
Pies gospodarza, nastojaszczaja sybirskaja łajka, uniósł łeb i spojrzał w stronę drzwi, zupełnie jakby nagle ktoś się w nich pojawił.
– Ach, pamiętam. – Chude palce zacisnęły się na skraju kołdry. – Mehr licht – wykrztusił. – Więcej światła.
W kąciku jego ust pokazała się cienka strużka krwi, spłynęła na brodę, a potem na szyję i zaczęła wsiąkać w koszulę.
Tak odszedł cicho, bez protestu, pogodzony z losem. Maria długo siedziała przy zmarłym, zapaliwszy dwie cienkie woskowe świece. Potem wyjęła z jego kuferka czystą koszulę i parę spodni, przewiesiła je przez poręcz krzesła i odmówiła modlitwę.
Gdzieś daleko, myślała, jest jego matka, bo przecież każde żywe stworzenie rodzi się z matki, czy to człowiek, czy zwierzę. Odnajdzie adres i napisze, że czuwała przy jej synu do jego ostatniego oddechu.
Wszakże adresu nie znaleziono i nawet ksiądz w swoich pospiesznie utworzonych – na użytek osady – księgach parafialnych nie miał żadnej informacji o zmarłym, prócz tego, że miatieżnik Filip Roztworowski został zesłany na Sybir za działalność szkodliwą i wywrotową.
Ale Bóg to widzi, pomyślała Maria i nagle przeszedł ją dreszcz. Skoro widzi, to musi być. A skoro jest, dlaczego daje swoje przyzwolenie na zło, które człowiek wyrządza człowiekowi? Zabiera matce dziecko, a dziecku, pomyślała o swoim zmarłym mężu, zabiera ojca…
Zatem kimkolwiek jest ten, który ma pieczę nad światem i spisuje ludzkie uczynki, on wie, że Filip w ostatnich chwilach swego życia nie był sam i inna matka zamknęła mu oczy.
Pozostawiwszy zapalone świece, zamknęła drzwi izby i wyszła z chaty. Zapadł już zmrok, pnie brzóz bielały w świetle księżyca, a gdzieś w głębi zagajnika nawoływał puchacz. Maria otuliła ramiona chustką i spiesznym krokiem skierowała się w stronę domu. Pobiegło za nią cienkie, urywane wycie psa.
Duszę odprowadza, przypomniało jej się, co powiedziała pewnego dnia gospodyni nauczyciela, Anfisa. Kiedy człowiek umiera, pies przeprowadza jego duszę na drugą stronę. Jeśli był to człowiek dobry, jego dusza przejdzie wąską ścieżką tam, gdzie czekać będzie zmartwychwstania. A jeśli zły, pies zostawi ją pośrodku ścieżki i zawróci. Wtedy, jeśli zmarły zacznie żałować za grzechy, być może uda mu się dotrzeć na drugi brzeg, gdzie zostanie osądzony. A jeśli nie…
Maria przeżegnała się i spojrzała w niebo. Nad jej głową świeciły setki, może tysiące gwiazd, bliższych i dalszych, niebo mieniło się jak brokat, a powietrze miało dziwny, ostry zapach, który się nasilił, gdy mijała chatę Fiodora Wasiljewicza Kitlika.
Fiodor Wasiljewicz Kitlik (onże Slepoj, Wicak, Paczybuła, jak był zapisany w rejestrach policyjnych) całkiem otwarcie trudnił się produkcją samogonu. Samogon bowiem stanowił w osadzie walutę, za którą można było nabyć prawie wszystko.
Ot i proza życia, pomyślała Maria. Czar wczesnojesiennej nocy prysnął.
– Gdzie byłaś, mamo? – wybuchnął na jej widok Rafał. Najwyraźniej już się wybierał, aby jej szukać, bowiem w jednej ręce miał latarnię, a w drugiej – strzelbę.
– Filip nie żyje – powiedziała, lekceważąc jego wzburzenie. – Zmarł przy mnie.
– Wszyscy tu poumieramy – rzucił z goryczą jej syn.
Maria spojrzała mu w twarz.
– Nie bluźnij – rzekła. – Masz zdrowe ręce i nogi, żyjesz. Zaraz pójdziesz spać, a jutro się obudzisz.
Opuścił głowę. A potem popatrzył na matkę, jakiej nie znał.
Pamiętał ją pogrążoną w żałobie po śmierci ojca, smutną i bladą, odzianą w czerń, pamiętał ją zaciętą i upartą, kiedy pakowała kufry, by udać się jego śladem na dobrowolną zsyłkę, kiedy pilnowała, aby okna domu zabito deskami i zasunięto kraty w drzwiach.
– W naszej rodzinie – powiedziała kiedyś jego ciotka – kobiety były silniejsze od was, mężczyzn. I może dlatego byliście tacy słabi?
Zdanie wygłoszone przez starszą siostrę matki odebrał jak policzek. Po śmierci ojca chciał być tym silnym mężczyzną, odpowiedzialnym, rozsądnym i rozważnym, kimś, na kim będzie można się oprzeć i dzięki temu przetrwać wszystko. Niestety, ani rozsądek, ani rozwaga nie powstrzymały go przed wstąpieniem do grupy młodych buntowników, którzy, przesiadując wieczorami, przy blasku świec roili o zamachu na cara, o wolnej Ojczyźnie, a każdy z nich był jak beczka prochu, wystarczyłaby jedna iskra, aby podpalić świat…
Staszek, jego najbliższy przyjaciel, wsławił się tym, że już w czasach gimnazjalnych rysował białego orła niosącego w szponach cara i – co bezsprzecznie można było wyczytać z rysunku – zamierzającego wypuścić despotę nad bezdenną przepaścią. Z powodu owego rysunku Staszek ostrzegawczo dostał „wilczy bilet” i wrócił na wieś, gdzie w ojcowskim gabinecie pisał wiersze. Gdyby każde użyte przez niego słowo można było zamienić w nabój, dom szybko zacząłby przypominać skład amunicji.
Wszakże prawdziwym buntownikiem wśród piątki przyjaciół okazał się Rafał. Został aresztowany, gdy, dowiedziawszy się o wileńskiej egzekucji księdza Stanisława Iszory, na którego wyrok podpisał Michaił „Wieszatiel”, publicznie złożył wieniec z biało-czerwoną wstęgą, na której wypisano – NIE ZAPOMNIMY.
Z punktu widzenia szkodliwości społecznej był to uczynek drobny, który w innych okolicznościach mógłby zostać zlekceważony, ale walka buntujących się Polaków z zaborcą przybierała na sile i każda wymierzona dla przykładu kara miała swoje znaczenie.
– Gdybym jeszcze został schwytany z bronią w ręce – rozpaczał Rafał. – Jak mężczyzna. A tak, za kwiaty…
– Te kwiaty – tłumaczyła mu później matka – zrobiły znacznie więcej niż wystrzelenie kilku nabojów w niewiadomym kierunku. Zapewne wielu ludzi zadało sobie pytanie, kim był ksiądz Iszora, i jeśli nie wiedzieli, to z pewnością poznali jego historię. Budowlę wznosi się cegła po cegle, ty dołożyłeś swoją.
Ale jej syn i tak nie przyznał się nikomu, za co trafił na zesłanie. Dodatkowo uprosił matkę, aby także nic na ten temat nie mówiła. Tylko że nikt nikogo o to nie pytał. Jeżeli ktoś się znalazł na tej nieprzyjaznej ziemi, musiał być niebezpieczny.
Siedemnastoletni buntownik wiedział, że śladem konwoju wiozącego go na północ podąża matka, silna i niezłomna, jak wszystkie kobiety z rodziny Wilczyńskich. Wiedział, że zniesie ona wszystkie niewygody, pokona przeszkody, aby wspierać go tam, gdzie, o czym był przekonany, nikt nikomu wsparcia nie udzieli.
Najgorsze okazały się postoje, etapy, gdy zmuszano ich do opuszczenia kibitek, a potem pędzono do pomieszczeń, gdzie rzucano im na ziemię słomę, aby na niej spali; w słomie zaś buszowały głodne szczury i pchły. Wstawali z opuchniętymi twarzami, pogryzali suchy chleb – jeśli nie zjadły go szczury – popijając go zimną wodą.
Trapiła ich gorączka, biegunka i kaszel, który zdawał się wyrywać płuca z piersi. Rankiem spoglądali dokoła, sprawdzając, czy wszyscy przeżyli kolejną noc. Z jego towarzyszy przeżyli wszyscy, inni nie mieli tyle szczęścia. Pozostawały po nich mogiły, wykopane w szczerym polu, i obietnice złożone umierającym – że ktoś powiadomi rodzinę, że w godzinie śmierci myślał: matka, ojczyzna, siostra czy brat.
Podążając śladem transportu, Maria spoglądała na te groby i serce jej się ściskało. Myślała o matkach, które już nigdy nie zobaczą swoich synów, o dziewczętach, które nie doczekają się listu.
– Wy, Poliaczki – powiedział jeden z sołdatów, gdy rozpytywała o swojego syna – to jesteście jak te wilczyce. Za swoje dzieci skoczycie do gardła.
W jego głosie nie wyczuła pogardy, tylko coś na kształt podziwu.
– A tak – odparła. – Ja nawet się nazywam Wilczyńska.
– Pani Wilczynskaja – powtórzył sołdat. – Tom utrafił. – I podsunął jej butelkę wódki. – Pijcie, pani Wilczynskaja – rzekł. – To choroby zabija, a wam nada dojechać, a droga jeszcze daaaaleka… Ech, dlinnaja doroga – zaśpiewał łamiącym się falsetem.
Miał płaską twarz o rumianych policzkach, z której spoglądały niebieskie, okrągłe jak guziki oczy, nos perkaty i zadarty, a wargi po dziecięcemu spierzchnięte. Ile on może mieć lat? – pomyślała. Niewiele więcej niż Rafał. Ten żołnierz też gdzieś ma swoją matkę, która go kocha.
Sybir, Syberia powitała ich pierwszym tchnieniem chłodu i światłem lamp naftowych. W malutkich oknach wydały jej się one światłami portu, do którego zawinęli po długiej żegludze.
– Sibir, Sibir, Sibirii nie bojusia, Sibir to toże polskaja ziemlia… – zaśpiewał ktoś w półmroku. Tak, to prawda, pomyślała. Tylu ich leży tutaj, pod tą surową zmarzliną. Tyle krwi w tę ziemię wsiąkło, że polska być musi.
Rafał ze zdumieniem przyglądał się matce, jakby to była obca kobieta, jakiej wcześniej nie znał, całkiem inna osoba, którą dzień po dniu odkrywał. Co zostało z tej delikatnej, szczupłej damy, pochylającej się nad klawikordem, ścinającej róże w ogrodzie wokół domu. W prostej, płóciennej sukni, w futrzanym serdaku i wysokich sznurowanych skórzanych butach przypominała przedstawiane na rycinach podróżniczki. Szybko zasłynęła w osadzie z umiejętności dziergania swetrów z szorstkiej, niebarwionej wełny, robiła też czapki i skarpety, a gdy przeprowadzili się do domu nauczyciela, zajęła się szyciem.
– Babka nauczyła mnie tego wszystkiego – powiedziała pewnego dnia. – „To, co potrafisz, powtarzała, nawet jeśli nie jest ci potrzebne dzisiaj, może przydać się kiedyś”. Jak widzisz, miała rację.
Wieści o umiejętnościach Marii rozeszły się po okolicy szybko i zdarzało się, że ktoś jechał do niej, pokonując odległość kilkunastu wiorst, co często nie było łatwe.
Latem, gdy dni były dłuższe, w izbie pojawiały się kobiety. Nie było ich wiele, ale te, które mogły, przychodziły, aby nauczyć się czegoś od pani Wilczyńskiej.
– Jak tak dalej pójdzie – przestrzegał ją syn – to zostaniesz bez pracy.
– To nie jest ważne – odpowiadała. – Wiedza jest po to, aby ją przekazywać, inaczej staje się martwa. Co komu po martwej wiedzy?
Nie mógł się z tym nie zgodzić.
– Będę potrzebowała trochę wolnego czasu – oznajmiła pewnego dnia, kiedy do domu nauczyciela przyjechał listonosz.
Koperta długo leżała na stole, zanim zdecydowała się ją otworzyć. A kiedy przebiegła oczyma po kilkunastu rzędach słów, jej twarz się rozjaśniła.
– Ot i mam zajęcie – powiedziała, podając Rafałowi list.
Z jego treści wynikało, iż pan Anatolij Wozniesienskij, naukowiec, potrzebuje kogoś, kto będzie wykonywał dla niego proste badania, chodziło o florę i faunę tundry i tajgi, dokładny opis roślin i zwierząt.
– Znalazłam jego ogłoszenie w gazecie – wyjaśniła. – Rozpalałam ogień – ciągnęła – i wyjęłam z koszyka kilka stron gazety sprzed lat. I postanowiłam zaryzykować. To znaczy napisałam list, wysłałam go i to wszystko. Chyba nawet nie czekałam na odpowiedź. To prawdziwa niespodzianka.
Dawno nie widział matki tak ożywionej, szczęśliwej jak dziecko i choć nie było to łatwe, ten nastrój udzielił się także jemu.
Będę badaczką, myślała. Pomocnicą uczonego. Nie matką zesłańca, ale kimś, kto nadaje znaczenie swojemu życiu.
Szanowny Panie! – odpisała jeszcze tego samego dnia, wieczorem, siedząc w złocistym kręgu światła, które rzucała na prosty, drewniany stół lampa naftowa. – Cieszy mnie ogromnie, iż wyraził Pan chęć współpracy ze mną. Nie będę pisać o przyczynach mojej bytności tutaj, przywiodło mnie to samo, co wielu z naszej osady. Będę szczęśliwa, jeśli mój czas spędzony tutaj na coś się komuś przyda. Przyznać muszę, że nigdy wcześniej podobnych obserwacji nie prowadziłam, choć zawsze interesował mnie świat dokoła. Chętnie nauczę się wszystkiego, co będzie mi potrzebne.
Pozostaję z szacunkiem
Maria Wilczyńska
W kilka tygodni później dostarczono jej wielką drewnianą skrzynię zawierającą prasy do suszenia roślin, teczki z grubego kartonu, ołówki, kredki i farby wodne.
Powoli wyjmowała wszystkie te skarby, a jej oczy płonęły. Takiej matki Rafał nigdy nie oglądał, a myślał, że widział w niej już wszystko.
Książki, jakie jej przysłano, opisywały budowę kwiatów i roślin, nazywały każdą, nawet najmniejszą ich część, również po łacinie, której on uczył się w gimnazjum klasycznym.
– Tu – powiedziała Maria – jest opisany cały świat. A my jedynie potwierdzimy jego istnienie.
– Ma pani prawdziwy talent, pani Mario – orzekł nauczyciel. – Świetnie pani rysuje.
– A tak – potwierdziła. – Babka zmuszała mnie do kopiowania wzorów na hafty i pewnie stąd się to wzięło.
– Nic nie bierze się znikąd – odparł. – Jeśli garnek jest pusty, żaden cud nie sprawi, że coś się w nim pojawi.
– Może to i racja – stwierdziła. – Może.
Przypomniała sobie przedpołudnia, kiedy babka wręczała jej tamborek z naciągniętym płótnem, nici i igłę i pilnowała, aby ścieg był równy. Jak bardzo nienawidziła tych poranków! Wszystko dokoła się budziło, w sadzie za dworem śpiewały ptaki, daleko w polach porykiwały krowy, rżały konie, idące w pole wieśniaczki śpiewały piosenki. Na trawie jeszcze lśniła rosa, a serce i dusza Marii rwały się do tego świata.
Ale nie, babka była nieubłagana i dopiero gdy wnuczka wykonała przeznaczone jej zadania, sprawdzała pracę – oceniała każdy ścieg, a dziewczynce ziemia paliła się pod stopami. Kiedy padały sakramentalne słowa: „może być”, zrywała się z krzesła i biegła do ogrodu, gdzie czekał na nią pies, Morus, towarzysz wypraw w pole i do zagajnika. Wiejskie dzieciaki częstowały ją zebranymi w lesie jagodami, a ona w zamian dawała im cukierki. Zdejmowała buty, aby sprawdzić, jak się chodzi boso, i wraz z innymi brodziła przy brzegu w stawie.
To wszystko było tak ciekawe, że najchętniej wracałaby do domu wieczorem, ale matka pilnowała, aby na obiedzie pojawiać się punktualnie.
– Nie spiesz się. – Spoglądała na nią surowo. – Jedz powoli. Nawet jak będziesz głodna – dodawała – to się nie spiesz.
Przypomniała sobie te słowa, kiedy po długiej drodze zobaczyła na stole gorący posiłek – kaszę gryczaną suto okraszoną skwarkami. Najchętniej rzuciłaby się na jedzenie jak wygłodniały pies, ale w uszach zadzwoniły jej słowa babki: „matka ma rację, nie spiesz się, bo stracisz klasę”.
Po co mi tutaj ta cała klasa, myślała, jedząc powoli. Wszakże nauki wyniesione z domu nie chciały jej opuścić. I zapewne one uchroniły Marię przed nieuniknionym bólem żołądka.
Uciekając we wspomnienia z dzieciństwa, przywoływała także wieczory. Wieczory, przypominała sobie, były naprawdę piękne. Nierealnie piękne, z ogromnym, pomarańczowym księżycem wynurzającym się zza lasu, z gwiazdami zapalającymi się jedna po drugiej. Kiedy tylko mogła, wychodziła za bramę i siedząc wraz z rówieśniczkami (ku zgrozie babki) na miedzy, rozmawiały o stworzeniach należących do nocy, wielkoustych sysunach, które wyskakiwały z trawy, wpijały się w człowieka i ssały z niego krew, o duszach nieochrzczonych noworodków, co pod postacią sów przysiadały na cmentarnym murze i nawoływały: „Pójdź, pójdź w dołek, pod kościołek…”. Podobnie jak inne dziewczynki zakrywała włosy chustką, aby nie wkręcił się w nie nietoperz, a kiedy wreszcie udało się zawołać ją do domu, kładła się do snu, nakrywając głowę kołdrą – aby żadne z owych straszliwych stworzeń nie wypatrzyło jej w ciemnościach. Rzecz jasna, wiedziała, że to tylko bajki, ale wywoływany przez nie strach był prawdziwy.
Na Syberii ludzie nie musieli niczym się straszyć. W tajdze żyło pełno zwierząt, z których większość była dla człowieka niebezpieczna, i w tajdze zdarzali się także ludzie bardziej niebezpieczni od zwierząt, uciekinierzy, zesłańcy, ale nie polityczni, tylko ci, co popełnili jakieś straszliwe zbrodnie i zostali za nie skazani na zsyłkę. O ich okrucieństwie krążyły niekończące się opowieści, dla najmniejszego zysku potrafili zabić z zimną krwią. Mawiano, że kiedy planowali ucieczkę, zabierali ze sobą jeszcze kogoś, mamiąc go obietnicą rychłej wolności… Musiał to być ktoś dobrze odżywiony, zdrowy… aby jego mięso nie zaszkodziło tym, co je spożyją…
Pojawiali się też chunchuzi, przestępcy z Mandżurii, czyhający na poszukiwaczy złota: jednym słowem w porównaniu z nimi zwierzęta były stworzeniami, których okrucieństwo wynikało z ich pierwotnej natury, instynktu przetrwania, odchowania młodych.
Ciekawe, co tam jeszcze żyje, myślała Maria, leżąc na wąskim, drewnianym łóżku. Dawno temu użyłaby słów: „Bóg raczy wiedzieć, co tam jeszcze żyje”, lecz coraz częściej wątpiła w jego istnienie. Gdyby naprawdę był, powtarzała, zapadając w sen, świat wyglądałby inaczej. Dlaczego, z jakiej przyczyny, czy może dla jakiego kaprysu, zezwala, aby niszczono to, co sam stworzył, tak jak siedzące nad morzem dziecko niszczy zbudowany przez siebie i ozdobiony muszelkami zamek z piasku…
Spoglądała na wiszący nad jej łóżkiem szkaplerz, który nagle stał się tylko pamiątką, dowodem na to, że kiedyś, gdzieś istniał jakiś dom, jakiś spokój i jakiś Bóg.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
– 1 –
– 2 –
Okładka
