Więź 4/2016 - Więź - ebook
Opis

Gdy politycy na najwyższych szczeblach władzy bawią się w wojnę, sprawa robi się szalenie niebezpieczna. Analizujemy rosnącą modę na przemoc i przypominamy, że jedyną skuteczną odpowiedzią jest nieprzemoc.

Skąd bierze się fascynacja przemocą we współczesnej kulturze? Czy znudziliśmy się życiem w najbezpieczniejszej epoce ludzkości? Co może być pociągającego chociażby w nazistowskiej architekturze?

W dziale religijnym analizujemy adhortację „Amoris laetitia” i kłopoty, jakie sprawia ona Kościołowi. Franciszek przypomina, że to norma jest dla człowieka, a nie człowiek dla normy. Dlaczego brzmi to tak świeżo i odkrywczo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kwartalnik Warszawa rok LIX nr 4 [666]

Drodzy Państwo!

Widmo krąży po Europie. A właściwie po całym świecie. Stare widmo, dobrze znane – i nowe równocześnie. Widmo wojny, tragedii, globalnego nieszczęścia. W światowej polityce mają miejsce wydarzenia, które jeszcze niedawno wydawały się całkowicie nie do pomyślenia. Coraz bardziej prawdopodobny wydaje się rozpad świata, w którym żyjemy.

Ale jest też wojna codzienna. To przemoc, która bywa subtelna. Wojna zaczyna się od słów. Już nie ma debat, bo oponenta trzeba „zmiażdżyć”, „zmasakrować”, „zaorać”... Chorujemy na nieprzebaczenie. Ochoczo wyznajemy wartości chrześcijańskie, ale ta najbardziej chrześcijańska z nich – miłość nieprzyjaciół – jakoś nam skutecznie umyka. Nienawiść wydaje się o wiele bardziej poręczna.

W tym numerze „Więzi” podejmujemy właśnie temat przemocy. Nasi autorzy zastanawiają się nad fenomenem fascynacji przemocą, nad umożliwiającymi ją mechanizmami społecznymi i kulturowymi. Chcemy lepiej zrozumieć, dlaczego przemoc staje się atrakcyjna – i dlaczego skuteczną odpowiedzią na nią może być tylko nieprzemoc.

Coś bardzo ważnego do powiedzenia o przemocy ma także papież Franciszek. Stale przestrzega przed „trzecią wojną światową w kawałkach”. Przekonuje, że tylko pokój jest święty i sprawiedliwy, a w wojnie przegranym jest nawet zwycięzca.

Jego adhortacja o małżeństwie i rodzinie Amoris laetitia – októrej dużo piszemy w tym numerze jako wielkim wyzwaniu teologicznym i duszpasterskim – jest także pierwszym dokumentem Kościoła, w którym tak wyraźnie zwraca się uwagę na problem przemocy codziennej. Papież podkreśla, że radykalne odrzucenie przemocy musi się dokonać u korzenia – czyli w ludzkim sercu. Dlatego pisze: „Jeśli mamy walczyć ze złem, zróbmy to – ale zawsze mówmy «nie» przemocy wewnętrznej”.

Może wiek XXI powinien być czasem odkrywania na nowo idei i praktyki walki bez przemocy?

Zbigniew Nosowski

Podziękowania dla Przyjaciół

Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy odpowiedzieli na nasz apel o pomoc finansową. W ostatnim okresie wsparcia udzieliły „Więzi” następujące osoby:

Maria Ciemniewska (Poznań), po raz trzynasty

Gizela Anna Daniszewska (Warszawa), po raz drugi

Mariola Deryło (Ostróda)

Agnieszka Fiedor (Kraków)

Krzysztof Jedliński (Warszawa), po raz czternasty

Mirosław Kowalczyk (Ząbki), po raz piąty

Ks. Józef Krasiński (Sandomierz)

Ludwik Lenkiewicz (Gliwice), po raz ósmy

Marcin Listwan (Czernica), po raz dziewiąty

Paweł Sawicki (Warszawa), po raz siedemnasty

Krzysztof Słapczyński (Wrocław)

Jan Alfred Trammer (Warszawa)

Jan Wyrowiński (Toruń), po raz pięćdziesiąty drugi

Maria Wyszyńska (Wołomin), po raz szósty

Jak można pomóc?

Każda forma pomocy jest cenna. Będziemy wdzięczni zarówno za wpłaty jednorazowe, jak i regularne (np. w formie stałego zlecenia bankowego). Nazwiska Ofiarodawców będziemy publikować w kolejnych numerach „Więzi”.

Wpłaty na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „Więź” mogą być odliczane od dochodu jako darowizny. Prosimy o przekazywanie wpłat, także dewizowych, na konto:

Towarzystwo „Więź”, 00–074 Warszawa, ul. Trębacka 3

PKO BP S.A. XV O/Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866

z dopiskiem: darowizna na rzecz działalności statutowej Towarzystwa „Więź”

Zachęcamy Państwa również do prenumeraty redakcyjnej naszego pisma oraz polecania prenumeraty „Więzi” swoim Bliskim i Przyjaciołom. Warunki prenumeraty – zob. s. 255.

Bez Ciebie nie przetrwa „Więź”!

Społeczeństwo

Dlaczego (nie) przemoc?

Piotr M. A. Cywiński

Niech żyje wojna!?

Żyjemy w świecie coraz bardziej nieznośnym. Może jeszcze nie teraz, ale – nie bardzo dziś wierzę, by mogło być inaczej – w ciągu najbliższych dwóch dekad pewnie znowu zaczniemy wzajemnie się mordować. Nie wiem, skąd to się wzięło. Być może za dawno nie było wojen, więc pokoju nie potrafimy szanować?

Zabawa w wojnę

Pod koniec lat siedemdziesiątych – gdy jako sześcio-siedmiolatek biegałem z młodszym kolegą po małej ulicy Górnego Mokotowa – zatrzymał się obok nas jakiś starszy pan. – W co się bawicie, chłopcy? – zapytał. – W wojnę – szczerze odpowiedziałem. Te kilka zdań, które wówczas usłyszałem, sprawiło, że na dłuższy czas odeszła mi ochota na zabawę w wojnę.

Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy kilka lat temu, w słoneczny dzień 3 maja, wyszedłem na spacer z małymi dziećmi do parku. Przed furtką kamienicy, na chodniku przed własnym domem, natknąłem się na dwóch esesmanów z rosłym wilczurem. To rekonstrukcjoniści – wzbudzający dziś tak bezmyślny zachwyt rodziców, mediów, polityków...

Czy można, i to w ciągu zaledwie kilku dekad, bardziej przesunąć próg społecznej tolerancji dla zabawy w wojnę?

Odczłowieczenie jako norma

Gdyby tylko to... Trwogę budzi nagromadzenie kłótliwości, mnożenie wrogów, szukanie przeciwności, głoszenie nienawiści. Rozsiewa się ta atmosfera po całej Europie od kilku lat.

Jedni toną w długach, inni nie radzą sobie z falą docierających uchodźców, sypią się całe modele socjalne, wzrost regionalizmu rozsadza przynajmniej trzecią część najstarszej unijnej dwunastki, niemalże wszędzie populizm rozpanoszył się na prawach uczestnika normalnego dyskursu politycznego. Gdziekolwiek spojrzeć, demokracja się chwieje, a prawdziwych mężów stanu wspominają już tylko starsze pokolenia.

„Wojna zaczyna się od słów” – to wnikliwe ostrzeżenie powraca. Mówiła o tym ostatnio s. Małgorzata Chmielewska, wcześniej ostrzegali inni. Ale jeśli tak jest – jeśli już same słowa rozpoczynają wojny – to czy owa wojna się już nie zaczęła?

Język medialny spłycił się do zupełnych granic tego, co godzi się jeszcze nazywać językiem. Tego „zmasakrowali”, tamtego „rozjechali”, któryś inny został „zaorany”. Takim językiem tworzy się wizję stosunków międzyludzkich dążących jedynie do zgładzenia innych. Całkowitego zgładzenia, ogarniającego nie tylko na przykład pozycję polityczną czy system światopoglądowy, ale wręcz fizyczne unicestwienie człowieczego kształtu oponenta. I proszę mi nie mówić, że to tylko retoryka. Wszak słowa przekazu kształtują emocje, budują wyobraźnię – przesuwają więc granice tego, co dopuszczalne.

Ostatnią dekadę życia poświęciłem ukazywaniu, do czego zmierza odczłowieczanie bliźniego – a tu mam wrażenie, że oto ścieżka odczłowieczania właśnie ponownie staje się powszechnie przyjmowaną chwalebną normą. Byle stłamsić, zgnoić, splugawić, zniszczyć...

Nie wiem, czy stoi za tym jakaś frustracja, jakieś lęki podprogowe, niezdolność komunikacyjna. Czy może jest to naturalna ciągota homo sapiens w obliczu natłoku jemu podobnych? Szczury ponoć zaczynają się wzajemnie zagryzać tylko wówczas, gdy przekroczony zostanie jakiś próg ich stłoczenia.

Pokolenie oburzonych egotyków

Kiedy studiowałem w Strasburgu, uczono mnie m.in. historii ekonomii XIX i XX wieku. Profesor badał dzieje wielkich rodzin – głównie niemieckich – i ewolucję ich potęg gospodarczych. Mówił, jak pamiętam, że (w największym uogólnieniu) typowy model jest taki, że dziadek tworzy firmę i haruje całe życie, by ją utrzymać i rozbudować; ojciec wyrosły w cieniu wyrzeczeń – ale już korzystając z własnego wykształcenia – podnosi firmę na najwyższy poziom; natomiast syn, rozpieszczony od małego, wszystko marnuje i firma albo bankrutuje, albo jest odkupywana przez silniejszą konkurencję, albo w najlepszym wypadku trafia na giełdę. Zastanawiam się, czy nie podobnie rzecz się ma z porządkiem społeczno-politycznym.

„Wojna zaczyna się od słów” – to wnikliwe ostrzeżenie powraca. Ale jeśli tak – to czy owa wojna się już nie zaczęła?

Oto bowiem mamy pokolenie pierwsze, które odbudowało nasz świat po wojnie – rzecz jasna, w różnych warunkach na zachodzie i na wschodzie Europy. Po jednej stronie są to ojcowie wspólnej Europy, a po drugiej – choćby wielkie wysiłki odbudowy zniszczonych miast oraz próby pozytywistycznego rekonstruowania zerwanych i zagrożonych komunizmem więzi społecznych. Właśnie w tym okresie – nie zapominajmy – rodzą się także wielkie idee ekumenii. W tle tego procesu nadal dymem pachną wojenne zgliszcza i wciąż rusza się ziemia skrywająca masowe zbrodnie.

Drugie pokolenie – wyrosłe jeszcze w cieniu pamięci o wojnie – dokonało rzeczy absolutnie niebywałej: zwyciężyło komunizm, odbudowało we wschodniej połowie Europy instytucje demokratyczne i scaliło politycznie Stary Kontynent. Utworzyło unię, o jakiej żadne wcześniejsze pokolenia śnić nie potrafiły. Przed rodzinnym przedsiębiorstwem „Europa” zajaśniały szanse na realny pokój, bezpieczeństwo i dobrobyt, oparte między innymi na solidarności, którą we wschodniej części Europy symbolizowały wielomiliardowe wsparcie z Funduszy Spójności.

Ale nagle kolejne pokolenie zaczęło przejmować lejce wspólnego powozu. To pokolenie najmłodsze, któremu wszystko się należy. To roczniki roszczeniowych egotyków – owych miałkich intelektualnie „oburzonych”. To pokolenie wiecznie niezadowolone, które jest w stanie wszystko, ale dosłownie wszystko rozwalić – nie tworząc przy tym żadnej alternatywnej, długowzrocznej, pociągającej i rozumnej perspektywy. To dziecinne pokolenie – oderwane od jakichkolwiek wojen, siłą rzeczy mało zasłużone dla jakiejkolwiek wielkiej sprawy XX wieku, odważne jedynie „w gębie” – zaczęło przywłaszczać sobie wielkie dokonania swoich przodków. Ba! Uważać je nawet za swoje własne. A w każdym razie, podobnie jak wszystko inne – sobie należne.

Biegają więc po mieście z symbolami, których dramatu nie rozumieją. Fotografują się z bronią w jednym ręku i z napisem „Jestem chrześcijaninem” – w drugim. Przebierają się w mundury, których wcześniejsze pokolenia by nawet nie dotknęły. Z marsowymi minami pokazują się w mediach, prowadząc językiem wojny i zniszczenia debaty o sprawach związanych z normalną kohezją społeczną, różnicami poglądów, wymianą myśli, budową wspólnego domu różnych wszak jego mieszkańców.

Szczycą się bohaterami nie własnych czasów, tak jak ostatnio choćby Sprawiedliwymi z doby Zagłady – nie widząc w cichym spotkaniu Franciszka z owymi Sprawiedliwymi rozpaczliwego okrzyku „Oskarżam!” rzuconego wszystkim, którzy dla własnej wygody i złudnego bezpieczeństwa wolą dziś zatrzaskiwać drzwi ginącym.

Znieczulica – ten, być może, najbardziej rozpoznawalny objaw syndromu chaosu aksjologicznego – prowadzi w jednym kierunku. Jak każda złuda, pogrąża jeszcze bardziej.

Muzyczka marsza rżnie!

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu miesięcy, być może pod wpływem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, coraz częściej słychać słowa „wojna, wojna!”. Podobnie jak w roku 1914 i w roku 1939 ton, w jakim pada owo słowo, wskazuje nie tylko na smutek płynący z realnych obaw. Coraz częściej słyszę w nim tu i ówdzie jakby nutkę podniecenia, ekscytacji potencjalną wojną, specyficznego stanu emocjonalnego utrudniającego roztropne rozeznanie.

Model mojego profesora historii ekonomii wskazywałby, że dochodzimy do momentu bankructwa, wyprzedaży lub wrogiego przejęcia. „Niech żyje wojna! Muzyczka marsza rżnie...” – śpiewał kiedyś z gorzką ironią Stanisław Grzesiuk. Czy dziś żaden mądry starszy pan nie potrafi już wybić ludziom z głów zabawy w wojnę?

Czy otrzeźwią nas tylko kolejne zniszczenia, kolejne wojny, kolejne cierpienia i – po raz pierwszy od dekad – wyraźny wymóg własnego poświęcenia? Czy nauczymy się tylko tyle, że co pewien czas krew po prostu musi się polać – bo inaczej nie będziemy potrafili docenić bardzo banalnego i pięknego czasu pokoju?

Piotr M. A. Cywiński

Piotr M. A. Cywiński – ur. 1972. Doktor historii, działacz społeczny. Od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, współtwórca i prezes Fundacji Auschwitz-Birkenau. W latach 2000–2010 prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, obecnie członek Zarządu. Współinicjator odrodzonych Zjazdów Gnieźnieńskich, członek Zespołu Laboratorium „Więzi”. Autor kilku książek, m.in. Sny obozowe w pamięci ocalałych z Auschwitz, Epitafium i inne spisane niepokoje.

Wiara

Dzieci Abrahama

Mohammad as-Sammak

Święty Franciszek, muzułmanie i wolność religijna

W czasie średniowiecznych krucjat krzyżowcy opanowali Damiettę, wówczas małą wioskę, a dzisiaj wielkie miasto1. Siły egipskich muzułmanów odpierały atak. Oblężenie trwało długo, ale nie przyniosło rozstrzygnięcia.

Pewnego spokojnego dnia, kiedy nie było walk, z obozu krzyżowców wyszedł mnich ubrany w charakterystyczny habit, niosąc w ręku tylko Biblię. Nie miał przy sobie żadnej broni, nawet kija. Muzułmanie byli zaskoczeni, że zbliża się do nich ktoś z obozu wroga, ale nie ośmielili się zrobić mu krzywdy. Jego strój wskazywał, że jest mnichem, kapłanem, a Koran wyraża się o chrześcijanach słowami pełnymi miłości i szacunku, ponieważ są między nimi mnisi i kapłani. Takim kapłanem – jednym z tych, o których Koran mówi z tak wielkim szacunkiem – był ks. Jacques Hamel, brutalnie zamordowany w kościele w Saint-Étienne-du-Rouvray we Francji. Chcę zapewnić obecnego tu arcybiskupa Rouen, że nie tylko jego Kościół stracił ks. Jacques’a, ale że jest to strata całej ludzkości.

Test religii prawdziwej

Biblia, którą trzymał w ręku mnich z mojej opowieści, również jest uważana za świętą przez muzułmanów, gdyż jak mówi Koran, została objawiona przez Boga. Jest źródłem rady i wiedzy. Koran mówi wręcz: „I niech lud Ewangelii sądzi według tego, co zesłał Bóg”. Z tego właśnie powodu muzułmańscy wojownicy przyjęli mnicha z szacunkiem, ale jednocześnie byli zdezorientowani obecnością kapłana z obozu wroga. Pytali go: „Kim jesteś? Czego chcesz?”. Odpowiedział, że chce spotkania z królem.

Po krótkim wahaniu i naradach zabrali mnicha do obozu króla, którym wówczas był sułtan Al-Kamil, kuzyn Saladyna (naprawdę nazywał się on Salah ad-Din Jusuf ibn Ajjub)... Sułtan zadał mu to samo pytanie: „Czego chcesz?” Mnich odpowiedział: „Pragnę pokoju”. „Ale przecież z nami walczycie...” – zdziwił się sułtan. „Nie walczymy z wami dla samej walki. Chcemy, aby nasza droga do Jerozolimy była spokojna i bezpieczna” – wyjaśnił zakonnik. Na to sułtan odparł: „A jakże to może się stać?”. Mnich odpowiedział: „To bardzo proste. Problem zostanie rozwiązany, jak tylko nawrócicie się na chrześcijaństwo. Wtedy wszyscy staniemy się braćmi”.

Im bardziej robię w sobie przestrzeń dla „drugiego”, tym lepiej rozumiem siebie.

Sułtan wcale nie wpadł w gniew. Powiedział: „Przedstawię cię muzułmańskim uczonym, z którymi omówisz tę sprawę. Zdecydujecie, która z dwóch religii jest prawdziwa i kto powinien przyjąć religię drugiego”.

W czasie spotkania, które zorganizował sułtan, jeden z muzułmańskich uczonych powiedział ze śmiałością, że należy rozpalić ogień i zapytać mnicha, czy sam przez niego przejdzie. Jeżeli wyjdzie z ognia bez szwanku, oznacza to, że jego religia, czyli chrześcijaństwo, jest właściwa i muzułmanie powinni ją przyjąć.

Mnich nie myślał długo i odparł: „Zgadzam się. Jeżeli wyjdę z płomieni cały i zdrowy, to znaczy, że chrześcijaństwo jest prawdziwą religią i wszyscy powinniście się na nią nawrócić. Jeżeli jednak płomienie mnie pochłoną, stanie się tak z powodu moich własnych grzechów. W takim razie chrześcijaństwo nadal jest prawdziwą religią”. Sułtan i uczeni byli pod wrażeniem jego głębokiej duchowości i bystrości umysłu. Rozmowa zakończyła się powrotem mnicha do obozu krzyżowców wraz z naręczem darów od króla, które do dziś można oglądać przy jego grobie. Tym zakonnikiem był św. Franciszek z Asyżu, pod którego duchowym patronatem dziś się tu spotykamy, dzięki Wspólnocie Sant’Egidio.

Pytania retoryczne

Podzieliłem się z Państwem tą historią nie tylko dlatego, że jesteśmy w miejscu związanym ze św. Franciszkiem, ale również po to, żebyśmy zastanowili się nad kilkoma pytaniami.

Gdyby św. Franciszek powrócił do żywych i odwiedził dziś miejsca konfliktu na Bliskim Wschodzie, to w jaki sposób byłby przyjęty przez tzw. Państwo Islamskie i podobne ugrupowania? Czy uszanowano by jego stan duchowny i Pismo Święte? Czy posłuchano by go i pozwolono mu wyrazić jego przekonania religijne? Czy rozmawiano by z nim jako z chrześcijaninem w świetle tego, co Koran i Prorok Muhammad (pokój z Nim), mówią o chrześcijanach?

Sądzę, że nie potrzebujemy odpowiadać sobie na te retoryczne pytania... Wszyscy znamy na nie odpowiedź. Znamy losy włoskiego jezuity Paolo Dall’Oglio, który poświęcił życie ratowaniu muzułmanów i chrześcijan w Syrii. Znamy też losy syryjsko-prawosławnego biskupa Gregoriosa Johanny Ibrahima, którego nie ma dzisiaj z nami, a którego brak odczuwamy na każdym wydarzeniu organizowanym przez Wspólnotę Sant’Egidio, a także w wielu miejscach dialogu muzułmańsko-chrześcijańskiego na Bliskim Wschodzie i w innych rejonach.

Wiemy, co stało się z wieloma klasztorami, kościołami i meczetami, które zostały zniszczone – mimo że Koran opisuje je jako domy Boga, a prorok Mahomet przestrzegał muzułmanów przed wyrządzaniem im krzywdy i zakazywał muzułmanom wykorzystywać choćby jeden kamień pochodzący z kościoła w celu użycia ich do budowy domu dla muzułmanów, jako że uważał to za nieposłuszeństwo Bogu i Jego Prorokowi.

Dialog nie może istnieć bez wolności

Zasady islamu się nie zmieniły. Tekst Koranu jest stały, a nauczanie Proroka jasne. Zmiana nie nastąpiła ani przed spotkaniem św. Franciszka z dobrotliwym Al-Kamilem w Egipcie, ani po nim. Zmieniło się to, że grupa mściwych, zdesperowanych ekstremistów zawłaszczyła sobie islam i używa go jako narzędzia zemsty. To nowy totalitarny ruch, tym razem występujący w imię religii.

Z tego powodu muzułmanie doskonale zdają sobie sprawę, że musimy uwolnić naszą religię od tego „zawłaszczenia” i dokonać w obrębie islamu harmonizacji duchowych zasad naszej religii z ogólnymi wartościami i zasadami, które stanowią fundament ludzkiej cywilizacji w XXI wieku.

Również dlatego zajęcie się kwestią ekstremizmu religijnego jest przede wszystkim obowiązkiem muzułmanów. Islam uznaje pluralizm i postrzega różnorodność między ludźmi jako wyraz Boskiej woli. Bóg wezwał nas, żebyśmy się poznawali. Dialog jest drogą ku temu, ale dialog nie może istnieć bez wolności.

Wolność religijna jest podstawą i ukoronowaniem wszystkich wolności, jak zostało to powiedziane w papieskiej adhortacji o Kościele na Bliskim Wschodzie oraz w dokumencie na temat swobód podstawowych wydanym przez Uniwersytet Al-Azhar. To dlatego papież Franciszek okazał się duchowym przywódcą całej ludzkości, gdy powiedział, że „zabijanie w imię Boga jest szatańskie” i że nie ma religii przestępczej, za to przestępcy istnieją we wszystkich religiach.

Duch Asyżu nadal przyciąga nas do siebie, żebyśmy opierali się ekstremizmowi, walczyli z przemocą i terrorem oraz jednoczyli się jako cała ludzkość.

Tolerancja nie wystarcza

Historia o działalności św. Franciszka na Wschodzie nauczyła mnie, że relacje pomiędzy ludźmi różnych religii nie mogą być oparte ani na wyeliminowaniu innych, jak to dziś robi tzw. Państwo Islamskie, ani nawet wyłącznie na tolerancji, jak sądzą niektórzy ludzie dobrej woli. Powinniśmy oprzeć się na uznaniu pluralizmu i różnorodności oraz na poszanowaniu intelektualnych i ideologicznych fundamentów, które są podstawą pluralizmu i różnorodności.

Tym sposobem powinniśmy przekroczyć tolerancję, o której Nietzsche powiedział, że stanowi potwarz dla bliźniego. Tolerancja jest bowiem rodzajem pozytywnej dyskryminacji.

Idea obywatelstwa państwowego oparta jest nie na tolerancji, lecz na prawach. Kiedy tylko zachodzi zmiana czy pojawia się napięcie w relacjach, tolerancja może doprowadzić do naruszenia praw człowieka. Tolerancję praktykuje się bowiem w pewnym poczuciu wyższości, które zakłada, że jest tolerujący i tolerowany. Z drugiej strony zasada praw opiera się na równości i sprawiedliwości oraz stanowi gwarancję dla relacji społecznych zbudowanych na wzajemnym szacunku. Tego właśnie potrzebują nasze państwa na Bliskim Wschodzie i na tym powinny opierać swoją działalność.

Mam głębokie przekonanie, że im bardziej robię w sobie przestrzeń dla „drugiego”, tym lepiej rozumiem siebie... A także drugą osobę. Jedynie poprzez wolność ekspresji, wolność religijną i wolność praktykowania religii, mogę zrozumieć, co to oznacza być tobą, bo ty jesteś mną, ale innym mną.

Mohammad as-Sammak Tlum. Magdalena Macińska

Mohammad as-Sammak – sekretarz generalny Islamskiego Szczytu Duchowego (łączącego libańskich sunnitów, szyitów, druzów i alawitów) i Krajowej Rady Dialogu Muzułmańsko-Chrześcijańskiego w Libanie, doradca polityczny wielkiego muftiego Libanu, publicysta, autor ok. 30 książek. Współprzewodniczący Światowej Rady Religii na rzecz Pokoju. Jest sygnatariuszem przełomowej muzułmańskiej deklaracji na temat chrześcijaństwa Jednakowe słowodla nas i dla was (zob. „Więź” 2008, nr 1). Jest także sygnatariuszem deklaracji The Amman Message, która potępia wzajemne oskarżanie o apostazję i afirmuje różnorodność odłamów w islamie.

1 Tekst wystąpienia podczas otwarcia międzyreligijnego spotkania „Pragnienie pokoju”, zorganizowanego przez Wspólnotę Sant’Egidio, Asyż, 19 września 2016 r. (więcej o spotkaniu: zob. www.santegidio.org).

Kultura

Książki

Marta de Zuniga

Libido dominandi Putina

Krystyna Kurczab-Redlich, Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina, Wydawnictwo W. A. B., Warszawa 2016, 784 s.

Książka Krystyny Kurczab-Redlich należy do publikacji, które przez pryzmat życia jednej osoby przedstawiają pokaźny fragment historii kraju, regionu i świata. W tym przypadku jest to fragment kluczowy dla zrozumienia najnowszej historii i bieżącej polityki naszego kontynentu.

Wowa, Wołodia, Władimir jest przede wszystkim biografią jednego z najważniejszych współczesnych przywódców politycznych. Jednocześnie książka przedstawia próby wprowadzenia w Rosji kapitalizmu i modelu demokracji liberalnej oraz pełzającego przechodzenia w demokrację suwerenną, za której terminologiczną i proceduralną fasadą kryje się autokracja i imperializm. Rzuca też ciekawe światło na Europę, ukazując dramatyczną słabość i indyferentyzm jej politycznych, biznesowych i sportowych elit, które umożliwiły Władimirowi Putinowi zgromadzenie gigantycznej fortuny, zdobycie pełni władzy politycznej we własnym kraju i osiągnięcie wielkiego wpływu na debaty publiczne oraz realną politykę Zachodu. To książka ważna, bo zmusza do zadania sobie trudnych pytań o przyszłość relacji zachodnich demokracji z chcącym zatrząść fundamentami międzynarodowego ładu samowładczym przywódcą Rosji.

Książkę rozpoczyna rekonstrukcja opisywanych już m.in. przez „Die Zeit” i „The Telegraph” prawdopodobnych losów małego Wowy Putina. Jego matka Wiera Nikołajewna Putina miała urodzić Wowę w 1950 roku po ucieczce od jego biologicznego ojca Płatona Priwałowa. Wkrótce po tym pozostawiła malca u swych rodziców i przez Uzbekistan trafiła do Gruzji, gdzie zamieszkała w wiosce Metechi ze swoim nowym mężem, Gieorgijem Osiepaszwilim. Dziadkowie przywieźli tam chłopca, gdy miał około trzech lat. Wowa uczęszczał do szkoły, chodził na ryby i uciekał przed batami ojczyma alkoholika, który sprawił, że Wiera Nikołajewna oddała syna na powrót swoim rodzicom, zapewne z prośbą, by znaleźli mu nową rodzinę. W ten sposób Wowa w wieku ok. 9 lat trafił do mieszkających w Petersburgu dalekich krewnych, Marii Iwanownej i Władimira Spirydonowicza Putina, którzy w czasie wojny stracili dwóch synów.

Opisowi tych wydarzeń towarzyszy wnikliwa analiza traum, jakie dramaty wczesnego dzieciństwa pozostawić mogły w umyśle i osobowości przyszłego prezydenta Rosji. I choć nadmierne psychologizowanie postaw liderów politycznych na ogół drażni i wystawia autora na zarzut nadinterpretacji, w tym przypadku trzeba przyznać, że czytelnik otrzymuje wgląd w nową, dobrze uzasadnioną perspektywę analizy zachowania Władimira Putina, uznawanego nierzadko za osobę nieprzewidywalną i niezrozumiałą.

Ustalenia dotyczące petersburskiej, chuligańskiej młodości Putina, jego zastępczych rodziców, relacji z rówieśnikami, sportu, nauki i początków kariery w KGB wskazują, że wczesną młodość przyszłego polityka głęboko naznaczyły przede wszystkim wyparcie dziecięcej traumy odrzucenia i kłamstwo o swoim pochodzeniu. Putin był w dzieciństwie bity – zarówno przez swojego gruzińskiego ojczyma, jak i oficjalnego ojca, Władimira Spirydonowicza. Tak trudne dorastanie prowadzi najczęściej – zdaniem przytaczanych przez autorkę psychologów – do skrajnie niskiej samooceny i potrzeby nieustannego kompensowania poczucia niepewności.

Podobną ocenę wystawił grafolog analizujący pismo dorosłego Putina, który stwierdził, że autor tekstu „stara się zajść jak najwyżej i zdobyć jeszcze większe znaczenie, by odzyskać poczucie własnej godności, tłumione w procesie wychowawczym (najprawdopodobniej przez ojca)”. W tym kontekście ciekawa jest też opinia płk. Michaiła Frołowa, przełożonego Putina w szkole wywiadu (Instytucie Orderu Czerwonego Sztandaru), do której uczęszczał w latach 1984–1985. W charakterystyce wystawionej przyszłemu prezydentowi na koniec kursu Frołow napisał, że jest zamknięty w sobie, nietowarzyski, w działaniu przejawiający pewną akademickość. Przede wszystkim zaś, że charakteryzuje go obniżone poczucie bezpieczeństwa, co w dużej mierze dyskwalifikowało go jako agenta wywiadu. W efekcie jako jeden z nielicznych kursantów Putin nie dostał przydziału, a propozycję wyjazdu do Drezna otrzymał niejako w zastępstwie.

Natomiast wedle innych świadectw Wołodia Putin dobrze funkcjonował w relacjach podporządkowania i władzy. Stronił od kobiet, nie nadużywał alkoholu, nie chodził na studenckie „wieczerinki” i za wszelką cenę dążył do pracy w KGB. Doskonale odgrywał też rolę lojalnego, małomównego i w pełni oddanego współpracownika najpierw wobec KGB, potem wobec pseudodemokraty Anatolija Sobczaka, umiejętnie skrywając swe gigantyczne i zdaniem autorki niczym nienasycone libido dominandi.

I tak czytelnik dowiedzieć się może, że już w czasie studiów Putin najprawdopodobniej uwiarygadniał swą kandydaturę współpracownika KGB donoszeniem i pobiciami członków petersburskiej opozycji demokratycznej. Szybko też nauczył się korzystać ze związanych z pracą przywilejów dla gromadzenia zysków i tworzenia własnej siatki kontaktów. Korupcyjną działalność na małą skalę podjął już w czasie służby w Dreźnie; na znacznie większą – na stanowisku zastępcy prorektora do spraw międzynarodowych Uniwersytetu w Petersburgu; i wreszcie na skalę gigantyczną – u boku Sobczaka w petersburskim magistracie.

Zabójstwa, prowokacje, kradzież i mafijna sieć powiązań na styku polityki, biznesu i służb specjalnych to wiedza popularna na temat lat dziewięćdziesiątych w Rosji. Jednakże Kurczab-Redlich zaskakuje, przywołując dane wskazujące na to, że jedną z szarych eminencji pociągających za sznurki przestępczej działalności w ówczesnym Petersburgu (a zarazem beneficjentem finansowym i politycznym tej działalności) mógł być Władimir Putin. Paradoks, stanowiący być może przyczynę jego sukcesu, polega na tym, że jednocześnie uważany był – m.in. przez Borysa Bieriezowskiego, a w ślad za nim samego Borysa Jelcyna – za jednego z najuczciwszych i najbardziej lojalnych urzędników w Rosji. Bieriezowski uznał ten fakt za jedną z największych pomyłek swojego życia.

Drugim, po tożsamości Putina, tematem przewodnim książki jest wojna w Czeczenii (choć formalnie poświęcono jej 30 stron z ponad 700-stronicowego tomu). Dramat czeczeńskiej hekatomby opisany jest w oparciu o doświadczenia autorki i znanych jej osób. Fakt, że Kurczab-Redlich była jednym z niewielu dziennikarzy, którzy nielegalnie przedostawali się wówczas na objęty działaniami wojennymi teren – oraz że znała osobiście Andrieja Babickiego i Annę Politkowską, a także wielu Czeczenów, w tym środowisko Asłana Maschadowa – uwiarygadnia jej jednoznaczną opinię o ludobójstwie, którego dokonano na tym narodzie. Co więcej, autorka wyjaśnia i dokumentuje rolę, jaką sprowadzeni przez FSB do Czeczenii działacze przyszłego Państwa Islamskiego odegrali w konflikcie, w którym głównym wrogiem putinowskiej Rosji był nie fundamentalizm religijny ani wojujący nacjonalizm, lecz umiarkowany i dążący do pokojowego ułożenia stosunków z Rosją Maschadow. Kurczab-Redlich odważnie stawia też tezę o wsparciu i umocnieniu przez FSB wahabickich środowisk terrorystycznych. Jest to poważny zarzut szczególnie w kontekście dramatu rozgrywającego się dziś w Syrii.

W książce doskonale udokumentowane są ponadto akcje wysadzania bloków mieszkalnych przez FSB. Autorka nie obawia się nazwać Putina „heksogenowym następcą Jelcyna”, nawiązując do środka wybuchowego znajdującego się w workach podkładanych w piwnicach bloków, m.in. tego w Riazaniu. Do tragedii nie doszło tam tylko dlatego, że jeden z mieszkańców zaalarmował na czas policję. Szczegółowo udokumentowany jest przebieg przerwanego interwencją służb śledztwa w sprawie riazańskiej. Czytelnik dowie się też, dlaczego dwa dni po niedoszłym wysadzeniu bloku szef FSB Nikołaj Patruszew kuriozalnie ogłosił, że w Riazaniu odbywały się antyterrorystyczne ćwiczenia służb, a w workach w rzeczywistości był cukier. Równie precyzyjne są opisy zamachów w Teatrze na Dubrowce i w biesłańskiej szkole. Wyjaśniają, dlaczego dziś, w 12 lat po tragedii, matki wciąż obwiniają Putina o śmierć swoich dzieci i trafiają za to do aresztu.

Nie mniej ważną perspektywę postaci Putina daje opis jego relacji ze światowymi przywódcami, takimi jak George Bush junior, Tony Blair, Gerhard Schröder, Silvio Berlusconi czy monakijski książę Albert II. Czytelnik ma okazję poznać metodę ponurego dwutaktu stosowaną przez Władimira Putina, który najpierw usypia czujność nawiązującym do demokracji i pokoju słowem, by chwilę później podjąć strategiczne decyzje zupełnie z tymi wartościami sprzeczne. Z kolei opis rosyjskiego wpływu na skorumpowanych przywódców Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego pokazuje, jak doskonale ten dwutakt wpisuje się w nietransparentne i głęboko skorumpowane procedury zachodnich instytucji. Kurczab-Redlich nie rozstrzyga jednak jednoznacznie sporu wokół strategii międzynarodowej Władimira Putina. Nie dowiadujemy się więc, czy utracił on, jak stwierdziła Angela Merkel, kontakt z rzeczywistością, czy też raczej cynicznie, jak mówił Siergiej Kowalow, udaje, że gra w szachy, by w chwili, gdy przegrywa – zrzucić pionki i posłużyć się szachownicą do znokautowania przeciwnika.

Najsłabiej udokumentowaną częścią książki – ze względu na brak dostępnych danych – jest rozdział poświęcony życiu prywatnemu rosyjskiego prezydenta. Ciekawy jest opis relacji łączącej Putina z żoną Ludmiłą, którą autorka opisała jako związek osobowości autorytarnej z typem sadomasochistycznym. Za to brakiem przekonującej podbudowy rażą spekulacje na temat rzekomej homoseksualnej orientacji obecnego przywódcy Rosji.

Niekiedy niezrozumiałe wydać się też mogą chronologiczne salta pojawiające się szczególnie w pierwszych rozdziałach książki – aczkolwiek niewykluczone, że dla osób znających już biografię Putina z innych pozycji mogą one mieć swój urok. W porównaniu choćby z książką Putin. Człowiek bez twarzy Mashy Gessen uderza faktograficzne bogactwo i większy dystans emocjonalny w narracji Kurczab-Redlich. Gąszcz szczegółów, nazwisk i dat, przez które autorka wiedzie czytelnika, prowadzi do jasnych, sformułowanych z publicystyczną swobodą wniosków.

Jednocześnie nie sposób nie dostrzec, że książka jest bardzo osobista, pisana z myślą o ludziach, którzy padli ofiarą polityki rosyjskiego przywódcy. Autorka znała osobiście Annę Politkowską, Galinę Starowojtową, Siergieja Juszenkowa, Jurija Szczekoczichina i innych, którzy stracili życie za to, że publicznie mówili prawdę i domagali się jej ujawniania. Pewnie dlatego przez ów dystans wobec antybohatera książki w wielu miejscach przebłyskuje emocjonalny apel, by o ludziach, którzy mieli odwagę stanięcia na jego drodze do władzy, nigdy nie zapominać.

Kropką nad i jest „Niepełna lista ofiar Władimira Putina”. Z imienia i nazwiska wymienionych jest 27 osób, których zgon łączony jest z rosyjskim prezydentem, w tym Anatolij Sobczak, Dmitrij Rożdiestwienski, Aleksandr Litwinienko i Siergiej Magnicki. Łącznie za ofiary Putina autorka uznaje 35 952 osoby (w tym także te, które straciły życie w związku z działaniami wojennymi podjętymi na rozkaz Putina). Liczba ta stanowi w pewnym sensie puentę i symbolizuje główne przesłanie książki, jakim jest poważne ostrzeżenie przed człowiekiem bezwzględnym – ogarniętym ideą imperialną, a napędzanym przez niepohamowane libido dominandi – co do którego świat w dużej mierze się pomylił, dając wiarę jego pustym słowom, a przymykając oczy na jego działania.

Można chyba powiedzieć, że książką tą Kurczab-Redlich wraca do swej słynnej polemiki z prof. Andrzejem Walickim, historykiem idei, światowej sławy znawcą XIX-wiecznej filozofii rosyjskiej – i zwycięsko ją kończy. W sporze tym profesor zarzucał dziennikarce antyrosyjski resentyment i nadmierną krytykę Putina, którego uznawał za modernizatora nawiązującego do dorobku Piotra Stołypina czy filozofii Piotra Struwego. Dziennikarka radziła wówczas profesorowi, by podniósł głowę znad uczonych książek i spojrzał na to, co dzieje się w prawdziwej Rosji. Niewątpliwie można dziś stwierdzić – a przyznam, że w sporze tym bliższe było mi z początku stanowisko prof. Walickiego – że to jej diagnoza okazała się trafna.

Książka jest więc pesymistyczna, bo nie daje nadziei na zmianę w spętanej dziś przemocą, korupcją i strachem Rosji. Władimir Putin jest obecnie, zdaniem autorki, wyizolowanym ze społeczeństwa, popadającym w paranoidalne lęki i dlatego chroniącym się przed światem w oblężonych twierdzach tyranem, który grozi rozchwianiem międzynarodowego ładu i czymś na kształt nowej Jałty. Autorka pozostawia jednak miejsce na nadzieję, wskazując na fałszowane wybory i niewiarygodne statystyki poparcia dla prezydenta. Kurczab-Redlich nie deprecjonuje też, śladem wielu ekspertów, znaczenia demokratycznej opozycji w Rosji związanej ze środowiskiem Aleksieja Nawalnego. Uważa, jak się zdaje, że ci, którym udało się doprowadzić do kilkusettysięcznych manifestacji na przełomie 2011/2012 roku – a którzy dziś są brutalnie prześladowani w sądach, koloniach karnych czy bici przez „nieznanych sprawców” na ulicy, a nawet mordowani jak Borys Niemcow – stanowią jednak potencjalny kontrapunkt dla plenipotencji putinowskiej struktury władzy.

Marta de Zuniga

Marta de Zuniga – doktor politologii, pracuje w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowała także na Uniwersytecie Ludwika Maksymiliana w Monachium i Uniwersytecie Łomonosowa w Moskwie. Zajmuje się filozofią i teorią polityki. Członkini Zespołu Laboratorium „Więzi”. Obecnie mieszka w Londynie.

Warunki prenumeraty redakcyjnej

Prenumerata krajowa

Cena 1 egz. w prenumeracie w 2017 roku – 21 zł.

Prenumerata roczna (4 numery) – 84 zł. Koszty wysyłki ponosi Redakcja.

Cena w sprzedaży detalicznej – 24,99 zł

(roczna oszczędność w prenumeracie – 15,96 zł).

Wpłaty na prenumeratę przyjmujemy na konto:

Towarzystwo „Więź”, 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3

PKO BP S.A. Oddz. 1 Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866

Prosimy o czytelne wpisanie danych: imię, nazwisko, dokładny adres prenumeratora oraz liczba zamawianych egzemplarzy i okres prenumeraty.

Prenumerata zagraniczna

Prenumerata roczna jednego egzemplarza wraz z wysyłką wynosi:

do Europy, Izraela, Rosji – 44 EUR – przesyłka ekonomiczna,

do Europy, Izraela, Rosji – 52 EUR – priorytet,

do Ameryki Północnej, Afryki – 60 EUR – priorytet,

do Ameryki Południowej, Środkowej i Azji – 68 EUR – priorytet,

do Australii i Oceanii – 90 EUR – priorytet.

Płatność kartą kredytową przez system DotPay. Więcej informacji na stronie kwartalnika www.wiez.pl w zakładce „Prenumerata” oraz w dziale prenumeraty ([email protected]).

Prenumeratę „Więzi” prowadzą również: RUCH, KOLPORTER, GARMOND

Prenumerata elektroniczna

Prenumerata e-„Więzi” (pdf, Mobi, ePub): cena za 1 e-book – 18,45 zł (w tym 23% VAT).

Zamówienia przez naszą księgarnię internetową www.wiez.pl oraz WEBBOOK, PUBLIO, LEGIMI, VIRTUALO

Wszelkich dodatkowych informacji udziela dział prenumeraty „Więzi”:

00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel. (+ 48 22) 827-96-08, e-mail: [email protected]

WIĘŹ ukazuje się od roku 1958

Redaktorami naczelnymi byli

† Tadeusz Mazowiecki (1958–1981), † Wojciech Wieczorek (1981–1989), Stefan Frankiewicz (1989–1995), Cezary Gawryś (1995–2001)

Redakcja

Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Grzegorz Pac (zastępca redaktora naczelnego), Katarzyna Jabłońska (sekretarz redakcji), Bogumiła Berdychowska, Ewa Buczek, ks. Andrzej Draguła, Sebastian Duda, Andrzej Friszke, Ewa Buczek, Anna Karoń-Ostrowska, Ewa Kiedio, Tomasz Kycia, ks. Andrzej Luter (asystent kościelny Towarzystwa „Więź”), Maria Rogaczewska, Marek Rymsza, Konrad Sawicki, Agata Skowron-Nalborczyk, Jerzy Sosnowski

Stale współpracują

Elżbieta Adamiak, Jacek Borkowicz, Barbara Chyrowicz SSpS, ks. Rafał Dudała, Cezary Gawryś, Aleksander Hall, Paweł Kądziela, Józef Majewski, Sławomir Sowiński, ks. Grzegorz Strzelczyk, Monika Waluś, Tomasz Wiścicki, Maciej Zięba OP, Michał Zioło OCSO

Rada Redakcyjna

Wojciech Arkuszewski, Jacek Borkowicz, Jędrzej Bukowski, Stefan Frankiewicz, Andrzej Friszke, Cezary Gawryś, Katarzyna Jabłońska, Krzysztof Jedliński, Anna Karoń-Ostrowska, Paweł Kądziela, Bogumił Luft, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Józef Majewski, Zbigniew Nosowski, Władysław Seńko, Inka Słodkowska, Paweł Śpiewak, Jan Turnau, Andrzej Wielowieyski, Tomasz Wiścicki, Kazimierz Wóycicki, Marek Zieliński

Redakcja 00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel./fax (22) 827-29-17, e-mail: [email protected]

Prenumerata tel./fax (22) 827-96-08, [email protected]

Reklama tel./fax (22) 827-96-08, [email protected]

Dział handlowy tel./fax (22) 828-18-08, [email protected]

Więcej o Laboratorium „Więzi”: www.laboratorium.wiez.pl

Nasze publikacje w księgarni internetowej: www.wiez.pl

Bieżące informacje z „Więzi”: www.facebook.com/wiez.info

Projekt graficzny Janusz Górski

Rysunek Don Kichota Jerzy Jaworowski

Skład Marcin Kiedio

Druk i oprawa Drukarnia im. A. Półtawskiego, ul. Krakowska 62, Kielce

Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca.

Redakcja nie odpowiada za treść reklam.

ISSN 0511-9405

Nakład: 2000 egz.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego