Wieloryby nie kłamią - Eseje Fantastyczne - Michał Limboski - ebook
NOWOŚĆ

Wieloryby nie kłamią - Eseje Fantastyczne ebook

Michał Limboski

0,0

Opis

Wieloryby nie kłamią” to zbiór esejów, w których realne miejsca, wydarzenia i melodie stają się punktem wyjścia refleksji nad muzyką, pamięcią, psychologią i duchowością. Wątki autobiograficzne splatają się tu z opowieścią o Polsce i jej mitach,
o głosach z dzieciństwa i złudzeniach współczesnej kultury. 

Co zrobił ślepy Willie Johnson z informacją o zatonięciu Titanica – i jak to się stało, że jego piosenka po wielu latach zainspirowała do grania pewnego chłopaka z zachodniopomorskiego Wałcza? Na czym polega postkolonialna asymilacja kulturowa w muzyce krajów Europy Środkowej? Czy warto szukać muzycznego szczęścia w Berlinie? Oraz jak pogodzić sięz własnym krajem – jako miejscem i jego wyobrażeniem?

 

Michał Limboski (ur. 1984) – autor tekstów, wokalista, gitarzysta i producent muzyczny. Od lat tworzy na pograniczu piosenki autorskiej, rock and rolla i folku.
Ta książka to jego literacki debiut – zbiór esejów, w których realne miejsca, wydarzenia i melodie
 stają się punktem wyjścia do refleksji nad muzyką, pamięcią, psychologią i duchowością.
Wątki autobiograficzne splatają się tu z opowieścią o Polsce i jej mitach, o głosach z dzieciństwa i złudzeniach współczesnej kultury. „Wieloryby nie kłamią” to osobista mozaika —
nieoczywisty portret mężczyzny i jego epoki.

 



 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 94

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Michał Limboski

Wieloryby nie kłamią

Eseje fantastyczne

Wydawnictwo Słowa i Dreszcze

Kraków 2025

© 2025 Michał Limboski

Tytuł: Wieloryby nie kłamią

Podtytuł: Eseje Fantastyczne

Autor: Michał Limboski

Projekt okładki: Weronika Sprynca

Redakcja: Michał Gierke

Skład: Iga Bańkowska

Druk: Mediapixel

ISBN: 978-83-977409-0-7 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, przechowywana w systemach przetwarzania danych ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie – elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej, nagraniowej czy innej – bez pisemnej zgody autora.

Wydanie pierwsze

Kraków 2025

Od autora

Wybrałem się kiedyś na koncert zespołu Lankum. Jestem fanem, więc na stoisku zmerchem kupiłem broszurkęStories of the Songs, zawierającą historię tradycyjnych pieśni irlandzkich nagranych na albumie The Livelong Day. Ian Lynch opisał wtej cienkiej książeczce m.in. historię utworów, ich poprzednie znane wersje iwrażenie, jakie na nim zrobiły. Chciałem stworzyć coś podobnego przy okazji następnej płyty – osobisty komentarz do piosenek albo odpowiedzi na pytania, których nie zada nigdy żaden dziennikarz. Nie wziąłem jednak pod uwagę istotnej różnicy: Ian Lynch pisał otradycyjnych tekstach kultury muzycznej, które znał ikochał. Ja natomiast znalazłem się wsytuacji pisania owłasnych utworach, które na dodatek powstawały wbardzo burzliwym okresie mojego życia. Dlatego, gdy tylko wziąłem pióro do ręki, słowa zaczęły żyć własnym życiem ipoprowadziły mnie wzupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Tak narodziły się eseje fantastyczne.

Piosenki okazały się więc jedynie pierwszą iskrą iinspiracją dla tej książki. Pozostawiłem jednak ich teksty na końcu każdego rozdziału. Wszystkie utwory znajdziecie na albumie Wieloryb dostępnym na dowolnej platformie streamingowej. Tytuły rozdziałów to tytuły piosenek.

Miłej lektury.

Kraków, 25.08.2025

Dla Tai, Aury i Marceliny

Spis treści

Od autora | 7

Wolność | 11

Świat szał opętał | 19

W kraju poetów | 27

Sutra | 37

Tajanie | 47

Słowa leczą świat | 59

Wieloryb | 69

Święto zmarłych | 79

Miasto Wałcz | 91

Święte jest imię | 97

I zgotował Pan rybę wielką, aby pożarła Jonasza. I był Jonasz we wnętrznościach ryby trzy dni i trzy noce. I modlił się Jonasz do Pana, Boga swego, z wnętrzności ryby. I rzekł: W utrapieniu moim wołałem do Pana, a wysłuchał mię; z brzucha piekła wołałem, a wysłuchałeś głos mój.

Biblia Jakuba Wujka, Księga Jonasza 2,1-3

Wolność

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku w Ameryce, w czasach, kiedy gitara elektryczna była nowością czy wręcz dziwactwem, kwestia tego, jak połączyć przetwornik gitary z potencjometrem, kablem, a następnie ze wzmacniaczem, nie była oczywista. Nie było internetu, a gitarzyści biorący do ręki ten nowy instrument byli pionierami w nieznanym świecie, w którym akustyczna dotąd i stosunkowo cicha gitara stawała się cyborgiem, ekspresją nadczłowieczych fantazji i epifanią nadchodzącej ery rock’n’rolla. Wyjaśnię Wam, o co chodzi. Otóż rzecz polega na tym, że przetwornik magnetyczny gitary elektrycznej można podłączyć prawidłowo albo odwrotnie. Jeśli masz jeden przetwornik – nie ma to znaczenia. Ale jeśli podłączysz dwa, a jeden z nich odwrotnie, to ich sygnały będą na siebie wpływać. Będą się wzajemnie „znosić”. Dwie fale spotkają się i będą ze sobą walczyć. Grzbiet jednej sinusoidy spotka się z doliną drugiej, przez co sygnały będą się osłabiać. Efektem tej sytuacji będzie dziwny, raczej zadziorny i trochę nosowy dźwięk. Nazywa się to przeciwfazą. Na początku była to po prostu pomyłka w lutowaniu przewodów. Potem niektórzy gitarzyści zaczęli używać jej świadomie, aby osiągnąć takie właśnie przenikliwe brzmienie, które lepiej przebija się na scenie przez łomot innych instrumentów. Robili to najpierw czarni bluesmani. Biali jazzmani byli chyba zbyt poprawni, aby tak grać, ale to nie przeszkadzało tym pierwszym. Posłuchajcie sobie Born under a bad sign Alberta Kinga, Stone Crazy Buddy’ego Guy’aalbo The sky is crying Elmore’a Jamesa. To jest to brzmienie! Później trik ten stał się ukrytą bronią wielu gitarzystów i producentów muzycznych – takich chociażby, jak Nile Rodgers czy Brian May, który solówkę w Bohemian Rhapsody i wiele innych nagrał na przetwornikach w przeciwfazie. Sposobów na zadziorne brzmienie jest wiele, ale odwrotnie zlutowane przetworniki mają w sobie coś symbolicznego – grasz, a gdzieś tam wewnątrz kabli odbywa się walka na śmierć i życie pomiędzy dwiema sinusoidami. Elektrony walczą o miejsce w szeregu, a do głośników docierają tylko najtwardsi i gryzą – gryzą z zaciekłością istot, które właśnie o włos uniknęły śmierci!

Minęło 70 lat od czasów, gdy gitara elektryczna była dziwactwem. Świat muzyki się zmienił, ale inne sprawy zostały po staremu. Kiedy robi się groźnie, zawsze znajdą się ci, którzy umierają pierwsi, oraz tacy, którzy od razu robią na tym kasę. Wszystko jest wojną. Ścierają się nie tylko sinusoidy w moim kablu gitarowym. Walczą partie polityczne, korporacje farmaceutyczne, wojska cybernetyczne i influencerki modowe. Walczą narracje i grupy interesów. Dobro walczy ze złem, góra z dołem, a zimne z gorącym. Każdego dnia twoja uwaga jest przedmiotem walki sekretnych algorytmów. twoje przekonania monetyzują się na biurkach oddalonych tysiące kilometrów stąd, ale nie musisz się tym przejmować. Możesz, a nawet musisz kontynuować – chodzić do pracy, konsumować i produkować, rozgrzewać swoimi wysiłkami powietrze wokół głowy, żeby zrobić coś, co okaże się komuś potrzebne, a przynajmniej pozwoli ci przetrwać. Jeśli każą ci zostać w domu, to zostaniesz. Jeśli każą ci zaakceptować świat taki, jakim ci go przedstawiają, to w jakiś sposób musisz się dostosować.

Nie musisz?

Wolność to przewrotne zjawisko. Jak tylko zaczynasz wierzyć, że ją masz i już jest twoja, zaraz pojawia się ktoś, kto będzie chciał trochę jej sobie wziąć. Co jakiś czas ludzie oddają za nią życie, ale potem najczęściej okazuje się, że ich ofiary można było uniknąć. Tak po prostu się złożyło – jakoś trzeba było przecież ograć tę sytuację... Dziś twoją wolność można odebrać, ale o wiele łatwiej jest ją kupić. A najlepiej kupować i sprzedawać ją bez twojej wiedzy i robić to cały czas. Efekt skali sprawia, że nie ma to dla ciebie większego znaczenia. Nawet nie zauważysz różnicy. To będzie się działo – a raczej już się dzieje – w tle i daje komuś właśnie w tym momencie dochód pasywny. Proste?

Decydując się na granie na gitarze, miałem wrażenie, że wybieram wolność. Teraz myślę, że chciałem raczej uciec przed bólem. Znaleźć schronienie, w którym dźwięki wydobywające się spod moich palców będą mnie strzec przed tym, co nie jest fajne i na co nie mam wpływu. Na początku szło mi świetnie – ćwiczyłem godzinami, zapominałem o całym świecie. Potem było coraz trudniej, a gitara stała się przestrzenią moich zmagań z własnymi ograniczeniami. Kochałem ją i nienawidziłem jej – na zmianę. Szukałem dźwięków, które nie chciały z niej wybrzmieć. Ćwiczyłem po sześć, siedem godzin dziennie. W końcu zacząłem śpiewać, więc zeszła na drugi plan, ale nadal codziennie brałem ją do ręki. Nasza relacja jest zresztą nadal burzliwa. Podczas koncertów mam wrażenie, jakbym stawał z nią do walki – to znaczy ja walczę z nią o swoje dźwięki, a ona po prostu stoi jak Chong Li z Krwawego Sportu1 i nie okazuje emocji. Może po prostu, tak po kobiecemu, oczekuje mojego pełnego poświęcenia – nie ma zamiaru dać mi dobrego soundu po taniości. Może tak jest ze wszystkim? Nie ma roku, żebym nie wpadł na jakiś pomysł, który – jak mi się zdaje – uczyni brzmienie mojej gitary słodszym, bardziej oryginalnym i po prostu potężnym! Po jakimś czasie stwierdzam zwykle, że zaszedłem w ślepą uliczkę i znowu coś zmieniam albo uznaję, że jednak jestem songwriterem i wszystkie te gitarowe fantazje to ucieczka przed tym, żeby usiąść i napisać piosenkę... Czasem po koncercie jakiś facet z obsługi sceny, pakując kable do skrzyni, powie: „Ale ci zajebiście brzmi ta gitara!”. „Dzięki, opłacało się robić doktorat” – to szczyt moich możliwości, gdy jestem po dwóch godzinach zdzierania gardła i podrygiwania. „To jednak był szczery komplement z kompetentnych ust!” – myślę. „Nie musiał tego mówić, ale powiedział. Trzymaj się tego!” – myślę dalej. „To nie dziennikarze czy celebryci są w stanie poznać gitarową maestrię. Tylko techniczni znają prawdę!” – brnę w to dalej. „25 lat ćwiczenia i… tyle? Chyba mogłeś osiągnąć więcej?” – wewnętrzny krytyk wygrywa. W tym momencie staram się po prostu przestać myśleć.

W każdym razie zlutowałem przetworniki w mojej gitarze odwrotnie i mogę je mieć w przeciwfazie w sekundę – jak Albert King! Mam nawet przycisk w gitarze, którego nie widać z daleka. Ten przycisk załącza przeciwfazę! Mam go cały czas pod palcami! I stoję z tą gitarą, wiedząc wszystko to, co wiem. Ale jedyne, co czuję, to gniew. Naciskam przycisk przeciwfazy i jęczę! Otwiera się nade mną portal energetyczny w formie jajowatej kuli światła i płynie z niego gniew ich wszystkich – jęk gniewu! Jęk współczucia od wszystkich silnych i bezsilnych z przeszłości. Tych, którzy już tu kiedyś byli. Byli tu, jak my – i jak my mieli tak dużo i tak niewiele. Mieli tak dużo i tak niewiele.

Mamy tak dużo i tak niewiele.

Tak to wygląda, a oni dalej wszczynają wojny, sprzedają Roundup2 i mogą nas zmusić do wszystkiego.

Nie mogą?

Mogą. Wszystko się może wydarzyć w czasach niespokojnych – i w spokojnych też. W czasach przesytu i w czasach głodu. Doświadczenie niczego nas nie uczy – jesteśmy tak samo bezradni wobec Tajemnicy niezależnie od tego, ile zdążyliśmy się nauczyć. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy. Zarówno kiedy jesteśmy dziećmi i doświadczamy życia niczym kule energii, jak i wtedy, gdy jesteśmy już starzy – nie wiemy, co przyniesie jutro. Z dwojga złego o wiele gorzej jest nie wiedzieć tego, gdy jesteśmy starzy. Wtedy zapominamy słów, robimy się zgryźliwi i pokraczni, i trzeba do nas wrzeszczeć, żeby cokolwiek do nas dotarło.

W każdym razie mogą mi zrobić wiele rzeczy. Nie mogą? Mogą. Ale nie mogą wpłynąć na to, czy sobie teraz to wszystko wybaczę, czy nie. Czy wstanę, strzepnę z podkoszulka wszystko, co na niego spadło, i pójdę dalej, czy też będę tak siedział i przeklinał ten świat. Czy dalej będę znajdował codziennie kilkadziesiąt powodów do bycia złym, czy może wreszcie się od siebie odpierdolę?!

Mam przecież przeciwfazę pod palcem i to jest rzeczywiście tajna broń. Mogę stanąć na scenie, opuścić głowę w tył i dokonać tego cokolwiek już archaicznego, ale jednak wciąż zajebistego aktu zagrania solówki na gitarze. Wtedy zło na chwilę naprawdę przestaje istnieć. Nawet jeśli czasami solówka wyjdzie mi słabo, to jednak zdarzają się też chwile, w których wychodzi fantastycznie. Nie udaje mi się jednak tych momentów zmonetyzować. Na domiar złego często nie pamiętam nawet, która pozycja jest wyjściowa, a która daje sygnał w przeciwfazie. Czasami wydaje mi się, że pamiętam, ale potem to drugie brzmienie zdaje się być bardziej magiczne. Elektryczność nie jest do końca zerojedynkowa – fluktuuje, elektrony decydują czasem tak, a czasem inaczej. Fizyka kwantowa często wkracza w domenę muzyki. Elektrony po wielokroć dają nam złudzenie posiadania wiedzy na temat ich położenia, a czasami znikają, piszcząc jak delfiny. Zasada nieoznaczoności3. Nie ma co się okopywać na pozycji, tym bardziej że prawdopodobnie już dawno jest stracona…

Gra na gitarze to rzemiosło. A z rzemiosłem jest jak ze skórą na bębnie – najpierw musisz poświęcić jakieś życie, np. kozę. Potem musisz zdjąć z niej skórę, suszyć ją, garbować itd. To żmudny i brudny proces; nie ma w sobie nic, co dałoby się sprzedać jako pomysł na weekendowe warsztaty. Kiedy wreszcie uda ci się zgolić ze skóry sierść i naciągnąć ją na bęben, to tak naprawdę dopiero początek pracy. Będzie się ona rozciągać i tracić strój. Zostawisz bęben w wilgotnym miejscu – i znowu to samo! Będziesz musiał jeszcze raz osuszyć skór i grać, żeby skóra zaczęła pracować, suszyć się i oddychać. Będziesz ją naciągał i ogrywał jeszcze wiele razy, zanim zacznie utrzymywać w miarę równy dźwięk. A potem minie jeszcze więcej czasu, nim bęben zacznie naprawdę dobrze brzmieć. Aż pewnego dnia, kiedy bęben będzie grał już naprawdę dobrze i zaczniesz się zastanawiać, czy przypadkiem nie zbliżasz się do doskonałości... skóra pęknie.

[Właśnie słyszysz głośny trzask, od którego bolą uszy.]

I to jest wszystko. A moje przelutowane przetworniki, efekty gitarowe, zapętlanie dźwięków na żywo, bitmaszyny, wzmacniacze i krosownice, albumy, hity, Męskie Grania i Fryderyki to rozpaczliwe usiłowanie zapomnienia o skórze na bębnie, której zegar tyka. Prędzej czy później to wszystko zamieni się w suchy zwitek starej koziej skóry.

Czas na przerwę.

Znajomy spotkał koleżankę, która wróciła z kilkuletniego pobytu w klasztorze w Indiach. W pewnym momencie rozmowy nagle złapał ją za rękę i powiedział:

– Możesz mi jakoś streścić to wszystko, czego się tam nauczyłaś? Po prostu streść mi to. Nie mam czasu jechać tam na tyle lat. W ogóle nie mam czasu. Ale może powiesz mi, po prostu, co robić.

– Tak. To wystarczy.

– Co wystarczy?

– To wystarczy. Po prostu żyj i dawaj tyle, ile potrafisz dać.

Tyle wystarczy.

Wolność

Wolność to królowa

Za którą miliony umarły

Teraz drukują miliardy

Lecz ani grosza dla ciebie

Wiesz, ale idziesz dalej

Harować za parę dukatów

Za kratą w kolorze brokatu

Usta skrzywione zasłaniasz

Wolność i gniew

Tych dwoje to wszystko, co masz

Wolność i gniew

Tych dwoje wszystko, co masz

I nie zapomnij o tym

Że chcą byś nie pamiętał