Opis

„Wielki bazar kolejowy” jest zapisem czteromiesięcznej podróży autora z Londynu do Tokio i z powrotem, którą odbył w całości pociągiem, a właściwie wieloma pociągami, w tym słynnym Orient Expresem i koleją transsyberyjską. I to właśnie pociąg jest w pewnym sensie głównym bohaterem tej książki, pociąg rozumiany nie tylko jako środek lokomocji, ale także jako wynalazek szczególnie sprzyjający komunikacji. Długie godziny spędzone razem w przedziale sypialnym czy też spotkanie przy herbacie w wagonie restauracyjnym to niepowtarzalna okazja do kontaktu z drugim człowiekiem, czasem bardzo intensywnego, bo niemal z definicji skazanego na przygodność i nietrwałość. W tej opowieści ważniejszy od wyliczania rozmaitych „atrakcji turystycznych” jest opis samego fenomenu podróżowania, który pozwala nam zobaczyć na własne oczy to, co odmienne i obce, doświadczyć zdziwienia i zachwytu nowością, a zarazem tęsknoty. Wszystko to sprawia, że książka Theroux wnosi w tradycyjną literaturę podróżniczą prawdziwy powiew świeżości. Opis podróży nie zamienia się tutaj w katalog informacji o odwiedzanych krajach, ich historii, krajobrazach i kulturze. Autor nie jest turystą, świadomie omija miejsca polecane w przewodnikach, wybiera raczej lokalne atrakcje i jest prawdziwym podróżnikiem – kimś, kto dostrzega sens raczej w byciu w drodze niż w docieraniu do celu.

„Więcej o pociągach i autorze niż o Azji, ale skrajny subiektywizm w wydaniu Theroux bywa ciekawszy od silenia się na obiektywizm innych pisarzy. Najlepsze pod jego piórem są portrety Europejczyków, opisy ich uprzedzeń i wyobrażeń o Wschodzie. Niestety niewiele się zmieniło od opublikowania Wielkiego bazaru kolejowego w 1975 roku. Tyle że pewnych rzeczy nie wypada już dzisiaj pisać, zarówno o wędrowcach z plecakami czy brytyjskich plantatorach kauczuku, jak i o mieszkańcach Azji. W 2005 roku pisarz ponownie odbył podróż pociągami na Wschód, ciekaw jestem, czy nadal był tak bezczelnie i pięknie egoistyczny jak w tej książce.” Max Cegielski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 503

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SERIA ORIENT EXPRESS

Już w księgarniach:

Paul Theroux, Pociągwidmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem „Wielkiego bazaru kolejowego”

Colin Thubron, Po Syberii

Ted Conover, Szlaki człowieka. Podróże drogami świata

Colin Thubron, Utracone serce Azji

Hugh Thomson, Tequila Oil, czylijaksięzgubić w Meksyku

Paul Theroux, Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu

Wolfgang Büscher, Hartland. Pieszo przez Amerykę

John Gimlette, Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej

Colin Thubron, Cień Jedwabnego Szlaku

Rory Stewart, Międzymiejscami. Z psem przez Afganistan

Colin Thubron, Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt

Tony Anderson, Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji

John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze

Hugh Thomson, Biała Skała. W głąb krainy Inków

Colin Thubron, Za murem. Podróż po Chinach

Paul Theroux, Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny

Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki (wyd. 2)

W serii ukaże się m.in.:

Paul Theroux, Szczęśliwe wyspy Oceanii. O wiosłach przez Pacyfik

Paul Theroux

Wielki bazar kolejowy

Pociągiem przez Azję

Przełożyła Magdalena Budzińska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Great Railway Bazaar. By Train Through Asia

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Raghu Rai / Magnum Photos / EK Pictures

Zdjęcie Autora © by Wiliam Furniss

Copyright © by Paul Theroux, 1975. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2010

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Czarne, 2010

Redakcja Anna Kowalczyk

Korekta Małgorzata Uzarowicz / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-427-5

przedmowa_

Podróżowałem przeszło dziesięć lat – po Europie, Azji i Afryce – ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by napisać książkę podróżniczą. Nie przepadałem za tego rodzaju literaturą, wydawała mi się poważna, a przy tym wybiórcza. Miałem wrażenie, że autorom zależało przede wszystkim na zrobieniu przyjemności samym sobie. Podejrzewałem, że wyrzucali znaczną część materiału i podkreślali (mocno przy tym przedobrzając) wyłącznie jasne strony. „Couleur locale wpływa na wiele pospiesznych ocen – napisał kiedyś Nabokow – ale kolor lokalny nie jest kolorem trwałym”. Od zawsze nienawidziłem zwiedzania, a tym głównie zajmowali się znani mi autorzy: piramidy, Tadź Mahal, Watykan, obrazy tu, mozaiki tam. Wyglądało na to, że w wieku masowej turystyki wszyscy jeżdżą oglądać to samo i że tym właśnie zajmuje się pisarstwo podróżnicze. Przynajmniej tak było w latach sześćdziesiątych, kiedy zacząłem podróżować.

Od książek podróżniczych wiało nudą. Nudziarze je pisywali i nudziarze czytali. Irytowało mnie, że podróżnicy ukrywają przed czytelnikami chwile rozpaczy, pożądania czy strachu. Nie pisali, że nakrzyczeli na taksówkarza albo że wyśmiewali się z ludowych tancerzy. A co jedli, co czytali, żeby zabić czas, i jakie były toalety? Najeździłem się dostatecznie dużo, by wiedzieć, że podróż składa się w połowie z opóźnień i kłopotów – autobusy się psują, hotelowi recepcjoniści są bezczelni, a handlarze na targu chciwi. Prawda o podróży jest interesująca, ale prozaiczna, i mało kto o tym pisał.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że artykuły podróżnicze pisane do gazet powstają ku obopólnej korzyści złaknionych przyjemności dziennikarzy i speców od reklamy, którym zależy, by pochwalna wzmianka o zaletach danego hotelu lub restauracji znalazła się w prasie. Większość tekstów podróżniczych, które znałem, dotyczyła zatem wakacji i luksusów, a nie prawdziwych doświadczeń i trudów wędrówki. Samo określenie „pisarstwo podróżnicze” zostało więc w moich oczach tak zdeprecjonowane, że nie miałem najmniejszej ochoty go używać – lecz czym można je było zastąpić albo jak odzyskać?

Od czasu do czasu udawało mi się znaleźć okruch prawdy w książce: w Labels Evelyna Waugh, błędnie przypisanej jego bratu Alexowi, w wybuchach złego humoru Naipaula w jego AnArea ofDarkness, w tej części The Lawless Roads, w której Greene pisze, jak strasznie nie znosi Meksykanów, albo w prawdziwie żywych dialogach u Anthony’ego Trollope’a w The West Indies and the Spanish Main. Wszędzie tam wydarzyło się coś bardzo ludzkiegoi to właśnie zostało opisane. Taki jest moim zdaniem sens i cel tego pisarstwa.

Konieczna jest też prawdziwa podróż, trasa podróży, tymczasem wiele książek, które czytałem i które zrobiły na mnie fatalne wrażenie, powstało w efekcie nerwowego uganiania się po jakimś mieście albo niedużym kraju – Odkrywanie Portugalii, czy coś w tym rodzaju. Nie była to prawdziwa podróż, tylko forma przedłużonego pobytu, którą dobrze znałem z lat spędzonych w Malawi, Ugandzie czy Singapurze. Pojechałem tam, zostałem, zajmowałem się pracą, miałem prawo jazdy, co sobotę chodziłem na targ lub na bazar, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by napisać o tym książkę. Podróż bowiem to ruch i prawda, doświadczenie, na które trzeba się otworzyć i które trzeba opisać.

Samotność, samowystarczalność i anonimowość – to warunki konieczne podróży. A wybór właściwej trasy, najlepszego sposobu podróżowania to, w mojej opinii, najpewniejszy sposób zdobycia doświadczeń. Podróż wymaga całkowitego oddania, trzeba się w niej zanurzyć, musi być długą, świadomą wyprawą w głąb kraju, a nie przenoszeniem się z miejsca na miejsce – coś takiego nie zasługuje dla mnie w ogóle na miano podróży. Książki podróżnicze, które lubię, są dziwne – to nie tylko Greene i Trollope, ale także Henry Miller i jego Klimatyzowany koszmar (samochodem przez Amerykę, od wybrzeża do wybrzeża) czy Following the Equator Twaina („z wykładami dookoła świata”).

Pociąg wydał mi się najlepszym wyborem. W pociągu można robić wszystko: można żyć własnym rytmem i pokonywać dalekie przestrzenie. Nerwów nie ma wiele, czasami jest naprawdę wygodnie, no i to romantyczne uczucie, gdy wsiada się do wagonu… Dorastałem niedaleko Bostonu i Maine i gwizdki pociągów były dla mnie w dzieciństwie zachwycającą, czarowną muzyką. Wiedziałem, że z dworca Medford mogę pojechać w dowolny zakątek Ameryki. Chciałem, by moja książka opisywała długie podróże koleją. Dobrze, ale dokąd?

Te rozważania snułem jesienią 1972 roku, gdy przez semestr wykładałem na uniwersytecie stanowym w Wirginii. Pisałem Black House i czekałem na wydanie Saint Jacka. W tamtych czasach zaczynałem nową książkę, gdy tylko kończyłem starą. Moja żona mieszkała w Londynie z dwójką naszych dzieci, pracowała i zarabiała całkiem nieźle, lecz mimo to wciąż uważałem, że to do mnie należy utrzymanie domu. Na Saint Jacku nie zarobiłem wiele i przypuszczałem, że tak samo będzie z Black House. Pieniądze to dla większości pisarzy temat niewdzięczny, ale to one w dużej mierze zaważyły na mojej decyzji, by napisać książkę podróżniczą – po prostu ich potrzebowałem. Gdy wspomniałem o tym pomyśle swojej amerykańskiej redaktorce, była zachwycona. „Damy ci zaliczkę!”. Nigdy przedtem nie dostałem zaliczki. Zwykle po prostu pisałem, nie kierując się wskazówkami wydawcy, potem przedstawiałem tekst i otrzymywałem zapłatę. Nigdy nie dostałem pieniędzy za nienapisaną książkę.

Często człowiek zaczyna myśleć jasno o swoich zamierzeniach, dopiero gdy ktoś zada mu konkretne pytanie. Wiedziałem, że książka podróżnicza, której treść mgliście majaczyła mi w głowie, musi mieć coś wspólnego z pociągami, ale nie miałem pojęcia, dokąd właściwie chciałbym pojechać – wiedziałem tylko, że pragnę wyruszyć w długą, samotną podróż. Wyobrażałem sobie gruby tom pełen barwnych postaci, długich dialogów i bez jednego słowa o zabytkach i zwiedzaniu. Pytania mojej redaktorki podziałały jak bodziec i zachęta – i już wiedziałem: „Pociągiem przez Azję”. Zacząć mogę w Londynie, od Orient Expressu. Kiedy spojrzałem na mapę, przekonałem się, że droga wiedzie dalej, mogę jechać przez Turcję, Iran i Beludżystan, by przesiadłszy się na chwilę w autobus, złapać pociąg w Zahedanie, a potem ruszyć do Pakistanu i rozpocząć kolejową odyseję po Azji. Chciałem pojechać do Wietnamu, do Hanoi, a następnie do Chin, Mongolii i radzieckiej Rosji. Duża część tej trasy okazała się nieprzejezdna, część planów niemożliwa do zrealizowania. Ambasada chińska nie zgodziła się na to, bym pociągiem przejechał przez Chiny. W mojej naiwności nie uświadamiałem sobie, jak bardzo rewolucja kulturalna zniszczyła ten kraj, przyczyniając się do wybuchu społecznego chaosu. (Musiałem poczekać czternaście lat, nim mogłem wyruszyć w podróż, którą opisałem w Jechałem Żelaznym Kogutem, w wyprawę „pociągiem przez Chiny”). W Beludżystanie trwały walki, więc musiałem pojechać przez Afganistan. Z czasem postanowiłem włączyć do moich planów Japonię i całą trasę kolei transsyberyjskiej. Było mi wszystko jedno, dokąd pojadę, liczyło się tylko to, bym krążył po Azji, dostawał wizy i mógł poruszać się koleją. W myślach widziałem już, jak przemieszczam się z kraju do kraju, zmieniam pociągi, wyglądam przez okno i od czasu do czasu wysiadam.

Rozmyślałem więc raczej o okolicznościach dotyczących ­powstania Wielkiego bazaru kolejowego jako książki niż o samej podróży. Nie podobało mi się, że będę musiał na tak długo opuścić rodzinę, nigdy przedtem nie wyjeżdżałem po to, by zebrać materiał do książki. Prawie dziesięć lat mieszkałem poza Stanami Zjednoczonymi, ale zawsze jako pisarz albo wykładowca, rezydent obcej narodowości (tak brzmi formułka w dowodzie osobistym), nigdy jako podróżnik. Czułem też ciężar zobowiązania, mojej zaliczki, jakkolwiek była skromna – siedem i pół tysiąca dolarów; jedna trzecia przy podpisaniu umowy, jedna trzecia przy oddaniu rękopisu, jedna trzecia po wydaniu książki. Przyjaciele pisarze na ogół śmiali się ze mnie i moich planów, ja zaś nie mogłem się jakoś zacząć przejmować podróżą – choć prześladowała mnie myśl, nękał fizyczny i umysłowy niepokój, że umrę. Zawsze czułem, że odejdę jak bohater Spotkania wSamarze[1], że pokonam wielkie przestrzenie i przeżyję ogromne i niepotrzebne niewygody, by stanąć oko w oko ze śmiercią. Byłem pewien, że gdybym został w domu, pił i jadł normalnie, nic takiego nigdy by się nie stało. Wyobraziłem sobie jakiś głupi wypadek, podobny do tego, którzy przydarzył się Thomasowi Mertonowi. Kiedy mnich, pisarz i poeta opuścił wreszcie po dwudziestu siedmiu latach swój klasztor w Kentucky, zmarł na skutek porażenia prądem, gdy tydzień później w Bangkoku dotknął uszkodzonych przewodów wentylatora.

Wyjechałem z Londynu 19 września 1973 roku. Dzień był ponury. Rano wpadłem do wydawcy podpisać umowę na Black House i zaraz potem pojechałem na Victoria Station, gdzie czekała już na mnie żona. Była zła, że wyjeżdżam i zostawiam ją z dziećmi. Co miałem powiedzieć? „Żołnierze, marynarze i rybacy tak samo opuszczają domy, wszyscy muszą zostawić rodziny. Pomyśl o tym w ten sposób – nie zostawiam cię, tylko jadę do pracy, jadę szukać materiału na książkę”.

Prawie natychmiast gdy pociąg ruszył w kierunku Folkestone, poczułem, że popełniam błąd. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co właściwie robię. Posmutniałem i chcąc się pocieszyć, a także sam siebie przekonać, że to naprawdę jest praca, zacząłem robić notatki. Od chwili wyjazdu aż do powrotu do Londynu cztery miesiące później – cały czas tęskniąc za domem – zapełniałem jeden zeszyt za drugim. Opisywałem wszystko: rozmowy, ludzi, miejsca, szczegóły dotyczące pociągów, interesujące drobiazgi, nawet krytyczne uwagi na temat powieści, które czytałem. Wciąż mam niektóre z tych książek – na ostatnich pustych stronach ­kieszonkowych wydań Wygnańców Joyce’a, opowiadań Czechowa czy Milczenia Endō znajduję nabazgrane pospiesznie notatki, które potem poszerzałem, gdy przenosiłem je do głównych notesów. Zawsze pisałem w czasie przeszłym.

Po powrocie do domu odkryłem, że pod moją nieobecność żona obdarzyła uczuciami innego mężczyznę. „Udawałam, że nie żyjesz”, powiedziała. Czułem się okropnie, zwłaszcza że mój stan psychiczny po zakończeniu tej trudnej podróży nie był najlepszy. Żona próbowała podnieść mnie na duchu, zapewniała, że nadal mnie kocha, ale ja czułem się zdradzony i zły i nic nie było w stanie mnie pocieszyć. Szukałem więc schronienia w mojej książce, i dzięki tej dziwnej alchemii, która potrafi smutek przemienić w dowcip, wyszła mi spod ręki niemalże komedia.

W maszynopisie, który przedstawiłem wydawcy, znajdował się rozdział o Afganistanie – poradzono mi jednak, abym z niego zrezygnował („Nie ma w nim pociągów”, powiedział redaktor). Umieściłem go zatem w zbiorze opowiadań Sunrise with Seamonsters pod tytułem In Darkest Afghanistan. Głównym problemem, z którym zmagałem się, pisząc, było znalezienie odpowiedniej formy. Zdecydowałem się na wielką kolejową odyseję, i po prostu ruszyłem przed siebie. Nigdy nie czytałem niczego, co byłoby podobne do książki, którą miałem zamiar napisać. Martwiło mnie to, ale także dodawało otuchy.

Bazar został dobrze przyjęty. Po dziesięciu latach i dziewięciu kolejnych książkach zdobyłem pewien rodzaj sławy i zapewniłem sobie w miarę stały dochód. Książka jest wciąż wznawiana i dobrze się sprzedaje. Zacząłem pisać następne, tym razem już w szczęśliwszych okolicznościach i lepiej przygotowany. W Wielkim bazarze mój pociąg przejeżdża przez Nisz. Po latach zajrzałem do przewodnika i dowiedziałem się, że w Niszu urodził się cesarz Konstantyn. A potem przeczytałem także, że „chociaż Nisz nie jest miastem szczególnie ładnym, ma kilka interesujących pomników”, co przypomniało mi, dlaczego się w nim nie zatrzymałem. Niedawno podczas wojny w Kosowie Nisz został zrównany z ziemią przez NATO-wskie bomby i stał się masowym cmentarzyskiem.

Cieszyłem się, że Bazar kolejowy (tytuł pochodzi od nazwy pewnej ulicy w Indiach) ma się dobrze. Gdy go pisałem, nie wiedziałem, że każda podróż jest jedyna w swoim rodzaju. Ta książka opowiada więc o mojej i tylko mojej podróży. Nawet gdyby ktoś ruszył w nią ze mną i także zapragnął ją opisać, powstałoby zupełnie inne sprawozdanie. Nie wiedziałem również, że każda podróż ma swój wymiar historyczny. Wkrótce po zakończeniu mojej wędrówki, w krajach, które odwiedziłem, zaszły poważne zmiany[2]. Szach uciekł, a Iran stał się bardzo niebezpieczny dla zagranicznych turystów, w Afganistanie wybuchła wojna, w którą zaangażował się Związek Radziecki, Indie i Pakistan wznowiły połączenia, Laos zamknął granice i przestał być monarchią, a Wietnam zjednoczył się i odbudował linię kolejową, tak że można już jeździć z Sajgonu, obecnie Miasta Ho Chi Minha, do Hanoi. Przestało także kursować wiele pociągów, którymi wówczas podróżowałem, w tym również Orient Express. Pociąg jeżdżący obecnie pod tą samą nazwą z Londynu do Wenecji jest jedynie bladą namiastką tamtego, snobistyczną rozrywką bogaczy, szukających wygody i śniących iluzoryczne sny o luksusowych podróżach, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Choć stary Orient Express był na swój sposób okropny, jeździli nim różni ludzie – bogaci i biedni, starzy i młodzi, z Europy do Azji i z powrotem. Było tanio i przyjemnie, i jak we wszystkich wspaniałych pociągach był to cały świat na kółkach.

Mężczyzna, którego poznałem w Orient Expressie i który w książce występuje jako Molesworth, był faktycznie agentem aktorskim, ale naprawdę nazywał się Terence Plunkett-Greene. Zataiłem to cudowne nazwisko, ponieważ nie chciałem go urazić. Książka mu się jednak spodobała, przyjaciele rozpoznali go na podstawie samego opisu, a on wyznał, że bardzo chciałby zobaczyć swoje nazwisko w druku – niniejszym je zatem wyjawiam. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem, gdy spotkaliśmy się po raz drugi w Londynie, podobnie zresztą jak z wieloma pozostałymi współpasażerami, którzy odnaleźli mnie później w Anglii. W pewnym stopniu to dzięki nim ta podróż stała się szczęśliwą przygodą.

Gdy pisałem Bazar kolejowy, poruszałem się w ciemności, po omacku – zależało mi jednak, żeby to ukryć. Moja narracyjna pewność siebie była zwykłą brawurą, jak pogwizdywanie dla dodania sobie odwagi. Wiedziałem, że wybrałem trudną formę, ale pisałem po swojemu, tak aby całość odpowiadała przede wszystkim mnie i mojemu charakterowi. Pisanie książki podróżniczej wcale nie przypomina pisania powieści; powieść wymaga natchnienia, żywej wyobraźni, pomysłowości i długich samotnych godzin. Książka podróżnicza, jak odkryłem, to akt świadomy, jak sam akt podróżowania. Trzeba do niej zdrowia, siły i pewności siebie, optymizmu i ogromnej ciekawości, trzeba być samowystarczalnym, choć bardzo pomaga, gdy ma się miłość i zaufanie bliskich. Zwykle kiedy kończyłem powieść, nie byłem pewien, czy zdołam napisać nową. Ale gdy skończyłem moją pierwszą książkę podróżniczą, z radością stwierdziłem, że będę umiał napisać następną.

Paul Theroux, 2008

„Legionowi zaginionych, i kohorcie potępieńców,

Moim zrozpaczonym braciom za morzami…”

A także moim braciom i siostrom, Eugene’owi, Alexandrowi, Ann-Marie, Mary, Josephowi i Peterowi – z miłością

Marian usłyszała daleki gwizd pociągu. Czekała z niecierpliwością i po kilku chwilach zobaczyła, jak lokomotywa się zbliża. Przód czernił się coraz bliżej i bliżej, ze straszną prędkością i siłą. Oślepiający pęd niósł gorący podmuch osłonecznionej pary. Milvain i jego towarzyszka przebiegli na drugą stronę mostu, ale pociąg już przejechał i w ciągu kilku sekund znikł za ostrym zakrętem. Liście na drzewach wzdłuż torów kołysały się gwałtownie na niespokojnym wietrze.

– Gdybym był o dziesięć lat młodszy – odezwał się Jasper ześmiechem – powiedziałbym, że to było przyjemne! Ożywia mnie.Mam ochotę wrócić i znów zanurzyć się w walce.

George Gissing, New Grub Street

fiuuuuufriiiiii pociąg gdzieś gwiżdże jaką siłę mają w sobie temaszyny jak giganci i woda przelewa się w nich i bucha nawszystkie strony jak koniec Starej słodkiej pieśni miłossssssneeeej cibiedni ludzie którzy muszą być przez całą noc poza domem dalekood żon irodzin piekąc się w tych maszynach

James Joyce, Ulisses

Trafną myśl warunkuje bowiem trafne zmysłowe doznanie. Żeby zrozumieć krainę obcą, trzeba przede wszystkim poznać ją powonieniem.

T. S. Eliot, Rudyard Kipling

rozdział_pierwszy_

15:30 z Londynu do Paryża

Już w dzieciństwie, gdy mieszkałem niedaleko Bostonu i Maine, słysząc gwizd przejeżdżającego pociągu, prawie zawsze żałowałem, że mnie w nim nie ma. Te gwizdki to była urzekająca muzyka: pociąg jest ruchomym targowiskiem, któremu nie sposób się oprzeć, bazarem na kółkach, który porusza się w doskonałej niezależności od krajobrazu i w miarę nabierania prędkości poprawia ci nastrój. Pociąg potrafi ukoić nawet w najokropniejszych okolicznościach – w przeciwieństwie do samolotu, w którym przerażony człowiek poci się z niepokoju, do autobusu, w którym mdli go od spalin, i samochodu, w którym cierpi katusze z powodu ciasnoty i paraliżu. Jeżeli pociąg jest duży i wygodny, nie musisz myśleć o celu podróży – wystarczy miejsce w kącie przedziału, by stać się jednym z tych, którzy nie ustają w ruchu, suną po torach i nigdy nie docierają do celu; nawet nie czują, że powinni – jak ten szczęśliwy Włoch, który przeszedł na emeryturę i dzięki darmowym biletom w ogóle nie wysiadał z pociągu. Lepiej jeździć pierwszą klasą, niż przybywać na miejsce, czyli – jak powiedział kiedyś angielski powieściopisarz Michael Frayn, parafrazując McLuhana – „to podróż jest celem”. Ja wybrałem Azję i kiedy uprzytomniłem sobie, że mam do przebycia pół świata, byłem wyłącznie szczęśliwy.

Tak więc Azja rozpościerała się za oknem, niosły mnie przez nią mknące na wschód pociągi, a ja jechałem, podziwiając gwarne kolejowe targowisko, tak podobne do tych, które mijaliśmy ze świstem. W pociągu wszystko jest możliwe: dobry posiłek, porządna popijawa, wizyta karciarzy, intryga, smaczny sen i monologi nieznajomych, zawikłane i szczere jak rosyjskie powieści. Miałem, przesiadając się z pociągu na pociąg, przejechać z Victoria Station w Londynie na Dworzec Centralny w Tokio, po drodze skręcić do Śimli, na przełęcz Chajber, ruszyć linią łączącą koleje indyjskie z cejlońskimi, dotrzeć do Mandalaj, potem wsiąść do malezyjskiej Złotej Strzały, przez Wietnam przejechać osobowymi, i w ogóle wypróbować wszystkie te stare pociągi o kuszących nazwach: Orient Express, Północną Gwiazdę, kolej transsyberyjską.

Szukałem pociągów, znalazłem pasażerów.

Pierwszy był Duffill. Pamiętam go, bo później używaliśmy jego nazwiska w formie czasownika – najpierw Molesworth, potem także ja. Stał przede mną na siódmym peronie Victoria Station pod tabliczką „Odjazdy na kontynent”. Był stary, w ubraniu o wiele za dużym, i wyglądał, jakby w pośpiechu włożył nie to, co trzeba, albo dopiero wyszedł ze szpitala. Gdy chodził, przydeptywał postrzępione mankiety spodni, a w rękach trzymał mnóstwo kanciastych paczek owiniętych szarym papierem i przewiązanych sznurkiem – przypomniało to raczej bagaż roztargnionego zamachowca niż nieustraszonego podróżnika. W podmuchu podjeżdżających pociągów trzepotały karteczki przy paczkach: na każdej widniało nazwisko R. Duffill i adres Splendid Palas Hotel, Stambuł. Mieliśmy jechać razem. Lepsza byłaby już zgryźliwa stara wdowa w ciężkiej woalce, zwłaszcza jeśli miałaby w torbie dżin i pokaźny spadek. Ale nie było wdowy – byli wycieczkowicze, wracający na kontynent z zakupami od Harrodsa, przedsiębiorcy, młode Francuzki ze zblazowanymi przyjaciółmi i posiwiali angielscy małżonkowie obładowani książkami, jakby wybierali się zasmakować w kosztownym literackim cudzołóstwie. Nikt nie jechał dalej niż do Lublany. Tylko Duffill do Stambułu – zastanawiałem się po co. Ja sam czułem się, jakbym dawał drapaka, jakbym podróżował w ukryciu. Nie przedstawiłem się, nie powiedziałem, czym się zajmuję – nikt nie zauważył, że zamilkłem, pocałowałem żonę i samotnie wsiadłem do pospiesznego odchodzącego o piętnastej trzydzieści.

Pociąg z łoskotem toczył się przez Clapham. Zdawałem sobie sprawę, że podróż to zarazem ucieczka i pościg, ale gdy zostawiliśmy za sobą murowane domki, komórki na węgiel i wąskie, ciemne ogródki na przedmieściach południowego Londynu, gdy minęliśmy boiska Dulwich College – po których leniwie biegali chłopcy w krawatach – ukołysał mnie ruch i zapomniałem o nagłówkach porannych gazet: „Mała Kristen: Matka postawiona w stan oskarżenia”, „Plan uwolnienia dziewięcioletniej dziewczynki ugodzonej nożem”. Żaden nie ogłaszał: „Zniknął jeden ze znanych powieściopisarzy”. Minąwszy rządek bliźniaków, wjechaliśmy do tunelu i po minucie jazdy w zupełnej ciemności zostaliśmy cudownie wystrzeleni w zupełnie nową przestrzeń – rozległe łąki, krowy skubiące trawę, rolnicy w niebieskich kurtkach zbierający siano. Wydobyliśmy się na powierzchnię, szary, rozmokły Londyn został gdzieś pod nami. W Sevenoaks znów daliśmy nurka w tunel, a gdy z niego wyjechaliśmy, otworzył się przed nami sielankowy widok. Z jednej strony pola, konie, owce, wrony na dachu suszarni chmielu, osiedle szeregowych domków, z drugiej – siedemnastowieczne wiejskie zabudowania i więcej krów. Taka jest Anglia: przedmieścia łagodnie przechodzą we wsie. Na wielu przejazdach wąskie szosy były zatkane samochodami, sznur aut kończył się daleko przed szlabanem. A podróżni w pociągu rozkoszowali się tym mściwie, mrucząc z satysfakcją: „Stójcie sobie, dranie”.

Niebo było stare i znajome. Uczniowie w granatowych marynarkach i opadających skarpetkach, z kijami do krykieta i szkolnymi torbami przewieszonymi przez ramię uśmiechali się głupio na peronie w Tonbridge. Przemknęliśmy obok nich, odbierając im uśmiechy. Nie zatrzymywaliśmy się nawet na większych stacjach. Ale im przyglądałem się już z okien wagonu restauracyjnego, znad chlupiącego niebezpiecznie papierowego kubka z herbatą, podczas gdy Duffill, pochylony nad stołem podobnie jak ja, nie spuszczał oka ze swoich paczek i mieszał herbatę szpatułką ­laryngologiczną. Przemknęliśmy przez pola chmielu, które we wrześniu upodobniają hrabstwo Kent do śródziemnomorskich winnic, minęliśmy cygańskie obozowisko – czternaście poobijanych wozów, a przed każdym nieusuwalny stos śmieci, potem dużą farmę, a kawałeczek dalej kolonię domków, wokół której łopotało na sznurku osobliwe pranie: pumpy, kalesony, czarne biustonosze, skarpety i wydęte od wiatru czepki wyglądały jak zaszyfrowany komunikat, jak flagi sygnalizacyjne zatknięte nad skupiskiem biednych domków.

Wydawało się, że pociąg dokądś się spieszy, że ma poczucie celu i dlatego nie może się zatrzymać. Pędziliśmy w stronę morza, nad Kanał. Ale to był fałszywy dramat. Duffill przy swoim trzęsącym się stole zamówił kolejną herbatę. Czarne bocznice Ashford zamajaczyły w dali, zbliżyły się i zniknęły, i jechaliśmy teraz przez pagórkowate łąki Romney Marsh w kierunku Folkestone. Tak jak reszta pasażerów zostawiłem za sobą Anglię. Gdy wróciłem do przedziału, Włosi rozprawiali żywo i głośno, najwidoczniej czerpiąc odwagę do zakłócania porządku z faktu, że zbliżaliśmy się do krańca Anglii. Nigeryjczycy, którzy jak do tej pory byli tylko czworgiem podskakujących nakryć głowy – dwa kapelusze filcowe, turban i jedna peruka w kształcie ula – perorowali w języku joruba, oblizując wargi po każdej sylabie. Wszyscy powrócili do ojczystej mowy, z ulgą porzucając brytyjskie mamrotanie i odwracanie oczu.

– O, spójrz – odezwała się jakaś kobieta, rozkładając na kolanach chusteczkę.

– Jak tu porządnie i czysto – odpowiedział jej mężczyzna przy oknie.

– Mają świeże kwiaty.

Kobieta cicho wycierała nos, wydmuchując raz jedną, raz drugą dziurkę.

– Opiekuje się nimi komisja do spraw mogił wojennych – wyjaśnił mężczyzna.

– Doskonale się spisują.

Mała postać obładowana papierowymi paczkami przewiązanymi sznurkiem pojawiła się na końcu korytarzu i torowała sobie drogę do przedziału, obijając się łokciami o okna. Duffill.

Nigeryjka pochyliła się w stronę szyby i odczytała nazwę stacji: „Frokistun”. Błędna wymowa zabrzmiała jak kpina, ale ona sama wyglądała równie poważnie jak Trollope’owska Lady Glencora[3] („miała wielką ochotę zatrzymać się w Folkestone”).

Morze było ołowianoszare i pocętkowane deszczem, od portu wiało, a ja mrużyłem oczy. Prócz ostrego wiatru męczyło mnie przeziębienie, którego nabawiłem się, gdy pierwszy jesienny chłód zaatakował Londyn, ożywiając przy okazji wizje palm i rozkosznego ciepła Cejlonu. To przeziębienie ułatwiło mi wyjazd. Podróż miała być lekarstwem: „Wziąłeś już aspirynę?”, „Nie, chyba pojadę do Indii”. Wniosłem torby na pokład i poszedłem do baru. Stało tam dwóch starszych panów. Jeden stukał monetą w kontuar, chcąc zwrócić uwagę barmana.

– Reggie strasznie się skurczył – odezwał się.

– Tak ci się wydaje?

– Tak, jest jakiś strasznie mały. Ubranie na nim zwisa.

– Nigdy nie był wysoki.

– To prawda, ale widziałeś go ostatnio?

– Nie. Godfrey powiedział, że jest chory.

– Chyba bardzo chory.

– Starzeje się, biedak.

– I kurczy.

Przyszedł Duffill. Mógłby być człowiekiem, o którym rozmawiali. Ale nie był – starsi panowie nie zwrócili na niego uwagi. Miał rozbiegane spojrzenie kogoś, kto zostawił swoje paczki bez nadzoru albo podejrzewa, że jest śledzony. W za dużym ubraniu wydawał się kruchy. Mysioszary gabardynowy płaszcz opadał mu w fałdach z ramion. Rękawy dotykały koniuszków palców i odpowiadały długością przydeptanym spodniom. Pachniał okruszkami chleba. Nosił jeszcze tweedowy kaszkiet i tak jak ja walczył z przeziębieniem. Ciekawe były jego buty, bezkształtne trzewiki podobne do tych, które nosi się na wsi, na wszelkie okazje. Chociaż nie mogłem zgadnąć z jego akcentu – poprosił barmana o jabłecznik – skąd pochodzi, było w nim coś jeszcze, co kojarzyło się z prowincją: skromność jego wysłużonego stroju, która u londyńczyka znamionowałaby skąpstwo. Mógłbym się założyć, że wciąż pamiętał, gdzie i za ile kupił tę czapkę i płaszcz, i jak długo nosi już te buty. Kilka minut później zauważyłem go w rogu saloniku. Otworzył jedną ze swoich paczek: nóż, długa bagietka, tuba musztardy i plasterki czerwonego salami. Zamyślony, wolno przeżuwał każdy kęs.

Dworzec w Calais tonął w ciemnościach, ale ekspres do Paryża był jasno oświetlony. Podniosło mnie to na duchu. Usłyszałem, jak Lady Glencora mówi do swojej przyjaciółki:

– Teraz, Alice, pojedziemy do Kurdów, i to nie ściśnięte jak śledzie. Na tym właśnie polega wygoda kontynentu.

Zatem do Paryża, Orient Expressem, a potem do Kurdów… Wsiadłem, ale ponieważ mój przedział był niemożliwie zatłoczony, poszedłem do wagonu restauracyjnego na drinka. Kelner wskazał mi stolik, przy którym kobieta i mężczyzna siedzieli, krusząc bezmyślnie chleb. Próbowałem zamówić wino, ale kelnerzy biegali z tacami wte i wewte, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Pociąg ruszył, wyjrzałem przez okno, a gdy odwróciłem się z powrotem do stolika, zobaczyłem, że przyniesiono mi kawałek przypalonej ryby. Skubiąca pieczywo para wyjaśniła, że jeśli chcę wina, muszę zawołać osobnego kelnera. Szukałem go więc wzrokiem, a tymczasem otrzymałem drugie danie. W końcu go dojrzałem i udało mi się złożyć zamówienie.

– Angus napisał w „Timesie”, że zbierał materiały i prowadził badania – odezwał się mężczyzna. – To nie ma sensu.

– Myślę, że Angus musi się przygotowywać – powiedziała kobieta.

– Angus Wilson[4]? – zapytałem.

Popatrzyli na mnie. Kobieta z uśmiechem, a mężczyzna trochę nieprzyjaźnie.

– Graham Greene by nie musiał.

– Dlaczego nie?

Nieznajomy westchnął.

– Bo już by wszystko wiedział.

– Chętnie bym się z panem zgodził – odparłem – ale gdy czytałem As If By Magic, mówiłem sobie w duchu: „Oto prawdziwy agronom!”, a kiedy potem czytałem Konsula honorowego, trzydziestoletni doktor wydał mi się uderzająco podobny do siedemdziesięcioletniego pisarza. Ale poza tym uważam, że to dobra powieść. Powinien ją pan przeczytać. Wina?

– Nie, dziękuję – powiedziała kobieta.

– Graham przysłał mi nawet egzemplarz – oznajmił mężczyzna. Zwrócił się w stronę swojej towarzyszki: – „Z najlepszymi życzeniami, Graham”, tak napisał. Książka jest w torbie.

– To czarujący człowiek – powiedziała kobieta. – Zawsze z przyjemnością się z nim spotykam.

Zapadła długa cisza. Wagon restauracyjny kołysał butelkami z oliwą i sosem, przyniesiono deser i kawę. Skończyłem moje pół butelki wina i miałem ochotę na więcej, ale kelnerzy znów byli zajęci – z tacami w dłoniach lawirowali między stolikami, zbierając brudne naczynia.

– Uwielbiam pociągi – oznajmiła kobieta. – Czy pan wie, że wagon, który jest przed nami, doczepią do Orient Expressu?

– Tak – odparłem. – Jeśli chodzi o ścisłość…

– Wolne żarty – odezwał się mężczyzna, spoglądając na zapisaną ołówkiem karteczkę, którą podał mu kelner. Położył pieniądze na spodku, wstał, skinął na kobietę i wyszli, nie zwracając na mnie uwagi.

Moja kolacja kosztowała czterdzieści pięć franków, to jest około dziesięciu dolarów. Byłem oburzony, ale udało mi się choć trochę odegrać. Gdy dotarłem do przedziału, uświadomiłem sobie, że na stole w restauracyjnym zostawiłem gazetę. Wróciłem więc, ale gdy położyłem rękę na gazecie, kelner zapytał:

– Co pan robi?

– To moja gazeta – odburknąłem.

– To pańskie miejsce?

– Oczywiście.

– A co pan jadł?

Wyglądało na to, że ten przebiegły krzyżowy ogień pytań sprawia mu przyjemność.

– Spaloną rybę, malutką porcję befsztyku, kawałek cukinii, przypalony i wodnisty, zimne ziemniaki i czerstwy chleb, i kazano mi za to zapłacić czterdzieści pięć, powtarzam, czterdzieści pięć…

Pozwolił mi zabrać gazetę.

Na Gare du Nord nasz wagon przetoczono i doczepiono do innej lokomotywy. Duffill i ja obserwowaliśmy tę operację z peronu, a potem wsiedliśmy z powrotem. Duffillowi zabrało to chwilę – z trudem dźwignął się na schodki, a potem dyszał ciężko, idąc korytarzem. Stał tak jeszcze i sapał, gdy wyjechaliśmy z dworca i ruszyliśmy w dwudziestominutową przejażdżkę na Gare de Lyon, by połączyć się z resztą Direct Orient Expressu. Było po jedenastej i większość budynków tonęła już w mroku. Tylko w jednym rozświetlonym oknie kończono właśnie kolację. Wnętrze wyglądało jak obraz zawieszony w ciemnej galerii dachów i balkonów. Pociąg przejechał, ale ta obramowana oknem scena została mi w pamięci: dwaj mężczyźni i dwie kobiety przy stole, na nim trzy butelki wina, resztki wystawnej kolacji, filiżanki kawy i już napoczęta misa z owocami. Wszystkie te rekwizyty opowiadały o nastroju miłej intymności, o smutnej komedii spotkania z przyjaciółmi. Jean i Marie właśnie wrócili z podróży. Jean się uśmiecha, przygotowuje do opowiedzenia anegdotki, robiąc przy tym tak typową dla Francuzów trochę zakłopotaną, a trochę kpiarską minę. Wymachuje rękami i opowiada:

– Wlazła na stół jak wariatka i zaczęła potrząsać mi tym przed nosem, o tak. Niewiarygodne! Powiedziałem jej: „Picardowie nigdy w to nie uwierzą!”. Ale to prawda. A potem…

Pociąg powoli okrążał Paryż, sunąc wśród ciemnych kamienic i przeraźliwym fiuuuuufriiiiii budząc śpiące kobiety. Na Gare de Lyon było gwarno, dworzec tętnił życiem, pełen nocnego szyku, świateł i dymiących lokomotyw. Na błyszczących szynach, przykryty pomarszczonym brezentem stał długi pociąg przypominający gąsienicę, która lada moment miała zacząć pełznąć przez Francję. Na peronie nowi pasażerowie ziewali i powłóczyli nogami. Tragarze pochylali się nad wózkami i obserwowali podróżnych uginających się pod ciężarem walizek. Nasz wagon ze szczękiem dołączył do Direct Orient Expressu; od szarpnięcia otworzyły się drzwi przedziału, a ja wylądowałem na kolanach pani siedzącej naprzeciwko, wyrywając ją gwałtownie ze snu.

rozdział_drugi_

Direct Orient Express

Duffill włożył okulary, miały drucianą oprawkę i szkła tak szczelnie zaklejone taśmą, że nie zauważyłby Błękitnego Meczetu, nawet gdyby przed nim stanął. Pozbierał swoje paczki i chrząkając, wyciągnął skądś walizkę obwiązaną pękiem skórzanych i płóciennych pasków, które miały ją zabezpieczyć przed niespodziewanym pęknięciem w szwach. Wysiedliśmy, ale spotkaliśmy się po chwili kilka wagonów dalej, pod sypialnym, gdzie przystanęliśmy, by przestudiować tabliczkę: „Direct Orient”, i jego trasa: „Paryż­–Lozanna­–Mediolan–Triest–Zagrzeb–Belgrad–Sofia–Stambuł”. Staliśmy tak, a Duffill oddalał i przybliżał okulary, jakby to była lornetka. Wreszcie powiedział:

– Jechałem tym pociągiem w dwudziestym dziewiątym.

Wydawało mi się, że powinienem coś odpowiedzieć, ale gdy przyszło mi do głowy co („Sądząc po tym, w jakim stanie są wagony, to prawdopodobnie ten sam pociąg”), Duffill ze swymi paczkami i obwiązaną walizką poszedł już dalej. W 1929 roku był to istotnie wspaniały pociąg, sam zaś Orient Express jest bez wątpienia najsłynniejszym pociągiem świata. Podobnie jak kolej transsyberyjska, łączy Europę z Azją, i to w dużej mierze odpowiada za otaczającą go legendę. Ale oddawano mu cześć także w literaturze: jechała nim niespokojna Lady Chatterley, po niej Herkules Poirot i James Bond, a Graham Greene wysłał nim kilku swoich niedowiarków, jeszcze zanim sam miał okazję udać się nim w podróż („Ponieważ nie mogłem pojechać do Stambułu pociągiem, pozostało mi kupić sobie Pacific 231 Honeggera[5]”, pisze w przedmowie do Pociągu do Stambułu). Powieściowym źródłem tej romantycznej aury jest także Madonna slipingów (1925) Maurice’a Dekobry. Jego bohaterka, Lady Diana („którą John Ruskin niewątpliwie by się zachwycał”), dała się porwać magii Orient Expressu: „Mam bilet do Konstantynopola. Ale nie jest wykluczone, że zatrzymam się w Wiedniu albo w Budapeszcie. Zależeć to będzie od przypadku albo koloru oczu mojego przygodnego towarzysza podróży”. Po jakimś czasie przestałem się jednak dziwić, dlaczego tak wielu pisarzom pociąg ten służył za tło dla kryminalnych intryg – pod wieloma względami Orient Express jest naprawdę morderczy.

Mój przedział wyglądał jak ciasna szafa z dwiema półkami i tarasującą przejście drabinką. Gdy położyłem walizkę na siedzeniu, okazało się, że dla mnie nie ma już miejsca. Konduktor pokazał mi, jak kopniakiem wepchnąć bagaż pod łóżko. Potem pokręcił się chwilę, czekając na napiwek.

– Jedzie tu ktoś jeszcze?

Nie przyszło mi do głowy, że będę miał towarzystwo. Podróżnik wyruszający w długą drogę wyobraża sobie w swej arogancji, że skoro wybiera się tak daleko, będzie przemieszał się sam. Nikt inny nie mógł przecież wpaść na równie wspaniały pomysł.

Konduktor wzruszył ramionami. Wobec takiego lekceważenia postanowiłem nie dać mu napiwku. Wyszedłem rozejrzeć się po wagonie: tuż obok, w przedziale z kuszetkami, jechało japońskie małżeństwo (widziałem ich wtedy po raz pierwszy i ostatni), dalej starsi Amerykanie, tęga Francuzka czujnie obserwująca swoją śliczną córkę, ogromna młoda Belgijka (miała dobrze ponad metr osiemdziesiąt i wielkie buty) podróżująca z elegancką Francuzką oraz (zajrzałem tylko na chwilę, bo drzwi właśnie się zamykały) zakonnica albo pulchny satanista. W przedziale na samym końcu wagonu mężczyzna w golfie, marynarskiej czapce i monoklu ustawiał na stoliku pod oknem butelki: trzy wina, woda Perrier i duża flaszka dżinu – na pewno jechał daleko.

Przed moim przedziałem stał Duffill. Zdyszany. Tłumaczył, że nie mógł znaleźć wagonu, bo słabo mówi po francusku. Głęboko odetchnął, zrzucił gabardynowy płaszcz i powiesił go wraz z kaszkietem na wieszaku obok moich rzeczy.

– To moje miejsce – oznajmił, dotykając górnego łóżka.

Był niedużym mężczyzną, ale gdy tylko znalazł się w przedziale, zapełnił go niemal w całości.

– Dokąd pan jedzie? – zapytałem odważnie i chociaż znałem odpowiedź, zdrętwiałem, gdy usłyszałem, co powiedział.

Myślałem, że będę go obserwować z daleka, liczyłem, że będę w przedziale sam. Nie była to więc najlepsza wiadomość. Widział, że nie jestem zachwycony.

– Nie będę panu przeszkadzał – zapewnił. Jego paczki leżały na podłodze. – Muszę to tylko gdzieś upchnąć.

– Niech pan z nimi zrobi, co zechce.

Pozostali pasażerowie stali na korytarzu, czekając na odjazd pociągu. Amerykanie przecierali okno, dopóki nie zrozumieli, że jest brudne od zewnątrz, mężczyzna z monoklem wyglądał na peron i popijał, Francuzka kończyła jakieś zdanie:

– …Szwajcaria.

– Stambuł – oświadczyła młoda Belgijka. Miała szeroką twarz, którą dodatkowo powiększały duże okulary, była o głowę wyższa ode mnie. – To mój pierwszy raz.

– Ja jestem w Stambule dwa lata przedtem – powiedziała Francuzka, krzywiąc się, jak to Francuzi, nim z ulgą wrócą do ojczystego języka.

– Jak tam jest? – zapytała Belgijka.

Czekała. Ja także czekałem. Próbowała pomóc Francuzce.

– Bardzo przyjemnie?

Francuzka uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.

– Très sale. Bardzo brudnie.

– Ale miasto ładne? Stare? Kościoły? – Belgijka bardzo się starała.

– Sale.

Nie wiedziałem, dlaczego się uśmiecha.

– Jadę do İzmiru, Kapadocji i…

Francuzka cmoknęła i powtórzyła:

– Sale, sale, sale.

Weszła z powrotem do przedziału. Belgijka przewróciła oczami i po chwili mrugnęła do mnie.

Pociąg ruszył. Na końcu korytarza człowiek w marynarskiej czapce stał oparty o drzwi, pił i obserwował bieg pociągu. Po kilku minutach pasażerowie wrócili do przedziałów – z mojego dochodziły dźwięki upychania papierowych paczek. W przejściu pozostał tylko mężczyzna w czapce, którego nazwałem Kapitanem, i ja. Spojrzał w moją stronę i zapytał:

– Stambuł?

– Tak.

– Napijmy się.

– Piję już cały dzień – odparłem. – Ma pan może wodę mineralną?

– Mam, ale zostawiam ją sobie do mycia zębów. Nigdy nie korzystam z wody w pociągach. Niech pan da spokój i napije się czegoś normalnego. Na co ma pan ochotę?

– Najchętniej na piwo.

– Nie pijam piwa. Niech się pan lepiej napije tego. – Wskazał na swój kieliszek, po czym podszedł do półki i czegoś mi nalał. – To całkiem niezłe chablis, zupełnie nie czuć go kredą, w przeciwieństwie do tych eksportowanych.

Trąciliśmy się kieliszkami. Pociąg jechał już szybko.

– Za Stambuł.

– Za Stambuł.

Nazywał się Molesworth, ale wypowiedział to tak wyraźnie, że z początku myślałem, że to dwuczłonowe nazwisko. W jego postawie i szybkim sposobie mówienia było coś wojskowego, choć mógł to być równie dobrze aktorski sznyt. Zbliżał się do sześćdziesiątki, był żwawy, nieco porywczy, i mogłem sobie doskonale wyobrazić, jak strofuje młodych oficerów w klubie w Aldershot[6] albo w trzecim akcie sztuki Rattigana[7]. Szkiełko, które nosił na łańcuszku, nie było – jak mi się wydawało – monoklem, tylko lupą. Użył go, by znaleźć chablis.

– Jestem agentem aktorskim – powiedział. – Mam własną firmę w Londynie. Malutką, ale dajemy sobie radę. Zawsze mamy więcej zleceń, niż możemy obsłużyć.

– Czy mogę znać któregoś z waszych aktorów?

Wymienił kilka sławnych nazwisk.

– Myślałem, że jest pan wojskowym.

– Naprawdę?

Powiedział, że służył w armii indyjskiej – w Punie, Śimli, Madrasie – a do jego obowiązków należało organizowanie przedstawień dla żołnierzy. Przygotował trasę po Indiach dla Noëla Cowarda w 1946 roku. Kochał wojsko. Wspominał, że wówczas w Indiach wielu Hindusów było tak dobrze wychowanych, że można ich było traktować jak równych sobie.

– Rozmawiając z nimi, w ogóle nie miało się wrażenia, że to Hindusi.

– Znałem pewnego brytyjskiego oficera, który był w Śimli w latach czterdziestych – powiedziałem. – Poznałem go w Kenii. Mówili na niego Bunny.

Molesworth zamyślił się na chwilę.

– Znałem kilku Bunnych.

Zaczęliśmy rozmawiać o indyjskich pociągach. Zdaniem Moleswortha były wspaniałe.

– Mają w nich prysznice, a po korytarzu zawsze kręci się mały człowieczek, który przynosi wszystko, czego ci trzeba. W porze posiłku telegrafują do następnej stacji po przekąski. Och, spodoba się panu!

Duffill wyjrzał zza drzwi i poinformował:

– Kładę się spać.

– To pana towarzysz? – zapytał Molesworth, po czym rozejrzał się po przedziale – Ten pociąg nie jest już taki jak kiedyś. Szkoda. Uchodził za jeden z najlepszych, de luxe, jeździła nim rodzina królewska. A teraz? Nie jestem pewien, ale chyba nie mamy nawet wagonu restauracyjnego. Jeżeli to prawda, będzie niemały kłopot. Ma pan coś do jedzenia?

Odpowiedziałem, że nie, chociaż radzono mi, żebym coś zabrał.

– To była dobra rada – przyznał Molesworth. – Ja niczego nie wziąłem, ale w ogóle nie jadam dużo. Lubię myślećo jedzeniu, ale znacznie bardziej wolę pić. Jak panu smakuje chablis? Dolać? – Przyłożył szkiełko do oka i odnalazł butelkę. – Strasznie wszyscy krytykują te francuskie wina.

Pół godziny później poszedłem do siebie. W przedziale paliło się światło, a na górnym łóżku spał Duffill – w piżamie zapiętej pod szyję, na wznak, z twarzą zwróconą do lampki, której blask nadawał mu trupi wygląd. Rysy miał stężałe, a jego głowa poruszała się w takt ruchu pociągu. Zgasiłem światło i wsunąłem się na dolną półkę. Ale nie mogłem zasnąć: dokuczało mi przeziębienie, wypity alkohol, zmęczenie. Nagle zaniepokoiło mnie jeszcze coś: świecąca tarcza zegarka Duffilla – ramię zsunęło mu się z łóżka i kołysało tam i z powrotem, a zielona fluorescencyjna tarcza przesuwała się nad moją twarzą jak wahadło.

Nagle znikła. Usłyszałem, jak Duffill schodzi po drabince, stękając przy każdym szczeblu. Tarcza zegarka dotarła do umywalki i nagle zapaliło się światło. Odwróciłem się do ściany. Usłyszałem brzęk wyjmowanego z szafki pod umywalką nocnika. Czekałem i po chwili rozległo się bulgotanie, dźwięk zmieniał wysokość w miarę napełniania się naczynia, potem dał się słyszeć plusk, który zabrzmiał jak westchnienie, światło zgasło, drabina zaskrzypiała, Duffill jęknął po raz ostatni, a ja zasnąłem.

Gdy się obudziłem, Duffilla nie było. Leżałem w łóżku i próbowałem rozsunąć nogą firankę. Wreszcie się udało i ujrzałem oświetlone stoki – Alpy w pełnym słońcu. Właśnie wtedy, tego pierwszego ranka w pociągu, po raz pierwszy od wielu dni zobaczyłem słońce i od razu muszę zaznaczyć, że towarzyszyło mi nieprzerwanie przez następne dwa miesiące. Podróżowałem pod jasnym niebem przez całą drogę do południowych Indii i dopiero tam, w Madrasie, dwa miesiące później, znów złapał mnie deszcz.

W Vevey pomyślałem o Daisy[8] i dodałem sobie sił szklanką sody oczyszczonej, a w Montreux czułem się na tyle dobrze, że zacząłem się golić. Duffill wrócił w samą porę, by z podziwem obejrzeć moją elektryczną maszynkę. On, jak przyznał, golił się brzytwą i w pociągach zawsze okropnie się kaleczył. Pokazał mi najświeższe zacięcie, a potem się przedstawił. Jechał do Turcji, miał tam spędzić najbliższe dwa miesiące, ale nie powiedział, co będzie tam robił. W słońcu wyglądał znacznie starzej niż w szarości Victoria Station. Miał pod siedemdziesiątkę, ale nie był żwawy ani dziarski i nie wyobrażałem sobie, jak i po co ktoś taki – pod warunkiem że nie jest uciekającym przed pościgiem defraudantem – miałby spędzić dwa miesiące w Turcji.

Tymczasem Duffill popatrzył na Alpy i powiedział:

– Mówią, że gdyby to Szwajcarzy zaprojektowali te góry, to, cóż… byłyby bardziej płaskie.

Uznałem, że czas na śniadanie, ale choć przemierzyłem cały pociąg, nie znalazłem wagonu restauracyjnego. Mijałem tylko wiele innych slipingów i ludzi drzemiących na rozsuniętych fotelach w wagonach drugiej klasy. Gdy wracałem do wagonu dziewięćdziesiątego dziewiątego, szło za mną trzech chłopców, Szwajcarów. Zatrzymywali się przy każdym przedziale, chwytali za klamkę i gdy drzwi się otwierały, zaglądali do środka. Rzucali okiem na ubierających się lub wylegujących jeszcze w łóżkach pasażerów i wykrzykiwali szybko: „Pardon, madame!”, „Pardon, monsieur!”, podczas gdy tamci pospiesznie próbowali się okryć. Kiedy ci pomysłowi podglądacze dotarli wreszcie do mojego wagonu, byli w świetnych humorach, krzyczeli i parskali śmiechem, ale wsadzając głowę do przedziału, za każdym razem bardzo grzecznie mówili: „Pardon, madame!”. Potem zniknęli.

Niebawem otworzyły się drzwi do przedziału Amerykanów. Pierwszy wyszedł mężczyzna, w pośpiechu zawiązując krawat, za nim kobieta o lasce, która z trudem utrzymywała równowagę i idąc, uderzała ramieniem i biodrem o okna. Alpy potężniały. Na stromych zboczach, przycupnięte tuż przy ziemi i przytulone do siebie jak grzyby, stały domy o szerokich, spadzistych dachach, a nieopodal widać było kościoły zbudowane jakby wbrew sile ciążenia. Wiele dolin tonęło w mroku, słońce pokazywało się dopiero wyżej, na graniach i szczytach. Pociąg jechał przez sady i czyściutkie wsie, mijał pedałujące na rowerach Szwajcarki w chustkach i krajobrazy jak ze ściennego kalendarza, które podziwia się przez chwilę, nim nie zapragnie się zerwać strony, żeby zobaczyć następny miesiąc.

Amerykanie wrócili.

– Nie mogę go znaleźć – powiedział mężczyzna, patrząc w moją stronę.

– Nie wiem, czy poszliśmy dostatecznie daleko – martwiła się kobieta.

– Nie bądź niemądra. Dalej była już tylko lokomotywa. – Spojrzał na mnie. – Czy pan go znalazł?

– Kogo, przepraszam?

– Wagon restauracyjny.

– Nie ma. Sprawdziłem.

– To dlaczego, do diabła, wzywali nas na śniadanie?

– Wzywali?

– Tak. „Ostatni dzwonek”. Nie słyszał pan? „Ostatni dzwonek na śniadanie”, tak mówili. Dlatego wyszliśmy w pośpiechu.

Zanim Amerykanie wyszli, korytarzem przebiegli rozbawieni szwajcarscy chłopcy. To ich krzyki i śmiechy starsi państwo zinterpretowali jako zaproszenie na śniadanie – ucho głodnego niezbyt dokładnie rozróżnia dźwięki.

– Nienawidzę Francji – westchnął Amerykanin.

– Chyba już z niej wyjechaliśmy – powiedziała jego żona, wyglądając przez okno. – To nie Francja.

– Wszystko jedno – odparł. – I tak mam dość. Nie chcę narzekać, ale zapłaciłem dwadzieścia dolarów za taksówkę od Saint Lazar do Gare de Lyon. Tragarz za przeniesienie dwóch naszych walizek z taksówki na peron zażądał dziesięciu dolarów. Nie chciał francuskich pieniędzy, chciał dziesięć dolarów.

Przyznałem, że to sporo, i zapytałem, czy zapłacił.

– Oczywiście.

– Moim zdaniem powinien był zrobić mu awanturę – wtrąciła się żona.

– Nigdy nie sprzeczam się z ludźmi, gdy jestem za granicą.

– Baliśmy się, że pociąg nam ucieknie – zagdakała Amerykanka. – Omal nie dostałam krwotoku.

Na czczo nie była to przyjemna rozmowa. Odetchnąłem więc z ulgą, gdy Amerykanin zakomenderował:

– Chodźmy, mateczko, skoro nie będzie śniadania, możemy wracać do przedziału.

Duffill jadł resztki swojego salami, chciał mnie nawet poczęstować, ale podziękowałem. Miałem zamiar kupić coś, gdy zatrzymamy się na pierwszej włoskiej stacji. Duffill włożył salami do ust, ale w chwili, gdy ugryzł kęs, wjechaliśmy do tunelu i zrobiło się całkiem ciemno.

– Czy może pan zapalić światło? – zapytał. – Nie mogę jeść po ciemku. Nie czuję smaku.

Po omacku przekręciłem włącznik, ale nic to nie dało.

– Może oszczędzają prąd?

W ciemności usłyszałem jego głos tuż koło mojego ucha. Wstałem i podszedłem do okna, by zobaczyć ściany tunelu, ale przed oczami miałem tylko mrok. Stukot kół w ciemności wydawał się jeszcze głośniejszy, a pociąg nabierał prędkości. Ruch i mrok wywołały we mnie duszące uczucie klaustrofobii, które potęgowała przenikliwa woń panująca w przedziale – Duffillowego salami, jego swetra i chlebowych okruszków. Mijały minuty, a my wciąż byliśmy w tunelu – jakbyśmy wpadli do studni, do wielkiej dziury w Alpach, i mieli się wkrótce znaleźć w brzuchu Szwajcarii, który z pewnością przypominał wnętrze zegara, z lodowcowymi trybami, zapadkami i zmrożonymi na kość kukułkami.

– To pewnie Simplon – odezwał się Duffill.

– Mogliby jednak zapalić światło.

Usłyszałem, że Duffill pakuje niezjedzone salami i wciska paczkę w kąt.

– Co będzie pan robił w Turcji?

– Ja? – Duffill zapytał tak, jakby w przedziale siedziało jeszcze kilkunastu staruszków jadących do Turcji i każdy miał przedstawić cel swojej podróży. – Zatrzymam się na trochę w Stambule, a potem będę podróżował po kraju.

– Interesy czy wakacje?

Umierałem z ciekawości, a konfesjonałowa ciemność przedziału sprawiała, że nie czułem wyrzutów sumienia, że go zadręczam. Nie mógł przecież zobaczyć wyrazu mojej twarzy. W jego głosie zabrzmiało wahanie.

– Po trochu jedno i drugie.

Nie była to żadna odpowiedź. Miałem nadzieję, że doda coś więcej, a gdy nadal milczał, spytałem:

– Czym się pan właściwie zajmuje, panie Duffill?

– Ja? – znowu się zdziwił, ale nim zdążyłem odpowiedzieć mu z ironią, na jaką zasłużył, wyjechaliśmy z tunelu i przedział wypełniło słońce. – To pewnie Włochy – oznajmił.

Nałożył kaszkiet. Zobaczył, że mu się przyglądam.

– Mam tę czapkę od lat, od jedenastu lat. Pierze się ją chemicznie. Kupiłem ją w Barrow upon Humber.

Po czym wyciągnął paczkę z salami i wrócił do śniadania, które przerwała mu ciemność tunelu Simplon.

O 9:35 zatrzymaliśmy się na włoskiej stacji Domodossola. Na peronie mężczyzna nalewał z dzbanka kawę i sprzedawał jedzenie z wyładowanego wózka. Miał owoce, chleb, kanapki, wędliny, a w papierowych torebkach gotowe zestawy śniadaniowe, które – jak mówił – zawierały „tante belle cose”. Miał również wina. Molesworth kupił bardolino i („na wszelki wypadek”) trzy butelki chianti. Ja wybrałem orvieto i chianti, a Duffill clareta.

– Zaniosę je do przedziału – zaproponował Molesworth. – Weźmie mi pan zestaw śniadaniowy?

Poprosiłem o dwa i dokupiłem kilka jabłek.

– Pieniądze, mam tylko angielskie pieniądze… – zmartwił się Duffill.

Ale Włoch już chwycił funta, którego wyciągnął staruszek, i wydał mu resztę w lirach.

Tymczasem wrócił Molesworth.

– Te jabłka trzeba umyć. Mają tu cholerę. – Raz jeszcze spojrzał na wózek. – Niech będą dwa zestawy śniadaniowe, na wszelki wypadek.

Kiedy Molesworth robił zapasy i prosił o jeszcze jedną butelkę bardolino, Duffill znowu wyznał:

– Jechałem tym pociągiem w dwudziestym dziewiątym.

– Wtedy było warto – odezwał się Molesworth. – Tak, wtedy to był wspaniały pociąg.

– Na jak długo się tu zatrzymujemy? – zapytałem znie­nacka.

Nikt nie wiedział. Molesworth zwrócił się do stojącego na peronie strażnika.

– Jak długi mamy postój, George?

Strażnik wzruszył ramionami i w tej samej chwili pociąg zaczął się cofać.

– Czy nie powinniśmy przypadkiem wsiadać? – zapytałem.

– Nie, jedzie do tyłu – odparł Molesworth. – Chyba przetaczają wagony.

Usłyszeliśmy, jak strażnik woła: „Andiamo!”.

– Włosi kochają mundury – ciągnął, nie zwracając na niego uwagi Molesworth. – Zresztą niech pan na niego popatrzy. Tylko że zawsze mają je zniszczone. Wyglądają jak wyrośnięci chłopcy. Mówiłeś coś do nas, George?

– Chyba chce, żebyśmy wsiedli.

Pociąg stanął. Wskoczyłem do środka i spojrzałem za siebie. Molesworth z Duffillem stali przy stopniach.

– Pan ma paczki, niech pan idzie pierwszy – zachęcał ­Duffill.

– Dam sobie radę. Niech pan wsiada.

– Ale pan ma paczki – powtórzył Duffill. Wyciągnął z kieszeni płaszcza fajkę i zaczął ssać cybuch. – Proszę przodem!

Cofnął się i przepuścił Moleswortha.

– Jest pan pewien?

– Wtedy, w dwudziestym dziewiątym, nie przejechałem całej trasy. Udało mi się dopiero po drugiej wojnie.

Włożył fajkę do ust i uśmiechał się.

Molesworth powoli wspinał się po stopniach, niosąc butelkę wina w jednej i torebkę ze śniadaniem w drugiej ręce. Gdy znalazł się na górze, Duffill chwycił się poręczy, lecz w tej samej chwili pociąg ruszył. Staruszek stanął bezradnie. Dwóch strażników złapało go pod ręce i podbiegło razem z nim do umykających schodów wagonu numer dziewięćdziesiąt dziewięć, lecz Duffill odtrącił Włochów, stanął, potem się cofnął, zrobił pół obrotu i uśmiechnął się słabo w stronę umykających drzwi. Wydawało się, że ma sto lat. Pociąg mijał go szybko.

– George! – krzyknął Molesworth. – Zatrzymaj pociąg!

– On wciąż jest na peronie – zawołałem, wychylając się przez drzwi.

Dwóch Włochów stało obok nas, konduktor i chłopak od słania łóżek, nie reagowali.

– Pociągnijcie za hamulec! – krzyknął Molesworth.

– Nie, nie, nie – zdenerwował się konduktor. – Jeśli pociągnę, będę musiał zapłacić pięć tysięcy lirów. Proszę nie ruszać!

– Czy jest inny pociąg? – zapytałem.

– Si – odparł z irytacją chłopak od łóżek. – Ten pan może nas dogonić w Mediolanie.

– A o której tam będzie?

– O drugiej.

– A my?

– O pierwszej – odpowiedział konduktor. – I odjeżdżamy o drugiej.

– To jak, do diabła…?

– Starszy pan może pojechać samochodem – wyjaśnił chłopak od łóżek. – Nie ma się co martwić. Weźmie taksówkę w ­Domodossoli, taksówka pędzi. Będzie w Mediolanie przed nami.

– Ci ludzie powinni się nauczyć, jak się zarządza koleją – westchnął Molesworth.

Posiłek, który z braku innych rozwiązań zjedliśmy po zgubieniu Duffilla, zasługiwał na ten sam komentarz. Urządziliśmy sobie piknik w przedziale Moleswortha, dołączyła do nas Belgijka, Monique, która przyniosła ser. Poprosiła o wodę mineralną i także naraziła się na reprymendę Moleswortha:

– Przykro mi, ale woda jest do zębów.

Siedzieliśmy ramię w ramię na jego łóżku i ponuro zaglądaliśmy do torebek.

– Nie byłem na to przygotowany – oświadczył Molesworth. – Moim zdaniem każdy kraj, przez który przejeżdżamy, powinien dołączać swój wagon restauracyjny. Mogliby zmieniać je na granicy i serwować wyśmienite posiłki. – Odgryzł kawałek jajka na twardo. – Może powinniśmy napisać list do Cooka[9]?

Orient Express, słynący niegdyś z pierwszorzędnej obsługi, słynie teraz z jej braku. W pakistańskim ekspresie do przełęczy Chajber, podobnie jak w indyjskim Radźdhani serwuje się curry, w pociągu do Meszhedu można zjeść irański kebab z kurczaka, a jadąc do Sapporo w północnej Japonii – wędzoną rybę i ryż. Na dworcu w Rangunie sprzedaje się gotowe zestawy obiadowe, a w Malezji do składu zawsze dołączany jest wagon restauracyjny, przypominający bar makaronowy, w którym można zjeść zupę mee-hoon. Nawet Amtrak, operator kolei amerykańskich, o którym zawsze sądziłem, że jest najgorszy na świecie, na linii ­Waszyngton–Chicago serwuje hamburgery. Głód odbiera przyjemność podróżowania, i z tego punktu widzenia Orient Express jest gorszy od najbiedniejszego pociągu z Madrasu, gdzie w zamian za poplamione kupony obiadowe dostaje się cynową tacę ryżu z warzywami.

– Mam nadzieję, że uda mu się złapać taksówkę – odezwała się Monique.

– Biedny staruszek – westchnął Molesworth. – Spanikował. Zaczął się cofać. „Pan ma paczki – mówił – niech pan idzie pierwszy”. Wsiadłby, gdyby nie spanikował. Zobaczymy, czy dotrze do Mediolanu. Powinno mu się udać. Ale martwię się, czy nie dostał zawału. Nie wyglądał dobrze. Wie pan, jak on się nazywa?

– Duffill – odpowiedziałem.

– Duffill – powtórzył Molesworth. – Jeżeli ma trochę oleju w głowie, powinien najpierw usiąść i się napić, a potem pojechać taksówką do Mediolanu. To niedaleko. No ale jeśli znów spanikuje, jest stracony.

Jedliśmy i piliśmy. Gdyby w pociągu był wagon restauracyjny, zjedlibyśmy obiad i tyle. A tak żuliśmy i pogryzaliśmy przez całą drogę do Mediolanu, bo świadomość, że moglibyśmy zgłodnieć, natychmiast wywoływała głód. Monique powiedziała, że jesteśmy jak Belgowie, którzy jedzą bez przerwy.

Po pierwszej przybyliśmy do Mediolanu. Nie było śladu Duffilla – ani na peronie, ani w zatłoczonej poczekalni. Stacja przypominała katedrę, miała wysokie sklepienia, a zwykłe tabliczki, takie jak „Wyjście” czy „Wejście”, wypisane wielkimi literami i umieszczone wysoko na ścianach nabierały metaforycznego wydźwięku religijnych haseł. Balkony zaś służyły wyłącznie jako grzędy dla wysiadujących jaja kamiennych orłów, zbyt tłustych, by mogły latać. Kupiliśmy więcej zestawów śniadaniowych, kolejną butelkę wina i „Herald Tribune”.

– Biedny staruszek – powiedział Molesworth, rozglądając się za Duffillem.

– Zdaje się, że mu się nie udało.

– Oni chyba przed tym ostrzegają, prawda? Że można nie zdążyć. Wydaje ci się, że doczepiają wagon, a tymczasem pociąg jedzie już na dobre. Tak jest zwłaszcza z Orient Expressem. Pisali o tym w „Observerze”. Każdy w końcu nie zdąża, to znana rzecz.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

przypisy_

[1] Tytuł opublikowanej w 1934 roku powieści Johna O’Hary. Główny bohater, Julian English, wikła się w ciągu trzech dni w łańcuszek niezręcznych gaf, które doprowadzają go do samobójstwa [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

[2] Ich konsekwencją była także zmiana nazw wielu miast, regionów i krajów odwiedzonych przez Autora. W przekładzie uwzględniono nazewnictwo obowiązujące w latach siedemdziesiątych.

[3] Bohaterka Sagi rodu Pallisterów, żona Plantageneta.

[4] Angus Frank Johnstone Wilson (1913–1991) – angielski powieścio­pisarz i nowelista. W powieści As If By Magic, której głównym wątkiem jest wielka epicka podróż, jeden z bohaterów zajmuje się uprawą ryżu.

[5] Arthur Honegger (1892–1955) – szwajcarski kompozytor muzyki klasycznej i filmowej, znany także jako wielki miłośnik kolejnictwa. Pacific 231. Mouvement symphonique to skomponowany przez niego w 1923 roku utwór będący muzycznym przetworzeniem odgłosów lokomotywy. „Pacific 2-3-1” jest oznaczeniem układu osi parowozu.

[6] W 1854 roku brytyjska armia założyła w Aldershot w hrabstwie Hampshire garnizon i przemieniła niewielką wieś w dobrze prosperujące miasto, znane odtąd jako Home of British Army, Dom Brytyjskiej Armii.

[7] Terence Rattigan (1911–1977) – ceniony brytyjski autor dramatów obyczajowych.

[8] W Vevey rozgrywa się akcja powieści Henry’ego Jamesa, której tytułową bohaterką jest kokietka Daisy Miller.

[9] Thomas Cook (1808–1892) – baptysta, z zawodu stolarz i aktywista ruchu na rzecz abstynencji, pomysłodawca nowoczesnej zorganizowanej turystyki wycieczkowej, założyciel jednej z pierwszych agencji turystycznych istniejącej do dzisiaj. Inskrypcja na jego nagrobku głosi, że „uczynił podróżowanie łatwiejszym”.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie II