Opis

Stary Ekspres Patagoński opowiada o kolejnej wielkiej wyprawie kolejowej amerykańskiego mistrza podróżopisarstwa - tym razem przez obie Ameryki. Poczynając od metra w Bostonie, Paul Theroux opisuje drogę ze skutego lodem stanu Massachusetts do jałowego płaskowyżu na najdalej na południe wysuniętym krańcu Argentyny. Trasa wiedzie przez malownicze miasta Ameryki Środkowej i starożytne miasto Inków Machu Picchu. Na przemian pocąc się w upale i drżąc z zimna, Theroux opisuje napotykanych ludzi. W Limón los styka go z nudziarzem, panem Thornberrym, w Buenos Aires autor czyta niewidomemu Jorge Luisowi Borgesowi. Napisany pięknym stylem, pełen błyskotliwych i dowcipnych spostrzeżeń Stary Ekspres Patagoński to wspaniała relacja z podróży "do ostatniej stacji".

"Jedna z najbardziej fascynujących współczesnych książek podróżniczych".

"Financial Times"

"Szczytowe osiągnięcie literatury podróżniczej".

"The Sunday Telegraph"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 651

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

SEKRETARIAT: ul. Kołłątaja 14, III p.

38-300 Gorlice, tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

REDAKCJA: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: [email protected]

SEKRETARZ REDAKCJI:[email protected]

DZIAŁ PROMOCJI: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

DZIAŁ MARKETINGU:[email protected]

DZIAŁ SPRZEDAŻY: Beata Motyl, MTM Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa,

tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: [email protected]

AUDIOBOOKI i EBOOKI: Izabela Rególska, [email protected]

SKŁAD: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e-mail: [email protected]

Wołowiec 2012

Wydanie I

Tytuł oryginału angielskiego THE OLD PATAGONIAN EXPRESS: BY TRAIN THROUGH THE AMERICAS

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by STUART FRANKLIN / MAGNUM PHOTOS / EK PICTURES

Fotografia Autora © by WILLIAM FURNISS

Copyright © 1979, CAPE COD SCRIVENERS CO. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012

Copyright © for the Polish translation by PAWEŁ LIPSZYC, 2012

Redakcja MAGDALENA KOZIEJ

Korekta MAGDALENA ADAMEK, DANUTA PORĘBSKA / D2D.PL

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wersji elektronicznej MAGDALENA WOJTAS /VIRTUALO.EU

ISBN 978-83-7536-410-1

przedmowa_

Niektórzy twierdzą, że książka podróżnicza jest odmianą powieści, że zawiera elementy fikcyjne, rodzi się z wyobraźni i jest swego rodzaju dziwnym stworem: w połowie prozaicznym zwierzęciem literatury faktu, w połowie bajkowym potworem beletrystyki. Oto stoi, parska, ryje ziemię i rzuca nam wyzwanie, żebyśmy nadali mu imię. Niewątpliwie są książki pasujące do tego opisu: drobne podróże, rozbudowane przez autorów do rozmiarów epopei i odysei. Chcesz napisać powieść, ale nie masz tematu, postaci, scenerii. Odbywasz więc kilkumiesięczną podróż – niezbyt drogą, niezbyt groźną – potem w swoim opisie nadajesz jej postać udręki, dramatyzujesz siebie, bo jesteś bohaterem tego, właściwie czego? Może dążenia do książki, dopuszczającej jednak znaczną swobodę.

Ja pracuję zupełnie inaczej. Kiedy wpada mi w ręce jedna z podobnych książek i zaczynam dostrzegać w niej fałsz, wymysł, upiększanie, przerywam lekturę. W książce podróżniczej dramatyzowanie własnych przeżyć jest nieuniknione – większość podróżników, nawet drętwych spacerowiczów, postrzega samych siebie jako samotnych, heroicznych poszukiwaczy przygód. Najdziwniejsze jest to, że prawdziwi bohaterowie podróży rzadko piszą o swych wędrówkach.

Jakiś czas temu przysłano mi grubą książkę, w której pewien młody człowiek szczegółowo opisał swoje podróże po francuskich miastach: „niezbędna lektura dla frankofilów, frankofobów, smakoszy, obżartuchów i innych podróżników po współczesnej Galii”. Zupełnie, jakby ten uprzywilejowany, zjeżdżony wszerz i wzdłuż kraj, do którego łatwo dotrzeć, był terra incognita. Owszem, jest miejsce na podobne książki, skierowane głównie do urlopowiczów, ja jednak wolałbym przeczytać o przygodach w trudniej dostępnym kraju.

Wyprawiając się w podróż, z której zrodził się Stary Ekspres Patagoński, poszukiwałem przygód. Postanowiłem wyjść z domu w Medford w stanie Massachusetts i ruszyć na południe, ku Patagonii, nie odrywając się od ziemi. Zapragnąłem opuścić wygodne, przytulne miejsce, gdzie się urodziłem, i udać się do odległej, nieziemskiej – jak mi się wydawało – krainy na południu Ameryki Południowej. Mój plan zakładał nawiązanie kontaktu między tym, co znane, a tym, co nieznane, bez opuszczania zachodniej półkuli. Nie byłaby to podróż okrężna, jaką opisałem w Wielkim bazarze kolejowym, ale raczej linearna, wiodąca Stąd Tam.

W opisach ekspedycji zawsze brakowało mi relacji o przygotowaniach. Taki opis znajduje się na początku Starego Ekspresu Patagońskiego, gdzie padają słowa: „Podróż to sztuczka ze znikaniem, samotna droga cienką linią geografii, wiodącą ku zapomnieniu”. W pierwszej książce podróżniczej po prostu wyjechałem, katapultowałem się na wschód. Podczas pracy nad drugą czułem, że świadomie eksperymentuję z przestrzenią i czasem. Postawiłem sobie za cel wsiąść do pociągu, którym wszyscy jadą do pracy, a następnie, przesiadając się, dojechać do kresu linii kolejowej. Kres ten wyznaczała maleńka argentyńska stacja Esquel w środku Patagonii.

Praca nad tą książką była o wiele bardziej przemyślana niż nad pierwszą. Przede wszystkim postanowiłem nauczyć się języka. Z powodu braku znajomości hindi, japońskiego, perskiego, urdu i malajskiego, nie wspominając o wielu innych, moja pierwsza książka jest utrzymana w nieco żartobliwym tonie.

Łatwo było drwić z wpadek językowych. Ponieważ w kolejnej nie chciałem już być takim ignorantem, słuchałem nagrań po hiszpańsku. Chciałem wiedzieć, co się dzieje. Jedna z obiegowych opinii o książkach podróżniczych głosi, że zazwyczaj opowiadają one o podróżującym; zapragnąłem wykroczyć poza egocentryczną perspektywę i próbowałem choć trochę zrozumieć mijane miejsca. Wiedziałem co nieco o polityce, ale bardzo mało o geografii tych krajów. Jednym z moich celów było scharakteryzowanie każdego z tych miejsc, aby później czytelnik mógł wyrobić sobie klarowne wyobrażenie o Salwadorze, Kostaryce czy Peru, zamiast postrzegać je jako bezkształtny ciąg do złudzenia podobnych do siebie republik bananowych.

Nie zamierzałem uczynić z tej książki powieści. Planując podróż, kończyłem pisać Picture Palace, gdzie zbeletryzowany Graham Greene mówi: „Kto to powiedział, że podróż jest najsmutniejszą z przyjemności?”. Działo się to latem 1977 roku. W drogę wyruszyłem sześć miesięcy później. W mroźne lutowe popołudnie wyszedłem z domu w Medford, pojechałem do Bostonu, stamtąd kolejnym pociągiem do Chicago i tak dalej. Niebo było niemal czarne od burzowych chmur, które wkrótce miały sprowadzić jedną z najcięższych śnieżyc na północnym wschodzie. O burzy śnieżnej przeczytałem w upalnym Meksyku. Jak łatwo się tam dostałem! Telepałem się na południe coraz bardziej wiekowymi pociągami.

Mając już za sobą pierwszą książkę podróżniczą, znałem nieco swoje słabe i mocne strony; miałem ogólne pojęcie o tym, jaką podróż pragnę odbyć. Nade wszystko chciałem poznać niezwykłych ludzi i tchnąć w nich życie na kartach książki, która jawiła mi się jako szereg portretów, krajobrazów i twarzy. Zawsze najbardziej ceniłem pisarstwo wizualne, a w Picture Palace celowo opisałem fotografkę; większość jej wypowiedzi o fotografii pokrywa się z moimi poglądami na temat pisania. Chciałem, by książka o Patagonii obfitowała w twarze i głosy, z wyraźnie nakreślonymi pierwszym i drugim planem.

Co się tyczy napotykanych ludzi, dopisało mi szczęście. Kanał Panamski znalazł się w centrum uwagi mediów; prezydent Carter zwołał konferencję mającą na celu zwrócenie kanału obywatelom Panamy. Strefowcy – urocza nazwa – zareagowali wściekłością na decyzję Cartera, uznawszy ją za zdradę. Znalazłem rozsądnego człowieka, z którym mogłem porozmawiać o tych i innych sprawach, pana Reissa kierującego zakładem pogrzebowym Gorgas. Poznałem też innych: kobietę w Vera Cruz szukającą ukochanego, pana Thornberry’ego w Kostaryce, irlandzkiego księdza, który założył rodzinę w Ekwadorze, Jorge Luisa Borgesa w Buenos Aires. (Borges opowiedział mi, że pracuje nad opowiadaniem o człowieku nazwiskiem Thorpe. Po latach znalazłem tę postać w utworze zatytułowanym Pamięć Szekspira). Poza tym próbowałem kreślić portrety miasteczek i miast. Widać to na przykład w opisie zaczynającym się od słów: „Niezwykle pozioma Gwatemala przypomina miasto leżące na plecach”. Uważnie się przyglądałem, czujnie słuchałem, węszyłem i wszystko zapisywałem.

Mój przyjaciel Bruce Chatwin powiedział mi, że podróż do Patagonii odbył po przeczytaniu Wielkiego bazaru kolejowego. Zawsze się zastanawiałem, w jaki sposób dotarł do Patagonii; w jego książce nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie. Bruce napisał o swoim pobycie na miejscu, ja natomiast pragnąłem opisać podróż. Ponieważ ta myśl stale mi przyświecała, drobiazgowo zaplanowałem wyprawę. Dobrze wiedziałem, że kiedy tylko dotrę do Patagonii, rozejrzę się i wrócę do domu. Książka miała dotyczyć samej podróży.

To, co zobaczyłem, rozpraszało mnie wbrew mojej woli. Jako powieściopisarz nie mogłem ignorować możliwości, jakie oferowały mi sugestywne postacie czy dramatyczne krajobrazy, a jednocześnie wiedziałem, że muszę je zawrzeć w książce podróżniczej. Umieszczone tam, miały zastygnąć na zawsze; nie mogłem ich potem wydobyć i zbeletryzować.

Uderzyła mnie gęstość dżungli, tak niedaleko Stanów Zjednoczonych. Kilka tygodni po opuszczeniu ogarniętej zimą Nowej Anglii znalazłem się w miejscach przypominających surową wersję Raju: nie było tam żadnych dróg, fabryk, domów, nawet misjonarzy. Człowiek mógł tu przyjechać i zacząć życie od zera, wybudować własne miasteczko, stworzyć własny świat. Szczególnie mocno odczułem to w Kostaryce, gdzie napisałem:

Pociąg dotarł do wybrzeża i jechał wzdłuż porośniętej palmami plaży. To było Wybrzeże Moskitów, ciągnące się od Puerto Barrios w Gwatemali do Colón w Panamie. Dzikie wybrzeże wydaje się idealną scenerią dla opowieści o rozbitkach. Nieliczne wioski i porty są opuszczone; po załamaniu się rybołówstwa upomniała się o nie dżungla. Potężne fale pędziły ku nam, piana bielała w świetle zmierzchającego dnia; rozbijały się pod palmami kokosowymi tuż przy torach. Po zmroku morze ciemnieje jako ostatnie, jakby utrzymywało światło sączące się z nieba; drzewa są czarne. W blasku świetlistego morza i wciąż jeszcze błękitnego nieba na wschodzie, przy akompaniamencie łoskotu fal pociąg toczył się w kierunku Limón.

Wyobraziłem sobie, że ci rozbitkowie to rodzina uciekająca ze Stanów Zjednoczonych; skojarzyli mi się z rozmaitymi spotykanymi misjonarzami i księżmi. Ksiądz z Ekwadoru, który zrzucił sutannę, wydawał się idealnym modelem, swego rodzaju duchowym rozbitkiem, wiodącym sekretne życie z dala od domu. Ślubowałem jednak wierność książce podróżniczej, w której umieszczę wszystkie interesujące rzeczy i ludzi. Dobrze wiedziałem, że napisawszy o tym księdzu, nie będę mógł już do niego powrócić i odtworzyć go w powieści. Równie dobrze wiedziałem jednak, że po ukończeniu tej książki zacznę poważnie myśleć o powieści o rozbitkach na Wybrzeżu Moskitów.

Dojechałem do Patagonii, potem wróciłem do Londynu i napisałem tę książkę. Żałowałem, że nie dotarłem do Nikaragui, co mi odradzono ze względu na toczącą się tam wojnę partyzancką. Żałowałem, że podróż z Panamy do Barranquilli musiałem odbyć samolotem, podobnie jak z Guayaquil do Limy. Nie lubię latać, a ilekroć to robię – cierpiąc z powodu ogłuszającego buczenia i chłodnej duszności – zawsze podejrzewam, że kraina, nad którą przelatujemy, jest bogata, cudowna, ale wszystko to mi umyka. Podróż lotnicza jest bardzo prosta, irytująca i zawsze wzbudza niepokój. Przypomina wizytę u dentysty; nawet fotele są podobne. Podróż lądowa odbywa się wolniej, wiąże się z nią znacznie więcej kłopotów, jest jednak niewygodna w sposób całkowicie ludzki, a często dodaje otuchy.

Atmosfera Starego Ekspresu Patagońskiego, niekiedy posępna, wynika z mojej znajomości hiszpańskiego. Bardzo łatwo mogłem się zdobyć na lekki ton, kiedy podróżowałem w celu zbierania materiału do Wielkiego bazaru kolejowego. Niewielkie miałem pojęcie o tym, co ludzie mówią po japońsku czy w hindi. Jednak rozmowa z ludźmi w ich ojczystym języku – słuchanie lękliwych zwrotów, słów będących wyrazem gwałtownego gniewu czy idiomów zdradzających bezradność – bywa dotkliwa. Podobne doświadczenie przeżyłem osiem lat później, podróżując po Chinach i słuchając, jak ludzie martwią się po chińsku.

Książka, którą czytelnik trzyma teraz w dłoniach – dotyczy to zresztą wszystkich, jakie napisałem – nie jest pomyślana jako problem do roztrząsania czy analizowania. Napisałem ją po to, by dostarczała przyjemności i radości. Czytając ją, powinieneś lub powinnaś dostrzec ludzi i miejsca, usłyszeć, poczuć ich zapach. Naturalnie, część tego jest bolesna, jednak podróż – sam jej ruch – powinna sugerować nadzieję. Rozpacz jest fotelem, jego obojętnością, szklistym wzrokiem wyzbytym ciekawości. Według mnie podróżnicy są z natury optymistami, w przeciwnym razie donikąd by się nie wybrali. Książka podróżnicza winna odzwierciedlać ten właśnie optymizm.

Uporawszy się ze Starym Ekspresem Patagońskim, zacząłem robić notatki do kolejnej powieści, Wybrzeża Moskitów. Przed przystąpieniem do pisania wróciłem do Ameryki Środkowej i odbyłem podróż po Hondurasie. Co prawda, prowadziłem notatki, ale skwapliwie unikałem wykorzystywania ich w artykule czy reportażu. Z czasem stały się magazynem całej mojej wiedzy o tym odległym wybrzeżu Moskitii, stanowiącym scenerię powieści. Praca nad tą książką nie była pisaniem wzniosłego reportażu, ale niemal nieopisywalnym, podobnym do snu przeobrażeniem, tym bowiem właśnie jest beletrystyka.

Paul Theroux, 2008

Ten pociąg był jedyną żywą rzeczą w martwej krainie; był jedynym aktorem, jedynym spektaklem godnym oglądania wśród tego paraliżu człowieka i natury. Kiedy myślę o tym, jak poprowadzono kolej przez te jałowe, zamieszkane przez dzikie plemiona pustkowia […] jak na każdym etapie budowy wyrastały ryczące miasta, pełne złota, żądzy i śmierci, by potem umrzeć i stać się zapomnianymi stacyjkami na pustyni; jak w tych surowych miejscach chińscy piraci z włosami splecionymi w warkocze pracowali ramię w ramię z łachudrami z pogranicza i przegranymi przybyszami z Europy, rozmawiali w mieszanym dialekcie złożonym głównie z przekleństw, oddawali się hazardowi, pili, kłócili się i zabijali jak wilki; jak ozdobiony piórami dziedziczny władca całej Ameryki usłyszał w swym ostatnim schronieniu okrzyk „wóz ze złym lekiem”, obwieszczający przybycie wrogów; kiedy przypominam sobie, że cały ten zgiełk wywołali dżentelmeni w surdutach, pragnący po prostu zbić majątek i odwiedzić Paryż, wówczas przychodzi mi na myśl, że kolej stanowiła typowe osiągnięcie naszych czasów, jak gdyby spięła razem wszystkie krańce ziemi, wszystkie warstwy społeczne, podsuwając wielkiemu pisarzowi najbardziej rojny, rozległy i urozmaicony temat trwałego dzieła literackiego. Jeśli potrzebujemy romansu, kontrastu, heroizmu, to czym była Troja w porównaniu z koleją?

Robert Louis Stevenson, The Amateur Emigrant, tłum. P. Lipszyc

„Romans!” płaczą bilety sezonowe,

„Wszak on na pociąg nigdy się nie spieszył,

Z pompą stacyjkę mijał powozem,

Lokalny znów spóźniony!”

Diabli nadali romans. nagle

Romans sprowadził ranny pociąg.

Rudyard Kipling, The King, tłum. P. Lipszyc

rozdział_pierwszy_

Lake Shore Limited

Jeden z nas, pasażerów metra, najwyraźniej nie jechał do pracy. Natychmiast poznalibyście go po rozmiarach torby. Uciekiniera zawsze można też rozpoznać po błąkającym się na twarzy wyrazie samozadowolenia; wygląda, jakby trzymał w ustach sekret, jak gdyby lada chwila miał puścić bańkę. Po co ta chytrość? Obudziłem się w swojej starej sypialni, w domu, gdzie spędziłem większą część życia. Wokół budynku leżał głęboki śnieg, podwórze przecinały zamarznięte ślady stóp wiodące do pojemnika na śmieci. Właśnie przeszła śnieżyca, wkrótce miała uderzyć następna. Ubrałem się, staranniej niż zwykle zawiązałem sznurowadła, nie ogoliłem się nad górną wargą, bo zamierzałem zapuścić wąsy. Klepnąwszy się po kieszeniach, żeby sprawdzić, czy nie zapomniałem długopisów i paszportu, zszedłem na dół, minąłem matczyny czkający zegar z kukułką, wreszcie ruszyłem na Wellington Circle, żeby złapać pociąg. W mieście panował niemiłosierny ziąb, był to więc idealny dzień na wyjazd do Ameryki Południowej.

Dla jednych był to pociąg do Sullivan Square czy na Milk Street, najwyżej do Orient Heights; dla mnie był to pociąg do Patagonii. Dwaj mężczyźni rozmawiali cicho w obcym języku; inni trzymali pudełka z drugim śniadaniem, sakwojaże i aktówki, jedna z kobiet wiozła pomiętą torbę z domu towarowego, świadczącą o tym, że zamierza zwrócić lub wymienić niechciany towar (oryginalna torba miała uprawomocnić kłopotliwą sytuację). Mróz odmienił twarze w tym wielorasowym wagonie: policzki białych wyglądały jak potarte różową kredą, Chińczycy byli bezkrwiści, czarni zaś popielaci lub żółtoszarzy. O świcie termometry wskazywały – 11 °C, rano było już – 12 °C, a temperatura ciągle spadała. Kiedy na stacji Haymarket drzwi się otworzyły, przez wagon przetoczył się mroźny podmuch, który uciszył mamroczących cudzoziemców. Sprawiali wrażenie przybyszów z basenu Morza Śródziemnego; skrzywili się na przeciąg. Większość pasażerów siedziała nieruchomo, z łokciami przy ciele, z dłońmi na kolanach; mrużąc oczy, próbowali utrzymać ciepło.

Wszyscy ci ludzie mieli w mieście sprawy do załatwienia: praca, zakupy, wizyta w banku, kłopotliwa rozmowa w sprawie zwrotu kosztów. Dwaj pasażerowie trzymali na kolanach pokaźnych rozmiarów podręczniki; na grzbiecie zwróconym w moją stronę przeczytałem: Ogólny wstęp do socjologii. Pewien mężczyzna uważnie śledził nagłówki w „Globe”, inny wertował dokumenty w aktówce. Jedna pani kazała córce przestać kopać i siedzieć spokojnie. Pasażerowie zaczęli wysiadać na smagane wiatrem perony; po czterech stacjach wagon opustoszał do połowy. Ludzie ci wrócą wieczorem, spędziwszy dzień na rozmowach o pogodzie. Mimo to byli odpowiednio ubrani: na biurowe ubrania włożyli parki, rękawiczki, rękawice z jednym palcem, wełniane czapki; na twarzach malowała się rezygnacja i, nawet rano, oznaki zmęczenia. Ani śladu ożywienia, wszystko to było zwyczajne i typowe, pociąg był ich codziennością.

Nikt nie wyglądał przez okno. Ci ludzie już wcześniej widzieli zatokę, Bunker Hill i billboardy. Nie patrzyli też na siebie. Spojrzenia zatrzymywały się w odległości kilku centymetrów od oczu współpasażerów. Znajdujące się nad głowami ludzi napisy przemawiały do nich, jednak oni nie zwracali na nie uwagi. Pasażerowie pochodzili stąd, byli ważni; spece od reklamy wiedzieli, do kogo się zwracają… potrzebny ci formularz podatkowy? Pod tym napisem młody człowiek w grubej, dwurzędowej kurtce marynarskiej uśmiechnął się do swojej gazety i przełknął ślinę. REALIZUJ CZEKI W CAŁYM STANIE MASSACHUSETTS. Kobieta o żółtoszarej cerze zmarzniętej Hotentotki przycisnęła do siebie torbę z zakupami. ZGŁOŚ SIĘ NA OCHOTNIKA DO PRACY W BOSTOŃSKIEJ SZKOLE. To całkiem niezły pomysł dla tego gościa w rosyjskiej czapie, który grzebie w aktówce, a jego twarz zdradza, że ma wszystkiego dość. PIENIĄDZE NA HIPOTEKĘ? MAMY ICH W BRÓD. Nikt nie podniósł wzroku. DACHY I RYNSZTOKI. ZRÓB DYPLOM W CZASIE WOLNYM. Restauracja. Radiostacja. Prośba o zaprzestanie palenia.

Te napisy nie mówiły do mnie. Dotyczyły spraw lokalnych, a ja właśnie wyjeżdżałem. Kiedy wyjeżdżasz, obietnice reklamowe nie działają. Pieniądze, szkoła, dom, radio: zostawiałem je za sobą, a na krótkim odcinku od Wellington Circle do ulicy State słowa reklam zmieniły się w błagalny bełkot, jak niezrozumiały obcy język. Mogłem wzruszyć ramionami; coś odciągało mnie od domu. Oprócz mrozu i oślepiającego światła odbitego od śniegu w mojej podróży nie było nic szczególnego, nic zasługującego na uwagę, tyle że kiedy pociąg wjechał na dworzec South Station, znajdowałem się o półtora kilometra bliżej Patagonii.

Podróż to sztuczka ze znikaniem, samotna droga cienką linią geografii, wiodącą ku zapomnieniu.

Co się stało z Waringiem Odkąd dał dyla i znikł?

Książka podróżnicza jest czymś wprost przeciwnym: oto heroiczny samotnik powraca, by opowiedzieć o swoim eksperymencie z przestrzenią. Taka książka jest najprostszym rodzajem narracji, wyjaśnieniem, w którym zarazem kryje się usprawiedliwienie faktu, że ktoś się zebrał i ruszył w drogę. Jest ruchem uporządkowanym przez to, że zostaje powtórzony w słowach.

Takie zniknięcie ma charakter elementarny, a mimo to tylko nieliczni wracają w milczeniu. Konwencja nakazuje zabierać się do pisania podróżniczego metodą teleskopową i zaczynać – jak to się dzieje w wielu powieściach – w samym środku zdarzeń, wyrzucać czytelnika na zdumiewający brzeg, nie doprowadzając go tam wcześniej. Książka może się więc zacząć: „Białe mrówki urządziły sobie ucztę na moim hamaku”. Albo: „Tam w dole patagońska dolina przechodziła w szarą, popękaną od powodzi skałę, na której rysowały się pręgi epok”. Bądź też, by posłużyć się autentycznymi pierwszymi zdaniami z trzech losowo wybranych książek:

1 marca 1898 roku, około południa, po raz pierwszy wpłynąłem do wąskiej i trochę niebezpiecznej zatoki Mombasy na wschodnim wybrzeżu Afryki (The Man-Eaters of Tsavo, podpułkownik J. H. Patterson).

„Witajcie!” głosi duża tablica przy drodze, kiedy samochód kończy kręty podjazd z upalnych równin południowych Indii i wjeżdża w niemal niepokojący chłód (Ooty Preserved, Mollie Panter-Downes).

Z balkonu mojego pokoju rozciągała się panorama Akry, stolicy Ghany (A quale tribù appartieni? Alberto Moravia).

Moje tradycyjne pytanie, na które próżno szukać odpowiedzi w powyższych – i wielu innych – książkach podróżniczych, brzmi: Jak się tam dostałeś? Nawet bez podania motywu wyprawy, prolog jest mile widziany, skoro podróż jest często nie mniej fascynująca niż przybycie na miejsce. Ponieważ jednak ciekawość zakłada zwłokę, a zwłokę uważa się za luksus (choć właściwie po co ten pośpiech?), przywykliśmy do tego, że życie jest serią przyjazdów i wyjazdów, triumfów i porażek, a między nimi nie wydarza się nic godnego uwagi. Owszem, górskie szczyty się liczą, ale co z niższymi zboczami Parnasu? Nie straciliśmy wiary w podróże, ale tekstów im poświęconych nie ma wiele. Wyjazd opisuje się zwykle jako chwilę paniki i odprawę biletową na lotnisku, nieporadny pocałunek na trapie statku, potem milczenie, aż wreszcie „Z balkonu mojego pokoju rozciągała się panorama Akry…”.

Podróż jest czymś zgoła odmiennym. Od momentu przebudzenia zmierzasz ku odległemu celowi, a każdy krok (najpierw mijasz zegar z kukułką, potem zmierzasz Fulton w kierunku Fellsway) przybliża cię do niego. Książka The Man-Eaters of Tsavo opowiada o lwach pożerających Hindusów zatrudnionych przy budowie linii kolejowej w Kenii pod koniec dziewiętnastego wieku. Założę się jednak, że mogła powstać subtelniejsza, ale równie fascynująca książka o podróży morskiej z Southampton do Mombasy. Z sobie tylko znanych powodów podpułkownik Patterson jej nie napisał.

Literatura podróżnicza jest w opłakanym stanie. Standardowo na początku takiej książki narrator raczy nas widokiem, jaki rozpościera się przed nim, gdy przywiera nosem do okna przechylonego samolotu. Żartobliwe otwarcie książki, silenie się na efekt stały się tak znajome, że niemal nie sposób ich parodiować. Jak to leci? „Pod nami rozpościerała się tropikalna zieleń, zalana dolina, szachownica pól, a kiedy przeniknęliśmy chmury, ujrzałem piaszczyste drogi prowadzące w stronę wzgórz i samochody małe jak zabawki. Samolot zatoczył koło nad lotniskiem, a gdy zeszliśmy do lądowania, zobaczyłem majestatyczne palmy, plony, dachy biednych domów, pola pozszywane prostymi ogrodzeniami, ludzi jak mrówki, barwne…”.

Podobne łamigłówki nigdy mnie nie przekonywały. Kiedy ląduję, serce mam w gardle. Zastanawiam się – kto tego nie robi? – czy się rozbijemy. Przed oczami przelatuje mi życie, krótki wybór plugawych i żałosnych bzdur. Potem jakiś głos każe mi pozostać na miejscu aż do całkowitego zatrzymania się samolotu; po wylądowaniu z głośników płynie instrumentalna wersja Moon

River. Gdybym odważył się rozejrzeć, zobaczyłbym pewnie, jak jeden z pasażerów notuje: „Pod nami rozpościerała się tropikalna zieleń…”.

A co z samą podróżą? Przypuśćmy, że nie ma się nic do powiedzenia na jej temat. O większości podróży lotniczych nie da się wiele powiedzieć. Ponieważ każda niezwykła rzecz musi być katastrofalna, dobry lot definiuje się przez przeczenia: twój samolot nie został porwany, nie rozbił się, nie wymiotowałeś, nie spóźniłeś się, nie mdliło cię od jedzenia. Dlatego odczuwasz wdzięczność. Wdzięczność wywołuje w tobie taką ulgę, że w umyśle pojawia się pustka, co jest stosowne, ponieważ pasażer lotniczy poróżuje w czasie. Najpierw wpełza do wyłożonego wykładziną rękawa cuchnącego środkiem dezynfekującym, następnie przypina się do fotela, aby udać się do domu, bądź też się od niego oddalić. Czas ulega skróceniu, a z pewnością zakrzywieniu: nasz podróżnik startuje w jednej strefie czasowej, ląduje w innej. Od chwili, gdy wchodzi do samolotu i opiera kolana o siedzenie z przodu, siedząc w nienaturalnie wyprostowanej pozycji, od startu nasz podróżnik myśli o przylocie. Pod warunkiem że ma choć trochę oleju w głowie. Gdyby wyjrzał przez okno, zobaczyłby tylko tundrę chmur, a w górze pustą przestrzeń. Czas zostaje wspaniale oślepiony: nie ma czego oglądać. Dlatego właśnie tak wielu ludzi mówi o podróżowaniu samolotami tonem przepraszającym. Mówią: „Tak naprawdę to chciałbym zapomnieć o tych plastikowych odrzutowcach, stanąć na pokładzie widokowym trójmasztowego szkunera i poczuć wiatr we włosach”.

Nie ma jednak potrzeby przepraszać. Lot samolotem nie jest może podróżą w przyjętym znaczeniu tego słowa, ale z pewnością jest magią. Każdy, kogo stać na bilet, może sobie wyczarować ruiny zamku Drachenfels albo wyspę z wiersza Yeatsa Lake Isle of Innisfree. Wystarczy, że wybierze odpowiednie schody ruchome, na przykład na lotnisku Logan w Bostonie. Należy jednak dodać, że ten jeden wjazd schodami ruchomymi bardziej ożywia umysł, bardziej przypomina podróż niż cały lot samolotem. Reszta, czyli obcy kraj, wszystko, co składa się na przyjazd, jest rampą cuchnącego lotniska. Jeśli pasażer postrzega ten rodzaj przemieszczania się jako podróż i oferuje swoją książkę publiczności, pierwszym napotkanym cudzoziemcem jest grzebiący w ubraniach celnik albo wąsaty demon w dziale imigracyjnym. Chociaż samoloty weszły do porządku dziennego, nadal powinniśmy ubolewać nad tym, że znieczuliły nas na przestrzeń; jesteśmy zapuszkowani jak kochankowie w zbrojach.

Wszystko to jest oczywiste. Mnie interesuje poranna pobudka, przejście od znanego do dość osobliwego, potem do dziwnego, całkiem obcego, wreszcie zupełnie nieziemskiego. Liczy się podróż, nie przyjazd; wyprawa, nie lądowanie. Ponieważ po lekturze książek podróżniczych czułem się pod tym względem oszukany, zacząłem się zastanawiać, czego mi właściwie odmówiono; postanowiłem wyruszyć do krainy z książek podróżniczych, tak daleko na południe, jak da się dotrzeć pociągiem z Medford w stanie Massachusetts, i zakończyć książkę tam, gdzie zaczynają się książki podróżnicze.

Nie miałem nic lepszego do roboty. Znalazłem się na etapie życia literackiego, który zacząłem rozpoznawać. Właśnie ukończyłem powieść, spędziwszy dwa lata w domowych pieleszach. Poszukiwałem tematu na kolejną książkę, ale stwierdziłem, że zamiast trafiać w sedno, uderzam na oślep. Nie cierpiałem mrozu. Pragnąłem słońca. Nie miałem pracy – w czym więc tkwił problem? Po przestudiowaniu map doszedłem do wniosku, że od mojego domu w Medford prowadzi nieprzerwana linia kolejowa aż do wielkiego płaskowyżu Patagonii na południu Argentyny. Tam, w miasteczku Esquel pociąg kończył bieg. Z Tierra del Fuego nie było połączeń kolejowych, ale między Medford a Esquel ich nie brakowało.