Opis

Wielka afrykańska podróż Paula Theroux sprzed kilkunastu lat zaowocowała doskonałym "Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu". Dziesięć lat później pisarz wraca na swój ukochany kontynent, żeby przekonać się, jak bardzo oboje – on i Afryka – w tym czasie się zmienili.

Theroux tym razem rozpoczyna swoją samotną podróż w Kapsztadzie, potem rusza na północ przez RPA, Namibię, do Angoli, przemierzając świat wymazany z przewodników turystycznych. Po czterech tysiącach kilometrów zachwytów i rozczarowań pyta nagle z rozbrajającą szczerością: co ja tutaj robię?

Żywy, zabawny, sugestywny i bardzo osobisty "Ostatni pociąg do zona verde. Lądem z Kapsztadu do Angoli" to końcowy rozdział afrykańskiej przygody pisarza, który dzięki swoim przenikliwym obserwacjom i przepięknej prozie przybliża świat kolejnym już pokoleniom czytelników na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria Orient Express

Już w księgarniach:

Paul Theroux, Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję

Paul Theroux, Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem „Wielkiego bazaru kolejowego”

Colin Thubron, Po Syberii

Ted Conover, Szlaki człowieka. Podróże drogami świata

Paul Theroux, Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki

Colin Thubron, Utracone serce Azji

Hugh Thomson, Tequila Oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

Paul Theroux, Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu

Wolfgang Büscher, Hartland. Pieszo przez Amerykę

John Gimlette, Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej

Colin Thubron, Cień Jedwabnego Szlaku

Rory Stewart, Między miejscami. Z psem przez Afganistan

Colin Thubron, Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt

Tony Anderson, Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji

John Gimlette, Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze

Hugh Thomson, Biała Skała. W głąb krainy Inków

Colin Thubron, Za murem. Podróż po Chinach

Paul Theroux, Jechałem Żelaznym Kogutem. Pociągiem przez Chiny

Paul Theroux

Ostatni pociąg do zona verde

Lądem z Kapsztadu do Angoli

Przełożył Michał Szczubiałka

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Last Train to Zona Verde: Overland from Cape Town to Angola

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Robin Hammond / Panos / Czarny Kot

Copyright © 2013, Paul Theroux

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Michał Szczubiałka, 2016

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Korekta Anna Strożek / d2d.pl, Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-246-2

Kochanym wnukom Albertowi i Freddy’emu, Sylvie i Enzo

Kiedy mój ojciec podróżował, nie bał się nocy. Ale czy miał wszystkie palce u stóp?

porzekadło ludu Bakongo (Angola)

Bóg wszechmogący rzekł do Mojżesza, oby zaznawał pokoju: „Weź laskę żelazną i żelazne wdziej sandały, a potem obejdź ziemię, aż laskę złamiesz, a buty zedrzesz”.

Muhammad bin al-Sarraj, Uns al-Sari wa-al sarib [Leksykon podróżujących po dniu i nocy], 1630

rozdział_pierwszy_

Wśród nieprawdziwych ludzi

Na rozgrzanej płaszczyźnie buszu w północno-wschodnim zakątku Namibii wstąpiłem na gładką niczym cement, ulepioną z przeżutego piasku bulwę kopca termitów i starczyło tego skromnego wzniesienia pod moimi stopami, żeby pejzaż otwarł się jak przedziwny wachlarz albo rozrzucone wkoło stronice tajemnej księgi.

Po chwili dogoniłem idącą gęsiego grupkę drobnych, przeważnie nagich mężczyzn i kobiet, drepczących żwawo przez wyschnięty busz pod rozpalonym złotym ogniem niebem krainy, którą w języku afrykanerskim zwano niegdyś szorstko Boesmanland, czyli Krajem Buszmenów. Chichoczące między sobą kobiety o piersiach jak sakwy, dziecko w nosidle na brzuchu jednej z nich, kiwające główką przypominającą puchaty owoc, dzierżący dzidy i łuki mężczyźni w skórzanych przepaskach. W sumie było nas dziewięcioro, a ja, jak nieraz w ciągu długich lat podróżowania pośród ludzi na całej ziemi, dumałem o tym, że najlepsi są w istocie ci z gołymi tyłkami.

Szczęśliwy, że znowu jestem w Afryce, wydeptywałem nowy szlak i rozkoszowałem się „namacalną, wyobrażalną i dostępną przeszłością, nieoddzieloną niezmierzonym dystansem, niespowitą nieprzeniknionym mrokiem tajemnicy”, jak pisał Henry James w przedmowie do Autografów Jeffreya Asperna. Zanurzałem się w cierniste zarośla w ślad za szczupłymi ludźmi o złotej skórze, przedstawicielami najstarszego ludu na ziemi, prawdziwą arystokracją naszej planety, szlachtą o niewątpliwym rodowodzie sięgającym w mroczną otchłań górnego plejstocenu, jakieś trzydzieści pięć tysięcy lat wstecz, do ludzi uważanych przez antropologów za protoplastów nas wszystkich.

Zatrzymało nas parsknięcie przestraszonego niewidocznego zwierzęcia. W zaroślach ze świszczącym szelestem łysnął jego zad. Po chwili usłyszeliśmy tętent galopu po luźnych kamieniach.

– Kudu – mruknął jeden z mężczyzn, jak gdyby wypowiadał swojskie imię starego znajomego.

Nawet nie spojrzał, tylko nadstawił ucha, aby wsłuchać się w odgłos ucieczki zwierzęcia. Powiedział coś jeszcze, a chociaż nie rozumiałem jego słów, słuchałem ich jak niezwykłej muzyki, bo język tego ludu brzmi niczym bezsensowne, ale melodyjne gaworzenie.

Tego ranka w Tsumkwe, najbliższym mieście – o ile skupisko ruder i kilku dających cień drzew wokół spalonego słońcem skrzyżowania dróg można nazwać miastem – włączyłem wiadomości w swoim radyjku. Informowano, że „na światowych rynkach finansowych trwa zamieszanie wywołane kryzysem, który uchodzi za najgłębszy od czasów II wojny światowej”. „Strefa euro może wkrótce się rozpaść, jeżeli dojdzie do bankructwa Grecji, co stało się bardzo prawdopodobne, ponieważ grecki rząd zrezygnował z zaciągnięcia czterdziestu pięciu miliardów dolarów nowych kredytów w celu redukcji zadłużenia”.

Ludzie, za którymi szedłem, śmiali się. Należeli do podgrupy ludu !Kung, mówili językiem z rodziny khoisan i okreś­lali się trudnym do wymówienia, brzmiącym jak ciąg mlasków mianem Ju/’hoansi, które znaczy tyle, co Prawdziwi Ludzie lub Łagodni Ludzie. Tradycyjnie wiodą żywot zbieracko-łowiecki i nigdy w swoich dziejach nie zaczęli używać pieniędzy. Nawet teraz, zepchnięci na rubieże Kraju Buszmenów (region, w którym przebywaliśmy, zwą Nyae Nyae), gdzie pomieszkują na dziko, hodując czasem trochę bydła i uprawiając poletka, rzadko widują pieniądz i właściwie nie mają do czynienia z owym siewcą złudzeń. Dietę nadal uzupełniają tym, co upolują, wygrzebią lub znajdą, a ponadto dostają nędzną pomoc żywnościową od władz. Najprawdopodobniej w ogóle nie myślą o pieniądzach, a jeżeli to czynią, wiedzą, że nigdy nie będą ich mieć. Podczas gdy Grecy wzniecali zamieszki, przeklinając swoje władze, Włosi wychodzili na ulice, protestując przeciwko biedzie, Portugalczycy i Hiszpanie z przerażeniem wyglądali bliskiego bankructwa, a wiadomości dotyczyły krachów, cięć budżetowych i przeceny pieniądza, Ju/’hoansi pogodnie kultywowali pradawny sposób życia i najwyraźniej byli niezniszczalni, a w każdym razie tacy się wydawali z mojego punktu widzenia ignoranta.

Młoda kobieta idąca przede mną uklękła na piasku. Miała śliczną twarz nimfy z baśni, nieco azjatycką, a nawet jak gdyby nieziemską, należącą do przybysza z innej planety, co wydało mi się cechą całego ludu San. Powiedziałbym, że oblicza tych ludzi są pedomorficzne, a więc zachowują na zawsze ów niewinny i ujmujący charakter twarzy dziecka. Kobieta chwyciła wystający z piasku wyschnięty pęd podobny do sznurka, powiodła wzdłuż niego palcami, pochyliła się i oparłszy na łokciu, zaczęła kopać. Z każdą garstką wygrzebanego piasku jej spojrzenie jaśniało; piersi podrygiwały, a sutki, drżąc, muskały ziemię. Ot, jedna z pomniejszych, w istocie podniecających scenek darowanych przez tę wyprawę. Po kilku chwilach kobieta z ciemnej, zadziwiająco wilgotnej jamki w piasku wyciągnęła paluchowatą bulwę i ułożyła ją w kołysce dłoni. Opuszkami palców otrzepała piasek i ziemię. Oczyszczona bulwa była bladokremowa. Kobieta z uśmiechem podała mi ją, abym pierwszy spróbował.

– Nano – powiedziała, co w słowniku tłumaczono jako „ziemniak”.

Korzeń miał konsystencję, chrupkość i słodkawy ziemny smak surowej marchwi. Oddałem go, a moi towarzysze podawali go sobie z rąk do rąk, przy czym każdy coś uszczknął, tak że w sumie został podzielony równo na dziewięć kęsów. W lasach, na pustyniach i wzgórzach całego świata ludy zbierackie takie jak Ju/’hoansi skrupulatnie przestrzegają zasady dzielenia się pożywieniem. Właśnie takie dzielenie się wszystkim we wspólnym życiu wiąże tych ludzi ze sobą.

Dwóch mężczyzn, którzy poszli przodem, klęczało pośród rozrzuconych łupin orzechów i wyschniętego listowia ciernistych krzewów i zwróceni twarzami ku sobie na zmianę obracali pomiędzy dłońmi półmetrowy patyk, którego dolny koniec osadzili we wgłębieniu w kawałku miękkiego drewna. Tarcie bardzo szybko sprawiło, że miejsce zetknięcia się obu kawałków drewna zaczęło ciemnieć i dymić. Obracany w dłoniach patyk ludzie ci nazywają mężczyzną, a drewienko z wgłębieniem, w które wwierca się kijek, kobietą. Gdy z rozgrzanego patyka strzeliły iskry, jeden z mężczyzn uniósł żarzący się i dymiący kawałek drewna i rozpalił go mocniej, dmuchając złożonymi jak do pocałunku ustami. Położywszy drewienko na ziemi, rzucił na nie trochę łupin orzecha, suchych liści, w końcu parę gałązek. I tak oto mieliśmy ogień.

„Strajki w Grecji pozbawiły wiele miast energii elektrycznej, a ponadto istnieje obawa, że rząd zawiesi spłatę długów, czym pogłębi niepewność w Europie i postawi pod znakiem zapytania przyszłość euro. Reperkusje niewypłacalności Grecji mogłyby pogorszyć kondycję banków amerykańskich. W Atenach rzucający kamieniami tłum protestujących przeciwko coraz głębszym cięciom budżetowym zaczął rabować sklepy”.

Zrobiło to na mnie wrażenie wiadomości z innej planety, mrocznej i pogrążonej w chaosie, bardzo dalekiej od rozświetlonego słońcem świata tych drobnych łagodnych ludzi, uśmiechających się w cieniu niskich zarośli, gdzie kobiety za pomocą patyków wygrzebywały następne bulwy, a jedna z nich umościła się na półleżąco w cętkowanym cieniu, aby karmić piersią ssące z ukontentowaniem niemowlę.

Ludziom tym oszczędzono durnych i cudacznie orfickich metafor, za których pomocą odmalowuje się katastrofę finansów. „Kryzys na rynku kredytów hipotecznych o zwiększonym ryzyku był tylko czubkiem góry lodowej krachu gospodarczego”. „Kredyt nie jest w stanie zatamować krwawienia giełd”. „Deficyt budżetów lokalnych w Hiszpanii wzrósł skokowo o dwadzieścia dwa procent, do prawie osiemnastu miliardów dolarów”. „­Europejski kryzys zadłużeniowy spycha gospodarkę Nowego Jorku na skraj przepaści, ponieważ banki nowojorskie mają ponad bilion dolarów w europejskich papierach dłużnych”. Buszmeni nic o tym nie wiedzieli, a i nie groziło im, że z gorzką ironią uzmysłowią sobie, że pieniądz jest jedynie kolorowym zmiętym papierkiem, niewiele różniącym się od papierków, w które zawijamy cukierki, a sam rynek to swego rodzaju kasyno. „Nieprzerwanie od dziesięciu dni…” Panika, gniew i bezsilność ludzi uwięzionych w ubożejących miastach niczym małpy w klatce. „Jeżeli Grecja wstrzyma spłatę długów, znajdzie się na równi pochyłej wiodącej do ostatecznej katastrofy”.

Przy trzaskającym ogniu podawano sobie z rąk do rąk więcej bulw.

– Niech pan patrzy, panie Baul…

Jeden z siedzących w kucki mężczyzn za pomocą sznurka splecionego z dartych wzdłuż pędów roślin zrobił pułapkę, którą przymocował do spełniającej funkcję sprężyny, przygiętej do ziemi gałęzi, po czym przebierając palcami po piasku, zademonstrował, w jaki sposób ów wnyk chwyta łapkę nieuważnie stąpającego ptaka, choćby licznie występującej w tamtej okolicy perliczki. Właśnie perliczkę oskubano i pieczono na ogniu. Buszmeni pokazywali trujące rośliny i opowiadali o chrząszczach rozcieranych na miazgę służącą do zatruwania strzał. Pokazywali rośliny, których liści używają na ból brzucha, i takie, których pędy czyszczą rany albo ułatwiają gojenie się obtarć.

Tych Prawdziwych Ludzi, Ju/’hoansich, nękano, prześladowano, masakrowano i przepędzano stale od chwili, gdy w 1652 roku biali postawili stopę na brzegach tej części Afryki. Mowa o Janie van Riebeecku, jego żonie i dziecku oraz niewielkim oddziale Holendrów – krainę, gdzie się osiedlili, aby uprawiać warzywa na użytek portu, w którym odpoczywały i uzupełniały zapasy załogi holenderskich okrętów zmierzających do Azji Wschodniej, nazwali Goede Hoop, czyli Dobrą Nadzieją.

Skrupulatni w sprawach rasy, a i żywiący niderlandzką namiętność do ścisłych odróżnień, przybysze sklasyfikowali ludy tubylcze, mianowicie: hodujący kozy lud Khoi-khoin nazwali Hotentotami, co było onomatopeją mlasków dziąsłowych, które znamionują mowę tej grupy, Bantu nazwali Kafirami, czyli niewiernymi, zapożyczywszy to słowo od wcześniejszych odkrywców portugalskich – ci z kolei podchwycili je od handlarzy arabskich – a lud !Kung San nazwali Buszmenami, od ulubionego siedliska tych ludzi. Słowo „san” znaczy tyle, co „niemający bydła” i jest w istocie lekceważącym mianem nadanym !Kungom przez pasterskich Khoi-khoin, którzy uważali „ludzi buszu” za zacofanych. W trakcie podboju Afryki Południowej holenderscy zdobywcy bezwzględnie wypychali wszystkie te ludy, które starały się bronić, choć niewiele mogły zdziałać. Tak zwani !Kung Sanowie rzeczywiście ustępowali dość szybko, ale najwyraźniej niewystarczająco szybko z punktu widzenia białych. Burowie jeszcze pod koniec XIX wieku polowali na nich dla przyjemności. Jednak i tak wierzę, że właśnie ci rzekomo nieoświeceni ludzie – samowystarczalni zbieracze i myśliwi, którzy brzydzą się miast i nie mają nic wspólnego z tak zwaną gospodarką światową – będą się śmiać ostatni.

Nawet później, kiedy ci Ju/’hoansi, których odwiedziłem, pozbyli się swoich koralików, odłożyli łuki, strzały i kopieniac­kie kije, a dawne piękne skóry zamienili na nędzne zachodnie ubrania – podarte spodnie, sprane koszulki, spódnice i bluzki, gumowe japonki, czyli stare rzeczy przysyłane hurtem z Europy i Stanów Zjednoczonych – nawet wtedy kurtyna nie opadła. Ci Ju/’hoansi nadal wydawali się odwieczni, niezniszczalni i mądrzy, doskonale przystosowani do życia w buszu, a do zewnętrznego świata odnosili się z pobłażliwym uśmiechem, dziwiąc się jego głupocie i nieudolności.

Właśnie to widziałem. A może się łudziłem? Może raczyli mnie tylko przekonującym przedstawieniem, odgrywaniem tradycji, niczym Mohawkowie, którzy na współczesnym jarmarku paradują w zdobionych paciorkami koszulach ze skóry jelenia i wiosłują po Hudsonie w kanu o poszyciu z kory brzozowej? Według niektórych antropologów człowiek uznający postępowanie Ju/’hoansich za typowe jedynie utrwala sentymentalny mit, parodię w ścisłym sensie tego słowa, zwykłą przebierankę i idealizuje dawne życie, do którego nie ma powrotu.

To prawda, że Ju/’hoansi zostali rozproszeni, że utracili pierwotne siedliska, że szerzy się wśród nich alkoholizm i że wielu zeszło na psy w miastach. Mimo to w pewnym stopniu zachowali swoją kulturę. Zachowali nieskażony język, mają swoje legendy i swoją kosmologię, podtrzymują i przekazują sztukę przetrwania w buszu. Wielu nadal tropi zwierzynę i poluje, chociaż nie za pomocą zatrutych strzał. Niektórzy zbierają bulwy i korzenie i potrafią rozpalić ogień, pocierając dwa kawałki drewna. Nic się nie zmieniło w organizacji życia wspólnoty, tę samą rolę co dawniej odgrywa tradycyjna rodzina, liczą się te same więzy krwi i wynikające z nich porządki i zobowiązania.

Mimo że ubrani w szmaty, a nie w skóry, nadal wydawali się Prawdziwymi Ludźmi. Chociaż może widziałem to, co chciałem widzieć. Widziałem, że nie stracili tradycyjnych umiejętności, i wyobrażałem sobie, że nadal myślą i odczuwają tak jak przodkowie. Mieli nawet swoisty sposób chodzenia. W odróżnieniu od mieszczuchów, którzy uśmiechnięci bezmyślnie powłóczą nogami, Ju/’hoansi wydawali się czujni. Nie snuli się ani nie garbili, chodzili w milczeniu sprężyście i szybko, wyprostowani, nasłuchiwali, gdy przemierzali ścieżki, stąpali lekko na przednich częściach stóp, krokiem niemal baletowym, tak że ich żwawe wędrówki przez busz były bardziej tańcem niż marszem.

Wydawali się obdarzeni temperamentem dostosowanym do radzenia sobie w surowych warunkach klimatu półpustynnego i przejawiali współczujące zrozumienie dla zwierząt, na które polowali. Natomiast nigdy nie byli równorzędnymi przeciwnikami ludzi, którzy ich prześladowali, i to nie tylko Hererów i białych, lecz także innych !Kung Sanów. Niektórzy !Kung Sanowie mieli nieszczęście mieszkać w pobliżu miast i zostali zatruci i upodleni przez pieniste oshikundu, czyli piwo warzone chałupniczo przez Namibijczyków ze sfermentowanego sorgo i sprzedawane w wioskach i tak zwanych shebeenach. (Słowo „shebeen” znaczy właściwie tyle, co „kiepskie piwo”, ale gdy irlandzcy imigranci zaszczepili je w Afryce Południowej, przedzierzgnęło się w nazwę najpodlejszych spelunek i melin).

Ze względu na niewiarygodną łagodność, skomplikowane wierzenia i pradawny rodowód !Kung Sanowie są beniaminkami rozmaitych zagranicznych agencji pomocowych i charytatywnych. Pewnie z tych samych powodów wzbudzają również wielkie zainteresowanie antropologów, dzięki czemu stanowią jeden z najsumienniej badanych ludów afrykańskich. W rzeczywistości jednak to ci, którzy traktują ich protekcjonalnie, powinni uczyć się od nich, a nie próbować ich nauczać. !Kung Sanowie byli ludem nade wszystko pokojowym i egalitarnym, rozkwitającym dzięki tradycji wspólnotowego życia i dzielenia się wszystkim. Zamiast narażać się na wyniszczenie w daremnej walce, usuwali się coraz głębiej w busz. Byli niesłychanie cierpliwi, a dzięki temu mimo wszystko pogodni i zadowoleni. Patrząc na nich, myślałem o tym, że są u siebie, że rozpalali tu ogniska, zbierali bulwy i korzenie i polowali na długo przed tym, jak pojawił się ktokolwiek inny, i byłem pewny, że ­właśnie oni przetrwają, kiedy reszta świata ulegnie samo­zagładzie.

Zawsze żyli na marginesie. Czy ktokolwiek z należących do innego świata organizacji charytatywnych zbierających fundusze i rozdających używaną odzież albo którykolwiek z dobroczyńców udzielających wsparcia materialnego mógłby pokazać im lepszy sposób życia? Wyłącznie nacisk okoliczności, głównie uwarunkowań politycznych, sprawił, że Ju/’hoansi skupili się w jednym miejscu i mimo że są urodzonymi koczownikami, w pewnym stopniu opanowali sztukę uprawy ziemi i hodowli zwierząt. Skoro jednak zawsze byli myśliwymi i zbieraczami, którzy uważają ziemię za żywą matkę karmicielkę, to czy nie właśnie dzięki temu trwają i w końcu zwyciężą?

Wielu Afrykanów należy do kultur stłamszonych, rozproszonych pozostałości starych królestw, które zniszczyli lub skorumpowali arabscy i europejscy handlarze niewolników, królestw Dahomeju, Konga i wielkiego piętnastowiecznego imperium południowoafrykańskiego, które Portugalczycy nazywali Monomotapa. Podobnie jak chłopi starej Europy wielka liczba Afrykanów zatraciła lub odrzuciła tradycyjne umiejętności budowania krytych strzechą chat, kucia żelaza, rzeźbienia w drewnie, zbierania żywności, uprawy ziemi i najważniejszą ze wszystkich umiejętność pokojowego współżycia opartego na wzajemnym szacunku i uczciwości. Za kilka dziesiątek lat większość Afrykanów będzie mieszkać w miastach. W ogłoszonym w 2010 roku przez biuro ONZ do spraw osiedli ludzkich raporcie o stanie miast afrykańskich czytamy, że w Afryce Subsaharyjskiej dwieście milionów ludzi mieszka w slumsach, przez co jest to region mający najludniejsze dzielnice nędzy na świecie. A jak się miałem przekonać, nawet słowo „slumsy” nie przystaje do tych całkowicie bezpostaciowych i osłupiająco chaotycznych siedlisk ludzkich.

Udogodnienia były dopiero w mieście, a najbliższym od tej maleńkiej wioski Ju/’hoansich miastem jest odległe o mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów, wyrosłe na skrzyżowaniu dróg Tsumkwe. Mieli tam sklep, w którym sprzedawano konserwy, chleb i landrynki, mieli stację benzynową i namiastkę targu w postaci siedmiu zaimprowizowanych straganów z używaną odzieżą, mięsem, domowym piwem i – na ostatnim ­straganie – treskami. Kramarze ziewali w upale, handel szedł słabo.

Od dawna pragnąłem poznać zarówno lud !Kung San, jak i zamieszkiwaną przez niego krainę. Dodatkowym powodem wyprawy w te strony było to, że w swoim czasie przemierzyłem Afrykę lądem z Kairu do Kapsztadu, szlakiem wiodącym wschodnią stroną kontynentu, co zaowocowało Safari mrocznej gwiazdy, i wydało mi się, że tamta wyprawa domaga się symetrycznego dopełnienia. Postanowiłem więc wznowić ją w Kapsztadzie, skąd, po sprawdzeniu, jak dalece zmieniło się to miasto przez dziesięć lat, wyruszę na północ zachodnią stroną kontynentu aż do miejsca, które – bądź to fizycznie, bądź tylko w mojej duszy – okaże się końcem tego szlaku.

Do wyjazdu skłaniały mnie jeszcze inne, nie mniej naglące powody. Głównym z nich była potrzeba ucieczki od ludzi, którzy marnowali mi czas błahostkami. „Moim zdaniem nawyk zajmowania się trywialnymi sprawami może do tego stopnia zbezcześcić umysł – oznajmia Thoreau w eseju Życie bez zasad – że wszystkie nasze myśli na zawsze zabarwią się banalnością”[1].

Pragnąłem wyjechać, aby udaremnić zakusy prześladowców i dręczycieli, znaleźć się poza ich zasięgiem i uwolnić od e-maili, telefonów i ludzi narzekających: „Słuchaj, termin nas goni!”, podczas gdy są to ich terminy, a nie moje. Podróż, która wyrywa z sieci powiązań, czyni niewidzialnym i nieosiągalnym, smakuje czasem jak zbawienie. Zasłużyłem na tę wolność. Niedawno skończyłem pisać powieść i uciemiężony półtorarocznym siedzeniem przy biurku zapragnąłem odetchnąć, w końcu wydostać się z domu, wyjechać, i to naprawdę daleko. „Nie po to wybrałem się w tę cudowną podróż, by sam siebie oszukiwać, lecz by lepiej siebie poznać w oglądanych przedmiotach”, pisał Goethe w Podróży włoskiej[2]. „A w ogóle, nowe życie, które staje się udziałem człowieka myślącego, gdy ogląda nowy kraj, nie da się z niczym porównać. Wiem, że jestem wciąż ten sam, a jednak czuję, że zmieniłem się do szpiku kości”[3].

Afryka mnie pociągała, bo jest taka pusta, taka na pozór niedokończona i pełna możliwości, że nadal wabi ciekawskich, badaczy, podglądaczy i amatorskich dobroczyńców. Wielka jej część jest ciągle dzika i nawet głodna wydaje się pełna nadziei, co prawdopodobnie wynika z rozpaczy. „Bo spojrzenia prawdziwej Dzikości nie zniesie żadna cywilizacja – pisał Thoreau w Sztuce chodzenia – i może lepiej byłoby, gdybyśmy żyli na surowym szpiku kudu”[4]. Zanurzając się w Afrykę, odrzucałem również coraz szybszy postęp techniczny, rezygnowałem z niego i zostawałem w tyle, aby uczyć się cierpliwości i nieśpiesznego poznawania świata.

Przez minione dziesięć lat Afryka się zmieniła, zmieniłem się i ja. Świat się postarzał, a stale rosnąca prędkość odmieniła nawet samą naturę podróży. Powiada się, że świat nigdy przedtem nie był tak dobrze znany czy łatwo dostępny. W 2011 roku, kiedy byłem w drodze, Namibię odwiedziło milion zagranicznych turystów, Afrykę Południową zaś niemal dwa razy więcej. Tyle że ci przybysze trzymali się bezpiecznych i wydeptanych szlaków. Na wielkich połaciach Afryki Południowej nie uświadczy się ani jednego turysty, w Namibii turyści odwiedzają wybrzeże i parki z dziką zwierzyną; bardzo rzadko zapuszczają się na północ, na niegościnne pogranicze z Angolą. Nawet jeżeli weźmie się pod uwagę twardszych podróżników, wędrujących z plecakiem, spotkałem tylko jednego, który przeszedł przez tę granicę.

Chociaż mnóstwo ludzi podróżuje po całym świecie i nawet tak egzotyczne miejsca jak Bhutan, Malediwy, delta Okawango czy Patagonia leżą dzisiaj na wydeptanych szlakach turystycznych, są takie regiony, gdzie nikt obcy się nie zapuszcza. Bogacz weźmie ze sobą szefa kuchni, przewodnika i wynajętym samolotem poleci w jakiś ustronny zakątek Afryki. Pozostali jeżdżą z biurem podróży albo na własną rękę z plecakiem. Ale w niektóre rejony nikt nie jeździ, ponieważ są niedostępne albo niebezpieczne. Wiele szlaków w buszu prowadzi donikąd. Niektóre kraje są zamknięte i nie wiadomo, kiedy to się zmieni. Somalia jest pogrążona w anarchii i nie jeździ tam nikt prócz handlarzy broni. Zimbabwe to odpychająca dyktatura. W wielu innych krajach, czego wymownym przykładem jest Kongo, po prostu nie ma dróg. A nawet gdyby w Kongu mieli drogi, któż by się tam wybrał, skoro wielkie połacie tego kraju znajdują się w rękach watażków i wrogo nastawionych do obcych armii, zupełnie tak samo jak w czasach, gdy krainę tę pieszo i łodzią przemierzał Henry Morton Stanley.

Planując wyprawę do Afryki, wiele czytałem o wojujących islamistach, z zapamiętaniem mordujących niewiernych i urządzających piekło na ziemi w Nigrze, Czadzie i Nigerii, gdzie zbrojna sekta Boko Haram, której członkowie nie mogą znieść widoku zokcydentalizowanych Nigeryjczyków, morduje każdego mężczyznę w spodniach i każdą kobietę w sukience. ­Podobne ugrupowania szukają łatwych celów, polują na turystów, wędrowców, ludzi takich jak my.

W podróż tę wyruszałem więc pełen złych przeczuć. Człowiek, który od pięćdziesięciu lat włóczy się po świecie, rzuca się w oczy. Samotny, podstarzały, odstaje od otoczenia w kraju takim jak Namibia, gdzie średnia długość życia wynosi czterdzieści trzy lata. Pocieszałem się myślą, że widok staruszka samotnie podróżującego po Afryce musi być tak nieprawdopodobny, że każdy, kto mnie zobaczy, tylko się uśmiechnie i uzna za starego wariata. Stwierdziłem, że w spranym ubraniu, wyposażony jedynie w zegarek za dwadzieścia dolarów, tanie okulary przeciwsłoneczne i lichy plastikowy telefon komórkowy, wart tyle samo co zegarek, chyba nie stanę się łakomym kąskiem dla bandytów.

Jednocześnie podejrzewałem, że ta podróż będzie swego rodzaju pożegnaniem. Tak się składa, że wielu innych pisarzy w starszym – albo i w całkiem młodym – wieku żegnało się z podróżami właśnie w Afryce. Ostatnia większa podróż ­Josepha Conrada, a mianowicie czterotygodniowy rejs, który odbył jako nawigator statku w górę i w dół rzeki Kongo, stała się kanwą przejmującej noweli Jądro ciemności napisanej po ośmiu latach od powrotu z Afryki i nazwanej przez niego „przeżyciem, ale przesuniętym trochę (choć bardzo nieznacznie) poza fakty, które zaszły istotnie”[5]. Evelyn Waugh podróżował przez całe życie, a w końcu zimę 1959 roku spędził w Afryce Wschodniej i Środkowej, co opisał w A Tourist in Africa [Turyście w Afryce]. Zmarł sześć lat później. Także Laurens van der Post i Wilfred Thesiger podróżowali po Afryce w starszym wieku, van der Post po pustyni Kalahari, Thesiger zaś w głąb Kenii, po czym opisali te podróże. Ostatecznym safari Hemingwaya była ostatnia poważna podróż z lat 1953–1954 do Afryki Wschodniej, a chociaż sześć lat później Hemingway się zastrzelił, jego fabularyzowaną opowieść o tym safari, To, co prawdziwe o świcie, wiele lat później, bo w 1999 roku, wydał syn Patrick. Kiedy V. S. ­Naipaul opublikował Maskę Afryki, czyli oparte na obserwacjach zebranych w sześciu krajach sążniste rozważania nad „naturą wiary afrykańskiej”, dał jasno do zrozumienia, że to jego ostatnia książka z podróży.

Afryka bywa drapieżna, bywa naprawdę przerażająca, niemniej, jak się przekonał Naipaul, potrafi być życzliwa w stosunku do podstarzałego i niedomagającego podróżnika. Można by oczekiwać, że ludzie powiedzą: „Wracaj do domu, staruszku”. Ale nie, Afryka zwykle nikogo nie odtrąca.

Właśnie dlatego najzieleńszy kontynent wydaje się ideal­ną scenerią podróży pożegnalnej, hołdu złożonego światu przyrodzonemu i zbezczeszczonemu edenowi naszego początku. „Wszystkie głody życia objawiają się tutaj jasno i wyraźnie”, stwierdził przed półwieczem w odniesieniu do Hiszpanii angielski pisarz i podróżnik V. S. Pritchett. Słowa te można śmiało powtórzyć w odniesieniu do Afryki. „Widzimy wszystkie pierwotne głody, którymi żyjemy, a jednocześnie osobliwy splot stoicyzmu, fatalizmu i odrętwienia sprawia, że namiętności natury ludzkiej są okiełznane”. W Afryce dzieje człowieka stoją na głowie i dzięki temu widzimy, gdzie popełniliśmy błąd.

„Afryka przywraca nieodzowne poczucie, że świat jest ogromny, cudowny i szlachetny – stwierdził w The Land God Made in Anger [Kraju, który Bóg stworzył ze złości] Jon Manchip White, który podróżował po południowo-zachodniej Afryce. – Wbrew różnym mędrkom nasza planeta nie jest ani zatłoczona, ani żałosna”.

Samotne podróżowanie obdarza szczególnym przywilejem polegającym na tym, że można być kimkolwiek się chce. Wiele jest krajów zagrożonych czy też miejsc o niepewnej przyszłości. Mam na myśli choćby radioaktywną Ukrainę, pogrążoną w anarchii Czeczenię, udręczone Filipiny czy gnębioną dyktaturą Białoruś. Każdemu z tych krajów można by pomóc, ale gdy jakaś gwiazda, były prezydent lub inna wielka osobistość pragnie okazać serce, prawie zawsze udaje się do Afryki, co wynika może z jej egzotyki, może z prostego dramatyzmu przeciwieństwa czerni i bieli, a może z hipnotycznej niepojmowalności tego kontynentu. W Afryce wspomniany przywilej podróżnika jest niczym nieograniczony, a sama kraina jak żadna inna potęguje związaną z nim świadomość.

Kiedy przez niski, prześwietlony słońcem busz Nyae Nyae szedłem w ślad za pełnymi życia i szybkostopymi Ju/’hoansimi, czułem, że jestem tam, gdzie chcę. Ta wędrówka mnie radowała, bo w pewnym sensie była powrotem do czasów młodości, kiedy w wieku dwudziestu dwóch lat pracowałem w małej szkole wiejskiej w Afryce, co wspominam jako jeden z najlepszych okresów w całym życiu, czas wolności, przyjaźni i wielkich nadziei.

Jeżeli przed tą podróżą miałem złe przeczucia, to dlatego że wyprawa w nieznane jest podobna do umierania. Po męczarniach pożegnań i samego odjazdu człowiek karleje, robi się coraz mniejszy, aż w końcu znika w dali. Wkrótce nikt już za nim nie tęskni i tylko ten czy ów go wspomni przypadkiem, na wpół szyderczo pytając: „Czy cokolwiek wiadomo o starym takim a takim, co to zapowiadał, że się wyniesie do Afryki?”. Wyjechało się, nikt nie może na nas liczyć i kiedy pamiętają nas już tylko mgliście, w tych wspomnieniach pojawia się gorzka nuta, całkiem podobna do urazy, którą ludzie nieraz odczuwają w stosunku do umarłych za to, że umarli. Na cóż możemy się przydać tak odlegli, że nieosiągalni?

W ten sposób podróżnik przedzierzga się w dwa duchy, bo również w dalekim kraju jest tylko widmem, które z obliczem przytkniętym do okna obcej kultury obserwuje życie innych. A to, co się wtedy widzi, jak choćby harmonijne życie w buszu, zawsze ma jeszcze drugą stronę.

Potrzebowałem trochę czasu, żeby zrozumieć, że owo okno Afryki, podobnie jak okno w mknącym przez noc pociągu, jest krzywym zwierciadłem, w którym majaczy również twarz patrzącego. Ju/’hoansi raczyli mnie przedstawieniem i w końcu pojąłem, że lud, który zwał sam siebie Prawdziwymi Ludźmi, w rzeczywistości jest niestety nieprawdziwy. Heroiczny pogański świat złotoskórych Ju/’hoansich był złudzeniem. Miałem nadzieję, że ujrzę ów istny cud na ziemi, kraj niczym nieskalanej rozkoszy, a ujrzałem tylko zdesperowanych ludzi, smętne, skostniałe, wyzute z nadziei istoty, wbrew temu, co mi się zdawało, wcale nie niezniszczalne, lecz rozpaczliwie potrzebujące ratunku.

rozdział_drugi_

Pociąg z Khayelitshy

Kilka tygodni przed wizytą u Ju/’hoansich, którzy śpią na ziemi w najprostszych szałasach, budowanych choćby z gałęzi opartych o drzewo, nawet we śnie czujni z powodu nocnego porykiwania drapieżników, obudziłem się z głębokiego snu w miękkim łóżku luksusowego hotelu pomiędzy kaskadami zieleni spadającymi z flank Góry Stołowej i wodnym lustrem Zatoki Stołowej. Byłem w Kapsztadzie, umoszczonym tak malowniczo pośród wzgórz i urwisk, że to chyba jedyne afrykańskie miasto, któremu nie odmówię dozy wspaniałości.

Ziewając nieskrępowanie, wyszczerzony niczym pawian włączyłem telewizor, ujrzałem zamęt w Europie, tego rodzaju bezmyślność i chaos, jakie odruchowo kojarzymy z Afryką, i gratulowałem sobie w duchu, że jestem daleko stamtąd. Za kilka dni miałem wyruszyć na północ drogą lądową do Namibii, ­Botswany, Angoli i może dalej. Nie snułem długofalowych planów. Byłem sam, z małym bagażem, i potrzebowałem tylko taniego biletu w jedną stronę. Dzienny autobus jeździł do odosobnionego Springbok w Prowincji Przylądkowej Północnej, po czym nocą przekraczał płynącą ze wschodu na zachód Orange, która wyznacza granicę z Namibią.

Jako podróżnik mający już swoje lata połknąłem poranne pigułki, dwie różne przeciwko podagrze, witaminy i dawkę specyfiku powstrzymującego rozwój malarii, a potem, nadal przymulony z powodu zmiany strefy czasowej, strasznie się guzdrałem. Pamiętając jednak, że jestem w podróży, zanotowałem datę i poczyniłem pierwszy zapisek w dzienniku, poświęcony owemu przebudzeniu w puchowym łożu luksusowego hotelu.

W tak przyjemnym miejscu, choćby nie wiem jak dalekim, człowiekowi nawet nie przyjdzie do głowy, że jest za stary na podróżowanie. „Mogę podróżować do śmierci”, myśli sobie, dzwoniąc po obsługę, żeby przyniesiono mu owoce lotosu. („Nie, jednak nie, po namyśle uznałem, że wolę pieprzną polędwicę wagyu z czarną truflą w winegrecie”). Dopiero gdy koczuję w jakiejś norze w buszu albo nie wiem, gdzie podziać oczy w obliczu wrogiego tłumu cuchnących nędzarzy („Meester! Meester!”), albo gdy z popękanego talerza spożywam złowrogi gulasz z czarnego mięsa bądź tonące w tłuszczu niedogotowane i upstrzone sinymi oczkami ziemniaki, albo gdy jakimś gratem telepię się dziewięć godzin wyboistą drogą przez góry – a gwałtowna śmierć jest tak bliska jak czarna przepaść po prawej – dopiero wtedy przychodzi mi do głowy, że rozkoszy tych zażywać winien chyba ktoś inny, młodszy, mocniejszy, bardziej nienasycony, zdesperowany i szalony.

Któż jednak oprze się ciekawości, która już to jako szlachetna dociekliwość, już to jako pospolite wścibstwo czyni ze mnie podróżnika i pisarza?

Badawcze spojrzenie w Europie i Ameryce Północnej prawie wszędzie uważa się za naruszenie prywatności, a na dociekliwe pytania ludzie zwykle odpowiadają złośliwie albo wymijająco. „Aha, piszesz książkę, bracie? No to znajdź sobie inny temat”. Natomiast w Afryce tego rodzaju ciekawość uważa się za miłe zainteresowanie, formę życzliwości, zwłaszcza gdy wymieni się zwyczajowe grzeczności i wszystko przebiega zgodnie z zasadami plemiennej etykiety. Do tego pięknego miasta, a i na sam kontynent afrykański, przywiodło mnie znowu właśnie pragnienie bezpośredniego poznawania rzeczy i ludzi, a więc ta ożywcza siła, która bez końca odnawia w człowieku zdumienie i zachwyt, a niekiedy każe ruszać w świat.

Przy śniadaniu, złożonym z łososia, jajecznicy, owoców, soku gujawowego, zielonej herbaty i razowych grzanek, podczas gdy odzywano się tylko po to, aby poprosić o podanie dżemu albo masła, przejrzałem „Cape Timesa”, w którym nagłówki głosiły: „Góra zamknięta na noc” i „Władze odpowiadają na ataki”. Powodem zamknięcia Góry Stołowej po zmroku byli bandyci i złodzieje, zbiry, których w miejscowej gwarze nazywają ­tsotsis i skelms. Nocni spacerowicze i ludzie podziwiający zza szyb zaparkowanych samochodów rozjarzoną światłami panoramę miasta padali ofiarami napadów, byli bici do nieprzytomności i okradani. Nikt nie miał pojęcia, jak można wyegzekwować zakaz wstępu na taką górę. Ta ogromna dominująca nad okolicą skała o płaskim, szerokim na trzy kilometry szczycie jest częścią masywu, który ciągnie się przez ponad sześćdziesiąt kilometrów, aż do Kaappunt.

Działo się to jednak w Afryce, a więc w królestwie nagłych zmian. Niespełna miesiąc później Górę Stołową, obok zatoki Hạ Long, dżungli amazońskiej, wodospadu Iguazú i trzech innych klejnotów natury, umieszczono na liście siedmiu nowych cudów przyrody. Opromienioną nagle światową sławą górę natychmiast z dumą otwarto dla publiczności.

Owego dnia, kiedy obudziłem się w luksusowym hotelu, poszedłem na spacer po mieście. Wczesnym popołudniem wstąpiłem na obiad do rybnego bistro Texies przy ulicy Adderleya, blisko dworca kolejowego na placu Grand Parade. Siedząc przy stoliku wystawionym na zewnątrz, jadłem smażonego mintaja z frytkami i popatrywałem znad talerza na roztaczający się przede mną widok dostatniego miasta, na zaaferowanych ludzi krążących od sklepu do sklepu, gołębie paradujące po trotuarach i zbierające rzucane przez przechodniów okruszki, gdy nagle w cieniu arkady opodal ogródka, gdzie siedziałem, spostrzegłem grupkę młodych mężczyzn, którzy bacznie mi się przyglądali. Jeden z nich, chudy nastolatek, widząc, że już się nasyciłem, podszedł do stolika i niepewnie zapytał:

– Mogę skończyć?

Tak mnie zaskoczył, że tylko kiwnąłem głową. Chwycił tac­kę z niedojedzonymi tłustymi frytkami i odszedł z nią kawałek dalej tak szybko, że wystraszone gołębie z furkotem umykały mu spod nóg, po czym łapczywie pożarł zdobycz.

Zapiski z podróży bywają jedynie poręczną formą literac­ką, w którą autor wkłada szyderczą mizantropię, mitomanię albo urojone przygody miłosne, ale w tamtej chwili rzeczywiście czułem tylko bezradną litość. A z tego rodzaju przejawem rozpaczy, głodnym mężczyzną bądź chłopcem czyhającym na to, aby zawładnąć resztkami z posiłku bliźniego, w trakcie tej afrykańskiej podróży miałem się zetknąć jeszcze nieraz.

Gdyby mnie zapytano, po co wróciłem do Afryki, chyba musiałbym odpowiedzieć, że właśnie po to, aby pośród rozmaitych przypadkowych spotkań natrafić również na tych nieszczęśników. Nie powiedziałbym, że czegoś szukałem. Nie szukałem niczego. Uciekałem od rutyny, obowiązków i dojmującego niesmaku do czczej gadaniny, rozmów o pieniądzach, opowieści o pieniądzach, oślego śmiechu na przyjęciach. Niesmak to potężny bodziec. Nie przerażał mnie lot zygzakiem do Dubaju, a stamtąd do Kapsztadu, w sumie dwadzieścia dwie godziny w samolocie, trzydzieści godzin podróży. Naprawdę byłem zadowolony, że uciekłem. Podróż bywa protestem, odrzuceniem – swoim wyjazdem jak gdyby pokazywałem figę wszystkim tym pustym ludziom. Wyobrażałem sobie jeszcze, że zachodzili potem w głowę: „Co się stało? Gdzie on się podział? Czy to ja powie­działem coś nie tak?”.

Ale przede wszystkim chciałem wrócić do Afryki i wyruszyć w nową podróż stamtąd, gdzie skończyłem poprzednią.

Kiedy przybyłem tutaj przed dziesięcioma laty, odwiedziłem New Rest, czyli slumsy powstałe na posępnej piaszczystej równinie na przedmieściach Kapsztadu. Gdy wróciłem, właśnie tam chciałem najpierw pojechać, żeby zobaczyć, co się stało z tamtymi budami, barakami i wynędzniałymi ludźmi, którzy wznieśli je na jałowym pustkowiu przy autostradzie.

Czy nadal było to siedlisko udręki składające się z posępnych bud skleconych z kawałków drewna i starej folii, gotowych runąć pod naporem niosącego piach wiatru?

Większość czarnych Południowoafrykanów mieszka w podłych warunkach, bynajmniej nie w malowniczych chatach i krytych strzechą domach na zielonych stokach wzgórz. Trzy czwarte Afrykanów mieszkających w miastach gnieździ się w ohydnych slumsach i obozowiskach. Ale jak zmieniają się takie siedliska przez dziesięć lat?

– Niech pan nie jedzie do slumsów. Niech pan nie jedzie do getta czarnych. Obrabują pana albo gorzej – przestrzegł mnie Kolored w kasie głównego dworca kolejowego w Kapsztadzie po tym, jak odmówił sprzedania biletu do Khayelitshy.

Zaciekawiła mnie jego niezłomna stanowczość, więc zapytałem o powód odmowy. Otóż nie kierował się uprzedzeniami rasowymi, a swego rodzaju troską. Nie chciał sprzedać mi biletu, który uważał za bilet do królestwa przemocy. Powiedział, że bandy bezrobotnych wyrostków z getta i pobliskiego slumsu regularnie napadają na pociąg do Khayelitshy, rzucają kamieniami, wybijają szyby i atakują pasażerów.

Nazajutrz, podbuntowany tymi przestrogami, pojechałem do New Rest, slumsu złożonego z około tysiąca dwustu bud, które w ciągu dziesięciu lat wyrosły na piaskach Kaapse Vlakte (Cape Flats) przy ruchliwej drodze wiodącej na lotnisko. Większość z ośmiu i pół tysiąca mieszkańców żyła w brudzie i nędzy. Warunki były straszne, prawie tragiczne. Nie mieli bieżącej wody ani prądu, nie było drzew. Brud i wyjący wiatr. W tym slumsie stworzonym na szesnastu hektarach piachów przez bezrobotnych i bezdomnych rzecz jasna nie było usług komunalnych, więc owo obozowisko cuchnęło i wyglądało ohydnie. Ludzie spali w budach skleconych z byle jakich desek, kawałków drewna, arkuszy starej blachy, folii, plastiku. Przez szpary w konstrukcji wdzierał się wiatr niosący piasek. Jeden z mieszkańców powiedział mi, że w swoim łóżku zawsze znajduje piach i ziemię.

Pomyślałem wtedy, że trudno sobie wyobrazić gorsze miejsce do życia. Dzikie obozowisko w wielkim mieście, pozbawione zieleni, zbyt piaszczyste, aby dało się w nim hodować cokolwiek prócz mizernych bodziszków i szczeciniastych kaktusów. Wodę trzeba nosić w plastikowych wiadrach, napełnianych z hydrantu, w domu żyje się przy świecach. Ten dom to byle jak sklecona buda, zimna w zimie, gorąca w lecie, bardzo brudna, rzut kamieniem od nieustannie huczącej ruchliwej autostrady. Czy może być gorzej? Niektórzy nazywają takie siedliska nieformalnymi osiedlami, ale miejsca te nie stają się od tego bardziej pachnące.

Pomimo nędzy i brudu ludzie w New Rest nie załamywali rąk i z nadzieją patrzyli w przyszłość. Jeden z mieszkańców, ów mężczyzna, któremu doskwierał piasek nanoszony przez wiatr do łóżka, zaprowadził mnie na spotkanie swego rodzaju rady mieszkańców New Rest, która regularnie zbierała się w jednym z baraków. Od członków rady dowiedziałem się, że mieszkańcy tego slumsu przybyli z Prowincji Przylądkowej Wschodniej, byłych bantustanów Transkei i Ciskei, a także z dzielnic nędzy w East London, Port Elizabeth i Grahamstown, miastach przemysłowych, które kiepsko sobie radziły w warunkach gospodarczych niepodległej Republiki Południowej Afryki. Rada mieszkańców New Rest stawiała sobie za cel przekształcenie slumsu w zwykłe osiedle, gdzie będą ulice, wodociąg, elektryczność, a baraki i budy zostaną zastąpione porządnymi domami. Nazywano to „poprawą warunków in situ”.

Plany ogólne opracowali i wyrysowali nieodpłatnie urbaniści z Uniwersytetu Kapsztadzkiego. Każda, choćby najnędzniejsza buda otrzymała numer, a jej parcelę wpisano do ksiąg wieczystych. Przeprowadzono spis ludności. Programy przebudowy dzikich obozowisk w taki sposób, aby stopniowo zamieniały się w osiedla zapewniające godziwe warunki życia, a więc programy likwidacji slumsów przez podnoszenie standardów, udało się urzeczywistnić w Indiach i Brazylii, ale w Afryce Południowej była to idea pionierska. Motorem tego przedsięwzięcia stała się duma, jaka napełnia człowieka, kiedy potrafi stworzyć sobie bezpieczne miejsce do życia. Istotną rolę odgrywały również troska i życzliwość obcokrajowców. Goście zagraniczni wspierali finansowo ośrodek opieki dziennej, ufundowali trzy maszyny do produkcji cegieł oraz założyli fundusz powierniczy mający działać dla dobra tego osiedla. Funduszem zarządzały nieodpłatnie dwa podmioty, a mianowicie pewna firma organizująca safari i New Rest / Kanana Community Development Trust, który stawiał sobie za cel przyciąganie turystów do gett. Część dzieci otrzymywała pomoc od Amerykanów i Europejczyków, którzy regularnie przysyłali pieniądze na ubrania i opłaty szkolne. Program podźwignięcia New Rest był przedsięwzięciem cokolwiek szalonym i rozwijanym z dnia na dzień, ale ze względu na to, że w wielkiej mierze opierał się na samopomocy, wzbudził we mnie sympatię i nadzieję.

Cóż zatem zaszło przez te dziesięć lat?

Drugiego dnia pobytu w Kapsztadzie po tak samo wystawnym śniadaniu w hotelu wybrałem się do owej dzielnicy nędzy, co wymagało półgodzinnej jazdy w dół, a potem wokół Góry Stołowej. Znalazłem taksówkarza, który mieszkał niedaleko New Rest, na starszym osiedlu o nazwie Guguletu, dokąd również chciałem pojechać, bo i tam byłem przed dziesięcioma laty.

Istotnie afrykańska marszruta. Nie wyobrażam sobie, żeby przyjezdny chociażby w moim rodzinnym Bostonie, kiedy wstanie rano z puchowej pościeli w luksusowym hotelu, zjadłszy wystawne śniadanie, wzywał taksówkę i powodowany zwykłą ciekawością wyruszał na zwiedzanie biedniejszych części miasta, jechał na osiedla czarnych w Roxbury, gdzie bulwar Malcolma X odchodzi od placu Dudleya, zapuszczał się do ubogich Charlestown i Chelsea albo oglądał narożne sklepiki i salony bilardowe w dwupiętrowych kamienicach przy podłych uliczkach w Everett. Gapie nie są tam mile widziani, a nawet gdyby byli, nikt nie wybierałby się tam bez powodu, ponieważ biedne dzielnice amerykańskich miast uchodzą za miejsca niebezpieczne. Wyraźnie uzmysławiałem sobie zatem, że podróżnik cieszy się w Afryce Południowej szczególnym przywilejem, skoro może penetrować strefy, jakie obawiałby się badać w swoim kraju.

Co więcej, rzecz jest banalnie prosta. W Kapsztadzie wiele gett i dzielnic nędzy, wyglądających niekiedy niemal identycznie, można zwiedzić w ramach zorganizowanych wycieczek, które wszędzie reklamowano jako swoistą atrakcję turystyczną.

– Imizamo Yethu – oznajmił przez głośniki przewodnik, gdy miejski autobus turystyczny zbliżał się do wzgórza, z którego wzdłuż szutrowych dróżek spływały kaskady dziadowskich bud i szop. – Znaczy to tyle, co Nasza Walka. Zaczęło się od dzikiego obozowiska, a dzisiaj to już prawie miasto. Ludzie zaczęli się tu osiedlać w latach osiemdziesiątych, kiedy odzyskali swobodę przemieszczania się. Osiedle rosło przez całe lata dziewięć­dziesiąte. Można wysiąść i pod opieką jednego z mieszkańców zwiedzić to miejsce. Następny autobus przyjedzie za pół godziny…

Mój taksówkarz Thandwe należał do ludu Khosa, pochodził z Port Elizabeth w Prowincji Przylądkowej Wschodniej, a w te strony przybył przed dwudziestu siedmiu laty jako mały chłopiec, ponieważ oddano go pod opiekę wuja, który tutaj mieszkał.

– Czasem jeżdżę do domu – powiedział Thandwe – ale chcę zostać tutaj.

Jechaliśmy autostradą, którą zna prawie każdy przybysz z zagranicy, ponieważ jest główną trasą dojazdową do kapsztadzkiego lotniska międzynarodowego. Wyglądałem – pragnąłem – zmian na lepsze, miałem nadzieję, że będzie inaczej.

– New Rest, to tutaj – oznajmił Thandwe, wskazując osiedle złożone z porządnych, krytych rudobrunatną dachówką domów, oddzielone wysokim płotem od drogi.

Nie były to wyremontowane chaty ani rudery, zobaczyłem nowe i solidnie zbudowane domy, a stały tak blisko siebie, że nie miałem wątpliwości, iż wzniesiono je na miejscu owych bud i szop, które widziałem dziesięć lat temu. Najwyraźniej idea „poprawy warunków in situ” opracowana przez urbanistów z uniwersytetu stała się rzeczywistością.

Zjechaliśmy z autostrady w boczną drogę prowadzącą do New Rest, po czym krążyliśmy po uliczkach rzeczywiście już całkiem porządnego osiedla. Czterdzieści lat temu był to teren dziki, wiejski, o duchowym i obrzędowym znaczeniu dla miejscowych Khosa. W tutejszym buszu próbę odosobnienia przechodzili chłopcy (nowicjusze, mkweta) poddawani inicjacyjnemu obrzędowi obrzezania (ukoluka). Penis pozbawiano napletka za pomocą ostrza dzidy (mkonto), nieraz srodze go okaleczając, po czym cała grupa nowicjuszy pozostawała w odosobnieniu do czasu zabliźnienia się ran. Przed dziesięciu laty opowiadano mi, że w czerwcu i grudniu widywało się grupy nowo obrzezanych chłopców, „czasem bardzo liczne, ukrywające się głęboko w buszu”.

Teraz już tak nie było. Zarośla wykarczowano, zamiast buszu pojawiły się domy, nie ostało się ani jedno drzewo. Wiele się zmieniło i rozumiałem, jak do tego doszło. Najpierw przybysze z dalekich wiosek założyli dzikie obozowisko, budując z gałęzi drzew, szmat i folii swego rodzaju szałasy, następnie te prowizoryczne schronienia ulepszano za pomocą starych desek, arkuszy blachy, aż obozowisko zamieniło się w slums. Z czasem pojawiły się komunalne hydranty i toalety, a w końcu, dzięki uporowi ludzi, tych, którzy w czasie mojej poprzedniej wizyty mówili: „Zostajemy tutaj, to nasz dom”, dzięki zapałowi urbanistów, dobroczyńców i sympatyków, nędzne budy zastępowano normalnymi domami. Powołano instytucję rządową do spraw odbudowy i rozwoju, która zajmuje się poprawą warunków życia w slumsach i obozowiskach.

– Teraz mają tu sklepy. Blisko jest szkoła – mówił Thandwe. – Sporo dobrego zrobiły mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Po tym, jak Republika Południowej Afryki została gospodarzem mundialu, w największych miastach zbudowano trzy ogromne stadiony i gruntownie odnowiono siedem starych. Powstawały nowe hotele, modernizowano transport publiczny i cały ten wielki ruch inwestycyjny budził świadomość potrzeby poprawy warunków mieszkaniowych ludzi zatrudnianych do obsługiwania nowej infrastruktury. Niskopłatni pracownicy sektora usług, tacy jak służba domowa, ogrodnicy, mechanicy, pomywaczki, sprzątaczki, kierowcy autobusów, taksówkarze, kelnerzy, nianie, pielęgniarki i nauczyciele, a więc ludzie, dzięki którym Afryka Południowa nie boryka się z problemem taniej siły roboczej, pochodzą właśnie z dzielnic nędzy. Dlatego modernizacja slumsów stała się warunkiem należytego funkcjonowania południowoafrykańskich miast.

Inny dzień, inny wyjazd sprzed mojego uroczego hotelu w centrum Kapsztadu, z innym kierowcą. Na imię miał Phaks, co wymawia się „Pax”. Polecono mi go jako człowieka, który zna życie w dzielnicach nędzy od podszewki, bo sam mieszka gdzieś w monstrualnym gąszczu slumsów Khayelitshy, półmilionowego getta, gdzie bezrobocie przekracza osiemdziesiąt procent i które otacza złowroga sława siedliska przestępców, nierobów, hazardzistów, pijaków i walczących ze sobą gangów.

– Nie jest aż tak źle – stwierdził Phaks, gdy jechaliśmy auto­stradą. Był raczej wesoły, chociaż najwyraźniej gnębiły go jakieś niezałatwione sprawy, bo chwilami smutniał i wydawał się czymś dotknięty.

Przemknęliśmy obok dzielnicy szóstej, która w epoce apartheidu tętniła życiem, opierała się rasizmowi i kwitła jako bezpieczne, wielorasowe stare śródmieście Kapsztadu, słynące z muzyki, jedzenia i wyjątkowej atmosfery. Pod koniec lat sześćdziesiątych władze miasta postanowiły zmodernizować tę dzielnicę i oddać ją białym. Sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców podzielono według rasy i przesiedlono do odpowiednich dzielnic, białych na obszary zamieszkane przez białych, czarnych do Khayelitshy, a osoby mieszane rasowo (Koloredów) do Mitchells Plain i Bonteheuwel.

Planowano wybudować nowe osiedle przeznaczone wyłącznie dla białych, które nazwano Zonnenbloom (Słonecznik), ale nic z tego nie wyszło. Nikt nie chciał tam mieszkać i po dziesięciu latach ziało tam jałowe pustkowie rozciągnięte między dwoma kościołami. Kościoły były wszystkim, co zostało z dzielnicy szóstej.

Od czasu mojej poprzedniej wizyty coś się jednak zmieniło. W 2005 roku w ramach rządowego programu odbudowy i rozwoju postawiono tam nowe domy. Niektóre z nich – ale nie wszystkie – były zamieszkane.

– Czekają na byłych mieszkańców – powiedział Phaks. – Ale nie każdy chce wracać.

– To porządne nowe domy, w śródmieściu, w bezpiecznej okolicy – zauważyłem. – Dlaczego nie chcą wracać?

– Mówią, że jest inaczej, więc wolą zostać tam, gdzie są.

– W jakim sensie „inaczej”?

– To nie jest już dzielnica wielorasowa. Są tu sami czarni.

Phaks zabrał mnie potem do Langi, getta, które znajduje się blisko właściwego Kapsztadu i podobnie jak inne getta leży przy autostradzie wiodącej na lotnisko. Szczególny charakter Langi polega na tym, że było to jedno z pierwszych gett czarnych. Phaks oznajmił, że osadnictwo zaczęło się tam w 1900 roku, co jednak zaraz skorygował jadący z nami miejscowy historyk, stwierdzając, że w rzeczywistości ludzie zaczęli się tam osiedlać w 1927 roku. Phaks dodał, że „langa” znaczy tyle, co „słońce”, a historyk wyjaśnił, że nazwę tę nadano temu miejscu na cześć słynnego dziewiętnastowiecznego wodza i buntownika Langalibalele, który skazany na banicję jako wichrzyciel osiadł w tamtej okolicy.

Ów historyk został wynajęty przez Phaksa. Należał do ludu Khosa, na imię miał Archie. Tłumaczył, że Langa stała się gettem za sprawą apartheidu, a zwłaszcza ustawy o terenach mieszkalnych grup rasowych, nakazującej osobom kolorowym osiedlanie się w wydzielonych miejscach. Zamknięcie ludności kolorowej w gettach urzeczywistniono dzięki przyjętej w 1952 roku ustawie o obowiązku meldunkowym, nakazującej kolorowym noszenie dowodów osobistych, zwanych oficjalnie bewysboek, czyli książką rejestracyjną, a przez samych posiadaczy nazywanych powszechnie dompas, czyli głupią przepustką.

Dompas była w gruncie rzeczy paszportem wewnętrznym, liczyła wiele stron i wyglądała jak zwykły paszport. Południowo­afrykańska parlamentarzystka i przeciwniczka apartheidu Helen Suzman uznała dompas za „najbardziej znienawidzony symbol apartheidu”. „Dompas zawierała fotografię posiadacza, jego odciski palców, historię zatrudnienia, urzędowe pozwolenie na przebywanie w określonej części kraju, kwalifikacje zawodowe, pozwolenie na podejmowanie pracy w danym regionie, a także adnotacje pracodawcy na temat osiągnięć i zachowania pracownika”.

Protesty przeciwko ograniczeniom wolności osobistej, zapoczątkowane przez dzielne kobiety w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, a w latach sześćdziesiątych kontynuowane przez mężczyzn zainspirowanych przykładem kobiet, prowadziły do represji, strasznej masakry w Sharpeville, tym bardziej stanowczych protestów, które w końcu zwróciły uwagę świata na walkę z apartheidem. We współczesnej Afryce Południowej w celu upamiętnienia ludzi walczących z apartheidem ustanowiono dwa święta państwowe, a mianowicie Narodowy Dzień Kobiet i Święto Praw Człowieka. Ustawy ograniczające wolność osobistą kolorowych mieszkańców Afryki Południowej i wprowadzające paszporty wewnętrzne zniesiono w 1986 roku, po trzydziestu czterech latach obowiązywania.

O paszportach wewnętrznych i segregacji rasowej Archie opowiadał mi z gniewem graniczącym z wściekłością. Spacerowaliśmy po ulicach Langi, na których walały się śmieci, stare opony, potłuczone butelki. Zaśmiecone były nawet świeżo obsadzone kwiatami rabaty i ogrodzone płotkami trawniki.

– Wasz Bill Gates pomógł w urządzaniu tego ośrodka kultury – powiedział Archie, oprowadzając mnie po Centrum Kultury i Sztuki Guga S’thebe, gdzie w sali na tyłach trzy kobiety malowały wzorki na ceramicznych dzbankach i kubkach, ucząc się rzemiosła, które być może da im pracę.

Południowoafrykańskie kobiety wydały mi się bardziej przedsiębiorcze od mężczyzn, wśród których w Landze bezrobocie wynosiło sześćdziesiąt procent. Ośrodek kultury ma fantazyjną formę, ściany pomalowane na jaskrawo, fasadę ozdobioną ceramicznymi rzeźbami i mozaikami. Zbudowano go już po upadku apartheidu z myślą o organizowaniu warsztatów, przedstawień i innych wydarzeń kulturalnych i był chyba jedyną nową budowlą wzniesioną w dzielnicy Langa. Rozmyślnie postawiono go w pobliżu miejsca, gdzie w 1954 roku tysiące mieszkańców Langi protestowało przeciwko segregacji rasowej. Demonstranci najpierw masowo palili dompas, a potem pomaszerowali do centrum Kapsztadu. Ośrodek kultury, chociaż liczył zaledwie dziesięć lat, był już w kiepskim stanie, zaśmiecony i pustawy. Jako atrakcja na trasie wycieczek po biednych dzielnicach Kapsztadu przyciągał w istocie więcej turystów niż mieszkańców Langi.

– Na czym polegała pomoc Billa Gatesa?

– Podarował nam te komputery.

Na biurkach stały trzy nieużywane komputery o zakurzonych klawiaturach i zgaszonych ekranach.

– Niestety od roku nie działają.

Być może nie wiedząc o tym, Archie nie wspomniał, że fundacja Gatesa wspierała finansowo kampanię uświadamiającą na temat HIV i AIDS. Langa była jednym z obszarów największej zachorowalności na AIDS w Afryce Południowej. Sobota stała się swoistym „dniem pogrzebowym” i co tydzień grzebano przeciętnie czterdzieści ofiar choroby. Pomimo akcji edukacyjnych na ten temat umieralność z powodu AIDS w Landze stale rosła.

– Chodźmy tędy – powiedział Archie.

Kiedy zewnętrzną częścią stopy kopnął puszkę po piwie, usuwając ją z drogi, skorzystałem z okazji, żeby zapytać, dlaczego rabaty kwiatowe przed ośrodkiem kultury są takie zaniedbane, a na całej ulicy i chodnikach walają się puszki po piwie, papiery i torby foliowe.

– Nie wiemy, co z tym robić. Ludzie rzucają śmieci gdzie popadnie i tak to wygląda.

– Dlaczego nie sprząta się śmieci?

– Jest z tym kłopot.

– Archie, wystarczy przecież miotła i kubeł.

– Zajmują się tym służby miejskie.

– Skoro tak, to czemu ten szajs ciągle tu leży?

Umyślnie zadawałem mu te niewygodne pytania, ponieważ przedstawił się jako rzecznik prasowy, a Centrum Kultury i Sztuki Guga S’thebe było główną atrakcją wycieczek po byłych gettach Kapsztadu. Właśnie podjechał autobus z białymi turystami, którzy wysiadłszy, toczyli wokół zdumionym spojrzeniem, jak gdyby pytali: „Gdzie my jesteśmy?”. W dzielnicy, gdzie dziesiątki tysięcy mieszkańców nie mają pracy ani w ogóle nic do roboty, nikt nie zajmuje się sprzątaniem śmieci. Wszędzie wokół widziało się ludzi siedzących bezczynnie, gadających, gapiących się na turystów.

Niewykluczone, że Archie, pochłonięty piętnowaniem niesprawiedliwości apartheidu, po prostu nie zauważał nieporządku. W rzeczy samej wydawał się zirytowany, że o tym wspomniałem. Żeby odwrócić moją uwagę, a może wytłumaczyć powody tego niedbalstwa, zawołał:

– Dawno temu żył tutaj prorok Ntsikana, który przepowiedział przyszłość!

– Co wróżył?

– Było to w 1600 roku – powiedział Archie, po czym podniósł głos, jak gdyby powtarzał słowa proroka. – Ludzie wyjdą z morza – oznajmił i wysunął palec dla podkreślenia wagi tych słów. – Ci ludzie będą mieli księgę i pieniądze – powiedział i pogroził palcem. – Przyjmijcie księgę, ale nie bierzcie pieniędzy! – zawołał i opuścił rękę. – Ale przyjęli jedno i drugie – zakończył.

– Nie powinni byli brać pieniędzy?

– Stąd całe zło – odrzekł Archie.

Zapamiętałem imię „Ntsikana” i później ustaliłem, że w swoim czasie istniał prorok Khosa o tym imieniu i że jego życie jest dobrze udokumentowane. Działał na przełomie XVIII i XIX wieku i był twórcą „czarnej teologii”, samorodnym chrześcijaninem, bo wprawdzie zetknął się z misjonarzami, ale ani nie został ochrzczony, ani nie odbierał od nich żadnych nauk. W 1815 roku Ntsikana doznał objawienia, „oświecenia duszy”, które utwierdziło go w wierze w monogamię, chrzest w rzece i niedzielną modlitwę do najwyższego Boga. Pisał hymny i poezje. Podkreślał, że nawrócił się samorzutnie, więc potem jego uczniowie i zwolennicy utrzymywali, że „chrześcijaństwo ludu Khosa zrodziło się bez udziału misjonarzy”.

„Jestem zesłany przez Boga, ale podobny do świeczki – rzekł Ntsikana, używając pięknej metafory światła i skończoności. – Niczegom do siebie nie dodał”. Gorliwie głosił wiarę, ustanawiając wiejskie wspólnoty w całej Prowincji Przylądkowej Wschodniej. Pewnego dnia Ntsikana przepowiedział lądowanie ludzi innej rasy na wybrzeżu Afryki Południowej. O tych przybyszach mówił, że mają „przezroczyste uszy, przez które czerwono prześwieca słońce” i „włosy tak długie jak ogon zebry”. Przedtem zetknął się już z białymi, więc i opisał ich adekwatnie, ale najwyraźniej przestrzegał też swoich zwolenników, aby nie ufali przybyszom. Umarł w 1821 roku, pochowano go opodal Fort Beaufort w Prowincji Przylądkowej Wschodniej, a jego grób jest celem pielgrzymek.

Chociaż Archie pomylił niektóre szczegóły, dzięki jego zaskakującej opowieści dowiedziałem się o istnieniu tej żywotnej sekty, która nadal liczy wielu wyznawców. Spacerowaliśmy po wyboistych chodnikach zaśmieconych ulic, które biegły pomiędzy rzędami piętrowych bloków zbudowanych z pustaków i tchnących więzienną surowością osiedli komunalnych. Archie powiedział, że pierwotnie były to hotele robotników sezonowych, samych mężczyzn, których w okresie apartheidu zatrudniano w Kapsztadzie jako służących i do prostych prac fizycznych. Ludzie ci musieli mieć paszporty wewnętrzne, a w celu utrzymania wśród nich dyscypliny kwaterowano ich w odosobnionym miejscu, oddzieliwszy od żon i dzieci, które zostawały w dalekich wioskach.

Za tymi obdrapanymi hotelami w wielkim ścisku tłoczyły się drewniane budy. W drzwiach sterczały obszarpane dzieci, którym w ten chłodny poranek ciekło z nosów.

– Jeszcze więcej ludzi – mruknąłem – jeszcze więcej bud.

– Nieformalne osiedle – powiedział Archie.

Ilekroć słyszę to sformułowanie, uśmiecham się smętnie, bo wyobraźnia podsuwa mi obraz ludzi wylegujących się na sofach w jasnych domach.

– Takie osiedla nazywają siyahlala.

Poprosiłem, żeby przeliterował to słowo, i je zanotowałem.

– To w języku khosa – wyjaśnił Archie. – Znaczy tyle, co „zostajemy tutaj”.

Powiedział, że w każdej budzie mieszka pięć albo i sześć osób, chociaż odnosiłem wrażenie, że za ciasno byłoby już dwóm. Za blokami i budami, na skraju tego nędznego osiedla stały jeszcze kontenery spedycyjne, wielkie pordzewiałe stalowe skrzynie, i w nich również mieszkali ludzie – ci, którzy przybyli niedawno, jak powiedział Archie. Niektóre z kontenerów podzielono między dwie lub trzy rodziny, rolę okien i drzwi odgrywały wycięte palnikiem otwory o poszarpanych brzegach. Tu i tam przy zaimprowizowanych straganach sprzedawano osmalone owcze łby.

– Nazywamy je śmieszkami – powiedział Archie i wyjaśnił, że kiedy odrąbany łeb położy się na ruszcie, wargi kurczą się, jak gdyby łeb się uśmiechał. – Miejscowi jedzą ten specjał z „krwawą jatką” – dodał, chichocząc. – To znaczy z sosem pomidorowym.

Kiedy spacerowaliśmy, gapiła się na nas nastoletnia młodzież, przesiadująca na ławkach i starych oponach. Niektórzy łypali chmurnie z wnętrza bud, część spoglądała znad gry w karty bądź w trakcie kopania futbolówki, pozostali zaś stali niczym czaple, na jednej nodze z drugą podkuloną. Cała ta młodzież zbijała bąki, a rzucała się w oczy, bo była wszędzie. Nawet nie dziesiątki, lecz setki młodych ludzi najwyraźniej niemających nic do roboty. Kilku ruszyło za mną i Archiem, ale wkrótce zrezygnowali. Być może szliśmy zbyt szybko. „Chodź szybko i sprawiaj wrażenie bardzo zajętego”, brzmiała jedna z zasad, jakimi się kierowałem w tego rodzaju potencjalnie niebezpiecznych miejscach.

Archie powiedział, że hotele odnowiono w 2002 roku. Znaczyło to chyba, że nadano im tę brudnożółtą barwę, którą widziałem. Weszliśmy do jednego z bloków. Szereg dwuizbowych mieszkań pełnych brudnych materacy.

– Tutaj jest sześć pokoi – powiedział Archie w innym bloku.

W pomieszczeniach kłębiły się zatęchłe kołdry, stare łachy, zdarte buty, plastikowe zabawki, były też odtwarzacze CD i radia.

– Ile osób tu mieszka?

– Trzydzieści osiem.

Musiał zauważyć mój grymas niedowierzania.

– Niektórzy śpią na stole – wyjaśnił. – Pod stołem też.

Bieda aranżuje nieraz osobliwe wspólnoty łoża. Zagłębiając się w coraz gęstszy smrodek, dotarliśmy do ostatniej klitki, gdzie stały dwa wąskie łóżka. Archie znał gnieżdżącą się tam rodzinę.

– Mieszka tu dziewięć osób – powiedział.

Usiłowałem wyobrazić sobie, jak mogą się pomieścić na łóżkach i na podłodze tego „pokoju”, który miał nie więcej niż jakieś dwa i pół na półtora metra. Archie pokiwał głową, zadowolony, że wprawił mnie w zdumienie – niektóre z wycieczek do dzielnic nędzy najwyraźniej służyły szokowaniu zwiedzających. Pomyślałem, że i w Stanach muszą istnieć takie miejsca, być może nawet jest ich dużo, tyle że o tym nie wiem. W Stanach nie organizuje się do nich wycieczek, nie ma ludzi takich jak Phaks i Archie, którzy pokazują je innym.

– Najgorsze jest to, że wszyscy korzystają z jednej toalety – powiedział Archie, mając na myśli trzydziestu ośmiu lokatorów tego mieszkania.

– A gdzie są teraz?

– Na dworze – odparł. – Jest za ciasno, żeby siedzieć tu w dzień.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] H. D. Thoreau, Życie bez zasad, przeł. H. Cieplińska, Warszawa 1983, s. 252 (jeśli nie podano inaczej, przypis pochodzi od tłumacza).

[2] J. W. Goethe, Podróż włoska, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1980, s. 49.

[3] Tamże, s. 129.

[4] H. D. Thoreau, Sztuka chodzenia, przeł. P. Madej, Kraków 2001, s. 44.

[5] J. Conrad, Jądro ciemności, w: tegoż, Dzieła wybrane, t. 7, przeł. A. Zagórska, Warszawa 1987, s. 171.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie I