Wielbiciel - Max Czornyj - ebook
NOWOŚĆ

Wielbiciel ebook

Max Czornyj

3,9

138 osób interesuje się tą książką

Opis

Stali się niewolnikami nieobliczalnego człowieka, który porwał ich córkę, a potem zawładnął ich życiem.

Nowy thriller psychologiczny Maksa Czornyja, autora bestsellerów.

Porwana dziewczynka, okrutna śmierć, tajemnice z przeszłości i szantaż.
Trzy różne osoby, trzy różne historie, jedna obsesja.

W kulminacyjnym momencie kampanii wyborczej ginie kandydatka na prezydenta.
Wstępne ustalenia nie dają odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy było to samobójstwo, czy morderstwo?
Tymczasem z przydomowego ogrodu kontrkandydata zmarłej zostaje porwana jego kilkuletnia córka.
Wydaje się, że za wszystkie sznurki pociąga jedna osoba. Kim jest? Patologicznym prześladowcą, podglądaczem czy bezwzględnym mordercą?
Co miała na celu od wielu lat opracowując swój chory plan?

Prawdziwy Wielbiciel chce stać się tym, kogo wielbi.
Wie wszystko i nie można przed nim uciec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To człowiek zawsze stwarzał swoich bogów, nie zaś oni jego.

Anton Szandor LaVey, Biblia Szatana

 

Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,

Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna.

George Byron, Giaur (tłum. A. Mickiewicz)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowi Chabrosowi, 

przyjacielowi od piaskownicy i pierwszego ogniska.

Życząc tylko udanych profili – w życiu zawodowym

oraz prywatnym.

 

PS Nie analizuj tego, że najpierw wspomniałem o pracy!

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

– Wyobrażasz sobie życie bez dziecka? – zapytał, patrząc na zdarte czubki butów. – Jaki to ma sens? Można się oszukiwać, że chodzi o dom, o pracę, ale to nic niewarte pieprzenie. Sens ma tylko to, co pozostawisz po sobie żywego. Inaczej już od dawna jesteś martwa.

Wzruszył ramionami. Lina oplatająca jego kark się poruszyła. Czuł jej szorstki dotyk.

Gdyby była za krótka, skazałby się na męki duszenia. Możliwe, że zdołaliby go nawet odratować. Idealna długość gwarantowała rozerwanie rdzenia kręgowego i natychmiastową śmierć. Znaczenie miało też umocowanie węzła. Powinien być podłożony niemalże pod sam podbródek. Wtedy w chwili zawiśnięcia głowa odginała się maksymalnie do tyłu. Wbrew temu, co pokazuje się na filmach, wisielcy patrzą w gwiazdy, nie w ziemię.

Przesunął stopy po wytartym obiciu. Czubki jego butów przekroczyły krawędź krzesła.

– Nie rób tego! – Jego żona wybuchła szlochem. – Proszę, nie rób!

Była bliska histerii. Stała ciągle w tym samym miejscu, wiedząc, że nie może przekroczyć niewidzialnej granicy. Jej ruch oznaczał jego ruch. Zaciskała zęby, aby powstrzymać drżenie ust.

– Żadne z nas nie może cofnąć czasu – szepnął. – Choćbyśmy modlili się o to przez całą wieczność.

Jak na ostatnie słowa brzmiało to całkiem ładnie. Może gdzieś to już słyszał?

Zrobił krok do przodu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

BERNARD SZAJER I BERNI

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ PIERWSZY

 

 

 

1.

 

Bernard Szajer zapadł się w skórzanej kanapie. Ze szklanką mleka w jednej ręce i miską płatków śniadaniowych w drugiej. Tak lubił najbardziej. Chrupać pojedyncze płatki i zapijać je, a nie jeść rozmokłą papkę.

Zapowiadał się ciężki dzień. Za trzy godziny miał zaplanowane spotkanie z członkami sztabu wyborczego, potem lunch z przedsiębiorcami, a o czternastej wygłaszał przemówienie w auli uniwersyteckiej. Zgodnie z sondażami, studenci stanowili istotną część jego elektoratu. Na tyle istotną, że nie mógł sobie pozwolić na najdrobniejszą wpadkę. Przez pół nocy powtarzał w myślach ostateczną wersję tekstu. Przez drugie pół nadawał jej nowy kształt. Przespał co najwyżej dwie godziny, ale adrenalina skutecznie przegoniła zmęczenie. Poranny prysznic w lodowatej wodzie dopełnił dzieła. Na jego przystojnej, gładko ogolonej twarzy nie było ani jednej zmarszczki.

Odstawił miskę na szklany stolik i sięgnął po tablet. Kiedy tylko go uruchomił, rozładowała się bateria.

– Szlag! – rzucił pod nosem.

Rozejrzał się za ładowarką, ale musiała zostać w sypialni. Nie chciał wracać i budzić żony przetrząsaniem wszystkich zakamarków. Miał okropny nawyk rozrzucania rzeczy, gdzie popadnie. Tyle że zgubione rzeczy potrafiły naprawdę zirytować.

Kątem oka zauważył, że do salonu skrada się jego córka, czterolatka o wielkich niebieskich oczach i burzy jasnych włosów. Najpiękniejsze dziecko, jakie tylko mógł sobie wyobrazić. Udał, że jej nie zauważył, zajęty lustrowaniem zacieków na szklance mleka. Kiedy dziewczynka podkradła się bliżej, szybko odstawił szklankę i odwrócił się, szeroko rozkładając ręce.

– Buu! Mam cię!

Dziewczynka podskoczyła z piskiem, a on cicho się zaśmiał.

– Chodź, Różyczko, nie obudź mamy! – Przesunął się na kanapie, wskazując, żeby usiadła. – Chcesz już śniadanie?

– Jeszcze nie. Za chwilę.

„Za chwilę” znaczyło, że zanim do niego przyszła, ukradkiem pochłonęła kilka łyżek kremu czekoladowego. Tak samo ukradkiem, jak przed chwilą się do niego skradała.

Dziewczynka wgramoliła się na kanapę i usiadła obok niego. Zwiesiła bezwładnie nóżki, zwracając na siebie uwagę. Szajer objął ją ramieniem i delikatnie przewrócił na plecy. Połaskotał ją pod żebrami. Znowu zapiszczała, tym razem jednak dużo ciszej. Śmiejąc się, obróciła się na bok i położyła głowę na jego kolanie. Spokojnym ruchem pogładził jej włosy.

– Kiedy będziesz głodna, to mów.

– Mhm. I nakarmimy Fiodona.

Róża nie miała problemów z wymawianiem litery „r”, ale uparcie przekręcała imię ich kota. Szajera zawsze to bawiło. Wziął całą garść płatków i głośno je żując, włączył telewizor.

Na paśmie lokalnym emitowano wydanie specjalne. Czerwony pasek informacyjny alarmował, że odnaleziono zwłoki jednej z kandydatek na urząd prezydenta miasta. Reporterka, która najwyraźniej nie radziła sobie z wejściem na żywo, miała przerażenie w oczach.

To zdarzenie może obrócić trendy wszystkich ostatnich sondaży – mówiła drżącym głosem. – Niewielkie różnice punktowe wskazują, że decyzja jej wyborców rozstrzygnie o wyniku całego wyścigu. Tymczasem eksperci w studio apelują do kandydatów o zawieszenie kampanii. Nie udało nam się dotychczas uzyskać od nich żadnego stanowiska. Zapewne więcej dowiemy się w ciągu najbliższych godzin, a może minut….

Jego córka w ogóle nie zwróciła uwagi na tę informację. Mimo tego przyciszył telewizor. Pomyślał, że jego wyłączony na noc telefon został zapchany setką wiadomości. Przygryzł wargę. Jedyne, co czuł, to niepewność. Cokolwiek proponowaliby jego doradcy, musiał wypełnić wszystkie zobowiązania na ten dzień.

Lunch i spotkanie ze studentami były priorytetowe. Później będzie można zawiesić kampanię. Na dwa, trzy dni, podczas których wszyscy przywdzieją sztuczną żałobę. Tylko co z jej wyborcami? Na kogo się przerzucą? A może zrezygnują z udziału w wyborach? Tego nie wiedział. I to frustrowało go najbardziej.

Na korytarzu na dole rozległy się kroki.

– Mamusia wstała! – Róża podniosła głowę z jego kolan. – Zrobimy śniadanie?

Szajer jeszcze raz przegładził włosy córki i wyłączył telewizor. Odstawił na stolik pustą szklankę. Kiedy Maria Szajer weszła do salonu, powitał ją wymuszonym, szerokim uśmiechem.

 

 

2.

 

Lunch z przedsiębiorcami okazał się totalną klapą. Wszyscy mówili tylko o jednym. Szajer w żaden sposób nie mógł przejść do meritum i zachęcić ich do głosowania właśnie na siebie. Impertynenckie przywołanie celu spotkania byłoby strzałem w stopę. A zatem przez ponad godzinę, w akompaniamencie doskonałych przystawek, a potem dań głównych, udawał totalnie załamanego. Pluł sobie w brodę za odgrywanie tej szopki, ale robił to dalej. Pilnował się, aby nie przywołać na twarz choćby chwilowego uśmiechu. Cały czas zachowywał pozory żałoby, pamiętając o potajemnie wycelowanych w niego obiektywach.

Ubrał się w ciemnogranatowy, prawie czarny garnitur i dobrał do niego równie ponury krawat. Kolorystyka, której wystrzegał się od czasów studenckich. W kampanii niemal codziennie propagował luźny, dość ekstrawagancki styl. Lniane marynarki, pstrokate poszetki, mokasyny na bosych stopach. To się sprzedawało. Tak samo jak sprzedawały się jego wysportowana, elegancka sylwetka i swobodny sposób bycia. Ludzie po prostu to lubili.

W krawacie czuł się nieswojo. Co chwilę odciągał palcem kołnierzyk od szyi. Koszula była doskonale skrojona, lecz zapięty ostatni guzik zawsze przyprawiał go o nieprzyjemne uczucie, jakby go podduszano. Musiał się do tego przyzwyczaić. Przynajmniej na kilka dni.

O umówionej porze Jan Rapacki, szef jego kampanii, dał znak, że lunch dobiega końca. Godzina życia została bezpowrotnie stracona, a wesołe spotkanie okazało się niespodziewanie stypą. Nie mógł zrozumieć, że przedsiębiorcy okazali się tak małostkowi. Iskierkę nadziei dał mu gruby biznesmen, który zaczepił go dopiero w hotelowym lobby. Był to jeden z deweloperów zajmujących się wykupem podmiejskich parceli i zamienianiem ich w luksusowe dzielnice.

– Ma pan mój głos – szepnął, zmierzając za nim do szatni. – Mogę dotować kogoś, kto przez tyle czasu potrafił zachować dyskrecję. I to za swoje pieniądze! Zrobimy razem interes.

Biznesmen uśmiechnął się i przemknął koło recepcji. Szajer nie wiedział, co o tym sądzić. Równie dobrze pokraczny tłuścioch w stroju od Armaniego mógł żartować, co proponować współpracę. Natychmiast polecił Rapackiemu zdobyć jego numer telefonu i przemyśleć możliwość spotkania.

Na bezrybiu i rak ryba. Co najwyżej, kontaktując się z przedsiębiorcą, wyjdzie na totalnego idiotę. Ale tylko w jednej parze małych, cwaniackich oczek.

Pożegnał się ze wszystkimi i wsiadł do podstawionego pod samo wejście samochodu. Do spotkania w auli pozostało czterdzieści minut. Wyjął z aktówki przeredagowany tekst przemówienia, a potem zerknął na kartkę z programem. Tym razem musiało pójść lepiej. Nawet nie słuchał komentarzy Rapackiego. Obmyślał, jak najtaktowniej przejść od śmierci kandydatki do tego, co ludzie rzeczywiście chcą usłyszeć.

Nie zdziwiło go, że na uczelni został przywitany jedynie przez sympatyzujących z nim profesorów i doktorów. Rektor od lat pozował na apolityczną ostoję moralności, nieangażującą się w błahe przepychanki pomiędzy partiami. Aulę udostępniał tak kandydatom prawicy, jak zielonym komunistom. Wolność słowa miała dla niego bardzo duże znaczenie. Zaskakująco duże, jak na dawnego członka PZPR.

W budynku zebrało się sporo osób. Biorąc pod uwagę, że trwała właśnie przerwa międzysemestralna, można to było uznać za spory sukces. Tak jak przypuszczał, większość z nich stanowili studenci i licealiści. Pasowało mu to, o ile mogli już głosować. Inaczej jedynie niepotrzebnie zajmowali miejsce i zabierali powietrze.

Wymienił kilka uścisków rąk i kilka smutnych spojrzeń, podobnych do tych, które wymieniają żałobnicy na cmentarzu, a wreszcie skierował się w stronę katedry. Ustawiono na niej niewielki podest, a na nim pulpit pomalowany w kolory jego komitetu. Miły gest albo skuteczny zabieg sztabu wyborczego.

Spotkanie zaczął chwilę przed czasem. Poczuł się dziwnie, nie rozpoczynając go od wymiany dowcipów i nie wchodząc z zebranymi w radosną interakcję. Jeszcze raz publicznie złożył kondolencje bliskim kontrkandydatki, powiedział o niej kilka ciepłych słów, a nawet poprosił o minutę ciszy. Kiedy pochylał w zadumie głowę, błysnęły flesze aparatów. Z trudem powstrzymał uśmiech zadowolenia.

Wreszcie postanowił przejść do swojego programu. W samochodzie wszystko obmyślił. Wyprostował się, smutno rozłożył ręce i zwrócił się wprost do zgromadzonych.

– Z przykrością muszę powrócić do punktów programu, które mam przed sobą spisane na kartce – zastukał w dyktowy blat. – Wydrukowałem je wczoraj, kiedy nie mieliśmy pojęcia, jaka tragedia rozgrywa się w życiu Patrycji Skawińskiej. Świętej już pamięci Patrycji Skawińskiej.

Zrobił chwilę przerwy i spojrzał przed siebie. Oślepiał go źle zainstalowany reflektor, ale wyraźnie widział twarze osób stojących najbliżej. Pełne napięcia, zadumane, niezbyt chętne do wyciągnięcia kartoników z jego nazwiskiem i logo kampanii.

– Wszyscy państwo – podjął po chwili – przyjechaliście tu po to, aby mnie poznać. Jednakże nie jako człowieka pogrążonego w smutku po stracie przeciwniczki politycznej, a prywatnie – wyjątkowej koleżanki. Przyjechaliście poznać mnie jako kandydata na prezydenta. I choć trudno mi dziś mówić o swoim programie, czuję się zobowiązany wobec was.

Chyba wyszło całkiem zgrabnie. Szmer głosów, które przeszły po auli, wydawał się wyrazem uznania.

Ponurym tonem zaprezentował najważniejsze punkty swojego programu. Celowo wybrał te, które najbardziej powinny przypaść do gustu studentom. Statystycznie stanowili oni najbardziej radykalnych wyborców. Kierowali się albo na lewo, albo na prawo, albo liberalnie, albo socjalistycznie. Dał im więc to, czego oczekiwali. Dawkę krwistych planów, wyłożoną na najpiękniejszym talerzu.

Przerwał, aby napić się wody. Ponownie rozejrzał się po zgromadzonych. Jego wzrok od pewnego czasu przyciągał postawny mężczyzna z szeroką szczęką i przymrużonymi oczami. Siedział kilka rzędów od podestu, ale jako jedyny był niemal nieruchomy. Szajer już wcześniej zwrócił uwagę, że jego twarz nie zdradzała żadnej emocji. Ani kiedy mówił o śmierci kontrkandydatki, ani kiedy przeszedł do swojego programu. Lubił kontakt z tłumem, jednak na widok tego człowieka poczuł się skrępowany. Mimowolnie odciągnął kołnierzyk koszuli od grdyki. Niewybaczalny błąd wizerunkowy.

Kontynuując swoje przemówienie, zostawił kartkę i przeszedł wzdłuż sceny. Najpierw w przeciwną stronę niż gapiący się nań mężczyzna, a potem – kierując się naprzeciw niego. Mierząc się z nim spojrzeniem, na chwilę zamilkł. Miał wrażenie, że facet uśmiechnął się ironicznie, jakby z niego kpił. Szajer zrobił kilka kroków, aby ominąć rażące światło reflektora. Przez nie widział tylko ogólny zarys jego twarzy. Może skądś go znał?

Mikrofon zaczął tracić zasięg. Piarowcy wyraźnie odradzali mu spacery po scenie à la Donald Trump. W Stanach to się podobało, w Polsce ponoć pozbawiało kandydata wiarygodności.

Obszedł załom katedry, przez chwilę przygotowując się do spojrzenia dziwakowi prosto w twarz. Z najbliższej możliwej odległości. Dyskretnie pochylił się na samym skraju podwyższenia i odwrócił się w jego stronę.

Zamrugał.

Na pustym krześle leżała jedynie jego zmięta ulotka wyborcza.

 

 

3.

 

Spotkanie zakończyło się chwilę po czasie. Szajer odpowiedział na kilka zadanych przez zgromadzonych pytań, zapozował do zdjęć i pożegnał się. Na sali rozległy się oklaski, potem parę osób zaskandowało jego hasła wyborcze. Kolejny miły gest albo sprytne działanie komitetu.

Schodząc z katedry, poluzował krawat. Wreszcie mógł też rozpiąć ostatni guzik koszuli.

– Gdzie idziesz? – Rapacki pociągnął go w stronę grona profesorów. – Wszyscy czekają.

– Zaraz wracam.

– Bernard, cholera, mamy niewiele czasu.

– Powiedziałem, że zaraz wracam.

Przepchnął się wzdłuż rzędu krzeseł, kierując się w stronę schodów. Automatycznie wymieniał uściski dłoni i pozdrowienia. Pamiętał twarz kobiety, która siedziała obok opuszczonego miejsca. Pulchna blondynka z okularami w czerwonych oprawkach, zapewne jedynie przez przypadek pasującymi do koszuli w tym samym kolorze. Łatwo wypatrzył ją w rozchodzącym się tłumie. Szła kilkanaście metrów od niego, ale w gęstej ciżbie trudno się było zbliżyć. Do tego wciąż musiał odpowiadać na powitania i poklepywania.

Zacisnął zęby, co chwilę rzucając „przepraszam”. Wkrótce dziewczyna, zaskoczona zbierającym się za plecami tłumem, odwróciła się. Od razu do niej pomachał, wskazując, aby się zatrzymała. Spojrzała na niego zdziwiona, nie wierząc, że to do niej się zwraca. Skinął tylko głową.

Po kilku minutach stanęli w rogu auli, obok wielkiego głośnika. Szajer był przez niego dość zasłonięty, aby nie zwracać uwagi wychodzących osób. Dziewczyna uśmiechnęła się zakłopotana.

– Chyba mnie pan z kimś pomylił.

– Nie, na pewno nie. – Może zbyt nerwowo podniósł dłonie. – Przepraszam, że zabieram pani czas, ale chciałem o coś zapytać…

– Tak?

Wytrzeszczyła wielkie oczy.

– Siedziała pani na auli… Na dole, niedaleko katedry.

– To jakiś problem?

– Oczywiście, że nie. Proszę mi powiedzieć, czy znała pani mężczyznę, który siedział obok pani?

– Proszę?

Szajer powtórzył pytanie, a dziewczyna obdarzyła go jeszcze bardziej wymownym spojrzeniem.

– Nie – odparła krótko.

– Nie kojarzy go pani z uczelni, zajęć, skądkolwiek?

– Widziałam go pierwszy raz w życiu. Zwróciłam na niego uwagę dopiero wtedy, gdy przepychał się do wyjścia. Podeptał mi buty.

– No nic, mówi się trudno. – Szajer był wyraźnie zawiedziony. Mimo to zmusił się do uśmiechu. – Dziękuję.

– Nie pomogłam panu.

– I tak dziękuję. Postaw na przyszłość!

Rzucił na odchodne jedno ze swoich haseł wyborczych i, zostawiając zaskoczoną dziewczynę, wrócił do Rapackiego. Tym razem pokonanie kilkudziesięciu metrów zabrało mu znacznie mniej czasu. Ponownie przywitał się z profesorami i pozwolił się namówić na kawę w uniwersyteckiej stołówce. Domyślił się, że otwarto ją specjalnie z okazji jego przybycia.

Mimo serdecznej atmosfery nie potrafił się skoncentrować. Cały czas miał przed oczami zarys twarzy nieznanego mężczyzny. Gdyby był gwiazdą rocka, w ten sposób mogłyby się w niego wpatrywać najzagorzalsze fanki. Jak zahipnotyzowane. Z drugiej strony, w tym ostrym, świdrującym spojrzeniu wyczuwał nienawiść.

Sądził, że znał się na ludziach, ale tym razem nie umiał rozwiązać zagadki. Wielbiciel czy oponent? Swój czy wróg? Uspokajał się, że nie jest Kennedym i nikt nie ma zamiaru go zastrzelić. Bo niby po co?

Nawet nie zarejestrował, kiedy spotkanie z kadrą się skończyło i znów znalazł się w samochodzie.

– Finito!

Rapacki wreszcie się uśmiechnął. Otarł pot z czoła i poprawił krawat. W przeciwieństwie do Szajera, nie poluzował go nawet na chwilę. Garnitur traktował jak zbroję, której publicznie nie wolno zdejmować. Zawsze formalny, bez żadnych ekstrawagancji, mógł się wydawać nudny. Był jednak oddanym przyjacielem Bernarda i doskonale umiał poprowadzić jego kampanię. Wiedział, w jakiej scenerii ten się odnajdzie, a gdzie będzie zakłopotany. Co w jego ustach zabrzmi wiarygodnie, a co wymamrocze tonem Wałęsy mówiącego, że nie jest agentem Bolkiem.

Szajer kazał kierowcy podkręcić klimatyzację. Było mu duszno.

– Robił ktoś zdjęcia? – zapytał, rozpinając kolejne dwa guziki koszuli.

– Na sali było kilku dziennikarzy. Poza tym co chwilę ktoś wyciągał komórkę.

– Chodzi mi o nas. Czy mamy jakieś zdjęcia z perspektywy katedry?

– Nina coś robiła.

Nina była wolontariuszką zajmującą się kontaktami z mediami społecznościowymi. Facebook, Twitter, Instagram, większości nazw nawet nie pamiętał. Rzucał tekst, a ona go podłapywała i robiła z niego chwytliwe slogany. Solidna i zdolna dziewczyna.

– Gdzie ona jest?

– Wyszła chwilę przed nami i pojechała do sztabu.

– Powiedz, żeby przesłała wszystko na mojego maila.

– Po co ci to?

Szajer oparł się o zagłówek i zmienił temat.

– Jak poszło?

– Całkiem nieźle. – Rapacki sprawdził spinki koszuli. – Zobaczymy, jakie komentarze pojawią się w sieci. Za jakąś godzinę wrzucą pewnie pełną relację.

– A co z zawieszeniem kampanii? Ktoś się na to pisze?

– To tylko frazesy. W najbliższych dniach, przynajmniej do pogrzebu Skawińskiej, ograniczymy nieco liczbę spotkań. Potem ruszamy pełną parą.

– Nie wiadomo, kiedy będzie ten pogrzeb.

– Kwestia dni.

– Masz jakieś informacje z policji?

Rapacki uniósł ręce w geście poddania.

– Oficjalnie żadnych. – Wydął blade wargi. – Ale chodzą słuchy, że to nie było samobójstwo. W każdym razie media jeszcze nic nie wiedzą.

– Nie samobójstwo? – Bernard głośno wypuścił powietrze. – Lepiej, żeby obecna wersja utrzymała się jak najdłużej.

Zamilkli i ostatnie kilometry pokonali w ciszy, zajęci własnymi myślami. Kiedy kierowca zatrzymał auto, Szajer się nie poruszył.

– Jakie plany na jutro?

– Żałoba. – Rapacki wymownie mlasnął. – O ósmej masz zjeść śniadanie U Naleśnikarza. Będziesz sam, zwykła pokazówka, pewnie jacyś hipsterzy cykną ci parę zdjęć. Zamówisz…

– Rozmawialiśmy już o tym.

– Dobrze. Więc wszystko pamiętasz?

– Tak. A potem?

– Nic. Uczcimy ciszą pamięć Skawińskiej. Co najwyżej spotkamy się w sztabie, a ja z Niną przygotuję odpowiednie komunikaty dla mediów. Ty trzymaj się na uboczu.

Szajer pociągnął za klamkę i wyszedł z samochodu. Czerwona kula słońca chowała się za domami. Powietrze pachniało nagrzanym asfaltem i grillem z pobliskiego ogródka. Wokół szumiały szlauchy nawadniające wysuszone trawniki.

Z impetem zamknął drzwi i skierował się w stronę drewnianej furtki. Uwielbiał to zacisze pod miastem. Przeszedł pomiędzy tujami i minął huśtawkę, którą zamontował dla Róży. Dom tonął w cieniu rzucanym przez wysokie brzozy. Na wycieraczce przed wejściem spał Fiodor. Kruchy devon rex, pokryty króciutką, szczeciniastą sierścią. Na odgłos jego kroków podniósł się i otarł o jego nogę.

Szajer podrapał kota za uchem.

Fiodor wemknął się do domu razem z nim. Wyprzedzając go, poczłapał do kuchni. Szajer odstawił teczkę i rozwiązał krawat. Czuł się jak zdejmowane z szubienicy zwłoki.

– Wróciłem! – krzyknął, idąc w stronę salonu.

Zdjął marynarkę i przerzucił ją sobie przez ramię. Wtedy zobaczył, że jego żona siedzi skulona na kanapie, trzyma głowę pomiędzy ramionami i głośno łka. Na szklanym stoliku leżała cała sterta zużytych chusteczek.

– Maria…

Podbiegł do żony i kucnął przy niej.

– Co się stało? Gdzie jest Róża?

Spojrzała na niego pustym wzrokiem. Miała opuchnięte oczy i zaczerwieniony od wycierania nos. Drżącą dłonią podała mu kwadratową kartkę papieru. Została zadrukowana wielkimi czerwonymi literami. Szajer przeczytał.

Kontakt z policją – Różyczka nie żyje.

Zmiana planów wyborczych – Różyczka nie żyje.

Obserwuję was.

Jutro dowiecie się więcej.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ DRUGI

 

 

 

1.

 

Przez całą noc Szajer nie wypuścił telefonu z dłoni. Na zmianę chciał dzwonić na policję i oczekiwał kontaktu od porywacza. Maria błagała go, aby nie zawiadamiał służb. Groźba została sformułowana wystarczająco dobitnie. Płacząc, zasnęła nad ranem na kanapie. On obmyślał możliwe scenariusze.

Czego mógł chcieć ten sukinsyn? Miał tylko jedną odpowiedź, której nie chciał wprost formułować.

Otworzył whisky, ale nie napił się ani kropli. Obawiał się, że w każdej chwili będzie musiał gdzieś jechać. Że porywacz zadzwoni i wskaże mu miejsce przekazania okupu. Bo tylko o pieniądze mogło mu chodzić.

Nie byli milionerami, ale przez udział w życiu politycznym sprawiał wrażenie, że jest inaczej. Wystawne bankiety, eleganckie spotkania z lampką szampana, samochody. Wszystko na koszt podatnika albo prywatnych donatorów. Szajer mógł liczyć na wsparcie znajomych. Mógł też zaciągnąć kredyt na dom i pozyskać w ten sposób sporą sumę. Samochody i kilka zgromadzonych antyków również miały swoją wartość. Z ich sprzedażą nie powinno być problemu.

Powstrzymując napływające do oczu łzy, zastanawiał się, gdzie jest Róża. Czy jest jej ciepło, czy dostała jedzenie, czy nic jej się nie stało. Starał się od razu odsuwać od siebie te myśli. Był pragmatykiem. Porwanie rozpatrywał w kategoriach paskudnego, najokrutniejszego biznesu. Mogli stać za nim zarówno fachowcy, jak i najwięksi amatorzy. Dziewczynkę porwano sprzed domu. Bawiła się na podwórku, w miejscu niewidocznym z wnętrza. Maria płakała, że powinna jej pilnować i zamykać bramę. Teraz to niczego nie mogło już zmienić.

Wiadomość znalazła przyklejoną taśmą do huśtawki. Zwróciło jej uwagę, kiedy Róża nie pojawiła się na podwieczorku. Był to jej ulubiony posiłek. Słodkie naleśniki, ewentualnie gofry lub koktajl owocowy. Zazwyczaj, zniecierpliwiona, towarzyszyła matce już w przygotowaniach, dorzucając do potrawy tony kremu czekoladowego.

Tuż po siódmej Szajer przebrał się i wrócił do salonu. Delikatnie położył dłoń na głowie żony. Przeczesał jej włosy tak, jak przed niespełna dobą przeczesywał je córce.

– Muszę wyjść – szepnął.

Maria otworzyła oczy. Nie spała.

– Gdzie?

– Napisał, żebym nie zmieniał planów wyborczych. Miałem dzisiaj zjeść śniadanie w centrum.

Nie odezwała się. Zacisnęła usta, powstrzymując szloch.

– Ty musisz być w domu. Ten drań może w każdej chwili zadzwonić. Miej cały czas przy sobie telefon i błagam cię, bądź ostrożna…

Pocałował ją w policzek i wyszedł. Szybko, aby pozostawić za sobą wątpliwości.

Zanim wyjechał z garażu, dwa razy zgasł mu silnik. Drżąca stopa ześlizgiwała się ze sprzęgła, bez koordynacji z ruchem dłoni. Zatrzymał się przed bramą. Wciągnął głęboko powietrze i uderzył w kierownicę. Wściekle. Kilka razy, aż rozbolały go kłykcie. Po raz pierwszy głośno się rozpłakał.

Minęło wpół do ósmej. Miał niecałe pół godziny, aby dojechać na miejsce. Śniadania w U Naleśnikarza jadał co trzy dni. Był to jeden z elementów kampanii mających zbudować jego wizerunek, więc wiedziało o tym sporo osób. Skoro musiał się trzymać kalendarza wyborczego, powinien się spieszyć.

I wyglądać jak na poważnego polityka przystało.

Otarł oczy, włączył radio i wyjechał na ulicę. Stojąc w korku w kierunku centrum, nerwowo zerkał na zegarek. Nigdy nie zwracał uwagi, o której dokładnie godzinie przychodził do restauracji. Kwadrans w tę czy w tamtą nie miał znaczenia. Tego dnia jednak musiał być punktualnie.

Dwa razy przejechał na czerwonym świetle, rozglądając się tylko przy tym, czy w pobliżu nie ma policji. Lekceważąc trąbienie sznura samochodów, zablokował skrzyżowanie. Kiedy z niego zjechał, skrócił sobie drogę, jadąc wąską uliczką pod prąd. Na szczęście nie było na niej ruchu i bez problemu zaparkował pod samym wejściem, co mogło być nie najlepsze wizerunkowo, ale teraz takie detale miał w dupie.

Za dwie ósma.

U Naleśnikarza było niewielką kawiarnią, w której serwowano wyborne śniadania. Jej właściciele wybierali polskie produkty i podmiejskich dostawców. Ponoć tylko kawa była importowana. W środku znajdowało się jedynie kilka osób, zajętych lekturą porannych gazet. Podczas jego pierwszych wizyt przychodziło znacznie więcej gości, aby z nim porozmawiać albo głośno wyrazić swoją dezaprobatę dla jego programu. Najwidoczniej ten element marketingowy się przejadł.

Zamówił espresso i jajecznicę. Zabójcza mieszanka na pusty, skręcony z nerwów żołądek. Wiedział, że i tak prawie ich nie tknie. Bacznie obserwował wchodzących klientów. Dwie nastolatki wgapione w ekrany telefonów komórkowych, trójka licealistów w pstrokatych ubraniach i modnych fryzurach. Starając się zachować pozory normalności, zdjął z wieszaka gazetę i położył ją przed sobą. Nie miał ochoty czytać, litery mieniły się w zmęczonych, przekrwionych oczach.

Drgnął, kiedy kelnerka postawiła przed nim talerz pachnącej mlekiem jajecznicy. Ku swemu zdziwieniu poczuł głęboki głód. Łapczywie umoczył kawałek pszennej bułki w rozpływającym się białku i pochłonął go od razu. Zaraz po nim dwa kolejne. Kiedy sięgnął po widelec, ktoś przeszedł, ocierając się o jego ramię.

Nagle zwalisty mężczyzna, którego widział poprzedniego dnia w auli, usiadł naprzeciwko niego. Kawałek bułki utkwił mu w gardle, opierając się próbom przełknięcia.

Nieznajomy był potężniejszy, niż sądził. Miał kwadratową, toporną twarz i ciemne, prawie czarne oczy. Jego skóra odcieniem przypominała wyschnięty cement. Tłuste, ścięte na jeża włosy sterczały nad płaskim czołem. Mimo upałów nosił brązową skórzaną kurtkę w kowbojskim stylu.

– Mów szeptem – poinstruował Szajera. – Nie muszę chyba tłumaczyć, co się stanie, jeżeli zrobisz coś głupiego albo ktokolwiek nas podsłucha. Zrozumiałeś?

Szajer skinął głową.

– Powiedz to. Zrozumiałeś?

– Tak, do diabła. Zrozumiałem.

Na twarzy mężczyzny pojawił się kpiący uśmieszek.

– Uspokój się. Z daleka widać, że coś nie gra.

– Kim jesteś?

– Mów mi po prostu Berni.

Szajer przygryzł wargi. W ten sposób zwracali się do niego niektórzy znajomi. Znacznie częściej przed laty, kiedy na topie były filmy z „Arnim” Schwarzeneggerem, ale i teraz się zdarzało. Nie miało to jednak żadnego znaczenia.

– Dobra, Berni. – Głos mu drżał, przybierając niechciany, błagalny ton. – Jak się czuje moja córka?

– Nie martw się. Wszystko z nią w porządku, dbam o nią jak o własną.

Wcale go to nie uspokoiło.

– Potrzebuję dowodu.

– Dostaniesz. W swoim czasie.

– Czego ty ode mnie chcesz? Nie znam cię. Nie szukam kłopotów. Chcesz pieniędzy? Nie mam ich wiele, ale załatwmy to szybko.

– Pieniądze? Chodzi o coś znacznie ważniejszego.

– O co?

Berni zamilkł, kiedy obok nich przechodziła kelnerka. Stolik był na tyle mały, że mogli porozumiewać się całkowicie dyskretnie, ale zachowywał ostrożność. Najbliżsi goście siedzieli kilka metrów dalej, a ich słowa i tak zagłuszała muzyka.

– Tego dowiesz się w swoim czasie – odezwał się po chwili.

– Na co mam czekać?

– Przyszedłem tu tylko po to, abyś wiedział, że to nie jest zabawa. Popatrz na mnie i zobacz, jaki jestem cholernie poważny.

– Powiedz, gdzie jest moja córka, i nikt się o niczym nie dowie. Słowo.

– Niezawiadomienie o przestępstwie jest przestępstwem. – Berni pokręcił głową. – Nieładnie, Szajer, nieładnie…

– Załatwmy to.

– Twoje skomlenie nic nie da. Jeżeli będziesz posłuszny, za kilka dni Różyczka do ciebie wróci.

Po plecach Szajera przebiegł lodowaty dreszcz. Kilka dni! Miał nadzieję, że zaraz dogada się z tym szaleńcem, przekaże mu okup czy cokolwiek tamten chciał i za parę godzin odzyska córkę.

– Czego ty, kurwa, chcesz? – zapytał tonem niewiele głośniejszym od szeptu, przeciągając głoskę r.

Berni gwałtownie się zaczerwienił. Żyła na jego skroni zapulsowała.

– Jeszcze raz się tak do mnie zwrócisz – syknął – to skończymy tę gierkę. Najpierw zgwałcę twoją słodką Różyczkę, a potem zostawię ją tam, gdzie nikt jej nie znajdzie. Po paru dniach pewnie padnie z pragnienia, a wtedy może ktoś zwróci uwagę na smród rozkładającego się ciała.

Szajer poczuł mdłości. Spojrzał w stronę okna. Chciał złapać tego gnoja za kark i rozwalić mu łeb o ścianę, ale bał się. Bał się, że nie odnajdzie córki. Że ten sukinsyn trzyma ją w jakimś odludnym miejscu, bez jedzenia i picia. Wściekłość wręcz kipiała mu w głowie.

Z trudem uspokoił oddech i odwrócił się w stronę Berniego. Żyła na jego skroni zapadła się, a twarz powróciła do naturalnego, szarego koloru.

– Wiem, co zrobiłeś – szepnął mężczyzna. – Doskonale to wiem.

Szajer przełknął ślinę.

– Nie rozumiem.

– Rozumiesz. Nie jesteś głupi.

– O czym ty, do cholery, mówisz?

Berni jedynie się uśmiechnął. Szeroko i drapieżnie. Najwyraźniej był dumny z szeregu swoich krzywych żółtych zębów.

 

 

2.

 

Zażądał jakiegokolwiek dowodu, że jego córka jest dobrze traktowana. Berni zbył jego prośby milczeniem. Zachowywał się, jakby działał według z góry ustalonego planu, od którego nie chciał zrobić najdrobniejszego odstępstwa. Przekazywał Szajerowi informacje niczym automat parkingowy wypluwający numerki. Choćby walić go łopatą, nie ma możliwości wyduszenia z niego prognozy pogody.

Więcej Berni miał mu wyjaśnić nieco później. Jeszcze raz ostrzegł go przed próbą kontaktowania się z policją, sugerując, że ma tam równie dobre znajomości co on. Brzmiał przy tym bardzo wiarygodnie. Wyszedł, zostawiając polityka z wystygłą jajecznicą i espresso.

Szajer nerwowo przeciągnął dłońmi po twarzy. Były spocone i gest ten, zamiast go odświeżyć, napełnił go obrzydzeniem. Do siebie samego.

Zerknął na zegar zawieszony nad szklanym, pełnym słodyczy regałem i westchnął. Wszystko rozegrało się w ciągu niespełna dwudziestu minut. Miał przed sobą cały dzień zamartwiania się, pocieszania Marii i wkurwiania się na świat. Zganił się, myśląc o tym, jaki dzień czeka Różę. Zacisnął pięści i przytrzymał je pomiędzy kolanami. Podjął szybką decyzję. Ryzykowną, ale niezbędną.

Położył przy talerzu banknot i wybiegł z lokalu. Ostre, poranne słońce, odbijające się od witryn wieżowca, oślepiło go. Okulary zostawił w samochodzie. Teraz nie miał jednak czasu ich szukać. Były jedną z tych drobnych rzeczy, które chaotycznie rozrzucał.

Rozejrzał się. Po obu stronach ulicy przemykali przechodnie. Mężczyźni w garniturach, kobiety w eleganckich garsonkach, nastolatkowie z koszulkami pełnymi niezrozumiałych nadruków i w wytartych jeansach. Większość korporacji otwierało swoje piekielne podwoje od dziewiątej, więc w okolicy była właśnie pora szczytu. Nigdzie nie dostrzegł Berniego.

Podbiegł wzdłuż fasady kawiarni i z nadzieją popatrzył za załom budynku. Na końcu uliczki znajdował się jedynie zjazd do podziemnego parkingu pobliskiego biurowca. Był zamknięty.

Szajer zaklął.

Pochylił się i oparł dłonie na kolanach. Z trudem powstrzymał odruch wymiotny. Nagły powiew porannego wiatru ożywczo załopotał jego koszulą. Zaczerpnął kilka głębokich wdechów i wyprostował się. Wtedy go dostrzegł.

Brązowa, skórzana kurtka mignęła wśród osób kierujących się do przejścia podziemnego. Nie mógł się pomylić. Trzymając się skraju chodnika, pobiegł za nim. Lekko skulony, jakby to miało sprawić, że będzie mniej widoczny. Nieopacznie szturchnął jakąś nastolatkę i wytrącił z jej dłoni telefon. Nawet się nie odwrócił. Kiedy dopadł do szczytu schodów, skórzana kurtka mignęła przy szybie wind. Berni kierował się w stronę przeciwną niż centrum.

Szajer zbiegł po schodach, przeskakując je po kilka, i podążył jego tropem. Nie miał żadnego planu działania. Mógł jednak spróbować dowiedzieć się czegoś o tym skurwielu. Do jakiego auta wsiądzie, czy kogoś spotka, a może – gdzie pracuje. To wszystko mogło się przydać. Każdy szczegół mógł pomóc uratować Różę.

Ten fragment podziemnego przejścia cuchnął wilgocią zmieszaną ze smrodem publicznego szaletu. Poruszało się nim mniej ludzi, gdyż prowadził w stronę wyjścia na jedną z bocznych ulic. Kiedy go konstruowano, w planach było też wzniesienie przy niej autobusowej stacji przesiadkowej. Plany pozostały na papierach, a przejście kończyło się u stóp zorganizowanego trzydzieści lat później parkingu. Swoją drogą, jednego z najdroższych w mieście i zajmującego działkę o niebotycznej wartości. Od lat dybały na niego rekiny biznesu, z którymi Szajer spotkał się poprzedniego dnia. Wywaliliby kosmiczne pieniądze, aby go przejąć i wznieść kolejny szklany biurowiec. Właściciel zdawał sobie jednak sprawę, że cena nieruchomości rośnie z każdym miesiącem.

Berni zniknął mu z oczu u szczytu schodów. Zobaczył go po chwili, idącego wzdłuż liny wytyczającej teren parkingu. Wreszcie skręcił przy budynku wspartym konstrukcją rusztowań. Prace musiały zostać wstrzymane, bo wokół nie było żadnych robotników.

Kiedy Szajer wszedł na przykrywające wykop deski, ponownie zgubił Berniego. Nie było go ani na końcu przejścia, ani na zapchanej samochodami uliczce obok. Przyspieszył kroku, strzepując z ramienia piasek, który obsypał się z rusztowania. Pusto. Kilku spóźnionych elegancików znikło w bramie pobliskiej kamienicy.

Na moment utkwił wzrok w zielonym szyldzie kancelarii adwokackiej.

Wtedy poczuł przeszywający ból pleców. Cios wymierzony stalowym prętem pozbawił go tchu. Przez chwilę nie mógł zaczerpnąć powietrza, a jego nogi przebiegł ostry skurcz. Zgiął się, opierając o hydrant.

Berni stanął naprzeciwko niego i złapał go za szczękę. Ciężko dysząc, odrzucił pręt.

– Zabiję ją! – krzyknął, plując mu w twarz. – Pieprzona gnido! Przez twoją głupotę rozerwę ją i zatłukę na kwaśne jabłko!

Zaciskał dłoń z taką siłą, że Szajer poczuł ból zębów. Miał wrażenie, że kość zaraz pęknie na kawałki. Spróbował się wyprostować, ale nie był w stanie.

– Ja…

– Co ty? Myślałeś, że jestem ślepy?

Berni gwałtownie go puścił. Rozejrzał się po ulicy, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. Zresztą nawet jakby ktoś był, to co z tego. Pomagał staremu kumplowi, zawianemu po całonocnej imprezie.

– Słuchaj – wysyczał mu prosto do ucha – zrobiłeś coś strasznie głupiego.

Szajer odkaszlnął, rozmasowując szczękę.

– Nie wiedziałem… – Mówienie przychodziło mu z trudem. – Nie wiedziałem, że tu jesteś.

– Znowu kłamiesz.

– Nie kłamię. Szedłem do kancelarii.

Wskazał na kolejny zielony szyld adwokata po przeciwnej stronie ulicy. Sam nie uwierzyłby w tę wymyśloną na poczekaniu historię.

– Zajmuje się sprawami naszej kampanii. Miałem coś załatwić, a skoro byłem już w okolicy…

– Co to za sprawy?

– Podatkowe – wypalił bez zastanowienia. – Rozliczenia, dotacje…

– Z tym lepiej do księgowego.

– Adwokaci są tańsi.

Berni spojrzał na niego spode łba. Nagle zamachnął się pięścią, ale go nie uderzył.

– Bu! Przestraszyłeś się!

Roześmiał się na cały głos. Wręcz dusił się ze śmiechu. Po chwili zbliżył się do Szajera i poklepał go po ramieniu.

– Okej, już jestem spokojny – powiedział, wciąż chichocząc. – Ale teraz powiem ci, co masz zrobić.

 

 

3.

 

Tuż po jedenastej Szajer wjechał na siedemnaste piętro wieżowca High Heel. Główne biuro wyborcze mieściło się w jednej z kamienic w centrum, ale gros interesów załatwiano właśnie tutaj. Media kilkukrotnie obsmarowały ich za marnotrawienie pieniędzy podatników, ale wykaraskali się, pokazując księgi rachunkowe. Pomieszczenia najmowali za bardzo dobrą cenę od jednego z członków komitetu. Prasa na szczęście nie doszukała się, że w zamian za to od lat jego kuzynka dostaje jedynkę na liście do Sejmu. Mimo że nie byli w parlamencie, mieli dość kontaktów, aby to załatwić.

Przeszedł wewnętrznym, obklejonym fototapetami korytarzem i skierował się bezpośrednio do biura. Zazwyczaj po drodze wstępował na krótkie pogaduchy do działu marketingowego, ale teraz nie miał na to najmniejszej ochoty. Poza tym czas go naglił.

Większość ludzi pracowała w terenie, a wolontariusze nie mieli nawet wstępu do siedziby w drapaczu chmur. Spodziewał się, że w biurze zastanie jedynie Rapackiego. Ten tytan pracy od rana do nocy opracowywał strategię działania. Byli tak samo ambitni, co rzadko przekładało się na przyjacielskie stosunki. Szajer niezwykle doceniał jego zaangażowanie i pilnował, aby został sowicie wynagrodzony. W razie wygranej chciał go mieć jak najbliżej siebie.

Wiele lat temu sam był szefem kampanii w wyborach do rady miasta. W tamtych czasach to jej członkowie, a nie bezpośrednio obywatele, wybierali prezydentów. Cały nacisk więc szedł na promowanie partii politycznych i ich komitetów, a nie pojedynczych twarzy. Było to znacznie trudniejsze, chociażby z logistycznego punktu widzenia. Poza tym znaczna ich część nie funkcjonowała na państwowej scenie, więc trzeba było podwójnego wysiłku, żeby dotrzeć do wyborców. Syzyfowa praca i kopanie pod sobą dołków. A raczej dziur sięgających niemal do jądra ziemi.

Kiedy kampania była na finiszu, pracował po dwadzieścia godzin dziennie. Zwoływał konferencje prasowe, organizował wiece i spotkania z obywatelami. Konsultował hasła, slogany i dobór zdjęć. Wzorował się na działaniach swoich odpowiedników w krajach Europy Zachodniej i w Stanach. Wielki styl i rozmach. Wychodził z założenia, że nie warto oszczędzać, a koszty zwrócą się już w pierwszych miesiącach kadencji – nie liczyła się forsa, lecz władza. Zdobył zaufanie, wykorzystał je i ostatecznie partia, do której należał, odniosła spektakularne zwycięstwo.

W nagrodę za wysiłek dostał między innymi niezłe stanowisko w ministerstwie. Wszystko było doskonałym układem zamkniętym. Ręka rękę myła, jej towarzyszka pod stołem przedkładała kontrpropozycję. Polityka.

W międzyczasie poznał Marię, córkę jednego z najbardziej znanych posłów i urodzoną lwicę salonową. Imponowały jej jego samozaparcie i bezkompromisowość. Zapewne podobały się jej też stosunkowo wysokie, jak na otaczające realia, standardy moralne. Nigdy nie powiązano go z żadną aferą, nie przyłapano na udziale w przekrętach czy choćby współpracy z lobbystami. Niektórzy sądzili, że po prostu jest na to zbyt sprytny, inni wierzyli w jego uczciwość. Maria zapewne była gdzieś pośrodku, ale doceniała w równej mierze obie cechy.

Kiedy urodziła się Róża, rzadko bywał w domu. Większość czasu spędzał w swoim gabinecie i w kuluarach ministerstwa. Przez osiem lat ciężko harował, nie dając się okantować. Przetrwał zmianę rządu i prawdziwą pieriestrojkę. Gdyby Rosjanie przeprowadzili ją tak głęboko, ZSRR zamieniłoby się w raj kapitalizmu. Mimo tego po tych ośmiu latach poczuł wypalenie. Niby był na samym świeczniku, ale szklany sufit hamował dalsze podskoki. Nie ukrywał swoich ambicji, więc nieoczekiwanie został postawiony do pionu. Z dnia na dzień posada w ministerstwie zamieniła się w polityczne zesłanie. Zniknął z mediów, skazany na zapomnienie.

Wtedy postanowił działać. Nie miał wystarczająco dużo kapitału na stworzenie krajowej partii, ale był dość znany, aby zawojować coś na stołecznym rynku. Tym bardziej, że kandydaci głównych ugrupowań pozostawali w strategicznym impasie. Musiał spróbować.

Teraz, po wielu miesiącach wyrzeczeń, harówce jeszcze intensywniejszej niż podczas jego pierwszej kampanii, wszystko zaczynało się walić. Czuł, że grunt usuwa mu się spod stóp. I to w chwili, kiedy miał odnieść decydujące zwycięstwo i zostać najmłodszym prezydentem w historii.

Lekceważąc ból obitych pleców, wyprostował się. Pchnął ciężkie drzwi i wszedł do przeszklonego pomieszczenia. Szyby zostały wykonane ze specjalnego materiału, który przepuszczał dużo światła, ale nie rozpraszał go. Dzięki potężnym klimatyzatorom w środku panował przyjemny chłód.

Tak jak się spodziewał, na jednym z krzeseł przy ogromnym okrągłym stole siedział Rapacki. W pomieszczeniu nie było nikogo innego. Gryząc w ustach ołówek, przekładał jakieś papiery. Kiedy spojrzał na Szajera, aż poprawił okulary.

– Chodzisz w tym od rana?

Szajer nie zrozumiał, o co mu chodzi.

– Nie możesz się tak ubierać.

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że miał na sobie pomięte spodnie i koszulkę polo z dużym znaczkiem firmowym.

– Mówiłem, żadnych ciuchów od drogich projektantów! Wezmą nas za buców!

Nawet nie zwrócił na to uwagi. Kiedyś hurtowo zamawiał ubrania z amerykańskiej strony internetowej. Wychodziło niewiele drożej niż odzież z popularnych sieciówek. Dziś mógł włożyć coś znacznie bardziej kompromitującego.

– Musimy porozmawiać. – Oparł się o jedno z krzeseł.

– Opracowałem plan spotkań. Pogrzeb Skawińskiej ponoć ma się odbyć pojutrze, konkretów pewnie dowiemy się po południu, gdy skończy się sekcja. Potem ruszamy. Na początek szpital wojewódzki, bo to dobrze koreluje z naszymi….

– Michał, Michał. – Szajer przerwał mu, wykonując nerwowy gest dłonią. – Posłuchaj mnie.

Rapacki zaczerpnął powietrza i spojrzał na niego zza szkieł okularów.

– O co chodzi?

– Nie będziesz już szefem mojej kampanii.

 

 

4.

 

Jakiekolwiek usprawiedliwienia i wymówki nie mogły przekonać Rapackiego. Nawet obietnice awansu go nie uspokoiły. Roztrzęsionym głosem dopytywał się o przyczynę decyzji Szajera, a ten go zwodził. Mężczyzna, który miał zastąpić jego przyjaciela na stanowisku, właśnie przetrzymywał jego córkę. Bernard był pewny, że kiedy ten koszmar się skończy, Rapacki mu wybaczy. Pewnie nawet będzie mu głupio. Jednak w tym momencie nie trafiały do niego żadne tłumaczenia. Z poczuciem krzywdy starał się roztrząsać swoje błędy.

– Chodzi o lunch z przedsiębiorcami? – dopytywał, na zmianę chodząc i przystając. – Nie mogłem naprowadzić ich na nasze sprawy. Dobrze o tym wiesz. Wszyscy chcieli rozmawiać o Skawińskiej i musieliśmy im na to pozwolić. Gdybyśmy na siłę przeszli do programu, prasa zrobiłaby z nas nieczułych drani.

Szajer nawet na niego nie patrzył. Wbił wzrok w stół, na którego blacie położył dłonie.

– Nie w tym rzecz. Wszystko zrobiłeś doskonale.

– Tak doskonale, że mnie wypieprzasz?

– Zostaniesz moim rzecznikiem.

– Co? – Rapacki aż się zagotował. – Nie nadaję się do tego. Nie mam ani ładnej buźki, ani dobrej gadki.

– W takim razie jaka fucha ci odpowiada?

– Ta, którą mam.

– Miałeś.

Rapacki podszedł do Szajera i uderzył pięścią w stół.

– Bernard! Spójrz mi w oczy. – Położył mu dłoń na ramieniu. – O co chodzi? Najpierw mnie zwalniasz, potem przedstawiasz jakieś tłumaczenia, które nie trzymają się kupy, a teraz oferujesz mi dowolne stanowisko. Co się, do cholery, stało?

Szajer ciężko się podniósł. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, ale szybko spuścił wzrok. Niemal nigdy mu się to nie zdarzało.

– To już postanowione. Zwołaj wszystkich na za jakieś półtorej godziny. Chcę ich wdrożyć.

– W takim razie kto zajmie moje miejsce?

Szajer wyszedł z biura, pozostawiając Rapackiego bez odpowiedzi. Zadzwonił do żony, ale ta nie miała żadnych informacji. Nie chciał zajmować łącza i obiecał, że będzie jak najszybciej. Skłamał, że kontaktowano się z nim w sprawie okupu. Przeszło mu to przez usta łatwiej niż tłumaczenie całej sytuacji.

Przez ponad godzinę włóczył się korytarzami wieżowca, starając się na nikogo nie natrafić. Ból pleców na szczęście zelżał. Odrzucił dwa telefony od Rapackiego i kilka od innych członków sztabu. Jakiekolwiek rozmowy i ustalenia nie miały teraz sensu. W końcu zaszył się w jednej z toalet i zamknął drzwi na zamek. Usiadł na sedesie i po raz kolejny tego dnia się rozpłakał. Kim był gnojek, który władował się z impetem w jego życie? Miał coraz większe wątpliwości, czy nie powinien skontaktować się z policją, jednak strach o życie córki był nieodmiennie zbyt silny. Facet sprawiał wrażenie totalnego świra, a do tego mógł nie być sam. Gdyby rzeczywiście miał wtyki, Szajer skazałby Różę na śmierć. Wyrzuty sumienia potem zabiłyby jego.

Wyszedł z toalety i opłukał twarz zimną wodą. Nawet nie zerknął na swoje odbicie. Wytarł się papierowym ręcznikiem i wyszedł na korytarz. W drodze do biura poinformował sekretarkę, że ma wpuścić każdego, kto dobijałby się do siedziby komitetu. Berni mógł się przedstawić na milion sposobów. Sam w myślach szykował się na najtrudniejsze spotkanie życia.

W środku już czekali na niego Rapacki, członkowie zarządu, skarbnik i rzeczniczka. Nie było jedynie sekretarza. Kiedy wszedł, przerwali rozmowy i skupili na nim czujne spojrzenia. Musiał je wytrzymać, zachowując pełny spokój. Tylko w ten sposób mógł powstrzymać totalny chaos.

Usiadł na swoim miejscu i zerknął na zegarek. Berni powiedział, że będzie o czternastej.

– Zaczynamy za kilka minut – obwieścił rzeczowym tonem. – Przepraszam za tak nieoczekiwane posiedzenie, ale podjąłem istotną decyzję.

– Michał już ją nam przekazał – odezwał się pyzaty mężczyzna z wąsem w stylu Freddie’ego Mercury’ego. – Możesz cokolwiek wyjaśnić?

Tym razem Szajer miał przygotowaną odpowiedź.

– Potrzebne nam przetasowania. Ciągle te same twarze sprawdzają się w parlamencie, ale na szczeblu lokalnym powinniśmy docierać do stale nowych ludzi. – Usprawiedliwiająco podniósł dłonie. – Michał wykonał kawał świetnej roboty. Teraz, mam nadzieję, podejmie się jeszcze ważniejszych zadań. Dotarłem do kogoś, kto ma znacznie szersze kontakty.

– Kto to?

– Zaraz się przekonacie. Na pewno go nie kojarzycie. Działał do tej pory raczej jako niewidzialny lobbysta.

– Mamy głosować za nieznajomym?

Pytanie zadała rzeczniczka. Drobna, ładna kobieta z rudymi włosami, rzucająca się w oczy i cholernie medialna. Szajer obrzucił ją krótkim spojrzeniem.

– Jeżeli nie zagłosujecie – zawiesił na chwilę głos – zrezygnuję z udziału w wyborach.