Kat z Płaszowa - Max Czornyj - ebook + książka

Kat z Płaszowa ebook

Max Czornyj

4,4

11 osób interesuje się tą książką

Opis

WYDARZENIA W TEJ KSIĄŻCE SĄ OPARTE NA FAKTACH. PRAWDA BYWA BARDZIEJ PRZERAŻAJĄCA OD NAJWYMYŚLNIEJSZEJ FIKCJI.
Amon Göth uważał się za pana życia i śmierci podległych mu więźniów. Jego sadyzm okazał się przesadny nawet dla przełożonych z SS. Ze szczególnym upodobaniem mordował matki z dziećmi i starców.
Uwielbiał strzelać do więźniów z okien samochodu lub z balkonu willi. Swoim ofiarom zadawał wyszukane tortury. Osobiście zabił kilkaset osób.
O PODOBNYCH ZBRODNIACH Z PEWNOŚCIĄ NIE ŚNIONO W NAJGORSZYCH KOSZMARACH. CZY ODWAŻYCIE SIĘ SPOJRZEĆ W OCZY PRAWDZIWEMU ZŁU? A MOŻE MACIE DOŚĆ ODWAGI, BY SPOJRZEĆ NA ŚWIAT JEGO OCZAMI?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (303 oceny)
177
94
23
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Maluska85

Nie oderwiesz się od lektury

Amon Göth -likwidator getta w Lublinie, Krakowie i Tarnowie, pan i władca obozu w Płaszowie. "Przez chwilę byłem bogiem..." Tak o sobie myślał Göth i tak się zachowywał. Uważał, że jemu wszystko wolno, bawił go strach więźniów, nie patrzył na konsekwencje swoich czynów. Nie miał litości dla nikogo, nawet dla kobiet w swoim życiu. A na końcu swojej drogi okazał się zwykłym tchórzem, który twierdził, że każde  jego działanie i wykonany wyrok śmierci były skutkiem rozkazów płynących "z góry". Max Czornyj kolejny raz prowadzi nas przez umysł człowieka chorego na nienawiść i pozbawionego wszelkiej empatii i sumienia. Skąd w chłopaku, który wychowany jest w domu religijnym i spokojnym tyle nienawiści i złości? Skąd pomysły na zabijanie ludzi tak po prostu? Kto ukształtował jego psychikę tak, że śmierć go bawiła? Takich pytań można zadawać bez końca, ale i tak pozostaną bez odpowiedzi. W końcu ludzka psychika to tajemnica. Książka warta przeczytania, choć kolejny raz znajduje się w n...
10
dombrzezinski

Nie oderwiesz się od lektury

Książka tym ciekawsza, że pisana w pierwszej osobie. Jeśli lubisz te tematy - umiarkowanie ale polecam.
00
sylwerg

Nie oderwiesz się od lektury

Spotkanie z Amonem Goethem w Liście Schindlera a tym z książki to dwa różne światy . Film nie oddaje jego zrytej psychiki przez nazistowska ideologię . Przeczytaj koniecznie .
00
Youngblood0891

Dobrze spędzony czas

Dobra, ale mam lekko ma mieszane uczucia. Ani to powieść, ani biografia, ani dokument. Chyba nie jestem fanką takich mieszanych gatunków.
00
aguuus994

Całkiem niezła

W połowie książki stwierdziłam że już mam dość opisów okrucieństw, ale dałam jej szanse do końca. Napisana świetnie ale ta quasi-biografia zwyrodnialca obudziła we mnie negatywne uczucia, długo nie mogłam się po tej książce pozbierac.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci mojej kochanej Babci Marianny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Der Mensch ist etwas, das überwunden werden soll.

(„Człowiek jest czymś, co powinno być pokonanym”.)

Friedrich Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra

 

 

 

Już nie ma ciebie, moje dziecię,

smak życia został ci nieznany.

A my więzieni w naszym świecie

w starości długiej usychamy.

 

Króciutki oddech, wzrok się mruży,

tak krótko byłeś pośród ludzi.

Dużo zaznałeś i niedużo

i już się nigdy nie obudzisz.

 

Może w tym tchnieniu i spojrzeniu

zbiegły się wszystkie świata strony

i życie całe w objawieniu,

któreś opuścił przerażony.

 

Może, gdy życie nasze w męce

dogasać zacznie dnia pewnego,

pojmiemy jedno: że nie więcej

nasz świat się różnił od twojego.

 

Herman Hesse, Na śmierć małego dziecka,

tłum. Jan Koprowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Przez moment byłem bogiem…”

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

Jestem bogiem. Jestem panem życia i śmierci. Urządzam świat według własnego uznania oraz widzimisię. Stwarzam go na nowo, obracając wniwecz dzieło tego judeochrześcijańskiego bóstwa o dwóch twarzach – miłosiernej oraz karzącej, schizofrenika, który zaczął dobrze, ogniem i mieczem, by skończyć na krzyżu. O tak, interesuję się religią. Moja matka była szaloną dewotką.

Spoglądam w niebo i mrużę oczy. Przez nagie gałęzie drzew przedzierają się promienie ostrego zimowego słońca. Nad okolicą, upiornie kracząc, krąży stado wron, gdzieś w oddali ujadają psy. Moje ogary są głodne, lecz dziś może czekać je prawdziwa uczta. Rozsmakowały się w ludzkim mięsie.

Mrugam, gdyż przez gęste kłęby dymu łzawią mi oczy. Przenoszę wzrok na stos drewna, na którym ułożonych jest kilkaset rozkładających się ciał. Po wielu miesiącach wywleczono je z grobów i ułożono na tym pogrzebowym stosie. Rytuały śmierci zmieniają się wraz z potrzebami. Towarzyszący im odór jest jednak niezmiennie taki sam.

Dwunastu żydowskich więźniów oblewa benzyną kolejny stos. Pracują szybko, wiedząc, że maruderów czeka kula albo szubienica. Nawet nie zerkają na zwłoki. Być może brzydzą się obłażącymi z szarofioletowej skóry czaszkami, odsłoniętymikośćmi oraz łyskającymi bielą zębami. Może nie podoba im się, że przy przenoszeniu trupy rozpadają się, zgniłe kończyny odpadają od korpusów, a głowyod karków. Dziwią ich włosy, które rzekomo wyrosły na łysych czerepach, i niepołamane, długie paznokcie. Ponuro zerkają na strzępy ubrań, które zastąpiły całuny pogrzebowe.

– Co za smród. – Macham dłonią, by rozgonić omiatający mnie kłąb dymu.

– Żydzi cuchną najbardziej – rzuca mój ordynans, po czym wybucha śmiechem.

Mierzę go ponurym, karcącym spojrzeniem. Zaciskam usta i lekko pochylam głowę.

– Coś ty powiedział? – pytam, spoglądając mu prosto w oczy, a chłopak pokornie spuszcza wzrok. – Nie masz szacunku do śmierci?

– To Żydzi, ale ja… Panie komendancie…

– Coś powiedział? – powtarzam pytanie.

– Że… – Ordynans prostuje się i ledwie słyszalnie cedzi słowa: – Żydzi cuchną najbardziej…

Robi krok w tył, jakby bał się, że go uderzę lub zastrzelę. Unoszę dłoń, a on odruchowo mruży oczy. Wtedy chwytam go za ramię i delikatnie zaciskam palce. Również wybucham śmiechem.

– Masz zupełną rację, chłopcze! Do tego podsunąłeś mi pomysł. – Odrywam dłoń od jego ramienia i pstrykam palcami. – Zorganizujemy zawody w rozpoznawaniu, czyje truchło palimy? Co wy na to?

Wiodę wzrokiem po towarzystwie. Mój ordynans, dwóch adiutantów, kilku strażników obozowych oraz lekarz. Wszyscy kiwają głowami i wydymają usta w nerwowych uśmiechach. Kątem oka dostrzegam, że w moją stronę ze spuszczoną głową podchodzi jeden z więźniów.

– Płoną już wszystkie stosy – melduje służalczym tonem. – Zgodnie z rozkazem, panie komendancie.

Odwracam się do niego i z uznaniem kiwam głową. Osiemnastu chudych jak patyki więźniów wykonało swoją pracę wręcz błyskawicznie. Mógłbym bić im brawo. Zapadnięte policzki, puste spojrzenia, niemal niedostrzegalny zarost na policzkach, a mimo to tkwi w nich wielka chęć życia oraz przetrwania. Powinienem to docenić.

– Bardzo dobrze – kwituję lakonicznie.

Następnie skinieniem dłoni zwracam uwagę dowódcy oddziału strażników.

– Zastrzelcie ich – rzucam. – A potem spalcie tak, jak oni spalili swoich poprzedników.

Przedstawienie skończone. Czas wracać do pracy. Wydaje mi się jednak, że powinienem opowiedzieć wam tę historię od początku. Będziecie zafascynowani.

 

 

2.

 

Moi rodzice mówili, że byłem upartym osłem, ale ja po prostu zawsze widziałem konkretne cele. Szedłem tam, gdzie wydawało mi się, że powinienem iść. Nie były to wybory łatwe ani nieprzemyślane. Nie opierałem się na podstawowym kryterium ludzi słabych – na konformizmie oraz na poszukiwaniu ciepła i wygód. Ojciec nie powinien się temu dziwić, w końcu to on zaszczepił we mnie ideały, takie jak: honor, wierność, braterstwo. W domu wisiały dwa portrety kajzera, których nie zdjęto nawet po wojnie.

Pewnie niewiele was interesują moje pierwsze lata, prawda? Wolelibyście przejść do konkretów, do swądu palonych ciał oraz do czaszek rozgniatanych kolbami karabinów. Czy nie jesteście wyzutymi z emocji bestiami, że pragniecie zobaczyć to wszystko oczyma wyobraźni? A może czerpiecie z tego jakieś specjalne wrażenia, może ta historia dostarcza wam bodźców, co dawałoby wam jeszcze ciekawsze świadectwo? Ciekawsze – to słowo klucz. Dalekijestem bowiem od etycznych osądów.

Wydaje mi się, że wszystko może mieć jednak znaczenie i chronologia będzie naprawdę istotna. Dla psychiatrów lub analityków albo po prostu dla słuchaczy tej historii. Na szczęście raz na zawsze zakończyliśmy czasy, gdy badaniem umysłu zajmowali się cholerni Żydzi. Freud, Jung i wielu innych pokrewnych im trucicieli rozumów oraz dusz.

Urodziłem się w Wiedniu, 11 grudnia 1908 roku, jako jedyne dziecko Berthy i Amona Franzów. Rodzice prowadzili niewielkie wydawnictwo, które prosperowało na tyle dobrze, że nigdy niczego nam nie brakowało. Na kilku fotografiach uwieczniono lśniące auto, w którym siedzę na kolanach ojca, a szofer pozuje z wielką korbą do rozruchu motoru.

Mieliśmy dwie gosposie oraz psy. Mieszkanie nie ociekało złotem, lecz stanowiło typowe lokum statecznego austro-węgierskiego mieszczaństwa. W niedzielę regularnie chodziliśmy do kościoła oraz jedliśmy obiad na wykrochmalonym obrusie. W piątki matka często zarządzała ścisły post, do którego mój ojciec stosował się niezbyt chętnie i który łamałem wraz z nim, co było naszym wielkim sekretem. Podczas rzekomej przechadzki na Prater zachodziliśmy do Griechenbeisa lub Heuringera. Ojciec ostentacyjnie zamawiał sznycel, sięgał po „Wiener Zeitung” i zapalał cygaro. Ja miałem prawo siedzieć u jego boku, co samo przez się stanowiło ogromne wyróżnienie. Byliśmy sobie naprawdę bliscy.

Piątkowe posty doskwierały mi szczególnie wtedy, gdy ojciec wyjeżdżał w sprawach zawodowych do innych miast. Czasem nie było go po wiele dni lub nawet tygodni, więc matka przejmowała rządy absolutne nad domem. Jej ręka była twarda, dyscyplina surowa, a wymagania przesadne jak dla kilkuletniego chłopca, który chce się bawić i wiele śmiać. Myślę, że to właśnie przez nią znienawidziłem naukę oraz to, co dziś nazywamy „mieszczańskim stylem życia”. Zarządzone przez matkę przenosiny do szkoły katolickiej pod Wiedniem mogły jedynie pogorszyć sprawę. Mimo niechybnej awantury, gdy tylko uzyskałem pełnoletność, postanowiłem porzucić sztubę. Po oznajmieniu mojej decyzji ojciec cały spurpurowiał i zaczął nerwowo szarpać wąsa.

– Co zamierzasz robić w życiu? – Zagryzł zęby, po czym spojrzał na mnie spode łba. – Liczysz, że przejmiesz nasz interes? Nie przepracowałeś w nim ani godziny i nie masz o niczym pojęcia, w takim razie…

Chyba po raz pierwszy w życiu wszedłem ojcu w zdanie. Uśmiechnąłem się i oznajmiłem z całkowitą szczerością:

– Wstąpiłem do młodzieżówki partii faszystowskiej.

Nie dodałem, że odkryłem w niej swój nowy świat.

 

 

3.

 

Przez kilka lat dorabiałem to tu, to tam, niezmiennie licząc na wsparcie ojca. Wydawnictwo nawet po upadku monarchii przynosiło niezły zysk, a rodzice, jak to rodzice, nie mogli odmówić paru groszy jedynemu dziecku. Nie spoglądajcie na mnie jak na wyrodnego syna. Pomagałem im, ile mogłem i na ile pozwalała mi działalność partyjna.

Niezmiennie żałowałem, że Hitlerowi w Monachium nie udało się dokonać tego, co Mussolini zrobił w Rzymie. Nie rokowało to dobrze dla ruchu pangermańskiego i stawiało faszystów austriackich w słabym świetle. Marginalizowano nas i wykpiwano. W gazetach raz po raz pojawiały się żartobliwe pamflety na „niemcofilów” oraz popleczników łysego duce. Ktoś, z kogo inni się śmieją, musi zrobić naprawdę wiele, by w końcu potraktowano go poważnie. Zapamiętajcie te słowa.

– Wysadźmy budynek parlamentu.

To zdanie, które padło z ust Heinricha Laudera, najstarszego z przywódców naszego ruchu, w pierwszej chwili odebraliśmy jako żart. W kilkanaście osób tłoczyliśmy się wtedy w dusznym, ciasnym mieszkaniu na poddaszu jednej z wiedeńskich kamienic. Lauder pozostał śmiertelnie poważny. Jego usta nawet nie drgnęły w reakcji na szmer, który przemknął po pomieszczeniu. Dopiero po chwili, naśladując Mussoliniego, założył ręce na piersi i pokiwał głową.

– Jesteście oddani sprawie czy tylko wiele gadacie? – zapytał, mrużąc oczy. – A może są wśród nas kapusie?

Nagle zaczęliśmy bacznie się sobie wzajemnie przyglądać. Nie, wśród nas nie było ani tchórzy, ani kapusiów.

W ciągu tygodnia dzięki kontaktom z rozmaitymi środowiskami kryminalnymi udało się nam zdobyć kilka kilogramów materiałów wybuchowych. Po kolejnych paru dniach mieliśmy opracowany plan wysadzenia parlamentu oraz spisany manifest polityczny, który zamierzaliśmy kolportować w całym mieście.

Akcja rozpoczęła się wiosennego, słonecznego ranka. Pamiętam, że powietrze było przejrzyste, a na bruku skrzyła się wilgoć. Po błękitnym niebie nie sunęła nawet pojedyncza chmura i przyjemnie byłoby wyrwać się na wędrówkę po górach. Zawsze je bardzo lubiłem.

Nie mam pojęcia, dlaczego nie działaliśmy w nocy. Zdaje się, że Lauder chciał podkreślić to, jak bardzo pewni siebie się czujemy, i dodać wszystkiemu element ostentacji. Raz na zawsze mieliśmy skończyć z żartobliwym wizerunkiem wykreowanym w prasie.

Młody Otto Weisser wysiadł z dorożki i podszedł w stronę strażników. Obserwowaliśmy go z auta, które na uruchomionym silniku stało ulicę dalej. Nasz plan zakładał nie tyle wysadzenie parlamentu, co obrzucenie go ładunkami przypominającymi granaty. Mieliśmy zrobić to z najmniejszej odległości, wprost z samochodu.

– Zagaduje ich! – Lauder zatarł dłonie. – Szykujcie się.

– Ruszamy, gdy tylko odejdą na bok – dodał Pilche.

Weissner miał zadanie zainteresować czymś strażników i odciągnąć ich na bok, aby nie powstrzymali rozpędzonego auta. Plan wydawał się zuchwały, lecz zamierzaliśmy uniknąć ofiar. Nie było wśród nas chętnych na męczenników.

– Idą. – Pilche dotknął skrzynki, w której trzymaliśmy część ładunków. Otworzył wieko i rozdał granaty naszej trójce. – Pamiętajcie, żeby rzucać w okna. W pewnym momencie zwolnię, wtedy musicie być czujni i natychmiast działać.

Lauder i ja jedynie skinęliśmy głowami. Drżały nam ręce i baliśmy się, że mówiąc, zdradzimy, jakie targają nami emocje.

– Ruszamy!

Pilche położył dłonie na kierownicy, lecz nie dodał gazu. Przez moment zastanawiałem się, co się stało, obawiałem się nawet, że zepsuł się motor. Dopiero po kilku sekundach zobaczyłem w lusterku żandarmów.

– Wyłazić! Rzućcie to!

Ostre krzyki nie budziły wątpliwości, że zostaliśmy zdradzeni. Stukot podkutych butów oraz przeładowywanych karabinów rozsadzał mi mózg. Uniosłem dłonie, gdy tuż przy aucie stanął smukły oficer ze szczeciniastym wąsem.

– Cholerni wywrotowcy – wycedził, mierząc do mnie z pistoletu. – Takie tałatajstwo należy zabijać na miejscu.

Pot ciurkiem płynął mi po twarzy. Serce waliło w piersi tak mocno, że niemal gruchotało o żebra. Zrobiło mi się potwornie duszno.

– Proszę… – wyszeptałem.

Wtedy oficer nacisnął spust.

 

 

4.

 

Okazało się, że ktoś był znajomym kogoś, kto również miał pewne znajomości… Wiecie, jak to działa. W każdym razie upozorowana egzekucja była najgorszym, co mnie wtedy spotkało. Materiały wybuchowe znikły, nikt nie puścił pary z gęby, słowem nie istniały żadne dowody na to, że braliśmy udział w spisku przeciw legalnie wybranym władzom państwowym. Prokuratura nie mogła nic zrobić.

– Zostaje pan uniewinniony od przedstawionych zarzutów… – Sędzia wycedził te słowa, po czym ostentacyjnie zdjął z nosa łukowate binokle w starym stylu. Odchrząknął. – Charakter czynu oraz zebrany materiał dowodowy…

Machnął dłonią, jakby umknęła mu myśl. Przez chwilę wymownie mi się przyglądał, wreszcie poprawił się w krześle. Był to stary, pulchny Żyd z podwójnym podbródkiem i wielkim nosem. Nienawidził mnie, choć nie mógł wydać wyroku skazującego. Uśmiechnąłem się szeroko.

– Czy mogę już wyjść? – zapytałem, rozprostowując ramiona. – Rozumiem, że jestem wolny?

Sędzia nie odpowiedział. Uniósł wysoko głowę i sapnął. Stojący obok mnie Pilche zarżał ze śmiechu. Niewiele brakowało, a wpadlibyśmy sobie z radości w objęcia. W tamtej chwili czułem się doskonale bezkarny i nietykalny. Państwo, system, Żydzi… Nikt nie mógł mi nic zrobić, choćbym poważył się na prawdziwy zamach. Nagle gazety przestały pisać o nas jako o niegroźnych chuliganach. Żartobliwy ton zamienił się w wyraz pełen lęku albo, co było znacznie wymowniejsze, w milczenie. Najgorsze obawy uderzają tak głęboko, że nie potrafi się o nich ani mówić, ani pisać.

– To chyba znaczyło, że możemy już iść. – Pilche wymownie klepnął mnie w ramię i ostentacyjnie ruszył w stronę strażnika. Ten nawet nie drgnął. Wydawało mi się, że kojarzę go z któregoś z naszych tajemnych zebrań.

– Do widzenia.

– Do zobaczenia – wymamrotał sędzia, co chyba miało zabrzmieć jak groźba.

Wydawało mi się, że świat nagle stanął przede mną otworem i nic już nie pojawi się na przeszkodzie w marszu naszej partii ku zwycięstwu. Myliłem się i w jednym, i w drugim. Prawdziwa walka była dopiero przed nami.

 

 

5.

 

Nikt nie zalegalizował naszych działań. Po chwilowym strachu gazety znów zaczęły z nas kpić, a wszystkie cele wydawały się tak samo odległe, jak przed miesiącami. Dziesiątki naszych towarzyszy gniły w więzieniach i nikt nie mógł im pomóc. Zdaje się, że tylko cudem uniknąłem dłuższej odsiadki. Cudem albo dzięki wstawiennictwu znajomych ojca. Krew jest krwią i choć ojciec nienawidził rodzącego się narodowego socjalizmu, dla mnie zawsze zrobiłby wszystko.

– Powinieneś się ustatkować – powiedział pewnego dnia, gdy zaszedłem do wydawnictwa. Położył dłoń na moim ramieniu, co było rzadkim wyrazem emocji i spojrzał mi głęboko w oczy. – Musimy porozmawiać jak ojciec z synem.

– O czym chciałbyś porozmawiać? – zapytałem hardo, po czym dorzuciłem: – Tato.

– Dobrze wiesz. Masz prawie trzydzieści lat…

– Co z tego?

– Musisz się w końcu ustatkować. To, co robisz, nie zaprowadzi cię donikąd, a ja nie będę mógł cię przez całe życie wyciągać z tarapatów.

Wtedy zyskałem pewność, kto mi pomógł ostatnim razem. I wiecie co? Wcale nie poczułem ulgi ani zadowolenia. To było raczej jak cios wymierzony prosto w policzek, który kazał mi przejrzeć na oczy. Byłem nikim. Ruch, który wydawał mi się potężny, miał mniej do zaoferowania niż podstarzały właściciel lokalnego wydawnictwa.

– Synu, chciałbym cię przedstawić. To Olga, pomaga mi w kontaktach z rozmaitymi tłumaczami…

Słowa ojca wyrwały mnie z odrętwienia. Spojrzałem na dwudziestokilkuletnią blondynkę z niebieskimi oczami i zaróżowionymi policzkami. Dziewczyna trzymała kilka teczek oraz skoroszyt. Była dość niska, ale jej kształty nie umknęły mojej uwadze.

Przywitaliśmy się i wtedy ojciec szeroko się uśmiechnął.

– Wiecie co? Chodźmy na kawę. Mamy na tyle ładny dzień, że szkoda marnować go na siedzenie w ciemnym biurze…

Nigdy wcześniej nie posądziłbym go o podobne podejście. Zresztą od razu wyczułem prawdziwe intencje, które stały się aż nader oczywiste, gdy ojciec zaczął rozwodzić się nad tym, jak długo zna rodziców Olgi i jacy to wspaniali ludzie. Byli to typowi mieszczanie, osadzeni w tradycji Austro-Węgier oraz Kościoła katolickiego. Właściwie tacy sami jak moi staruszkowie.

Spotkanie przy kawie trwało znacznie dłużej, niż było trzeba, aby opróżnić niewielką filiżankę i talerzyk ciasta. Ojciec od zachwytów nad rodzicami przeszedł do zachwytów nad córką. Olga pracowała w wydawnictwie od kilku tygodni, a efekty jej pracy miały być już doskonale widoczne. Dziewczyna przysłuchiwała się temu z zażenowaniem, lecz ojciec nie zamierzał zmienić tematu. Przez cały czas porozumiewawczo się do niej uśmiechałem, dając do zrozumienia, że doskonale rozumiem jej zmieszanie.

Są momenty, gdy wszystko zdaje się całkowicie od nas niezależne. Jakby życie przepływało niczym rzeka, pociągając nas w swoim nurcie. Nie mamy na to żadnego wpływu, nie mogąc stanąć mu na przekór i oprzeć się prądowi. Jeżeli tak jest, to znaczy, że jesteśmy po prostu zbyt słabi. W tamtym czasie jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy i, poddając się biegowi wydarzeń oraz sugestiom rodziców, w styczniu trzydziestego czwartego roku wziąłem z Olgą ślub. Dzięki niej miałem trafić na dobrą drogę. Wkrótce okazało się, że te nadzieje nie przystawały do rzeczywistości.

 

 

6.

 

Życie szczęśliwego małżonka jest zazwyczaj spokojne i nudne. Powtarzano mi to wiele razy, ale mam całe mnóstwo argumentów, że to nieprawda. Przyszłość niebawem miała przynieść całe mnóstwo dramatycznych wydarzeń, lecz nawet wtedy, w pierwszej połowie roku trzydziestego czwartego, a więc świeżo po ślubie, nie potrafiłem skupić się na życiu statecznego mieszczanina. Owszem, wydawnictwo i współpraca z rodzicami przynosiły stały dochód, jednak ja pragnąłem czegoś więcej.

– Zabijemy ich wszystkich. W-s-z-y-s-t-k-i-c-h, rozumiesz?

Heinrich Lauder spojrzał mi prosto w oczy. Z pewnością nie brakowało mu determinacji, którą w ostatnich tygodniach straciło wielu członków naszego ruchu.

– Zabijemy? – zapytałem nieco oszołomiony. – Czy nie lepiej w przyszłości ich aresztować?

– Członków władz nie można aresztować, bo szybko stają się bohaterami. Zza krat są bardziej niebezpieczni, niż gnijąc w grobach.

Język Laudera jak zawsze był plastyczny i mocny. Nie miałem wątpliwości, że wie, o czym mówi, i nie rzuca słów na wiatr. Razem z nami kilkunastu członków partii zjawiło się na tajnej odprawie w podwiedeńskim lesie. Dla większości droga działania była już tylko jedna, lecz ja miałem wątpliwości. Właśnie wtedy Otto Ulke trafił w ich sedno. Ten wielki, nalany mężczyzna z krótkimi włosami i wyłupiastymi oczami znał chyba wszystkich austriackich kryminalistów. Położył dłoń na moim ramieniu, po czym mocno zacisnął palce. Bez problemu mógłby zmiażdżyć mi kości.

– Wahasz się, bo masz dokąd wracać. Ciepłe mieszkanko, żona, rodzinny interes… – Sapnął i rozejrzał się, sprawdzając, czy ktoś jeszcze go słucha. Swym niskim, dźwięcznym tonem zwrócił uwagę większości obecnych. – Kilka milionów z nas nie ma takiej szansy. Rozumiesz?

– Czy to powód, aby mordować? – wahałem się.

– Jeśli my nie damy sygnału, nie zrobi tego już nikt.

– On ma rację – wtrącił się Lauder. – Bez zdecydowanych działań czeka nas stulecie rozkładu.

– Ale… – starałem się oponować, lecz Ulke musiał się już wcześniej naradzić z resztą chłopaków.

– Jesteś z nami czy nie? – zapytał cierpko. – Nie ma trzeciej możliwości.

Zagryzłem wargi i powoli wciągnąłem powietrze. Pachniało rozkładającymi się w słonecznym dniuliśćmi oraz ziemią. Zastanawiałem się tylko chwilę.

– Jestem z wami – oznajmiłem zdecydowanym tonem. – Oczywiście, że tak.

Nie pomyślcie, że staram się teraz siebie wybielić. Że chcę, abyście mnie lepiej zrozumieli albo wzięli w obronę. Nic z tych rzeczy. Od początku ślepo wierzyłem w narodowy socjalizm, ale jednocześnie w tamtym dniu kalkulowałem jak każdy z was. Dopiero po wstąpieniu na Olimp stajemy się bogami i bohaterami. Wyzbywamy się wahań oraz dylematów. Działamy i mordujemy z lodowatą obojętnością niczym Zeus, Atena lub Hera. Wcześniej czeka nas mozolna wspinaczka pod górę i tylko głupcy nie oglądają się za siebie. A ja nie byłem głupcem.

– Każdy, kto jest przeciw nam, jutro zginie.

Te słowa Laudera najlepiej zapowiadały nadchodzący wielki dzień. Był dwudziesty piąty lipca trzydziestego czwartego roku. Niebawem znów miało stać się o nas głośno. Niemcy w Rzeszy nie powinni dłużej czekać na pokaz naszej gotowości do zjednoczenia. Chcieliśmy zorganizować Adolfowi Hitlerowi gościnne powitanie.

– Do roboty, chłopaki – wycedził Pilche. – Każdy wie, co ma robić.

Owszem. Znałem swoje zadania aż nazbyt dobrze. A te już zawsze miałem wykonywać z żelazną konsekwencją.

 

 

7.

25 lipca 1934 r.

 

Od samego świtu siedziałem w punkcie łączności znajdującym się o przecznicę od siedziby rządu. Na zmianę popijałem wino i kawę. Wtedy na rauszu była chyba większość z nas. Mimo to nikt nie zdradzał zadowolenia i pomieszczenie przesiąknięte było smrodem oczekiwania oraz niecierpliwości. Wszystkie emocje mają swój zapach, a z perspektywy lat wiem, że najwyrazistszy jest zapach strachu.

Od kilkunastu minut w mieście rozlegały się pojedyncze krzyki i strzały, mimo to musieliśmy czekać. Wreszcie około dziewiątej odezwał się dzwonek radioodbiornika, który obsługiwałem. Podniosłem słuchawkę, po czym podałem ją Lauderowi. Ten przez chwilę trzymał ją w dłoni. Wtem mlasnął i z namaszczeniem przyłożył ją do ucha.

– Melduj – rzucił krótko.

Przez minutę lub dwie słuchał, wreszcie z kamienną twarzą odłożył słuchawkę na widełki. W pomieszczeniu panowała cisza tak głęboka, że niemal eksplodowała. Każdy z nas utkwił w nim spojrzenie pełne wyczekiwania.

– Kanclerz Engelbert Dollfuß jest ciężko ranny – oznajmił cierpko. – Chyba nie dadzą rady go uratować.

Ktoś głośno wypuścił powietrze, a ktoś inny zaczął klaskać. Jednak na twarzy Laudera nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Jego rysy były napięte i na czole zaskrzył się pot.

– Jednak udało się im ewakuować ministrów – rzucił po kilkusekundowej przerwie. – Uciekli prawdopodobnie niemal wszyscy.

Oklaski natychmiast ucichły.

– Co takiego?! – Pilche wyglądał, jakby zdzielono go po gębie. – Jakim cudem?

– Ktoś musiał ich ostrzec.

– Niech to szlag! W takim razie nie mamy ani chwili do stracenia…

Twarze Pilchego oraz reszty zdradzały, że właściwie już straciliśmy zbyt wiele czasu.

– Amon… – Lauder spojrzał na mnie spode łba. – Łącz nas z Berlinem. To nasza jedyna szansa…

– Przecież miałem to zrobić dopiero, gdy wypełnimy podstawowe cele…

– Łącz nas, natychmiast!

Lauder pohamował krzyk, dopiero gdy znacząco zacisnąłem usta. Byłem gotów dać mu po gębie, gdyby próbował mnie obrazić. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

– Panowie…

Nie wiem, kto wypowiedział to słowo, ale nagle drgnąłem, opanowałem wściekłość i sięgnąłemdo aparatu. Obróciłem korbkę, czekając na połączenie.

– To nasza jedyna szansa… – powtórzył Lauder. – Inaczej za chwilę wszyscy skończymy na szubienicach.

 

 

8.

 

Nie wiem, jakie układy Lauder miał z Berlinem i czy góra partii nazistowskiej w Austrii w ogóle przewidziała taki obrót wydarzeń. Jeszcze przed paroma godzinami wydawało się pewne, że w razie jakichkolwiek perturbacji Hitler wyśle na granicę czołgi, tymczasem teraz pojawiła się plotka, że Mussolini kategorycznie zażądał od niego nieingerowania w wewnętrzne sprawy Austrii.

Usiłowałem nawiązać łączność z berlińskim kontaktem, lecz ciągle zrywało połączenie. Lauder zaczął się nerwowo przechadzać po mieszkaniu. Za oknem przegalopował konny patrol. Nikt z nich nie przypuszczał, że jesteśmy tak blisko budynków rządowych, ale w każdej chwili ktoś mógł nas sypnąć. Demonstracja, na którą miały ściągnąć tłumy, zebrała ledwie kilkaset osób.

Nagle otworzyły się drzwi do drugiego pomieszczenia i do środka wpadł łącznik z naszymi biurami krajowymi. Był to młody, ciemnowłosy chłopak z ponurym wyrazem twarzy.

– Ministrowie zebrali się na posiedzeniu kryzysowym – oznajmił bez ogródek.

Lauder i Pilche jednocześnie zaklęli.

– To pewne? – zapytał ktoś stojący za moimi plecami.

– Mój informator twierdzi, że tak. Podobno nikt się nie wyłamał.

– Wobec tego pozostaje tylko czekać na Berlin…

– A co, do cholery, robimy? – warknął Lauder, po czym stanął krok ode mnie. – No, Amon, ile to jeszcze potrwa?

W tym samym momencie usłyszałem podwójne kliknięcie, oznaczające, że za moment powinno się udać nawiązać połączenie. Przytknąłem palec do ust i podałem słuchawkę Lauderowi.

– Powodzenia… – wyszeptałem niemal bezgłośnie.

Wtem kilkanaście metrów od kamienicy, w której byliśmy, wybuchł granat. Szyby w oknach zabrzęczały, potem zapadła krótka cisza, a następnie wybił się z niej rozpaczliwy krzyk. Obróciłem się, aby zamknąć uchylone okno. Było gorąco i duszno, lecz lepiej, aby Berlin nie słyszał tego, co działo się na podwórzu.

Heinrich zatykał palcem lewe ucho, a do prawego z całej siły przyciskał słuchawkę. Kiwał głową, jakby osobiście przed kimś składał raport. Nagle wyprostował się i wściekle cisnął słuchawkę na aparat. Powiódł wokół spojrzeniem zwierzęcia zagonionego w pułapkę.

– Berlin odmawia pomocy – oznajmił łamiącym się głosem. – Mamy radzić sobie sami.

Te słowa sprawiły, że w pomieszczeniu ponownie zapanowała kompletna cisza. Powietrze zdawało się drżeć, a upał gwałtownie stężał.

Chwilę później usłyszeliśmy dudnienie kroków na schodach i nagle trzasnęły drzwi. Do mieszkania wpadli rządowi żołnierze.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiekformie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to takżefotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwemnośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Julian Paolo Dayag/Unsplash

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, „DARKHART”

Skład i łamanie: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-901-8

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA NA FAKTACH