Inkarnator - Max Czornyj - ebook + audiobook + książka

Inkarnator ebook i audiobook

Max Czornyj

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

ŚMIERĆ NIE POZWALA O SOBIE ZAPOMNIEĆ. NIE MOŻNA OD NIEJ UCIEC.

W Krakowie dochodzi do serii wyjątkowo brutalnych zbrodni. Ktoś naśladuje jednego z najokrutniejszych morderców wszechczasów. Zabójstwa przypominają wynaturzone dzieła sztuki. Morderca nigdy nie pozwala, by śmierć jego ofiar była zbyt szybka i mało spektakularna.
Słynny Mortalista, Honoriusz Mond, wierzy w fizykę oraz w biologię. Odrzuca siły nadprzyrodzone oraz wiarę w reinkarnację. Jednak czy to możliwe, by zbrodniarz z przeszłości powrócił w nowym wcieleniu?

MORTALISTA MUSI ZMIERZYĆ SIĘ Z TĄ TAJEMNICĄ, NIM OPRAWCA DOPADNIE KOLEJNĄ OFIARĘ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 7 min

Lektor: Max Czornyj

Oceny
4,4 (150 ocen)
90
37
14
7
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
michalkrog

Z braku laku…

Skończyłem tylko dlatego, że zacząłem.
31
kajko2015

Nie oderwiesz się od lektury

OK
00
grazyna2525

Z braku laku…

Polecam wszystkim lubiącym kryminał w takim wydaniu.
00
agibagi87

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna,polecam
00
mysza87

Nie oderwiesz się od lektury

jak zawsze na wysokim poziomie
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ratownikom medycznym –

w uznaniu profesjonalizmu oraz z podziękowaniami za „środowiskową” gotowość do pomocy i konsultacji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z piekieł P. Lusk Panje posyłam panu pół Nyrki którą wyjąłem jednej kobicie i zahuwałem dla pana drógą czynść usmażyłem i zjadłem była bardzo smaszna mogę posłać panu okrwawiony nuż jaki ją wyrżnął jeśli tylko poczyka pan trochy dłużej. Podpisany Złap mnie kiedy Potrafisz Panje Lusk

 

tzw. „List z Piekieł” Kuby Rozpruwacza do policji

(w tłumaczeniu oddającym zapis oryginału)

 

 

 

DZIEŃ PIERWSZY

 

1

 

Przypadki rządzą ludzkością. Gdyby Gavrilo Princip nie udał się do przypadkowej knajpki, a kierowca Franciszka Ferdynanda nie pomylił trasy, być może nie zginęłoby 14 milionów ludzi w trakcie I wojny światowej. Gdyby Abraham Lincoln nie uległ perswazjom żony, nie udałby się do teatru, w którym dosięgnęła go kula zamachowca. Gdyby woźnica Bonapartego nie był pijany i jechał równym torem, przyszły cesarz zginąłby z powodu wybuchu bomby. Gdyby, gdyby, gdyby… Nie zapominajmy również o wielkim upale, w związku z którym w pewnym bunkrze otwarto okna i II wojna światowa nie skończyła się rok wcześniej.

Przypadki, zbiegi okoliczności, zrządzenia losu… Można zastanawiać się nad nomenklaturą i kruszyć kopie w sporach filozoficznych, ale pozostają one jedynie płaszczyzną teorii. Czy gdyby Kolumb uległ namowom pierwszego oficera, Ameryka pozostałaby nieodkryta? Czy gdyby nie układ chmur w kształcie krzyża, wojska Konstantyna Wielkiego nie miałyby dość hartu ducha do walki, a w Europie nie zapanowałoby chrześcijaństwo? Czy gdyby kula, która w wojennym okopie otarła się o hełm Adolfa Hitlera, została wystrzelona ułamek sekundy później, nie doszłoby do Shoah?

Determinizm… Jedne wydarzenia pociągają za sobą kolejne. Tyle że w tej konfiguracji myślowej nie ma miejsca na wolną wolę. Człowiek jest tylko trybikiem w maszynie zdarzeń oraz przypadków.

– Bo tak jest… – wyszeptała postać. – Wszystko jest tylko wielkim równaniem.

Czuł potrzebę tłumaczenia się. Nie przed swoją ofiarą, lecz przed sobą samym. A może przed kimś znacznie potężniejszym? Bogiem? Nie. Bóg nie mieścił się w katalogu racjonalnych możliwości. Chyba że równoważyłby go Szatan. Jeden minus jeden daje zero. A zero wcale nie jest pustką, lecz doskonałą stabilizacją. Stanem idealnej równowagi tego, co ponad, i tego, co pod.

Odkaszlnął, czując w ustach suchość. W powietrzu unosił się pył. Od wielu tygodni nie padało i wydawało się, że świat pokrywa gruba warstwa kurzu. Choć noc była chłodna, nie przynosiła jesiennego odświeżenia.

– Przepraszam – wyszeptał.

Na ulicy przed bramą kręciło się sporo ludzi, więc musiał się śpieszyć. Nie mógł ryzykować. Choć przecież przypadek mógł sprawić, że ktoś pojawi się za jego plecami właśnie teraz. Lub za kilka sekund.

Jedną dłonią chwycił podbródek kobiety i spojrzał jej w oczy. Odbiło się w nich rozproszone światło odległej latarni. Widział ściekające po policzkach łzy oraz żyły nabrzmiałe na jej skroniach. Jego ofiara miała czterdzieści kilka lat, ciemne włosy i szerokie kości policzkowe. Wszystko się zgadzało. Próbowała go ugryźć, ale zręcznie się uchylił. Była zbyt drobna i zbyt przestraszona, aby walczyć. Otworzyła usta, lecz zamiast krzyku dobył się z nich jedynie charkot.

Morderca poprowadził pojedyncze, głębokie cięcie przez jej gardło. Rozległo się ciche bulgotanie, a z rany wypłynęła czarna – w tym świetle – krew. Oczy kobiety otworzyły się jeszcze szerzej, a nozdrza rozwarły. Nim opuściło ją życie, szaleniec zadrżał z ekstazy. Pośpiesznie, w jakiejś dzikiej furii poranił jej twarz brzytwą. Mocne, doskonałe ostrze niemal odcięło jej nos oraz wykroiło kawałki policzków. Strzępy skóry zapadły się i odsłoniły zakrwawione zęby.

– Przepraszam – powtórzył morderca.

Jednym ruchem zdarł z nieruchomego ciała sukienkę, po czym nachylił się nad brzuchem ofiary. Dwa kolejne cięcia sprawiły, że dostał się do trzewi. Zanurzył dłonie w ciepłej, lepkiej mazi. Jego palce zacisnęły się na jelitach. Wyciągnął część z nich i rozwlókł wokół zwłok. Pracował nadzwyczaj szybko. Wszystko nie trwało dłużej niż dwie minuty. Dysząc i parskając, ponownie pochylił się nad swoją ofiarą. Musiał działać niemal po ciemku. Na szczęście szybko trafił na macicę i usunął ją z wnętrza kobiety. W powietrzu unosił się słodkawy, duszny odór krwi, która spływała z rąk mordercy wraz z kawałkami zbrylonego tłuszczu.

Szaleniec gwałtownie się wyprostował i zerknął na swój skórzany fartuch. Ściągnął poły płaszcza, zasłaniając mokre ślady dokonanej jatki.

– Jeszcze tylko napis… – wyszeptał. – Jeszcze tylko przesłanie.

Był na wszystko przygotowany. Po chwili na pobliskiej ścianie nakreślił kilka pokrętnych słów.

– Voilà – wyszeptał i zatarł zakrwawione dłonie. – Dokonało się.

 

 

2

 

– Tam umarł człowiek, a ty wrzuciłeś szmaty z jego tkanką do zwykłego śmietnika!

– Miałem je oprawić w złocone ramki i sprzedać jako relikwie?

Honoriusz Mond, trzymając telefon między ramieniem i uchem, wyglądał przez okno pracowni. Na podwórzu kamienicy stała obściskująca się para. Mężczyzna uśmiechał się i gładził kobietę po włosach. Ta mrużyła oczy, przeciągając się jak kotka.

– Jesteś niepoprawny – bąknęła Allegra Szmit. – Mówiłam ci, że wszystko, co ma związek z ludzką tkanką, musi trafić do odpadów medycznych.

– To bez sensu. Czy w papce pozostałej z miesięcznego trupa jest coś bardziej odrażającego od wymiocin albo bardziej szkodliwego niż pestycydy?

– Są toksyczne. Wiesz o tym. Poza tym nie wszystko musi być sensowne i…

– Cholera.

– Co takiego?

Mond nie zwrócił uwagi na wymowne zawieszenie głosu szefowej. Właściwie odkąd Allegra zatrudniła go w firmie sprzątającej miejsca zgonu oraz najbardziej zanieczyszczone zakątki świata, zaprzyjaźnili się i jej utyskiwanie nie robiło na nim wrażenia. Tym bardziej że nie pracował dla niej ze względów finansowych. Miał spore zasoby pozostałe z dawnego, przedkrakowskiego życia, a na bieżące potrzeby wystarczało mu wynagrodzenie otrzymywane za restaurowanie zabytkowych mebli. Była to zresztą nie tylko praca, lecz również jego hobby.

Właśnie teraz Honoriusz znajdował się w swojej kazimierskiej pracowni i usiłował skupić się na wypolerowaniu świeżo nałożonego forniru. Nie było mu to jednak dane. Obserwowana przez niego kobieta pocałowała partnera i położyła mu palec na ustach. Coś wyszeptała, a mężczyzna głośno się roześmiał.

– Mieli się pokłócić – wymamrotał zdumiony. – Jej zmarszczki mimiczne oraz pozycja nóg wskazywały, że jest zdenerwowana. Lekko zaróżowione policzki, przyśpieszony oddech…

– Co ty pleciesz?

– Nic, nic. To pewnie kwestia kąta padania światła.

Honoriusz uniósł w górę trzy palce prawej ręki i powoli je składał. Gdy zacisnął dłoń w pięść, kobieta kichnęła. Mond tryumfalnie się uśmiechnął, po czym oparł o blat stolika z drewna różanego, na który nałożył już blisko dwieście warstw politury. Natychmiast się wyprostował i poprawił węzeł jedwabnego krawata. Bez względu na to, czy pracował nad renowacją mebli, czy sprzątał miejsce odnalezienia rozłożonych zwłok, występował w staroświeckim, czarnym garniturze oraz pod krawatem.

– Wyjaśnisz mi, co się stało? – dopytywała Szmit. – Jesteś prawdziwym wrzodem na gładkim tyłku bobasa.

– Wiesz, że nerw trójdzielny biegnie tuż obok nerwu wzrokowego? – zagadnął Honoriusz, nie odpowiadając na pytanie. – Gdy oślepia nas światło, następuje jego podrażnienie, a w konsekwencji odebrany zostaje błędny bodziec łaskotania we wnętrzu nosa. W rezultacie kichamy.

– I to jest twój komentarz do oskarżeń o wyrzucenie ludzkiej tkanki do śmieci?

– Cholera.

– Robisz sobie jaja?

Mond zacisnął usta i zmarszczył czoło. Przez bramę kamienicy szybkim krokiem na podwórze wszedł Adam Berg. Był to zwalisty komisarz policji, aż nazbyt dobrze znany Honoriuszowi. Na jego widok nasunęły się mu same nieprzyjemne skojarzenia. Mimo że w pewnym stopniu cenił policjanta jako porządnego człowieka, uważał go za dość przeciętnego śledczego.

– Zbliżają się kłopoty – westchnął. – Zdaje się, że muszę kończyć.

– Hono…

Mond rozłączył się, nim Allegra zdążyła zaprotestować. Intrygowało go, że w bramie kamienicy asekurował Berga jeszcze jeden policjant, w dodatku nieumundurowany. Co do roli tego wysokiego, nieznajomego mężczyzny Honoriusz nie miał żadnych wątpliwości.

Chwilę później zadźwięczał mosiężny dzwonek w drzwiach. Jednocześnie Mond na zabytkowym klawesynie wygrał pierwsze takty jednej z fug Bacha.

– Nadciągnęła szarańcza – stwierdził, ponuro spoglądając na komisarza. – Pam, pam, pa, pam…

 

 

3

 

Chłopiec wysiada z samochodu i się szeroko uśmiecha. Jest szczupły, ma pociągłą buzię, mocny zarys szczęk oraz kształtne usta. Jego ciemne oczy skrzą się nieco łobuzersko, a letni wiatr przygładza zaczesane do tyłu włosy. Malec jest ubrany w grafitowe spodnie oraz białą koszulę, jednak ten formalny strój zdaje się go nie krępować. Najwyraźniej czuje się w nim jak ryba w wodzie.

Ojciec, wysoki, blady mężczyzna w kraciastym garniturze, kładzie dłoń na ramieniu chłopca. Zostawiają samochód na podjeździe rezydencji, ale nie kierują się ku prowadzącym do jej wnętrza schodom, lecz w stronę parku. Tam, pośród wysokich, starych drzew rozstawiono kilka namiotów oraz drewniane ławki.

– Mój kochany urwis!

Smukła, zgrabna kobieta rusza w ich stronę. Jest ubrana w białą sukienkę oraz słomkowy kapelusz z szerokim rondem. Zatrzymuje się kilka metrów od syna i męża, po czym obrzuca ich obu bacznym spojrzeniem. Jej wzrok zatrzymuje się na twarzy chłopca.

– Bardzo ładnie – stwierdza, kiwając głową. – Wyglądasz jak młody Redford albo… Jak mu tam? Wiecie, kogo mam na myśli?

– Wygląda doskonale – stwierdza ojciec, nie siląc się, by odkryć, wokół kogo krążą myśli jego żony. Klepie syna po ramieniu i rozgląda się po okolicy. – Wszystko gotowe?

– Tak. Goście zaczną się pojawiać mniej więcej za godzinę.

– Catering?

– Już jedzie. Pozwoliłam się im rozstawić w namiocie. Nie wiem, czy nie będzie padało. W każdej prognozie mówią co innego.

– Świetnie. W takim razie…

Mężczyzna nie kończy, gdyż zza jego pleców wypada roześmiana blondyneczka. Dziewczynka jest o rok starsza od chłopca, ma krągłą buzię pokrytą piegami i duże, niebieskie oczy. Jest ubrana w krótką sukienkę w kwiecisty deseń. Zatrzymuje się i z figlarnym uśmiechem odruchowo obgryza paznokcie. Przez cały czas uważnie przygląda się bratu.

– Wyglądasz jak… wariat – stwierdza nagle. – Nie mogli ci zrobić innej fryzury?

Podchodzi do chłopca, który zdaje się w ogóle nieprzejęty jej słowami, i całuje go w głowę.

– Będę musiała się przyzwyczaić – dodaje. – Nigdy nie widziałam cię z krótkimi włosami. No chyba że wtedy, gdy się urodziłeś, ale tego nie pamiętam… To było już tyle lat temu.

W tej rodzinie rozpoczyna się jedno z najważniejszych świąt. Dzień postrzyżyn chłopca. Choć są to czasy, gdy w kosmos latają rakiety, po autostradach mkną samochody, a Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii otrzymali Sidney Altman oraz Thomas Cech za odkrycie katalitycznych właściwości RNA, ta rodzina rządzi się swoimi prawami.

– Mój mały braciszek. – Dziewczynka przytula się do chłopca i szeroko się uśmiecha. – Mama mówi, że od teraz jesteś już prawie dorosły.

– O rok mniej niż ty – zazdrośnie zauważa malec. – Ale przede mną również rok więcej życia.

Ta uwaga chłopca wywołuje konsternację jego matki. Kobieta z wyrzutem spogląda na męża, jakby to on zaszczepił synowi podobne skojarzenia. Jednak dziewczynka nadal się śmieje. Szczypie brata w policzek, po czym rzuca się biegiem ku namiotom.

– Chodź, rozstawimy dekoracje! Chcę, żebyś zapamiętał ten dzień na całe życie.

– Zapamiętam, że nazwałaś mnie wariatem.

– To z miłości – droczy się dziewczynka. – Zawsze chciałam mieć brata wariata.

Kobieta z rezygnacją przewraca oczami.

 

 

4

 

– Pojedziesz ze mną i wysilisz swoją mózgownicę. Rzucisz na wszystko okiem, a potem, mam nadzieję, wyciągniesz z tego jakieś genialne wnioski.

– Nie.

Krótkie oświadczenie Monda sprawiło, że Berg spurpurowiał. Wbił w niego wściekłe spojrzenie i zwiesił głowę niczym byk szykujący się do ataku. Już kilkukrotnie Honoriusz pomagał mu przy śledztwach. Było to co prawda incydentalne, choć sprawy kryminalne miały dziwną moc przyciągania osób, które się z nimi zetknęły.

Pan Vidocq, Leonardo da Vinci kryminalistyki… Te określenia Berg pamiętał jeszcze z czasów studenckich, gdy w szkole policyjnej z cyklem wykładów pojawił się nowy, bardzo młody i bardzo uznany wykładowca. Był nim właśnie Honoriusz Mond, ówczesny doktor dziedziny tak wąskiej, że mało kto był w stanie zapamiętać jej nazwę.

Mortalistyka.

Nauka o śmierci jako punkcie wyjścia do prowadzenia wszelkich śledztw. W kręgach akademickich o Mondzie nie mówiono inaczej niż właśnie jako o Mortaliście. Berg nie wiedział, jak dokładnie potoczyły się dalsze losy genialnego wykładowcy. Jakież było jego zaskoczenie, gdy po latach, zamiast w gwarnej („tymczasowej”) stolicy, całkowicie przypadkowo spotkali się w Krakowie. Do tego Honoriusz nie występował ani jako specjalista, ani jako policyjny konsultant. Cywilny współpracownik? Ekspert? Jego funkcja pozostała nienazwana, lecz prokuratorzy bez problemu zgadzali się, by wspierał grupy dochodzeniowo-śledcze. Mond nie robił jednak tego ochoczo, a wręcz przeciwnie, starał się trzymać od zbrodni jak najdalej.

– Nie? – groźnie bąknął Berg. – To rozkaz.

– Nie jestem żołnierzem.

– Ale…

– Proszę zostawić mnie w spokoju. Pański podwładny w bramie wyraźnie się niecierpliwi.

Berg nawet nie zerknął przez okno. Wbił wzrok w surową, pozbawioną jakichkolwiek emocji twarz Monda.

– Nie jesteś zainteresowany? Nie zapytasz, z czym przychodzę?

Honoriusz wzruszył ramionami.

– A może chce pan, żebym zarządził przeszukanie tej sutereny? – Komisarz z uśmiechem zmrużył oczy. Po chwili mówił dalej: – Słyszałem co nieco o twojej słabości do opium… Wyrabiasz je samodzielnie, ale pewnie przetrzymujesz gdzieś tutaj? Mam rację?

Berg otworzył stojącą najbliżej szafkę i zajrzał do środka. Była pusta, więc chwycił za uchwyt biedermeierowskiej mahoniowej bieliźniarki. Mond włożył dłonie do kieszeni i z obojętnością obserwował jego poczynania. Po chwili jednak wyciągnął opakowanie ulubionych cygaretek Montecristo. Włożył jedną z nich do srebrnego ustnika, po czym zapalił.

– Dawniej nazywano to gwałtem albo zajazdem – skwitował. – W innych okolicznościach domagałbym się nakazu.

– Śmierć już w ogóle cię nie interesuje?

– Interesuje mnie aż za bardzo. Ale to tylko mój problem.

– Więc?

– Skoro posuwa się pan do nielegalnego przeszukania… – Mond wypuścił gęsty kłąb dymu i skierował się w stronę drzwi. Po drodze zdjął z hebanowego smukłego wieszaka czarną, stylową fedorę. – Niech pan prowadzi, komisarzu. Może uda się panu mnie zaskoczyć.

Berg z grymasem ulgi rzucił się za Honoriuszem.

– Wiem, że wiele widziałeś, ale czegoś takiego jeszcze nie – zapewnił całkowicie bez entuzjazmu. – To kompletne szaleństwo. Zresztą sam się przekonasz.

 

 

5

 

– Rudi, Benc!

Dwa spore kundle wybiegły z krzaków rosnących na zaniedbanej parceli i pognały do około czterdziestoletniego mężczyzny ubranego w kraciaste spodnie, czerwoną kurtkę oraz znoszony kaszkiet.

– Dobre pieski. A teraz Gamoń i Syjam!

Jak spod ziemi wyrosły przy nim dwa łaciate koty. Otarły się o nogawki swojego pana, po czym, nie robiąc sobie nic z obecności psów, pomaszerowały chodnikiem. Całe ludzko-zwierzęce stado podążało wąską uliczką, po której bokach ciągnęły się zapuszczone kamienice oraz nieużytki. Był zaskakująco ciepły, duszny poranek. Kolejne pogodowe kuriozum tego roku, przez które przejazd każdego z aut po nierównej uliczce wzbijał w powietrze tumany pyłu.

Poza pojedynczymi samochodami nic jeszcze nie świadczyło o tym, by świat budził się ze snu. Choć okolica i tak zazwyczaj była rzadko uczęszczana, uboczna, a większość mieszkańców w ostatnich dekadach przeniesiono do lokali socjalnych. Tutejsze, około stuletnie budynki, w znacznej części groziły zawaleniem.

– A gdzie jest Nienazwany?

Mężczyzna w kaszkiecie rozejrzał się i cicho zagwizdał. Miał okrągłą, nieco pyzatą twarz z pasemkami tłustych włosów wymykających się spod kaszkietu. Zmrużył oczy, sprawiając, że krzaczaste brwi zlały się niemal w jedną linię.

– Nienazwany… – wyszeptał zdenerwowanym tonem. – Powinienem nadać mu imię od razu po odnalezieniu. To źle wróży… Nienazwany!

Chciał krzyknąć po raz kolejny, gdy z pozbawionego drzwi, ceglanego budynku po prawej wybiegł kudłaty kundelek. Była to znajda, na którą natrafił przed kilkoma dniami i którą z trudem udało mu się odratować. Piesek odwdzięczał mu się całym sercem, zazwyczaj niemal go nie odstępując. Teraz, jakby zaskoczony tym, że jego opiekun przestraszył się jego nieobecnością, potulnie merdał ogonem.

– Nienazwany, przyjacielu! Gdzieś ty łaził…

Mężczyzna pochylił się i pogłaskał psiaka po głowie. Ten uniósł pyszczek, jednocześnie ostrożnie zerkając na reakcję pozostałych dwóch psów.

– Co ty masz? U licha… Puść to!

Mężczyzna ostrożnie wyciągnął z pyska psiaka ociekające krwią mięsne zawiniątko. Przypominało nieco obkurczone, wołowe serce. Było jednak zbyt małe.

 

 

6

 

– Proszę zgasić cygaro.

– To cygaretka.

– W takim razie proszę zgasić tę cygaretkę. Natychmiast. To pojazd służbowy i…

– Jedzie pan jak szalony. – Mond wszedł Bergowi w słowo. – Staram się w ten sposób uspokoić. Poza tym cierpię na chorobę lokomocyjną i zdarza mi się wymiotować, a nikotyna działa zapobiegawczo. Niech pan się zastanowi, co woli…

Komisarz zerknął przez ramię i spiorunował Honoriusza wzrokiem. Ten z niewzruszonym wyrazem twarzy raz po raz się zaciągał, po czym wypuszczał dym ku przednim siedzeniom. Towarzyszący Bergowi nieumundurowany policjant opuścił szybę, wpuszczając do środka świeże powietrze.

– Czy to substytut światła kierowanego przesłuchiwanemu prosto w oczy? – Mond na dowód, że nie zważa na chłód, wygodnie rozparł się na tylnej kanapie. Zaciągnął się jeszcze raz, a następnie teatralnie wypstryknął niedopałek na zewnątrz. Pęd powietrza porwał go i rozwiał iskry tuż obok ucha siedzącego z przodu funkcjonariusza.

– Niech cię szlag – syknął Berg. – Zaczynam żałować, że wpadłem na pomysł skontaktowania się z tobą.

– I oby tak dalej. O niczym innym nie marzę niż dać panu nauczkę na przyszłość.

Komisarz wcisnął gaz do dechy i auto wyrwało do przodu. Z zawrotną prędkością pokonywało wąską, krakowską uliczkę. Na szczęście nie było dużego ruchu, gdyż Berg zdawał się być gotów wyprzedzać nawet po chodnikach.

– Czy zmarłym się gdzieś śpieszy? – Mond obserwował mijane zaułki oraz przecznice.

– Żywym, mój drogi – odparł Berg. – Żywym – powtórzył z naciskiem.

– A więc mamy porwanie? – Honoriusz starał się uchwycić wzrok komisarza w lusterku, lecz zaraz sam sobie odpowiedział: – Nie. Wtedy działałby negocjator, a wszelkie procedury musiałyby być zachowane z podwójną dbałością. Nikogo postronnego – to główna zasada. W takim razie… Po pańskiej minie spodziewałbym się najgorszego.

– Na przykład?

Mond parsknął, po czym zdawało się, że ponownie całkowicie stracił zainteresowanie rozmową. Beznamiętnie obserwował obrazy przesuwające się za oknem. Wreszcie, gdy auto się zatrzymało, powiódł wzrokiem po zebranych wokół ludziach, po policyjnych taśmach oraz wozie ekipy kryminalistycznej.

– Seryjny lub potencjalny seryjny morderca – skwitował, wysiadając. – Przypuszczam, że tamci funkcjonariusze wymiotują z innego powodu niż choroba lokomocyjna? Niech pan tak na mnie nie patrzy, komisarzu, to nawet nie kwestia dedukcji. Wystarczy zwykła empatia.

– Chodź za mną. Za chwilę i tobie zrzednie mina.

– Woda na młyn – rzucił Mond. – Niech pan nie zapomina, że dla mnie śmierć to woda na młyn, komisarzu. Nic więcej i nic mniej. Kwestia energii.

Honoriusz przyśpieszył kroku, wyprzedzając Berga. Nie musiał się pytać, dokąd powinien się kierować.

 

 

7

 

– Zdziwisz się, gdy to wreszcie zobaczysz. Zdaje ci się, że wszystko widziałeś, ale to gówno prawda. Nie masz pojęcia, do czego zdolny jest człowiek…

– I jakie może tkwić w nim zwierzę – dokończył Mond za Berga.

Od kilkudziesięciu sekund z ust komisarza płynął strumień słów. Zapewne w ten sposób policjant starał się przygotować samego siebie do ponownego pojawienia się na miejscu zbrodni. Choć był postawnym, doświadczonym gliniarzem, sprawa musiała poruszyć nawet jego. I to mocniej, niż można by się spodziewać.

– Jesteśmy w dupie, przyznaję – ciągnął, dla odmiany niemal familiarnym tonem. – A ty, Mortalisto, pomogłeś nam dwa razy, pomożesz więc trzeci. Rozumiesz?

– Do trzech razy sztuka? To działa tylko w bajkach.

– Naprawdę?

– Statystyka jest nieubłagana. Teoria prawdopodobieństwa również, choć w zasadzie to także kwestia umiejętności.

– Właśnie, właśnie! Przepraszam…

Berg przeprowadził Monda między członkami ekipy dochodzeniowej, którzy obrzucili go badawczymi spojrzeniami. Większość z nich doskonale wiedziała, kim jest. Błyskotliwe sukcesy sprawiły, że wbrew własnej woli stał się powszechnie rozpoznawalny. Nakręcono nawet o nim kilka reportaży oraz film dokumentalny. Nie zamierzał prostować bzdur, które w nim opowiedziano, między innymi dlatego, że go nie widział.

– Nie chcę brać udziału w żadnym śledztwie – rzucił, przechodząc przez otwartą bramę. Jak zauważył, była to jedna z tych krakowskich bram, które zachowały się w niezmienionej formie od stu lat. Z odbojnikami, progami oraz belkami do przejazdu dorożek. Rzadkość, ale nie nadzwyczajna. Głęboko wciągnął powietrze i się uśmiechnął. – Krew, wiele krwi.

– I nadal twierdzisz, że śledztwo cię nie interesuje?

– Śledztwo? Ani trochę. Miewam przelotne zafascynowanie krwią oraz zwłokami, ale jednocześnie mam gdzieś te wasze skostniałe procedury i metodologię.

– Rzuć tylko na to okiem – fuknął Berg.

– W tych okolicznościach to wyjątkowo niefortunny związek frazeologiczny.

Komisarz już tego nie skomentował. Upewnił się, że technicy zakończyli swoją pracę, i nakazał rozejść się stojącym wokół policjantom. Momentalnie wokół zrobiła się pustka. Większość funkcjonariuszy ulotniła się jak kamfora, z ulgą opuszczając niechciane posterunki. Mimo to Mond ostentacyjnie uniósł głowę i wbił wzrok w popękane sklepienie bramy.

– Jeżeli, jak pan to nazwał, rzucę na to okiem, nie wspomni pan ani słowem o opium? – zagadnął niedbałym, chłodnym tonem.

– Ani słowem – zapewnił Berg.

– Mamy układ?

– Tak.

– Słowo dżentelmena?

– Chcesz, żebym to spisał i opieczętował?

Mond opuścił głowę i spojrzał komisarzowi prosto w oczy.

– Najlepiej własną krwią – stwierdził całkowicie poważnie. Następnie, bez choćby drgnięcia powieki, przeniósł wzrok w głąb bramy.

Jego twarz nie zdradzałaby żadnych emocji, gdyby nie oczy. To właśnie w nich można było dostrzec błysk niezwykłego zaciekawienia.

– Co o tym powiesz, Mortalisto? – Mond wysyczał to pytanie sam do siebie. – No, proszę, proszę…

Po chwili nieśpiesznie ruszył naprzód.

 

 

8

 

– Zwłoki już zabrano.

– Ponoć prawie nigdy nie są ci potrzebne, Mortalisto.

– Metoda obdukcyjna, jak sama nazwa wskazuje, sprowadza się do oględzin ciała. Choć rzeczywiście, czasem jego brak nie robi różnicy.

Mond lekko poluzował węzeł krawata i uważnie lustrował otoczenie. Ceglane, poobdzierane z tynku ściany, ślady otarć powozów sprzed stu lat, sklepienie pozbawione latarni, wreszcie kamienny bruk naznaczony efektami pracy kryminalistyków. Do tego intensywny kontrast między jasnością szpetnego podwórza a wilgotną ciemnością bramy. Na szczęście policja skutecznie odsunęła gapiów, więc poza kilkoma funkcjonariuszami nikt nie rozpraszał Honoriusza.

– Ofiara leżała na plecach w nienaturalnej pozycji – odezwał się tonem pozbawionym jakichkolwiek wątpliwości, jakby stwierdzał najprostsze fakty. – Oczywiście nie ma mowy o samobójstwie. Ta osoba została zamordowana, gdyż nikt nie jest w stanie na żywca usunąć sobie nerki oraz, jak sądzę, fragmentów macicy. To kobieta, prawda? Chyba jak dotąd nie mijam się z tym, co zastaliście?

Mond, nie czekając na odpowiedź, zrobił kilka kroków w stronę pozostawionego przez techników znacznika i przykucnął. Po zakończeniu pracy oraz zebraniu wszelkich śladów miejsca mordów były zazwyczaj starannie sprzątane, ale wykonywała to oddzielna ekipa. Kryminalistycy znikali po zabezpieczeniu dowodów. Jeżeli plama krwi mierzyła pół metra na metr, do laboratorium nie trafiała całość, a jedynie wybrane próbki, chyba że zachodziłoby podejrzenie, że krew pochodzi od kilku osób. W tym przypadku jednak tak nie było. Co więcej, to właśnie po jej charakterystycznym kolorze Mond wnioskował o obrażeniach odniesionych przez denatkę.

– Usunięto lewą nerkę, gdyż gdyby to była prawa, morderca, który nie sprawia wrażenia całkowicie opanowanego, zapewne uszkodziłby również wątrobę. Ślady krwi są jednak zbyt jasne, nawet po stężeniu i wyschnięciu… – Mond przesunął się o niespełna pół metra i przeniósł wzrok wyżej. – Ale wcześniej sprawca pociął jej twarz. Zrobił co najmniej trzy podłużne, długie cięcia. Chlastał czymś bardzo ostrym, co doskonale rozpruwało skórę. Z góry na dół, z dołu w górę i potem z lewej do prawej przez górną wargę.

Berg jak oniemiały wpatrywał się w Mortalistę prezentującego ruchy, jakie, zadając ciosy, musiał wykonywać zabójca. Przypominał przy tym dyrygenta kierującego niewidzialną orkiestrą. Przez chwilę nawet cicho coś nucił, po czym nagle podniósł się z klęczek i wyprostował. Sięgnął do ronda kapelusza, jakby upewniając się, że ma go na głowie.

– Ofiarę odnaleziono szybko, próbowano ją jeszcze reanimować, choć to nie miało sensu – ciągnął. – Obrócono ją wtedy na bok, do pozycji, którą na wyrost nazywa się „bezpieczną”. Wtedy z podbrzusza zamordowanej wypłynęły jelita, a krew zachlapała buty osoby, która odnalazła zwłoki. Ale to już nie ma znaczenia…

– To wszystko? – Berg sięgnął po notes i pośpiesznie coś zapisał. – A może…

– Mógłbym mówić jeszcze godzinami, ale co komu po tym? – Mond założył dłonie za plecy i spojrzał na miejsce zbrodni z nieco innego kąta. – Kobieta niemal się nie broniła, została zaatakowana nagle, co może świadczyć o tym, że ufnie weszła do tej bramy. Jeśli nie mieszka w kamienicy, musiałaby mieć jakiś powód lub ulec namowie sprawcy. Ach, chyba zapomniałem wspomnieć o gardle! Poderżnięto je w momencie, gdy miała otwarte usta. Wówczas ciśnienie wyrzuca krew dwoma strumieniami… A może się mylę?

Honoriusz odwrócił się do Berga i spojrzał na niego spode łba. Komisarz ponuro sapnął. Schował notatnik, po czym machnął w stronę jednego z funkcjonariuszy stojących przy wejściu do bramy.

– Pokażcie mu rezultaty sesji fotograficznej – rzucił z przekąsem. – Niech cię cholera, Mortalisto. Niech cię cholera!

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2022

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2023

 

Projekt okładki: Ola i Daniel Rusiłowiczowie

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: „DARKHART”, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-644-1

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.