Geneza zła - Max Czornyj - ebook + audiobook

Geneza zła ebook i audiobook

Max Czornyj

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Zło mogło być wszędzie, a z pewnością miejsce na nie było w sercu każdego człowieka.

Komisarz Deryło poszukuje wytchnienia w ustroniu nad Bałtykiem. Jednak Zło nie spuszcza go z oczu.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej dochodzi do potwornej zbrodni. Pewna kobieta zostaje zamordowana tak brutalnie, jakby sprawcą był prawdziwy diabeł.

Tymczasem w okolicy pojawia się tajemniczy badacz wiary w zjawiska paranormalne, a grupka dzieci rozpoczyna niezwykłą grę. Ponoć jej autorem jest sam szatan.

Deryło zostaje wplątany w wydarzenia, które zachwieją jego wszelkimi przekonaniami. Aby zrozumieć okrutną prawdę będzie musiał odkryć przerażającą genezę Zła.

Zła, z jakim do tej pory nigdy się nie spotkał. I które być może tkwi w nim samym.

Nieustanne zwroty akcji przyprawiają o zawrót głowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 222

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 23 min

Lektor: Robert Jarociński

Oceny
4,4 (187 ocen)
113
45
21
6
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mazaga29

Dobrze spędzony czas

W sumientaka sobie. Nie rozumiem tej panującej teraz wsrod autorów obsesji na punkcie wszelakich świrów. Naprawde każdy kryminał musi dotyczyć jakiegoś psychopatycznego człowieka. Moze warto wrocic do historii o Lupine? 😂😂
20
grazyna2525

Całkiem niezła

Kryminały z zagadkami bez makabrycznych scen i tortur są dla mnie cenniejsze na spędzenie czasu.
10
Vlip2021

Nie polecam

Ta książka jest niesamowicie kiepska. Postaci są płaskie, dialogi dramatyczne, konstrukcja beznadziejna, czyta się to tragicznie. z całego serca nie polecam.
10
Ewka12345m

Nie oderwiesz się od lektury

jak zwykle, świetna!
00
Maluska85

Całkiem niezła

To już dwunaste spotkanie z Erykiem Deryło i szczerze przychodzi mi jedno na myśl po lekturze "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść". Przejadło mi się już odrywanie skóry, zbrodnie na tle religijnym i żurawie z orygami. W tej części oryginalne jest tylko przeniesienie akcji z Lublina nad morze. Reszta jest taka sama. W tych ostatnich częściach brakuje mi rzetelnego prowadzenia śledztwa w którym czytelnik może brać udział, dostajemy tylko treści z których nic nie wynika, bo co nam po tym, że Eryk coś przeczytał na coś wpadł skoro nie mamy wyjaśnione co to było. Według mnie nawet nie pomogło wprowadzenie nowej bohaterki w postaci Sofi Dimitris, miała być błyskotliwa i mądra jak Haler, a też jej postać wprowadza wiele niedopowiedzeń. No i oczywiście odkrycie sprawcy dla kryminalnych wyjadaczy nie bedzie stanowiło problemu. Jeżeli miałaby wyjść kolejna część z Erykiem to nie wiem czy bym po nią sięgnęła, może tylko z sentymentu.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim idealistom, którzy na co dzień walczą ze złem. Bez względu na jego definicję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy zastanawiała się pani, dlaczego wilk wyje do księżyca? Bo może – rzekł pewien zły człowiek.

 

 

 

Ręce wasze pełne są krwi.

Obmyjcie się, czyści bądźcie!

Usuńcie zło uczynków waszych

sprzed moich oczu!

Przestańcie czynić zło!

Zaprawiajcie się w dobrem!

Troszczcie się o sprawiedliwość,

wspomagajcie uciśnionego,

oddajcie słuszność sierocie,

w obronie wdowy stawajcie!

Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! –

mówi Pan.

 

Choćby wasze grzechy były jak szkarłat,

jak śnieg wybieleją;

choćby czerwone jak purpura,

staną się jak wełna.

Jeżeli będziecie ulegli i posłuszni,

dóbr ziemskich będziecie zażywać.

Ale jeśli się zatniecie w oporze,

miecz was wytępi.

 

Księga Izajasza 1,15–19,

Biblia Tysiąclecia, Pallottinum

 

 

 

 

1

 

 

– Nie wierzysz w Boga ani szatana? A gdybym ci powiedział, że zarówno Bogiem, jak i szatanem może być wyłącznie człowiek? W końcu zostaliśmy stworzeni na jego podobieństwo, a on, niczym Poncjusz Piłat, umywa ręce od ludzkich losów. Przynajmniej dopóki biją nasze serca i pracuje mózg. Wiem… To wiele wątków, które zapewne straciły dla ciebie jakiekolwiek znaczenie. Popierałaś śmierć, dopóki nie dotyczyła samej ciebie.

Mówiący westchnął. Przez kilka sekund milczał, wreszcie podjął ponownie:

– Aborcja to sprawa matki? Dobrze. Przyjmijmy, że tak jest. W takim razie którędy przebiega cezura rozdzielająca matczyną władzę nad życiem i śmiercią? Kiedy kształtuje się układ nerwowy? W końcu od samego początku jesteśmy zlepkiem genów, ale kiedy twoim zdaniem można je nazwać człowiekiem? No dobrze, mniejsza o to. Powiedziałaś kiedyś o trzecim miesiącu… Czy wiesz, że płód ma już wtedy wykształcone kończyny? Mówiłaś o zabijaniu dzieci do chwili narodzin. W takim razie dlaczego nie przedłużyć tego do pierwszych urodzin? A może dalej… Niech dzieci będą własnością matek do osiągnięcia pełnoletności. Czemuż by nie? Skoro dla ciebie wszystko jest umowne i stanowi jedynie kwestię debaty politycznej. Tak o niej mówiłaś. Ale wiesz co, moja droga?

Kobieta nie odpowiedziała. Po jej policzkach ciekły łzy. Wytrzeszczone oczy były zaczerwienione i pełne popękanych naczynek. Pod jej nosem zebrały się smarki. Co chwilę głośno nim pociągała, byle tylko nabrać powietrza. Z jej płuc dobiegało bulgotliwe rzężenie.

– Jest coś, co bez wątpienia nie jest umowne. Nawet jeżeli podlega definicjom, daję ci głowę, że to nie jest w żadnej mierze kwestia negocjacji. Zdajesz sobie sprawę, o czym mówię?

Nastąpiło kolejne zawieszenie głosu. Tym razem jednak znacznie krótsze i jeszcze bardziej wymowne.

– Mówię o śmierci.

Te trzy słowa poniosły się echem, choć może kobiecie się tak tylko zdawało. Załkała, a z jej ust, zza knebla, wydobyło się żałosne jęknięcie. Wessała kawałek materiału tak mocno, że dotknął tylnej ścianki jej gardła. Zrobiło się jej momentalnie duszno, jakby się zachłysnęła, lecz nie mogła odkaszlnąć. Była przekonana, że się udusi. Wpadła w panikę i łapczywie próbowała wciągnąć powietrze nosem. Smarki mieszały się z krwią, wypełniając jej usta mdłym posmakiem. Zaczęła się dławić. Tępy ból rozlał się po jej czaszce.

– Nie wierzyłaś w Boga ani w szatana – ciągnęła postać skryta w półmroku. Mówiła powoli, żałobnym, choć nieco znudzonym tonem. – Niebawem wiara zamieni się w wiedzę. Dowiesz się, że zło, upiorne, piekielne zło istnieje naprawdę.

Cień gwałtownie zerwał się w jej stronę. Nim kobieta choćby drgnęła, przyłożył do jej policzka brzytwę. Następnie drugą dłonią wyciągnął przed nią lustro – tak, by odbiła się w nim jej twarz. W półmroku ledwie rozpoznała własne rysy.

– Spójrz – syknął. – Czy to naprawdę ty? Czy ten kawał skóry określa naszą osobowość mocniej niż nasze dusze? Ach… Zapomniałem. Ty nie wierzysz w istnienie duszy. Ale wierzysz w skórę i w ciało. Wierzysz w to, że jesteś wyjątkowa, a ja cię zapewniam… Tak samo jak wszyscy czujesz ból i strach. Tak samo jak wszyscy musisz umrzeć. Już. Teraz. W tej sprawie nigdy nie mogłaś decydować, lecz ja zdecyduję za ciebie. To również jest kompromis?

Brzytwa bez żadnego oporu przecięła powłoki skórne i tchawicę kobiety. Z jej gardła dobył się cichy charkot. Rana poszerzyła się, zionąc ciemnym otworem. Po chwili wypłynęła z niego strużka niemal czarnej krwi. Rozległ się bulgot podobny do tego, gdy woda ścieka do zlewu, i strużka zamieniła się w lekko spienioną strugę. Wreszcie tętnica wyrzuciła fontannę ciepłej, natlenionej krwi. Kobieta usiłowała nabrać powietrza. Nie mogła już oddychać nosem ani ustami. Jej oczy zaszkliły się i zastygły w bezruchu. Wraz z ostatnią próbą wzięcia oddechu być może uleciała jej dusza.

– Czy to naprawdę ty? – ponownie zapytał zbrodniarz.

 

 

 

2

 

 

Deryło z całej siły uderzył w bok automatu do gier. Ze środka dobyło się brzękniecie, a do metalowej kieszeni wpadło kilka monet. Komisarz wyjął je i przeliczył. Zostawił sobie kwotę, którą zainwestował w oszukańczą grę, a resztę z powrotem włożył do maszyny.

– Co pan robisz?! – Jak spod ziemi wyrósł przy nim krępy, przypominający Sycylijczyka właściciel nadmorskiego lokalu. – Próbujesz pan mnie okraść?

– To ten automat okrada ludzi – beznamiętnie odparł Deryło. – Kiedy zatrzymał się na moim numerze, nagle coś przeskoczyło.

– Nic nie przeskoczyło. Oddawaj pan te pieniądze, coś wyciągnął z maszyny.

– Proszę mnie aresztować. Śmiało. Albo zadzwonić na policję.

Deryło parsknął i odwrócił się do rozmówcy plecami. Skierował się do wyjścia, ale skrycie, choć nigdy by tego nie przyznał, liczył na konfrontację. Na to, że mężczyzna będzie próbował go zatrzymać, a potem… A potem co? Zamierzał dać mu w gębę? Marzył o wdaniu się w bójkę jak nadpobudliwy nastolatek? O zrobieniu karczemnej rozróby?

Ku swemu rozczarowaniu niezatrzymywany wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Spacerowały nią tłumy turystów. Z rzędu budek pełnych rozmaitych przekąsek, automatów do gier i sprzętów plażowych ryczały wakacyjne piosenki. Mieszały się w przerażającą kakofonię dźwięków. Komisarz się skrzywił.

Był potężnym, zwalistym mężczyzną, choć teraz, w wieku prawie sześćdziesięciu lat, część dawnych mięśni pokryła już warstewka tłuszczyku. Mimo to jego sylwetka zwracała uwagę i większość ludzi schodziła mu z drogi. Tymczasem on maszerował prosto przed siebie niczym koń z klapkami na oczach. Nie robił tego z przekory, w zasadzie chęć wyładowania emocji momentalnie z niego uleciała, lecz pochłonięty wewnętrzną burzą myśli niemal nie zważał na otoczenie.

Śmierć Tamary Haler, jego służbowej partnerki, a do tego przyjaciółki, kompletnie go przybiła. Od kilku tygodni nie potrafił się pozbierać. Najpierw usiłował rzucić się w wir pracy, lecz nudne papierkowe obowiązki sprawiały, że wspomnienia ciążyły jeszcze bardziej. Dlatego zdecydował się na urlop. Chciał oderwać myśli i z perspektywy piaszczystej plaży poukładać sobie pewne kwestie w głowie. Stało się coś całkowicie odwrotnego.

Zaburzenie normalnego rytmu dnia, oderwanie od obowiązków, choćby te były całkowicie trywialne, sprawiło, że komisarz pogrążył się w beznadziejnej żałobie oraz pustce samotności. Jego życie potoczyło się tak, że został kompletnie sam. Gdzieś tam – nikt nie wiedział gdzie – była jego córka, która zerwała z nim wszelkie kontakty. Świadomość jej istnienia mogłaby być pocieszeniem, gdyby nie pojawiała się myśl o tym, że skoro nie ma pojęcia, gdzie ona jest, to nie ma również pojęcia, czy żyje. Czy nie zginęła w jakimś wypadku albo nie została zamordowana. Czy nie popełniła samobójstwa. Zawodowe zboczenie pobudzało kolejne pytania i podkręcało niepokój. W umyśle komisarza się kotłowało. Nie była to jednak kotłowanina konstruktywna, prowadząca do jakichkolwiek konkretnych wniosków, lecz podtrzymująca stan permanentnego chaosu. Tak trwał od kilku dni…

Zdjął mokasyny i wziął je do ręki. Przeszedł kilkanaście metrów, lawirując między solidnie ufortyfikowanym miasteczkiem plażowym, złożonym z parasoli, kocy oraz parawanów. W końcu rzucił buty na brzeg poza zasięgiem fal, po czym zdjął białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Bez cienia uśmiechu skierował się w stronę morza. W momencie, gdy jego stopa zawisła nad wodą, poczuł wibrację telefonu. Gdyby nie to, w ogóle zapomniałby, że włożył go do kieszeni szortów, które służyły mu również za kąpielówki.

Sięgnął po komórkę i odruchowo odebrał. Było to pierwsze połączenie, jakie otrzymał od wielu dni. Albo pierwsze, na które zwrócił uwagę.

– Komisarz Deryło?

Gdy odpowiedział mruknięciem, dzwoniący lakonicznie się przedstawił. Deryło zlekceważył jego imię i nazwisko, lecz skupił się na fakcie, że ten jest policjantem.

– Ponoć jest pan w okolicy Kołobrzegu? – dopytał telefonujący.

– Mniej więcej. A ktoś chce do mnie dołączyć?

– Potrzebujemy pana.

Krótkie stwierdzenie sprawiło, że komisarz instynktownie rozejrzał się wokół. Jakby ktoś tymi słowami właśnie robił mu dowcip i przyglądał się z odległości. Nikogo takiego jednak nie dostrzegł.

– Dzwonię w imieniu swoich przełożonych… – oznajmił głos. – Jest pan najlepszym śledczym, z ogromnym doświadczeniem w takich sprawach.

– Jakich sprawach?

Kiedy Deryło wypowiedział te słowa, uświadomił sobie, że połknął przynętę. Było już jednak za późno. Refleks coraz częściej zaczynał go zawodzić.

– Poleciła pana również komisarz Langer, która ma doświadczenie przy najgorszych mordach. Jednak teraz jest na urlopie za granicą i…

– Dość. – Komisarz, usłyszawszy słowa klucze, przerwał tłumaczenia rozmówcy. – Skoro jej nie ściągnęliście, mamy dobitny dowód na to, że wakacyjny patriotyzm nie popłaca. Mogłem lecieć do Włoch.

– Hę?

– Nie, nic. Gdzie się mam stawić? Potrzebuję kwadransa i będę gotów do wyjazdu.

Deryło tęsknie zerknął na morze i zawrócił ku bulwarowi.

 

 

 

3

 

 

Zabytkowy citroën Deryły bez większych problemów pokonał trasę z Lublina nad Bałtyk, lecz wyczynu tego dokonał przed nadejściem fali upałów. Trudno było orzec, czy przy temperaturze sięgającej trzydziestu pięciu stopni w cieniu bardziej męczy się poczciwa furgonetka, czy kierujący nią komisarz.

Deryło miał czerwoną twarz, pot spływał mu po czole i na oczy, koszula przykleiła się do jego ciała, a krótkie włosy wyglądały, jakby właśnie wyszedł z kąpieli. Citroën oczywiście nie miał nawigacji, a komisarz, zamiast uruchomić ją w telefonie, zdał się na znaki drogowe oraz starą mapę. Nie sądził, by w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wybudowano w okolicy nowe drogi, ale szybko okazało się, że był w błędzie.

Po niemal półgodzinie kluczenia w obrębie miejscowości, do której został skierowany, zdecydował się zdać na własny instynkt. Zjechał w boczną dróżkę prowadzącą ku sosnowemu zagajnikowi porastającemu pas nadbrzeża. Musiał na niej zwolnić niemal do dziesięciu kilometrów na godzinę, co zrobiło całkiem dobrze obciążonemu silnikowi citroëna. Jednak najwyraźniej wybrał właściwie.

Już po kilku minutach Deryło dostrzegł błysk policyjnego stroboskopu i ujrzał dwa radiowozy. Obok nich na niewielkiej przecince stały dwa nieoznakowane auta, duży pojazd techników oraz karawan. Na szczęście w zasięgu wzroku nie widać było żadnych dziennikarzy.

Deryło zatrzymał się niemal na środku drogi, uznawszy, że nie ma już mowy o zablokowaniu komuś pilnego przejazdu. Karetka w tym miejscu była najwyraźniej zbędna. Kiedy tylko otworzył drzwi auta, uderzyła go fala upału. Okazało się, że w jego wozie wcale nie było tak źle. Szczególnie gdy przebywał w ruchu i miał uchyloną szybę.

– Komisarz Deryło?

Wysoki, patyczkowaty aspirant uważnie się mu przyjrzał. Kiedy Deryło nie odpowiedział, najwyraźniej domyślił się, że ma rację. Wymienił z komisarzem uścisk dłoni i kiwnął głową.

– Marek Adamski… – przedstawił się, po czym skinieniem ręki wskazał gdzieś w bok.

Komisarz podążył za jego spojrzeniem. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się drewniany budynek przypominający dawną nadmorską knajpę lub obiekt portowy. Zza niego dobiegał łagodny szum fal, lecz z tej perspektywy morze nie było widoczne. Budowla musiała zostać dawno porzucona, gdyż niemal nie miała szyb w oknach, biała farba obłaziła całymi płatami, a tu i ówdzie zionęła pustka dziur w ścianach, jakby wybuchły przy nich granaty.

– To jest tam – bąknął aspirant.

Deryło nie musiał się zastanawiać, co policjant ma na myśli. Wystarczył mu grymas odrazy, który pojawił się na jego twarzy, gdy wypowiadał te słowa. Znaczył on o wiele więcej od najbardziej szczegółowych opisów.

 

 

 

4

 

 

Zdarzało się, że na miejsca zbrodni można było wejść jedynie w kaloszach. Wystarczyło, że zwłoki poleżały w upale kilkanaście dni i potrafiły wręcz rozlać się po pomieszczeniu. Tkanka ludzka przypominała wówczas cuchnące, galaretowate błoto.

Zazwyczaj kryminalistycy używali specjalnych worków ochronnych na buty, a dostęp dla śledczych był możliwy dopiero, gdy zakończyli pobieranie śladów. Tym razem już pracowali na miejscu. Przed samymi drzwiami do pustostanu tu i ówdzie rozstawiono specjalne tabliczki, które – w zależności od koloru – albo znakowały miejsca odkrycia śladów dowodowych, albo pozwalały na określenie odpowiedniej perspektywy lub odległości na wykonywanych fotografiach.

– Ostrożnie! – Aspirant Adamski wskazał na jedną z nich i skinął głową w stronę wejścia. – Jeszcze nie ma taśm, a szef techników jest bardzo nerwowy.

– To nic. To naprawdę nic takiego…

Deryło zerknął na swoje zamszowe mokasyny i westchnął. Powstrzymał się, by odruchowo ich nie obtupać, jakby wchodził do kogoś do domu.

„A może właśnie wchodzę do kogoś do domu?” – przemknęło mu przez myśl.

Zrobił dwa kroki i stanął w progu budynku. Zmrużył oczy, usiłując przyzwyczaić je do przejścia z zalanego słońcem dworu do tonącego w półmroku wnętrza, jednak natychmiast zdał sobie sprawę, że przestronne pomieszczenie oświetlone jest przez dwa mocne reflektory. Kryminalistycy byli w środku. Jeden z nich przenosił statyw i fotografował wszystko wokół, a drugi kucał obok walizki ze sprzętem. Na widok komisarza podniósł głowę i wyciągnął dłoń. Nie był to jednak gest powitania.

– Stać, do cholery! Nie widzicie, że…

Zawiesił głos i odchrząknął. Miał około czterdziestu pięciu, co najwyżej pięćdziesięciu lat, szpakowate włosy i pociągłą twarz. Był ubrany w kombinezon ochronny, lecz nie założył kaptura ani okularów. Zmarszczył czoło, po czym nerwowym gestem przesunął walizkę. Podniósł się i machnął do Deryły.

– To pan, komisarzu. Zapraszam – mruknął tonem niekryjącym irytacji. – Słyszałem, że mają pana ściągnąć z urlopu w okolicy… Co za przykra sprawa. Naprawdę współczuję. Nie rozumiem takich obyczajów.

– My się znamy? – Deryło zrobił krok do przodu, swoim zwyczajem jak najdłużej powstrzymując się przed rozejrzeniem się po miejscu zbrodni. – Chyba nie pamiętam.

Technik dał znać drugiemu, by ten odstawił aparat na statyw, po czym ponownie zwrócił się ku komisarzowi:

– Kiedyś mieliśmy szkolenie na podstawie pańskich śledztw – wyjaśnił. – Fotograf, Cztery Iks, Mistrz Gry… To byli intrygujący mordercy. Poza tym konsultuje pan sprawy z Orestem i Lizą. To moi dobrzy znajomi.

– Mówi pan o profilerze Rembercie oraz pani komisarz? Zdarzyło się, że oni pomogli mnie i być może mnie udało się pomóc im.

– Więc pomagaliśmy również sobie nawzajem.

Kryminalistyk uśmiechnął się sztucznie, odsłaniając równe białe zęby. W wyrazie jego twarzy było coś drapieżnego i dzikiego. Deryło poczuł do niego narastającą antypatię, lecz powstrzymał się od jakiegokolwiek cierpkiego komentarza. Zamiast tego nabrał powietrza i przymknął oczy. Powoli odliczył do trzech.

– Halo, komisarzu?

Głos technika wżynał mu się w umysł. Otworzył oczy i całą siłą woli postarał się na niego nawet nie spojrzeć.

– Niech się pan zamknie – szepnął. – Proszę.

Nadszedł czas, by zorientował się, co się tu wydarzyło. Jego wzrok natychmiast padł na leżące w rogu pomieszczenia ciało.

 

 

 

5

 

 

– Jeszcze jej nie zabrali. Zawsze robią to dopiero wtedy, gdy dam wyraźny sygnał. Nigdy wcześniej. Przez lata wypracowaliśmy system, który opiera się na tej banalnej zasadzie, że na miejscu zbrodni rządzę wyłącznie ja. Przynajmniej dopóki nie zakończę pobierania wszystkich dowodów i nie zamknę dokumentacji. To ja zapalam zielone światło dla całej reszty śledczych.

Deryło nie musiał się domyślać, że wśród „całej reszty śledczych” znajdował się również on. Zastanawiał się, czy szef kryminalistyków nie słyszał jego prośby, by się zamknął, czy gadał mimo to. Tym bardziej rozmyślnie go zignorował i zrobił krok w stronę ciała. A potem dwa kolejne.

– Jakby co, zostawię panu odbicia śladów własnych butów – mruknął. – Dzięki temu uniknie pan bałaganu.

– Obejdzie się. Proszę sobie popatrzeć, śmiało.

Technik czubkiem buta przesunął walizkę ze sprzętem, po czym głośno parsknął. Dał znać podwładnemu, by poszedł za nim. Młodszy kryminalistyk posłusznie, ze zwieszoną głową, podążył za przełożonym, niczym średniowieczny wasal za swoim seniorem. Deryło kompletnie to zlekceważył i nie zwrócił uwagi na uśmieszek aspiranta Adamskiego. Tym bardziej że ten rozwiał się momentalnie, gdy wzrok policjanta ponownie padł w okolice zwłok. Deryło przykucnął ponad metr od niego.

– Zidentyfikowana? – zapytał, nie odwracając się.

– Jeszcze nie.

– Przeszukana?

– Ciało nie zostało ruszone choćby o milimetr. Takie mamy wytyczne.

Komisarz kiwnął głową. Zagryzł usta i bacznie lustrował leżące na boku zwłoki. Przypatrywał się im niczym naukowiec badający pod mikroskopem próbkę w laboratorium. Przesuwał wzrok powoli, niejednokrotnie ponownie wpatrując się w miejsce sprzed chwili. Oddychał przy tym bardzo powoli i głęboko. Jego potężna klatka piersiowa wydymała się i opadała jak miech kowalski.

Bez wątpienia ciało należało do kobiety. Choć jej głowa była zwrócona do ściany, przez co nie mógł widzieć jej twarzy, szerokie biodra, okrągła pupa i krój jeansów jednoznacznie pozwalały ocenić płeć. Długie kasztanowe włosy mieniły się w świetle reflektora, a kilka kosmyków było sklejonych krwią. Ciemnobordowe, niemal czarne krople widoczne były również na drewnianej podłodze. Zapewne techników czekało zdzieranie deski po desce, gdyż zacieki spływały w szpary pomiędzy nimi. Staranność wymagała sprawdzenia tego, co kryje się pod spodem. Komisarz, uświadomiwszy sobie, jak wiele pracy jeszcze czeka kryminalistyków, poczuł wyrzuty sumienia, że potraktował ich tak cierpko. Ta myśl jednak znikła jeszcze szybciej, niż się pojawiła. Ciąg skojarzeń przywołał go do meritum.

Kobieta zdawała się kompletnie ubrana, więc potencjalnie w grę nie wchodziły motywy seksualne. Oczywiście był to jedynie pośpiesznie wyciągnięty wniosek, ale na potrzeby robocze miał swoje uzasadnienie.

– Niech pan ją obejdzie – rzucił aspirant Adamski. – Proszę spojrzeć na jej twarz…

Ostatnie słowa policjant wypowiedział niemal na bezdechu. Głośno przełknął ślinę i odkaszlnął. Deryło z zaintrygowaniem przechylił głowę. Z tej perspektywy rzeczywiście nie mógł dostrzec ani kawałka twarzy kobiety.

Podniósł się z klęczek, a podłoga cicho jęknęła. Ostrożnie przeszedł obok reflektora kryminalistyków i stanął plecami do okna. Powoli powiódł wzrokiem po zwłokach.

– Widział pan coś takiego?

Pytanie aspiranta wybrzmiało w momencie, gdy jego spojrzenie padło na twarz kobiety.

 

 

 

Ciag dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2023

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2023

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8357-149-2

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.