Niebezpieczna propozycja - Max Czornyj - ebook + audiobook + książka

Niebezpieczna propozycja ebook i audiobook

Max Czornyj

3,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W TEJ HISTORII NIC NIE JEST TYM, CZYM SIĘ WYDAJE.

Konstancja - kobieta potrafiąca wyczuć zapach zbliżającej się śmierci, tajemnicza Stew, Markiz - dziedzic rodu di Sant’Angelo, oraz Pilot, który wybiera się w swoją ostatnią podróż. Czwórka bohaterów połączonych mroczną tajemnicą próbuje stanąć twarzą w twarz z prawdą o człowieku, która nie zawsze bywa łatwa do przełknięcia.

CZY MOŻNA EKSPERYMENTOWAĆ Z UCZUCIAMI I BEZKARNIE PRZEKRACZAĆ WŁASNE GRANICE? A MOŻE MIŁOŚĆ WCALE NIE WYMAGA WYŁĄCZNOŚCI?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 46 min

Oceny
3,5 (73 oceny)
23
19
13
10
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malwi68

Nie polecam

Dawno nie miałam takiego dylematu podczas pisania recenzji jak teraz. Autora znam, jego dorobek literacki również, co za tym idzie, wiem czego mogę się spodziewać. Nie jest to wprawdzie mroczny thriller ani książka oparta na faktach, podczas której czytania włos się na głowie jeży, tylko Max Czornyj w nowej odsłonie. Myślę sobie, fajnie. Skoro już raz udała się taka przemiana to pewnie i tym razem będzie świetnie. Książka obyczajowa z elementami erotyki brzmi obiecująco. Czym prędzej sięgnęłam po książkę i już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów poczułam rozczarowanie i niedowierzanie. Przecież tego nie da się czytać!!! Niemożliwe, aby autorem był ten sam Max, którego powieści od jakiegoś czasu czytam z tak wielkim zainteresowaniem. Jedni z bohaterów, mają normalne imiona Konstancja, czy Wera, dla innych ich zabrakło np.: Stew od Ste­fa­nii albo od ste­war­de­sy, albo Mi­che­le di Sant’An­ge­lo od Miche, czy Pilot, ale dla niego zabrakło już autorowi pomysłu na imię. W tej powieści...
30
Agnieszka2200

Nie polecam

Książka bardzo kiepska,sceny erotyczne wręcz obrzydliwe,przerwałam czytanie po kilku stronach. Kobiety w tej książce widziane chyba oczami nierealnej fantazji.Jedyne co można pochwalić to okładka, nic więcej 😎
10
Weganka_i_Tajga

Całkiem niezła

Nie przemawia do mnie ta historia
10
Fortunaeb

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dziwna historia, zagmatwana, po drodze można się zgubić... Ale czyta się dobrze i końcówka zaskakuje... I zdradzać nie będę, musicie przeczytać sami. Ja lubię tego autora i jego styl pisania, choć ta książka jak na razie najmniej mi się podobała z jego utworów.
00
Fruehmette

Z braku laku…

2,5
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim związanym

z Fundacją Cane Corso Rescue Poland –

z wyrazami wielkiego uznania za codzienną pracę.

Pozostałych zachęcam do wsparcia.

To bezpieczna propozycja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Jeśli chcemy, by wszystko pozostało takim,

jakim jest, musi zmienić się wszystko”.

Giuseppe Tomasi di Lampedusa,

Kotowaty (Il Gattopardo)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Michele Filippo di Sant’Angelo (ur. 1981), znany jako Markiz – dziedzic rodu di Sant’Angelo. Przedsiębiorca, filantrop. Członek zarządu i jeden z głównych udziałowców linii lotniczych Far Emiratesoraz powiązanej z nimi sieci hoteli La Vera Bellezza. Właściciel prywatnej kliniki im. Świętego Michała. Inwestor branży budowlanej. Kolekcjoner XVIII-wiecznych przedmiotów użytkowych oraz sztuki. Posiada jedną z największych kolekcji średniowiecznych narzędzi tortur.

W 2011 roku zaręczony z księżniczką Marią Struzzo. Ślub nie doszedł jednak do skutku. Rodzina Struzzo wystąpiła przeciw Markizowi na drogę sądową. W ramach polubownego zakończenia sprawy Michele Filippo zgodził się wypłacić odszkodowanie w wysokości 10 milionów euro.

Podejrzewany o utrzymywanie kontaktów z camorrą, jednak nigdy nie przedstawiono mu żadnych zarzutów. W 2018 roku wywołał skandal obyczajowy, przebierając się podczas weneckiego karnawału w mundur Il Duce. Rok później pojawił się na karnawale w średniowiecznym stroju pokutnym. W tym samym roku w swoim majątku pod Rzymem założył muzeum dawnych gadżetów erotycznych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy miało odwiedzić je blisko 100 tysięcy turystów.

Prasa branżowa jako fenomen wskazuje, że żadne z przedsiębiorstw Michelego Filippa nigdy nie miało trudności finansowych. Nawet w czasach kryzysu 2008–2012 wszystkie one notowały istotne zyski.

W 2019 roku w Międzynarodowym Wskaźniku Bogactwa jego majątek oszacowano na około 80 milionów euro (58 milionów w 2012 roku). Przypuszcza się jednak, że może być znacznie większy.

Michele Filippo pozostaje kawalerem.

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

– Wie pani, kim jestem?

Smukły mężczyzna w lnianym garniturze i brązowych mokasynach spojrzał na stewardesę. Większość pasażerów opuściła już boeinga, ale on zatrzymał się u szczytu schodów. Zdawał się nie zwracać uwagi na to, że blokuje przejście ostatnim wychodzącym. Nie z powodu masywnej czy potężnej sylwetki. To energia bijąca od jego osoby, wewnętrzna siła i pewność siebie kazały innym zatrzymać się i zaczekać, aż uprzejmie ich przepuści.

– Tak – odparła stewardesa. Cofnęła się o krok, by zrobić wychodzącym miejsce.

– Proszę mi powiedzieć, kim była pasażerka, która siedziała obok mnie?

– Dlaczego sam jej pan o to nie zapytał?

Mężczyzna uśmiechnął się. Jego wargi na moment odsłoniły mocne, białe zęby.

– Uznałem to za nietaktowne. – Uśmiech mężczyzny poszerzył się jeszcze mocniej. W oczach błysnęły iskry rozbawienia. – Co najmniej tak samo jak dopytywanie właściciela firmy, w której się pracuje, o powody jego zachowania.

– Przepraszam. Nie miałam zamiaru…

– Chcę tylko poznać jej imię i nazwisko. Nic więcej.

Stewardesa sięgnęła po listę zawieszoną za swoimi plecami. Przesunęła po niej palcem, omijając kolejne pozycje. Wreszcie wymieniła imię i nazwisko kobiety.

– Wydawało mi się, że panie się znają. – Mężczyzna wciąż się uśmiechał. Wyciągnął z kieszeni pióro i zanotował dane kobiety na dłoni.

– Musiałam się upewnić, czy to ona.

– Nigdy dość przezorności, co?

Stewardesa delikatnie wzruszyła ramionami. Przestąpiła z nogi na nogę.

– Tak – odparła sucho.

– I myślisz, że się znowu z nią spotkam?

Mężczyzna niespodziewanie przeszedł ze stewardesą na „ty”. Jednak kobieta nie wydawała się speszona. Skinęła głową i spojrzała mu prosto w oczy.

– Myślę, że tak – powiedziała zdecydowanym tonem. – Moje przeczucie właśnie tak mówi. Na pewno, tak.

Odpowiedź wyraźnie usatysfakcjonowała mężczyznę. Delikatnie się ukłonił i odwrócił w stronę schodów.

– Do zobaczenia, moja droga – rzucił, stając na pierwszym stopniu.

Uśmiech zniknął z jego ust. Zastąpił go wyraz zadumy, jakby przypomniał sobie o czymś przyjemnym. Albo jakby dopiero zaczął marzyć.

 

 

Stew

 

Napiszę, jaka jest prawda. O stewardesach, o seksie, o całych górach forsy i o miłości. Chciałabym, żeby ta pisanina była też o miłości.

Ale przede wszystkim napiszę o sobie samej. Nieważne, czy będzie bolało, oburzało, czy zniesmaczało. Po prostu napiszę, jak było. I jak jest. Prawda to brudne gacie, biały pył osiadły na wardze i nieświeży oddech po zżartych wieczorem krewetkach. To zapach potu i seksu na prześcieradle. To twarze kochanków, których imion się nie pamięta. Prawda to nieustanny, potworny ból. Myślisz, że to wszystko frazesy? Wcale nie. Pozwól mi to udowodnić.

Ludzie boją się prawdy z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że żyjąc w zakłamanych światach własnych fantazji, nie wiedzą już, jak wygląda. Boją się obcego. Boją się szczęścia. Boją się tego, nad czym nie mają pełnej kontroli.

Ja straciłam kontrolę nad życiem dokładnie dziesięć miesięcy temu. Pisząc jeszcze precyzyjniej, przed trzystu trzynastoma dniami. Od tamtego dnia moje życie przypomina katastrofalną aberrację (to jedno z ulubionych słówek Konstancji) pobytu w więzieniu. Jego odbicie w krzywym zwierciadle. Wypaczenie. Zamiast odliczać dni do wolności, odliczam dni od mojego Czarnego Czwartku. To bez znaczenia, że to wcale nie był czwartek.

Tamtego dnia moje życie rozpieprzyło się na drobne kawałki. Albo robię wszystko, aby to sobie wmówić.

Możesz nie wierzyć, ale krach trwa do tej pory. Po pechu wcale nie przychodzi szczęście. Gadanie o karmie, odwracającym się losie i wyczekiwanym szczęściu to bzdury. Bullshit.

Choć staram się pozbierać rozsypane na podłodze puzzle z kawałkami radosnych wspomnień, wiem, że już nigdy nie scalą się w szczęśliwy obrazek. Już nie będą portretem roześmianej twarzy. Nie ułożą się w krajobraz z tęczą ani widoczek z wieżą Eiffla. Nie potrząsnę szklaną kulą, w której uniosą się płatki śniegu omiatające moje zdjęcie z kimś na tle Luwru albo innego słynnego pałacu.

Mój sextape nie uruchomi się po naciśnięciu guziczka z trójkącikiem. Jak bardzo dwuznacznie by to brzmiało. W jednym i drugim kontekście aparatura nie działa. Trójkącik z guziczkiem i guziczek z trójkącikiem – to tak infantylne. Kiedy byłam poprzednią sobą, operowałam właśnie takimi hasłami. A Konstancja wyśmiewała każde z nich. Była przekonana, że to właśnie przez „to wiejskie pierdolenie” niczego nie osiągnę.

Mówiłam, że napiszę, jaka jest prawda.

Konstancja ma dwadzieścia trzy lata, burzliwą przeszłość miłosną i wieczną ochotę na seks. Nigdy tego nie ukrywała. Właściwie przy każdej okazji porusza ten temat, jakby nie istniało wokół niego żadne tabu. Seks. Bzykanie. Ruchanie. Rypanie. Dymańsko. Dla niej są to tylko gradacje dawania upustu emocjom. Ekwiwalent siłowni albo biegania. Coś całkowicie normalnego i koniecznego. „Kiedy chce ci się sikać, przecież nie trzymasz, aż znajdziesz kibel ze złotą spłuczką” – powtarza aż do znudzenia. Teraz bardzo dobrze rozumiem tę przenośnię. Od Konstancji naprawdę wiele się nauczyłam. Dla dziewczyny z pruderyjnego, małego miasteczka ktoś taki jak ona szybko może się stać ucieleśnieniem życia pro. O właśnie, „życie pro”, ten zwrot również zaczerpnęłam od niej. Już jesteście w stanie sobie ją wyobrazić? Chyba każdy ma taką przyjaciółkę. Tylko nie każda z nich ma chłopaka.

Spośród setek określeń, które słyszałam o Konstancji, „wyuzdana seksualnie dziwka” brzmiało najłagodniej. Ba, niemal jak encyklopedyczne hasło. Co znaczy wyuzdanie seksualne? Kim teraz jest dziwka? Mój ojciec dziwką nazywał sześćdziesięciolatkę, która pomagała księdzu utrzymać plebanię. Moja matka nazwała mnie dziwką, gdy w wieku czternastu lat założyłam miniówkę. Dzień wcześniej dostałam ją od koleżanek z klasy na urodziny.

Moim zdaniem Konstancja nigdy nie była dziwką. Przynajmniej nie w tym sensie, w jakim się najczęściej myśli o dziwkach. Ale prawda jest taka, że stewardesą została dlatego, że chciała wszem wobec oznajmić, że lubi seks. Lubi eksperymenty seksualne i ani trochę tego nie ukrywa. Jest jedną z najprawdziwszych osób w całym moim świecie.

Jest taka jak ja.

A raczej to ja stałam się taka jak ona.

Efemeryczną iluzją wyobrażeń innych.

Nie ma co ukrywać, że gdyby zrobić ankietę wśród kandydatek na stewardesy, okazałoby się, że najważniejsze są dla nich hajsy i dobre rypańsko (teraz piszę dokładnie jak Konstancja). Taka byłaby statystyka. Oczywiście kandydatki musiałyby odpowiadać zgodnie z prawdą, a nie zgodnie z tym, co uznałyby za korzystne, ładnie brzmiące i atrakcyjne dla pracodawcy, jakim jest Sex Emirates (tak, tak, to tylko robocza nazwa, którą czasem usłyszycie w kuluarach). Oficjalnie chciały przeżyć „przygodę życia”, „poznać fantastycznych ludzi”, „cieszyć się pracą w entuzjastycznym gronie”. Wszystkie te hasła w rubryce ich CV zatytułowanej „zainteresowania” można by zamienić na jedno.

Seks. Seks. Seks.

Wera lubi podróżować. Nie wiem, co wpisała w swoim CV, ale jest jedną z nielicznych dziewczyn, dla których odległość tysiąca kilometrów od narzeczonego nie jest równoznaczna z daniem dyspensy od wierności. Naprawdę podoba się jej poznawanie lotnisk i ich okolic. Cholernie to lubi. Każdą wolną chwilę przeznacza na zwiedzanie. Dla niej praca stewardesy jest przepustką do darmowego poznawania świata. Zawsze ma ze sobą kostium kąpielowy i selfie sticka. Kupiła telefon, który wiecznie się psuje, ale podobno robi zarąbiste foty. Tak o nich mówi. Zarąbiste foty. Już rozumiecie różnicę między Werą i Konstancją?

A właśnie, wróćmy do Konstancji. Konstancja mówi, że zawsze ma na sobie seksowną bieliznę, a w bagażu laserowy depilator i lubrykant dla alergików. Kiedyś woziła też tabletkę „72h po”, ale w końcu uznała, że to bez sensu. Przecież jedzie na antykoncepcji. Jej przesądem jest zaliczenie jakiegoś stewarda co najmniej raz na dwadzieścia pięć godzin w powietrzu. Nie wiem, dlaczego właśnie dwadzieścia pięć godzin, ale pisząc „jakiegoś”, równie dobrze mogłabym napisać „jakiegokolwiek”. Dla ludzi przesądnych nie liczy się jakość. Kibel nie musi być ze złota. Ważne, że po prostu jest. Przyrównywanie facetów do kibla może brzmieć strasznie seksistowsko, ale nie popadajmy w skrajności. Dziesięć tysięcy metrów nad ziemią poprawność polityczna nie istnieje. I muszę przyznać, że nigdy nie widziałam, żeby Konstancja z kimkolwiek znalazła się w dwuznacznej sytuacji… Zapamiętajcie ten szczegół.

Ach, jeszcze coś. Skoro mówiliśmy o prawdzie, macie prawo to wiedzieć. Konstancja i Wera wcale się tak nie nazywają. Noszą całkiem inne imiona i nikomu nie uda się ich rozpoznać. Nie napiszę o bardzo charakterystycznej bliźnie jednej z nich (niespełna dwucentymetrowej, ale wydaje się jej, że gdy wyjrzy przez okno samolotu, widzi ją cały świat), nie napiszę też o pewnym tatuażu, który musi zakrywać, a który niesfornie wygląda na światło dzienne. Niech nikt nie doszukuje się w tych słowach przepustki do serca którejś z nas.

Ja jestem inna. Jako kandydatka na stewardesę nie zgłosiłam się z miłości do seksu ani do podróżowania. Właściwie nawet nie przepadam za lataniem samolotami. Nudzi mnie widok chmur przesuwających się za maleńkimi owalnymi oknami. Nie czuję się komfortowo podczas turbulencji. Nienawidzę po raz setny pokazywać instrukcji sięgania po maskę tlenową. Nienawidzę doklejać tego sztucznego uśmiechu do swojej gęby. Nienawidzę…

Kiedy nagrywałam kretyński filmik, który trzeba załączyć do zgłoszenia, myślałam tylko o jednym. O forsie. Szczerzyłam zęby, oblizywałam wymalowane jak nigdy usta i myślałam o szmalu. Mówiłam o przygodzie życia i poznawaniu fantastycznych ludzi, ale przed oczami miałam dolary. Nie te śmieszne dwa i pół tysiąca bagsów, które dostaje się na początek. Wyobrażałam sobie dużo, dużo więcej.

Moje życie spieprzyło się kilka miesięcy wcześniej. W końcu postanowiłam je naprawić. Nagrywając tamten kretyński filmik, wcielałam w życie program restrukturyzacji własnego „ja”. Dawałam w pysk prześladującemu mnie pechowi.

Miałam plan.

I nie wahałam się go zrealizować.

A potem okazało się, że plan wymaga cholernej restrukturyzacji.

 

 

Pilot

 

Obiecano mi, że przed śmiercią odbędę jeszcze trzy loty i trzy podróże, a potem narodzę się na nowo. Wiem, że tak będzie. Prawdę mówiąc, chciałbym odbębnić je wszystkie za jednym razem. Mieć wszystko za sobą i zacząć od początku. Ale przepowiednia była jasna. Trzy loty, trzy podróże i zgon. A na odrodzenie się powinienem liczyć po drugiej stronie tęczy. Jako poganin z ojca i dziada nie wierzę ani w niebo, ani w piekło. Zresztą i ta tęcza wcale mi się nie podoba.

Byłem pilotem. Miałem granatowy mundur, białą koszulę z wykrochmalonym kołnierzykiem i czapkę ze złotym otokiem, na którą leciały wszystkie kobiety. Miałem wiele wspólnego z Billem Clintonem. Lubiłem seks i moje słowa tabu to „test na ojcostwo”. Myślałem o tym za każdym razem, gdy wychodziłem z kobiety zapewniającej mnie, że się zabezpieczała. Choć teraz to przeszłość. Zresztą z Clintonem miałem jeszcze coś wspólnego. Skłonność do żartów.

Od pięciu lat spotykałem się z jedną dziewczyną i daję słowo nigdy jej nie zdradziłem. Moja podróż numer zero rozpoczęła się, gdy po raz pierwszy pocałowałem ją w usta. Doskonale pamiętam tamten dzień.

Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało czekającej nas katastrofy. Wręcz przeciwnie. Najpiękniejsze dni poprzedzają burzę. To frazes, ale całkowicie prawdziwy. Pomyślcie o wszystkich swoich szczęśliwych chwilach. Jestem pewien, że zaraz potem wszystko diabli brali. Szczęście i pech to skrajne punkty odchyleń wahadła Foucaulta. Muszą się równoważyć. A ja, poznając moją dziewczynę, miałem naprawdę piekielne szczęście.

Co byście zrobili, wiedząc, że czekają was jeszcze tylko trzy loty i trzy podróże? Co byście zrobili, nie mając zielonego pojęcia, co będzie potem? Ta historia jest o tym, co było przed, i o tym, co będzie chwilę po. Piszę ją z nieba i z piekła. Choć w żadne z nich nie wierzyłem.

Na początek powiem wam, że zaprzestanie latania nie jest wyjściem. To jakby pozwolić sobie na śmierć za życia. Wyautować się z ziemskich spraw i zasunąć betonową płytę nad własnym grobem.

– Zamknij się! – Lola uderzyła mnie otwartą dłonią w twarz. To za to, że uparcie dopytywałem się, czy jest jej dobrze.

Siedziała na mnie, ja byłem w niej i oboje staraliśmy się poruszać jak najbardziej harmonijnie. Po naszych ciałach spływał pot. Byliśmy w niewielkim pokoju hotelowym kilkaset kilometrów od domu. To nasza noc zerowa. Poprzedniego dnia usłyszałem tę cholerną wróżbę.

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Po uderzeniu piekł mnie policzek, ale to było nakręcające. Lubiłem, gdy Lola wykazywała inicjatywę. Lubiłem, gdy wyrzucała z siebie emocje. Wychyliłem mocniej biodra i patrzyłem na jej niewielkie, lecz kształtne piersi. Jej naprężone sutki drżały w rytmie naszych ruchów.

Stary materac jęczał i skrzypiał. Czułem, że już długo nie wytrzymam. Widziałem, że Lola zaciska dłonie na obleczonym kocu. Przymykała oczy i odchylała głowę. Sapała w rytmie naszych ruchów oraz dźwięków materaca.

Oderwałem jedną dłoń od łóżka i wsadziłem jej palec do ust. Zaczęła go oblizywać, a potem delikatnie gryźć. Jej jęki płynnie zmieniły się w mruczenie. Była mokra i szybka. Poruszała się coraz mniej regularnie, a coraz bardziej agresywnie. W tej pozycji mogłem tylko się z nią zgrywać, ale miałem znikomą kontrolę nad sytuacją.

– Mocniej! – wykrzyknęła.

Wyjąłem zaśliniony palec z jej ust i uszczypnąłem jej lewy sutek. Wiedziałem, że cholernie to lubi. Zacisnąłem palce z całej siły, jakbym chciał go zgnieść.

– Mocniej!

Dostałem kolejny raz z liścia, choć tym razem nieco słabiej. Lola była zbyt skupiona na finalnych podrygach. Czułem, że jej soki spływają po moich udach.

Nasze ruchy stają się dynamiczne, ale krótkie. Pochyliłem się i jeszcze mocniej zacisnąłem palce na sutku. Wgryzłem się w drugi. Błyskawicznie poruszałem językiem. Męskością, gdzieś w głębi ciała Loli, wyczuwałem, że ona szczytuje. Ostatnie ruchy były brutalne i bolesne dla nas obojga. Dochodziliśmy niemal w tym samym momencie. Słychać nas było nie tylko w pokojach obok, ale zapewne również na całym piętrze.

Z perspektywy czasu myślę, że tamtego wieczoru odbyłem podróż numer zero. To miało być preludium mojego pożegnania ze wszystkim, co kocham. Ostatni seks, ostatnia miłość, ostatnia łza szczęścia otarta z policzka mojej ukochanej. Wtedy jeszcze nie miałem o tym pojęcia.

Usłyszałem, że moje trzy loty i trzy podróże przed śmiercią będą lepsze od baśni tysiąca i jednej nocy. Wiedziałem tylko, że mnie nie interesują baśnie. Interesują mnie noce.

 

 

Stew

 

30 000 feet above ground. Ten komunikat brzmi magicznie, prawda?

Na upragniony lot nie musiałam długo czekać. Ale znowu zaczynam z dupy strony. Konstancja uwielbia to określenie i przez to ciągle brzęczy mi w głowie. Z dupy strony to, z dupy strony tamto. Brzmi jak marudzenie, ale to zamiennik dla bluzgów. Lepiej, jeżeli w obecności pasażerów wymsknie się coś takiego niż siarczyste „fucki”, „shity” czy choćby polskie „kurwy”. Nie bądźmy językowymi rasistami.

W ciągu kilku miesięcy zaliczyłam wyjście poza lotnisko w ponad dwudziestu krajach. Konstancja podobno zaliczyła dużo więcej i zupełnie inaczej. Natomiast Wera towarzyszyła mi w większości coming outów – nie wiem dlaczego, właśnie tak nazywała opuszczenie płyty lotniska. Otarłam się o Business Promotion, ale to nie dla mnie. Dwa tygodnie spędzone jako hostessa w Malezji uważam za czas gorzej niż stracony. Natomiast każde dwie godziny w CRC – przedziale relaksacyjnym dla załogi – to wybawienie. Od tych mizdrzących się sukinsynów, zalotnych fujar i pretensjonalnych żonek. Od rozdartych dzieci, rozlanych herbat, kaw i okruchów na kolanach.

Jednym z najbardziej mizdrzących się sukinsynów był Michele Filippo di Sant’Angelo Jakiśtam. Właściwie Markiz Michele Filippo di Sant’Angelo Jakiśtam, bo choć włoską szlachtę przetrzebiono już lata temu, wszyscy tak się do niego zwracali. Ten trzydziestokilkuletni mężczyzna o krótkim czarnym zaroście, sokolim nosie i bystrym spojrzeniu jest wręcz mitycznym sukinsynem. Obrzydliwie bogaty, nawet jak na Włocha więcej niż przystojny i z manierami przedwojennego amanta, a nie mamisynkowatego makaroniarza, ma wszystkie instrumenty, aby zawrócić w głowie.

– Kawy, herbaty, soku, a może czegoś innego? – zapytałam, zastanawiając się, dlaczego ktoś taki jak on podróżuje klasą ekonomiczną. Mówili o nim wszyscy członkowie załogi. Jakby Michele Filippo di Sant’Angelo na pokładzie miał zagwarantować pomyślność lotu. Jakby był srebrną podkową albo dłonią Fatimy zawieszoną przy lusterku marokańskiej taksówki.

– Wody. Poproszę tylko wody – odparł, taksując mnie wzrokiem.

– Gazowanej, niegazowanej?

– L’acqua frizzante, per favore.

Poza angielskim musiałam się przełączyć jeszcze na włoski. Woda to woda, więc siłą dedukcji jakikolwiek dodatek robił z nią wodę sodową. Wyciągnęłam szklankę, odkręciłam butelkę i podałam je Markizowi.

– Wie pani, co to znaczy?

Przez chwilę nie rozumiałam, o co mu chodzi. Wreszcie uświadomiłam sobie, że Michele gapi się gdzieś na moje piersi. Oczywiście mundurek skrzętnie je zakrywał, ale zza kołnierzyka wysunął mi się wisiorek. Niewielka czerwona papryczka ze szkła Murano. Dostałam ją przed laty i nie zwracałam na nią żadnej uwagi, ale lubiłam ją nosić. Poza tym traktowałam ten kawałek szkła jako szczęśliwy amulet.

– Jestem pewna, że pan mi powie – odpowiedziałam, chcąc jak najszybciej zająć się obsługą kolejnego pasażera.

– To symbol… – Markiz się uśmiechnął. Jego równe, białe zęby kontrastowały z węglistą czernią zarostu. Spojrzał gdzieś w prawo i w górę, jakby się zastanawiał, po czym z powrotem przeniósł na mnie spojrzenie. Nie wiem, czy to był wypracowany chwyt, ale wyglądał przy tym naturalnie i wręcz rozkosznie. – W Pompejach i w tym drugim mieście… – odezwał się po chwili i zawiesił głos, jakby dawał mi szansę się wykazać.

– Herkulanum.

– Tak, właśnie. Herkulanum. W obu tych miastach archeolodzy znaleźli mnóstwo wisiorków przypominających męskie… No, wie pani, co mam na myśli.

– Mhm.

Ten wywód zaczynał mnie irytować, miałam do obsłużenia kilkadziesiąt osób, ale jednocześnie w zachowaniu i pruderyjności Markiza było coś zabawnego. Poza tym dostałam szansę zamienić kilka słów z kimś, do kogo ponoć odbywały się iście papieskie audiencje.

– Osiemnastowieczni duchowni zabronili ich kopiowania – podjął Markiz. – Były dla nich zbyt wulgarne. Dlatego ludzie chcący wzorować się na starożytnym kształcie amuletów szczęścia wyrabiali je jako papryczki. Choć w ich formie można dostrzec…

Markiz znów zamilkł. Uśmiechnął się i puścił do mnie oko. Wyprostowałam się, po czym ukradkiem schowałam wisiorek za kołnierzyk. Wielogodzinne kursy nauczyły mnie kontroli nad rumieńcami. Utrzymanie poker face oraz amazing make up było tak samo istotne jak znajomość procedur bezpieczeństwa.

– Czy podać coś jeszcze? – zapytałam tonem, który miał zamaskować, że wiem, kim jest mój rozmówca.

– Nie, dziękuję. Zrobiła pani aż nadto.

Nie wiem, co nadto miałam zrobić, ale połechtana serdecznym, wręcz uniżonym uśmiechem Markiza teraz to ja puściłam do niego oko. Całkowicie spontanicznie i totalnie nieprofesjonalnie. Pożałowałam tego już sekundę później. Aby zatrzeć złe wrażenie, natychmiast zajęłam się kolejnym pasażerem.

– Kawy, herbaty, soku, a może czegoś innego?

 

 

Pilot

Trzecia podróż od końca

 

W pierwszą z ostatnich podróży udaliśmy się tam, gdzie zawsze planowaliśmy polecieć. Oczywiste? Raczej żenująco banalne. Z pewnej perspektywy właśnie takie jest życie każdego z nas. Żenująco banalne.

Dziwne, że marzenia realizujemy dopiero wtedy, gdy nie mamy czasu wymyślać nowych. Nawet mając prywatną awionetkę i licencję pilota, spędzamy całe życie na ziemi. Zamiast wzbić się w chmury, stąpamy po grobach bliskich. To wcale nie metafora. To szczera prawda.

Mój syn umarł, gdy miał niespełna cztery tygodnie. Od początku lekarze nie dawali mu zbyt wielu szans. Wybrał się na świat zbyt szybko i wszystko zabałaganił. Poród był ryzykowny nie tylko dla niego, bo nagła akcja o mało nie skończyła się tragicznie również dla matki.

Przepompowywane jednostki krwi, jęk szpitalnej aparatury, śmiertelnie poważna mina tęgiego lekarza z niebieskim czepkiem i oszronionymi siwizną skroniami. Wszystko to zapisało się na zawsze w albumie moich wspomnień. Czasem szkoda, że albumy wspomnień podpala dopiero alzheimer.

Skóra naszego syna przypominała błonę, przez którą można dostrzec sieć naczyń krwionośnych. Był całkowicie łysy i nie otwierał oczu. Kilka razy wydawało mi się, że budzi się jakby ze snu i rozwiera sklejone powieki. Widziałem czarne jak węgiel wielkie oczy. Ale lekarze utrzymywali, że to całkowicie niemożliwe. Jego mięśnie i impulsy nerwowe miały być zbyt słabe, aby mógł samodzielnie otworzyć oczy. Nie wierzę im. Jestem przekonany, że mój syn zrobił wszystko, aby mnie zobaczyć. Nie poddał się, choć jego album wspomnień zapełniło tylko tych kilka krótkich zerknięć. Wiem to.

W chwili, gdy umarł, siedziałem na ławce przed szpitalem i piłem kawę. W ciągu ostatnich tygodni spałem tak mało, że nie rozróżniałem jawy od snu. Co chwilę opadała mi głowa, lecz zaraz się budziłem.

Piłem kawę, polewałem twarz zimną wodą, rozmasowywałem kark.

To dobre sposoby, żeby funkcjonować bez snu przez kilka dni. Po tygodniu zaczynamy świrować. Zdawało mi się, że zasypiam na fotelu w gabinecie, a ułamek sekundy później budziłem się na szpitalnym korytarzu. Pstryk. Przy szpitalnym łóżku. Pstryk. Na szpitalnej podłodze przy inkubatorze. Pstryk. Na ławce przed głównym wejściem. Tak jak wtedy, gdy zadzwoniła moja komórka, a moja ukochana łamiącym głosem wydusiła tylko dwa słowa:

– On umarł.

On. Królewicz, Synek, Synuś, Brzdąc, Berbeć, Serce Nasze. Chyba nigdy nie odezwaliśmy się do niego po imieniu. Zupełnie jakbyśmy w ten sposób mogli coś zapeszyć. Wszystkie zaklęcia nic nie dały.

To nie będzie opowieść o rozpaczy. Podnieśliśmy się po śmierci Małego, jak większość ludzi, którzy muszą poradzić sobie ze stratą bliskich. Wiele miesięcy zajęło nam pogodzenie się z tym, co się stało, ale rany się zagoiły. Blizny swędziały, lecz nie były groźne. Znowu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, znowu staliśmy się sobie bliscy. Zaprzyjaźniliśmy się nad grobem syna.

Wszystkie badania potwierdzały, że możemy starać się o kolejne dziecko. Nie istniały żadne medyczne przeciwwskazania. Naprawdę żadne.

Tamtego dnia, gdy odbywaliśmy podróż numer zero i kochaliśmy się w pokoju hotelowym, pragnęliśmy mieć dziecko. Dwadzieścia cztery godziny później wszystko się zmieniło. A może wręcz przeciwnie? Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Właściwie teraz dostrzegam, że są sprawy, w których nigdy nie byliśmy ze sobą szczerzy. Rozmawialiśmy o nich, ale nie chcieliśmy wiedzieć, co drugie naprawdę myśli.

– Czas start – szepnąłem prosto do ucha Loli. – Możemy zacząć odliczanie.

Moja ukochana drgnęła. Odwróciła głowę i ukradkiem otarła łzę. Wiedziałem to.

– Przestań z tego żartować.

– Ponoć żarty to najlepsza reakcja na stres.

– Seks – stwierdziła Lola kategorycznie. – Seks to najlepsza reakcja na stres.

– Może masz rację?

Wychyliłem się z fotela i pocałowałem ją w policzek. Poluzowałem wolant. Możecie wyobrazić sobie tę pierdoloną bajkę. Zachodzące słońce, majacząca tysiąc metrów pod naszymi stopami wieża Eiffla i rozświetlone pomarańczowym blaskiem podłoże chmur. Delikatne turbulencje wstrząsające kadłubem cessny. Oddech ukochanej na mojej szyi, a potem ciepło jej ust na płatku ucha.

Miałem wszystko.

Paraliżowała mnie świadomość, że wkrótce nie będę miał nic.

 

 

Stew

 

– Widziałam, co zrobiłaś. – Konstancja stała oparta o jeden z foteli w kabinie dla załogi. – O ty, ty. Zaczynasz się uczyć, pędraku. Mega!

Nazywała mnie pędrakiem, kiedy w moim kontekście poruszała sprawy seksualności. Nie znosiłam tego. A nawet więcej. Nie cierpiałam. Doskonale o tym wiedziała, więc nazywała mnie tak za każdym razem. „Mega” było znowuż najczęściej przez nią używanym słowem. Często całkowicie bez sensu. Widocznie tak rozmawiało się w wielkim świecie.

– Niby co takiego? – Udawałam niczego nieświadomą.

– Flirtowałaś z nim.

Owo „nim” Konstancja wypowiedziała, przytykając dłoń do ust. W geście, którego nauczyła się, patrząc na plakaty z Marilyn Monroe.

– Niby z kim?

– No, z nim…

Znowu ten gest.

– Nie wiem, o kim mówisz.

– Nie udawaj trepa. To z piosenki. Nie rób takich oczu, pędraku. Nie chodziłaś na studiach na juwenalia?

– Nie. Ale nie wiem, jakiego trepa miałabym udawać.

Z jednej strony poczułam ulgę, że zmieniłyśmy temat, a z drugiej nieświadomie nakierowywałam rozmowę z powrotem na punkt wyjścia. Na mój flirt. A raczej na mój pozorny flirt. Albo wręcz small talk. Hello. How are you?

– Pokazać ci? – Konstancja nerwowo obracała między palcami długopis. Była nałogowym palaczem, choć skrzętnie ukrywała to przed szefostwem. – Naprawdę mam ci pokazać? – Uśmiechnęła się, wydęła permanentnie pomalowane i powiększone wargi, po czym położyła dłoń na klamce. – Okej. Zrobię to, jeśli się nie przyznasz.

– Nie wygłupiaj się.

– Podejdę do niego i zapytam, czy mu się nie naprzykrzałaś.

– Tylko spróbuj!

– Przyznaj się.

Konstancja nacisnęła klamkę. Wiedziałam, że jest w stanie podejść do Michelego Filippa di Sant’Angelo Jakiegośtam i zapytać, czy się mu nie naprzykrzałam. To byłoby w jej stylu.

– Dobra, przyznaję! – krzyknęłam. Rozmawiałyśmy po polsku i dwie inne stewardesy, które były w pomieszczeniu dla załogi, zaczęły się nam przypatrywać. Pokręciłam głową, żeby nie zwracały na nas uwagi. Właściwie powinnyśmy mówić po angielsku, ale ta etykieta obowiązywała tylko w obecności przełożonych.

– Powiedz to głośno – naciskała Konstancja. – Do czego się przyznajesz.

– Flirtowałam z jednym z pasażerów.

– Z…

W tym momencie dostałyśmy informację, że samolot za kwadrans będzie rozpoczynał podejście do lądowania. Każda z nas miała konkretne zadanie do wykonania. Ten komunikat to jak alarm bombowy w bazie wojskowej. Uratował mnie od odpowiedzi. Przecież nic takiego się nie wydarzyło…

Chwilę później, sprawdzając, czy pasażerowie zapięli pasy, zastanawiałam się, czy w ogóle mogłabym flirtować z kimś takim jak Michele. Czy mogłabym się mu naprzykrzać?

– Chyba mam jakiś problem…

Nikogo raczej nie zaskoczy, że to właśnie jego głos usłyszałam, zbliżając się do końca swojego rewiru.

– Przepraszam panią…

Cholera. Bałam się spojrzeć w jego stronę. Ale…

– Tak? – Przywdziałam najszerszy i najbardziej uwodzicielski uśmiech, jakiego nauczyłam się w szkole stewardes. – Co się stało?

– Mój pas nie działa. Coś się zacięło.

Na sztywnych nogach podeszłam do rzędu, w którym siedział Markiz. Nie uśmiechał się. Raz po raz wsuwał klamerkę w stalową sprzączkę. Teraz jego czarne, czułe oczy szukały u mnie pomocy. Tak samo bezradnie jak wtedy, gdy czekał, aż podpowiem mu nazwę miasta, w którym poza Pompejami prowadzono wykopaliska i wykopano parę szklanych fallusów. Tak samo jak wtedy, chciał, żebym się wykazała.

Wciągnęłam głęboko powietrze.

Przeprosiłam pasażera obok i nachyliłam się w stronę Michelego. Dotknęłam sprzączki, a wtedy jego dłoń musnęła moją. Niby przypadkowo, a jednak wiedziałam, że zrobił to umyślnie. Przez moje ciało przebiegł dreszcz. Na chwilę wstrzymałam oddech i starałam się uspokoić.

– Przepraszam – szepnął Michele. – Najmocniej przepraszam.

– Nie ma za co. To moja wina.

Oczywiście pas zadziałał bez zarzutu. Markiz zrobił minę, jakby nic z tego nie rozumiał, i podziękował skinieniem głowy. Znów się uśmiechnął, a dołki w jego policzkach jeszcze się pogłębiły. Koniuszkiem języka oblizał usta.

Ja pierdolę. Na pewno te dwa słowa zabrzęczałyby w głowie Konstancji. W mojej głowie zapaliły się czerwone światła wzywające do ewakuacji. Do jak najszybszego opuszczenia pokładu. Tyle że przez ostatnie miesiące nauczyłam się tego, by każdą porażkę zamieniać w zwycięstwo. Każda ewakuacja musiała być równa wspinaczce na szczyt. Na najwyższy stopień podium.

Kręcąc biodrami, ruszyłam do wyjścia. Na tyłku czułam zafascynowane, pełne uroku spojrzenie Markiza. Rozbierał mnie z firmowej spódnicy, pończoch i mojej prywatnej, seksownej bielizny. A mnie to całkiem kręciło.

 

 

Pilot

 

– Czy zmieniłabyś coś w tej chwili? Czy to nie moment doskonały?

Lola założyła mi czapkę pilota i pocałowała mnie w podbródek. Staliśmy przy wielkim oknie naszego pokoju na trzydziestym pierwszym piętrze Concorde La Fayette. Mieliśmy widok na cały Paryż. A przede wszystkim na podświetloną, górującą nad niską zabudową wieżę Eiffla. Jej stalowa charakterystyczna konstrukcja zawsze kojarzyła mi się z niezgrabnym kolosem stojącym w rozkroku. Z rozporka wypadały mu stalowe szczeble rusztowania. Pomyślałem o tym i nieświadomie się uśmiechnąłem.

– Co cię bawi?

– Po prostu, dobrze mi tu. Mógłbym tu zostać na zawsze.

Znowu to zrobiłem. Znowu odniosłem się do tego, że nic i nigdzie nie może być na zawsze. Użalałem się nad sobą.

– Przepraszam – szepnąłem i objąłem Lolę. Przycisnąłem ją mocno do siebie. Wbiłem palce między jej włosy i dotknąłem karku. Jak zawsze, gdy tak robiłem, Lola wzdrygnęła się. Rozkosznie pochyliła głowę, jakby ją nagle coś zaswędziało. Po chwili obróciła się w moją stronę.

W pokoju mieliśmy zgaszone światło i patrzyłem na jej twarz rozświetloną przez miliony paryskich lamp. Białe, niebieskie i czerwone refleksy drżały na jej gładkiej skórze. Odgarnąłem jej włosy i pocałowałem w przedziałek. Czułem zapach kwiatowych perfum oraz szamponu.

– To mnie uspokaja – powiedziałem sam nie wiem czemu. – Dzięki takim chwilom jestem spokojny.

Lola odsunęła się ode mnie i oparła czołem o szybę. Wypuściła powietrze tak, że zebrała się na niej para wodna.

– Znowu to robisz – szepnęła.

– Robię co?

– Zaczynasz gadać, jakbym cię miała jutro pochować. Zaczynasz być tak strasznie, tak kurewsko, tak…

Przerwałem jej. Stanąłem za nią i delikatnie zasłoniłem dłonią jej usta. Paryż był nasz. Mieliśmy u naszych stóp cały świat i nie zamierzałem nic zepsuć. Ruchome święto Hemingwaya miało trwać w naszych sercach.

– Kocham cię. Je t’aime, Lola.

– Jesteś na zmianę cierpki albo cholernie słodki.

– Po prostu wierzę we wróżby. I podobają mi się niektóre bajki.

– Właśnie o tym mówię. Zrozum w końcu, że po tych trzech podróżach nic się nie skończy. To tylko głupie przepowiastki. Idiotyczne wymysły. Rozumiesz to? Rozumiesz? Powiedz mi, do cholery, że rozumiesz!

W półmroku dostrzegłem, że jej oczy się skrzą. Zacisnęła pięści i zaczęła mnie kuksać w klatkę piersiową. Kręciła głową, jakby w ten sposób mogła się pozbyć złych myśli. Zdaje się, że to atawistyczny zamiennik dziecięcego odruchu zamykania oczu w reakcji na poczucie zagrożenia. W jednym i w drugim przypadku traciło się tylko energię.

– Lola, Lola… – zacząłem szeptać koło jej ucha. Wciąż się szarpała, ale coraz słabiej.

– Proszę cię, powiedz…

– Nie mogę. – Pocałowałem ją w chłodne czoło. – Nie mogę tego zrobić. Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy się oszukiwać. Pamiętasz? – Pocałowałem ją w mały, lekko zadarty nosek. – Nigdy. Choćby prawda miała być cholernie bolesna.

– Ale…

Pocałowałem ją w pełne, kształtne usta.

Lola się mi wyrwała i wymownie westchnęła. Zerknęła za okno. Schyliła się i podniosła stojącą u naszych stóp butelkę. Podała mi ją, po czym założyła dłonie za moją szyję. Przytuliłem się, oparłem podbródek o jej ramię i zdjąłem sreberko. Nie śpieszyłem się. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale w ogóle mnie to nie interesowało. Tej nocy nie chciałem spać. Lola też nie.

Odkręciłem metalową zawleczkę i poluzowałem koszyczek. Wstrząsnąłem butelką, aby korek wystrzelił. Wiem, że powinno się to robić całkiem inaczej, ale wtedy chciałem jak najgłośniej świętować. Kolejny dzień, Paryż, ciepło ukochanej w moich ramionach.

To, że jeszcze jestem tu, a nie gdzieś tam. Choć myśl o tym musiałem starannie ukrywać.

Korek z hukiem wystrzelił i uderzył o szybę. Szampan ściekł między moimi palcami na drewnianą podłogę. Przyłożyłem butelkę do ust i zacząłem pić wprost z niej. Pociągnąłem kilka łyków. Po raz pierwszy piłem prawdziwy szampan. Veuve Pelletier & Flis miał cierpki posmak pieniędzy.

Odchyliłem się i podsunąłem butelkę pod usta Loli. Objęła ją wargami. Patrząc mi prosto w oczy, oblizała gwint. Jedną dłonią dotknęła mojej dłoni, a drugą chwyciła za sprzączkę paska. Rozpięła ją dwoma palcami. Następnie zajęła się rozporkiem.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2022

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2023

 

Projekt okładki: Emotion Media

Zdjęcia na okładce: © Maxim Shmeljov/Adobe Stock

© VideoFlow/Adobe Stock

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: „DARKHART”, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-531-4

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.