Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności - Amanda Montell - ebook

Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności ebook

Montell Amanda

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Na śniadanie: dwadzieścia rolek z Instagrama, na obiad: pół godziny TikToka, na podwieczorek: kilka kłótni z Twittera, na kolację: Netflix. I tak w kółko. Współczesna dieta medialna jest nie do opanowania i przetrawienia. Jak sobie radzimy z tym przesytem?

Według Amandy Montell – słabo. Choć mamy pod ręką cały zasób ludzkiej wiedzy, przestajemy wierzyć rozumowi, medycynie, nauce i samym sobie. Nasze mózgi próbują obsłużyć nadmiar bodźców i informacji starymi narzędziami poznawczymi, które są niedostosowane do nowych czasów. Przez efekt aureoli traktujemy idoli jak bożków, ufamy oszołomom, bo nie wierzymy, że coś istotnego mogłoby się zdarzyć przypadkiem (to błąd proporcjonalności), trwamy w toksycznych związkach przez niechęć do straty (to zjawisko utopionych kosztów), kupujemy kursy od internetowych oszustów, którzy twierdzą, że mają to coś, co zapewniło im sukces (to błąd przeżywalności).

Montell skrupulatnie kataloguje przyczyny dzisiejszej irracjonalności. Podpowiada, jak nie utonąć w otaczającym nas chaosie, i wyjaśnia, dlaczego tak łatwo ulegamy pokusie magicznego myślenia.

„Książka napisana z dowcipem, inteligencją i autoironią, a zarazem przewodnik po erze dezinformacji. Pukniecie się w głowę, gdy rozpoznacie rojenia leżące u podstaw niektórych waszych przekonań. Rzadko tak niewiele stron wyjaśnia tak wiele, i to w tak zabawny sposób.” Mary Roach

„Montell bada [...] nasze przeciążone mózgi i ich mechanizmy radzenia sobie ze światem oraz społeczną irracjonalność.” „Nylon”

„Odświeżająco zabawne i pouczające. Montell ma talent do wciągających opowieści i zapadających w pamięć metafor, a jej osobiste wyznania skłaniają do głębszego zastanowienia się nad tym, co konsumujemy i czym się dzielimy.” „Booklist”

„Czytanie tej książki przypomina słuchanie doskonałej rady najmądrzejszego przyjaciela. Obyśmy wzięli ją sobie do serca.” „BookPage”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 280

Data ważności licencji: 3/21/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego The Age of Magical Overthinking. Notes on Modern Irrationality

Projekt okładki Kamil Rekosz

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Copyright © 2024 by Amanda Montell

Originally published by One Signal Publishers/Atria Books, an Imprint of Simon & Schuster, LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Adam Pluszka, 2026

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Urszula Obara

Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-278-8

Dla Caseya

Od autorki

Wydarzenia i postaci z mojego życia opisałam tak, jak je zapamiętałam. Niektóre imiona i szczegóły zostały jednak zmienione.

Nadaj temu sens

Wprowadzenie do magicznej przesady w myśleniu

Jaki jest pożytek z życia, jeśli nie można go kształtować po swojemu, żeby było takie, jak ty chcesz?

Toni Morrison, Jazz, przeł. Julita Wroniak

Moje próby wydostania się z własnej głowy były przeróżne i pełne nonsensów.

Odwiedziłam zoo, w którym dorośli mogą karmić i głaskać zwierzęta. Próbowałam uczyć się medytacji, słuchając brytyjskiego głosu z komputera. Zaopatrzyłam się w podejrzany proszek odżywczy o nazwie „Mózgowy pył”. Mój mózg zamienił się w pył. W ciągu ostatnich kilku lat „strach bez powodu” znajdował się na szczycie moich statystyk wyszukiwań w Google’u, tak jakby wstukanie objawów w maszynę miało sprawić, że uczucia znikną. Objadałam się podcastami o kobietach, które „pękły”, i czułam, że te, które się z tym nie kryły, i obrzydzają mnie, i przyciągają. Myślałam, jakie to musi być wspaniałe: „pęknąć”. Moja najbardziej filmowa próba rehabilitacji psychicznej polegała na zbieraniu ziół na sycylijskiej farmie pod niebem wolnym od zanieczyszczeń światłem. („W nocy gwiazdy są tu tak blisko, że mogą wpaść ci do ust” – powiedział hodowca ziół, czym sprawił, że serce podeszło mi do gardła). Z różnym powodzeniem robiłam wszystko, co mogłam, aby uciec od poczucia przytłoczenia i od konsumpcji, które stały się moim chlebem powszednim w rozwrzeszczanej dekadzie lat dwudziestych XXI wieku. Chciałam tylko zyskać jakąś szerszą perspektywę o kryzysie zdrowia psychicznego, którego doświadczałam i który próbowałam racjonalizować przez większą część owego dziesięciolecia.

Każde pokolenie ma swój własny znak firmowy kryzysu. Te z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dotyczyły uwolnienia się od fizycznej tyranii – chciały równych praw obywatelskich i wyborczych, prawa do nauki, pracy, zrzeszania się. Były kryzysy ciała. Ale wraz z upływem stulecia nasze zmagania skierowały się do wewnątrz. Paradoksalnie, im bardziej rozwijaliśmy się jako grupa, tym gorzej czuliśmy się jako jednostki. Dyskurs na temat naszego złego samopoczucia psychicznego przybrał na sile. W 2017 roku „Scientific American” ogłosił, że od lat dziewięćdziesiątych pogorszyło się zdrowie psychiczne narodu, a wskaźniki samobójstw osiągnęły najwyższy poziom od trzydziestu lat1. Cztery lata później badanie agencji Centers for Disease Control and Prevention (CDC) wykazało, że czterdzieści dwa procent młodych ludzi w ciągu dwóch tygodni poprzedzających ankietę czuło się tak smutno lub beznadziejnie, że nie mogło normalnie funkcjonować2. National Alliance on Mental Illness poinformowało, że między 2020 a 2021 rokiem liczba telefonów na kryzysową niebieską linię wzrosła o dwieście pięćdziesiąt jeden procent3. Żyjemy w tak zwanej erze informacji, ale życie wydaje się mieć coraz mniej sensu. Jesteśmy odizolowani, apatyczni, zespoleni z ekranami, w duchu „troski o własne granice” wycinamy bliskich jak nowotwory, nie rozumiemy wyborów innych ludzi, tym bardziej własnych. Maszyna się zepsuła, a my próbujemy wymyślić, jak się z niej wydostać. W 1961 roku marksistowski filozof Frantz Fanon napisał: „Każde pokolenie musi we względnej ciemności odkryć swoją misję, wypełnić ją lub zdradzić”4. Wydaje się, że nasza misja ma związek z umysłem.

Moja fiksacja na punkcie współczesnej irracjonalności zakorzeniła się, gdy pisałam książkę o sektach. Był rok 2020, a wejrzenie w mechanizm sekciarskich wpływów podczas egzystencjalnego zagmatwania w tamtym okresie rzuciło nowe światło na wiele twarzy XXI-wiecznego obłędu. W nowym tysiącleciu ludzkość zbudowała hipermarket pełen zabawnych i nowiuśkich sposobów na dysocjację: alternatywne teorie spiskowe weszły do głównego nurtu. Kult celebrytów osiągnął halucynacyjny zenit. Dorośli wychowani na Disneyu i zeloci MAGA (Make America Great Again) upijali się nostalgią, tonąc w chimerach przeszłości. Te błędne przekonania występowały w różnych odcieniach, od kapryśnych po wojownicze, ale jedno było pewne – nasze wspólne rozumienie rzeczywistości straciło na sile.

Jedynego choć trochę sensownego wyjaśnienia tej masowej podróży w głąb własnej głowy upatruję w „błędach poznawczych”[1]: fałszywych wzorcach myślowych, które pojawiły się w związku z niedoskonałością mózgu w zakresie przetwarzania informacji odbieranych z otaczającego nas świata5. W ciągu ostatniego stulecia naukowcy społeczni opisali setki błędów poznawczych, przy czym w moich poszukiwaniach najczęściej występowały „błąd potwierdzenia” i „błąd utopionych kosztów”. Przejrzenie zaledwie garści wyników badań pokazało mnóstwo paradoksów, jak choćby ludzi z tytułem magistra opierających swoje życie towarzyskie na pozycji Merkurego lub naszych sąsiadów decydujących się nie szczepić, ponieważ ktoś z YouTube’a, ubrany w spodnie palazzo, powiedział, że „obniży to ich DNA”. Błędy poznawcze ujawniły również mnóstwo moich własnych irracjonalności, osobistych wyborów, których nigdy nie umiałam przed sobą usprawiedliwić, takich jak zobowiązanie w wieku dwudziestu lat do trwania w związku, o którym wiedziałam, że wywołuje cierpienie, lub moja skłonność do tworzenia internetowych wrogów na podstawie wymyślonych konfliktów. Musiałam wgryźć się w ten wątek. Musiałam zrozumieć, w jaki sposób magiczne sztuczki, które stosujemy na sobie, łączą się z nadmiarem informacji przypominającym szalony eksperyment chemiczny – Mentos i dietetyczna Cola.

Nasze umysły oszukiwały same siebie od zarania ludzkiego procesu decyzyjnego. Ilość danych wejściowych płynących ze świata przyrody zawsze była dla nas zbyt duża; dokładne skatalogowanie koloru i kształtu każdej gałązki w celu jej zrozumienia zajęłoby nam więcej, niż trwa życie. Mózg we wczesnym etapie rozwoju wymyślił więc skróty, które pozwalały pojąć środowisko w zakresie potrzebnym do przetrwania. Umysł nigdy nie był doskonale racjonalny, raczej racjonalny pod względem zasobów – miał na celu pogodzenie naszego ograniczonego czasu, ograniczonego zasobnika pamięci i silnego pragnienia, aby wydarzenia miały jakiś sens. Tysiąclecia później ilość szczegółów do przetworzenia i decyzji do podjęcia eksplodowała jak konfetti lub szrapnele. Nie ma co się łudzić, że zdołamy dogłębnie przeanalizować każdą składową danych. Zazwyczaj więc polegamy na sprytnych oszustwach odziedziczonych po przodkach, które przychodzą nam tak naturalnie, że prawie nigdy nie jesteśmy ich świadomi.

W obliczu gwałtownego zalewu informacji błąd poznawczy powoduje, że współczesny umysł nadmiernie i niedostatecznie analizuje niewłaściwe rzeczy. Dręczą nas bezproduktywne obsesje na punkcie tych samych paranoi (Dlaczego Instagram zasugerował mi obserwowanie toksycznego byłego szefa? Czy wszechświat mnie nienawidzi?), ale omijamy złożone rozważania, które zasługują na więcej uwagi. Nieraz czułam się skołowana, gdy po internetowej bitwie na argumenty wychodziłam się przewietrzyć i odzyskać równowagę i łapałam się na tym, że używałam taktyk sparingowych bardziej odpowiednich dla neolitycznej nawalanki niż teoretycznej rozmowy. „Ponieważ w ciągu ostatnich stu lat technologicznie zaszliśmy tak daleko, łudzimy się, że wszystko można poznać. Ale to zarówno aroganckie, jak i zajebiście nudne”6 – powiedziała w 2023 roku Jessica Grose, felietonistka „New York Timesa” i autorka książki Screaming on the Inside. The Unsustainability of American Motherhood [Krzyk do środka. Niezrównoważony amerykański model macierzyństwa]. Do tej epoki, w której bardzo szybko zostawiamy w tyle niegdyś przydatne psychologiczne iluzje, odnoszę się jako do „wieku magicznej przesady w myśleniu”.

Mówiąc najogólniej, myślenie magiczne to przekonanie, że wewnętrzne myśli mogą wpływać na wydarzenia zewnętrzne. Zetknęłam się po raz pierwszy z tą koncepcją podczas lektury pamiętnika Joan Didion Rok magicznego myślenia, w którym autorka ożywia moc żałoby i sprawia, że nawet najbardziej samoświadome umysły oszukują same siebie. Mitologizowanie świata jako próba „nadania mu sensu” to wyjątkowe i ciekawe przyzwyczajenie. W chwilach zaciekłej niepewności – od nagłej śmierci małżonka po czas wyborów, w których stawka staje się naprawdę wysoka – „rozsądne” mózgi zaczynają się sypać. Niezależnie od tego, czy jest to przekonanie, że można „manifestować” sobie drogę wyjścia z kłopotów finansowych, anulować apokalipsę, ucząc się pasteryzowania wyhodowanych przez siebie brzoskwiń, powstrzymać raka pozytywnymi wibracjami czy też przekształcić przemocowy związek w idealny dzięki samej nadziei, magiczne myślenie zakłada przywracanie sprawczości. Podczas gdy myślenie magiczne jest odwiecznym dziwactwem, przesadne myślenie wydaje się typowe dla współczesności – to wynik naszych wrodzonych przesądów zderzających się z przeciążeniem informacyjnym, masową samotnością i kapitalistyczną presją, by „wiedzieć” absolutnie wszystko.

W 2014 roku bell hooks powiedziała: „Najbardziej podstawowym aktywizmem, na jaki możemy liczyć, jest świadome życie w narodzie zanurzonym w fantazjach. […] Jeśli stawisz czoło rzeczywistości, nie będziesz się łudzić”7. Uświadomienie sobie naturalnych wypaczeń umysłu, dostrzeżenie w nich zarówno piękna, jak i całkowitego szaleństwa – to powinno być wspólną misją naszych czasów. Możemy pozwolić, żeby błąd poznawczy rzucił nas na kolana, albo możemy wsiąść na obłędną huśtawkę między logosem a patosem. Zapnijmy pasy, bo podróż potrwa całe życie. Nauka radzenia sobie z niezdecydowaniem to prawdopodobnie jedyny sposób na przetrwanie tego kryzysu. Właśnie w tym pomogło mi niniejsze badanie błędów poznawczych. Nawet bardziej niż sycylijskie obserwacje gwiazd pisanie tej książki pozwoliło mi utrzymać szum w głowie na poziomie znośnych decybeli.

Buddyści zen mają słowo koan, które oznacza „paradoksalną zagadkę”: rozbijasz myśl, aby odkryć głębsze prawdy, i ponownie składasz kawałki, aby stworzyć coś nowego. Napisałam tę książkę jako wyraz tęsknoty, test Rorschacha, kampanię społeczną i list miłosny do umysłu. Nie jest to system myślenia, lecz raczej coś w rodzaju koanu. Jeśli straciliście wiarę w zdolność innych do rozumowania lub dokonaliście mnóstwa wątpliwych osądów, których nie potraficie nawet z grubsza wyjaśnić, mam nadzieję, że ta książka nada sens temu, co bezsensowne. Otworzy okno w naszych umysłach i wpuści ciepłą bryzę. Pozwoli na chwilę wyciszyć kakofonię, a nawet usłyszeć w niej melodię.

[1] Termin ukuty w 1972 roku przez ekonomistów behawioralnych (i prawdziwych przyjaciół) Amosa Tversky’ego i Daniela Kahnemana. [Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autorki].

1 Jesteś moją matką, Taylor Swift?

Uwagi na temat efektu aureoli

Mówienie o [celebrytach] to mówienie o rzeczach, które mają znaczenie, bez mówienia o sobie.

Anne Helen Petersen

Poziom oddawania czci stał się żarłoczny. Duchowo żarłoczny. Oczywiście ludzie zawsze przesadnie oddawali cześć – religia pęka od przesady, zabójstwa honorowe i tak dalej – ale teraz nasi bogowie nie są wyimaginowanymi postaciami przedstawianymi jako wszechwiedzące i nieomylne; są śmiertelnymi celebrytami, o których wiemy na pewno, że nie mają żadnej z tych cech. Nowi ekstremiści zostali nazwani „stanami”, termin ten wprowadził raper Eminem. Jego piosenka Stan z 2000 roku jest przypowieścią o facecie, któremu odbija, gdy jego idol nie odpowiada na fanowskie listy. Co ciekawe, słowo to jest również hybrydą słów „stalker” i „fan”. Wszyscy stani mają zakonne nazwy, takie jak Barbz i Little Monsters, Beliebers i Swifties. Mówi się o nich, że są śmiercią dialogu. Krytycy przestali publikować negatywne recenzje albumów gwiazd popu w obawie przed atakiem – przed „cancelowaniem” i „doxxingiem”, przed śledzeniem i ujawnianiem ich adresów domowych oraz wysyłaniem pogróżek. Nikt nie opuszczał kanapy, ale wszyscy się bali. Nikt nie mówił nic głośno, ale wydawało się, że świat kwęka jak dostrajająca się w nieskończoność ośmiomiliardowa orkiestra. Stani byli bezsilni jako jednostki. Lecz jako stado „rzucą ci się do gardła” w stylu Władcy much. Dziennikarze bali się o swoje szyje – nie dziennikarze wojenni, dziennikarze muzyczni. Stani scancelowaliby każdego, zjedliby nawet swoich. W zasadzie pożarliby własnego boga. Szczególnie jego. Oto jak żarłocznie się zrobiło.

W 2023 roku wielbicielka Taylor Swift, niejaka Amy Long, wysłała mi mejlem dokument o objętości trzech tysięcy słów, w którym opisała wszystkie najważniejsze stanowskie burdy wokół gwiazdy popu z ostatnich pięciu lat – emocjonalne kataklizmy, podczas których Swifties zwrócili się przeciwko swojej wywyższonej królowej za to, że nie sprostała cechom, których nigdy nie miała, i zobowiązaniom, których nie składała. Skandale obejmujące wszystko – od fiaska sprzedaży biletów po plotki na temat jej seksualności – nosiły niepokojące nazwy w stylu Watergate: Ticketgate, Lavendergate, Jetgate, Moviegate, Tumblrgate. „To może być najbardziej interesujące”, napisała Long, twórczyni konta na Instagramie @taylorswift_as_books, odnosząc się do ostatniego zarzutu: po latach swobodnej interakcji z fanami na platformie Tumblr Swift w 2020 roku na stałe się stamtąd wylogowała, gdy poczuła się flekowana przez grupę politycznie rozwścieczonych dręczycieli. Jak wyjaśniła Long, stani wkurzyli się, kiedy Swift opublikowała kilka tweetów potępiających Donalda Trumpa i brutalność policji, ale nigdy nie posunęła się dalej w swoich politycznych deklaracjach. Z perspektywy stanów idolka roztoczyła przed nimi wizję nowej ery progresywnego aktywizmu tylko po to, by się z niej wycofać, jak matka łamiąca obietnicę daną córkom. (Podobne oskarżenia o zdradę powtórzyły się kilka lat później, gdy Swift zaczęła spotykać się z obleśnym pozerem z poprockowego zespołu. Stani napisali „list otwarty”, w którym błagali gwiazdę, by rzuciła swojego problematycznego tatuśka, i przysięgali, że nie „zejdą z niego”, dopóki tego nie zrobi).

Long kontynuowała: „Wielu fanów oskarżyło Taylor o wykorzystywanie bałwochwalstwa jako estetyki […] i wściekało się na nią za to, że nie robi tego, czego chcą […], ale że jest kapitalistką do szpiku kości. W większości jej ochroniarze to byli żołnierze sił specjalnych, byli funkcjonariusze FBI lub inni dawni funkcjonariusze organów ścigania. Nie jestem pewna, dlaczego fani oczekują od niej, że powie: »Przestać finansować policję! Zburzyć system, który spełnił moje marzenie«. […] To dziwne”.

To prawda, zawsze wydawało się dziwne, kiedy tysiące nieznajomych wywyższa moralnie słynną piosenkarkę na podstawie niemal niczym niepopartych wniosków co do jej charakteru, a następnie próbuje z równą gorliwością zrzucić ją z piedestału, gdy te założenia okazują się fałszywe. Ale to zachowanie jest również wytłumaczalne. Przypisuję te coraz bardziej powszechne cykle uwielbienia i detronizacji celebrytów – a także mniej pasożytniczą dynamikę miłości i nienawiści z postaciami, które znamy z prawdziwego życia – błędowi poznawczemu zwanemu „efektem aureoli”.

Rozpoznany na początku XX wieku efekt aureoli opisuje nieświadomą skłonność do przyjmowania pozytywnych założeń na temat ogólnego charakteru danej osoby na podstawie pierwszych wrażeń dotyczących jednej cechy. Spotykamy kogoś z błyskotliwym poczuciem humoru i dochodzimy do wniosku, że musi on być również oczytany i spostrzegawczy. Zakładamy, że ktoś przystojny jest towarzyski i pewny siebie. Uważamy, że osoba o artystycznym usposobieniu z pewnością charakteryzuje się również wrażliwością i otwartością. Sam termin „efekt aureoli” odwołuje się poprzez analogię do poświaty, która wpływa na postrzeganie. Wyobraźmy sobie dwunastowieczny obraz religijny: zazwyczaj przedstawiani w świetlistym kręgu aniołowie i święci są skąpani w niebiańskim blasku, symbolu ich ogólnej dobroci. Gdy oceniamy kogoś przez pryzmat efektu aureoli, nasze umysły rzucają na tę osobę ten sam jednowymiarowy, ciepły blask i każą ufać jej bezrefleksyjnie, podczas gdy obiektywnie nie dała nam ku temu zbyt wielu powodów.

Za efektem aureoli kryje się opowieść o przetrwaniu. Historycznie rzecz ujmując, wiązanie się z osobą silną fizycznie lub atrakcyjną okazywało się mądrą strategią adaptacyjną i nie od rzeczy było założenie, że jedna dobra cecha oznacza, że jest ich więcej. Jeśli dwadzieścia tysięcy lat temu spotkało się kogoś wysokiego i muskularnego, należało przypuszczać, że jadł więcej mięsa niż przeciętny facet, a zatem był prawdopodobnie dobrym myśliwym – kimś, kogo chciałoby się mieć w swoim narożniku. Równie rozsądne było założenie, że osoba o symetrycznej twarzy i zdrowych zębach uniknęła oszpecenia w wyniku przegranych bitew i ataków zwierząt, zatem stanowiła wzór do naśladowania. Współcześnie wyodrębnienie kogoś, na kim można się wzorować, pomaga w kształtowaniu tożsamości, a przy wyborze odpowiedniego typu nauczyliśmy się kierować przeczuciem. Jakże nieefektywne byłoby marnowanie całego tygodnia na wieloaspektową ocenę potencjalnego mentora lub skompletowanie całego panelu doskonale wykwalifikowanych specjalistów – jednego do kierowania karierą, drugiego do kreatywnej inspiracji, innego do porad modowych. Wybór pojedynczego wzoru do naśladowania we wszystkim, na podstawie pochopnych, ale ogólnie rozsądnych uogólnień, jest po prostu lepszym wykorzystaniem ciasnego budżetu psychologicznego. Voilà, efekt aureoli.

U podstaw znajdują się oczywiście figury rodziców. Ponieważ troszczą się o nas i wiedzą rzeczy, których my nie wiemy, uważamy, że muszą wiedzieć wszystko. W moją własną matkę wierzyłam do granic możliwości, bo jeśli chodzi o doktor Denise Montell, efekt aureoli był nieunikniony. Tak wielu sprawom należało sprostać. Moja matka, sama w sobie niszowa celebrytka, jest biolożką komórek nowotworowych z doktoratem ze Stanforda i wieloma nagrodami za badania w dziedzinie genetyki molekularnej. W zeszłym roku została zaproszona do National Academy of Sciences za odkrycie mechanizmu ruchu komórek, co pewnego dnia może pomóc w leczeniu raka. Co więcej, moja matka wyleczyła się z nowotworu. Tydzień przed rozpoczęciem mojej szóstej klasy, gdy Denise miała czterdzieści lat, zdiagnozowano u niej nieuleczalnego chłoniaka. O tym, że lekarze powiedzieli jej, że prawdopodobnie umrze, dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy od pięciu lat była w remisji. Ale nie umarła po części dlatego, że współpracowała ze swoimi onkologami, którzy pomogli jej stworzyć własny eksperymentalny plan leczenia. Jej laboratorium badawcze na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa znajdowało się naprzeciwko szpitala, w którym podczas przerw na lunch wciągała chemię. Obecnie ten sposób leczenia jest standardową praktyką dla pacjentów z chłoniakiem na całym świecie.

W dzieciństwie większość moich przyjaciółek miała samotne matki i nieobecnych ojców. Jeśli spojrzy się na to z dystansu, to dziwny zbieg okoliczności. Relacje moich przyjaciółek z matkami w stylu Kochanych kłopotów – bardziej intymne niż formalne – bez wątpienia po części mnie do nich przyciągały. Matki moich przyjaciółek były takie ludzkie. Nie kryły się ze swoimi niedoskonałościami. Klęły jak szewc, fałszowały w kuchni i milczały, gdy się złościły. Swobodnie rozmawiały o plamieniach miesiączkowych i wypróżnieniach, obrazie ciała i złamanych sercach. Jako nastolatka uważałam ich wrażliwość za urzekającą. Wady nie były w stylu Denise. Nie, nie Denise, która trzymała emocje na wodzy. Nie Denise, która nigdy nie popełniła ani jednego logicznego błędu, która ćwiczyła przez czterdzieści pięć minut każdego ranka, nigdy nie wychodziła z domu, dopóki nie ułożyła perfekcyjnie swoich kasztanowych włosów, i która wydawała się wiedzieć wszystko o wszystkim: od tego, jak pojedyncza komórka rozwija się w płód, po to, która piekarnia w mieście sprzedaje najsmaczniejsze bagietki. Moja matka poświęcała prawie cały swój czas na ślęczenie nad badaniami w laboratorium w centrum miasta – późnymi wieczorami, w każdy weekend – a jej chłodne opanowanie w połączeniu z nieobecnością sprawiły, że stała się dla mnie niemal mityczną postacią. Nie przypominam sobie momentu, w którym nie zdawałam sobie sprawy z jej reputacji – ta bowiem lśniła niczym platynowa obrączka w słońcu.

Teoretycznie chciałam, żeby Denise była bardziej szorstka. Z radością łapałam tego przebłyski – jak wtedy, gdy na rodzinnych wakacjach wypiła o pół Margarity za dużo i chichotała przez całą drogę do pokoju hotelowego. Albo kiedy opowiadała mi burzliwe anegdoty ze swojej młodości, takie jak ta, w której prawie została porwana, gdy jako osiemnastolatka spędzała lato w Paryżu, lub że podczas wiosennej przerwy w college’u jej chłopak surfer przekonał ją do wzięcia kwasu na koncercie Grateful Dead. Uwielbiałam wyobrażać sobie Denise jako osobę inną niż moja matka. Ale w praktyce za każdym razem, gdy okazywała coś, co uważałam za emocje wychodzące poza jej usposobienie, jak choćby utratę cierpliwości w korku, gdy spóźniała się do pracy, przerażało mnie to. Jej margines błędu był tak niewielki. Ona była Taylor, a ja stukniętą Swiftie. Gdyby Denise miała konto na Tumblrze, na pewno chciałabym, żeby lajkowała moje posty, a potem, w momencie, w którym okazałaby się nie być bóstwem z mojej głowy, wykopałabym ją z platformy.

Młodzi ludzie nie patrzą już na swoje mamy. W 2019 roku japońskie badanie pokazało, że około trzydziestu procent nastolatków dąży do naśladowania postaci medialnych, takich jak ulubiona piosenkarka czy ulubiony sportowiec1. Według badania z 2021 roku opublikowanego w „North American Journal of Psychology” w ciągu ostatnich dwóch dekad kult celebrytów znacząco wzrósł2. Efekt aureoli już teraz sprawia, że łatwo jest ubóstwiać kogoś, kogo znasz w prawdziwym życiu (kiedy byłam nastolatką, jednym z moich niezdrowych nawyków społecznych było angażowanie się w nierówne przyjaźnie, w których czułam się bardziej jak fanka niż jak równa z równą, ponieważ wyciągałam fałszywe wnioski, że skoro popularna dziewczyna w szkole ma promienny uśmiech i bezwysiłkową charyzmę, to będzie lojalną powierniczką). Jeszcze łatwiej jest zaangażować się w takie zauroczenie z daleka. Ponieważ mamy skłonność do postrzegania celebrytów jako atrakcyjnych, bogatych i odnoszących sukcesy, z góry zakładamy, że muszą być też towarzyscy, świadomi siebie i obyci w świecie. Niektórzy wielbiciele czują szczególną bliskość ze swoimi idolami i oczekują od nich również miłości, nawet macierzyńskiej. Nie każdy fan jest stanem, kult celebrytów jest jednak coraz bardziej ekstremalny – i ma wymiernie szkodliwe konsekwencje.

Słowo „fan” pochodzi od łacińskiego fanaticus, co oznacza „szalenie, ale bosko natchniony”. Dopiero w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych społeczeństwo zaczęło postrzegać celebrytów nie tylko jako dostarczycieli rozrywki, lecz także jako wzory do naśladowania lub bogów. Ta zmiana wynikała ze wzrostu aktywizmu celebrytów, który zbiegł się z utratą zaufania Amerykanów do polityków, tradycyjnych przywódców religijnych i opieki zdrowotnej. We wstępniaku „New York Timesa” zatytułowanym When Did We Start Taking Famous People Seriously?[Kiedy zaczęliśmy traktować sławnych ludzi serio?] Jessica Grose pisała, że w 1958 roku trzy czwarte Amerykanów „ufało rządowi federalnemu, że postępuje właściwie prawie zawsze lub przez większość czasu”3. Tak wynika z badań Pew Research4. Ale potem doszło do wojny w Wietnamie, recesji gospodarczej w 1960 roku i (prawdziwej) afery Watergate, tragicznej triady, która sprawiła, że Amerykanie musieli znaleźć nowe wzorce. W latach sześćdziesiątych pokolenie wyżu demograficznego stało się nastolatkami – w Stanach Zjednoczonych było ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej – a gdy izolacja i niepewność towarzyszące okresowi dojrzewania połączyły się z powojennym dobrobytem i ochotą na zmiany społeczne, młodzi ludzie znaleźli nową religię: Beatlesów, których członkowie służyli fanom nie tylko jako artystyczne ikony, ale także jako dalecy kochankowie i duchowi przewodnicy.

W 1980 roku jedynie około dwudziestu pięciu procent obywateli Stanów Zjednoczonych ufało, że rząd postępuje właściwie. Według Grose to właśnie wtedy granice oddzielające postacie medialne, polityków i autorytety duchowe zatarły się na dobre. W 1981 roku Ronald Reagan został pierwszym prezydentem celebrytą w Ameryce, przedstawiając się jako „zbuntowany outsider”. Zbiorowa aureola Hollywoodu rozbłysła niczym krzew gorejący, gdy nowe przesłanie zeitgeistu sugerowało, że ikony sceny i ekranu są nie tylko po to, by nas bawić, ale i zbawić. Gwiazdy popu stały się naszymi nowymi kapłanami, a media społecznościowe użyźniły tę religijność jak silny nawóz. W moim lokalnym sklepie z kryształami w Los Angeles można znaleźć świece modlitewne z nadrukowanymi wizerunkami uświęconych muzyków: „Saint Dolly”, „Saint Stevie”, twarz Harry’ego Stylesa nałożona na ciało Chrystusa. Grose zacytowała doktora Paula Offita, profesora pediatrii ze Szpitala Dziecięcego w Filadelfii i autora książki Bad Advice. Or Why Celebrities, Politicians, and Activists Aren’t Your Best Source of Health Information [Zła porada albo dlaczego celebryci, politycy i aktywiści nie są najlepszym źródłem wiedzy o twoim zdrowiu], który konkludował, że Amerykanie pokładają wiarę w sławnych ludzi, ponieważ „myślimy, że ich znamy, widzimy ich w filmach lub w telewizji i zakładamy, że są bohaterami, których grają”.

Ale celebryci „grają” również samych siebie, a ten program jest nadawany online dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Jeszcze bardziej dezorientująca niż hollywoodzka idolatria ery Reagana jest sytuacja, kiedy widzimy sławnych ludzi publikujących cyfrowe wycinki ich „prawdziwych” osobowości, przez co czujemy, jakbyśmy znali ich na wskroś. Wpisy na Instagramie wyglądają jak listy od ukochanej osoby; rolki bezpośrednio do kamery wyglądają jak FaceTime od przyjaciela. W dobie magicznego dzielenia się zbyt wieloma informacjami platformy takie jak Tumblr, TikTok, Instagram i Patreon oferują fanom znacznie większy dostęp do osobistych informacji o ich bohaterach, czym wypełniają lukę paraspołeczną i sprawiają, że wielbiciele czują się jeszcze bardziej związani z idolami. W końcu, w przeciwieństwie do telewizji, istnieje realna możliwość, że Taylor Swift sama odpowie na twój komentarz na Instagramie – wszechmogąca święta odpowiadająca na modlitwę wyznawcy… lub na jego żądanie.

„Jeśli stani, którzy gromadzą się w mediach społecznościowych, są wystarczająco zmotywowani, umieją zmienić trajektorię ścieżki swojego artysty i życie każdego, kto znajdzie się na ich drodze – analizuje Sidney Madden, dziennikarka muzyczna NPR. – Ta zmiana w dynamice władzy [tworzy] pętlę sprzężenia zwrotnego, która może nagradzać performatywne osobowości online bardziej niż prawdziwą wizję artystyczną”5.

Współczesny fandom mieści się w spektrum od zdrowego podziwu po patologiczną manię. Konstruktywny koniec oferuje coś transcendentalnego. „Tumblr otworzył mi oczy na wiele zniuansowanych opinii pochodzących od różnych ludzi, w przestrzeni, która nie była dla mnie onieśmielająca”, napisała redaktorka „Bustle” Danielle Colin-Thome w eseju na temat „wzmacniającej – a czasami szalenie problematycznej” roli kultury stanów w życiu marginalizowanej młodzieży. „Nasze fandomy […] były platformami do rozmowy o bardziej znaczących kwestiach – feminizmie, rasie i reprezentacji LGBTQ”6. Ale dogmatyczny koniec to nie żart. Przeprowadzone w 2014 roku badanie kliniczne kultu celebrytów wykazało, że wysoki poziom zaangażowania w standom wiąże się z trudnościami psychologicznymi, w tym z „obawami dotyczącymi wizerunku ciała, […] większą skłonnością do operacji plastycznych, poszukiwaniem wrażeń, sztywnością poznawczą, dyfuzją tożsamości i słabymi granicami interpersonalnymi”7. Wśród innych zaobserwowanych zmagań znalazły się: depresja, lęk, dysocjacja, narcystyczne tendencje osobowościowe, pragnienie sławy, kompulsywne zakupy i hazard, zachowania stalkingowe, nadmierne fantazjowanie do punktu dysfunkcji społecznej (zostało to nazwane „marzycielstwem dezadaptacyjnym”), uzależnienia i popełnianie przestępstw. Badanie z 2005 roku wykazało, że uzależnienie i działalność przestępcza były silniej skorelowane z kultem celebrytów niż spożycie wapnia z masą kostną lub ekspozycja na ołów z ilorazem inteligencji u dzieci.

W badaniu z 2005 roku, opublikowanym w czasopiśmie „Psychology, Crime & Law”, opisano cztery kategorie w kontinuum kultu celebrytów. Po pierwsze: „rozrywka społeczna”, poziom zdefiniowany przez postawy w rodzaju: „Moi przyjaciele i ja lubimy dyskutować o tym, co zrobił mój ulubiony celebryta”. Następnie jest kategoria uczuć „intensywnie osobiste”, sklasyfikowana na podstawie stwierdzeń takich jak: „Często myślę o moim ulubionym celebrycie, nawet gdy tego nie chcę”. Trzecia kategoria to poziom „graniczno-patologiczny”, charakteryzujący się myślami urojeniowymi („Moja ulubiona gwiazda i ja mamy swój własny kod, dzięki któremu możemy potajemnie komunikować się ze sobą”), nieprawdopodobnymi oczekiwaniami („Jeśli wejdę do domu mojej ukochanej gwiazdy bez zaproszenia, ucieszy się na mój widok”) oraz poświęceniem („Chętnie umrę, aby uratować życie mojej ulubionej gwiazdy”). Czwarta kategoria, oznaczona jako „zgubna imitacja”, opisuje fanów skłonnych do angażowania się w zachowania niezgodne z prawem w imieniu swojego faworyta („Gdyby los zetknął mnie z ukochanym celebrytą, a osoba ta poprosiłaby mnie o zrobienie czegoś nielegalnego w ramach przysługi, prawdopodobnie zrobię to”)8.

„Moralnie potrafiła popchnąć mnie dość daleko” – powiedziała Jill Gutowitz, reporterka zajmująca się popkulturą, autorka zbioru esejów Girls Can KissNow [Teraz dziewczyny mogą się całować] i od dekady niezachwiana fanka Taylor Swift9. Gutowitz wycierpiała też niemało od współwyznawców. Kiedyś obrzucono ją na Twitterze toną błota, gdy miała czelność opublikować w „Vulture” humorystyczną recenzję albumu Swift Lover, w której żartobliwie wyśmiewała ówczesnego chłopaka piosenkarki, aktora Joego Alwyna, za to, że jest zbyt mdły, aby służyć jako jej muza10. („Alwyn to zwykły kubek mleka owsianego”, brzmiały jej słowa). „Ludzie naprawdę się na mnie o to wściekli – wspominała. – To była jedna ze stanowskich nagonek. Zdarzyło mi się kiedyś, że FBI zapukało do moich drzwi z powodu czegoś, co opublikowałam na Twitterze. […] Bardziej się przeraziłam jednak, gdy przyszli po mnie Swifties”. Ale tłuszcza nie zachwiała lojalnością Gutowitz wobec piosenkarki. Ani na piędź. Kilka tygodni jadowitych szpil na Twitterze to nic takiego, nominalny podatek za przywilej wywyższania Taylor Swift.

Efekt aureoli – ryzykowny zarówno dla gwiazdy, jak i stana – ma moc wyniesienia śmiertelnika tak wysoko nad ziemię, że tłum nie widzi już jego człowieczeństwa. Sam kult zmienia się wtedy w przedmiot kultu, a celebryta w coś w rodzaju maskotki. W ciężkich przypadkach obsesja staje się tak intensywna – istny katartyczny król szczurów – że łącza między miłością a nienawiścią ulegają zakłóceniu. To jak uczucie „słodkiej agresji”, kiedy ściskasz kociego pluszaka tak mocno, że odpada mu głowa. W 2023 roku, po chaotycznie przeprowadzonej sprzedaży biletów na trasę koncertową Taylor Swift na portalu Ticketmaster, wściekli fani rzucali oskarżeniami o zdradę, które szły dalej niż kwestia dostępności koncertów. „Ludzie zachowywali się tak, jakby bilety były ludzkim prawem, którego odmówiła im Taylor – napisała w mejlu Amy Long. – Wciąż przesuwali granice do punktu, w którym Taylor mogła to »wynagrodzić«, tylko […] dając im za darmo bilety lub grając akustyczne sety w ich domach. […] [Taylor] nie jest kimś, kto nie dba o swoich fanów, ale myślenie, że jest twoją przyjaciółką, to ułuda”.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy końcowe

Nadaj temu sens. Wprowadzenie do magicznej przesady

1 Edmund S. Higgins, Is Mental Health Declining in the U.S.?, „Scientific American”, 1.01.2017, tiny.pl/yf0cq2-3, dostęp: 26.10.2025.

2 Centers for Disease Control and Prevention, Youth Risk Behavior Survey Data Summary & Trends Report. 2011–2021, tiny.pl/0wzfwc98, dostęp: 26.10.2025.

3NAMI, Coming ‘Together for Mental Health’ Is NAMI’s Urgent Appeal During May’s Mental Health Awareness Month, tiny.pl/nyq7z554, dostęp: 26.10.2025.

4 Edmund Burke, Frantz Fanon’s „The Wretched of the Earth”, „Daedalus” 1976, vol. 105, no. 1, s. 127–135, tiny.pl/4795ph59, dostęp: 26.10.2025.

5 Georg Bruckmaier i in., Tversky and Kahneman’s Cognitive Illusions. Who Can Solve Them, and Why?, „Frontiers in Psychology”, 12.04.2021, vol. 12, tiny.pl/xw9r0cdh, dostęp: 26.10.2025.

6Jess Grose, X – Formerly Twitter [link nieaktywny].

7 Kevin Powell, bell hooks, The BK Nation Interview with bell hooks, „Other”, 28.02.2014 [link nieaktywny].

1  Jesteś moją matką, Taylor Swift? Uwagi na temat efektu aureoli

1 Miharu Nakanish i in., The Association Between Role Model Presence and Self-Regulation in Early Adolescence. A Cross-Sectional Study, „PLOS One”, 19.09.2019, vol. 14, no. 9, tiny.pl/dk7vfspr, dostęp: 26.10.2025.

2 Lynn McCutcheon, Mara S. Aruguete, Is Celebrity Worship Increasing Over Time?, „Journal of Social Sciences and Humanities”, kwiecień 2021, vol. 7, no. 1, s. 66–75.

3 Jessica Grose, When Did We Start Taking Famous People Seriously?, „New York Times”, 20.04.2020, tiny.pl/77n3cg1w, dostęp: 26.10.2025.

4 Pew Research Center, Public Trust in Government. 1958–2022, 6.06.2022, tiny.pl/xyg2t2d9, dostęp: 27.10.2025.

5 Sidney Madden i in., The 2010s. Social Media and the Birth of Stan Culture, NPR, 17.10.2019, tiny.pl/pd86n8z6, dostęp: 26.10.2025.

6 Danielle Colin-Thome, Fan Culture Can Be Wildly Empowering – And at Times, Wildly Problematic, „Bustle”, 24.07.2018, tiny.pl/q7bzfwqv, dostęp: 27.10.2025.

7 Randy A. Sansone, Lori A. Sansone, ‘I’m Your Number One Fan’ – A Clinical Look at Celebrity Worship, „Innovations in Clinical Neuroscience” 2014, vol. 11, no. 1–2, s. 39–43.

8 Lorraine Sheridan i in., Celebrity Worship, Addiction and Criminality, „Psychology, Crime & Law” 2007, vol. 13, no. 6, s. 559–571, tiny.pl/j_yvk3qb, dostęp: 26.10.2025.

9 Sounds Like a Cult, The Cult of Taylor Swift, 18.10.2022, tiny.pl/dzfcwmmz, dostęp: 26.10.2025.

10 Jill Gutowitz, What Is Every Song on Taylor Swift’s Lover Actually About?, „Vulture”, 23.08.2019, tiny.pl/ttjkwc1w, dostęp: 26.10.2025.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I