Opis

Rozwinięcie i uzupełnienie O fotografii. Autorka powraca do wielu kwestii poruszanych wcześniej, skupiając się jednak na zagadnieniu przedstawiania obrazów cierpienia w mediach, zwłaszcza w fotografii wojennej. Historyczny kontekst, w jakim powstawała książka (niedługo po ataku na World Trade Center), nie pozostał bez wpływu na charakter i temperaturę wywodu. W świecie, w którym codziennie jesteśmy zalewani potokiem obrazów pełnych okrucieństwa, w świecie po ludobójstwie w Rwandzie i po wojnie w byłej Jugosławii, a zarazem w świecie, w którym technika umożliwia prowadzenie wojny na odległość, przedstawianie obrazów cierpienia rodzi nowe pytania i problemy etyczne.

Sontag bezlitośnie tropi hipokryzję Zachodu i stosowanie podwójnych standardów w pokazywaniu nieszczęścia, bólu i śmierci. Zastanawia się nad rolą fotografii w kształtowaniu tak zwanej zbiorowej pamięci i stosunku do historii. W centrum rozważań stawia tym razem nie fotografa, lecz widza, który musi określić swoją postawę wobec widoku czyjegoś cierpienia; żadne spojrzenie nie jest niewinne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 114

Popularność


Dla Da­vi­da

... aux va­in­cus!

Bau­de­la­ire

The dir­ty nur­se, Expe­rien­ce...

Ten­ny­son

1

W czerw­cu 1938 roku Vir­gi­nia Wo­olf opu­bli­ko­wa­łaTrzy gwi­nee, śmia­łe, źle przy­ję­te prze­my­śle­nia nad przy­czy­na­mi wo­jen. Spi­sy­wa­ła je od dwóch lat, za­ab­sor­bo­wa­na, po­dob­nie jak jej bli­scy oraz śro­do­wi­sko li­te­rac­kie, po­stę­pa­mi fa­szy­stow­skiej in­su­rek­cji w Hisz­pa­nii. Książ­ce nada­ła po­stać bar­dzo spóź­nio­nej od­po­wie­dzi na list zna­ne­go lon­dyń­skie­go ad­wo­ka­ta, któ­ry za­py­tał kie­dyś: „Jak pani zda­niem mamy za­po­biec woj­nie?”. Vir­gi­nia Wo­olf za­czy­na od cierp­kie­go za­strze­że­nia, że praw­dzi­wy dia­log mię­dzy nimi dwoj­giem może nie być moż­li­wy. Choć na­le­żą do tej sa­mej kla­sy, „kla­sy wy­kształ­co­nej”, dzie­li ich prze­paść: ad­wo­kat jest męż­czy­zną, a ona ko­bie­tą. Męż­czyź­ni to­czą woj­ny. Męż­czyź­ni (w więk­szo­ści) woj­ny lu­bią, bo „wal­cząc, mogą ma­rzyć o sła­wie, speł­niać obo­wią­zek, do­zna­wać sa­tysfak­cji”1, czego więk­szość ko­biet nie może po­jąć, nie spra­wia jej też to przy­jem­no­ści. Co wy­kształ­co­na (czy­taj – uprzy­wi­le­jo­wa­na) za­moż­na ko­bie­ta, taka jak ona, wie o woj­nie? Czy męż­czyź­ni mogą re­ago­wać po­dob­nym wstrę­tem jak ona na po­wa­by woj­ny?

Zo­bacz­my, na czym po­le­ga­ją trud­no­ści w osią­gnię­ciu po­ro­zu­mie­nia, pro­po­nu­je Wo­olf, wspól­nie roz­pa­tru­jąc ob­ra­zy woj­ny. Te ob­ra­zy to zdję­cia wy­sy­ła­ne dwa razy w ty­go­dniu przez ob­lę­żo­ny rząd hisz­pań­ski. W przy­pi­sie do­da­je: „na­pi­sa­łam zimą 1936–1937”. Sprawdź­my, pro­po­nu­je Wo­olf, „czy wi­dok tych sa­mych fo­to­gra­fii bu­dzi w nas te same emo­cje”. Pi­sze da­lej:

Na jed­nym ze zdjęć przy­sła­nych dziś rano wi­dać ja­kieś zwło­ki – męż­czy­zny albo ko­bie­ty – są jed­nak tak zma­sa­kro­wa­ne, że rów­nie do­brze moż­na by je wziąć za szcząt­ki świ­ni. Na in­nych wi­dzi­my nie­wąt­pli­wie zwło­ki dzie­ci, a na ko­lej­nym ru­inę domu. Bom­ba zmio­tła jed­ną ze ścian, z su­fi­tu, za­pew­ne daw­ne­go sa­lo­nu, zwi­sa jesz­cze klat­ka na pta­ki…

Naj­szyb­ciej i naj­zwięź­lej moż­na od­dać we­wnętrz­ne po­ru­sze­nie na wi­dok tych zdjęć, od­no­to­wu­jąc, że nie za­wsze da się roz­po­znać, co przed­sta­wia­ją, tak grun­tow­nie znisz­czo­no cia­ła i bu­dyn­ki, któ­re na nich wi­dać. Wo­olf szyb­ko wy­cią­ga wnio­ski. Re­agu­je­my tak samo, „bez wzglę­du na róż­ni­ce w na­szym wy­kształ­ce­niu i tra­dy­cji”, oświad­cza ad­wo­ka­to­wi. Jej ar­gu­men­ty: za­rów­no „my” (w tym wy­pad­ku my to ko­bie­ty), jak i wy – za­re­ago­wa­li­by­śmy tymi sa­my­mi sło­wa­mi.

Pan pi­sze o uczu­ciu „zgro­zy i obu­rze­nia”, my też od­czu­wa­my zgro­zę i obu­rze­nie… Woj­na, pi­sze pan, jest od­ra­ża­ją­cym bar­ba­rzyń­stwem, kto­re­mu trze­ba za wszel­ką cenę po­ło­żyć kres. My też po­wta­rza­my jak echo: woj­na jest od­ra­ża­ją­ca, jest bar­ba­rzyń­stwem, trze­ba po­ło­żyć jej kres.

Kto dzi­siaj wie­rzy w to, że wo­jen da się unik­nąć? Nikt, na­wet pa­cy­fi­ści. Mamy tyl­ko na­dzie­ję (na ra­zie – da­rem­ną), że moż­na po­wstrzy­mać lu­do­bój­stwo i wy­mie­rzyć spra­wie­dli­wość tym, któ­rzy bru­tal­nie ła­mią pra­wa wo­jen­ne (ist­nie­ją bo­wiem pra­wa, któ­rych po­win­ny prze­strze­gać wal­czą­ce stro­ny). Mamy na­dzie­ję, że uda się unik­nąć tej czy tam­tej woj­ny, na­rzu­ca­jąc wy­ne­go­cjo­wa­ne al­ter­na­ty­wy dla zbroj­ne­go kon­flik­tu. Trud­no dzi­siaj zro­zu­mieć de­spe­rac­kie roz­wią­za­nia wy­ra­sta­ją­ce z szo­ku spo­wo­do­wa­ne­go przez pierw­szą woj­nę świa­to­wą, kie­dy to świa­do­mość, jak da­le­ce Eu­ro­pa sama się zruj­no­wa­ła, sta­ła się po­wszech­na. Po­tę­pia­nie woj­ny jako ta­kiej nie wy­da­wa­ło się ani da­rem­ne, ani nie­istot­ne: po­wsta­wa­ły ta­kie pa­pie­ro­we fan­ta­zje jak pakt Brian­da – Kel­log­ga z 1928 roku, w któ­rym pięt­na­ście naj­waż­niej­szych państw, w tym Sta­ny Zjed­no­czo­ne, Fran­cja, Wiel­ka Bry­ta­nia, Niem­cy, Wło­chy i Ja­po­nia, uro­czy­ście wy­rze­kło się woj­ny jako na­rzę­dzia pań­stwo­wej po­li­ty­ki. W 1932 roku na­wet Freu­da i Ein­ste­ina wcią­gnię­to w dys­ku­sję i pu­blicz­ną wy­mia­nę zdań pod ha­słem „Dla­cze­go woj­na?”. Trzy gwi­nee Vir­gi­nii Wo­olf, za­my­ka­ją­ce nie­mal dwie de­ka­dy grom­kie­go po­tę­pia­nia wo­jen, były ory­gi­nal­ne (co spra­wi­ło, że spo­tka­ły się z gor­szym przy­ję­ciem niż jej po­zo­sta­łe książ­ki), po­nie­waż sku­pi­ła się na czymś, co uzna­no za zbyt oczy­wi­ste lub nie­istot­ne, by za­słu­gi­wa­ło na uwa­gę, nie mó­wiąc już o głęb­szej re­flek­sji – na tym, że woj­na to gra dla męż­czyzn, a ma­chi­na do za­bi­ja­nia ma płeć i jest to płeć mę­ska. Nie­mniej jej zu­chwa­ła, peł­na wstrę­tu do woj­ny od­po­wiedź na py­ta­nie: „Dla­cze­go woj­na?”, nie wy­kro­czy­ła poza kon­wen­cjo­nal­ną re­to­ry­kę i po­wta­rza­nie fra­ze­sów. Zdję­cia ofiar woj­ny też sta­no­wią ro­dzaj re­to­ry­ki. Po­wta­rza­ją. Uprasz­cza­ją. Agi­tu­ją. Stwa­rza­ją złu­dze­nie jed­no­myśl­no­ści.

Przy­wo­łu­jąc hi­po­te­tycz­ne wspól­ne prze­ży­cie („wi­dzi­my, pan i ja, te same tru­py, te same ru­iny do­mów”), Wo­olf wy­zna­je, że wie­rzy, iż szok wy­wo­ła­ny ta­ki­mi zdję­cia­mi nie­uchron­nie zjed­no­czy lu­dzi do­brej woli. Na pew­no? Na­tu­ral­nie ani pi­sar­ka, ani bez­i­mien­ny ad­re­sat jej ob­szer­ne­go jak książ­ka li­stu nie są ty­po­wi. Dzie­lą ich, co praw­da, sta­re jak świat uczu­cia i oby­cza­je wła­ści­we ich płciom, co za­zna­cza Wo­olf, ale ad­wo­kat nie jest po­spo­li­tym „ma­cho”, ja­kich wie­lu. Jego an­ty­wo­jen­ne po­glą­dy są rów­nie nie­wąt­pli­we jak jej wła­sne. Nie pyta wszak: „Czy ty są­dzisz, że woj­nie uda się za­po­biec?”. Py­ta­nie brzmi: „Jak Pani zda­niem mo­że­my za­po­biec woj­nie?”.

To wła­śnie „my” w sło­wie „mo­że­my” Vir­gi­nia Wo­olf po­da­je w wąt­pli­wość już na sa­mym wstę­pie. Nie po­zwa­la roz­mów­cy uznać tego „my” za oczy­wi­ste. Ale w „my”, po­świę­ciw­szy wie­le stron fe­mi­ni­stycz­nym po­glą­dom, osta­tecz­nie się po­grą­ża.

Roz­pa­tru­jąc cu­dze cier­pie­nie, żad­ne­go „my” nie wol­no uzna­wać za oczy­wi­ste.

*

Kim je­ste­śmy „my”, do któ­rych ad­re­so­wa­no ta­kie szo­ku­ją­ce ob­ra­zy? Ci „my” to nie je­dy­nie sym­pa­ty­cy nie­wiel­kich na­ro­dów albo lu­dów bez pań­stwa wal­czą­cych o prze­trwa­nie, ale znacz­nie więk­sza zbio­ro­wość, a mia­no­wi­cie wszy­scy lu­dzie po­zor­nie tyl­ko za­tro­ska­ni ja­kąś brud­ną woj­ną w od­le­głym kra­ju. Fo­to­gra­fie są środ­kiem (bar­dziej) re­ali­stycz­ne­go przy­bli­że­nia spraw, któ­re uprzy­wi­le­jo­wa­ni, co wię­cej: po pro­stu bez­piecz­ni wi­dzo­wie mo­gli­by zi­gno­ro­wać.

„Oto leżą przed nami na sto­le zdję­cia”, pi­sze Wo­olf w ra­mach eks­pe­ry­men­tu in­te­lek­tu­al­ne­go, któ­ry pro­po­nu­je czy­tel­ni­kom, a tak­że nie­obec­ne­mu ad­wo­ka­to­wi, któ­ry jest na tyle uzna­ny, że po jego na­zwi­sku na­stę­pu­ją li­te­ry RD, „rad­ca dwo­ru”. Wy­obraź­my więc so­bie roz­rzu­co­ne zdję­cia wy­ję­te z ko­per­ty, któ­ra na­de­szła z po­ran­ną pocz­tą. Po­ka­zu­ją po­szar­pa­ne cia­ła do­ro­słych i dzie­ci. Po­ka­zu­ją, jak woj­na pu­sto­szy, nisz­czy, bu­rzy, rów­na z zie­mią za­bu­do­wa­ny świat. „Bom­ba otwo­rzy­ła ścia­nę bu­dyn­ku”, pi­sze Wo­olf o jed­nym ze zdjęć. Oczy­wi­ście, kra­jo­braz miej­ski nie jest cia­łem. Nie­mniej roz­pła­ta­ne bu­dyn­ki są nie­mal rów­nie wy­mow­ne jak zwło­ki na uli­cy (Ka­bul, Sa­ra­je­wo, wschod­ni Mo­star, Gro­zny, szes­na­ście akrów dol­ne­go Man­hat­ta­nu po 11 wrze­śnia 2001 roku, obóz uchodź­ców w Dże­ni­nie…). Pa­trz­cie, mó­wią zdję­cia, tak to wy­glą­da. To dzie­ło woj­ny. I jesz­cze to, to też jej dzie­ło. Woj­na roz­ry­wa, odzie­ra. Woj­na roz­wa­la, pa­tro­szy. Woj­na wy­pa­la. Woj­na roz­człon­ko­wu­je. Woj­na ruj­nu­je.

Tyl­ko mo­ral­ny po­twór mógł­by nie cier­pieć, oglą­da­jąc te zdję­cia, nie ucie­kać od nich, nie pró­bo­wać prze­ciw­sta­wić się przy­czy­nom tej ru­iny, tej rze­zi. A my, twier­dzi Wo­olf, nie je­ste­śmy po­two­ra­mi, na­le­ży­my do klas wy­kształ­co­nych. Za­rzu­cić nam moż­na brak wy­obraź­ni, współ­czu­cia – nie zda­li­śmy so­bie spra­wy z tej rze­czy­wi­sto­ści.

Czy na­praw­dę jed­nak zdję­cia do­ku­men­tu­ją­ce rzeź cy­wi­lów, a nie star­cie wojsk, za­wsze mu­szą po­bu­dzać do po­tę­pie­nia woj­ny? Rów­nie do­brze mogą za­chę­cać do wal­ki po stro­nie Re­pu­bli­ki. Czyż nie o to cho­dzi­ło? Po­ro­zu­mie­nie mię­dzy Vir­gi­nią Wo­olf a ad­wo­ka­tem jest uro­jo­ne, zdję­cia po­twor­no­ści mają tyl­ko po­twier­dzać ogól­nie przy­ję­ty po­gląd. Gdy­by py­ta­nie brzmia­ło: „Jak naj­sku­tecz­niej przy­czy­nić się do obro­ny Re­pu­bli­ki Hisz­pań­skiej przed si­ła­mi mi­li­ta­ry­stycz­ne­go i kle­ry­kal­ne­go fa­szy­zmu?”, zdję­cia rów­nie do­brze mo­gły­by wzmac­niać wia­rę w słusz­ność wal­ki.

Zdję­cia przy­wo­ła­ne przez Vir­gi­nię Wo­olf nie po­ka­zu­ją na­praw­dę tego, co woj­na, woj­na jako taka, po­wo­du­je. Po­ka­zu­ją je­den ze spo­so­bów pro­wa­dze­nia woj­ny, w epo­ce au­tor­ki po­wszech­nie okre­śla­ny jako „bar­ba­rzyń­ski”, kie­dy to cy­wi­le są ce­lem. Ge­ne­rał Fran­co uży­wał tak­ty­ki bom­bar­do­wań, ma­sakr, tor­tur oraz za­bi­ja­nia i oka­le­cza­nia więź­niów, któ­rą do­sko­na­lił jako głów­no­do­wo­dzą­cy w Ma­ro­ku w la­tach dwu­dzie­stych. Wów­czas ofia­ra­mi byli oby­wa­te­le hisz­pań­skich ko­lo­nii, o ciem­nej skó­rze i od­mien­nej wie­rze, w związ­ku z czym pa­nu­ją­ce mo­car­stwa ak­cep­to­wa­ły jego me­to­dy. Tym ra­zem ofia­ra­mi byli po­bra­tym­cy. Znaj­du­jąc w zdję­ciach, po­dob­nie jak Wo­olf, wy­łącz­nie po­twier­dze­nie uogól­nio­nej od­ra­zy do woj­ny, uni­ka­my głęb­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia w pro­ble­my Hisz­pa­nii jako kra­ju z hi­sto­rią. Uni­ka­my po­li­ty­ki.

We­dług Vir­gi­nii Wo­olf, po­dob­nie jak we­dług wie­lu prze­ciw­ni­ków woj­ny, woj­na ma jed­no ob­li­cze, a opi­sy­wa­ne ob­ra­zy są zdję­cia­mi ano­ni­mo­wych, za­wsze ta­kich sa­mych ofiar. Fo­to­gra­fii wy­sy­ła­nych z Ma­dry­tu naj­wy­raź­niej – o dzi­wo – nie pod­pi­sy­wa­no. (Może zresz­tą Wo­olf za­ło­ży­ła po pro­stu, że zdję­cia po­win­ny mó­wić same za sie­bie.) Ale jej sprze­ciw wo­bec woj­ny nie wy­ma­ga in­for­ma­cji o tym, kto, kie­dy i gdzie. Przy­pad­ko­wość nie­ustan­nej rze­zi jest wy­star­cza­ją­cym ar­gu­men­tem. Dla lu­dzi prze­ko­na­nych, że jed­na stro­na ma ra­cję, a dru­ga jest spraw­cą uci­sku i nie­spra­wie­dli­wo­ści, oraz że wal­kę trze­ba to­czyć, istot­ne jest wła­śnie to, kto kogo za­bi­ja. Żyd z Izra­ela oglą­da­ją­cy zdję­cie dziec­ka ro­ze­rwa­ne­go na strzę­py wpiz­ze­rii Sbar­ro w cen­trum Je­ro­zo­li­my wi­dzi przede wszyst­kim małą Ży­dów­kę za­bi­tą przez Pa­le­styń­czy­ka w sa­mo­bój­czym ata­ku. Pa­le­styń­czyk z Gazy oglą­da­ją­cy zdję­cie dziec­ka ro­ze­rwa­ne­go na strzę­py po­ci­skiem wy­strze­lo­nym z czoł­gu wi­dzi przede wszyst­kim pa­le­styń­skie dziec­ko za­mor­do­wa­ne pod izra­el­skim ostrza­łem. Wszyst­kie zdję­cia cze­ka­ją na pod­pis, któ­ry je uwia­ry­god­ni lub wy­ka­że, że są sfał­szo­wa­ne. Pod­czas starć mie­dzy Ser­ba­mi a Chor­wa­ta­mi na po­cząt­ku wo­jen do­mo­wych na Bał­ka­nach te same zdję­cia dzie­ci za­bi­tych pod­czas ostrza­łu wio­sek po­ka­zy­wa­no za­rów­no pod­czas serb­skich, jak i chor­wac­kich pro­pa­gan­do­wych kon­fe­ren­cji pra­so­wych. Wy­star­czy zmie­nić pod­pis, by śmierć dzie­ci moż­na było wy­ko­rzy­sty­wać wie­lo­krot­nie.

Ob­ra­zy tru­pów cy­wi­li oraz zbu­rzo­nych do­mów mogą roz­pa­lać nie­na­wiść do wro­ga, jak na przy­kład te ze zbu­rzo­ne­go obo­zu dla uchodź­ców w Dże­ni­nie, któ­re po­wta­rza­ła co go­dzi­nę arab­ska sa­te­li­tar­na sta­cja te­le­wi­zyj­na Al-Dża­zi­ra w kwiet­niu 2002 roku. Zdję­cia te obu­rza­ły wi­dzów Al-Dża­zi­ry na ca­łym świe­cie, ale nie mó­wi­ły im o woj­sku izra­el­skim ni­cze­go, o czym nie by­li­by wcze­śniej głę­bo­ko prze­ko­na­ni. I od­wrot­nie, ob­ra­zy, któ­re pod­su­wa­ją do­wo­dy prze­czą­ce naj­święt­szym prze­ko­na­niom, są nie­uchron­nie od­rzu­ca­ne jako upo­zo­wa­ne przed ka­me­rą. Na wi­dok fo­to­gra­ficz­nych do­wo­dów zbrod­ni po­peł­nio­nych przez na­szą stro­nę re­agu­je­my z re­gu­ły stwier­dze­niem, że zdję­cia sfa­bry­ko­wa­no, że zbrod­ni ni­g­dy nie po­peł­nio­no, że wróg przy­wiózł tru­py cię­ża­rów­ka­mi z kost­ni­cy i roz­rzu­cił na uli­cach, a na­wet że zbrod­ni fak­tycz­nie do­ko­na­no, ale to wro­go­wie sami się po­za­bi­ja­li. Na tej za­sa­dzie głów­ny pro­pa­gan­dy­sta na­cjo­na­li­stycz­nych re­be­lian­tów ge­ne­ra­ła Fran­co twier­dził, że Ba­sko­wie sami znisz­czy­li wła­sne sta­ro­żyt­ne mia­stecz­ko i byłą sto­li­cę Gu­er­ni­kę 26 kwiet­nia 1937 roku, roz­miesz­cza­jąc dy­na­mit w stu­dzien­kach ka­na­li­za­cyj­nych (w in­nej wer­sji – zrzu­ca­jąc bom­by wy­pro­du­ko­wa­ne na te­ry­to­rium ba­skij­skim), żeby wy­wo­łać obu­rze­nie za gra­ni­cą i wes­przeć re­pu­bli­kań­ski ruch opo­ru. Po­dob­nie więk­szość Ser­bów, czy to miesz­ka­ją­cych w Ser­bii, czy za gra­ni­cą, utrzy­my­wa­ła aż do koń­ca ob­lę­że­nia Sa­ra­je­wa, a na­wet dłu­żej, że to sami Bo­śnia­cy do­ko­na­li po­twor­nej „ma­sa­kry ko­lej­ki po chleb” w maju 1992 roku oraz „ma­sa­kry na ryn­ku” w lu­tym 1992 roku, wy­strze­li­wu­jąc po­ci­ski du­że­go ka­li­bru do cen­trum wła­snej sto­li­cy albo roz­miesz­cza­jąc miny po to, by ka­me­ry za­gra­nicz­nych dzien­ni­ka­rzy mo­gły za­re­je­stro­wać wy­jąt­ko­wo po­twor­ne sce­ny i zmo­bi­li­zo­wać mię­dzy­na­ro­do­wą opi­nię pu­blicz­ną po bo­śniac­kiej stro­nie.

Fo­to­gra­fie oka­le­czo­nych ciał moż­na na­tu­ral­nie wy­ko­rzy­sty­wać, jak to czy­ni Wo­olf, po to aby ener­gicz­nie po­tę­piać woj­nę i by przy­bli­żyć na chwi­lę ja­kąś cząst­kę rze­czy­wi­sto­ści lu­dziom, któ­rzy woj­ny ni­g­dy nie prze­ży­li. Jed­nak ktoś, kto za­kła­da, że we współ­cze­snym po­dzie­lo­nym świe­cie woj­na jest nie­unik­nio­na, a na­wet bywa spra­wie­dli­wa, może od­po­wie­dzieć, że fo­to­gra­fie nie do­star­cza­ją żad­nych pod­staw, by woj­nę po­tę­pić – wy­jąw­szy tych wi­dzów, dla któ­rych po­ję­cia od­wa­gi i ofia­ry są po­zba­wio­ne sen­su i wia­ry­god­no­ści. Znisz­cze­nia wo­jen­ne (poza to­tal­ną de­struk­cją, któ­ra nie by­ła­by woj­ną, lecz sa­mo­bój­stwem) same w so­bie nie sta­no­wią ar­gu­men­tu prze­ciw­ko pro­wa­dze­niu wo­jen, o ile się nie są­dzi (a nie­wie­lu jest tego zda­nia), że prze­moc ni­g­dy nie jest uza­sad­nio­na, ni­g­dy nie moż­na jej uspra­wie­dli­wić. Nie moż­na, bo jak słusz­nie za­uwa­ża Si­mo­ne Weil w sub­tel­nym ese­ju po­świę­co­nym woj­nie Ilia­da, czy­li po­emat o sile (1940), prze­moc uprzed­mio­ta­wia wszyst­kich, któ­rzy jej ule­ga­ją2. Nie­praw­da, od­po­wia­da­ją ci, któ­rzy w da­nej sy­tu­acji nie wi­dzą al­ter­na­ty­wy dla wal­ki zbroj­nej, prze­moc może wy­nieść ko­goś, kto po nią się­ga, do ran­gi mę­czen­ni­ka albo bo­ha­te­ra.

Fak­tycz­nie, moż­na róż­nie ko­rzy­stać z licz­nych oka­zji, ja­kich do­star­cza współ­cze­sne ży­cie, by na od­le­głość, za po­śred­nic­twem fo­to­gra­fii oglą­dać cu­dze cier­pie­nie. Zdję­cia okru­cieństw mogą się spo­tkać z róż­ny­mi re­ak­cja­mi. Wo­ła­niem opo­kój. We­zwa­niem do ze­msty. Obu­dze­niem nie­ja­sne­go po­czu­cia, nie­ustan­nie kar­mio­ne­go fo­to­gra­ficz­ny­mi in­for­ma­cja­mi, że dzie­ją się rze­czy po­twor­ne. Kto mógł­by za­po­mnieć trzy barw­ne zdję­cia Ty­le­ra Hick­sa, któ­re 13 li­sto­pa­da 2001 roku „The New York Ti­mes” za­mie­ścił w gór­nej po­ło­wie pierw­szej stro­ny do­dat­ku po­świę­co­ne­go no­wej woj­nie Ame­ry­ki, pod ty­tu­łemA Na­tion Chal­len­ged(„Wy­zwa­nie dla na­ro­du”)? Tryp­tyk uka­zy­wał los ran­ne­go ta­lib­skie­go żoł­nie­rza, któ­re­go żoł­nie­rze So­ju­szu Pół­noc­ne­go ma­sze­ru­ją­cy na Ka­bul zna­leź­li w ro­wie. Pierw­sze zdję­cie: wle­czo­ny przez dwóch żoł­nie­rzy – je­den trzy­ma go za nogę, dru­gi za ra­mię – po wy­bo­istej dro­dze. Dru­gie zdję­cie (apa­rat jest bar­dzo bli­sko): oto­czo­ny, roz­glą­da­ją­cy się z lę­kiem, sta­wia­ny na rów­ne nogi. Trze­cie zdję­cie: w chwi­li śmier­ci, na ko­la­nach, z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, nagi, za­krwa­wio­ny od pasa w dół, do­bi­ja­ny przez tłum żoł­nie­rzy, któ­ry ze­brał się, by go za­ka­to­wać. Trze­ba nie lada daw­ki sto­icy­zmu, by co­dzien­nie rano prze­drzeć się przez ol­brzy­mi ła­du­nek fo­to­gra­ficz­nych in­for­ma­cji w ga­ze­cie, zwa­żyw­szy na praw­do­po­do­bień­stwo uj­rze­nia zdjęć, któ­re wy­ci­sną nam łzy zoczu. Li­tość i obrzy­dze­nie wy­wo­ły­wa­ne fo­to­gra­fia­mi ta­ki­mi jak zdję­cia Hick­sa nie po­winny nas od­wieść od py­ta­nia o to, czy­je okru­cień­stwa, czy­je śmier­ci nie są po­ka­zy­wa­ne.

*

Dłu­go są­dzo­no, że je­śli po­twor­ność woj­ny zo­sta­nie uka­za­na do­sta­tecz­nie wy­ra­zi­ście, więk­szość lu­dzi poj­mie, jak obu­rza­ją­ca i sza­leń­cza jest woj­na.

Czter­na­ście lat przed Trze­ma gwi­ne­ami, w roku 1924, w dzie­sią­tą rocz­ni­cę po­wszech­nej mo­bi­li­za­cji w Niem­czech przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą, pa­cy­fi­sta Ernst Frie­drich opu­bli­ko­wał al­bumKrieg dem Krie­ge!(„Woj­na woj­nie!”). Wy­ko­rzy­stał fo­to­gra­fię jako te­ra­pię szo­ko­wą. Książ­ka za­wie­ra pra­wie sto osiem­dzie­siąt zdjęć, prze­waż­nie z nie­miec­kich ar­chi­wów woj­sko­wych i me­dycz­nych, z któ­rych wie­le cen­zo­rzy wo­jen­ni uzna­li za nie­na­da­ją­ce się do pu­bli­ka­cji. Za­czy­na się od zdjęć oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków, ar­ma­tek i in­nych za­ba­wek cie­szą­cych chłop­ców na ca­łym świe­cie, a koń­czy zdję­cia­mi cmen­ta­rzy woj­sko­wych. Mię­dzy za­baw­ka­mi a gro­ba­mi czy­tel­nik od­by­wa bo­le­sną fo­to­wę­drów­kę po czte­rech la­tach ruin, rze­zi i ka­ta­strof, przez stro­ny peł­ne zdjęć znisz­czo­nych i splą­dro­wa­nych ko­ścio­łów i zam­ków, zrów­na­nych z zie­mią wio­sek, po­wa­lo­nych la­sów, stor­pe­do­wa­nych pa­sa­żer­skich pa­row­ców, po­roz­bi­ja­nych po­jaz­dów, powie­szo­nych pa­cy­fi­stów, pół­na­gich pro­sty­tu­tek w żoł­nier­skich bur­de­lach, śmier­tel­nych drga­wek po ata­ku ga­zo­wym, wy­chu­dzo­nych jak szkie­le­ty or­miań­skich dzie­ci. Trud­no pa­trzeć na więk­szość fo­to­gra­fii, a zwłasz­cza na zdję­cia tru­pów żoł­nie­rzy róż­nych wojsk gni­ją­cych w sto­sach na po­lach, dro­gach i we fron­to­wych oko­pach. Naj­trud­niej jed­nak znieść wi­dok dwu­dzie­stu czte­rech w książ­ce, już w za­mie­rze­niu ma­ją­cej prze­ra­zić i osła­bić mo­ra­le, któ­re zo­sta­ły za­miesz­czo­ne w roz­dzia­le za­ty­tu­ło­wa­nym „Twarz woj­ny” i po­ka­zu­ją zbli­że­nia żoł­nie­rzy z roz­le­gły­mi ra­na­mi twa­rzy. Frie­drich nie łu­dził się, że chwy­ta­ją­ce za ser­ce, wy­wo­łu­ją­ce mdło­ści zdję­cia prze­mó­wią same za sie­bie. Opa­trzył je peł­ny­mi pa­sji pod­pi­sa­mi w czte­rech ję­zy­kach (po nie­miec­ku, fran­cu­sku, ho­len­der­sku i an­giel­sku). Ob­na­żył nik­czem­ność mi­li­ta­ry­stycz­nej ide­olo­gii i za­drwił z niej na każ­dej stro­nie. Rząd, związ­ki we­te­ra­nów i or­ga­ni­za­cje pa­trio­tycz­ne na­tych­miast po­tę­pi­ły al­bum – w nie­któ­rych mia­stach po­li­cja urzą­dza­ła na­lo­ty na księ­gar­nie, wy­ta­cza­no pro­ce­sy za pu­blicz­ne po­ka­zy­wa­nie zdjęć – jed­nak le­wi­co­wi pi­sa­rze, ar­ty­ści i in­te­lek­tu­ali­ści, a tak­że licz­ne sto­wa­rzy­sze­nia an­ty­wo­jen­ne z uzna­niem przy­wi­ta­li wy­po­wie­dze­nie woj­ny woj­nie przez Frie­dri­cha, prze­po­wia­da­jąc ogrom­ny wpływ al­bu­mu na opi­nię pu­blicz­ną. Do roku 1930 al­bum wzno­wio­no w Niem­czech dzie­sięć razy, a poza tym wy­da­no w licz­nych prze­kła­dach.

W roku 1938, kie­dy Wo­olf wy­da­łaTrzy gwi­nee, wy­bit­ny fran­cu­ski re­ży­ser Abel Gan­ce po­ka­zał w zbli­że­niu po­zo­sta­ją­cą na co dzień w ukry­ciu gro­ma­dę od­ra­ża­ją­co oka­le­czo­nych we­te­ra­nów (po fran­cu­sku prze­zwa­no ichles gu­eu­les cas­sées, zbi­te py­ski) w kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie swo­je­go fil­muJ’ac­cu­se(„Oskar­żam”).(Gan­ce wcze­śniej, w la­tach 1918–1919, na­krę­cił pierw­szą, prost­szą wer­sję swe­go nie­do­ści­gnio­ne­go fil­mu an­ty­wo­jen­ne­go pod tym sa­mym do­bit­nym ty­tu­łem.)Po­dob­nie jak al­bum Frie­dri­cha, film Gan­ce’akoń­czy się na no­wym woj­sko­wym cmen­ta­rzu, nie tyl­ko dla­te­go, by nam przy­po­mnieć, ile mi­lio­nów mło­dych męż­czyzn po­świę­co­no na oł­ta­rzu mi­li­ta­ry­zmu i nie­udol­no­ści po­mię­dzy ro­kiem 1914 a 1918 w kon­flik­cie sła­wio­nym jako „woj­na, któ­ra skoń­czy wszyst­kie woj­ny”, lecz rów­nież dla­te­go, by ogło­sić świę­ty wer­dykt, któ­ry sąd po­le­głych nie­wąt­pli­wie wy­dał­by w spra­wie prze­ciw­ko eu­ro­pej­skim po­li­ty­kom i ge­ne­ra­łom, gdy­by się do­wie­dział, że dwa­dzie­ścia lat póź­niej nad­cią­ga nowa woj­na. „Morts de Ver­dun, le­vez-vous!