Wiatr nad  Wiklińcem - Joanna Tekieli - ebook + audiobook + książka

Wiatr nad Wiklińcem ebook i audiobook

Joanna Tekieli

4,6
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

WYJĄTKOWO SROGA ZIMA SPRAWIA, ŻE MIESZKAŃCY WIKLIŃCA Z LĘKIEM SPOGLĄDAJĄ W NIEBO, Z KTÓREGO NIEMAL BEZ USTANKU PRÓSZY ŚNIEG.
Biały puch przykrywa świat grubą warstwą i co dzień przybywa go więcej, aż ludzie zaczynają się bać. Może bogowie pogniewali się na nich tak bardzo, że w tym roku wiosna nie nadejdzie? Może za karę Wikliniec pozostanie skuty lodem i targany zimnym wiatrem, a im przyjdzie umrzeć z głodu lub szukać innego miejsca do życia? Wiosna jednak wreszcie nadchodzi, a wraz z nią pojawiają się posłańcy z grodu, by prosić o pomoc wiedźmę Czębirę. Szykuje się zatem nowa wyprawa, w którą ruszy nie tylko wiedźma, ale także jej mąż, Mira i Bogdasz, Roch oraz nieco zwariowani bliźniacy. Czy zdążą z pomocą? Czy nie pokonają ich trudy podróży? I czy uda im się bezpiecznie wrócić do Wiklińca? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 295

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,6 (9 ocen)
5
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dorotka81-

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam tę serię i niezmiennie polecam . Zapraszam wszystkich na wspólną wędrówkę do Wiklińca, z wiatrem i pod wiatr!
10
Botka_60

Nie oderwiesz się od lektury

„Wiatr nad Wiklińcem” to kolejna opowieść o podróżnikach. Pojawienie się posłańców z grodu powoduje, że realna staje się kolejna wyprawa, w którą Czębira wyrusza z mężem, Mirą, Bogdaszem, Rochem, i zwariowanymi bliźniakami. To wędrowanie pokazuje jak pięknie jest żyć w zgodzie z otaczającą przyrodą, wierzeniami i obyczajami. Możemy wejść do świata Słowian i poczuć otaczający świat. Tworzą wspólnotę, która wspiera się i walczy, dyskutuje i pomaga sobie nawzajem. Czują potrzebę wspólnego budowania obrony, nawet w zabawie i dawania sobie poczucia bezpieczeństwa. Nie są zarozumiali, umieją się bawić i są zwyczajni, choć mają lęki przed obcymi. Bardzo spodobały mi się nazwy osad. Przyjemnie było przenieść się do tego świata i poczuć atmosferę i klimat tamtych czasów.
00



Copyright © by Joanna Tekieli, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Tomasz Dobrenko © GIFTKING

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-108-7

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Każdemu, w kim śpiewa słowiańska dusza

Starym borom nowe damy imię, nowe ptaki znajdziemy i wody, posłuchamy, jak bije olbrzymie, zielone serce przyrody.KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKIKronika olsztyńska (1952)

Rozdział 1

Osada Wikliniec cała była przykryta śniegiem. Zniknęły wszelkie dróżki i ścieżynki, biały puch przykrywał dachy półziemianek i sprawiał, że miało się wrażenie, jakby ludzie żyli w śnieżnych chatkach. Otaczający wioskę las także tonął w bieli i zdawało się, że zima panuje nad wszystkim: nad rzeką, którą skuła lodem, nad puszczą, do której trudno było się dostać z powodu ogromnych zasp przykrywających wszystko, nad ludźmi, którzy musieli się strasznie natrudzić, by wykonać czynności, jakie latem nie sprawiały problemów. A na dodatek śniegu wciąż przybywało, mróz także nie odpuścił nawet odrobinkę, choć luty się kończył i z wolna powinny nastawać cieplejsze dni.

„Wydaje się, jakby ta zima pozbawiła świat głosu” – dumał Roch, wędrowny dziad, który jakiś czas temu znalazł w Wiklińcu dom i bezpieczną przystań. „Drzewa nie szumią, rzeka nie szemrze, ptaki umilkły. Słychać tylko skrzypienie śniegu i sapanie ludzi, którzy się z nim zmagają. I pomyśleć, że tak na nią czekaliśmy…”

I rzeczywiście czekali! Zima wprawdzie przypuściła atak już w październiku, ale okazało się to tylko chwilowym kaprysem. Później długo zwlekała z nadejściem i nastały deszczowe, pochmurne, ponure dni, a nękani straszną chorobą mieszkańcy Wiklińca martwili się, że spadł na nich gniew bogów. Wszystko zdawało się inne, trudne do przewidzenia, nawet to, co – jak sądzili – znali dobrze, czyli następstwo pór roku. Mieli wówczas wrażenie, że wraz z nadejściem zarazy świat się zatrzymał w pół drogi między jesienią a zimą, przyroda wstrzymała oddech i odwróciła się od nich, jako tych, którzy rozgniewali bóstwa.

– Nawet zima boi się do nas przyjść – mówili ludzie, zgnębieni i wycieńczeni.

Wreszcie jednak straszna choroba ustąpiła, a ziemię przykrył tak wytęskniony śnieg.

– Nareszcie! To znak od bogów, że wraca porządek! – cieszyli się wówczas mieszkańcy osady.

Kiedy jednak mijały tygodnie, a śnieg i mróz wciąż mocno trzymały, zaczęli tęsknić za wiosną. Dawno już ucichły echa Szczodrych Godów, dawno przebrzmiała muzyka, do której tańczyli na ślubie Miry i Bogdasza, a zmrożony śnieg wciąż trwał i zdawało się, że ta wszechobecna biel nigdy nie ustąpi.

– Ech, bogowie nadal się na nas gniewają, widocznie nie podoba im się to, co dzieje się w Wiklińcu – szeptali niektórzy. – Marzanna w tym roku nie ustąpi, będziemy głodować!

Mira ze smutkiem słuchała tych słów i spoglądała na to, co się dzieje. Nie spodziewała się, że przemiany, o jakie walczyła, okażą się tak kruche. W obliczu zjawisk interpretowanych jako wynik gniewu bogów wielu ludzi przestało przechodzić do tej części lasu, którą uważano niegdyś za przeklętą, i krzywo patrzyli na wierzących, że klątwy już nie ma.

– Skoro nie ma, to dlaczego bogowie nas ukarali? – mruczeli. – Przekonacie się, że wiosna w tym roku nie nadejdzie!

Sporo dziewcząt zrezygnowało też z jazdy konnej i ćwiczeń w strzelaniu z łuku, a Mira – wbrew sobie – chwilami zastanawiała się, czy one nie mają racji.

„Może rzeczywiście bogowie się na nas pogniewali?” – myślała. „Tyle rzeczy się zmieniło, może im się to nie spodobało?”

Gdy zwierzyła się z tych wątpliwości Rochowi i Czębirze, wiedźma prychnęła.

– Byłaś w kilku osadach, a nawet w grodach – powiedziała. – Czy mieszkające tam dziewczyny czymś się różniły od tych z Wiklińca?

– Nie, ale Jarosław… – zaczęła Mira, ale gdy tylko padło imię najstarszego przedstawiciela rady Wiklińca, wiedźma jej przerwała.

– Jarosław! – Czębira machnęła ręką. – Gdyby to on rządził światem, wszyscy musieliby chodzić przygarbieni w obawie, że jeśli tylko zboczą ze ścieżki, którą wyznaczył, łupnie w nich piorun albo zwali się na głowę konar drzewa!

– Mireńko! – Milczący dotąd Roch położył dziewczynie rękę na ramieniu. – Czębira ma rację! Gdyby bogowie byli tacy, jak uważa Jarosław, i karali nas za najmniejsze przewinienia, to już chyba nikt by po świecie nie chodził. Ja nie wierzę, że są tak mściwi i małostkowi! Popatrz tylko na to, co masz wokół siebie. Widzisz trawę, drzewa, ptaki, niebo? Czy tak piękne rzeczy mogli zesłać nam bogowie, którzy nas nie lubią i tylko czekają, aż popełnimy jakiś błąd, by nas ukarać?

– To dlaczego ta choroba przyszła właśnie wtedy, gdy namówiłam ludzi do zmian?

Roch westchnął, a Czębira spojrzała na nią z politowaniem.

– Namówiłaś do zmian… – powtórzyła. – Akurat zmiany to coś, co zawsze nam towarzyszy i na co zwykle nie mamy wpływu. One po prostu się dzieją. A jeśli w tym przypadku trochę je przyspieszyliśmy, to nie zrobiłaś tego sama. Działaliśmy wspólnie. I nikogo nie zmuszaliśmy do tego, by robił coś inaczej niż dotąd. Sami dokonali wyboru.

– A poza tym… Powiedz mi, czy wcześniej, przed twoją wyprawą, nie zdarzało się w Wiklińcu nic złego? – zapytał Roch. – Nie dotykały was choroby, grad nie niszczył upraw, wiatr nie burzył chat, lisy i kuny nie zagryzały kur?

Mira pokiwała głową.

– Och, macie rację, jak zwykle – odrzekła ze smutkiem. – Tak, pewnie, że zdarzały się różne złe rzeczy.

– I zawsze zrzucaliście winę za nie na kogoś, kto obraził bogów, bo tak jest najłatwiej, zamiast próbować zrozumieć, jak działają pewne rzeczy i zjawiska – dopowiedziała Czębira. – I teraz niektórzy uważają, że bogowie ukarali Wikliniec, bo dziewczyny jeżdżą konno, ludzie wchodzą do lasu, a jakaś wiedźma zajęła chatę w borze. Tylko powiedz, dlaczego ukarali chorobą także dwie sąsiednie osady?

– Nie wiem… I ja wcale nie myślę, że to nasza wina, ale niektórzy w to wierzą. I przestali robić to, o co walczyliśmy. Trudno mi się z tym pogodzić! Tyle rozmów, tyle starań, a teraz niektóre dziewczyny same rezygnują z nauki konnej jazdy. Wracają też inne głupiady! Mam wrażenie, że cofamy się do tego miejsca, w którym byliśmy, zanim wyruszyłam.

„Głupiadami” Roch nazywał głupie zasady i przesądy, które dzieliły społeczności, zamiast je integrować. Walczył z nimi przez całe swoje życie i kilka udało mu się wyplenić również w ich osadzie.

– I tu się myślisz – rzekła stanowczo wiedźma. – Bo wtedy byłaś sama. Tylko ty jedna miałaś odwagę głośno przeciwstawić się głupiadom. Owszem, niektórzy wrócili do tego, co było. Ale wielu zrozumiało, że te różne zakazy i zasady niczego dobrego nie przynosiły ani im, ani całej osadzie. I te osoby już nie pozwolą z powrotem się stłamsić.

– To nasze zwycięstwo – dodał Roch.

Mira patrzyła to na niego, to na Czębirę z otwartymi ustami. Milczała przez chwilę, a potem nagle przytuliła się do wiedźmy.

– Dziękuję! – zawołała, gdy już ją puściła i przytuliła się do Rocha. – Od tylu dni się zamartwiam, a wy mi pokazaliście to, co sama powinnam zauważyć.

Mężczyzna pogłaskał jej jasne włosy i uśmiechnął się z czułością. Mira po tej rozmowie poczuła przypływ otuchy i wiary w to, że jej starania wcale nie zostały zaprzepaszczone, a gdy słyszała, że ktoś narzeka na przedłużającą się zimę, odpowiadała z przekonaniem, że za to jeszcze bardziej docenią wiosnę, kiedy już nadejdzie. Zresztą Mira i Bogdasz byli jednymi z tych nielicznych, którym zima nie przeszkadzała. Od dnia ślubu żyli innymi sprawami niż reszta mieszkańców Wiklińca: uczyli się wspólnego życia, budowali własne rytuały i zwyczaje i tak po prostu cieszyli się tym, że małżeństwo okazało się pasmem pięknych przeżyć, słodkich słów i marzeń, które mogli ze sobą dzielić. W zaciszu domu doskonalili też sztukę lepienia naczyń, by chociaż trochę przypominały te przywiezione z Glinnej.

– Zobacz, tym razem wyszła mi równiutka! – chwaliła się Mira, gładząc miseczkę. – Jeśli się nie zniszczy przy wypalaniu, to może zawieziemy ją Sławie i Wilczanowi, gdy urodzi im się dziecko?

Sława i Wilczan, para poznana podczas wędrówki Miry, mieszkała w grodzie w Źródlicach. Jesienią odbył się ich ślub, w którym uczestniczyli także Mira i Bogdasz, a zanim oni i pozostali goście z Wiklińca wyjechali, zostali zaproszeni, by wrócili ponownie do grodu, kiedy już na świecie pojawi się dziecko.

– A może spróbujemy zrobić też jakieś zabawki z wikliny? – zaproponował Bogdasz.

Tego nie trzeba było Mirze dwa razy powtarzać! Ponieważ wymyślone przez nią wiklinowe bransoletki i małe koszyczki cieszyły się ogromnym powodzeniem podczas wymian handlowych, nikt już nie zarzucał jej, że marnuje czas i materiały. Wzięli się do pracy, jednak szybko się okazało, że zabawki z wikliny nie są zbyt praktyczne: małe dzieci od razu je łamały i na dodatek zdarzało się, że wbijały im się przy tym drzazgi, a te starsze nie bardzo umiały znaleźć dla nich zastosowanie.

– Chyba lepiej dać sobie z tym spokój, tym bardziej że Wilczan potrafi strugać piękne zabawki z drewna – uznała w końcu Mira.

Zamiast zabawek pletli więc z wikliny bransoletki i małe koszyki, by zabrać je ze sobą do grodu w Źródlicach i wymienić na inne rzeczy. Oczywiście nie zapomnieli też o codziennych obowiązkach i każdego ranka, trzymając się za ręce, przychodzili do wioski, by pomóc w karmieniu zwierząt, naprawach, gotowaniu i wszystkim tym, na czym upływały dni mieszkańcom Wiklińca. A wieczorami siadali wszyscy razem przy ogniskach i słuchali opowieści. Najczęściej snucie historii powierzano Rochowi, bo potrafił to robić rewelacyjnie. Słuchali go z zapartym tchem, a potem często rozmawiali o tym, co usłyszeli. Tak było, gdy jedno z dzieci zapytało go pewnego wieczoru o to, dlaczego drzewa są święte.

– O, to długa historia! – oznajmił Roch. – Nie wiem, czy chcecie takiej słuchać.

Gdy zapewnili go, że tak, uśmiechnął się, rozsiadł wygodnie i zaczął mówić, patrząc w płomienie.

Rozdział 2

– Dawno temu świat wyglądał inaczej niż dziś. Bogowie nie interesowali się Jawią, ludzie byli bezbronni. Żyli w świecie, który porastały tylko krzaki i trawy. Mokli, gdy padał deszcz, cierpieli z gorąca, gdy paliło słońce… Pewnego dnia zrodziła się nowa leśna boginka o imieniu Zielka. Powstała z kropli deszczu, tchnienia wiatru, źdźbła trawy, kłosa pszenicy i promieni słonecznych. Zakochała się w otaczającym ją świecie i zamieszkujących go stworzeniach i starała się je chronić przed wszelkim złem. Żal jej było ludzi, którzy często padali ofiarą okrutnych złych duchów. Boginka ich broniła, osłaniała, jak tylko mogła.

„Zielka sprawiła, że ludzie się nas nie boją!” – narzekały mściwe duchy i postanowiły ją za to ukarać, kiedy tylko nadarzy się po temu okazja.

Nieświadoma tego boginka patrzyła z troską na choroby nękające ludzi za sprawą złych duchów i postanowiła temu zaradzić. Ze swojej krwi, z ziemi, kropel rosy, mgły, księżycowego blasku i tchnienia wiatru stworzyła pięć małych duszków i obdarzyła je mocą pomagania ludziom. Pokochała te stworki jak własne dzieci, i w zasadzie tym właśnie były te małe istotki o przezroczystej skórze, przez którą widać było ich zielone serduszka. Chociaż niewielkie, miały dużą moc i wykorzystywały ją, by pomagać słabym ludziom. Łagodziły objawy różnych chorób, leczyły rany, obniżały gorączkę, chłodziły podczas upałów i ogrzewały w czasie mrozów.

„Tego już za wiele!” – rozgniewały się złe duchy i gdy stworzone przez Zielkę istoty zasnęły nad brzegiem jeziora, spaliły ich delikatne ciała swymi ognistymi oddechami.

Boginka szukała swych dzieci, aż dwa zajączki doniosły jej o tym, co się stało. Pobiegła za nimi nad jezioro, znacząc drogę za sobą łzami, które w zetknięciu z ziemią zmieniały się w grudki lodu.

„Nie…” – szeptała, klęcząc nad zwęglonymi ciałami. „Moje dzieciątka… Moje skarby kochane…”

Nagle wśród szczątków dostrzegła jakiś błysk. Pochyliła się i zaszlochała, bo źródłem blasku były zielone serca jej dzieci, które pod wpływem płomieni stwardniały i wyglądały jak zrobione z kryształu. Zielka tuliła je do piersi i rzewnie płakała, aż ludzie zainteresowali się, co się stało. Jeden po drugim podchodzili, a gdy zobaczyli małe zielone serduszka, żal w nich wezbrał i oni także zapłakali nad losem duszków, które im tak pomagały.

„Śpiewały moim dzieciom do snu!” – wspominała jedna z kobiet.

„Mnie karmiły, gdy leżałam chora” – powiedziała inna.

„Ranę mi opatrzyły, kiedym się zranił” – dodał wysoki mężczyzna.

Płacz Zielki i ludzi niósł się w okolicy i dotarł aż do Prawii, do samych bogów. Wysłuchali opowieści wiatru, chmur i mgły i rozgniewali się na demony, które tak skrzywdziły Zielkę. Świętowit tupnął, Mokosz zapłakała, Weles uderzył pięścią w ziemię, Perun wypuścił błyskawicę. Ziemia zatrzęsła się i tuż przed Zielką wytrysnęło źródło. Jego krople zrosiły wszystko wokół, a potem zerwał się wicher, który zabrał z dłoni boginki zielone serduszka, uniósł je pod obłoki i złożył u stóp Swarożyca. Bóg ogrzał je swym oddechem, a one wówczas zaczęły lśnić tak mocnym blaskiem, że na kilka chwil odsłoniły przed ludźmi to, co dotąd było ukryte dla ich oczu: bogów i wspaniałą roślinę o ogromnych korzeniach, twardej łodydze i rozłożystej koronie.

„Oto Drzewo Życia” – oznajmił Świętowit, a ludzie i Zielka padli na kolana, patrząc z zachwytem na boskie istoty i potężną roślinę, która łączyła ze sobą trzy krainy: Jawię, Prawię i Nawię.

Po chwili drzewo zniknęło, a pięć zielonych serduszek rozjarzyło się mocniej i zaczęły z nich lecieć iskry na cztery strony świata. Tam, gdzie padły, natychmiast wyrastały rośliny podobne do tej, którą im ukazali bogowie, i chociaż o wiele od niej mniejsze, to jednak przewyższające rozmiarem wszystkie rośliny rosnące dotąd w Jawii. Było ich coraz więcej i więcej, aż powstały lasy, bory, puszcze i zagajniki.

„Oto wasi obrońcy i opiekunowie, zrodzeni z miłości i zachwytu nad światem” – powiedziała Mokosz.

– Bogowie zniknęli, a drzewa zaszumiały i spomiędzy ich koron wyfrunęły dzieci Zielki, ożywione przez Welesa. Śpiewały radośnie i wtedy dołączyły do nich ptaki, które postanowiły zamieszkać w koronach drzew. Ludzie zachwycili się zapachem, jaki roztaczał las, cieniem, który im zapewniał, i szumem, w którym słychać było głosy bogów. Od tego czasu minęło wiele stuleci – zakończył Roch – ale do dziś drzewa nas chronią, karmią i leczą. A jeśli chcecie porozmawiać z bogami, wejdźcie do lasu, przytulcie się do drzewa i zamknijcie oczy, a usłyszycie ich głos.

Mira słyszała tę opowieść wielokrotnie, ale za każdym razem słuchała z zainteresowaniem i później rozmyślała nad tym, czym jest dla niej las. Od urodzenia miała z nim do czynienia, bo Wikliniec otaczała puszcza i dziewczyna nie wyobrażała sobie życia w innym miejscu. W lesie znajdowała pożywienie, zioła, chrust, a także coś, czego nie potrafiłaby wyrazić słowami. Chodziło o poczucie, że jest u siebie, że jest bezpieczna i zawsze może liczyć na pomoc. Wierzyła, że tutaj właśnie spaceruje duch jej dziadka, bo mężczyzna zawsze spędzał w lesie mnóstwo czasu, dlatego ufnie szła w najdalsze ostępy, przeświadczona, że w razie potrzeby dziadek by jej pomógł. Wyjątkiem był Przeklęty Bór, nad którym przez długie lata ciążyła klątwa, ale teraz, odkąd wiedźma Czębira zdjęła zły urok, również tam Mira często się zapuszczała.

– Cieszę się, że Roch zamieszkał w Wiklińcu – powiedziała, gdy wracali z Bogdaszem do domu. – Kiedy będziemy mieć dzieci, będą mogły słuchać tych jego opowieści. I wiele głupiad za jego sprawą nie będzie ich uwierać.

Rozdział 3

Wieczory z opowieściami Rocha były czymś, co Mira uwielbiała. Zdarzało się jednak, zwłaszcza w wyjątkowo pogodne popołudnia, że ktoś rzucał propozycję zabawy i wtedy w ruch szły kołatki, bębny i fujarki, a wokół ognisk wirowały tańczące pary. Po takich zabawach wracali do swych domów zdyszani i rozgrzani, mimo panującej zimy. Na początku marca, gdy ani śnieg, ani lód nie ustąpiły, w mieszkańcach Wiklińca wezbrał strach i nikt nawet nie wspominał o zabawach i tańcach.

– Co będzie, jeśli wiosna wcale nie przyjdzie? – zastanawiali się, choć śniegi często trzymały aż do kwietnia i nikt się temu nie dziwił. Teraz jednak był w ludziach lęk przed wszystkim, co odbiega od zwyczajnego rytmu, a ta zima wydawała się tak potężna i nieugięta, że zaczęli się obawiać, czy zgodzi się ustąpić miejsca wiośnie, gdy przyjdzie na to czas. – Wszyscy umrzemy! Skończą nam się zapasy i będziemy głodować!

Aby uspokoić te nastroje, żerca Krzesimir i jego pomocnik Falimir, a także żona Falimira, wiedźma Czębira, zorganizowali modły w świętym gaju i wzięli w nich udział wszyscy mieszkańcy Wiklińca. Kapłani złożyli ofiarę, a gdy ogień zapłonął, Czębira wrzuciła w płomienie garść ziół. Rozległ się trzask i poleciały iskry, a potem z paleniska zaczął się wydobywać czarny dym o duszącej, niemiłej woni. Ludzie patrzyli zalęknieni, ale wiedźma zdawała się nie dostrzegać zatroskanych min, tylko krążyła wokół ognia i śpiewała pieśń ku czci Swarożyca. Nie znali jej, więc tylko słuchali, śledząc wzrokiem miękkie ruchy kobiety.

– Patrzcie! – Pełen przejęcia szept poniósł się w tłumie i wszystkie spojrzenia skierowały się ku ognisku, bo teraz czarny dym poszarzał i zaczął pachnieć jak sosna, a po chwili stał się niemal biały. Unosił się wysoko, wysoko, aż zdawało się zgromadzonym, że łączy się z obłokami.

– Chwała! Bogowie przyjęli naszą ofiarę! – zawołał Krzesimir i zaintonował pieśń, którą znali wszyscy.

Śpiewali, pełni nadziei, bo i bez jego słów sami zrozumieli, że ów biały dym wróży powodzenie. Wracali do domów pokrzepieni, ufając, że bogowie zadbają o to, by powrócił ład, i przebaczą im ich przewinienia.

Następnego dnia w południe żona kowala, która właśnie wyszła z obory, gdzie karmiła zwierzęta, zatrzymała się i z lękiem spojrzała w stronę lasu.

– Jeźdźcy! – krzyknęła, a w jej głosie słychać było niepokój.

Ludzie zbiegli się i patrzyli na zbliżających się mężczyzn. Na szczęście było ich tylko trzech, więc wydawało się, że nie mogą mieć złych zamiarów, a jednak nikt nie miał pewności, czy w głębi lasu nie zostało ich więcej. Jeźdźcy byli coraz bliżej.

„Tak się kończy beztroska w kwestii stróżowania” – pomyślał Roch, mrużąc oczy. Był zły na siebie, że dał się namówić Mirze i na czas wyjątkowo trudnej zimy przeniósł się ze swej chaty poza osadą do centrum wsi, do domu, który został po zmarłej babci Miry. Dom Rocha był jedną z dwóch strażnic, jakie postawiono po zachodniej i południowej stronie, by bronić Wiklińca przed najeźdźcami. Od wschodu i północy znajdowały się bagna i góry, uważane za zbyt trudne do przebycia, by ktokolwiek miał stamtąd nadjechać. Obydwie chaty ukryto w leśnej gęstwinie, a na drodze w ich pobliżu wysypano drobne kamienie, które chrzęściły i ostrzegały stróżujących o tym, że ktoś się zbliżał. W ciągu dnia osady pilnowali na zmianę mieszkańcy. A przynajmniej: takie było założenie, jednak na czas zimy starszyzna zrezygnowała z tego, argumentując, że nikt nie wybiera się w drogę w taki trudny czas.

„Jak widać, ktoś się jednak wybiera” – pomyślała Mira, patrząc z niepokojem na konnych i rzucając od czasu do czasu gniewne spojrzenia ku członkom rady starszych.

– Kto ruszył w drogę przy takich śniegach? – zastanawiał się Czcibor, członek starszyzny, wpatrując się w trzech jeźdźców.

Teraz już zebrali się wszyscy ludzie z osady, patrzyli na zbliżających się i po chwili odetchnęli z ulgą, gdy rozpoznali wśród nich żercę z Miodnej i dwóch mężczyzn z Glinnej, którzy latem zbudowali w Wiklińcu piec do wypalania naczyń glinianych.

– Witajcie! – Jarosław, najstarszy w radzie wioski, wyszedł gościom naprzeciw i zaprosił ich, by ogrzali się przy ogniu.

Usiedli, przyjęli z wdzięcznością gorącą polewkę i jedząc, rozglądali się z uwagą, jakby kogoś szukali.

– Chcieliśmy się rozmówić z wiedźmą Czębirą – oznajmił żerca z Miodnej, gdy skończył jeść.

Dowiedziawszy się, że wiedźma mieszka w chacie położonej w lesie, mężczyźni wstali, gotowi jechać w to miejsce, ale okazało się to niepotrzebne, bo Czębira i Falimir właśnie zbliżali się do wioski.

Rozdział 4

Czębira i Falimir naprawiali akurat drzwi w swojej chacie, kiedy usłyszeli tętent koni. Niósł się daleko po zmrożonym śniegu i dźwięk dotarł nawet w głąb lasu. Zdziwili się, że ktoś zdecydował się na podróż w taki czas, więc dosiedli koni i ruszyli w stronę osady, bo uznali, że coś musiało się stać.

– Nie sądzę, by byli to jacyś zbójcy – stwierdził Falimir. – To brzmi, jakby koni było tylko kilka.

– Też tak sądzę – zgodziła się z nim.

– Ale że też ktoś wybrał się w drogę teraz!

– Ja sama zamierzałam pojechać jutro do Miodnej – przyznała Czębira, zerkając na męża. – Od czterech dni nie pada już śnieg, więc pomyślałam, że droga będzie łatwiejsza, a martwię się, jak znieśli tę zarazę. Mam nadzieję, że nie wyrządziła u nich wielkich szkód.

Zaraza, która pod koniec roku zaatakowała Wikliniec i zabiła sporo osób, dotknęła też dwie najbliższe wioski. Czębira usłyszała o niej przed laty od swej babci i dlatego znała mieszankę ziół, które pozwalały pokonać chorobę. Nie działało to jednak na wszystkich i kilka osób zmarło, a wówczas niektórzy Wiklińczanie oskarżyli wiedźmę o sprowadzenie nieszczęścia. Czębira nie zważała na ich gniew, nadal robiła swoje i dopilnowała, by zioła dostali też ludzie z Miodnej i Glinnej.

– Zaraz się dowiemy, jak u nich zadziałały twoje zioła – powiedział Falimir, wjeżdżając do Wiklińca i rozpoznając siedzącego przy ognisku żercę z sąsiedniej osady.

Wiedźma zeskoczyła z konia i z lekkim niepokojem patrzyła na przyjezdnych, którzy na jej widok poderwali się z miejsc i ruszyli w jej stronę. Nie była pewna, czy i oni nie obwiniają jej o śmierć tych, którym jej napary i mazidła nie zdołały pomóc. Czy przybyli tu, by ją osądzić i ukarać? Falimir najwyraźniej myślał podobnie, bo stanął obok żony, mocno zaciskając dłonie na łuku i patrząc z uwagą na zbliżających się mężczyzn. Jak się okazało, ich obawy były niepotrzebne.

– Wybacz, wiedźmo Czębiro, że dopiero teraz przyjeżdżamy, by ci podziękować – oznajmił żerca z Miodnej, wybrany na przedstawiciela obu osad. – Jednak śniegu było tyle…

– Przecież wiem, że wcześniej nie dało się jechać – przerwała mu. – Sama planowałam was odwiedzić w najbliższych dniach. Usiądźmy przy ogniu, bo zimno! A dziękować nie musicie, niewiele przecież zrobiłam…

Tym razem to żerca wszedł jej w słowo.

– Uratowałaś nas – powiedział z przekonaniem. – Słyszałem o tej zarazie od mego dziadka i kiedy zobaczyłem ludzi z tymi dziwnymi krostami i usłyszałem, jak jęczą z bólu, sądziłem, że to już koniec Miodnej… Twoje zioła, przywiezione przez tych dwóch młodzieńców, nas ocaliły, bo nasza zielarka zmarła na samym początku, osierociwszy kilkoro dzieci. Zresztą ona nie umiała pomóc. I ludzi z Glinnej też ocaliłaś!

Z dalszej rozmowy dowiedzieli się, że mimo podania ziół zmarło sporo osób, jednak nie tak dużo, jak o tym wspominali przodkowie, i nie w takich mękach. Wśród ofiar choroby znalazł się mąż Nawojki – dziewczyny, która uciekła przed nim kiedyś do Źródlic, a także żona Przywita, chłopaka, który złamał serce Lutce, najlepszej przyjaciółce Miry, a zarazem siostrze Bogdasza. Przywit i Lutka planowali ślub, jednak gdy rodzicom chłopaka nie spodobała się narzeczona syna, on bez sprzeciwu zrezygnował ze swaćby, za to zgodził się poślubić wskazaną przez nich bogatą wdowę z Miodnej.

– Żałuję, że nie zdołałam dotrzeć do was wcześniej – przyznała Czębira. Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia i żerca z Miodnej pokiwał głową. – No i nie wiadomo, co z innymi osadami…

– Byliśmy w Paprotnej, tuż przed Szczodrymi Godami – powiedział jeden z mężczyzn z Glinnej. – Do nich choroba nie dotarła.

– Całe szczęście! Do Paprotnej z Wiklińca to już jest duża wyprawa i martwiłam się, że są zdani na siebie, bo pogoda panowała wtedy taka, że strach było się daleko zapuszczać.

Goście znów wymienili znaczące spojrzenia i żerca pochylił się w stronę wiedźmy, patrząc na nią z powagą.

– Właśnie dlatego przyjechaliśmy – rzekł. – A tu, na miejscu, dowiedzieliśmy się, że nie mieszkasz w Wiklińcu, tylko w lesie. – Powiedział to takim tonem, jakby żyła pod gołym niebem, zdana na łaskę i niełaskę pogody, i obrzucił przy tym niezbyt pochlebnym spojrzeniem mieszkańców Wiklińca. – Chcemy cię prosić w imieniu mieszkańców, abyś zamieszkała w Miodnej albo Glinnej. Zapewnimy ci wygodny dom i wszystko, czego będziesz potrzebować, w zamian za twoją wiedzę i rady.

– Nie będziesz musiała pracować w polu ani zajmować się zwierzętami, ani lepić garnków, wyplatać koszy, tkać, szykować strawy czy szyć – dodał jeden z mężczyzn z Glinnej.

Falimir słuchał tego i pęczniał z dumy, ale nie wszystkim podobała się ta oferta.

– Czy wy właśnie próbujecie nam odebrać najbardziej cenną mieszkankę? – zapytała żona kowala, która do tej pory stała z boku, a teraz podeszła do mężczyzn i groźnie na nich patrzyła.

– Hmm. Nie wrzucamy jej do sakwy, żeby wywieźć cichaczem – zauważył żerca.

– Nie, żebym o tym nie pomyślał – wtrącił młodszy z gości z Glinnej i uśmiechnął się szeroko do Czębiry, a ona odpowiedziała mrugnięciem.

– My tylko składamy propozycję i prosimy, abyś się nad nią zastanowiła.

– I tak właśnie zrobię – obiecała wiedźma. – Zastanowię się i jutro dam wam odpowiedź. Bo przecież nie zamierzaliście chyba dziś jeszcze wracać do siebie?

– Liczyliśmy na gościnę w Wiklińcu, bo zimą jednak lepiej jest wyruszać w drogę rano – przyznali.

– Na pewno znajdziecie nocleg w wiklinieckich chatach. – Czębira wstała, otrzepała spódnicę i spojrzała na mieszkańców. Od razu zgłosiły się trzy osoby, które zaprosiły gości do siebie. – Ja tymczasem pojadę do domu i przemyślę waszą propozycję.

– Zaraz, zaraz! – zatrzymała ją kowalowa i popatrzyła na swych sąsiadów. – Przecież nie możemy tak po prostu się poddać! U nas też nie będziesz musiała pracować, prawda? I u mnie zawsze możesz liczyć na strawę! Gotuję dla pięciorga, to jeszcze dla dwóch osób dam radę.

– U mnie też – dodała inna kobieta.

– A ja uszyję ci tuniki i suknie – zaoferowała Bogna, która dzięki Czębirze znalazła męża.

Posypały się i inne oferty, aż wiedźma zarumieniła się lekko, uniosła dłonie i uciszyła ludzi.

– Dziękuję wam – powiedziała cicho. – Jutro dam odpowiedź.

Odwróciła się i wraz z Falimirem podeszła do koni. Już mieli ich dosiąść, gdy podbiegła do nich Mira, blada i zasmucona.

– Odejdziesz z Wiklińca? – spytała.

– Ty tu jesteś widunką – odparła z uśmiechem wiedźma, wzruszając nieznacznie ramionami.

– Nie żartuj… Wiem, że oni zachowali się podle wobec ciebie, ale…

– Nie łudzę się, że w Glinnej czy Miodnej ludzie są inni – odrzekła Czębira. – Wiele już widziałam i powiem ci jedno. Gdy żercy proszą o coś bogów, a oni nie spełnią prośby, ludzie stwierdzają, że widocznie bogowie są bardzo zagniewani i trzeba złożyć bogatsze ofiary. Ale gdy nie spełnią próśb wyrażonych przez wiedźmę, zaraz znajdują się tacy, którzy ją o to obwiniają. Doświadczyłam już tego niejeden raz. I wiem, że gdziekolwiek zamieszkam, zawsze znajdzie się ktoś, kto oskarży mnie, że sprowadzam zło. Wikliniec nie różni się w tym od innych miejsc. Ale zastanowię się, co będzie dla mnie najlepsze.

Wsiadła na konia, Falimir wskoczył na swego wierzchowca i ruszyli w stronę lasu. Mira została i patrzyła za nimi ze łzami w oczach. Wiedziała, że wraz z odejściem Czębiry straci ważną i mądrą osobę, sojuszniczkę w walce z głupiadami. A zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że wiedźma ma prawo wybrać taką drogę, którą uzna za odpowiednią dla siebie.

Rozdział 5

Czębira jechała w milczeniu, patrzyła na zaśnieżony las i zastanawiała się, co robić. Jej mąż także milczał, tylko zerkał na nią i uśmiechał się z czułością, gdy do jej rzęs przyklejały się płatki śniegu, który właśnie zaczął prószyć. Kiedy dotarli w pobliże chaty, Falimir zeskoczył z konia i wyciągnął ku żonie ręce. Nie potrzebowała pomocy przy zsiadaniu, ale lubiła ten ich rytuał, dlatego pozwoliła, by wziął ją w ramiona. Pocałowali się i spojrzeli sobie w oczy.

– Co zrobimy? – zapytał cicho Falimir.

Czębira rozłożyła bezradnie ręce.

– Nie wiem – odparła i westchnęła. – Jako dziecko długo żyłam w drodze. Razem z babcią wędrowałyśmy od osady do osady i lubiłam to. Widziałam tyle różnych miejsc, poznawałam tylu ludzi!

– Jeśli chcesz, możemy wyruszyć.

Kobieta uśmiechnęła się i pogładziła jego policzek.

– Nie, to już chyba nie dla mnie – odparła. – Nie tylko dlatego, że dziś na samotnych podróżnych czyha wiele niebezpieczeństw, ale przede wszystkim… – Urwała i wskazała na dom. – Takie spanie u ludzi, w cudzej chacie, nie wydaje mi się już tak atrakcyjne jak kiedyś. No i lubię ten dom. To, że jest w lesie, z dala od wioski. To, że należał do wiedźmy. Że stał pusty przez tyle lat… Mam wrażenie, że to na mnie czekał.

– Tak jak ja – szepnął Falimir. – I doczekaliśmy się obaj. Czyli chcesz zostać?

– Miodna i Glinna są tak blisko Wiklińca, że przeniesienie się tam nie byłoby właściwie żadną zmianą – powiedziała zamyślona. – Jeśli już miałabym odchodzić, to gdzieś dalej. Znacznie dalej.

– Do grodu?

– To byłoby coś nowego – przyznała. – Kneź oferował mi dom w Źródlicach, ale wiesz, o czym myślę? Oni tam w grodzie mają medyka, kilka zielarek, a tutaj? Zielarka z Wiklińca nie odróżnia piołunu od arcydzięgla, zielarka z Miodnej nie żyje, a ta z Glinnej jest staruszką. Mam wrażenie, że wiedźma Luba, do której należał ten dom, nie wybaczyłaby mi, gdybym ich zostawiła. Ech, pomyślę nad tym wszystkim. Do jutra na pewno znajdę odpowiedź i zdecyduję, co zrobimy. A czego ty byś chciał?

Uśmiechnął się i ujął jej dłoń.

– Pójdę tam, gdzie ty – powiedział. – Nawet jeśli zdecydujesz się zamieszkać na bagnach.

– O takim wyborze nie pomyślałam, ale kto wie? – Pokręciła głową i ruszyli razem do chaty.

Kiedy zbliżał się wieczór, Czębira i Falimir usłyszeli, że ktoś nadjeżdża. Tętent końskich kopyt słychać było wyraźnie, bo śnieg był mocno zmrożony. Wymienili zdumione spojrzenia, po czym wiedźma zarzuciła opończę, wyszła przed dom i wpatrzyła się w las. Po chwili na ścieżce pojawiła się Mira, pędząca na koniu. Zatrzymała wierzchowca tuż przed furtką prowadzącą do domu wiedźmy, zeskoczyła i podeszła do czekającej na nią kobiety.

– Jeśli zdecydujesz się odejść z Wiklińca, chcę cię o coś poprosić – oznajmiła. – Zanim wyjedziesz, naucz mnie rozpoznawania ziół, a przynajmniej tych, które leczą tę straszną chorobę.

Czębira przyglądała się jej przez chwilę w milczeniu, ze zmarszczonym czołem, a potem jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– To mogę ci obiecać – odpowiedziała, położyła ręce na ramionach Miry i ścisnęła je. – Wracaj do domu, moja widunko, i o nic się nie martw. Dziękuję ci bardzo!

Spojrzały sobie w oczy i Mira poczuła się pokrzepiona. Kiwnęła głową, wsiadła na konia, raz jeszcze popatrzyła na wiedźmę i ruszyła w drogę powrotną, zastanawiając się, za co kobieta jej podziękowała.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf