Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho - ebook + książka

Weronika postanawia umrzeć ebook

Paulo Coelho

0,0
42,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu...

Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej.

Kiedy świat zacieśnia się do rozmiarów pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.

Weronika postanawia umrzeć bez wyraźnego powodu, bez żalu i bez patosu. Może dlatego, że gdy szukała łatwych rozwiązań, jej życie stało się mdłe, jak potrawa bez przypraw, pozbawione ziarna szaleństwa. A gdzie szukać szaleństwa, jeśli nie w domu wariatów, pośród tych, którzy zostali nim obdarzeni w nadmiarze?

Weronika uczy się na nowo życia, poznaje siebie samą, zmartwychwstaje.

Weronika chce żyć inaczej...

Weronika postanawia umrzeć naprawdę głęboko mnie poruszyła”.

Umberto Eco

„Najbardziej niesamowitą książką, jaką kiedykolwiek przeczytałam, jest Weronika postanawia umrzeć Paula Coelho”.

Sinéad O’Connor

„Co to jest prawdziwe Ja?

To, kim jesteś, a nie to, co z ciebie zrobiono”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kasiatylek

Nie oderwiesz się od lektury

Zachwycająca.
10
TomaszBudzynski

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa książka. Krótka, ale treściwa. Bez zbędnych upiększaczy, które by ją niepotrzebnie rozciągnęły. Może nie zmusza, ale na pewno skłania do refleksji nad światem i samym sobą. Choć to całkowicie dwa różne gatunki, to miejscami kojarzyło mi się z Lotem nad kukułczym gniazdem. Polecam. Do wciągnięcia na raz.
10
nowakowska2607

Nie polecam

Nie rozumiałam tej książki
11
saramariaklaraprus

Całkiem niezła

Jak byłam nastolatką to styl Coelho bardziej do mnie przemawiał. A może to nie kwestia wieku tylko samej tej jednej pozycji? Nie porwała mnie ale jest przyzwoita.
00
azutodragon

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobra.
00



tytuł ory­gi­nałuVero­nika decide mor­rer

wydawcaMag­da­lena Malej­czyk

ilu­stra­cja i pro­jekt okładkiJim Tier­ney

zdję­cie AutoraXavier González

redak­cja i korektaKata­rzyna Mali­now­ska

Copy­ri­ght © 1998 by Paulo Coelho http://pau­lo­co­el­ho­blog.com

© for the Polish edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026. This edi­tion was publi­shed by arran­ge­ments with Sant Jordi Aso­cia­dos Agen­cia Lite­ra­ria S.L.U., Bar­ce­lona, Spain www.san­tjordi-aso­cia­dos.com All Rights Rese­rved

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05 – 850 Oża­rów Mazo­wiecki sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Drzewo Babel ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki listy@drze­wo­ba­bel.pl www.drze­wo­ba­bel.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl, www.ksiazki.pl, www.czy­tam.pl

ISBN 978-83-68087-68-0 Nr 34000038

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

O Autorze

Paulo Coelho

Uro­dził się 24 sierp­nia 1947 roku w Rio de Jane­iro. Zanim został pisa­rzem, two­rzył tek­sty pio­se­nek, pra­co­wał jako pro­du­cent muzyczny i dzien­ni­karz. Waż­nym źró­dłem inspi­ra­cji jest dla Paula jego wła­sne życie. Świa­tową sławę przy­niósł mu Alche­mik, który uka­zał się po jego pierw­szej powie­ści Piel­grzym. Alche­mik był jed­nym z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń wydaw­ni­czych XX wieku, sprze­dał się w 150 milio­nach egzem­pla­rzy i został opu­bli­ko­wany w 89 języ­kach, co czyni Paula Coelho naj­czę­ściej tłu­ma­czo­nym auto­rem z języka por­tu­gal­skiego na świe­cie i jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych pisa­rzy współ­cze­snych. W Pol­sce jego książki osią­gnęły nakład 5 milio­nów egzem­pla­rzy.

Alche­mik, Piel­grzym, Brida, Pod­ręcz­nik wojow­nika świa­tła, Wero­nika posta­na­wia umrzeć, Jede­na­ście minut, Zahir, Cza­row­nica z Por­to­bello, Zwy­cięzca jest sam, Alef, Zdrada, Szpieg, Hipis i inne jego tytuły sprze­dały się w ponad 320 milio­nach egzem­pla­rzy na całym świe­cie.

Jest człon­kiem Bra­zy­lij­skiej Aka­de­mii Lite­ra­tury i otrzy­mał Order Legii Hono­ro­wej w ran­dze kawa­lera. W 2007 roku został mia­no­wany Posłań­cem Pokoju ONZ.

O Maryjo, bez grze­chu poczęta,módl się za nami, któ­rzy się do Cie­bie ucie­kamy.Amen

S.T. de L., która mi poma­gała, choć o tym nie wie­dzia­łem

Oto dałem wam wła­dzę stą­pa­nia po wężach…a nic wam nie zaszko­dzi.

Św. Łukasz 10,19

Od autora

„Wsze­dłem do małego pomiesz­cze­nia, któ­rego ściany wyło­żone były kafel­kami. Stała tam leżanka przy­kryta gumo­wym prze­ście­ra­dłem, a u wez­gło­wia znaj­do­wała się apa­ra­tura z korbką.

– Będę miał elek­trow­strząsy, prawda? – spy­ta­łem dok­tora Ben­ja­mina Gaspara Gomesa.

– Niech się pan nie mar­twi. To tylko strasz­nie wygląda, ale nic nie boli.

Kiedy poło­ży­łem się na leżance, pie­lę­gniarz wetknął mi mię­dzy usta coś w kształ­cie rurki, żeby unie­ru­cho­mić mi język i przy­ło­żył do skroni dwie koń­cówki apa­ratu przy­po­mi­na­jące słu­chawki.

Utkwi­łem wzrok w sufi­cie z łusz­czącą się farbą. Usły­sza­łem dźwięk korbki i wpa­dłem w ciem­ność, jakby ktoś spu­ścił czarną kur­tynę. Wszystko spo­wił mrok.

Lekarz miał rację. Nic nie bolało”.

Przy­to­czona powy­żej scena nie pocho­dzi z mojej książki Wero­nika posta­na­wia umrzeć.

To frag­ment z dzien­nika, który pisa­łem pod­czas dru­giego pobytu w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Był rok 1966. W Bra­zy­lii trwał ponury okres dyk­ta­tury woj­sko­wej (1964–1989) i mecha­ni­zmy spo­łeczne spra­wiły, że repre­sje, które sto­so­wano w życiu zewnętrz­nym prze­ro­dziły się w repre­sje w życiu wewnętrz­nym jed­nostki (co obec­nie dzieje się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie nie można spoj­rzeć na kobietę, jeśli obok nie stoi adwo­kat). Dla­tego w rodzi­nach klasy śred­niej było nie do pomy­śle­nia, żeby dzieci czy wnuki zosta­wały „arty­stami”. W tam­tych cza­sach w Bra­zy­lii słowo to było rów­no­znaczne z homo­sek­su­ali­stą, komu­ni­stą, nar­ko­ma­nem lub włó­częgą.

Mia­łem osiem­na­ście lat i wie­rzy­łem, że mój świat może współ­ist­nieć ze świa­tem moich rodzi­ców. Cho­dzi­łem do jezu­ic­kiej szkoły, sta­ra­łem się mieć dobre oceny, popo­łu­dniami uczy­łem się, ale wie­czo­rami pró­bo­wa­łem wpro­wa­dzać w życie sen o byciu „arty­stą”. Nie za bar­dzo wie­dzia­łem, od czego zacząć, więc zaan­ga­żo­wa­łem się w dzia­łal­ność ama­tor­skiego teatru. Ni­gdy nie marzy­łem o karie­rze pro­fe­sjo­nal­nego aktora, ale przy­naj­mniej mogłem prze­by­wać wśród ludzi o podob­nych zain­te­re­so­wa­niach.

Nie­stety moi rodzice nie podzie­lali mojego poglądu, że te dwa tak różne światy mogą ist­nieć obok sie­bie. Pew­nego dnia, gdy obu­dzi­łem się rano ska­co­wany po poprzed­niej nocy, ujrza­łem wpa­tru­ją­cych się we mnie dwóch pie­lę­gnia­rzy.

– Pój­dziesz z nami – oznaj­mił jeden z nich.

Matka pła­kała, ojciec pró­bo­wał zacho­wać kamienną twarz.

– To dla two­jego dobra – dodał męż­czy­zna. – Zro­bimy ci bada­nia.

I tak zaczęła się moja wędrówka przez kolejne szpi­tale psy­chia­tryczne. Przyj­mo­wano mnie na oddział, pod­da­wano naj­róż­niej­szym bada­niom, w końcu ucie­ka­łem, podró­żo­wa­łem do czasu, aż mia­łem dosyć i wra­ca­łem do rodzin­nego domu na krótki „mie­siąc mio­dowy”. Cho­dzi­łem przy­kład­nie do szkoły, szybko jed­nak zaczy­na­łem znów spo­ty­kać się z gro­nem zna­jo­mych, któ­rych rodzice nazy­wali „złym towa­rzy­stwem”, i znów poja­wiali się pie­lę­gnia­rze.

Cza­sem w życiu toczymy bitwy, które mogą nas albo znisz­czyć, albo wzmoc­nić. Pobyt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym był dla mnie jed­nym z takich prze­żyć.

Któ­re­goś wie­czora, roz­ma­wia­jąc z pew­nym pacjen­tem, powie­dzia­łem:

– Wiesz co? Jestem pewien, że każdy, przy­naj­mniej raz w życiu, marzył, żeby zostać pre­zy­den­tem repu­bliki. Nie­stety ani ja, ani ty nie możemy zre­ali­zo­wać tego marze­nia, bo mamy nie­od­po­wied­nie życio­rysy.

– A więc nie mamy nic do stra­ce­nia. Możemy robić, co nam przyj­dzie do głowy – odpo­wie­dział.

Miał rację. Sytu­acja, w któ­rej się zna­la­złem, była tak nie­zwy­kła, tak skrajna, że nio­sła ze sobą coś, czego wcze­śniej nie zazna­łem – nie­ogra­ni­czoną wol­ność. Wysiłki mojej rodziny, żebym stał się jak inni, przy­nio­sły odwrotny sku­tek. Sta­łem się cał­kiem odmienny od moich rówie­śni­ków.

Tam­tej nocy dokład­nie prze­my­śla­łem swoją przy­szłość. Mogłem zostać pisa­rzem albo, co wów­czas wyda­wało mi się bar­dziej praw­do­po­dobne, praw­dzi­wym waria­tem. Był­bym na utrzy­ma­niu pań­stwa, już ni­gdy nie musiał­bym pra­co­wać ani być za cokol­wiek odpo­wie­dzialny. Oczy­wi­ście wią­zało się to z dłu­gimi poby­tami w szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych. Jed­nak z wła­snego doświad­cze­nia wie­dzia­łem, że pacjenci nie zacho­wy­wali się tak jak w hol­ly­wo­odz­kich fil­mach, chyba że w skraj­nych przy­pad­kach kata­to­nii lub schi­zo­fre­nii. Zazwy­czaj potra­fili pro­wa­dzić cie­kawe i ory­gi­nalne dys­ku­sje o życiu. Co prawda mie­wali ataki paniki, apa­tii lub agre­sji, ale one zazwy­czaj szybko mijały.

Naj­więk­sze zagro­że­nie zwią­zane z poby­tem w szpi­talu psy­chia­trycz­nym nie pole­gało na utra­cie szansy na fotel pre­zy­denta ani na tym, że zosta­łem wyklu­czony i nie­spra­wie­dli­wie osą­dzony przez rodzinę. W głębi serca rozu­mia­łem, że zamknię­cie mnie w szpi­talu było despe­rac­kim aktem miło­ści, skut­kiem nado­pie­kuń­czo­ści. Naj­więk­szym zagro­że­niem było uzna­nie, że sytu­acja, w któ­rej się zna­la­złem, jest nor­malna.

Gdy opu­ści­łem szpi­tal po raz trzeci, powta­rza­jąc znany cykl: ucieczka, podróż, powrót do domu, zamknię­cie w psy­chia­tryku, mia­łem pra­wie dwa­dzie­ścia lat. Zdą­ży­łem się przy­zwy­czaić do tego trybu życia. Jed­nak tym razem coś się zmie­niło.

Mimo że znów wpa­dłem w „złe towa­rzy­stwo”, rodzice z nie­chę­cią myśleli o ponow­nym umiesz­cze­niu mnie w zakła­dzie psy­chia­trycz­nym. Jesz­cze tego nie wie­dzia­łem, ale uznali mój przy­pa­dek za bez­na­dziejny. Woleli mieć mnie na oku i utrzy­my­wać do końca życia.

Zacho­wy­wa­łem się coraz gorzej, coraz bar­dziej agre­syw­nie i nie stało się nic – nie zamknęli mnie. Wpa­dłem w eufo­rię. Szu­ka­łem róż­nych spo­so­bów wyra­że­nia tak zwa­nej wol­no­ści, która miała dopro­wa­dzić mnie do życia praw­dzi­wego „arty­sty”. Rzu­ci­łem pracę, którą rodzice mi zała­twili, prze­sta­łem się uczyć, cał­ko­wi­cie pochło­nęły mnie teatr i życie inte­lek­tu­alne w noc­nych barach. Przez cały długi rok robi­łem, co chcia­łem. Wresz­cie poli­cja poli­tyczna roz­wią­zała naszą trupę teatralną, w barach poja­wili się taj­niacy, a wydawcy po raz kolejny odrzu­cili moje opo­wia­da­nia. Żadna dziew­czyna nie chciała ze mną cho­dzić – byłem face­tem bez przy­szło­ści, bez per­spek­tyw na zawo­dową karierę. Nie zaczą­łem nawet żad­nych stu­diów.

Dla­tego pew­nego dnia posta­no­wi­łem zde­mo­lo­wać mój pokój. Był to jedyny spo­sób wyra­że­nia bez słów mojego ówcze­snego stanu umy­słu. „Czy nie rozu­mie­cie, że nie mogę dłu­żej tak żyć? Nie jestem w sta­nie zna­leźć pracy, nie potra­fię zre­ali­zo­wać marzeń. Mie­li­ście rację! Jestem waria­tem i chcę wró­cić do szpi­tala!”.

Jed­nak los potrafi pła­tać figle. Gdy zde­wa­sto­wa­łem pokój, z ulgą usły­sza­łem, jak rodzice dzwo­nią do szpi­tala. Oka­zało się, że lekarz, który się mną zaj­mo­wał, był na urlo­pie. Przy­słali więc mło­dego sta­ży­stę w towa­rzy­stwie dwóch pie­lę­gnia­rzy. Sta­ży­sta zastał mnie sie­dzą­cego pośród sterty poszar­pa­nych ksią­żek, poła­ma­nych płyt, roz­dar­tych zasłon. Wypro­sił rodzi­ców i pie­lę­gnia­rzy z pokoju.

– Co się dzieje? – spy­tał.

Nie odpo­wie­dzia­łem. Wariat powi­nien zacho­wy­wać się, jakby był nie­obecny.

– Prze­stań się wygłu­piać – powie­dział nie­zra­żony moim mil­cze­niem. – Przej­rza­łem twoją kartę pacjenta. Nie jesteś żad­nym waria­tem. Nie zabiorę cię do szpi­tala.

Wyszedł, zapi­sał mi tabletki uspo­ka­ja­jące i (o czym dowie­dzia­łem się dużo póź­niej) powie­dział rodzi­com, że mam „syn­drom hospi­ta­li­za­cji”, syn­drom osoby cał­kiem nor­mal­nej, która za wszelką cenę chce być zamknięta w szpi­talu, ponie­waż prze­żywa nie­co­dzienną sytu­ację – depre­sję, napad gniewu czy paniki. Wybiera cho­robę, gdyż bycie „nor­mal­nym” wymaga zbyt wiele zachodu – „nor­mal­ność” go prze­ra­sta. Rodzice wysłu­chali jego dia­gnozy i już ni­gdy nie pró­bo­wali zamknąć mnie w szpi­talu psy­chia­trycz­nym.

Od tam­tego dnia mogłem zapo­mnieć o kom­for­cie życia wariata. Sam musia­łem wyli­zać się z ran, prze­gra­łem nie­jedną bitwę, kilka wygra­łem, nie­raz rezy­gno­wa­łem z nie­re­al­nych marzeń, by wresz­cie któ­re­goś dnia po raz kolejny rzu­cić wszystko i udać się na piel­grzymkę do San­tiago de Com­po­stela. Zro­zu­mia­łem, że nie mogę dłu­żej ucie­kać przed prze­zna­cze­niem, muszę zostać „arty­stą”, czyli w moim przy­padku pisa­rzem. W wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat posta­no­wi­łem napi­sać pierw­szą książkę, tym samym roz­po­czy­na­jąc walkę, któ­rej pod­świa­do­mie tak się oba­wia­łem – walkę o wła­sne marze­nia.

Zna­la­złem wydawcę i po książce zaty­tu­ło­wa­nej Piel­grzym, która była rela­cją z moich prze­żyć pod­czas piel­grzymki do San­tiago de Com­po­stela, napi­sa­łem kolejną – Alche­mika. Po niej poja­wiły się następne, a wraz z nimi prze­kłady na języki obce. Zaczą­łem jeź­dzić po całym świe­cie na spo­tka­nia autor­skie i odczyty. Choć wciąż było mi daleko do speł­nie­nia marzeń, ich osią­gnię­cie wyda­wało mi się nieco bar­dziej realne. Prze­ko­na­łem się, że Wszech­świat wspiera tych, któ­rzy wal­czą o swoje marze­nia. Był rok 1997. Koń­czy­łem długą i męczącą podróż przez trzy kon­ty­nenty, pod­czas któ­rej pro­mo­wa­łem moje książki. Zauwa­ży­łem oso­bliwą rzecz – moje marze­nia z cza­sów, gdy zde­mo­lo­wa­łem swój pokój, były podobne do marzeń wielu innych ludzi. Mimo to woleli żyć na oddziale zamknię­tym szpi­tala psy­chia­trycz­nego, wier­nie wypeł­nia­jąc nakazy stwo­rzone przez nie wia­domo kogo, zamiast wal­czyć o prawo do bycia sobą. Pod­czas lotu do Tokio natkną­łem się na cie­kawy arty­kuł:

„Według Głów­nego Urzędu Sta­ty­stycz­nego Kanady 40% osób mię­dzy 15 a 34 rokiem życia, 33% mię­dzy 35 a 54 rokiem życia i 20% mię­dzy 55 a 64 rokiem życia prze­szło cho­robę psy­chiczną. Według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa jedna osoba na pięć doświad­czyła w swoim życiu zabu­rzeń psy­chicz­nych”.

Pomy­śla­łem sobie: jak to moż­liwe, że w Kana­dzie, która nie prze­szła przez kosz­mar woj­sko­wej dyk­ta­tury i jest kra­jem, gdzie panuje jeden z naj­więk­szych dobro­by­tów na świe­cie, jest tylu waria­tów i dla­czego nie są oni leczeni?

Pyta­nie to spro­wo­ko­wało następne. Czym wła­ści­wie jest sza­leń­stwo?

Zna­la­złem odpo­wiedź na oba pyta­nia. Po pierw­sze, ludzi nie zamyka się w szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych, ponie­waż są spo­łecz­nie przy­datni. Dopóki jesteś w sta­nie zja­wić się w pracy o godzi­nie 9:00 i wyjść o 17:00, w odczu­ciu spo­łecz­nym jesteś zdrowy psy­chicz­nie. I nie ma zna­cze­nia, czy mię­dzy godziną 17:01 a 8:59 sie­dzisz przed tele­wi­zo­rem w sta­nie kata­to­nii, prze­ży­wasz naj­bar­dziej per­wer­syjne fan­ta­zje sek­su­alne w Inter­ne­cie, gapisz się w ścianę, obwi­nia­jąc świat za nie­spra­wie­dli­wo­ści, które cię spo­tkały, wpa­dasz w panikę na myśl o wyj­ściu z domu, poświę­casz zbyt wiele lub zbyt mało uwagi higie­nie oso­bi­stej, czu­jesz apa­tię albo masz nie­kon­tro­lo­wane napady pła­czu. Dopóki zja­wiasz się w pracy i dajesz coś spo­łe­czeń­stwu, nie sta­no­wisz zagro­że­nia. Sta­jesz się nim dopiero, gdy kro­pla prze­pełni czarę. Wtedy nagle, w jed­nej chwili wycho­dzisz na ulicę z kara­bi­nem maszy­no­wym, wkra­czasz do sali kino­wej na seans dla dzieci i zabi­jasz pięt­na­ścioro malu­chów, bo chcesz zwró­cić uwagę świata na zgubny wpływ Toma i Jerry’ego w pro­ce­sie edu­ka­cji. Dopóki tego nie zro­bisz, jesteś uwa­żany za nor­mal­nego czło­wieka.

A sza­leń­stwo? Sza­leń­stwo to nie­moż­ność komu­ni­ko­wa­nia się.

Pomię­dzy nor­mal­no­ścią i sza­leń­stwem, które w rze­czy­wi­sto­ści są jed­nym i tym samym, ist­nieje stan przej­ściowy – „bycie innym”. Ludzie coraz czę­ściej boją się „inno­ści”. Już w Japo­nii, prze­my­śla­łem arty­kuł o kana­dyj­skich sta­ty­sty­kach i wpa­dłem na pomysł książki opar­tej na moich wła­snych doświad­cze­niach. Napi­sa­łem powieść Wero­nika posta­na­wia umrzeć w trze­ciej oso­bie, wyko­rzy­stu­jąc kobiecy pier­wia­stek mojej oso­bo­wo­ści. Zda­wa­łem sobie sprawę, że znacz­nie waż­niej­sze od doświad­cze­nia pobytu w szpi­talu jest ryzyko bycia innym i kosz­mar bycia takim jak inni.

Dopiero kiedy ręko­pis był gotowy do druku, odby­łem roz­mowę z ojcem. Kiedy już minął trudny okres mojego doj­rze­wa­nia, rodzice ni­gdy nie wyba­czyli sobie tego, co zro­bili. Powta­rza­łem im, że to nie było tak tra­giczne, jak myśleli, że znacz­nie gorzej prze­ży­łem wię­zie­nie (z powo­dów poli­tycz­nych byłem aresz­to­wany trzy razy). Jed­nak nie chcieli mi uwie­rzyć i długo żyli w poczu­ciu winy.

– Napi­sa­łem książkę o poby­cie w szpi­talu psy­chia­trycz­nym – powie­dzia­łem ojcu, który wła­śnie skoń­czył osiem­dzie­siąt pięć lat. – To powieść, fik­cja, ale poja­wiam się jako postać na dwóch stro­nach książki. Ludzie dowie­dzą się, że byłem pacjen­tem szpi­tala psy­chia­trycz­nego.

Ojciec spoj­rzał mi w oczy i spy­tał:

– Jesteś pewien, że to ci nie zaszko­dzi?

– Jestem pewien, tato.

– Wobec tego zrób to. Jestem już zmę­czony dusze­niem tego w sobie.

Wero­nika posta­na­wia umrzeć uka­zała się w Bra­zy­lii w sierp­niu 1998 roku. We wrze­śniu otrzy­ma­łem ponad 1200 e-maili i listów, któ­rych auto­rzy opi­sy­wali swoje doświad­cze­nia tak bar­dzo podobne do moich. W paź­dzier­niku tego samego roku pro­ble­mom poru­szo­nym w książce, takim jak depre­sja, napady paniki, ten­den­cje samo­bój­cze poświę­cono w Bra­zy­lii semi­na­rium, które odbiło się sze­ro­kim echem w całym kraju. 22 stycz­nia 1999 roku pod­czas wal­nego zgro­ma­dze­nia sena­tor Edu­ardo Suplicy przy­to­czył frag­menty mojej książki, dopro­wa­dza­jąc do przy­ję­cia ustawy o zaka­zie nie­uza­sad­nio­nej hospi­ta­li­za­cji, któ­rej pro­jekt na dzie­sięć lat utknął w Kon­gre­sie Naro­do­wym.

Paulo Coelho tłum. Zofia Sta­ni­sław­ska

Weronika postanawia umrzeć

Dwu­dzie­stego pierw­szego listo­pada 1997 roku Wero­nika uznała, że nad­szedł w końcu czas, by popeł­nić samo­bój­stwo. Dokład­nie posprzą­tała wynaj­mo­wany u zakon­nic w klasz­to­rze pokój, wyłą­czyła ogrze­wa­nie, umyła zęby i poło­żyła się do łóżka.

Z blatu noc­nego sto­lika wzięła cztery opa­ko­wa­nia table­tek nasen­nych. Zamiast roz­kru­szyć je i roz­pu­ścić w wodzie, posta­no­wiła brać jedną po dru­giej, bo zamiar to jedno, a nie­od­wra­cal­ność czynu to dru­gie i chciała zosta­wić sobie moż­li­wość wyco­fa­nia się. Jed­nak z każdą poły­kaną tabletką utwier­dzała się w słusz­no­ści swo­jej decy­zji i po pię­ciu minu­tach opa­ko­wa­nia były puste.

Ponie­waż nie wie­działa dokład­nie, ile czasu upły­nie, zanim straci przy­tom­ność, wzięła do ręki leżący przy łóżku, wła­śnie nade­słany do biblio­teki, w któ­rej pra­co­wała, ostatni numer fran­cu­skiego cza­so­pi­sma „Homme”. Kart­ku­jąc je, zwró­ciła uwagę na arty­kuł o grze kom­pu­te­ro­wej napi­sa­nej przez Paula Coelho, bra­zy­lij­skiego pisa­rza, któ­rego miała oka­zję poznać pod­czas jakiejś kon­fe­ren­cji w kawiarni hotelu Grand Union. Zamie­nili wtedy parę słów i Wero­nika została zapro­szona na kola­cję orga­ni­zo­waną przez jego wydawcę. Na przy­ję­ciu było zbyt dużo ludzi, by udało im się naprawdę poroz­ma­wiać.

Jed­nak dzięki temu, że znała autora, pomy­ślała o nim jakby o kimś bli­skim, a lek­tura repor­tażu o jego pracy mogła wypeł­nić ocze­ki­wa­nie na śmierć. Zaczęła czy­tać arty­kuł o infor­ma­tyce, która wcale jej nie inte­re­so­wała. Dokład­nie tak postę­po­wała przez całe życie – zawsze szła na łatwi­znę albo zado­wa­lała się tym, co było w zasięgu ręki, jak choćby to cza­so­pi­smo.

Jed­nak już pierw­sza linijka arty­kułu wytrą­ciła ją z natu­ral­nego stanu bier­no­ści i po raz pierw­szy w życiu musiała przy­znać, że ulu­bione zda­nie jej przy­ja­ciół – „Nic na świe­cie nie zda­rza się przez przy­pa­dek” – coś jed­nak zna­czy.

Dla­czego dostrze­gła pośród tylu innych wła­śnie te słowa? I to w chwili gdy zaczęła umie­rać? Jakie tajne prze­sła­nie nio­sły ze sobą, jeśli tajne prze­sła­nia w ogóle ist­nieją, bo może to, co się za nie uznaje, to tylko zwy­kłe zbiegi oko­licz­no­ści?

Otóż dzien­ni­karz roz­po­czy­nał swój arty­kuł pyta­niem: „Gdzie leży Sło­we­nia?”.

„Nikt nie wie, gdzie leży Sło­we­nia, pomy­ślała. Nikt”.

A prze­cież Sło­we­nia ist­niała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w szczy­tach gór na hory­zon­cie i na placu, który widziała z okna swo­jego pokoju. Sło­we­nia to był jej kraj.

Odło­żyła cza­so­pi­smo. Cóż ją teraz mogła obcho­dzić pogarda świata, który lek­ce­wa­żył ist­nie­nie Sło­weń­ców – nie miała już nic wspól­nego z tym wzgar­dzo­nym naro­dem. Teraz była dumna z sie­bie, że w końcu zdo­była się na odwagę, by poże­gnać się z życiem. Co za radość! I że zro­biła to w spo­sób, o jakim marzyła – poły­ka­jąc tabletki.

Poszu­ki­wała tych table­tek od pra­wie sze­ściu mie­sięcy. Sądząc, że ni­gdy nie zdoła ich zdo­być, zaczęła nawet myśleć o pod­cię­ciu sobie żył, lecz wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i wystra­szy­łaby zakon­nice. Spra­wi­łaby im tylko kło­pot. Ale decy­zja o samo­bój­stwie zmu­sza do myśle­nia przede wszyst­kim o sobie, inni scho­dzą na drugi plan. Zro­bi­łaby wszystko, byle jej śmierć nie wywo­łała zbyt wiele zamie­sza­nia, ale jeśli pod­cię­cie żył mia­łoby się oka­zać jedy­nym wyj­ściem, to cóż – zakon­nice musia­łyby to prze­bo­leć i posprzą­tać pokój, ina­czej nie uda­łoby się wyna­jąć go nikomu, bo ludzie, choć to już schy­łek dwu­dzie­stego wieku, wciąż jesz­cze wie­rzą w duchy.

Oczy­wi­ście, mogła się rów­nież rzu­cić z dachu jed­nego z nie­licz­nych wie­żow­ców Lublany, ale ileż nie­po­trzeb­nego cier­pie­nia przy­spo­rzy­łaby rodzi­com! Prócz szoku na wieść o śmierci córki musie­liby jesz­cze prze­żyć iden­ty­fi­ka­cję zma­sa­kro­wa­nych zwłok. Nie, takie roz­wią­za­nie byłoby gor­sze od otwar­cia sobie żył, zosta­wi­łoby nie­za­bliź­nione rany w pamięci istot, które pra­gnęły jedy­nie jej dobra.

„Ze śmier­cią córki będą się w sta­nie z cza­sem pogo­dzić, ale ni­gdy nie zapo­mną widoku roz­trza­ska­nej czaszki” – myślała.

Mogła strze­lić sobie w skroń, sko­czyć z okna czy się powie­sić – ale żaden z tych warian­tów nie odpo­wia­dał jej kobie­cej natu­rze. Gdy kobiety decy­dują się na śmierć, wybie­rają bar­dziej roman­tyczne spo­soby – otwie­rają sobie żyły albo przedaw­ko­wują środki nasenne. Opusz­czone księż­niczki czy aktorki Hol­ly­wo­odu dały tego roz­liczne dowody.

Wero­nika wie­działa, że zawsze trzeba cze­kać na wła­ściwy moment. Wresz­cie się docze­kała. Dwaj przy­ja­ciele, poru­szeni jej cią­głym uskar­ża­niem się na bez­sen­ność, zdo­byli od muzy­ków z miej­sco­wej dys­ko­teki po dwa pudełka table­tek nasen­nych. Poło­żyła je na noc­nym sto­liku i przez tydzień flir­to­wała ze śmier­cią, żegna­jąc się bez zbęd­nego sen­ty­men­ta­li­zmu z tym, co zwie się Życiem.

Teraz była szczę­śliwa, że nie cof­nęła się, ale i znu­żona, bo nie wie­działa, co począć z resztką czasu, który jej pozo­stał.

Wró­ciła myślami do dopiero co prze­czy­ta­nych nie­do­rzecz­no­ści. Jak arty­kuł o kom­pu­te­rach może zaczy­nać się tak idio­tycz­nym zda­niem: „Gdzie leży Sło­we­nia?”.

Nie znaj­du­jąc nic cie­kaw­szego, czym mogłaby się zająć, posta­no­wiła prze­czy­tać go do końca. Oka­zało się, że wspo­mniana gra kom­pu­te­rowa pro­du­ko­wana jest w Sło­we­nii – w tym dziw­nym kraju, o któ­rym nikt prócz jego miesz­kań­ców nic nie wie – ponie­waż siła robo­cza jest tu bar­dzo tania. Fran­cu­ska firma, wpro­wa­dza­jąc przed kil­koma mie­sią­cami ten pro­dukt na rynek, wydała na zamku w Ble­dzie przy­ję­cie dla dzien­ni­ka­rzy z całego świata.

Wero­nika przy­po­mniała sobie, że coś obiło jej się o uszy na temat tego ban­kietu. Był wiel­kim wyda­rze­niem w mie­ście nie tylko dla­tego, że zamek został spe­cjal­nie przy­stro­jony na tę oko­licz­ność, by przy­dał śre­dnio­wiecz­nej aury grze kom­pu­te­ro­wej, ale rów­nież dla­tego, iż w lokal­nej pra­sie roz­go­rzała awan­tura o to, że na przy­ję­cie zostali zapro­szeni dzien­ni­ka­rze z Nie­miec, Fran­cji, Anglii, Włoch i Hisz­pa­nii, ale ze Sło­we­nii nie zapro­szono nikogo.

Autor arty­kułu – który do Sło­we­nii przy­je­chał po raz pierw­szy, z pew­no­ścią na koszt orga­ni­za­tora, i zamie­rzał spę­dzić miło czas, ocza­ro­wu­jąc kole­gów po fachu i wygła­sza­jąc z pozoru tylko inte­re­su­jące kwe­stie, pijąc i jedząc, nie się­ga­jąc do wła­snej kie­szeni – roz­po­czął swój arty­kuł żar­tem, który miał chyba zro­bić wra­że­nie na prze­mą­drza­łych inte­lek­tu­ali­stach z jego kraju. Po powro­cie opo­wie­dział zapewne swoim redak­cyj­nym kole­gom kilka zmy­ślo­nych histo­rii o miej­sco­wych oby­cza­jach albo o tym, jak bez fan­ta­zji ubie­rają się Sło­wenki.

Ale to już był jego pro­blem. Wero­nika umie­rała i miała na gło­wie inne zmar­twie­nia. Cho­ciażby czy ist­nieje życie po śmierci albo kiedy znajdą jej ciało. Mimo to – a może wła­śnie dla­tego – ten arty­kuł nie dawał jej spo­koju.

Wyj­rzała przez klasz­torne okno wycho­dzące na mały plac w Lubla­nie. „Skoro nikt nie wie, gdzie leży Sło­we­nia – pomy­ślała – to Lublana musi być dla ludzi jakimś mitycz­nym mia­stem”. Niczym Atlan­tyda, Lemu­ria czy inne zagu­bione lądy, które nie­sa­mo­wi­cie pobu­dzają ludzką wyobraź­nię. Nikt na świe­cie nie ośmie­liłby się roz­po­cząć arty­kułu pyta­niem, gdzie leży Mount Eve­rest. Ale w samym środku Europy dzien­ni­karz sza­nu­ją­cego się cza­so­pi­sma może bez cie­nia wstydu zapy­tać o Sło­we­nię, bo więk­szość czy­tel­ni­ków nie ma poję­cia ani gdzie leży ten kraj, ani tym bar­dziej jego sto­lica Lublana.

Nagle Wero­nika odkryła spo­sób na spę­dze­nie czasu, który jej pozo­stał. Minęło już dzie­sięć minut, a ona wciąż nie czuła żad­nych nie­po­ko­ją­cych obja­wów. Ostat­nim dzie­łem jej życia będzie list do redak­cji tego cza­so­pi­sma, wyja­śnia­jący, że Sło­we­nia jest jed­nym z pię­ciu kra­jów, które powstały na sku­tek roz­padu daw­nej Jugo­sła­wii. To będzie jej list poże­gnalny, choć nie wyjawi w nim praw­dzi­wych przy­czyn swo­jego samo­bój­stwa.

Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wnio­sku, że ode­brała sobie życie, bo w jakiejś gaze­cie nie wie­dzieli, gdzie leży jej kraj. Roze­śmiała się, bo oczyma wyobraźni ujrzała już w pra­sie arty­kuły na temat jej śmierci za naro­dową sprawę. Zdu­miało ją, jak szybko i dia­me­tral­nie zmie­niła zda­nie, bo prze­cież jesz­cze przed chwilą myślała, że wcale nie obcho­dzi jej ten świat i jego geo­po­li­tyczne pro­blemy. Napi­sała list. W przy­pły­wie dobrego humoru nie­mal posta­wiła pod zna­kiem zapy­ta­nia koniecz­ność swo­jej śmierci, ale połknęła już tabletki i było za późno, by się wyco­fać.

Nie zabi­jała się dla­tego, że była wiecz­nie smutna, zgorzk­niała czy przy­gnę­biona. Czę­sto popo­łu­dniami z przy­jem­no­ścią spa­ce­ro­wała uli­cami Lublany lub obser­wo­wała z klasz­tor­nego okna swego pokoju płatki śniegu spa­da­jące na mały plac, na któ­rym stał pomnik poety. Pew­nego razu przez mie­siąc bujała w obło­kach, bo wła­śnie na tym placu jakiś nie­zna­jomy poda­ro­wał jej bukiet kwia­tów.

Uwa­żała się za osobę cał­ko­wi­cie nor­malną. A samo­bój­stwo popeł­niała z dwóch pro­stych powo­dów. Była pewna, że gdyby obja­śniła w liście poże­gnal­nym te powody, wielu ludzi przy­zna­łoby jej rację.

Po pierw­sze, jej życie było mono­tonne. Jej mło­dość szybko prze­mi­nie i powoli sta­nie się zgorzk­niałą, scho­ro­waną sta­ruszką. Wtedy opusz­czą ją przy­ja­ciele. Nie ma co kur­czowo trzy­mać się życia, które może przy­nieść tylko cier­pie­nia.

Po dru­gie, czy­tała gazety i oglą­dała tele­wi­zję, śle­dziła na bie­żąco wyda­rze­nia na świe­cie. Wszystko było okropne, a ona nie mogła temu zara­dzić i czuła się cał­ko­wi­cie bez­silna i bez­u­ży­teczna.

Teraz, za chwilę zazna osta­tecz­nego, śmierci. Po niej nastąpi coś abso­lut­nie innego. Skoń­czyła pisać swój list i sku­piła się na spra­wach istot­niej­szych i bar­dziej przy­sta­ją­cych do chwili, którą wła­śnie żyła, czy też raczej w któ­rej umie­rała.

Sta­rała się wyobra­zić sobie śmierć, ale na próżno. Zresztą nie musiała się nią kło­po­tać, doświad­czy jej nie­ba­wem. Za ile minut? Nie miała poję­cia. Cie­szyło ją, że już wkrótce pozna odpo­wiedź na pyta­nie, które sta­wiali sobie wszy­scy: czy Bóg ist­nieje?

W prze­ci­wień­stwie do wielu ludzi nie był to dla niej ważny dyle­mat. Za cza­sów komu­ni­zmu gło­szono, że życie koń­czy się wraz ze śmier­cią, więc przy­wy­kła do tej myśli. Jed­nak ludzie z poko­le­nia jej rodzi­ców i dziad­ków wciąż cho­dzili do kościoła, odby­wali piel­grzymki, modlili się i żyli w świę­tym prze­ko­na­niu, że Bóg przy­kłada wagę do ich słów.

W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, prze­żyw­szy to, co było jej dane prze­żyć – a było tego sporo! – Wero­nika była nie­mal pewna, że wszystko skoń­czy się wraz ze śmier­cią. Dla­tego wybrała samo­bój­stwo – naresz­cie uwol­nie­nie i wieczna nie­pa­mięć.

Jed­nak w głębi serca koła­tała się jesz­cze wąt­pli­wość: a jeśli Bóg ist­nieje? Tysiące lat cywi­li­za­cji uczy­niło z samo­bój­stwa tabu, obrazę wszel­kich reli­gij­nych przy­ka­zań. Czło­wiek wal­czy, by prze­trwać, a nie po to, by się pod­dać. Ludzie powinni się mno­żyć. Spo­łe­czeń­stwu potrzeba rąk do pracy. Kobieta i męż­czy­zna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre i złe, nawet kiedy ich miłość już wyga­sła. Pań­stwu potrzebni są żoł­nie­rze, poli­tycy i arty­ści. Myślała tak: „Jeśli Bóg ist­nieje – w co szcze­rze wąt­pię – zro­zu­mie, że ist­nieją gra­nice ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści. To On stwo­rzył cały ten nie­ład, gdzie panuje nędza, nie­spra­wie­dli­wość, chci­wość, samot­ność. Jego zamiary były wpraw­dzie wspa­niałe, ale rezul­taty oka­zały się opła­kane. Jeśli Bóg ist­nieje, będzie zapewne wspa­nia­ło­myślny wobec istot, które zechciały prę­dzej opu­ścić ten padół, a może nawet prze­prosi za to, że zmu­sił nas do odby­cia ziem­skiej wędrówki”.

Precz z tabu! Precz z prze­są­dami! Jej głę­boko wie­rząca matka mawiała, że Bóg zna prze­szłość, teraź­niej­szość i przy­szłość. A zatem powo­łał ją na ten świat w pełni świa­dom, że ona pew­nego dnia odbie­rze sobie życie, i Jego ten czyn nie zaszo­kuje.

Poczuła mdło­ści, które szybko zaczęły nasi­lać. Po paru minu­tach nie potra­fiła już się sku­pić na widoku z okna. Była zima, około czwar­tej po połu­dniu, słońce już zacho­dziło. Dla innych życie będzie toczyć się dalej. Wła­śnie jakiś chło­pak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie przy­szło, że ona umiera. Grupa boli­wij­skich muzy­ków (gdzie leży Boli­wia? Dla­czego arty­kuły w gaze­tach nie zaczy­nają się od takiego pyta­nia?) grała przed pomni­kiem France Prešerena, wiel­kiego sło­weń­skiego poety, który odci­snął swój ślad w duszy jej narodu.

Czy uda jej się wysłu­chać do końca melo­dii docho­dzą­cej z placu? Byłoby to piękne poże­gna­nie z życiem – zapa­da­jący zmierzch, melo­dia nio­sąca marze­nia z dru­giego krańca świata, przy­tulny i cie­pły pokój, piękny i pełen życia chło­pak, który wła­śnie zatrzy­mał się i na nią patrzył. Środki nasenne zaczęły dzia­łać. Ten prze­cho­dzień był ostat­nim czło­wie­kiem, jakiego widzi.

Uśmiech­nął się. Odwza­jem­niła uśmiech – nie miała nic do stra­ce­nia. Poma­chał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwa­lał sobie na zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.

Wero­nika poczuła się szczę­śliwa, że znów kogoś ocza­ro­wała. Ale prze­cież nie z powodu braku miło­ści tar­gnęła się na swoje życie, nie z braku czu­ło­ści w rodzi­nie, nie przez kło­poty finan­sowe czy nie­ule­czalną cho­robę.

Wero­nika umie­rała pięk­nego popo­łu­dnia w Lubla­nie, w takt boli­wij­skiej muzyki docho­dzą­cej z placu, patrząc na mło­dego czło­wieka prze­cho­dzą­cego pod jej oknem. Cie­szyła się tym, co widziała i sły­szała. A jesz­cze bar­dziej tym, że nie będzie musiała uczest­ni­czyć w takim samym spek­ta­klu przez kolej­nych trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści czy pięć­dzie­siąt lat – bo stałby się tra­ge­dią jej życia, tra­ge­dią, w któ­rej wszystko się powta­rza, a każdy dzień podobny jest do poprzed­niego.

Żołą­dek zaczął już pod­cho­dzić jej do gar­dła i poczuła się bar­dzo źle. „To dziwne, sądzi­łam, że po takiej dawce zasnę natych­miast”. A tym­cza­sem szu­miało jej w uszach i zbie­rało się na wymioty.

„Jeśli zwy­mio­tuję, nie umrę”.

Posta­no­wiła zapo­mnieć o mdło­ściach. Usi­ło­wała sku­pić uwagę na szybko zapa­da­ją­cej nocy, na Boli­wij­czy­kach, na ludziach, któ­rzy zamy­kali swoje sklepy i odcho­dzili do swo­ich spraw. Szum w uszach sta­wał się coraz bar­dziej nie­zno­śny i Wero­nika po raz pierw­szy od chwili zaży­cia prosz­ków poczuła strach, prze­raź­liwy strach przed nie­zna­nym.

Ale trwało to tylko krótką chwilę, bo zaraz potem stra­ciła przy­tom­ność.

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji książki

Wero­nika posta­na­wia umrzeć to druga część try­lo­gii Zaś siód­mego dnia…, którą otwiera powieść Na brzegu rzeki Pie­dry usia­dłam i pła­ka­łam, a zamyka Demon i panna Prym. Wszyst­kie trzy powie­ści rela­cjo­nują wyda­rze­nia, jakie roz­gry­wają się w ciągu jed­nego tygo­dnia w życiu zwy­kłych ludzi, któ­rzy nagle stają w obli­czu miło­ści, śmierci i wła­dzy. Zawsze wie­rzy­łem, że naj­głęb­sze zmiany w życiu każ­dej istoty ludz­kiej, tak jak w całym spo­łe­czeń­stwie, zacho­dzą w bar­dzo krót­kim cza­sie. Kiedy naj­mniej się tego spo­dzie­wamy, życie sta­wia przed nami wyzwa­nie i pod­daje pró­bie naszą odwagę, naszą chęć do zmiany. W takiej chwili nie ma sensu uda­wać, że nic się nie stało, ani mówić, że nie jeste­śmy jesz­cze gotowi. Wyzwa­nie nie będzie cze­kać. Życie nie ogląda się za sie­bie. Jeden tydzień wystar­czy, żeby wybrać swoją wła­sną ścieżkę i pod­jąć decy­zję – czy godzimy się na nasz los, czy nie.

PAULO COELHO

O książce