42,00 zł
Umiera się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu...
Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej.
Kiedy świat zacieśnia się do rozmiarów pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.
Weronika postanawia umrzeć bez wyraźnego powodu, bez żalu i bez patosu. Może dlatego, że gdy szukała łatwych rozwiązań, jej życie stało się mdłe, jak potrawa bez przypraw, pozbawione ziarna szaleństwa. A gdzie szukać szaleństwa, jeśli nie w domu wariatów, pośród tych, którzy zostali nim obdarzeni w nadmiarze?
Weronika uczy się na nowo życia, poznaje siebie samą, zmartwychwstaje.
Weronika chce żyć inaczej...
„Weronika postanawia umrzeć naprawdę głęboko mnie poruszyła”.
Umberto Eco
„Najbardziej niesamowitą książką, jaką kiedykolwiek przeczytałam, jest Weronika postanawia umrzeć Paula Coelho”.
Sinéad O’Connor
„Co to jest prawdziwe Ja?
To, kim jesteś, a nie to, co z ciebie zrobiono”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
tytuł oryginałuVeronika decide morrer
wydawcaMagdalena Malejczyk
ilustracja i projekt okładkiJim Tierney
zdjęcie AutoraXavier González
redakcja i korektaKatarzyna Malinowska
Copyright © 1998 by Paulo Coelho http://paulocoelhoblog.com
© for the Polish edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026. This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados Agencia Literaria S.L.U., Barcelona, Spain www.santjordi-asociados.com All Rights Reserved
Producent: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05 – 850 Ożarów Mazowiecki sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Drzewo Babel ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki listy@drzewobabel.pl www.drzewobabel.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki dystrybucja@dressler.com.pl +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl, www.ksiazki.pl, www.czytam.pl
ISBN 978-83-68087-68-0 Nr 34000038
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Paulo Coelho
Urodził się 24 sierpnia 1947 roku w Rio de Janeiro. Zanim został pisarzem, tworzył teksty piosenek, pracował jako producent muzyczny i dziennikarz. Ważnym źródłem inspiracji jest dla Paula jego własne życie. Światową sławę przyniósł mu Alchemik, który ukazał się po jego pierwszej powieści Pielgrzym. Alchemik był jednym z najważniejszych wydarzeń wydawniczych XX wieku, sprzedał się w 150 milionach egzemplarzy i został opublikowany w 89 językach, co czyni Paula Coelho najczęściej tłumaczonym autorem z języka portugalskiego na świecie i jednym z najpopularniejszych pisarzy współczesnych. W Polsce jego książki osiągnęły nakład 5 milionów egzemplarzy.
Alchemik, Pielgrzym, Brida, Podręcznik wojownika światła, Weronika postanawia umrzeć, Jedenaście minut, Zahir, Czarownica z Portobello, Zwycięzca jest sam, Alef, Zdrada, Szpieg, Hipis i inne jego tytuły sprzedały się w ponad 320 milionach egzemplarzy na całym świecie.
Jest członkiem Brazylijskiej Akademii Literatury i otrzymał Order Legii Honorowej w randze kawalera. W 2007 roku został mianowany Posłańcem Pokoju ONZ.
O Maryjo, bez grzechu poczęta,módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.Amen
S.T. de L., która mi pomagała, choć o tym nie wiedziałem
Oto dałem wam władzę stąpania po wężach…a nic wam nie zaszkodzi.
Św. Łukasz 10,19
„Wszedłem do małego pomieszczenia, którego ściany wyłożone były kafelkami. Stała tam leżanka przykryta gumowym prześcieradłem, a u wezgłowia znajdowała się aparatura z korbką.
– Będę miał elektrowstrząsy, prawda? – spytałem doktora Benjamina Gaspara Gomesa.
– Niech się pan nie martwi. To tylko strasznie wygląda, ale nic nie boli.
Kiedy położyłem się na leżance, pielęgniarz wetknął mi między usta coś w kształcie rurki, żeby unieruchomić mi język i przyłożył do skroni dwie końcówki aparatu przypominające słuchawki.
Utkwiłem wzrok w suficie z łuszczącą się farbą. Usłyszałem dźwięk korbki i wpadłem w ciemność, jakby ktoś spuścił czarną kurtynę. Wszystko spowił mrok.
Lekarz miał rację. Nic nie bolało”.
Przytoczona powyżej scena nie pochodzi z mojej książki Weronika postanawia umrzeć.
To fragment z dziennika, który pisałem podczas drugiego pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Był rok 1966. W Brazylii trwał ponury okres dyktatury wojskowej (1964–1989) i mechanizmy społeczne sprawiły, że represje, które stosowano w życiu zewnętrznym przerodziły się w represje w życiu wewnętrznym jednostki (co obecnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie można spojrzeć na kobietę, jeśli obok nie stoi adwokat). Dlatego w rodzinach klasy średniej było nie do pomyślenia, żeby dzieci czy wnuki zostawały „artystami”. W tamtych czasach w Brazylii słowo to było równoznaczne z homoseksualistą, komunistą, narkomanem lub włóczęgą.
Miałem osiemnaście lat i wierzyłem, że mój świat może współistnieć ze światem moich rodziców. Chodziłem do jezuickiej szkoły, starałem się mieć dobre oceny, popołudniami uczyłem się, ale wieczorami próbowałem wprowadzać w życie sen o byciu „artystą”. Nie za bardzo wiedziałem, od czego zacząć, więc zaangażowałem się w działalność amatorskiego teatru. Nigdy nie marzyłem o karierze profesjonalnego aktora, ale przynajmniej mogłem przebywać wśród ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Niestety moi rodzice nie podzielali mojego poglądu, że te dwa tak różne światy mogą istnieć obok siebie. Pewnego dnia, gdy obudziłem się rano skacowany po poprzedniej nocy, ujrzałem wpatrujących się we mnie dwóch pielęgniarzy.
– Pójdziesz z nami – oznajmił jeden z nich.
Matka płakała, ojciec próbował zachować kamienną twarz.
– To dla twojego dobra – dodał mężczyzna. – Zrobimy ci badania.
I tak zaczęła się moja wędrówka przez kolejne szpitale psychiatryczne. Przyjmowano mnie na oddział, poddawano najróżniejszym badaniom, w końcu uciekałem, podróżowałem do czasu, aż miałem dosyć i wracałem do rodzinnego domu na krótki „miesiąc miodowy”. Chodziłem przykładnie do szkoły, szybko jednak zaczynałem znów spotykać się z gronem znajomych, których rodzice nazywali „złym towarzystwem”, i znów pojawiali się pielęgniarze.
Czasem w życiu toczymy bitwy, które mogą nas albo zniszczyć, albo wzmocnić. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym był dla mnie jednym z takich przeżyć.
Któregoś wieczora, rozmawiając z pewnym pacjentem, powiedziałem:
– Wiesz co? Jestem pewien, że każdy, przynajmniej raz w życiu, marzył, żeby zostać prezydentem republiki. Niestety ani ja, ani ty nie możemy zrealizować tego marzenia, bo mamy nieodpowiednie życiorysy.
– A więc nie mamy nic do stracenia. Możemy robić, co nam przyjdzie do głowy – odpowiedział.
Miał rację. Sytuacja, w której się znalazłem, była tak niezwykła, tak skrajna, że niosła ze sobą coś, czego wcześniej nie zaznałem – nieograniczoną wolność. Wysiłki mojej rodziny, żebym stał się jak inni, przyniosły odwrotny skutek. Stałem się całkiem odmienny od moich rówieśników.
Tamtej nocy dokładnie przemyślałem swoją przyszłość. Mogłem zostać pisarzem albo, co wówczas wydawało mi się bardziej prawdopodobne, prawdziwym wariatem. Byłbym na utrzymaniu państwa, już nigdy nie musiałbym pracować ani być za cokolwiek odpowiedzialny. Oczywiście wiązało się to z długimi pobytami w szpitalach psychiatrycznych. Jednak z własnego doświadczenia wiedziałem, że pacjenci nie zachowywali się tak jak w hollywoodzkich filmach, chyba że w skrajnych przypadkach katatonii lub schizofrenii. Zazwyczaj potrafili prowadzić ciekawe i oryginalne dyskusje o życiu. Co prawda miewali ataki paniki, apatii lub agresji, ale one zazwyczaj szybko mijały.
Największe zagrożenie związane z pobytem w szpitalu psychiatrycznym nie polegało na utracie szansy na fotel prezydenta ani na tym, że zostałem wykluczony i niesprawiedliwie osądzony przez rodzinę. W głębi serca rozumiałem, że zamknięcie mnie w szpitalu było desperackim aktem miłości, skutkiem nadopiekuńczości. Największym zagrożeniem było uznanie, że sytuacja, w której się znalazłem, jest normalna.
Gdy opuściłem szpital po raz trzeci, powtarzając znany cykl: ucieczka, podróż, powrót do domu, zamknięcie w psychiatryku, miałem prawie dwadzieścia lat. Zdążyłem się przyzwyczaić do tego trybu życia. Jednak tym razem coś się zmieniło.
Mimo że znów wpadłem w „złe towarzystwo”, rodzice z niechęcią myśleli o ponownym umieszczeniu mnie w zakładzie psychiatrycznym. Jeszcze tego nie wiedziałem, ale uznali mój przypadek za beznadziejny. Woleli mieć mnie na oku i utrzymywać do końca życia.
Zachowywałem się coraz gorzej, coraz bardziej agresywnie i nie stało się nic – nie zamknęli mnie. Wpadłem w euforię. Szukałem różnych sposobów wyrażenia tak zwanej wolności, która miała doprowadzić mnie do życia prawdziwego „artysty”. Rzuciłem pracę, którą rodzice mi załatwili, przestałem się uczyć, całkowicie pochłonęły mnie teatr i życie intelektualne w nocnych barach. Przez cały długi rok robiłem, co chciałem. Wreszcie policja polityczna rozwiązała naszą trupę teatralną, w barach pojawili się tajniacy, a wydawcy po raz kolejny odrzucili moje opowiadania. Żadna dziewczyna nie chciała ze mną chodzić – byłem facetem bez przyszłości, bez perspektyw na zawodową karierę. Nie zacząłem nawet żadnych studiów.
Dlatego pewnego dnia postanowiłem zdemolować mój pokój. Był to jedyny sposób wyrażenia bez słów mojego ówczesnego stanu umysłu. „Czy nie rozumiecie, że nie mogę dłużej tak żyć? Nie jestem w stanie znaleźć pracy, nie potrafię zrealizować marzeń. Mieliście rację! Jestem wariatem i chcę wrócić do szpitala!”.
Jednak los potrafi płatać figle. Gdy zdewastowałem pokój, z ulgą usłyszałem, jak rodzice dzwonią do szpitala. Okazało się, że lekarz, który się mną zajmował, był na urlopie. Przysłali więc młodego stażystę w towarzystwie dwóch pielęgniarzy. Stażysta zastał mnie siedzącego pośród sterty poszarpanych książek, połamanych płyt, rozdartych zasłon. Wyprosił rodziców i pielęgniarzy z pokoju.
– Co się dzieje? – spytał.
Nie odpowiedziałem. Wariat powinien zachowywać się, jakby był nieobecny.
– Przestań się wygłupiać – powiedział niezrażony moim milczeniem. – Przejrzałem twoją kartę pacjenta. Nie jesteś żadnym wariatem. Nie zabiorę cię do szpitala.
Wyszedł, zapisał mi tabletki uspokajające i (o czym dowiedziałem się dużo później) powiedział rodzicom, że mam „syndrom hospitalizacji”, syndrom osoby całkiem normalnej, która za wszelką cenę chce być zamknięta w szpitalu, ponieważ przeżywa niecodzienną sytuację – depresję, napad gniewu czy paniki. Wybiera chorobę, gdyż bycie „normalnym” wymaga zbyt wiele zachodu – „normalność” go przerasta. Rodzice wysłuchali jego diagnozy i już nigdy nie próbowali zamknąć mnie w szpitalu psychiatrycznym.
Od tamtego dnia mogłem zapomnieć o komforcie życia wariata. Sam musiałem wylizać się z ran, przegrałem niejedną bitwę, kilka wygrałem, nieraz rezygnowałem z nierealnych marzeń, by wreszcie któregoś dnia po raz kolejny rzucić wszystko i udać się na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Zrozumiałem, że nie mogę dłużej uciekać przed przeznaczeniem, muszę zostać „artystą”, czyli w moim przypadku pisarzem. W wieku trzydziestu ośmiu lat postanowiłem napisać pierwszą książkę, tym samym rozpoczynając walkę, której podświadomie tak się obawiałem – walkę o własne marzenia.
Znalazłem wydawcę i po książce zatytułowanej Pielgrzym, która była relacją z moich przeżyć podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela, napisałem kolejną – Alchemika. Po niej pojawiły się następne, a wraz z nimi przekłady na języki obce. Zacząłem jeździć po całym świecie na spotkania autorskie i odczyty. Choć wciąż było mi daleko do spełnienia marzeń, ich osiągnięcie wydawało mi się nieco bardziej realne. Przekonałem się, że Wszechświat wspiera tych, którzy walczą o swoje marzenia. Był rok 1997. Kończyłem długą i męczącą podróż przez trzy kontynenty, podczas której promowałem moje książki. Zauważyłem osobliwą rzecz – moje marzenia z czasów, gdy zdemolowałem swój pokój, były podobne do marzeń wielu innych ludzi. Mimo to woleli żyć na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego, wiernie wypełniając nakazy stworzone przez nie wiadomo kogo, zamiast walczyć o prawo do bycia sobą. Podczas lotu do Tokio natknąłem się na ciekawy artykuł:
„Według Głównego Urzędu Statystycznego Kanady 40% osób między 15 a 34 rokiem życia, 33% między 35 a 54 rokiem życia i 20% między 55 a 64 rokiem życia przeszło chorobę psychiczną. Według wszelkiego prawdopodobieństwa jedna osoba na pięć doświadczyła w swoim życiu zaburzeń psychicznych”.
Pomyślałem sobie: jak to możliwe, że w Kanadzie, która nie przeszła przez koszmar wojskowej dyktatury i jest krajem, gdzie panuje jeden z największych dobrobytów na świecie, jest tylu wariatów i dlaczego nie są oni leczeni?
Pytanie to sprowokowało następne. Czym właściwie jest szaleństwo?
Znalazłem odpowiedź na oba pytania. Po pierwsze, ludzi nie zamyka się w szpitalach psychiatrycznych, ponieważ są społecznie przydatni. Dopóki jesteś w stanie zjawić się w pracy o godzinie 9:00 i wyjść o 17:00, w odczuciu społecznym jesteś zdrowy psychicznie. I nie ma znaczenia, czy między godziną 17:01 a 8:59 siedzisz przed telewizorem w stanie katatonii, przeżywasz najbardziej perwersyjne fantazje seksualne w Internecie, gapisz się w ścianę, obwiniając świat za niesprawiedliwości, które cię spotkały, wpadasz w panikę na myśl o wyjściu z domu, poświęcasz zbyt wiele lub zbyt mało uwagi higienie osobistej, czujesz apatię albo masz niekontrolowane napady płaczu. Dopóki zjawiasz się w pracy i dajesz coś społeczeństwu, nie stanowisz zagrożenia. Stajesz się nim dopiero, gdy kropla przepełni czarę. Wtedy nagle, w jednej chwili wychodzisz na ulicę z karabinem maszynowym, wkraczasz do sali kinowej na seans dla dzieci i zabijasz piętnaścioro maluchów, bo chcesz zwrócić uwagę świata na zgubny wpływ Toma i Jerry’ego w procesie edukacji. Dopóki tego nie zrobisz, jesteś uważany za normalnego człowieka.
A szaleństwo? Szaleństwo to niemożność komunikowania się.
Pomiędzy normalnością i szaleństwem, które w rzeczywistości są jednym i tym samym, istnieje stan przejściowy – „bycie innym”. Ludzie coraz częściej boją się „inności”. Już w Japonii, przemyślałem artykuł o kanadyjskich statystykach i wpadłem na pomysł książki opartej na moich własnych doświadczeniach. Napisałem powieść Weronika postanawia umrzeć w trzeciej osobie, wykorzystując kobiecy pierwiastek mojej osobowości. Zdawałem sobie sprawę, że znacznie ważniejsze od doświadczenia pobytu w szpitalu jest ryzyko bycia innym i koszmar bycia takim jak inni.
Dopiero kiedy rękopis był gotowy do druku, odbyłem rozmowę z ojcem. Kiedy już minął trudny okres mojego dojrzewania, rodzice nigdy nie wybaczyli sobie tego, co zrobili. Powtarzałem im, że to nie było tak tragiczne, jak myśleli, że znacznie gorzej przeżyłem więzienie (z powodów politycznych byłem aresztowany trzy razy). Jednak nie chcieli mi uwierzyć i długo żyli w poczuciu winy.
– Napisałem książkę o pobycie w szpitalu psychiatrycznym – powiedziałem ojcu, który właśnie skończył osiemdziesiąt pięć lat. – To powieść, fikcja, ale pojawiam się jako postać na dwóch stronach książki. Ludzie dowiedzą się, że byłem pacjentem szpitala psychiatrycznego.
Ojciec spojrzał mi w oczy i spytał:
– Jesteś pewien, że to ci nie zaszkodzi?
– Jestem pewien, tato.
– Wobec tego zrób to. Jestem już zmęczony duszeniem tego w sobie.
Weronika postanawia umrzeć ukazała się w Brazylii w sierpniu 1998 roku. We wrześniu otrzymałem ponad 1200 e-maili i listów, których autorzy opisywali swoje doświadczenia tak bardzo podobne do moich. W październiku tego samego roku problemom poruszonym w książce, takim jak depresja, napady paniki, tendencje samobójcze poświęcono w Brazylii seminarium, które odbiło się szerokim echem w całym kraju. 22 stycznia 1999 roku podczas walnego zgromadzenia senator Eduardo Suplicy przytoczył fragmenty mojej książki, doprowadzając do przyjęcia ustawy o zakazie nieuzasadnionej hospitalizacji, której projekt na dziesięć lat utknął w Kongresie Narodowym.
Paulo Coelho tłum. Zofia Stanisławska
Dwudziestego pierwszego listopada 1997 roku Weronika uznała, że nadszedł w końcu czas, by popełnić samobójstwo. Dokładnie posprzątała wynajmowany u zakonnic w klasztorze pokój, wyłączyła ogrzewanie, umyła zęby i położyła się do łóżka.
Z blatu nocnego stolika wzięła cztery opakowania tabletek nasennych. Zamiast rozkruszyć je i rozpuścić w wodzie, postanowiła brać jedną po drugiej, bo zamiar to jedno, a nieodwracalność czynu to drugie i chciała zostawić sobie możliwość wycofania się. Jednak z każdą połykaną tabletką utwierdzała się w słuszności swojej decyzji i po pięciu minutach opakowania były puste.
Ponieważ nie wiedziała dokładnie, ile czasu upłynie, zanim straci przytomność, wzięła do ręki leżący przy łóżku, właśnie nadesłany do biblioteki, w której pracowała, ostatni numer francuskiego czasopisma „Homme”. Kartkując je, zwróciła uwagę na artykuł o grze komputerowej napisanej przez Paula Coelho, brazylijskiego pisarza, którego miała okazję poznać podczas jakiejś konferencji w kawiarni hotelu Grand Union. Zamienili wtedy parę słów i Weronika została zaproszona na kolację organizowaną przez jego wydawcę. Na przyjęciu było zbyt dużo ludzi, by udało im się naprawdę porozmawiać.
Jednak dzięki temu, że znała autora, pomyślała o nim jakby o kimś bliskim, a lektura reportażu o jego pracy mogła wypełnić oczekiwanie na śmierć. Zaczęła czytać artykuł o informatyce, która wcale jej nie interesowała. Dokładnie tak postępowała przez całe życie – zawsze szła na łatwiznę albo zadowalała się tym, co było w zasięgu ręki, jak choćby to czasopismo.
Jednak już pierwsza linijka artykułu wytrąciła ją z naturalnego stanu bierności i po raz pierwszy w życiu musiała przyznać, że ulubione zdanie jej przyjaciół – „Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek” – coś jednak znaczy.
Dlaczego dostrzegła pośród tylu innych właśnie te słowa? I to w chwili gdy zaczęła umierać? Jakie tajne przesłanie niosły ze sobą, jeśli tajne przesłania w ogóle istnieją, bo może to, co się za nie uznaje, to tylko zwykłe zbiegi okoliczności?
Otóż dziennikarz rozpoczynał swój artykuł pytaniem: „Gdzie leży Słowenia?”.
„Nikt nie wie, gdzie leży Słowenia, pomyślała. Nikt”.
A przecież Słowenia istniała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w szczytach gór na horyzoncie i na placu, który widziała z okna swojego pokoju. Słowenia to był jej kraj.
Odłożyła czasopismo. Cóż ją teraz mogła obchodzić pogarda świata, który lekceważył istnienie Słoweńców – nie miała już nic wspólnego z tym wzgardzonym narodem. Teraz była dumna z siebie, że w końcu zdobyła się na odwagę, by pożegnać się z życiem. Co za radość! I że zrobiła to w sposób, o jakim marzyła – połykając tabletki.
Poszukiwała tych tabletek od prawie sześciu miesięcy. Sądząc, że nigdy nie zdoła ich zdobyć, zaczęła nawet myśleć o podcięciu sobie żył, lecz wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i wystraszyłaby zakonnice. Sprawiłaby im tylko kłopot. Ale decyzja o samobójstwie zmusza do myślenia przede wszystkim o sobie, inni schodzą na drugi plan. Zrobiłaby wszystko, byle jej śmierć nie wywołała zbyt wiele zamieszania, ale jeśli podcięcie żył miałoby się okazać jedynym wyjściem, to cóż – zakonnice musiałyby to przeboleć i posprzątać pokój, inaczej nie udałoby się wynająć go nikomu, bo ludzie, choć to już schyłek dwudziestego wieku, wciąż jeszcze wierzą w duchy.
Oczywiście, mogła się również rzucić z dachu jednego z nielicznych wieżowców Lublany, ale ileż niepotrzebnego cierpienia przysporzyłaby rodzicom! Prócz szoku na wieść o śmierci córki musieliby jeszcze przeżyć identyfikację zmasakrowanych zwłok. Nie, takie rozwiązanie byłoby gorsze od otwarcia sobie żył, zostawiłoby niezabliźnione rany w pamięci istot, które pragnęły jedynie jej dobra.
„Ze śmiercią córki będą się w stanie z czasem pogodzić, ale nigdy nie zapomną widoku roztrzaskanej czaszki” – myślała.
Mogła strzelić sobie w skroń, skoczyć z okna czy się powiesić – ale żaden z tych wariantów nie odpowiadał jej kobiecej naturze. Gdy kobiety decydują się na śmierć, wybierają bardziej romantyczne sposoby – otwierają sobie żyły albo przedawkowują środki nasenne. Opuszczone księżniczki czy aktorki Hollywoodu dały tego rozliczne dowody.
Weronika wiedziała, że zawsze trzeba czekać na właściwy moment. Wreszcie się doczekała. Dwaj przyjaciele, poruszeni jej ciągłym uskarżaniem się na bezsenność, zdobyli od muzyków z miejscowej dyskoteki po dwa pudełka tabletek nasennych. Położyła je na nocnym stoliku i przez tydzień flirtowała ze śmiercią, żegnając się bez zbędnego sentymentalizmu z tym, co zwie się Życiem.
Teraz była szczęśliwa, że nie cofnęła się, ale i znużona, bo nie wiedziała, co począć z resztką czasu, który jej pozostał.
Wróciła myślami do dopiero co przeczytanych niedorzeczności. Jak artykuł o komputerach może zaczynać się tak idiotycznym zdaniem: „Gdzie leży Słowenia?”.
Nie znajdując nic ciekawszego, czym mogłaby się zająć, postanowiła przeczytać go do końca. Okazało się, że wspomniana gra komputerowa produkowana jest w Słowenii – w tym dziwnym kraju, o którym nikt prócz jego mieszkańców nic nie wie – ponieważ siła robocza jest tu bardzo tania. Francuska firma, wprowadzając przed kilkoma miesiącami ten produkt na rynek, wydała na zamku w Bledzie przyjęcie dla dziennikarzy z całego świata.
Weronika przypomniała sobie, że coś obiło jej się o uszy na temat tego bankietu. Był wielkim wydarzeniem w mieście nie tylko dlatego, że zamek został specjalnie przystrojony na tę okoliczność, by przydał średniowiecznej aury grze komputerowej, ale również dlatego, iż w lokalnej prasie rozgorzała awantura o to, że na przyjęcie zostali zaproszeni dziennikarze z Niemiec, Francji, Anglii, Włoch i Hiszpanii, ale ze Słowenii nie zaproszono nikogo.
Autor artykułu – który do Słowenii przyjechał po raz pierwszy, z pewnością na koszt organizatora, i zamierzał spędzić miło czas, oczarowując kolegów po fachu i wygłaszając z pozoru tylko interesujące kwestie, pijąc i jedząc, nie sięgając do własnej kieszeni – rozpoczął swój artykuł żartem, który miał chyba zrobić wrażenie na przemądrzałych intelektualistach z jego kraju. Po powrocie opowiedział zapewne swoim redakcyjnym kolegom kilka zmyślonych historii o miejscowych obyczajach albo o tym, jak bez fantazji ubierają się Słowenki.
Ale to już był jego problem. Weronika umierała i miała na głowie inne zmartwienia. Chociażby czy istnieje życie po śmierci albo kiedy znajdą jej ciało. Mimo to – a może właśnie dlatego – ten artykuł nie dawał jej spokoju.
Wyjrzała przez klasztorne okno wychodzące na mały plac w Lublanie. „Skoro nikt nie wie, gdzie leży Słowenia – pomyślała – to Lublana musi być dla ludzi jakimś mitycznym miastem”. Niczym Atlantyda, Lemuria czy inne zagubione lądy, które niesamowicie pobudzają ludzką wyobraźnię. Nikt na świecie nie ośmieliłby się rozpocząć artykułu pytaniem, gdzie leży Mount Everest. Ale w samym środku Europy dziennikarz szanującego się czasopisma może bez cienia wstydu zapytać o Słowenię, bo większość czytelników nie ma pojęcia ani gdzie leży ten kraj, ani tym bardziej jego stolica Lublana.
Nagle Weronika odkryła sposób na spędzenie czasu, który jej pozostał. Minęło już dziesięć minut, a ona wciąż nie czuła żadnych niepokojących objawów. Ostatnim dziełem jej życia będzie list do redakcji tego czasopisma, wyjaśniający, że Słowenia jest jednym z pięciu krajów, które powstały na skutek rozpadu dawnej Jugosławii. To będzie jej list pożegnalny, choć nie wyjawi w nim prawdziwych przyczyn swojego samobójstwa.
Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wniosku, że odebrała sobie życie, bo w jakiejś gazecie nie wiedzieli, gdzie leży jej kraj. Roześmiała się, bo oczyma wyobraźni ujrzała już w prasie artykuły na temat jej śmierci za narodową sprawę. Zdumiało ją, jak szybko i diametralnie zmieniła zdanie, bo przecież jeszcze przed chwilą myślała, że wcale nie obchodzi jej ten świat i jego geopolityczne problemy. Napisała list. W przypływie dobrego humoru niemal postawiła pod znakiem zapytania konieczność swojej śmierci, ale połknęła już tabletki i było za późno, by się wycofać.
Nie zabijała się dlatego, że była wiecznie smutna, zgorzkniała czy przygnębiona. Często popołudniami z przyjemnością spacerowała ulicami Lublany lub obserwowała z klasztornego okna swego pokoju płatki śniegu spadające na mały plac, na którym stał pomnik poety. Pewnego razu przez miesiąc bujała w obłokach, bo właśnie na tym placu jakiś nieznajomy podarował jej bukiet kwiatów.
Uważała się za osobę całkowicie normalną. A samobójstwo popełniała z dwóch prostych powodów. Była pewna, że gdyby objaśniła w liście pożegnalnym te powody, wielu ludzi przyznałoby jej rację.
Po pierwsze, jej życie było monotonne. Jej młodość szybko przeminie i powoli stanie się zgorzkniałą, schorowaną staruszką. Wtedy opuszczą ją przyjaciele. Nie ma co kurczowo trzymać się życia, które może przynieść tylko cierpienia.
Po drugie, czytała gazety i oglądała telewizję, śledziła na bieżąco wydarzenia na świecie. Wszystko było okropne, a ona nie mogła temu zaradzić i czuła się całkowicie bezsilna i bezużyteczna.
Teraz, za chwilę zazna ostatecznego, śmierci. Po niej nastąpi coś absolutnie innego. Skończyła pisać swój list i skupiła się na sprawach istotniejszych i bardziej przystających do chwili, którą właśnie żyła, czy też raczej w której umierała.
Starała się wyobrazić sobie śmierć, ale na próżno. Zresztą nie musiała się nią kłopotać, doświadczy jej niebawem. Za ile minut? Nie miała pojęcia. Cieszyło ją, że już wkrótce pozna odpowiedź na pytanie, które stawiali sobie wszyscy: czy Bóg istnieje?
W przeciwieństwie do wielu ludzi nie był to dla niej ważny dylemat. Za czasów komunizmu głoszono, że życie kończy się wraz ze śmiercią, więc przywykła do tej myśli. Jednak ludzie z pokolenia jej rodziców i dziadków wciąż chodzili do kościoła, odbywali pielgrzymki, modlili się i żyli w świętym przekonaniu, że Bóg przykłada wagę do ich słów.
W wieku dwudziestu czterech lat, przeżywszy to, co było jej dane przeżyć – a było tego sporo! – Weronika była niemal pewna, że wszystko skończy się wraz ze śmiercią. Dlatego wybrała samobójstwo – nareszcie uwolnienie i wieczna niepamięć.
Jednak w głębi serca kołatała się jeszcze wątpliwość: a jeśli Bóg istnieje? Tysiące lat cywilizacji uczyniło z samobójstwa tabu, obrazę wszelkich religijnych przykazań. Człowiek walczy, by przetrwać, a nie po to, by się poddać. Ludzie powinni się mnożyć. Społeczeństwu potrzeba rąk do pracy. Kobieta i mężczyzna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre i złe, nawet kiedy ich miłość już wygasła. Państwu potrzebni są żołnierze, politycy i artyści. Myślała tak: „Jeśli Bóg istnieje – w co szczerze wątpię – zrozumie, że istnieją granice ludzkiej wytrzymałości. To On stworzył cały ten nieład, gdzie panuje nędza, niesprawiedliwość, chciwość, samotność. Jego zamiary były wprawdzie wspaniałe, ale rezultaty okazały się opłakane. Jeśli Bóg istnieje, będzie zapewne wspaniałomyślny wobec istot, które zechciały prędzej opuścić ten padół, a może nawet przeprosi za to, że zmusił nas do odbycia ziemskiej wędrówki”.
Precz z tabu! Precz z przesądami! Jej głęboko wierząca matka mawiała, że Bóg zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A zatem powołał ją na ten świat w pełni świadom, że ona pewnego dnia odbierze sobie życie, i Jego ten czyn nie zaszokuje.
Poczuła mdłości, które szybko zaczęły nasilać. Po paru minutach nie potrafiła już się skupić na widoku z okna. Była zima, około czwartej po południu, słońce już zachodziło. Dla innych życie będzie toczyć się dalej. Właśnie jakiś chłopak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie przyszło, że ona umiera. Grupa boliwijskich muzyków (gdzie leży Boliwia? Dlaczego artykuły w gazetach nie zaczynają się od takiego pytania?) grała przed pomnikiem France Prešerena, wielkiego słoweńskiego poety, który odcisnął swój ślad w duszy jej narodu.
Czy uda jej się wysłuchać do końca melodii dochodzącej z placu? Byłoby to piękne pożegnanie z życiem – zapadający zmierzch, melodia niosąca marzenia z drugiego krańca świata, przytulny i ciepły pokój, piękny i pełen życia chłopak, który właśnie zatrzymał się i na nią patrzył. Środki nasenne zaczęły działać. Ten przechodzień był ostatnim człowiekiem, jakiego widzi.
Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech – nie miała nic do stracenia. Pomachał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwalał sobie na zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.
Weronika poczuła się szczęśliwa, że znów kogoś oczarowała. Ale przecież nie z powodu braku miłości targnęła się na swoje życie, nie z braku czułości w rodzinie, nie przez kłopoty finansowe czy nieuleczalną chorobę.
Weronika umierała pięknego popołudnia w Lublanie, w takt boliwijskiej muzyki dochodzącej z placu, patrząc na młodego człowieka przechodzącego pod jej oknem. Cieszyła się tym, co widziała i słyszała. A jeszcze bardziej tym, że nie będzie musiała uczestniczyć w takim samym spektaklu przez kolejnych trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat – bo stałby się tragedią jej życia, tragedią, w której wszystko się powtarza, a każdy dzień podobny jest do poprzedniego.
Żołądek zaczął już podchodzić jej do gardła i poczuła się bardzo źle. „To dziwne, sądziłam, że po takiej dawce zasnę natychmiast”. A tymczasem szumiało jej w uszach i zbierało się na wymioty.
„Jeśli zwymiotuję, nie umrę”.
Postanowiła zapomnieć o mdłościach. Usiłowała skupić uwagę na szybko zapadającej nocy, na Boliwijczykach, na ludziach, którzy zamykali swoje sklepy i odchodzili do swoich spraw. Szum w uszach stawał się coraz bardziej nieznośny i Weronika po raz pierwszy od chwili zażycia proszków poczuła strach, przeraźliwy strach przed nieznanym.
Ale trwało to tylko krótką chwilę, bo zaraz potem straciła przytomność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Weronika postanawia umrzeć to druga część trylogii Zaś siódmego dnia…, którą otwiera powieść Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam, a zamyka Demon i panna Prym. Wszystkie trzy powieści relacjonują wydarzenia, jakie rozgrywają się w ciągu jednego tygodnia w życiu zwykłych ludzi, którzy nagle stają w obliczu miłości, śmierci i władzy. Zawsze wierzyłem, że najgłębsze zmiany w życiu każdej istoty ludzkiej, tak jak w całym społeczeństwie, zachodzą w bardzo krótkim czasie. Kiedy najmniej się tego spodziewamy, życie stawia przed nami wyzwanie i poddaje próbie naszą odwagę, naszą chęć do zmiany. W takiej chwili nie ma sensu udawać, że nic się nie stało, ani mówić, że nie jesteśmy jeszcze gotowi. Wyzwanie nie będzie czekać. Życie nie ogląda się za siebie. Jeden tydzień wystarczy, żeby wybrać swoją własną ścieżkę i podjąć decyzję – czy godzimy się na nasz los, czy nie.
PAULO COELHO
