Wędrowiec - Barbara Smal - ebook + książka

Wędrowiec ebook

Barbara Smal

0,0

Opis

Wędrowiec zaprasza nas do wędrówki po mieście. Mieście, które zna doskonale. Tu się urodził i tu wychował. Tu przeżył również rodzinną traumę i wyruszył na ulice. Nie jest jednak typowym bezdomnym. Mówi o sobie "filozof", ponieważ ma skłonność do refleksji nad wszystkim co widzi i zapamiętuje. Spotyka wielu różnych ludzi, których uważnie obserwuje. To właśnie oni będą mieli ogromny wpływ na jego wewnętrzną przemianę, na jego "obudzenie serca".

Jaki jest otaczający nas świat? Zazwyczaj patrzymy na niego z perspektywy miejsca, w którym się znajdujemy. Wędrowiec jest w wielu miejscach, ma wiele perspektyw. Obserwuje i analizuje.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Barbara Smal

WĘDROWIEC

Wydawnictwo WAM

Kraków 2014

© Wydawnictwo WAM, 2014

Redakcja: Zofia Palowska

Korekta: Dariusz Godoś

Projekt okładki: Andrzej Sochacki

zdjęcie na okładce: © depositphotos

Przygotowanie ebooka: Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0246-3

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Można nawet samemu iść,

światła nie utracić,

tych, których w drodze spotkamy,

serce weźmie z nami.

Grzegorz Szymczak, Droga światła

• 1 •

Szedł pustym chodnikiem. Wysokie uliczne lampy rozpraszały mrok zimowego wieczoru, rzucając jednocześnie swoje długie cienie. Było zimno. Majestatyczne drzewa, nieporuszane przez najlżejszy nawet podmuch wiatru, stały nieruchomo na zasypanych śniegiem trawnikach. Ich gałęzie oplatała cieniutka warstewka szronu. W dziwnej jak na miasto ciszy każdy dźwięk stawał się nieproszonym gościem – przeszkadzał.

Szedł szybko. A przynajmniej starał się iść najszybciej jak mógł. Śnieg miarowo skrzypiał, wgryziony w podeszwy jego starych butów. Trochę nimi szurał, bo ciężko mu je było podnosić. Starość nie radość. Starość to trud godnego przetrwania jeszcze jednego dnia, kolejnych godzin.

Zamruczał pod nosem szyderczo, jakim to stał się filozofem. Stary głupiec. Tylko to mu zostało z ostrego niegdyś umysłu – ironia.

Człapał wytrwale pomimo niewesołych myśli. Musiał iść. Ruch rozgrzewał, a było naprawdę zimno. Dobrze, że chociaż chodnik był odśnieżony. Porządna dzielnica. Nie to co u niego, gdzie musiał się przekopywać przez śnieżną breję przez całą zimę. Nikt tam nie dbał o buty przechodniów. Po prawdzie to nie było o co dbać. Prawie wszyscy nosili stare i byle jakie obuwie. Ani ładne, ani ciepłe. Nie to co zapewne tutaj.

Poruszył zmarzniętymi palcami stóp. Nie pomogło. Przystanął i przytupnął. Jakby lepiej. To jeszcze raz. Drobił w miejscu, kłapiąc buciorami o ziemię, jakby tańczył. Zachichotał. Znów się odezwał filozof, pomyślał. Zaburczało mu w brzuchu. Przełknął ślinę. Zjadłby coś.

Zerknął w oświetlone okna dwupiętrowego budynku, obok którego stał. Modnie niezasłonięte dawały nieskrępowany wgląd do wnętrza mieszkań. Zadarł głowę wyżej, popatrując po kolei w każde.

To na drugim piętrze było bogato ozdobione świątecznymi dekoracjami. Na parapecie jarzyły się lampki w kształcie świec, a obok pysznił się, zawieszony na tle szyby, zielony wieniec z wielką czerwoną kokardą i kolorowymi bombkami. Raz, dwa, trzy... osiem. Naliczył na nim osiem bombek. A każda w innym kolorze. Bogato. No i żyrandol zwisający z sufitu też miał jakieś kolorowe ozdoby. Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. Nie, to nie ozdoby. Tylko takie kolorowe szkiełka jak w witrażu. Wydumane, ale nawet ładne.

Patrzył, jak po ścianach pokoju przesuwają się cienie ludzi. Krążyli wokół stołu. Pewnie dopiero szykują kolację, przemknęło mu przez myśl. Przełknął ślinę. I pewnie nawet nie mają tego tradycyjnego dodatkowego nakrycia. Nie tacy to ludzie. U nich Wigilia wygląda inaczej, nowocześnie.

Przeniósł wzrok piętro niżej. Tam panował niebieski półmrok i nie było widać cieni ludzi, ale choinka, stojąca na tle balkonowych drzwi, była oświetlona mnóstwem migających światełek. Aż zamrugał, bo od patrzenia na to migotanie zabolały go oczy. Odwrócił wzrok.

A z kolei na dole, na parterze, w oknach były firanki. Takie pieniste, białe, ale upięte jakoś tak fikuśnie, że można było zobaczyć kawałek pokoju.

Wyciągnął szyję, żeby lepiej widzieć. O, kwiaty. Fikus i paprocie. Muszą być dobrzy ludzie, skoro są kwiaty. Mają czas o nie dbać. I choinka taka ładna. Duża aż pod sufit i kolorowa, a nie tylko elegancko dwubarwna. A na czubku – gwiazda. Złota. Pokiwał głową z uznaniem. Podobała mu się.

Popatrzył głębiej. Sporo ludzi siedzi przy stole. Śmieją się, rozmawiają. W tle miga telewizor. Przytulnie.

Znów mu zaburczało w brzuchu, więc przeniósł wzrok na kolejne okno. O! Tu bez zasłon i pokój cały na biało. A meble czarne. Półki pełne książek. Na ścianach fotografie. Też czarno-białe. Ale lampy piękne – srebrne, błyszczące. Eleganckie. Choinki nie widać. Lampek też nie. Może nie uznają świąt.

Pokiwał głową. Taki czas, że i tak bywa, ale też oglądają telewizję, bo widać ekran. Duży. Przymrużył oczy, żeby rozpoznać, co pokazują. Film chyba jakiś.

Zarejestrował kątem oka ruch i szybko popatrzył w tamtą stronę. Ktoś otworzył drzwi balkonowe na skos na drugim piętrze, ale tam akurat były zasłony, więc zdołał jedynie dostrzec rękę, która sięgała po coś stojącego na balkonie i zabrała to coś do środka. Drzwi się zatrzasnęły.

Pewnie garnek z bigosem stał na zewnątrz, pomyślał. Mróz, to można wystawić jedzenie na zewnątrz i się nie zepsuje. Przełknął ślinę. Bigos dobra rzecz. Kiwnął głową jakby na potwierdzenie swoich myśli, a potem zatupał w miejscu, bo od tego patrzenia w okna zapomniał, że nie powinien stać nieruchomo, i nogi znów mu zmarzły. Poruszył palcami stóp. Nie ma wyjścia. Trzeba iść. Rozgrzeje się w drodze.

Z ociąganiem ruszył z miejsca porządnie odśnieżonym chodnikiem. Szedł coraz szybciej. Patrzył pod nogi na czubki swoich butów. Ręce wcisnął głęboko do kieszeni płaszcza. Pociągnął głośno nosem, a potem jeszcze raz, bo mu od tego zimna zrobiło się w nim mokro. Zmrużył oczy i wcisnął brodę w postawiony kołnierz. Szedł, szurając głośno po płytkach chodnika.

• 2 •

Na rogu ulicy przystanął na chwilę. Rozejrzał się. Zapędził się dzisiaj daleko. To z powodu zimna. Tylko szybki marsz pomagał o nim zapomnieć. No to szedł.

Mijał ciche, jak zamarłe w oczekiwaniu, domy i stojące na poboczu ulicy samochody, uśpione pod śniegowymi poduchami. Na zewnątrz żywego ducha. Tylko on się tłucze po świecie nie wiedzieć czemu. A mógłby siedzieć teraz w cieple wśród gromady innych popaprańców, którym się życie poślizgnęło. Byłby wśród swoich. Znajomków od życiowych zakrętów.

Fuknął zniecierpliwiony, bo go zaczęło drażnić własne mędrkowanie. Zamknąłby się i nie strzępił umysłu po próżnicy. Niechby sobie odetchnął, chociaż w tę jedną noc w roku. Taką wyjątkową, tajemniczą i inną od wszystkich pozostałych.

Bóg zarządził na świecie ciszę w dzień swojego narodzenia i świat posłusznie ucichł. Tylko jeden stary dureń nie umie zamilknąć. Myśli mu się rozgadały i plotą, co im się nawinie. Bez ładu i składu. Tyle z tego dobrego, że gnany wściekłością na samego siebie rozgrzał się i już nie czuje zimna.

Zerknął spod oka na mijaną okolicę. Ciemno, biało, szklisto. Świat jak w misternych koronkach. Jak panna młoda wyszykowana na swoje wesele. Cudnie.

Lubił zimę. Nic mu w niej nie przeszkadzało. Ani śnieg, ani mróz, ani szybko zapadające ciemności nie budziły w nim irytacji. Już nie. Za długo żył, żeby coś takiego wyprowadzało go z równowagi.

Szkoda życia na zajmowanie się czymś, czego nie da się zmienić, na co nie ma się wpływu. Jak coś przychodzi, to trzeba się temu poddać. Natura dawno to odkryła. Drzewa bez szemrania uginają się pod naporem silnego wiatru, by nie pozwolić się złamać. I chociaż to wiatr sądzi, że jest mocniejszy, bo sprawia, że jest, jak on chce, to prawda jest inna. Milcząca pokornie drzewina, niby to poddając się woli silniejszego, i tak osiąga swoje. Udaje przed wichrem, że zwyciężył, by nie drażnić go swoją siłą.

Silniejszy jest nie ten, kto umie walnąć pięścią w stół, aż wszystko podskoczy zgodnie z jego pragnieniem, ale ten, kto przetrwa to walnięcie. No i co z tego, że podskoczy? Ktoś, dla kogo najważniejsze jest mieć władzę, i tak nie dostrzeże nic więcej. Skupia się na tym, co chce widzieć, i ślepnie na całą resztę.

Biedak, myślał ze współczuciem, bo zawsze żal mu było przegranych, wszystko jedno, czy o tym wiedzieli, czy nie. Współczuł ludziom, którzy nie umieli się wyplątać sami z siebie. I tkwili jak w sieci. Każdy ruch wikłał ich coraz bardziej. Nie wpadli na to, że trzeba sieć przeciąć. Nie ma innej drogi jak przez ból, tylko taka daje wolność. Życie boli, co robić?

Pociągnął znów nosem i schował głowę w ramiona. Zgarbił się jeszcze bardziej i pędził, jakby go kto gonił. Nie mógłby usiedzieć na miejscu w taką noc. Jeśli ktoś czegoś szuka, nie może stać i tylko czekać. Musi coś robić, nawet jeśli nie wie co.

A ciepełko od pieca i ludzkich serc może usypiać. Nie że jest w tym coś złego. Nie. Dla każdego co innego jest dobre. Jego by uśpiło, otępiło. Zgnuśniałby od wygody i siedzenia w jakimś przytulnym kącie.

Życie jest trudem, zmaganiem, walką. Trzeba się brać z nim za bary i mocować. Niekoniecznie prać po gębie, bo to ostateczność, ale siłować się i nie dać sobie dać w mordę. On się siłował, odkąd pamięta. I chociaż według wielu jego życie było przegrane, on tak nie uważał. Nie został na nie skazany. Wybrał. A każdy wybór mówi o wolności tego, kto go dokonał.

Przypomniał sobie, jak niedawno ktoś mu opowiedział o jakimś facecie w Stanach, który zwiał z dużego miasta i osiadł gdzieś na odludziu. Żyje tam od lat i jest szczęśliwy, bo tego zawsze chciał. Odszukał w sobie to chcenie prawdziwe i poszedł w kierunku, jaki mu wskazało.

Wtedy, jak usłyszał tę opowiastkę, zaraz pomyślał o sobie. Z nim też tak jest. Żyje, jak chce. A że to w poprzek tego, czym żyje większość, to tę większość dziwi. Tylko nieliczni są w stanie przyznać każdemu prawo do bycia sobą. Trzeba na to dużej klasy. Pokiwał głową. Takich jest mało, ale są.

Przypomniał mu się ten młody zakonnik, który go kiedyś zagadnął na ulicy. Miał chłopak mądre oczy. I tak spokojnie nimi patrzył. A widać było, że chłop z niego na schwał, a nie jakiś maminsynek.

Pogadali sobie jakiś czas, rękę uścisnęli na koniec i rozstali się w poczuciu z sensem spożytkowanego czasu. Bo jak się rozmawia, ale tak naprawdę, a nie tylko paple, aby paplać, to zawsze ma sens. Bo jest spotkaniem. Zderzeniem atomów jednego rozumu z drugim. Takie bum!, które świadczy o wielkości człowieka, zdolnego wznieść się ponad przyziemność. Daje satysfakcję.

Albo ta kobieta, której pomógł wypchnąć samochód z zaspy. Też sobie potem chwilę pogadali. Też mądra babka z niej była. Widać, że sporo w życiu przeszła i wie, co jest warte uwagi, a co jedynie się takie wydaje.

Tacy ludzie są tylko schowani wśród tłumu zwykłych wchłaniaczy i mało ich widać, ale jak ktoś uważnie patrzy, to nie przegapi takiego klejnotu. Prawdziwe ludzkie piękno zawsze znajdzie drogę, by się objawić.

Ot, jak dzisiaj. Maleńka dziecina, a ile narozrabiała na świecie i nie sposób tego zapomnieć. I przyciąga do siebie pokolenie po pokoleniu od wieków.

Znów furknął nosem. Niezbyt elegancko, ale to przez ten mróz nie chciało mu się wyjmować rąk z kieszeni i majstrować przy twarzy chusteczką. Stary leniuch, ofuknął się w duchu, ale nie pomogło. Pociągnął nosem jeszcze raz – ostentacyjnie, żeby samemu sobie pokazać, że robi, co chce. No, i już lepiej.

Zatrzymał się. Rozejrzał. Znał to miejsce. Zadbane, czyste, spokojne. Lubił tu przychodzić latem, bo było zielono – tyle tu rosło drzew i krzewów. I trawniki były przystrzyżone zawsze na czas. A ludzi na chodnikach mało, bo większość jeździła samochodami, więc nie musiał się pilnować, żeby nie drażnić ich swoim widokiem.

Nie chciał sprawiać ludziom przykrości, a już dawno temu się przekonał, że to, jak wygląda, budzi w bogatych smutek. Czasem też gniew, ale rzadziej. Częściej smutek. Współczuli mu jego życia, biedy. Woleli o tym nie wiedzieć, a tu się taki pcha im przed oczy i wytyka palcami ich pełne błogości samozadowolenie i dumę z tego, co mają.

Nie robił tego specjalnie, ale wiedział, że i tak wytyka. Nie raniło go ich współczucie ani złość. Nie. Nie chciał tylko, by źle się z jego powodu czuli. Tacy mili ludzie. Uprzejmi, cisi, grzeczni. Ładnie ubrani i pachnący. Mieli zazwyczaj fantastyczne buty.

Miał fioła na punkcie butów. Uważał, że wiele mówią o właścicielu, o jego upodobaniach i charakterze. Naoglądał się butów przez całe życie i wiedział, że w swoich ocenach się nie myli. Buty to podstawa. I dosłownie, i w przenośni.

Zerknął w niebo. Ciekawe, która godzina. Pewnie jeszcze czas, zawyrokował i energicznie ruszył przed siebie.

• 3 •

Mimo szybkiego marszu czuł, jak przenika go chłód. Myśli mu więc uciekały, sięgając daleko wstecz. Do ciepła i słońca. Do dni, kiedy palce w butach i dłonie w kieszeniach nie marzły, bo nie miały powodu.

Tak po prawdzie, nie miał nic przeciwko zimnu. Czasem tylko bywało trochę dokuczliwe. Wtedy trzeba było mu uciec. I teraz nastała na to pora.

Wspomniał więc pewien dzień, zaraz na początku lata, a może pod koniec wiosny. Ciepły, słoneczny i pachnący. W powietrzu unosił się uliczny kurz. Czuło się spaliny samochodów, opary lekko roztopionego asfaltu, zapach kwitnących kwiatów i to coś.

Jakieś nieokreślone coś, co sprawia, że masz w sobie radość. Tak niby bez przyczyny. Jednak już dawno temu odkrył, że to właśnie zapachy budzą emocje. Są takie, które denerwują. Człowiek chodzi wkurzony, choć nie wie dlaczego. Do głowy mu nie przyjdzie, że to z powodu zapachu. Są też takie, które niosą przygnębienie i zniechęcenie. Dołują i działają depresyjnie. Od jednych i drugich trzeba się trzymać z daleka.

Na szczęście istnieją także zapachy radości i spokoju. Jak się je wciągnie nosem, to od razu jest lepiej, choć też nie wiadomo dlaczego. Z nimi w dodatku jest tak, że dla każdego coś innego. Trzeba na własny użytek odkryć, który zapach drażni, a który na odwrót – uspokaja.

Taki jaśmin na przykład, jednych aż od niego dusi, a inni mogliby go wdychać zamiast posiłku, żeby się nasycić. Tak to jest.

A wtedy, w ten ciepły dzień, pachniało dla niego radością. I nadzieją. Szedł sobie wówczas wzdłuż rzeki i miał w sobie czekanie. Czuł je bardzo wyraźnie. Wiedział dzięki niemu, że coś się wydarzy. Coś dobrego, bo to było takie spokojne, ufne czekanie.

No to sobie człapał powoli nadrzecznym bulwarem i rozglądał się w poszukiwaniu tego, co miało go spotkać. Doszedł tak aż do miejsca, gdzie się chodnik kończył, więc musiał odejść w bok. I był odrobinę zawiedziony, bo przecież nie tak to miało być, ale mus to mus. Dziwne było, że wciąż miał w sobie radosne czekanie. Tylko trochę mu się nie podobało, że się nie doczekał tego czegoś nad rzeką, bo wolałby tam.

A życie, jak to ono, zgotowało mu niespodziankę o wiele dalej. W środku rozgrzanego od słońca miasta. Kiedy dotarł do niedużego placu otoczonego przez dwupiętrowe kamienice, poczuł zmęczenie. Usiadł więc sobie na ławce, w cieniu rzucanym przez wysoką ścianę.

Miło mu się zrobiło i przytulnie. Jak w domu, chociaż nie wiedział dlaczego, bo przecież to nie był jego dom. Siedział więc i patrzył, żeby zrozumieć, o co chodzi.

Miejsce było jak wiele podobnych. Nic specjalnego. Klomb na środku, wokół domy, jakieś drzewo, dwie ławki. Ludzi mało, ale trochę ich jednak szło to w tę, to w drugą stronę. Obserwował ich.

Minął go jakiś mężczyzna z psem. Widok, chociaż przecież zwykły, był śmieszny, bo wszystko wskazywało na to, że to raczej energiczny terier wyprowadził swego pana na spacer, a nie na odwrót. Potem przeszła para młodych ludzi, trzymających się za ręce. Aż miło się robiło na ich widok, tacy byli piękni i zakochani. Za nimi szedł szybkim krokiem wysoki chłopak – nastolatek w opuszczonych nisko na biodrach spodniach i znoszonych trampkach. Kiwał się z boku na bok, jakby w rytm słyszanej w zatkanych słuchawkami uszach muzyki. Potem naprzeciw niego na odległym krańcu placyku pojawiła się starsza kobieta. Szła powoli. Wyglądało, jakby z trudem stawiała każdy krok. A z drugiej strony nadchodziła, energicznie stukając obcasami eleganckich butów i ciągnąc za sobą smugę zapachu ekskluzywnych perfum, dama cała w czerwieni i złocie. Piękna była, jakby świetlista. I taka niedostępna. Nie z tego świata.

Duże pieniądze, zawyrokował, patrząc na nią. W polu jego widzenia pojawiło się jeszcze parę osób. To przecież nie było odludne miejsce.

Patrzył na wszystko spokojnie, gdy nagle stara kobieta zachwiała się, zrobiła jeszcze jeden niepewny krok, a potem powoli, bardzo powoli zaczęła osuwać się na chodnik.

Zaskoczony zamarł, niezdolny się poruszyć. Mógł jedynie patrzeć, więc widział, jak świetlista czerwono-złota biegnie i chwyta osuwającą się staruszkę, a potem, uginając się pod ciężarem jej bezwładnego ciała, ostrożnie kładzie ją, ciągle trzymając w swoich ramionach. Widok był niezwykły. Jak pieta, skojarzyło mu się, gdy w końcu się ocknął i biegł ratować.

A kiedy dobiegł, zobaczył, że trwa już chaotyczna akcja ratownicza, bo wcześniej dobiegli inni. Ktoś z telefonem przy uchu zdenerwowanym głosem starał się wytłumaczyć, gdzie się znajdują. Inny pochylał się, podając butelkę z wodą. Ktoś trzymał chorą za rękę, ktoś podtrzymywał jej głowę. A ona, z bladą, zlaną potem twarzą i strachem w szeroko otwartych oczach, z trudem chwytała powietrze, ale widać było, że już dochodzi do siebie.

Odetchnął więc z ulgą, rozejrzał i chciał się wycofać niepotrzebny, gdy spojrzał przypadkiem i uderzył go wyraz oczu świetlistej.

Nigdy wcześniej nie widział, i być może już nigdy w życiu nie ujrzy, takiego ogromu ciepła i czułości, jaki zobaczył. Ocean miłości. Szeptała jakieś ciche słowa z delikatnym uśmiechem na ustach. Miała kojący głos. Zwracała się do staruszki „pani”, nie była więc jej krewną, a mimo to…

Osłupiał.

A nie wyglądała. Zupełnie nie wyglądała na kogoś takiego. Pachniała, lśniła, roztaczała wokół siebie aurę bogactwa. Zupełnie nie przypuszczał, że także wewnętrznego.

I ogarnęła go radość. Zrozumiał, że dane mu było zobaczyć to coś. Czyste ludzkie piękno, które nie wstydziło się tego, że istnieje. Z uśmiechem odchodził z tego miejsca, czując, jakby mu ubywało lat.

Teraz też się do siebie uśmiechnął na to wspomnienie. Jego ciepło ogrzało go i rozpaliło iskierki w oczach, gdy szedł szybko przed siebie w ten zimny, ciemny, wigilijny wieczór. A wówczas zawrócił w stronę rzeki. Poszedł tam, by powiedzieć jej, że nie na darmo obdarzyła go czekaniem. Spełniło się i było warte czasu, jaki mu poświęcił.

Czekanie jest zawsze drogą. Prowadzi do czegoś albo kogoś. Warto mu się poddać wbrew wyrywającej się z głębi niecierpliwości. Wbrew wszystkiemu. Warto iść.

• 4 •

Tę noc znów przekimał na podłodze w schronisku. Dotarł tam późno, bo więcej niż godzinę po północy, ale go wpuścili. Nawet nie zarobił ani jednego niepochlebnego komentarza.

Taka noc. Jedyna w roku, myślał, moszcząc się w kącie pomieszczenia wypełnionego chrapaniem i posapywaniem śpiących mężczyzn.

Zamknął oczy i usiłował szybko zasnąć, bo chciał, aby już było rano, żeby mógł pójść i zobaczyć tę żywą szopkę, o której mówił ksiądz na pasterce.

Przywołał wspomnienia. Pod zamkniętymi powiekami pojawiły się obrazy rozświetlonej ciepłym blaskiem i wypełnionej po brzegi ludźmi świątyni. Piękna była. Skusiła go tym, że była taka duża. Wchłaniała bez oporów wszystkich, którzy do niej wchodzili.

Odczekał, żeby trafić akurat na sam początek, i wślizgnął się niezauważony. Stał na końcu, w cieniu chóru, przy grubym filarze, o który mógł się oprzeć. Ten filar zasłaniał go od powiewów lodowatego powietrza, które ciągnęło od drzwi, i od ciekawskich spojrzeń ludzi.

Stał sobie cicho i nie ruszał się. Wiedział, że wtedy staje się niewidoczny, a nie chciał kłuć w oczy swoim wyglądem. Zwłaszcza w taki dzień. Noc, poprawił się. W taką noc jak ta.

„Cicha noc, święta noc…”, rozbrzmiewały słowa kolędy, a on potakiwał w duchu, bo zgadzał się z każdym słowem. To prawda. Taka jest.

Ciszę usłyszał po drodze, jak tu szedł. A właściwie jak przystanął niedaleko, żeby zobaczyć, gdzie to się zapędził. Zatrzymał się i usłyszał ją. Wcale nie dzwoniła mu w uszach. To jakieś brednie, że dzwoni. Nic nie dzwoni. Otacza. Otula. I wchłania. Wciąga w siebie.

Wtedy zamknął oczy i pozwolił jej na to. Z zamkniętymi nie bał się, że mu ucieknie. Bo jak się patrzy, to czasem coś skusi i pstryk – cisza znika. Płochliwa jest. Jak łania. Albo kobieta, uśmiechnął się do siebie pod wąsem.

Załaskotały go w usta dawno nieprzycinane włoski. Będzie musiał o to zadbać, bo jeszcze trochę, a będą mu się moczyć w zupie, a to nieładny widok. No i brodę też trzeba skrócić. Nie może wyglądać niechlujnie.

Napatrzył się na takich, dla których to było bez znaczenia. Wyglądali jak dziady. Jemu to przeszkadzało. Człowiek to nie zwierzę. Nie może mieć kudłów i pazurów.

Chwilę łapał myśli, bo miał wrażenie, że poszły w bok i coś mu umknęło. A! Cisza. No tak. Było, jakby kto makiem zasiał. Ani szeptu, ani szelestu nawet. Jakby świat zamarł. Jakby czekał. Może i czekał.

No, to się doczekał. Bo On narodził się jak co roku. Nie zawiódł i tym razem. Przyszedł w tej ciszy i uczynił ją świętą. Bo tę świętość poczuło się tam, w tym rozjarzonym blaskiem kościele.

Pojawiła się uroczysta, pełna godności. Wniosła ze sobą pokój i niezwykłość. Chwila czysta jak kryształ, nieskalana codziennością. I nie wystraszyło jej nawet to, że nikt z tych okutanych po uszy ludzi jej się nie spodziewał, może i nie oczekiwał.

Śpiewali wszyscy gromko, ale jakoś tak tylko ustami. Oczy im nie śpiewały. A oczy są zwierciadłem duszy. Dusze im milczały. Przynajmniej tym, których widział. No, może to dlatego, że stał na końcu, a tam zazwyczaj zbierali się tacy niecodzienni. Nie żeby zaraz tacy jak on, chociaż to nigdy nic nie wiadomo, ale widać było, że nieoswojeni. Z miejscem i ze sobą w nim.

Nie było im pewnie po drodze, dumał, bo sen ciągle nie nadchodził. Czasem ludziom coś jest nie po drodze. I jak ktoś to rozumie, to znaczy, że jest prawdziwym człowiekiem. Bo tacy, co to mają pretensje, to od razu widać, że mało przeżyli.

Poznawał takich z daleka. Mędrków poprawiających świat, mających receptę dla wszystkich. Taki przepis na życie. Problem w tym, że mają jeden dla każdego, a ludzie są różni. I jak kto tego nie wie, to znak, że dalej swojego nosa nigdy się nie wybrał. Nie pooglądał świata, nigdy go nie widział naprawdę, tylko ma złudzenia i nimi żyje. Tacy są najgorsi, ale co mu tam. Jak siedział cicho i nie pchał im się przed oczy, to miał spokój. Zresztą, żal mu ich było. Szkoda żyć, kiedy się naprawdę nie żyje, ale oni o tym nawet nie wiedzą.

Westchnął cicho. Ale go wzięło na filozofię. To przez tę noc. Jedyna taka. Robi coś takiego z ludźmi tą ciszą i świętością, że jednym brak słów, a inni produkują je w nadmiarze. Trzeba mieć skórę nosorożca, żeby tego nie czuć. Poprawił się na cienkim materacu, bo mu było trochę niewygodnie. Nie żeby twardo, bo to mu nie przeszkadzało, ale miał mało miejsca.

Sporo ludzi dzisiaj tu ściągnęło. Opowiadali, że wieczorem przywieźli im gorący barszcz i pierogi z kapustą. I że nawet śledzie mieli, chociaż nie za dużo i musieli się pilnować, żeby dla wszystkich starczyło. No i był opłatek, to się podzielili, a niektórzy nawet popłakali.

W taki czas łatwo tęskno się robi. Dusza krwawi. A nie wolno się znieczulić, bo pilnują jedni drugich, żeby burdy nie było. Jak tam który za bardzo sobie golnie, to go się w kąt odciągnie i każe spać, żeby innych nie gorszyć. Bóg pijaków nie lubi, to ludzie muszą się pilnować, żeby Mu przykrości nie sprawić w dzień Jego urodzin.

Ostrożnie przekręcił się na drugi bok. Dłonie wcisnął pod pachy, bo mu zmarzły, i znów zamknął oczy. Jak przyszedł, to o nic go nie pytali. Wiedzieli, że z pasterki wraca. I zaraz się kąt dla niego znalazł. Tu szanowali takich, co umieli samych siebie uszanować.

Znów westchnął, ale cicho, żeby nie przeszkadzać innym w spaniu. Dłonie już się rozgrzewały i poczuł, że i jego zaczyna morzyć sen. Myśli się mąciły przyjemnie, błądziły, zataczały jak pijane.

Jeszcze tylko na koniec wróciło wspomnienie tej ciszy. Mocny gość z tego Boga, skoro ciszę zarządził w noc Swego urodzenia i Mu się to udało. Uśmiechnął się leciutko. Niby mały, a taki wielki.

• 5 •

Szopka była piękna. Obszerna, solidnie zrobiona, zabudowana z trzech stron, a z przodu otwarta, żeby można było podziwiać. Pachniała sianem i świeżym drewnem. I ciepłem. Czasem trochę zalatywało też zwierzęcymi odchodami, ale wszyscy zgodnie udawali, że tego nie czują.

Tłoczyli się przed ogrodzeniem, takim niskim płotkiem, wypychając małe dzieci przed siebie, żeby lepiej widziały. Sporo ludzi się tu zebrało mimo zimna. Nie było już tak lodowato jak dzień wcześniej, ale zima to zima.

Patrzył na tych wszystkich okutanych w niezliczone warstwy ubrań ludzi i cieszył się, że tak ich dużo. Przyszli utwierdzić się w tym, że On naprawdę się narodził.

Ludzie lubią mieć pewność co do ważnych spraw. Jak widzą, że jest żłóbek z leżącym w nim maluchem, to wiedzą, że nie wierzą w bujdę, bo ona nie przetrwałaby stuleci w niezmienionej formie. Szopka to pewnik. Jest co roku. Rzadko, bo rzadko, ale tylko potwierdza tym swoją ważność. Nie jest byle czym, bo nie jest codziennie.

Tylko codzienność jest zawsze taka sama. Dlatego wszyscy kochają święta. Czas wyjątkowy. Nigdy nie pojawia się z byle powodu. Swoim istnieniem mówi o ważności tego, co czci. Ludzie lubią święta. Dają im pewność, że nie na darmo drepczą dzień po dniu. Jak przychodzi czas świętowania, to wszyscy pojmują, że to dreptanie jest po to, by dotrwać do tej niezwykłości. Droga do nieba. A w niebie jest inaczej. Jak w tej szopce.

Stał z tyłu, na końcu całej podekscytowanej gromady, ale jak dobrze wyciągnął szyję, to wszystko mógł zobaczyć. Przyjrzał się uważnie.

Kilkuosobowa grupka, w strojach jak ze świętych obrazów, otaczała drewniany żłób, w którym leżało małe, białe zawiniątko. Wokół w donicach stały zielone drzewka. Pachniało od nich lasem i świeżością żywicy. Podłoga zasypana była trocinami. Po bokach stały zwierzęta. Osioł był najśmieszniejszy. Nisko opuścił łeb, smętnie kontemplując swoje przednie kopyta. Przynajmniej tak wyglądało, że się w nie wpatruje.

Dzieci pokazywały go sobie palcami i chichotały uszczęśliwione. A on mrugał powoli powiekami, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest na cenzurowanym. Pewnie sobie nie zdawał. Bydlątko to bydlątko. Chociaż one też czują, ale umieją tego nie pokazać i stąd ludzie w ich uczucia nie wierzą.

Przyglądał się osłu. Nie wyglądał na głupka. Z czego to się wzięło, że stał się symbolem braku rozumu? Biedak, myślał ze współczuciem. Ktoś go kiedyś złośliwie obsmarował i tak zostało. Przylgnęło do niego na wieki. Jakie to niesprawiedliwe. Przecież niezły z niego twardziel. Zachować klasę, gdy wszyscy się na ciebie gapią, nie jest łatwo. A on to potrafił. I budził przez to sympatię.

Owca miała mniejsze branie, ale to pewnie dlatego, że cała drżała – nie wiadomo, czy ze strachu czy z zimna – i za nic nie chciała wyjść z kąta, do którego wcisnęła kudłaty zad.

Niemedialna, zawyrokował, patrząc na nią ze współczuciem. Wepchnęli biedaczynę na scenę, to stoi, ale nie wie po co i dlaczego. I to ona wyglądała na niespełna rozumu. Trema ją sparaliżowała, uznał.

Korzystała z tego koza – gwiazda w swoim mniemaniu, bo ciągle pchała się naprzód. Potrząsała łbem, pewnie z nadzieją na to, że ktoś strzeli jej fotkę i puści w świat. Bez szans, stwierdził, za zimno. A i ona chyba to czuła, bo nieustannie coś żuła, jakby chciała się odstresować.

Przeniósł spojrzenie na ludzi. Stali nieruchomi, jak zaczarowani, posłusznie grając swoje role. Tylko Maryja czasem lekko zakołysała dłonią, żeby pokazać, że hołubi Dzieciątko.

Widział, że to nie było prawdziwe dziecko, ale nie miał tego nikomu za złe. Zresztą pewnie wszyscy to rozumieli. Niemowlakowi byłoby ciężko wytrzymać tak długi czas bez ruchu. No, chyba żeby spał, ale co by było, jakby się przebudził i zaczął płakać? Dorośli przywykli grać role, ale dzieci dopiero się tego muszą nauczyć. Trzeba dać im na to czas.

Spojrzał na zbite w kolorową gromadkę maluchy, które z zapartym tchem oglądały biblijną scenę. Tyle ruchliwych łebków. Ciekawskie toto, że aż strach.

Im mniejszy człowiek, tym większa w nim ciekawość, stwierdził autorytatywnie. Bo potem to już ma się przekonanie, że się pozjadało wszystkie rozumy i wszystko się wie. To nie dziwota, że świat przestaje ciekawić.

Może to jest właśnie starość, przyszło mu nagle do głowy. Bo skoro dzieciaki są takie pazerne na wiedzę, to jak komu to zostaje, to i młody ciągle jest. A jak już machnie na wszystko ręką i da sobie spokój z zastanawianiem się, to nic tylko brać i umierać, bo i po co się telepać dalej po świecie, skoro on już niczym nie jest w stanie skusić?

Nagły wybuch gromkiego śmiechu przerwał mu te rozważania. Spojrzał do wnętrza szopki. Osioł właśnie sikał. Zadarł ogon i odlewał się aż miło, chociaż wyraz pyska mu się nie zmienił ani na jotę. Jakby jego zadek nie należał do niego, więc nie ponosił za niego odpowiedzialności.

Dzieci piskliwie chichotały, zasłaniając buzie rączkami, a dorośli nie bardzo wiedzieli, jak reagować, ale też im w oczach migotały iskierki śmiechu. No proszę, pomyślał, ile uciechy z sikania. Widział, że i Maryja, i Józef, i pozostali z trudem utrzymują powagę. Jeden z pastuszków, ten klęczący najbliżej żłobu, śmiał się całkiem otwarcie, błyskając białymi zębami w młodej twarzy.

Śmiech zbliża, myślał. Jest zaraźliwy. Jak ziewanie. Trzeba naprawdę być ponurakiem, żeby się komu nie udzieliła powszechna wesołość. Albo nosić w sobie jakiś ból przeogromny, bo jak jest nieduży, to człowiek się śmieje, kiedy jest okazja. Łapie wtedy oddech, jakby robił sobie przerwę w bólu. Maleńką nawet, a i tak trochę pomagającą. Wiedział coś o tym, bo żył już spory kawał czasu i przeżył niejedno.

Popatrzył znów na dzieciaki. Czysta radość w tych maluchach, nieświadomych jeszcze trudu życia. Dla nich ten świąteczny czas to czas magii. Zaczarowany.

Szkoda, że mamy go mało, przemknęło mu przez głowę. Skąpimy sobie świętowania, a potem się dziwimy, czemu życie nam doskwiera. A brzdące domagają się zabawy. Dopraszają się bezwstydnie o festyn, o wesołe miasteczko.

Wiedzą, szelmy, co dobre, pomyślał z uznaniem. A może to instynkt każe im się nachapać na zapas, na długie lata potem, kiedy nie będą mieć głowy do świętowania, bo się zanurzą w prozie życia? Niegłupia strategia, chociaż nie był pewien, czy jest skuteczna. Może jednak nie da się nagromadzić radości na zapas? Może ona wietrzeje z czasem? Traci termin ważności i tylko zabiera niepotrzebnie miejsce?

Głęboko zamyślony nie zauważył, że zaczął padać śnieg. Dopiero jak mu zimny płatek spadł na nos, to się zorientował, że jest ich wokół dużo, coraz więcej.

Dzieci piszczały, usiłując je łapać. Wystawiały nawet języki, by posmakować mokrego zimna. Uśmiechnął się pod nosem i znów spojrzał na coraz mniej widoczną zza śnieżnej zasłony szopkę. Otulała ją biała, ruchliwa mgła, skutecznie odcinając od rzeczywistości.

Pokiwał głową. Magia.

• 6 •

Przez parę następnych dni zrobiło się zimno, jak dawno już nie było. Mróz znów się rozsierdził i zapędził ludzi do ciepłych domów. Nikomu nosa nie chciało się wychylić bez koniecznej potrzeby. Miasto ucichło. Prawie zamarło. Czasem tylko po zaśnieżonych ulicach przejechał jakiś samochód.

W centrum pewnie było inaczej. Jezdnie odśnieżone porządnie, ruch spory. Jak zawsze. Tu, na obrzeżach, był inny świat. Jak w prowincjonalnym miasteczku. Małe sklepy, wokół osiedla, szkoła, przedszkole, park, kościół. Wszystko, co trzeba i jak trzeba. I ludzie zwykli. Opatuleni w grube kurtki i płaszcze ślizgali się po nieodśnieżonych chodnikach, śpiesząc do swoich spraw.

Stał w przedsionku niedużego supermarketu, skąd przez wielkie okna i szerokie, rozsuwane automatycznie drzwi miał widok na ulicę. Udawał, że na kogoś czeka. Wiedział, że nikogo nie oszuka, ale i tak udawał.

Na zewnątrz było naprawdę zimno. Musiał tu wejść. Zanim go ochrona stąd wyprosi, trochę się zagrzeje. Co prawda za każdym razem, gdy ktoś wchodził czy wychodził, wpadało do środka lodowate powietrze, od którego aż się kulił, ale ten czas pomiędzy był przyjemny. Z góry dmuchało na niego gorące powietrze, tworząc zaporę dla mrozu, usiłującego wedrzeć się z zewnątrz.

Uparciuch, myślał o nim z uznaniem. Nie daje drań za wygraną. Nie poddaje się. Ciągle próbuje. Wiedział, że to głupie, ale myślał o nim jak o mężczyźnie. Silnym i władczym. Nawet aroganckim. Takim, co to pcha się nieproszony, chociaż wie, że go nie lubią. No i nie ma na niego rady. Jak w życiu. Pokiwał lekko głową.

Drzwi się otworzyły, wpuszczając tego drania razem z jakąś kobietą, która weszła, nie mając świadomości, kto jej towarzyszy. Przez chwilę zastanawiał się, czyby jej o tym nie powiedzieć, ale zrezygnował.

Ludzie takich rzeczy nie pojmowali. Albo pojmowali, ale na poważnie, więc mieli go za wariata. To go bawiło. Dlatego czasem, z czystej przekory, mówił albo robił coś takiego, by ich w tym upewnić. Niektórzy łatwo się nabierali. Widział, jak ich oczy wypełnia strach, i wtedy szybko się wycofywał, ale i tak było za późno.

Nie wygłupiał się dla nich. Nie lubił straszyć. Jednak nigdy nie mógł przewidzieć, na kogo trafi, a ciągnęło go do ludzi. Nikt o tym nie wiedział, bo nikomu się nie zwierzał, ale ciekawiło go życie, jakie wybierali. I to, dlaczego wybierali tak, a nie inaczej. Podejrzewał, że wielu uważa, iż przez przypadek. Chociaż to rozumiał, wiedział, że nie mają racji.

Człowiek zawsze ma wybór, tylko nie zawsze sobie to uświadamia. Bo nie szuka. Nie pyta i nie stara się udzielić odpowiedzi. Za szybko chce mieć. Pędzi do tego i nie widzi, co i kiedy gubi po drodze.

Wstrząsnął się, gdy drzwi znów się rozsunęły, wypuszczając jakąś parę, która wyszła ze sklepu szybko, w ogóle go nie zauważając. Nie zdziwił się. Był do tego przyzwyczajony. I rozumiał.

Ludzie nie wiedzieli, jak na niego reagować. Był zaprzeczeniem ich myślenia o porządnym życiu, a jednocześnie sami nie chcieli wyjść na nieporządnych, więc chociaż ich drażnił, woleli udawać, że go nie dostrzegają. Było to łatwiejsze niż kombinowanie, jak do niego podejść.

Nie lubił ludziom utrudniać sobą życia, więc zazwyczaj nie pchał im się przed oczy bez potrzeby, ale czasem nie miał wyjścia. Tak jak dzisiaj. Ten mróz dał mu się we znaki. Drań jeden.

Zachichotał, chowając twarz w szalik, którym miał opatuloną szyję. Miły, mięciutki szalik. I ciepły. Pamiętał oczy tej kobiety, która mu go dała.

Szedł wtedy wąskim chodnikiem jakiejś bocznej uliczki, a ona najwyraźniej wracała z zakupów, bo w obu rękach dźwigała wypchane torby. Kiedy przystanęła przed furtką, odruchowo otworzył ją przed nią. Nie przestraszyła się, popatrzyła na niego i podziękowała.

Z zaskoczeniem zarejestrował jej uśmiech. Mało ludzi się do niego uśmiechało, a ona w dodatku zrobiła to tak naturalnie, niewymuszenie, że z miejsca uwierzył, że nim nie pogardza. I dlatego jak mu dała ten szalik, to go przyjął. Nie mógł jej zrobić przykrości. Była naprawdę miła.

Jak tylko podziękowała za pomoc, to postawiła siaty na ziemi i jeszcze raz na niego spojrzała. Przytrzymywał ciągle tę furtkę, więc nie mógł odejść, a ona zdjęła zamotany na swoim płaszczu szalik i owinęła nim jego szyję, mówiąc przy tym, że trzeba być wariatem, żeby w takie zimno chodzić bez szalika. Potem poklepała go lekko po ramieniu i stwierdziła, że od razu jej cieplej, jak teraz na niego patrzy. Schyliła się po torby, odwróciła i odeszła. Za moment zniknęła w drzwiach domu.

A on został przy furtce jak ten głupek. Postał jeszcze chwilę, bo musiał ochłonąć i dać sobie czas, by uwierzyć w to, co się stało, a potem też poszedł, ale obejrzał się i zapamiętał ten dom. Taki zwykły nieduży domek z dwoma oknami od frontu i małym gankiem. Widać było, że jest stary, ale trzyma się dobrze.

Z domami jak z ludźmi. Jak kto o siebie dba, to dłużej pociągnie w całkiem niezłej kondycji, myślał. A o ten dom ktoś dbał. Bo choć drewno ganku wyblakło i widać było, że przydałoby się go pomalować, to szyby w oknach były czyste i aż błyszczały na tle bielusieńkich firanek. Kwiatów na parapetach nie widział, ale może były wewnątrz.

Lubił kwiaty. Takie w doniczkach, do podlewania i dbania. Jak ktoś troszczy się o kwiatki, to i o ludzi umie się zatroszczyć, bo też wymagają specjalnego traktowania i czasu tylko dla siebie. Pokiwał w zamyśleniu głową. Ta kobieta była właśnie taka. Troszczyła się i o dom, i o ludzi. I na pewno miała w mieszkaniu kwiaty, tylko ich nie widział. I pewnie następnego dnia wiedziała, kto odśnieżył chodnik przed jej domem.

Uśmiechnął się do siebie pod wąsem. Wiedziała. Tacy specjalni ludzie wszystko rozumieją. Myślą sercem, chociaż większości wydaje się to niemożliwe.

Drgnął, gdy zza jego pleców wyłonili się kolejni ludzie wychodzący ze sklepu. Znów powiało chłodem. Zdziwiony stwierdził, że stoi tu już naprawdę długo, a nikt go nie wygania. Może jednak mróz nie jest takim draniem, za jakiego go uważał, skoro budził w ludziach ciepło.

Znowu się do siebie uśmiechnął. A to mu się udało. Zimnem budzić ciepło. No, no. Toż to już niemal poezja. Teraz już zaśmiał się otwarcie i z sympatią popatrzył na skrzący się w zimowym słońcu krajobraz.

Ty draniu, wyszeptał cicho, na wszelki wypadek kryjąc usta w puszystym szaliku. Nie mógł ryzykować. Starego biedaka nie wygonią, ale starego wariata – kto wie?

• 7 •

Mimo późnej pory nie było ciemno. Środek miasta skrzył się odbitymi od śniegu światłami ulicznych latarni i blaskiem padającym z okien domów. Na granatowym nocnym niebie z trudem można było dostrzec gwiazdy. Miejska łuna stanowiła dla nich zbyt dużą konkurencję. Skutecznie gasiła ich światło. Tylko te najjaśniejsze dawały sobie z tym radę i cieszyły oczy.

W dużym mieście można było odnieść wrażenie, że gwiazd jest niewiele. Ułuda cywilizacji, która zamyka oczy na naturę, bo wie, że i tak zawsze z nią przegrywa. Więc chociaż tu czy tam daje znać, że jednak i ona ma w sobie siłę. No i wielu daje się na to nabrać. Czują się królami życia i panami świata. A wystarczy jakikolwiek kataklizm, powódź czy huragan i człowiek widzi, jak jest kruchy i jak niewiele może.

Szedł szybko, a myśli plątały mu się po głowie chaotyczne i dziwne. Może to z powodu świadomości końca.

Taki moment zawsze nastraja refleksyjnie. Skłania do podsumowań, a czasem przygnębia, bo wtedy dociera do człowieka, że się nie wykorzystało jakichś szans, nie zrealizowało marzeń, nie osiągnęło celów. Taka prawda potrafi walnąć między oczy boleśnie, aż zamroczy. Na co dzień spychana w jakiś ciemny kąt, żeby nie zawadzała i pozwoliła spokojnie spać. Jednak istnieje i w chwili nieuwagi wypełza na powierzchnię. Niemiła prawda o porażkach. Nikt jej nie lubi.

Chcemy być zwycięzcami zawsze i wszędzie. Człowiek ceni siebie za to, do czego dotarł, a nie za samo zmierzanie, drogę, walkę i wykazany hart ducha. Ceni to, co widzi, co jest namacalne i nie do podważenia. Mam to i to. Zdobyłem. Zgromadziłem. Tak to wygląda.

Pokiwał głową nad ludzką naturą, która jest, jaka jest, i nie ma co się temu dziwić. Weźmy choćby ten wieczór. Ostatni dzień kalendarzowego roku jest przecież jakąś umową, czymś, co pomaga jedynie porządkować rzeczywistość. A dla wielu ludzi to jeden z najważniejszych dni, którego nie wolno przegapić, przespać i zlekceważyć. A niby co by się stało? Wszechświat by się zapadł, życie komuś by się zachwiało w posadach?

Prychnął, ale zaraz zgromił się w myślach. Stary dureń świat naprawia, beształ się nielitościwie, kiedy dziarskim krokiem zmierzał do celu. Dzisiejszego wieczoru były to ulice w pobliżu centrum miasta. Samo jego serce.

Jak co roku chciał zobaczyć to, co zawsze. Chciał się utwierdzić w niezmienności życia. W jego odwiecznym rytmie. Znanym i przez to niosącym uspokojenie. Skoro coś trwa, to niesie zawoalowaną sugestię, że coś innego też tak może. I każdemu od razu lepiej.

Pewnie dlatego powstają rytuały, rozważał, pozwalając sobie na to, bo już mu się nie chciało drwić z siebie.

Przychodzi taki czas, gdy trzeba przyjąć prawdę o sobie. O tym, kim się jest, myślał, przystając pod ścianą starej kilkupiętrowej kamienicy z dużymi oknami. Mało które było ciemne.

Ludzie nie spali. Czekali, żeby przyłapać ten moment, gdy coś się zmienia na coś innego. Pragnienie trzymania lejców w ręku. Jak się ma kontrolę, to się ma władzę. A ona daje poczucie ważności i pewności, że ktoś nie wywinie ci numeru.

Chęć bycia na szczycie rodzi się ze strachu, ciągnął swoje dumania. Im bardziej ktoś się boi ludzi i tego, że mogą skrzywdzić, tym bardziej pragnie nad nimi dominować. Chociaż bywa i tak, że wystraszony chowa się w najciemniejszy kąt i udaje, że go nie ma. Ludzka natura, pokiwał głową.

Oparł się plecami o ścianę budynku i patrzył w ciemne niebo. Już od dobrych kilkunastu minut rozbłyskiwało co chwila kolorami. Wiązki świetlistych promieni układały się w bajeczne wzory. Huczały odpalane petardy. Cały świat hałasował, żeby sobie samemu oznajmić nadejście nowego.

Ludzie lubią mieć kolejną szansę, myślał, patrząc na fontannę z czerwonych gwiazdek, jaka wykwitła właśnie na niebie. Poczuć to, że wszystko mogą. Początki są od czasu do czasu potrzebne. Można wtedy otrząsnąć się ze starego jak pies po wyjściu z wody. Ogrzać, osuszyć i znów od nowa. Karuzela życia.

Obserwował fajerwerki. Jeszcze nie pora, ale niecierpliwi chcą być pierwsi. Przyśpieszają niemożliwe do przyśpieszenia. Takie małe oszustwo na swój prywatny użytek, zaśmiał się z cicha. Ludzka natura. Od zawsze taka sama.

Zmrużonymi oczami wpatrywał się w niebo. Piękne jest. Budzi podziw. Dusza się zachwyca. Taak, nieźle to kiedyś ten gość ujął, myślał z uznaniem. Parę trafnych zdań i wszystko wiesz. Pokiwał głową.

Myśli znowu poszybowały swobodnie. Pozwolił im. W taką noc można poszaleć, uśmiechnął się do widocznej nad krawędzią pobliskiego budynku gwiazdy. Spokojnie sobie świeciła, niezrażona niezwykłym widowiskiem.

Widziała już wszystko, zawyrokował. Nic nowego. Tylko ludziom się wydaje, że ciągle gdzieś Amerykę odkrywają. No, nie dziwota. Jak się żyje raptem kilkadziesiąt lat, to co można zobaczyć? A takie ciało niebieskie na ten przykład, które spodobało się Bogu zawiesić w pustce, to się przez stulecia czy tysiące lat napatrzyło. I nic go nie dziwi. Taak.

A swoją drogą to ciekawe, że one tam są, zastanawiał się, wypatrując oczy, żeby oprócz tej jednej zobaczyć i inne. Może Bóg nie lubi pustki? Świat zaludnił, to i wszechświat zapełnia, dumał. Jakie to ludzkie. My też nie lubimy pustki. Czy w nas, czy wokół – nie lubimy. Zapełniamy ją czym się da. Ot, chociażby zabawą. Ludzka natura, ludzka…

Nad jego głową z hałasem otworzyło się okno. Buchnęły na zewnątrz podekscytowane i radosne głosy. Uśmiechnął się. Słyszał je, słyszał ludzi, ale ich nie widział. Oni pewnie też go nie widzą. Stoi niedaleko, ale w cieniu, jaki rzuca ściana budynku. Świadek cudzej radości. Podglądacz.

Lubił to i nigdy nie był złośliwy. Ciekawiło go, jak ludzie żyją, co mówią, co myślą. Chłonął w siebie te wszystkie życia. Nie po to, by przedłużyć swoje czy aby je wzbogacić. Nie. Po prostu miał w sobie na to miejsce, więc – czemu nie?

Zapełnianie pustki, zaśmiał się. Ludzkie.

• 8 •

Któregoś wieczoru, gdzieś tak kilka dni po Nowym Roku, zdarzyło mu się coś niespodziewanego. W rezultacie siedział teraz wygodnie oparty o ciepłą ścianę niedużego pomieszczenia i mrużył oczy od dymu.

Piecyk trochę kopcił. A na dodatek jeden z tych, którzy tak wielkodusznie go przygarnęli, palił fajkę. Aromatyczny dym o zapachu suszonych śliwek tłumił nieco smród palonych w piecyku różności, o których wolał nie myśleć. Zresztą to nie było ważne.

Patrzył na kręcącego się po małym pomieszczeniu niedużego chudego mężczyznę ze zmierzwioną brodą i zastanawiał się, jak to możliwe, że ci, którzy mają tak niewiele, potrafią szczodrze z tego dawać. Sypią darami jak z rękawa. Podsuwają ci pod nos wyszczerbiony kubek z cienką, ale tak gorącą, że aż parzy, herbatą i dorzucają do tego lekką ręką ostatni kawałek słodkiej bułki, jaki wydobyli z szeleszczącego woreczka.

Ptaki niebieskie, zawyrokował. Nie dbają o jutro. Nie z powodu lekceważącego do tego jutra stosunku, ale ponieważ wierzą w niemożliwe.

Spotkał ich po drodze. Wpadli na siebie przypadkowo. Oni telepali się po ulicy wózkiem, wypełnionym po brzegi pakunkami. Jeden go ciągnął za długi dyszel, a drugi pchał. I akurat utknęli w głębszej od innych koleinie, wyżłobionej w śniegu, no to podskoczył, bo przechodził w pobliżu, i popchnął, a wózek posłusznie ruszył. Podepchnął go jeszcze kawałek i chciał odejść, ale go zatrzymali pytaniem, dokąd idzie. Jeszcze nie wiedział, więc miał kłopot z odpowiedzią, a wtedy oni zaprosili go do siebie, żeby miał czas na dowiedzenie się.

I tak trafił do tej szopy nie szopy, która stała w kącie dużego podwórka starej kamienicy. Pozwalano im tam mieszkać, bo sprzątali otoczenie.

W ciepłe miesiące zamiatali w kamienicy i na zewnątrz, a zimą odgarniali śnieg i sypali podwórko piachem, żeby się ludzie na śliskim nie przewracali. No i raz na tydzień jeździli szmatą na szczotce po korytarzach i schodach budynku, żeby zmieść na mokro brud. Robili to porządnie, to im nikt nie wytykał, że śpią w szopie. Tu też dbali o jako taki porządek. Biednie mieli, ale czysto i w miarę schludnie, chociaż niewielka przestrzeń zapchana była po brzegi różnymi rupieciami.

Przyglądał im się spod oka. Jeszcze ich nie rozróżniał. Po ubraniu tak, ale z twarzy nie. Jak przez kalkę. Te same oczy i nosy. Takie same usta i policzki. I nawet siwe nastroszone brwi i zmierzwione brody wyglądały u obu tak samo. Jeden tylko był trochę wyższy. Odrobinę, ale jednak. Jak stali obok siebie, było to widać, ale teraz, kiedy każdy siedział w swoim kącie, nie dało się stanowczo powiedzieć, który jest który.

Opowiadali mu, że w szkole robili z tego powodu niezłe kawały, czym doprowadzali kolegów do łez ze śmiechu, a nauczycieli ze złości. Nie bardzo wierzył, żeby tak kto płakał z ich powodu, ale co tam. Chcą tak gadać, to im nie zabroni. Zresztą nie gadali za dużo. Tylko to, co potrzeba. Te opowiastki były właściwie po to, żeby umilić czas przy kolacji.