W tym małżeństwie nie będzie nudno - Caitlin Crews - ebook

W tym małżeństwie nie będzie nudno ebook

Caitlin Crews

4,0
11,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Hiszpański arystokrata Tiago Villela spędził noc z zabawną i zmysłową Lillie Merton. Gdy po pewnym czasie Lillie informuje go, że jest w ciąży, Tiago natychmiast decyduje, że się pobiorą. Lillie nie ma żadnych cech, które powinny charakteryzować panią Villela, ale rozsądek i wychowanie nakazują mu tak właśnie postąpić. Musi zapewnić opiekę swojemu dziecku i jego matce. Lillie jednak, choć wychodzi za Tiaga, nie zamierza żyć według sztywnych reguł rodu Villela. Chce kochać i cieszyć się życiem na swój sposób. Wierzy, że Tiago da jej się porwać, tak jak ich pierwszej nocy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 152

Rok wydania: 2025

Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Caitlin Crews

W tym małżeństwie nie będzie nudno

Tłumaczenie:

Anna Nowak

Tytuł oryginału: A Billion-Dollar Heir for Christmas

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2023

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2023 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2025

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

[email protected]

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-8342-924-3

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Rozdział pierwszy

Lillie Merton prawie przegapiła tamto brzemienne w skutki wydanie wiadomości. Krzątała się po kuchni współdzielonego domu, w którym mieszkała od czasu studiów, jak zwykle myjąc pozostawione w zlewie naczynia. Najwyraźniej nikt inny nie był w stanie tego zrobić, choć już tyle razy o to prosiła. Następnie przygotowała sobie tost z gorącą fasolką, tak jakby ta potrawa miała odegnać z Aberdeen ten szkocki, przenikliwy listopadowy chłód.

Nie miała zamiaru jeść w pokoju wspólnym, bo od czasu, gdy jej ciąża zaczęła być widoczna, przestała się czuć komfortowo wśród współlokatorów.

Ten dom zamieszkiwali, co podkreślali z rzekomym żalem, sami weseli single. Wszyscy dużo młodsi od Lillie, która wprowadziła się tu z przyjaciółmi ze swojego roku i potem przez lata patrzyła, jak po kolei opuszczają dom. W końcu została tylko Lillie, trzydziestoletnia stara panna, którą nowi mieszkańcy postrzegali coraz bardziej jako matkę domu. Przynajmniej do czasu, aż zauważyli, że naprawdę zostanie matką.

Po kilkunastu spotkaniach, w których czasem brała udział, wszyscy byli jednomyślni. Zdecydowano, że dom miał służyć młodym ambitnym ludziom, którzy ciężko pracowali za dnia i lubili się rozerwać nocami. Absolutnie nie było to miejsce dla dziecka. Taki werdykt otrzymała podczas ostatniego spotkania i nie liczyło się, że to Lillie przyjmowała każdego z nich w tych progach, trzymając w garści najstarszą datą umowę najmu.

Nie, żeby ona sama wyobrażała sobie, że zostanie w tym miejscu z bobasem. Nie miała ochoty zagracać swojego maleńkiego pokoiku łóżeczkiem i przewijakiem, tak samo jak jej współlokatorzy nie byli zachwyceni na myśl o niej paradującej z noworodkiem podczas ich piątkowych imprez. Imprez, po których to ona zawsze sprzątała, choć od lat się nie upiła.

Lecz nikomu nie jest miło, kiedy każą mu się wynieść. Szczególnie, jeśli dostaje datę eksmisji i niezbyt subtelne groźby, że w razie problemów, ktoś inny pomoże mu w opuszczeniu lokalu w tempie ekspresowym. Miało to pewnie związek z faktem, że inicjatorka całego zamieszania wymyśliła sobie, że na miejsce Lillie wprowadzi się jej najlepsza przyjaciółka.

Tak więc relacje w domu ochłodniały.

Lillie nie przygotowywała już ogromnych ilości jedzenia, którymi dzieliła się ze współlokatorami, nie była już też dobrą duszą, której zawsze można się było wypłakać przy herbacie. Zdawała sobie sprawę, że zaczynali tego żałować, bo nieraz, gdy gotowała, któryś z nich kręcił się wokół i robił do niej słodkie oczy. Mimo to zawsze po prostu zabierała swój talerz, skazując ich na gotowe dania z mikrofalówki i zupki chińskie.

Teraz była bardzo samotna, ale odpychała tę myśl, bo wiedziała, że za kilka miesięcy pojawi się dziecko, którym będzie musiała się zająć. Gratulowała sobie, że została w tym domu pełnym dorosłych dzieci, bo było to doskonałe przygotowanie do roli matki. Choć oczywiście wciąż zastanawiała się nad opcjami na przyszłość, która jednak trochę ją martwiła.

Tak, miała opcje. Mogła przecież wrócić do rodziców mieszkających w cichej, spokojnej wiosce. Byli cudowni, ale Lillie nie była pewna, czy będzie w stanie wytrzymać życie w cieniu ich wielkiej, legendarnej miłości. Szczególnie że sama miała raczej nie dostąpić takiego samego szczęścia jako samotna matka.

Wiedziała też, że w domu jej kuzynki w Glasgow czeka na nią wolny pokój, ale perspektywa życia w wielkim mieście z ekscentryczną Catrioną, która zaoferowała, że będzie pomagać w wychowaniu dziecka, nie do końca była tym, na co w tym momencie miała wielką ochotę. Nie tak wyobrażała sobie swoje życie. Ale cóż, trzeba było nie zachodzić w ciążę.

Tamtego wieczoru mówiła sobie to w duchu, przechodząc z parującym talerzem jedzenia przez pokój wspólny. Nie wiedziała, dlaczego na chwilę się zatrzymała, choć zamierzała przemknąć do swojego pokoju i oglądać jakiś stary serial na telefonie. Musiało być to zrządzenie losu, bo akurat gdy przystanęła na sekundę za kanapą, doszedł ją głos dziennikarza prowadzącego wieczorne wiadomości. Leciały w tym domu pełnym beztroskich studentów tylko dlatego, że jej współlokator Martin, w wieku zaledwie dwudziestu dwóch lat, uważał się za człowieka światowego i pozornie interesował się sprawami międzynarodowymi.

Później miała wielokrotnie zastanawiać się nad tą igraszką przypadku, która spowodowała, że tamten reportaż zaczął się dokładnie w momencie, w którym znalazła się naprzeciwko telewizora.

Na ekranie pojawiła się jego twarz. I choć był lekko niebieski, bo stary telewizor pokazywał wszystko w tym smutnym kolorze, wyglądał dokładnie tak samo jak pięć miesięcy temu w Hiszpanii. Osłupiała. Ale nie czuła się przytwierdzona do ziemi jakimś ciężarem. Raczej jakby uderzył ją piorun, który podnosił do góry włoski na jej karku, łączył ją z niebem i podłożem i napełniał jej żyły czystą adrenaliną. Lillie nieświadomie wstrzymała oddech. Zapomniała o całym świecie i gapiła się jak idiotka. Teraz przynajmniej nie mógł jej na tym przyłapać.

Jedynym świadkiem był bladolicy Martin, który odwrócił się, by na nią spojrzeć ze zmarszczonym czołem.

– Czemu się tak czaisz? – zapytał zaczepnie, bo Lillie zawsze mu się podobała i próbował ukryć zakłopotanie, w jakie wprawiała go jej widoczna ciąża. – Wiesz, że nie lubię, kiedy ktoś czai się za moimi plecami – powiedział z niezadowoleniem, tak jakby droga z pokoi do kuchni nie wiodła dokładnie za sofą, na której lubił przesiadywać.

– Martin, dla mnie zawsze najważniejszy jest twój komfort – odparła Lillie sucho, co sprawiło, że poczuła się trochę lepiej, a potem odwróciła się na pięcie i wyszła. Ledwie zauważyła, kiedy znalazła się w pokoju. Wiedziała tylko, że jej oddech zrobił się urywany, ale nie ze zmęczenia, a z szoku. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy.

Odłożyła talerz na biurko i natychmiast zapomniała o jedzeniu, wyszarpując z torebki telefon i wpisując w wyszukiwarkę imię i nazwisko, które widziała wyświetlone na ekranie. Tiago Villela.

Trybiki w jej umyśle zwolniły, przestała oddychać, bo zanim kliknęła przycisk wyszukiwania, zdjęcia same zaczęły się pojawiać na ekranie. Jej oczy nie kłamały, nie wyobraziła sobie tego. To był on. To naprawdę był on.

Okazało się, że nie był wcale ratownikiem, który po skończonej pracy przysiadł w basenowym barze, gdzie się spotkali, jak myślała przez ten cały czas. Bezkrytyczna, naiwna i olśniona jego urodą, tamtej nocy zgodziła się z nim, że nie muszą wiedzieć niczego więcej ponad to, że się sobie podobają.

A kiedy lato zmieniło się w jesień i Lillie odkryła prawdziwe powody swojego słabego samopoczucia, które przez długi czas zwalała na powakacyjną depresję, próbowała uzyskać pomoc, dzwoniąc do hotelu. Niestety potrafiła opisać go jedynie jako wysokiego, ciemnowłosego, prawie nienaturalnie czarującego i zwalającego z nóg.

– Obawiam się, że opisała pani jakieś dziewięćdziesiąt siedem procent hiszpańskich mężczyzn – odpowiedziała jej recepcjonistka z nutą pogardy w głosie.

Gdyby chociaż poszli do jego pokoju, mogłaby dowiedzieć się o nim czegokolwiek, zatrzymać w pamięci jakiekolwiek wskazówki, które by ją do niego doprowadziły. Niestety musiała zmierzyć się z faktem, że nie była w stanie go zidentyfikować, już nie mówiąc o poinformowaniu go, że zostanie ojcem.

Zniknął z jej pokoju, zanim się obudziła, a choć dla Lillie był to pierwszy tego typu wyczyn, była zadowolona, że nie musiała prowadzić z nim niezręcznych konwersacji, które sprawiłyby, że stałby się dla niej człowiekiem z krwi i kości. Chciała traktować go jako niezaplanowaną, wakacyjną atrakcję i wmawiała sobie, że jest zachwycona tą sekretną nocą, o której nigdy nikomu miała nie opowiedzieć. To miało być tylko cudowne wspomnienie, którym ogrzewałaby się w zimne, szkockie noce.

No cóż.

Pięć miesięcy wcześniej Hiszpanii nie było w ogóle w planach. Jej lato jak zwykle miało być chłodne i mokre – kilka dni w domu rodziców, a potem weekend szaleństw w metropolii z kuzynką Catrioną. I akurat kiedy zastanawiała się, czy by wreszcie nie spełnić marzeń o prawdziwych wakacjach i wyjechać, na przykład zwiedzić Włochy, jej telefon zabrzęczał, wyświetlając imię jej szefowej, Patricii.

Patricia poinformowała ją, że doroczny firmowy zjazd został przesunięty w ostatniej chwili, a ona miała już zarezerwowane tygodniowe all inclusive w tym samym czasie na Majorce. Lillie podejrzewała, że zostanie w takim razie wysłana w miejsce Patricii na sztywny zjazd pełen starszych panów w garniturach. Nie sądziła, że jej szefowa o sylwetce gazeli i zawsze perfekcyjnie prostych, lśniących czarnych włosach będzie w stanie się obyć bez jednego ze swoich obowiązkowych tygodni w słońcu. Lillie zresztą już kilkukrotnie skutecznie ją zastępowała, bo pracowała dla niej od prawie czterech lat.

Jednak tym razem Patricia wetchnęła żałośnie i powiedziała, że została wyraźnie poproszona o pojawienie się w swoim własnym ciele, nie w osobie asystentki. Tak więc zastanawiała się, czy Lillie nie miałaby ochoty pojechać za nią do Hiszpanii, bo i tak było już za późno, by odzyskała pieniądze od biura podróży.

– Oczywiście, że bym chciała – odparła Lillie szczerze – ale nie jestem w stanie zapłacić za taki wyjazd.

Patricia zamruczała cicho, a Lillie wyobraziła sobie, że kobieta się uśmiecha.

– Załóżmy, że to bonus za twoją pracę przez te ostatnie lata. Przynajmniej jedna z nas będzie się dobrze bawić.

Przez następnych kilka miesięcy Lillie zastanawiała się, jakie naprawdę było życie jej szefowej. Z zewnątrz zdawało się eleganckie i bogate, ale czemu pierwszą osobą, której zdecydowała się podarować taki wyjazd, była jej asystentka? Podejrzewała, że nie chciała dawać żadnych prezentów swoim tak zwanym przyjaciołom, z którymi nieustannie prześcigała się na osiągnięcia i pieniądze.

Za to Lillie nie trzeba było namawiać. W ten sposób znalazła się w luksusowym resorcie na Majorce, gdzie przeżyła najbardziej szalony tydzień swojego życia.

Nie chciała podawać się za Patricię, ale widocznie recepcja hotelu była niedoinformowana, a ona ich nie poprawiła. I nagle udawanie, że jest swoją szefową, nadało życiu nowego koloru. Bo sama Lillie prawdopodobnie nie podejmowałaby różnych aktywności, w które rzucała się jako odważna i ekstrawertyczna Patricia.

Wybierała się na wycieczki jachtami, co wieczór chodziła na zakrapiane imprezy nad basenem, na których tańczyła z nieznajomymi. Uczestniczyła w zajęciach jogi i w zabiegach spa, poszła na każdy darmowy masaż. Pozwalała sobie na wszystko, bo Patricia też by tak robiła.

W ten sposób tamtego wieczoru pochylała się nad drinkiem, siedząc w pstrokatym bikini i czując się jak bogini. Zdecydowała, że jej nieujarzmiona, nierozczesana burza loków na głowie, pachnąca morzem i słońcem, była jej wakacyjną stylówką.

Na ten ostatni wieczór w raju wybrała bar nad basenem oraz sangrię, która przez cały tydzień dotrzymywała jej towarzystwa. I tam właśnie go spotkała. Tiaga Villelę, który nigdy jej się nie przedstawił.

Musiała na chwilę wygasić ekran telefonu, bo już zaczynała zapominać, że nadal znajduje się w swojej sypialni w Aberdeen, a nie pod hiszpańskim słońcem, które obsypało ją piegami, spaliło jej włosy i upiło beztroską radością.

Nie dziwiło jej, że oddycha trochę szybciej, a świat przed jej oczami odrobinę wiruje. Tak samo czuła się tamtego wieczoru. Dlatego teraz, nieobserwowana przez nikogo, położyła się na łóżku i pozwoliła sobie poczuć zalewającą ją falę emocji.

Przez cały ten czas udawała, że to była tylko przygoda. Ale gdy się dowiedziała, że jest w ciąży, od razu zdecydowała, że urodzi. Nie brała pod uwagę żadnej innej możliwości, choć spodziewała się, że ludzie będą gadać.

Okazało się, że wszyscy uważają Lillie za desperatkę, która chwyta się jedynej okazji, by mieć dziecko, co było dość obraźliwe. Wiele osób sądziło, że z Hiszpanii poleciała do tureckiej kliniki zrobić sobie in vitro. Do tego stopnia nie potrafili sobie jej wyobrazić nagiej w łóżku w trakcie igraszek z jakimś facetem, jak poinformowała ją jedna ze złośliwych współlokatorek.

– Dziwnie to sobie wyobrażać, bo taka jednorazowa przygoda to nie twój styl… – stwierdziła z fałszywym współczuciem.

– To może sobie nie wyobrażaj. – Lillie śmieszyło to zniesmaczenie u dziewczyny, której wielokrotnie trzymała włosy nad toaletą po sobotnich balangach. – Skoro to takie dziwne.

Sama dobrze wiedziała, że fakt, że chciała zostać matką, nie miał nic wspólnego z jej staropanieństwem. Przede wszystkim, to było jego dziecko. Stworzone podczas najpiękniejszej nocy jej życia. I kiedy zrozumiała, że już nigdy go nie odnajdzie, stało się dla niej jeszcze cenniejsze. Było wszystkim, co jej po nim zostało.

Co z tego, że wszyscy myśleli, że zaliczyła wpadkę? Albo że w ogóle obeszła się bez mężczyzny, by zajść w ciążę, co jej młodsi koledzy uważali z jakiegoś powodu za ujmę? Nie obchodziło jej to.

Kiedy była sama, lubiła powracać do tamtej nocy. Skrupulatnie przypominała sobie każdy moment spędzony z tym wyjątkowym mężczyzną, każdy piękniejszy od poprzedniego, a teraz pamięć o nich należała do niej i mogła zanurzać się w niej, kiedy tylko chciała.

Wiedziała, że te chwile spędzone w samotności jej pokoju były ostatnimi, w których mogła pozwolić sobie na szczerość. Niedługo będzie musiała przybrać fałszywy uśmiech dla swoich rodziców lub kuzynki. Nie chciała do nich jechać, choć była im wdzięczna za chęć pomocy. Po prostu wolała być sama ze swoimi wspomnieniami i dzieckiem schowanym bezpiecznie pod sercem. Bo oficjalna historia o ich spotkaniu odrobinę mijała się z prawdą.

Lillie nie piła w barze tamtego wieczoru. A gdyby nawet cokolwiek wypiła, wytrzeźwiałaby w sekundę w momencie , gdy go zobaczyła. Jego widok był tak upajający. Była to prawda, w którą i tak nikt by jej nie uwierzył. Uznaliby ją co najwyżej za smutną desperatkę, która próbuje zachować godność. Co prawda wiedziała, że wszystkim było jej żal i już się do tego przyzwyczaiła. Po prostu uważała, że tamta noc była czymś świętym, czego cudze opinie nie miały prawa bezcześcić.

Było to proste, a zarazem niezwykle skomplikowane – uniosła wzrok i zobaczyła go siedzącego przy barze. Zanim ją zauważył, miała zaledwie moment na to, by pomyśleć, że jest po prostu zachwycający. Jego czarne przydługie włosy, jego duże niebiesko-zielone oczy, połyskujące jak morze, jego męska twarz i prosty nos, nadające mu wygląd starożytnego gladiatora…

I wtedy on skrzyżował z nią swoje zaskoczone spojrzenie… To było jak magia.

Wolałaby naprawdę, żeby całe to wydarzenie było tylko pijackim wyskokiem z przygodnym facetem, tak okropne i niepasujące do niej, jak wszystkim się wydawało. Byłoby to łatwiejsze niż pogodzenie się z prawdą.

Że coś pojawiło się między nimi. Coś ogromnego, intensywnego, zbyt wielkiego, by mogła to pojąć. Eksplodowało, kiedy ich spojrzenia się spotkały, tak nagle, że wiedziała już, że ich życia po tym spotkaniu już nigdy nie będą takie same. Oboje to wiedzieli.

Leżąc w swoim pokoju, odgrywała całą tę scenę, tak jakby właśnie tam była.

– Kim jesteś? – zapytał, podchodząc do niej, patrząc na nią wzrokiem pełnym czegoś gorączkowego i palącego, co nią wstrząsnęło. Wszystko, co się działo, nagle nabrało sensu. Tak jakby całe życie go szukała, nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy stanął przed nią, wydawało jej się, że nadal jest od niej zbyt daleko, bo przecież czekała na niego od zawsze.

– Kim ty jesteś? – zapytała, ale żadne z nich nie odpowiedziało. Stali tak, jak wrośnięci w ziemię, choć wokół nich trwała zabawa. Nareszcie razem, pomyślała Lillie, choć nie miało to żadnego sensu.

Wiedziała, że nigdy nie będzie w stanie wyjaśnić tego czegoś, co się między nimi urodziło. Wydawało się, że zostało to po prostu dla nich zaplanowane. Tak jakby ni stąd, ni zowąd porwała ją hiszpańska bryza i poniosła w zapomnienie aż do nieba.

Nie rozmawiali. Nie dowcipkowali, nie poznawali się, nie flirtowali i nie tańczyli. Nie zrobili nic, co normalnie robią ludzie w takich sytuacjach. To byłoby sensowne, ale z tym mężczyzną świat przestawał mieć sens.

Lillie mogłaby tak stać wiecznie i nie zauważałaby niczego innego poza nim. Jednak on w końcu uniósł dłoń, jakby bezwiednie, i ujął jej policzek. W tym momencie oboje szybko wciągnęli powietrze, a ich ciała wstrząsnął dreszcz przeszywający całe ciało jak kopnięcie prądem.

– Wydaje mi się – szepnął, a jego głos krył w sobie coś głębokiego i fascynującego – że powinniśmy pójść na górę, benzinho. Prawda?

– Tak – ledwie wydusiła z siebie Lillie. A potem powtarzała to jeszcze wiele razy tamtej nocy.

Teraz, gdy leżała na łóżku w swoim małym pokoiku, szloch zacisnął jej się na gardle. Lecz nie była smutna. Wreszcie poznała jego imię.

Następnego dnia przygotowała naprędce prezentację na popołudniowe spotkanie dla Patricii. A kiedy jej szefowa, nazywana przez pracujących z nią mężczyzn Smoczycą, brylowała w sali konferencyjnej, Lillie zagłębiła się w poszukiwania informacji o Tiagu.

Poprzedniej nocy nie zdobyła się na nic więcej poza oglądaniem jego zdjęć i upewnianiem się, że aura władzy i potęgi, którą wokół siebie roztaczał, nie była jedynie wytworem jej spalonej słońcem wyobraźni. Nie był ratownikiem. Żaden ratownik nie jest tak absurdalnie bogaty.

Nie była jednak specjalnie zainteresowana jego pieniędzmi. Przede wszystkim usiłowała znaleźć jego adres. Tłumaczyła sobie, że przecież powinien wiedzieć o swoim dziecku, a to, że ona wręcz desperacko pragnie go znów zobaczyć, nie miało tutaj nic do rzeczy.

Półtorej godziny zajęło jej przekopywanie stron internetowych oraz wykonywanie telefonów, w których podawała się za kogoś innego – konkretnie za sekretarkę pewnej bardzo wysoko postawionej kobiety z jej firmy. Podejrzewała, że człowiek pokroju Tiaga Villeliego nie pozwala na udostępnianie informacji o sobie byle komu. Tym sposobem odkryła, że nie tylko Tiago przebywał właśnie w Londynie, ale miał zostać tam w sprawach firmowych jeszcze przez tydzień. Następnie całkiem łatwo udało jej się umówić spotkanie biznesowe, wciąż udając kogoś, kim nie była, na następny dzień. Była zaskoczona, ale, jak poinformowała ją jego asystentka, pan Villela był znany z podejmowania potencjalnych partnerów biznesowych na pierwszych spotkaniach, choć w innych firmach zwykle zajmowali się tym niżej postawieni menedżerowie. Lubił osobiście poznawać przedsiębiorców, wysłuchiwać ich propozycji i negocjować, oczywiście tylko wtedy, gdy znajdował na to czas. O tym zresztą mówiono poprzedniego dnia w telewizji – Tiago Villela był zdumiewająco dostępny.

A gdy tylko umówiła spotkanie, zajęła się wyszukiwaniem tanich lotów do Londynu, wiedząc, że pociąg nie dowiezie jej tam na czas.

– Słucham? – Patricia zadzwoniła zębami, gdy Lillie oznajmiła jej, że wyjeżdża. – Jutro rano? Zwariowałaś?

– Cóż, nie zwariowałam – odpowiedziała Lillie. – Jestem w ciąży.

To jak Patricia zmierzyła wzrokiem jej ciało i zatrzymała się na jej brzuchu, w jakiś dziwny sposób ją rozbawiło, ale nie dała tego po sobie poznać.

– Myślałam, że przytyłaś. – Patricia zawsze była ożywczo bezpośrednia, co było miłą odmianą po pasywno-agresywnych komentarzach jej współlokatorów.

– Przytyłam – parsknęła Lillie, klepiąc się po brzuchu – ale nie od jedzenia. W końcu udało mi się odnaleźć ojca dziecka i mam okazję poinformować go o ciąży. Żeby mógł się zaangażować w jego życie, jeśli będzie chciał.

Patricia przyglądała jej się przez moment, a w jej oczach błysła życzliwość, tak rzadko widywana u tej kobiety. To rozczuliło Lillie.

– W takim razie mam nadzieję, że to ktoś, z kim da się żyć – powiedziała prawie łagodnie Patricia. – I z kim da się wychować dziecko. Ja nigdy nie spotkałam takiego faceta. Ale przecież… Mogłabyś go olać, prawda? W obecnych czasach to nic takiego.

– Należy go poinformować – odparła Lillie szlachetnie. Patricia przez trochę zbyt długą chwilę nie odpowiadała, tylko na nią patrzyła.

– Dobrze. Cóż – odezwała się w końcu. – Lepiej, że to się przytrafiło tobie niż mnie, kochana.

Lillie sporo o tym myślała, kiedy wchodziła na pokład samolotu z małą torbą, kiedy znalazła się na lotnisku Heathrow i kiedy szukała drogi do metra. Miasto było odrobinę przytłaczające dla kogoś, kto odwiedził je tylko raz ze szkolną wycieczką. Gubiła się i zawracała, prawie jakby ta podróż była metaforą jej życia. Kiedy odnalazła wreszcie odpowiedni budynek, nie było wcale lepiej.

Wyjaśniła ochronie, że jej szefowa poprosiła ją o nagłe zastępstwo, a na widok jej firmowego identyfikatora, wpuszczono ją do środka. Stanęła sama w lśniącej, wykończonej złotem windzie, która pomknęła, niosąc ją na ostatnie piętro.

– Tak właśnie trzeba było zrobić – powiedziała jakby do dziecka, ściskając się za brzuch. – Tak należało, niezależnie od tego, co się teraz stanie.

Lecz kiedy drzwi windy rozsunęły się i stanęła na marmurowej posadzce, poczuła mdłości od otaczającego ją przepychu. Wykorzystała całą siłę woli, by nie odwrócić się na pięcie i nie uciec do Aberdeen, tak szybko jak mogła. Nie pasowała tutaj. Nie wiedziała, co począć w obliczu rzeźb, marmuru, złota, kryształowych żyrandoli i błyszczącego mahoniu. Poza tym uświadomiła sobie, że zaraz go spotka i może się okazać, że cały ten czar był tylko wytworem jej umysłu.

Miała jednak wkrótce zostać matką. Nie miały więc znaczenia jej osobista odwaga czy preferencje, bo niedługo będzie odpowiedzialna za dwie osoby. Ważne było, co zrobiła, by uczynić życie swojego dziecka lepszym. Wzięła więc głęboki oddech, uśmiechnęła się i podeszła do recepcji, przygotowując się na kolejną burzę z piorunami.

Rozdział drugi

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji