Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Historia trzech sióstr dorastających w przedwojennym Wilnie, których szczęśliwą młodość i beztroskie życie przerwała wojenna zawierucha, areszt ojca i zsyłka w głąb ZSRR. W Kazachstanie ich drogi się rozchodzą. Odtąd muszą mierzyć się z wieloma przeciwnościami losu w pojedynkę. Najstarsza Barbara zakochuje się w Rosjaninie i zostaje w Związku Radzieckim. Alicja, po długiej podróży pełnej dramatycznych wydarzeń, trafia do afrykańskiej Rodezji, gdzie pracuje na rzecz tamtejszej społeczności. Najmłodszej siostrze, Joannie, udaje się ostatecznie dotrzeć do Kanady, gdzie robi karierę w medycynie.
Po latach ktoś da im nadzieję na spotkanie z niewidzianym od dawna i uważanym za zmarłego ojcem. Czy uda im się z nim zobaczyć i ponownie scalić rodzinę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 408
Data ważności licencji: 4/25/2030
Książki Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol, które ukazały się w Wydawnictwie Replika:
• Na końcu czeka miłość
• Skradziona tożsamość. Polskie dzieci w rękach nazistów
• Dzieci Sybiru. Tragiczne losy polskich dzieci na Wschodzie
• Rodzinne fatum
• Krzywdy przeszłości
Copyright © Agnieszka Lewandowska-Kąkol
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Karolina Antkiewicz
Korekta
Anna Zientek
Projekt okładki
Mikołaj Piotrowicz
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN: 978-83-68742-16-9
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
www.replika.eu
Od autorki
Podejrzewam, że wśród czytelników biorących tę książkę do ręki są osoby, które znalazły się, choć raz w życiu, w sytuacji podobnej do mojej. Zdarza się przecież, że gdy po latach spojrzymy na coś, co kiedyś robiliśmy z chęcią, a nawet pasją, dochodzimy do wniosku, że nie jest to tak dobre, jak wówczas nam się wydawało; że zawiera liczne mankamenty, które dopiero po latach dostrzegamy.
Jak mogłam zrobić coś takiego? – pytamy siebie z zaże- nowaniem.
Często dopada nas ochota, by zmierzyć się z zadaniem po raz drugi, lecz przeważnie nie jest to możliwe.
Pewnego dnia, gdy szłam jedną ze ścieżek mego ukochanego lasu, doszłam do wniosku, że ja właśnie taką szansę mam: że mogę tekst książki wydanej przeszło dziesięć lat temu – tekst, którego potencjał, wedle dzisiejszej mojej perspektywy, nie został w pełni i odpowiednio wykorzystany – potraktować jako wprawkę, ćwiczenie do napisania nowej książki. Dzisiejsze zderzenie z losami bohaterów owej etiudy, częściowo opartymi na faktach z czasów II wojny światowej, doprowadziło mnie do konkluzji, iż żywioł niszczenia, tak charakterystyczny dla wojny, ale panoszący się również w czasach pokoju, nierzadko bywa podsycany nadmiarem pozytywnych uczuć.
Rozdział I
Tuż przed lądowaniem samolotu Joanna weszła na taras widokowy, by zaobserwować moment,w którym pasażerowie zaczną wychodzić na płytę lotniska. Potem ustawiła się na dole, tak by widzieć obydwa wyjścia do hali przylotów. Znajdowała się między nimi, przez co musiała obracać głową razw jedną, razw drugą stronę. Starała się nie przepuścić wzrokiem żadnegoz podróżnych. Przez moment dłużej obserwowała jednoz wejść, gdyż kobieta przez nie przechodząca wydawała jej się bardzo podobna do Alicji. Pewnie przez te przeszło dziesięć lat znacznie się zmieniła, pomyślała,a wygląd tej osoby jest zbieżnyz tymz czasów rozstania. Gdy po chwili spojrzaław przeciwną stronę, mignęły jej nosze na kółkach. Nawetw takim stanie ludzie podróżują, skonstatowaław myślachz pewnym zdziwieniem.
Dopiero teraz pomyślała, że właściwie nie powinna szukać tylko siostry, bo miała ona przylecieć ze swoim narzeczonym. Co prawda Joanna nie wiedziała, jak wygląda, ale to już zawsze więcej informacji mogących pomócw znalezieniu przybyszów.A więc para młodych ludzi,a kobieta podobna do Ali, tylko starszao kilka lat. Zależało jej na znalezieniu ich, gdyż choć siostra znała jej adres – wymieniły przecież kilka listów – nigdy nie byław Kanadziei z pewnością poczułaby się zagubiona.
Samolotz Lusaki zabierał na pokład sporo pasażerów, bo kolejni wciąż pojawiali sięw obydwu wyjściach. Joanna obserwowała ich więc dalej, ale prócz kobiety, która na początku zwróciła jej uwagę, żadna inna nie przypominała siostry. Gwar wypełniający halę, typowy dla tego rodzaju miejsc, co rusz dopełniały ogłoszenia płynącez głośnika. Joanna nie zwracała na nie uwagi, dopóki nie padły jej imięi nazwisko. Nie usłyszała kontekstu, więc czekała na powtórzenie.
– Pani Joanna Patkowska proszona jesto zgłoszenie się do punktu informacji.
Widocznie ich jednak nie zauważyłam, a oni wpadli na całkiem dobry pomysł, pomyślałai szybko ruszyław poprzek hali. Serce biło jej szybcieji radośniej. Wreszcie będzie mogła rzucić się na szyję Alicji – tyle lat jej tego brakowało. Starszao trzy lata siostra zawsze kojarzyła jej sięz ciepłym, szczęśliwym dzieciństwemw przyjaznej, kochającej się rodzinie. Zresztą sama właśnie taka była: czuła, serdeczna, dobrze nastawiona do ludzi. Teraz to Joanna już niemal biegła, by jak najszybciej znaleźć sięw jej ramionach, choć normalnie nie lubiła okazywać uczuć – przychodziło jej toz trudem.
Denerwowały ją duże grupy ludziz walizami blokujące swobodne przejście. Wszyscy bezradnie rozglądali się wokół, wypatrując kogoś, kto miał na nich czekać, lub zastanawiając się,w którą stronę powinni ruszyć. Rozumiem ich, ale mogliby sobie wybrać miejsce bardziej na uboczu, pomyślała, zahaczywszy nogąo jednąz walizek. Uspokój się, kobieto, powiedziała do siebie, bo zamiast przywitać sięz Alką, wyłożysz się zaraz na tej posadzce.
Podeszła do okienka, nie zwracając szczególnej uwagi na stojące nieopodal nosze, te same, które zauważyła wcześniej. Nim zdołała przedstawić się urzędnikowi, podszedł do niej mężczyznaw białym kitlu.
– Dzień dobry, czy pani jest Joanną Patkowską?
– Tak, dzień dobry,a o co…
Nie zdążyła dokończyć pytania, gdy mężczyzna ruchem ręki wskazał, aby podeszła do noszy. Od razu ją poznała, mimo całego oprzyrządowania, które utrzymywało ją przy życiu. Twarz Alicji niewiele się zmieniła. Siostra miała zamknięte oczyi lekko wykrzywione usta. Bladość jej cery podkreślała ostra biel koca, którym była przykryta. Joanna zamarła – nie takiego przywitania się spodziewała.
– Boże! Co sięz nią stało? – zwróciła się do mężczyznyw kitlu.
– Od dwóch tygodni jestw śpiączce. Cały opis przypadku znajdzie paniw dokumentacji medycznej. – Przekazał Joannie papierową teczkęi jeszcze się upewnił: – Pani jest lekarzem?
– Tak. – Ledwo wymówiła to jedno, krótkie słowo.
– Polecono mi, żeby dostarczyć chorą do Centrum Klinicznegow Ottawie. Czy orientuje się pani, jak można tam dojechać?
– Oczywiście. Pracuję tami mieszkam, mogę pana poprowadzić, ale… alez siostrą miał przylecieć jej narzeczony. Czy on tu gdzieś jest? Bo nawet nie wiem, jak wygląda.
– Nic na ten temat nie wiem, miałem się zajmować tylko jedną chorą. W teczce, oprócz dokumentacji medycznej, znajdzie pani opis całej historii…
– Historii choroby, to oczywiste.
– Nie, zdarzeń, które do niej doprowadziły.
***
Joanna jechała jakw transie. Na lotnisku nie bywała często, lecz miasto znała całkiem nieźle. Teraz przemierzała je, nie mając wątpliwości, gdzie trzeba skręcić,a na którym skrzyżowaniu jechać prosto, lecz całe otoczenie wydawało jej się obce – tak jakby szlak drogowy przeniesiono do innego miasta. Gdyby musiała zatrzymać się na dłużej, niż wymagały tego światła, nie umiałaby powiedzieć, gdzie jesti jak daleko jeszcze do celu. Jej mózg znajdował się w stanie odrętwienia: nie snu, bo przecież wykonywała wszystkie czynności związane z prowadzeniem samochodu – zatrzymywała się, kiedy trzeba było, przyspieszała, gdy należało – lecz działała automatycznie.
Otrząsnęła się, gdy po blisko półgodzinnej jeździe stanęła przed dobrze znanym jej budynkiem.W lusterku zobaczyła, że karetka zatrzymała się tuż za nią. Poinformowała kierowcę, pod które wejście ma podjechać, by przyjęcie chorej na oddział odbyło się zgodniez procedurą,a sama zaparkowała tam, gdzie zwykle,z tyłu budynku,i szybko znalazła sięw swoim pokoju.Z niechęcią popatrzyła na stół nakryty dla trzech osób – zamierzała przywitać siostręi jej ukochanego skromnym, ale własnoręcznie przygotowanym posiłkiem – po czym siadła przy niewielkim, służącym jej za biurko do pracy stolikui zaczęła przeglądać zawartość papierowej teczki. Pod wieloma kartkami, wypełnionymi maszynowym drukiem głównie łacińskimi terminami, znajdował się rękopis pisany po polsku.
Szanowna Pani,
tuż przed odlotem Alicji wpadłam na pomysł, by skreślić te kilka słów, gdyż wyobraziłam sobie, jak ja przeżyłabym taki moment, jaki jest Pani udziałem. Wyczekiwana przez lata siostra dociera do mniew takim stanie! Mam nadzieję, że to, co napiszę,w jakiś sposób Pani pomoże.
Zaprzyjaźniłyśmy sięz Alicją dopiero na polskim osiedluw Rodezji, mimo że od dłuższego już czasu podążałyśmy tą samą drogą,a obydwie pochodzimyz kochanej Wileńszczyzny. Po różnych przejściach Ala poczuła się dobrzew Rodezjiz dwóch powodów: mogła aktywnie działać na rzecz naszej społecznościi odnalazła swoją miłość. Kiedy otrzymaliśmy informację, że nasze osiedle będzie zlikwidowanei musimy zdecydować, dokąd chcemy wyruszyć, poczuła się zagubiona, ale na szczęście dosyć szybko odnalazła Pani kanadyjski śladi już nie miała wątpliwości co do kierunku podróży. Cieszyła sięz wyjazdu, choć oczywiście pozostałw niej sentyment do naszego osiedla, tak jaki we mnie. Bardzo chciała Pani przedstawić swojego ukochanego, ale niestety wydarzyła się tragedia, która była zbyt wielkim wstrząsem dla jej psychiki.
Piszę toz nadzieją, że poznanie przyczyny, źródła choroby pomożew jej wyleczeniu,o co codziennie się modlę. Ja, mimo kiepskich wiadomości stamtąd nadchodzących, wracam do Polski, gdyż żyje tam jeszcze moja matka. Mam Pani adres, Ala mi go zapisała, gdyż miałyśmy nadzieję na utrzymanie kontaktu. Gdy osiedlę sięw kraju, pozwolę sobie napisać, by dowiedzieć sięo jej zdrowiu.
Bardzo serdecznie Panią pozdrawiami życzę odporności psychicznej,a równocześnie pomyślnego zakończenia tej historii, to znaczy powrotu Ali do zdrowia.
Alina Jankowska
Joanna długo siedziała przy stoliku, nie mając na nic siły,a co gorsza ochoty. Już zaczęło się ściemniać,a ona, wciąż wpatrzonaw kartkę papieruz wiadomością, której treść poznała już na pamięć, nie mogła ruszyć sięz miejsca. Od pierwszego listu Alicji minęło już sporo czasu, ale pamiętała ten dzień tak, jakby wydarzył się wczoraj. Nie zapowiadał ich rychłego spotkania, ale już sam fakt, że siostra żyje, stanowił dla Joanny niezwykle krzepiącą wiadomość, bo oznaczał, że miała jeszcze jakąś rodzinę. Przez wojenny kataklizm rodzice odeszli już dawno. Co prawdao losie ojca nadal nic nie wiedziała, ale trudno było przypuszczać, że może jeszcze gdzieś się odnaleźć. Alicji szukała przez Polski Czerwony Krzyż, ale wciąż bez efektu,a tu nagle… Nie została jednak sama na świecie – ma kogoś bliskiego, mimo żew oddali.
Właśniew tym dniu, kiedy dotarł do niej pierwszy list siostry, mimo powodu do radości – oficjalnie została lekarzem medycyny – zrodziły sięw niej smętne refleksje. Gdy wychodziłaz uroczystości rozdania dyplomów, który wręczono jej jako pierwszej, gdyż podczas egzaminów otrzymała najwyższą liczbę punktów, tak bardzo zapragnęła podzielić się swoim sukcesemz kimś bliskim.Z kimś, ktow odróżnieniu od większości koleżaneki kolegów nie będzie cieszyć się na zewnątrz,a w duchu skrywać zazdrość, kto nie będzie prawić komplementów,a w głębi duszy żywić przekonanie, że jemu wyróżnienie należało się bardziej. Jakże mama byłabyz niej dumna, bezgranicznie dumna, bez żadnych dodatkowych kontekstów. Joanna była przekonana, że podobnie zareagowałaby Ala, dobra, szczera Ala, której od dziecka zawiśćo cokolwiek była obca. Zawsze umniejszała swoje osiągnięcia,a entuzjastycznie podchodziła do najdrobniejszych powodzeń młodszej siostry. Joanna od dawna tak boleśnie nie odczuwała straty ich obu… Musiała poprzestać na wewnętrznym poczuciu satysfakcji, do którego, jak przyznawała bez zakłamania, miała pełne prawo. Jako obcaw tym kraju zdobyła to, co udawało się niewielu Kanadyjczykomz urodzenia. Samo dostanie się tam na medycynę stanowiło duże wyzwanie, a rokrocznie jedynie trzydzieści procent kandydatów zdobywało indeks. Ona się wśród nich znalazła. Potem od pierwszego roku wymagania wobec studentów były tak wysokie, że liczna ich grupa przestawała studiować, alboz własnej woli, zorientowawszy się, że nie sąw stanie podołać oczekiwaniom, albow wyniku oblanych egzaminów. Joanna pracowała systematyczniei rzetelnie, dzięki czemu nie tylko pozostała studentką, ale też dostawała różne nagrody, wrazz najważniejszą dla niej – stypendium, dzięki któremu byław stanie się utrzymać. Nie miała przecieżw Kanadzie nikogo bliskiego, kto mógłby jej pomóc,a z wojennej tułaczki przyjechała bez pieniędzy, bez niczego, nawet bez ubrań na zmianę… Walkao zdobycie dyplomu to była ostra, zażarta bitwa, nie tylko na wiedzęi umiejętności, alei na wytrzymałość. Punktacja, którą osiągnęła Joanna, okazała się tak wysoka, że od razu zaproponowano jej asystenturęw uniwersyteckiej klinice. Sprawiło jej to radość, gdyż nie miała wątpliwości, że medycyna pozostanie jej pasją na całe życie.
O tym, jaki zawód wybierze, zadecydowała bardzo wcześnie. Zdarzyło się tow Kazachstanie, gdy jako trzynastoletnia dziewczynka stała przy łóżku umierającej mamy,a felczer rozkładał ręce, mówiąc, że nie jestw stanie jej pomóc. Postanowiła wtedy nie tylko, jaki zawód wybierze, ale również, że będzie się starała posiąść jak najgłębszą wiedzęw zakresie medycyny, aby takie sytuacje jej się nie zdarzały. Gdy została już dyplomowanym lekarzem, nie wiedziała jeszcze, która ścieżka tej rozległej dziedziny będzie dla niej najlepsza – czy skłoni się ku praktyce, czy też wybierze badania naukowe. Propozycja pracyw klinice otwierała przed nią możliwość poznania obydwu dziedzini dokonania świadomego wyboru.
Znów stanął jej przed oczami tamten podwójnie szczęśliwy dzień. Gdy po uroczystości weszła do akademika,w którym przemieszkała całe studiai gdzie czuła się jak we własnym domu, recepcjonistka zawołała:
– Pani Joanno, list do pani!
Zdziwiona podeszła do okienka. Dotąd nikt do niej nie pisał. Nie mogła przypomnieć sobie nikogo, kto mógłby to zrobić. Wzięła do ręki kopertę oblepioną wieloma kolorowymi znaczkamii upstrzoną stemplamio różnych kształtach. Już samo opakowanie było dowodem na to, że wiadomość musiała przemierzyć kawał świata. Kiedy Joanna spojrzała na rubrykęz nazwiskiem nadawcy, najpierw zakręciło jej sięw głowie,a potem zaczęła przecierać oczy, bo myślała, że źle widzi. Trzy razy przeczytała imięi nazwisko na głos,a upewniwszy się, że jednak nie jest to przywidzenie, nie wiedziała, czy powinna się śmiać, czy płakać. Buzowało w niej tyle emocji, że zaczęła biegać po całym holui zaczepiać kolejnych – często znanych jej, ale również tych nieznanych – ludzi, krzycząc:
– Napisała do mnie siostra! Moja siostra żyje! Ona żyje!
W końcu opadła na fotel stojącyw rogu pomieszczeniai zaczęła przypatrywać się kopercie, obracać ją na różne strony, jakby chciałaz niej wyczytać coś więcej. Bała się ją otworzyć, gdyż wojenna przeszłość nauczyła ją, że chwile radości często mieszają sięz głębokim smutkiem. Alicja żyje, wołało jej siostrzane serce, ale gdzie? Rozstały się jeszcze na terenie ZSRR, może nie udało jej się stamtąd wydostać?A tam? Nieraz słyszałao tym, że nadal przetrzymują tam ludziw łagrach… Jeśli to głos stamtąd, tow jakim siostra jest stanie? Mogła też wrócić do Polski,a z kraju złych wieści nie brakowało… Postanowiła, że otworzy kopertę później, dopiero gdy będzie samaw swoim pokoju, żeby nikt jej nie przeszkadzał – ani gdyby miała płakać, ani gdyby odetchnęłaz ulgąi mogła się cieszyć. Pobiegła się przebrać.
Wieczorem, gdyw klubie studenckim świętowała otrzymanie dyplomu, droga jej sercu koperta byłaz nią,w torebce przewieszonej przez ramię. Joanna co jakiś czas sprawdzała, czy aby na pewno jest na swoim miejscu. Na razie nie znała treści listu, nie wiedziała, gdzie Alicja przebywai w jakim jest stanie, ale poświęciła odnalezionej siostrze jedenz często tego wieczora wznoszonych toastów. Większość koleżaneki kolegów ze studiów nie była wtajemniczonaw wojenne losy Joanny, ale jej przyjaciółka Stella, zorientowanaw tym temacie, kilka razy powtórzyła:
– Aśka, alez ciebie szczęściara! Tego samego dnia takie dwa radosne wydarzenia.
Kiedy Joanna wróciła do swojego pokoju, było już blisko świtu. Dokładnie zamknęła drzwi, usiadła po turecku na łóżkui choćw głowie trochę jej szumiało,a oczy nieco się kleiły, delikatnie otworzyła kopertęi zaczęła czytać.
Kochana Joasiu,
ileż to czasu upłynęło, od kiedy wysiadłam na stacji, by kupić nam zaopatrzenie,a Ty zostałaśw przedziale, pilnując niewielkiego dobytku, który nam pozostał po kradzieży nie tylkoresztek żywności, ale także dokumentówi wierzchnich okryć. Na zakup czegokolwiek trzeba było staćw długich kolejkach, gdyż na stacji były tłumy,a poza tym transakcje częściej dokonywane były nie pieniędzmi, alew drodze handlu wymiennego. Ja też miałam ze sobą, pewnie pamiętasz, kilka drobiazgów przywiezionych jeszczez Wilna, co znacznie wszystko wydłużało. Nikt się jednak specjalnie nie spieszył, gdyżz reguły na odjazd trzeba było długo czekać. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy po wyjściu na peron zobaczyłam, że pociągu już nie ma. Stanęłam jak wryta, nie byłamw stanie się ruszyć. Torby wypadły miz rąki niektóre rzeczy potoczyły się po peronie. Zaczęłam gorączkowo myśleć, co robić. Może biec za pociągiem? Ale musiał odjechać już jakiś czas temu, bo nie było nawet słychać turkotu kół po szynach. Opadł też już specyficzny kolejowy pył, unoszący się zwykle za jadącą maszyną. Nie było szans na dogonienie Ciebie. Sensowne wydawało mi się zdobycie informacjio godzinach przejazdów następnych pociągóww tym samym kierunku, ale, jak się zorientowałam, tablicez rozkładami jazdy były pozostałością po czasach przedwojennychi nie miały związkuz rzeczywistością. Okienkoz napisem «Informacja» było zamknięte,a raczej zalepione tekturą, bo pewnie szyba została wybita.
Byłam załamana. Najpierw musiałyśmy rozstać sięz Baśką. Bolało mnie to, że zostaław tym okropnym kraju,z którego tak bardzo chciałyśmy się wydostać. Nie wiem, czy Ty też tak to odczuwałaś, bo nawet nie zdążyłyśmyo tym porozmawiać.A terazi my, przez przykry przypadek, się rozdzieliłyśmy. Trudno było przypuszczać, żew tym przepastnym kraju będziemy mogły się jeszcze kiedykolwiek spotkać. Poczułam się samotnai zagubiona jak nigdy dotąd. Tylu ludzi stało wokół mnie, ludziw podobnej do mnie sytuacji,a ja czułam się jak na bezludnej wyspie. Byłam zdana wyłącznie na siebie, czego dzięki naszej kochanej rodzinie wcześniej nie doznałam. Stałam długo na peronie, pogrążona we wspomnieniach, tęsknie patrzącw stronę,w którą odjechał pociągz moją małą Asią – najmłodszą z rodzeństwa, a zarazem najbardziej zaradną... Potem zaczęłam się zastanawiać, czy sama dam sobie radę. Uświadomiłam sobie, iż jedyne, co mogłoby pomócw ewentualnym odnalezieniu Ciebie, to dążenie do Armii Andersa, gdyż przecież obydwie złożyłyśmy podaniao przyjęciew jej szeregi. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że miejsc jej tworzenia sięi stacjonowania było wiele,a pomiędzy nimi znaczne odległości. Cóż było robić, musiałam walczyćo przetrwanie. Pozbierałam prowianti udałam się na poszukiwanie miejsca,w którym mogłabym spędzić najbliższą noc. Nie będę Ci teraz opisywać dalszych moich losów, bo, pewnie podobnie do twoich, są pełne różnych pozytywnych, alei niemiłych wydarzeń.O tym wszystkim napiszęw kolejnych listach,a może kiedyś,w przyszłości, uda nam się spotkaći wtedy nagadamy się do woli, jak to było za dobrych, przedwojennych czasów. Najważniejsze, że Cię odnalazłam, odzyskałam.
Nie myśl, że wcześniej Cię nie szukałam, ale dotąd nie mogłam zdobyć żadnycho Tobie informacji. Ostatnio natomiast, zupełnym przypadkiem,w jednejz polonijnych gazetek natrafiłam na Twoje nazwisko, które było umieszczone na liście dyplomantów wydziału lekarskiego (gratulacje!!!). To był pierwszy, najważniejszy krok do znalezienia Twojego adresu.
Jak ta wojna narozrabiaław naszym życiu. Nie tylko pozbawiła nas rodziców, ale porozrzucała po świecie. Tyw Kanadzie, Basia pewnie dalejw ZSRR (nie mam żadnycho niej wiadomości),a ja wylądowałamw Rodezji. Mieszkam najednymz polskich osiedli. Nie jest tu źle, ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest moja docelowa przystań, tylko długi przystanek na drodze do niej. Najchętniej wróciłabym do Wilna, ale wiadomo, że to raczej niemożliwe, może do Polski. Na razie nie zaprzątam sobie głowy myśleniem o przyszłości, bo mam tu sporo pracyi przyjazne otoczeniei wszelkie zasadnicze decyzje odkładam na później.
Mam nadzieję, że znajdziesz czas, by odpisać na mój list,a ja już obiecuję, że niedługo wyślę następny. Tyle mam Ci do opowiedzenia, ale przede wszystkim jestem szczęśliwa, że wreszcie jestem pewna, że Cię mam.
Całuję Cię bardzo, bardzo mocno
Ala
– Ala! – wykrzyknęła Joanna na głosi błyskawicznie wstałaz krzesła. – Przecież nawet się z nią nie przywitałam! Na pewno już przyjęli ją na oddział.
Wybiegłaz pokoju, zostawiwszy drzwi na wpół otwarte. Po drodze włożyła fartuch, by nie mieć problemuz wejściem do miejsc niedostępnych dla postronnych. Alicję umieszczonow separatce na oddziale sąsiadującymz tym, na którym pracowała Joanna. Gdy weszła do salii zamknęła za sobą drzwi, poczuła, że zaraz zacznie płakać. Normalnie nie była skłonna do łez – uważano ją za twardą, odporną psychicznie kobietę. Gdy jednak po tylu latach znalazła sięw jednym pomieszczeniuz siostrąi jej tęsknota powinna zostać zaspokojona, zdała sobie sprawę, że ma przed sobą tylko zimną, białą aparaturę podtrzymującą życie, tykające urządzenia mierzące życiowe parametryi monitory je wyświetlające,a w ich środku małą, jakby najmniej ważną, najmniej rzucającą sięw oczy ludzką istotę.Z takimi obrazami stykała się na co dzień, lecz gdyw owej medycznej machinie dostrzegła znajomą, choć niew pełni widocznąi zmienioną chorobą twarz – twarz, którą pamiętała od najwcześniejszych lat swojego istnienia, zawodowa rutyna prysła.
– Boże, jak ja mogę się przywitaćz tą moją Alą? – zapytała na głos.
Podeszła do łóżka, wzięła chłodną dłoń chorejw swojąi chwilę trzymała, lekko ściskając. Gdy ją puściła, dłoń opadła bezwładnie na kołdrę. Joanna pochyliła się nad siostrą, pocałowała jąw policzekw miejscu wolnym od oprzyrządowaniai powiedziała cicho:
– Witajw Kanadzie.
Przedtem jakoś opanowała płacz, teraz już nie dała rady. Siedziała bokiem na kołdrze przy siostrzei szlochała. Nawet nie próbowała powstrzymywać ani łez, ani dźwięku wydobywającego jej sięz krtani. Nie tak wyobrażała sobie to powitanie.O zgrozo, teraz czuła się podobnie jak wtedy, gdyw Kazachstanie umierała mama,a ona stała przy niej bezradna. Wówczas tę bezsilność można było zrozumieć: jedyny nibyprofesjonalista, felczer, miał pojęcieo medycynie niewiele wykraczające poza wiedzę przeciętnego człowieka,a do dyspozycji jakąś maśći tabletki na przeczyszczenie. Ale tu,w najlepszym szpitalu klinicznymw Ottawie, dysponującym najnowocześniejszą na ten czas medyczną aparaturąw kraju,w otoczeniu specjalistówz wszelkich dziedzin… to niemożliwe, ona nie może… nie powinna umrzeć. Sama Joanna też zresztą miała sporą wiedzę, którą połykała łapczywie przez lata studiów,a i teraz wciąż ją zdobywała… Co prawda nie specjalizowała sięw neurochirurgii, ale przecież niedawno zdobyła dyplomi nie wywietrzały jej jeszcze wiadomościz innych specjalizacji.
– Nie! – krzyknęłai wybiegłaz sali.
Przeczytała już dokumentację medyczną siostry, wręczoną jej na lotnisku razemz listem wyjaśniającym źródło choroby, ale teraz postanowiła zapoznać sięz dokładnym orzeczeniem stanu chorej, dokonanym przez przyjmujących ją na oddział lekarzy. Po jego lekturze,a szczególnie po przeanalizowaniu notatek dotyczących perspektyw na przyszłość, które nie były optymistyczne, zdecydowała, że będzie cały czas czuwała. Nie mogła dopuścić, by zaniechano którejśz możliwych ścieżek leczenia, by nie wykorzystano odpowiednio wszelkich możliwości. Miała zaufanie do swoich kolegów, leczz praktyki wiedziała, że czujne oko osoby emocjonalnie zaangażowanejw przypadek czasem się przydaje.
– Tak łatwo się nie poddam! Do końca nie opuszczę mojej siostryi będę walczyłao każdy jej dzień! – stwierdziła, wracając korytarzem do separatki Alicji. Czuwała przy niej całą noci kolejne też.
Pracowała na sąsiednim oddziale, więc przychodziła do siostryw każdej wolnej chwili. Niemal przeprowadziła się do jej sali.W swoim pokoju, znajdującym sięw jednymz pawilonów na tyłach głównego budynku kliniki, bywała rzadko. Zaraz po objęciu asystentury zaproponowano jej wprowadzenie się do tego lokumi bardzo je sobie chwaliła. Medyczna działalność pochłaniała ją całkowicie, życie pozaszpitalne właściwie się dla niej nie liczyło, więc rozwiązanie to było dla niej idealne,a w dodatku płaciła niewiele, tylko rachunki za realnie zużyte media. Nie przypuszczała nigdy, że pokój ten odegra dużą rolęw dramatycznej sytuacji,w której się znalazła.
Oprócz codziennych zajęć pisała pracę doktorską, do której ukończenia niewiele już jej brakowało. Teraz, zamiast ją kontynuować, rozłożyła na swoim stoliku specjalistyczne publikacje dotyczące procedur medycznych związanych ze śpiączką. Przychodziła do swojego pokoju właściwie tylko po to, by je studiować. Robiła to trochę po kryjomu, by nie urazić leczących Alicję lekarzy. Nie miała zastrzeżeń co do stosowanych przez nich procedur medycznych, ale jako że siostra nie była jedyną ich pacjentkąw ciężkim stanie, nie mieli oni dla niej tyle czasu, by wykorzystywaćw praktyce wszystkie zalecane środki. Joanna starała się wspomóc ich terapię metodami, które wedle naukowych doniesień też przyczyniały się do zwiększenia szansy na wybudzenie pacjenta. Stosowała więc aromaterapię, podsuwając pod nos siostry różnorodne zapachy: te, które lubiła, jak na przykład woń sosny, alei takie, których nie znosiła, jak odór czosnku. Do wielozmysłowego bodźcowania należała też smakoterapia, której dodatkowym celem było pojawienie się odruchu połykania. Szczególne znaczenie miaływ niej ostre smaki zawarte na przykładw sokuz cytryny czy produktachz dużą zawartością pieprzu. Wszystkie źródła naukowe zalecały też intensywne stymulowanie mózgu, najlepiej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Joanna zainstalowała więcw separatce magnetofon,z którego często płynęła muzyka,a kiedy mogła być przy siostrze, cały czas do niej mówiła. Wymyślała najrozmaitsze tematyi tak dużo paplała, że gdy nastawała nocna przerwa, była zachrypnięta. Wciąż mając nadzieję, że siostra wróci do zdrowia, wpadła na pomysł, by nagrać na magnetofon opowieść o swoich przeżyciach, które doprowadziły ją do Kanady. Gdyby stał się cud, myślała,i Ala zaczęłaby pytać, co sięu mnie działo, będę mogła włączyć jej taśmę, żeby po raz drugi tego nie opowiadać.
Alu, nie myśl, że dla mnie rozstaniez tobą nie było szokiem. Gdy zobaczyłam, że pociąg rusza,a ciebie jeszcze nie ma, otworzyłam oknoi zaczęłam głośno cię wołać. Inni pasażerowie również nawoływali swoich bliskich, którzy zostali na stacji, ale ja chyba byłam pierwsza. Potem powstał taki harmider, że trudno było zrozumieć pojedyncze słowa. Tak jak ty nie byłam osamotnionaw swoim lęku, strachuo to, co będzie dalej, jak dam sobie radę, alew przeciwieństwie do ciebie obecność ludzi wokół, którzy znaleźli sięw tej samej sytuacji, jakoś mi pomogła. Szczególnie kiedy dowiedziałam się, żew przedziale obok bez jakiejkolwiek opieki została sześcioletnia Ulai jej jeszcze młodszy brat Krzyś. Pomyślałam, że ja, blisko czternastoletnia, nie mam co się użalaći muszę dać sobie radę. To zmobilizowało mnie do pozytywnego myślenia. Nie miałam innego wyjścia, musiałam jechać dalej.
Po trzech dniach dotarliśmy do Turkiestanu. Tam, mimo że niby byliśmy wolni, zajęło się nami NKWD, wszechobecne chyba na całym terenie ZSRR. Skierowano nas do oberży, gdzie mieliśmy przenocować. Przygotowano dla nas miejsca na cienkich matach rozłożonych na podłodze ogromnej sali – właściwie wyściełały one całą jej przestrzeń. Wokół niej na podwyższeniu stały okrągłe stoły, przy których biesiadowaliw tym czasie okoliczni pracodawcy, tacy tamtejsi notable,z których większość była już chyba po sporej dawce alkoholu – wskazywały na to nie tylko zaczerwienione twarze, alei typowo pijackie humory. Oprócz śpiewów płynęły stamtąd niewybredne żarty. Nasze przybycie stanowiło dla nich dodatkową rozrywkęi mimo że większośćz nas była bardzo wyczerpana po podróży,a część zasnęła od razu po położeniu się na matach, prześcigali sięw głośnych komentarzach na nasz temat. Taksowali nas niczym przywiezione na rzeź bydło, boz pewnością wiedzieli, że możemy być ich potencjalnymi pracownikami.
– Ale to babsko ma wystające cycki. Tylko czemu gęba taka zapadnięta?
– Oj, popatrz, ten muskularny typ ma tylko jedno oko. Nadałby się do roboty, ale będzie pewnie wszystko krzywo ciął.
– Dziewuszkaw chustce niczego sobie, ale szara jakaś na twarzyi prawie nie ma zębów.
– A ta to prawie dziecko. Do przedszkola ją, nie do roboty!
Słysząc te komentarze, pragnęłam uciec jak najdalej od tej okropnej speluny, ale nie miałam nic, żadnych pieniędzy ani jedzenia. Musiałam dostać się do jakiejś pracy, żeby utrzymać się przy życiu. Zacisnęłam więc zębyi próbowałam nie słuchać docinków pijanych Kazachów. Marzyłam, żeby zasnąć, ale nie mogłam. Przetrzymałam jakoś do rana,a wtedy przydzielono mnie do sowchozu zajmującego się uprawą kauczuku. Jako jednaz robotnic rolnych zamieszkałamw lepiancez gałęzii błota, której połowę zajmowały świnie. Nieraz potem myślałam, że to były jednez najsympatyczniejszych towarzyszek mojej wędrówkiz zesłania.
Do moich codziennych obowiązków należało zrychlenie kauczuku, czyli pieleniei spulchnianie ziemi wzdłuż ciągnących się kilometrami rzędów roślin, oraz zbieranie nasion do dalszych zasiewów. Żeby cokolwiek zarobić, trzeba było wyrobić normę, czyli nazbierać ogromną ich ilość. Niedziela nie była dniem wolnym od pracy. Pracowało się tak samo, jakw dzień powszedni, ale za darmo, na rzecz radzieckiego państwa albo Armii Czerwonej. Te dni były dla mnie najgorsze, bo nie byłamw stanie przeboleć, że muszę cokolwiek robić dla kraju, który zabrał mi rodziców,a mnie pozbawił normalnego dzieciństwai młodości. Najtrudniejsza do przetrwania była tam zima. Prace polowe ustawałyi tylko mężczyźni znajdowali zatrudnienie, najczęściej na budowach. Kobiety siedziaływ lepiankach, głodowały, wpadaływ depresję,a to sprzyjało szerzeniu się różnych ciężkich chorób. Też przeżyłam taki czas. Dwukrotnie byłam na granicy życiai śmierci. Raz podczas zmagania sięz tyfusem plamistym,a drugim razem chorując na żółtaczkę. Gdy doszłam do siebie, co trwało dosyć długo, poszłam na służbę do jednego Białorusina, który był niezwykle bogaty. Jak to często bywa, jego bogactwu towarzyszyła ogromna pazerność. Wykorzystywał mnie do najrozmaitszych prac – byłam na nogach cały dzień bez żadnej przerwy, wykonując czynności przekraczające moje nadwątlone chorobami siły –a płacił mi minimalnie,w dodatku podle traktując, gorzej niż swoje psy. Miał tych psów pięć. Cały dzień trzymane były na łańcuchach, żeby nocą, puszczone wreszcie wolno, pilnowały jego dóbr. Wtedy, co tu się dziwić, były groźnei rzucały się na każdego, kto się do nich zbliżał…W końcu, kiedy byłam jużu kresu sił,a nie mogłam znaleźć żadnej innej pracy, zagadnął do mnie człowiek, który prawdopodobnie obserwował mnie od dłuższego czasui postanowił pomóc:
– Ty dziewuszka taka młoda, może chciałabyś się jeszcze pouczyć?
Okazało się, że był nauczycielem zatrudnionymw kołchozie do prowadzenia kursów przygotowujących tubylczą młodzież do pracyw najpotrzebniejszych tam zawodach. Właśnie rozpoczynał się kurs dla traktorzystówi on zaproponował, żebym się na niego zapisała. Nie miałam pojęciao prowadzeniu jakiegokolwiek pojazdu,a już na pewno nie przypuszczałam, że będę spędzać czasw szoferce takiego giganta. Ale byłam już tak zmęczonai zdesperowana, że przyjęłabym chyba każdą propozycję zajęcia innego niż to, które wtedy wykonywałam. Pomyślałam, że nawet jeśli nie uda mi się tego fachu nauczyć, to przez jakiś czas będę się go uczyła. Proces nauki zawsze lubiłam, niezależnie od tego, czego dotyczył,a tak długo nie miałam ku temu sposobności. Zgodziłam się.
Nigdy nie przypuszczałam, że jakiegoś Rosjanina będę mile wspominać,a nawet odczuwać wobec niego wdzięczność. Gdy pierwszy raz wdrapałam się do szoferkii z jej wysokości spojrzałam na pole, zakręciło mi sięw głowie. Stopniowo okazało się jednak, że same zasady kierowania tym pojazdem nie są trudne, wymagają tylko oswojenia sięz jego pokaźnymi gabarytami. Jako jedyna dziewczyna na kursie szybko stałam się, co podkreślał mój wybawca, najlepszą jego uczennicą. Wyraźnie widać było, że kozaccy młodzieńcy, którzy stanowili większość kursantów, nie byli zaprawieniw przyswajaniu sobie wiedzy. Po około dwóch miesiącach czułam się już pewnie, przemierzając gigantyczne pola. Czasem może zbyt pewnie, co wytykał mi nauczyciel. Działo się to pod wpływem wspomnień. Kiedy jechałam tym potworem, przypominały mi się moje rowerowe szaleństwaw lasachi na uliczkach naszej ukochanej podwileńskiej Kolonii Kolejoweji wstępował we mnie duch brawury.
Od rozpoczęcia etatowej pracyw charakterze traktorzystki dzieliły mnie już tylko dni, kiedy dotarło do mnie wezwanie – imienne wezwanie do wojska. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że razemz tobą na którejś ze stacji kolejowych, gdy jeszcze jechałyśmy szczęśliwe razem, wypełniłam podanieo przyjęcie do Armii Polskiej. Do dziś nie wiem,w jaki sposób zdołano mnie odnaleźćw jednymz tysięcy kołchozów,w które obfitował ten gigantyczny,a w dodatku kiepsko zorganizowany kraj. Teraz powstał jednak problem. Każdy absolwent kursów był bowiem zobowiązany do przepracowania trzech latw zawodzie, którego go nauczono. Kierownictwo sowchozu nie chciało się więc zgodzić na mój wyjazd, noi miało do tego prawo. Próbowałam coś wskórać, ale robiłam to bez przekonania, bo wydawało mi się, że wszelkie staraniaw tej sprawie skazane są na niepowodzenie. Mój anioł stróż, jak już wtedy zaczęłamw duchu nazywać nauczyciela,i w tym momencie mnie nie opuścił.
– Dziewuszka, ty naprawdę chcesz służyćw tej armii? Po co ci wojaczka? Nie dosyć się już przez wojnę wycierpiałaś? – zapytał.
Odpowiedziałam, żeo niczym innym nie marzę, przede wszystkim dlatego, że to moja jedyna szansa na odnalezienie siostry,z którą zgubiłyśmy sięw drodze,a która być może też wstąpi lub już wstąpiła do tej armii. Gdy to usłyszał, zaczął działaći po kilku dniach władze sowchozu odstąpiły od normalnie obowiązującego przepisu. Niewątpliwie dopomógł podpis samego generała Andersa na wezwaniu. Zrobił on duże wrażenie, gdyż tamtejsi urzędnicyz wielką atencją odnosili się do wszelkich tytułów,a z największą do tych wojskowych…
– Przepraszam, pani doktor, ale pan profesor prosił, żeby przyszła pani do jego gabinetu. – Do separatki zajrzała pielęgniarka.
– Oczywiście, dziękuję, zaraz będę. – Joanna się zmartwiła, wiedziała, że rano zawieziono Alę na badania. Może zaobserwowano niepokojące zmiany w jej stanie? Wyłączyła magnetofon, pogładziła siostrę po czolei wyszłaz pokoju. Dopiero za drzwiami się zreflektowała. – Ty durna idiotko – powiedziała do siebie szeptem. – Przez ten przedłużający się stres jużw ogóle nie myślisz. Przecież to twój profesor cię wzywa,a nie tenz oddziału, na którym leży Alicja. Póki czas, puknij się dobrzew głowę, bo zwariujesz – dalej sobie wymyślała.
– Dzień dobry, koleżanko, proszę usiąść – przywitał ją profesor, wstawszy zza ogromnego biurka, na którym piętrzyły się stosy papierów. Był niewysoki, szczupły,a braki owłosieniaz przodu głowy rekompensowały wąsyi pokaźna, gęsta broda. Zawsze nosił muszkęw miejscu krawata,a jej kolor często zmieniał, co wskazywało na to, że ma sporą kolekcję tych ubraniowych dodatków. Już na ostatnim roku jej studiów zwrócił uwagę na osiągnięcia Joannyi objął ją naukową opieką,a zaraz po uzyskaniu dyplomu zaproponował jej pracę na oddziale, którym kierował. Był klasycznym typem nieprzytomnego naukowcai zarówno na uczelni, jaki w klinice krążyłyo nim najróżniejsze opowieści to potwierdzające. Joanna sama była świadkiem takiego zdarzenia. Kiedyś, podczas obchodu, gdy słuchał stetoskopem serca pacjenta, asystenci nagle usłyszeli:
– Przepraszam, czy ktoś puka?
Wszyscy zebrani przy łóżku popatrzyli po sobie ze zdziwieniem,a potem wybuchnęli śmiechem, któremu wtórował basowy rechot samego profesora. Mimo mikrej postury bas miał tubalny.
Był całkowicie pochłonięty nauką – nie miał jednak sercaz kamienia. Raz się zakochał, ale ukochana zbyt mocno stąpała po ziemi, by na stałe zaakceptować związekz kimś tak nieprzewidywalnym. Teraz, będąc jużw średnim wieku, skupił się wyłącznie na zawodowej sferze swojego życia. Współpracowników traktował po koleżeńsku,a tych młodszych nieco po ojcowsku, szczególnie tych, których wcześniej uczył. Kiedyś Joanna przyszła na egzamin po nieprzespanej, bo poświęconej na naukę nocy,w dodatku głodna, gdyż termin wypłaty stypendium przypadał następnego dnia,a całe poprzednie wydała na zakup maszyny do pisania. Musiała kiepsko wyglądać, bo profesor stwierdził, żew takim stanie nie dopuści jej do egzaminu,i wysłał ją do bufetu, by zjadła solidny posiłek – wręczył jej przy tym kwotę, która mogła wystarczyć na co najmniej dwa. Skąd wiedział, że jest bez grosza, pozostało dla niej tajemnicą.
Innym razem, gdy była już jego asystentką, zaprosił ją na koncert do filharmonii. Okazało się, że jest melomanem. Joanna nie znała się na muzyce poważnej, choć wszystkie trzy siostry – onaz racji wieku najkrócej – uczyły się gry na fortepianie. Basia nawet wiązałaz tym swoją przyszłość. Profesor zaprosił ją też kiedyś do teatru na tak dobrą komedię, że obydwoje śmiali się na głos, ale kiedy po spektaklu zaproponował kolację, odmówiła. Wciąż widziaław nim przede wszystkim szefa, więc zbytnie spoufalanie się nie wchodziło dla niejw grę.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
