W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie - Anna Czerwińska-Rydel - ebook

W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie ebook

Anna Czerwińska Rydel

4,9

Opis

Maria Skłodowska-Curie była fascynującą osobą.

Wielu uważało, ze jest zbyt poważna – a ona była po prostu refleksyjna i bardzo skupiona – początkowo na nauce, potem na pracy naukowej. W jej czasach w Polsce kobiety nie mogły studiować na uniwersytecie, więc sama zarobiła na studia i wyjechała do Paryża, uczyć się na Sorbonie. Nie dbała o stroje (do ślubu poszła w granatowej, bardzo praktycznej sukience), obiady dla męża gotowała na laboratoryjnym palniku, a wkrótce po otrzymaniu Nagrody Nobla zaczęła jeździć z córką na front I wojny światowej, robiąc zdjęcia rentgenowskie rannym żołnierzom – tym samym wykorzystując swoje odkrycie w praktyce.

Zawsze miała swoje zdanie i wiele niekonwencjonalnych pomysłów. Była dociekliwa i pracowita. Oryginalna, nietuzinkowa. Poznajcie jej niezwykłe życie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 93

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (7 ocen)
6
1
0
0
0

Popularność




Trzeba życie uczynić marzeniem,a marzenie rzeczywistością.

Piotr Curie

Trzeba mieć odwagę i wiarę w to,że się jest do czegoś zdolnymi że do tego czegoś dojść potrzeba.

Maria Skłodowska-Curie

Chopin i buty

– Trzy, dwa, jeden… szukam! – Marysia odsłoniła oczy i rozejrzała się wokoło.

Gdzie oni się schowali…? – pomyślała i zastygła w bezruchu, nasłuchując odgłosów, które zdradziłyby kryjówkę rodzeństwa.

Było cicho, spokojnie i jakoś tak obco w tym zawsze wypełnionym ruchem i gwarem pokoju. Ale już po chwili z szafy dobiegły Marysię delikatne szelesty, spod kanapy wydobyło się ni to sapanie, ni to mlaskanie, a za kotarą ktoś z trudem powstrzymywał chichot.

Dziewczynka uśmiechnęła się i na paluszkach podeszła do szafy. Nagłym ruchem otworzyła drzwi i od razu je zamknęła, przestraszona głośnym piskiem.

– Nie ma mnie, nie ma mnie! – piszczała Helenka, zawiedziona, że to ją pierwszą znalazła młodsza siostra.

– Ciiiii – Marysia położyła palec na ustach i ruchem głowy wskazała Helence kanapę. Teraz obie cichutko zakradły się w jej pobliże i, mrugając do siebie porozumiewawczo, równocześnie schyliły się, by zdemaskować kolejną kryjówkę.

– To Józio! – Helenka poczuła wielką satysfakcję, że starszy brat został odnaleziony zaraz po niej. Józio zaś za bardzo nie zmartwił się tym faktem. Miał buzię pełną cukierków, które przeżuwał z niemałym trudem, mlaskając i sapiąc przy tym zabawnie. Zjedzenie pysznych landrynek było dla niego znacznie ważniejsze niż zabawa w chowanego z siostrami.

Dziewczynki zostawiły więc brata w spokoju i same poszły sprawdzić, kto się ukrył za kotarą. W grę wchodziła Bronia lub Zosia. Ale sądząc po niecierpliwym falowaniu zasłony i zduszonym chichocie, była to…

– Bronka! – obie dziewczynki krzyknęły jednocześnie, widząc roześmianą buzię starszej siostry.

– A gdzie Zosia? – Marysia zaniepokoiła się, bo nie miała już pomysłu na kryjówkę.

– W ogóle się nie bawiła. Poszła do salonu z mamą – odpowiedział obojętnie Józio, który ze swojego ukrycia widział wszystko.

– Jak to?! Dlaczego? – tupnęła nogą Helenka. – To nie w porządku! Ja się tak nie bawię – nadąsała się, bo wciąż było jej trochę przykro, że to ją pierwszą odnalazła Marysia.

– Bo Zosia jest już prawie dorosła – w głosie Broni słychać było nutkę podziwu i zazdrości.

– Eee tam, dorosła! – prychnęła mała Marysia. – Każdy lubi się bawić w chowanego. Nawet tata! A przecież jest bardzo duży – stwierdziła. – Chodźmy do niej – zarządziła i otworzyła drzwi od pokoju.

W salonie było jasno i ciepło. Paliło się w kominku, migotały świece poustawiane w lichtarzach, kandelabrach i świecznikach*. Mama grała na fortepianie, a niedaleko niej, bokiem do drzwi stała Zosia, która stroiła dziwne miny i przybierała różne pozy, wpatrując się w wielkie kryształowe lustro.

– A więc TU jesteś! – krzyknęła z pretensją Helenka.

– Czemu się z nami nie bawisz? Nie jesteś chyba aż TAK DOROSŁA… – Marysia objęła najstarszą siostrę i zajrzała jej w oczy.

– Co? – Zosia przestraszyła się nagłym wejściem rodzeństwa. Zawstydziła się też, że została przyłapana na mizdrzeniu się do lustra. – O czym wy mówicie? Ja słucham, jak mama gra – powiedziała z wyższością i spoważniała.

Dzieci spojrzały na mamę. Pięknie wyglądała przy fortepianie w kremowej sukience z bufiastymi rękawami. Miała włosy upięte w kok, była zarumieniona i uśmiechnięta, a jej palce sprawnie biegały po białych i czarnych klawiszach.

– Nie hałasujcie, to Chopin – Zosia skorzystała z okazji, by pouczyć rodzeństwo. – Mama ostatnio ciągle go gra.

Dzieci umilkły i speszone usiadły na sofie i fotelach.

Smutny ten Chopin – pomyślała Marysia. – Jakby deszcz padał w jego muzyce.

Tego dnia długo jeszcze brzmiał jej w uszach deszczowy rytm utworu Chopina, który grała mama. Przypominało go tykanie zegara, kroki taty, który chodził po swoim gabinecie, i miarowe uderzanie młoteczka, którym pani Skłodowska przybijała podeszwy do butów.

– Mamusiu, uszyłaś dla mnie buty Chopina! – uśmiechnęła się, kiedy matka kazała jej przymierzyć nowiutką, dopiero co wykończoną parę brązowych trzewiczków.

– Naprawdę, nie musisz tego robić, Broneczko, to praca dla mężczyzny! – pan Skłodowski nie lubił widzieć żony z młotkiem szewskim w ręku. – Nawet samo słowo „szewc” jest rodzaju męskiego. Wolę jak grasz Chopina.

– Dobrze wiesz, Władku, że nie kupilibyśmy tylu par porządnych butów – uśmiechnęła się pani Skłodowska. – Dzieci prędko z nich wyrastają albo je niszczą, a wszystko takie drogie… Cieszę się, że mogę zrobić dla nich buty sama. Szczególnie teraz, jak już nie pracuję, tylko jestem w domu. To całkiem ciekawe i wesołe zajęcie. Zobacz! – objęła męża i spojrzała na Marysię, która, tupiąc obcasami, tańcowała w swoich nowych butach.

Przy lampie naftowej

Marysia otworzyła drzwi i weszła do gabinetu taty. W półmroku dostrzegła zarys stojących tu mebli – kanapy, owalnego stołu, krzeseł i szerokiego biurka, przy którym siedział ojciec. Podbiegła do niego i wdrapała mu się na kolana, zarzucając ręce na szyję.

– Cóż tam, Maniu? – pan Skłodowski uśmiechnął się do córki i odłożył pióro.

– Chcę posłuchać tej bajki, którą nam wczoraj czytałeś, tato… – Marynia zamrugała swoimi szaroniebieskimi oczami i zaczęła wiercić się niecierpliwie na kolanach ojca.

Profesor Skłodowski roześmiał się i wyrównał plik rozrzuconych na biurku kartek, zapełnionych rzędami cyfr.

– Bajki? Hm… w pewnym sensie jest to bajka, ale… Zresztą to właściwie nieistotne – powiedział i podkręcił światło lampy naftowej stojącej na stole. – Najważniejsze, że ci się podoba. Zawołaj zatem resztę towarzystwa. Czas na wieczorne czytanie.

Marysia wybiegła w radosnych podskokach z gabinetu ojca, nawołując rodzeństwo, a pan Skłodowski podszedł do przeszklonej biblioteczki. Stało tam w równych rzędach całe mnóstwo książek z różnokolorowymi grzbietami, na których złociły się napisy w rozmaitych językach. Zastanowił się chwilę i wyjął dość gruby tom w ciemnej oprawie. Położył go na stoliku, po czym usiadł na fotelu i założył okulary.

Po chwili wpadła zarumieniona Marynia i pozostałe „towarzystwo”, jak to mówił tata. Najstarsza, dziesięcioletnia już Zosia, z poważną miną zasiadła na kanapie. Obok niej usiadły siedmioletnia Bronia i o rok od niej młodsza Helenka, chichocząc i szepcząc coś do siebie nawzajem. Dziewięcioletni Józio, jedyny chłopak, przysiadł na krześle obok ojca, a najmłodsza z nich wszystkich Mania wdrapała się jak zwykle tacie na kolana.

– I co było dalej? – zapytała.

– Posłuchajcie – ojciec otworzył książkę i zaczął czytać:

Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy,

Okrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany,

U góry błękitnawy, na zachód różany**.

Marysia zasłuchała się. Uwielbiała wieczorne czytania taty, który niskim, ciepłym głosem odmalowywał postacie, krajobrazy i sytuacje. Robił przy tym różne miny, to ściszał głos, to podnosił, marszczył brwi i poprawiał okulary. Czytał tak, że dziewczynka widziała dokładnie w swojej wyobraźni cały ten opisany przez poetę świat, który podobał jej się i pociągał. Dziwiła się, że nikt w historii o panu Tadeuszu nie musi mówić po rosyjsku, i zachwycała się melodią i rytmem poezji.

Pan Skłodowski skończył czytać, zamknął książkę i odłożył okulary. Zaległa cisza, przerywana tylko pokasływaniem mamy, która od kilku już dni leżała chora w sypialni.

– No, dzieci, czas do łóżek – powiedział ojciec i zdjął ze swoich kolan zasypiającą już prawie Marynię. – Ale najpierw jeszcze pacierze – ukląkł przed wiszącym na ścianie krzyżem. – Za mamę, żeby była zdrowa. I za naszą ojczyznę, żeby była wolna – spojrzał na Zosię, która rozpoczęła modlitwy.

Marysia nie rozumiała ani tego, co dzieje się z mamą, ani dlaczego trzeba się modlić za wolność ojczyzny. Nie pytała jednak o nic, tylko składała rączki i powtarzała za siostrą kolejne Zdrowaś Maryjo…

Płomień lampy tańczył i rzucał cienie na ścianę pod krzyżem, tworząc rozmaite kształty i obrazy. W jego blasku wszystko wydawało się takie tajemnicze i niesamowite, nawet twarze sióstr, brata i ojca wyglądały inaczej niż za dnia.

– Dobranoc, kochani – profesor Skłodowski ucałował główki wszystkich dzieci po kolei. – Spokojnych snów – uśmiechnął się i zasiadł w fotelu, gdy w drzwiach pojawiła się pokojówka, żeby położyć dzieci do łóżek.

Umilkł gwar i dziecięce śmiechy. Cisza ogarnęła dom. Profesor Skłodowski rozłożył prace klasowe swoich uczniów. Myślał o tym, że w tej chorej rzeczywistości, kiedy rosyjski zaborca zabrania mówienia po polsku i o Polsce, te chwile z dziećmi i poezją Mickiewicza są bezcenne. Miał jeszcze dużo sprawdzania, a do matematyki potrzebne jest szczególne skupienie i uwaga. Pochylił się więc nad zeszytami i półgłosem powtarzał obliczenia.

Wszyscy spali. Tylko Marynia leżała w łóżku z szeroko otwartymi oczami. Zastanawiała się, czy jutro będzie jej w końcu wolno przytulić się do mamy…

Jestem dzielna

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Lichtarz – bardzo ozdobny, stojący świecznik dla jednej świecy; kandelabr – duży, ozdobny, kilkuramienny świecznik stojący.

** Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz.

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Słowniczek

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium z życia uczonej

Dostępne w wersji pełnej

Naukowcy wokół Marii

Dostępne w wersji pełnej

W czasie, gdy żyła Maria, świat się zmieniał

Dostępne w wersji pełnej

Anna Czerwińska-Rydel

W poszukiwaniu światła Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie

© by Anna Czerwińska-Rydel © by Wydawnictwo Literatura ilustracje © by Dorota Łoskot-Cichocka

PROJEKT OKŁADKI: Katarzyna Kołodziej SŁOWNICZEK OPRACOWAŁA: Katarzyna Lengowska REDAKCJA I KOREKTA: Lidia Kowalczyk, Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Fotografie wykorzystane w książce pochodzą z Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

ISBN 978-83-7672-491-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019 91-334 Łódź, ul. Srebrna [email protected] (42) 630 23 81www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska