Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moja historia o tym,jak środowisko sportowe może niszczyć życie
Jeśli sięgnąłeś po tę książkę, oznacza to, że tak jak ja nie do końca wierzysz w piękny, brokatowy i szczęśliwy obrazek, czyli to, jak przedstawiana jest szeroko pojęta branża fit. Osobiście nie znam osoby, która byłaby w stu procentach zadowolona ze swojego wyglądu, większość ludzi w swoim życiu była przynajmniej raz na jakiejś diecie, zazwyczaj w celu zredukowania masy ciała. Nie należy jednak bagatelizować osób, które stoją po drugiej stronie i robią wszystko, aby przybrać na wadze. Bez względu na to, jaki był lub jest Twój cel, otarłeś się o branżę fitness: specjalne diety, suplementy, plany treningowe, kluby sportowe, treningi online, fora dyskusyjne, filmy instruktażowe i wiele, wiele więcej. Za każdym razem słyszysz, że wystarczy tylko odpowiednia motywacja, konsekwencja i podążanie zgodnie z planem, a sukces będzie gwarantowany, a jeśli ponosisz porażkę, to najprawdopodobniej oszukujesz, jesteś leniwy i nie dajesz z siebie maksimum zaangażowania. Potwierdzają to dziesiątki prezentowanych spektakularnych metamorfoz, idealne ciała, szczęśliwi ludzie, którzy odmienili swoje życie. I naprawdę wiem, że nie brakuje Ci chęci, siły, wytrwałości i zaangażowania, a mimo to jakoś nie idzie albo droga nie wznieca tak cudownie energii witalnej, jak powinna to robić według osób, które krzewią te wszystkie piękne motywujące teksty.
W raporcie opublikowanym przez Narodowy Fundusz Zdrowia w maju 2024 możemy przeczytać, że w 2020 roku według World Obesity Atlas na świecie było 2,6 mld osób z nadwagą lub otyłością, w tym aż 0,99 mld osób było otyłych. Dla porównania – w Polsce w 2019 roku według danych Głównego Urzędu Statystycznego 56,6% osób powyżej piętnastego roku życia miało nadwagę lub otyłość (z otyłością było 18,5% osób). Szacuje się że w 2025 roku w Polsce z otyłością borykać się będzie 25,9% kobiet i 30,3% mężczyzn w wieku 20 lat lub więcej. Prognoza Lobstein i in. (2023)1 mówi, że w roku 2035 ponad 35% dorosłych mężczyzn (w wieku dwadzieścia lat lub więcej) i ponad 25% dorosłych kobiet w Polsce będzie otyłych2.
Od razu chcę sprostować, że w tej książce nie znajdziesz cudownej diety, kolejnego sposobu na odchudzanie czy zbudowanie atletycznej sylwetki, nie będę Cię przekonywać, że jakaś metoda jest bardziej skuteczna od innej – generalnie nie mam zamiaru Ci nic sprzedać ani do niczego Cię przekonać… Chcę trochę otworzyć Ci oczy, przestrzec Cię i być może uchronić od negatywnego wpływu przemysłu fitness, o którym się nie mówi.
No właśnie, jak zapewne już zauważyłeś, napisałam tę książkę anonimowo, nie bez powodu. Po pierwsze wszystko, co zostało w niej opisane, jest moim osobistym doświadczeniem, często trudnym i gorzkim. Dzięki temu, że moje najbliższe otoczenie nie będzie wiedziało, że to ja jestem autorką tej książki, mogę otwarcie, szeroko i szczerze opisać swoje doświadczenia i przemyślenia, które towarzyszą mi od lat. Poruszam tutaj tematy tabu, kontrowersyjne i zarezerwowane jedynie dla ludzi istniejących w tym świecie od lat. Nie jestem osobą, która zawodowo funkcjonuje w tej branży, jestem zwykłą babką, która pracuje na etacie w korporacji, stara się żyć zdrowo i aktywnie, kiedyś miała wielkie plany i marzenia związane z fitnessem. Otarłam się o zawodowstwo wiele lat temu, ale do tego wrócę w kolejnych rozdziałach książki. Z kulturystyką i fitnessem amatorsko jestem związana od osiemnastu lat, rozwijam się razem z tą branżą, poznałam osobiście przez te lata wiele „wielkich” nazwisk tego świata, ale co ważniejsze – także setki anonimowych osób podążających za swoimi sportowo-sylwetkowymi celami. Poznałam wiele historii bezpośrednio od tych osób, lecz muszę rozwiać nadzieję na odkrycie sekretów znanych postaci fit świata, nic takiego się tutaj nie wydarzy. Chcę Ci opowiedzieć o ciemnej stronie tego sportu, zwrócić uwagę na zagrożenia, wytłumaczyć, dlaczego nie idzie tak łatwo, jak się wydaje, że powinno, że sportowcy są tylko ludźmi, za których sukcesem lub porażką stoją często osobiste dramaty, masa problemów i trudnych momentów. W dobie mediów społecznościowych i rosnącej liczby influencerów dostajemy coraz więcej obrazków pokazujących, jaki ten świat jest cudowny, a ludzie z fit branży – spełnieni i szczęśliwi. Jeśli prześledzisz te treści wystarczająco uważnie, może czasami wychwycisz, że ktoś wspomina między wierszami, że miał depresję, cierpiał na zaburzenia odżywiania, zepsuł relację z bliskimi, doświadczył ciężkiej kontuzji, borykał się z problemami zaburzonego funkcjonowania układu trawiennego… Tylko że to są pojedyncze wzmianki, za którymi od razu idzie informacja „pokonałem to”, „zmieniłem podejście”, „skorzystałem z pomocy” i w zasadzie już jest super i po sprawie, cóż… to po prostu nieprawda, bo to nie są problemy, które ot tak z dnia na dzień można pokonać – i o tym też chcę Ci opowiedzieć.
Historie tu opisane są moimi osobistymi doświadczeniami, uwagi i opinie mają charakter subiektywny, więc nie traktuj ich jako prawdy objawionej, jest to moje dzisiejsze spojrzenie na opisywany temat i absolutnie nie musisz się z nim zgadzać. Wiele lat temu moja percepcja była inna i w obronie swojej pasji byłabym gotowa zabić, jakbym należała do sekty z całkowicie wypranym mózgiem, ale rozumiem każdego, kto aktualnie jest właśnie na tym etapie… To kiedyś minie i jeśli teraz odrzucisz wszystko, co przeczytasz, być może za kilka lat przypomnisz sobie o mnie i wrócisz do tej książki z innym spojrzeniem, podejściem i własnym bagażem doświadczeń. Pragnę jedynie odsłonić kulisy branży fitness i pokazać Ci, co dzieje się na backstage’u – a nie zawsze to, co tam ma miejsce, jest atrakcyjne i zachęcające, tak więc jeszcze raz cieszę się, że tu jesteś, mam nadzieję, że po lekturze będziesz bardziej świadomie i z przymrużeniem oka patrzył i słuchał tego, co fit branża próbuje Ci sprzedać.
1https://www.worldobesity.org/resources/resource-library/world-obesity-atlas-2023?utm_source=copilot.com
2 Raport NFZ o zdrowiu – Otyłość i jej konsekwencje. Warszawa, maj 2024, Aleksander Pawlewicz,
https://ezdrowie.gov.pl/portal/home/badania-i-dane/zdrowe-dane/raporty/otylosc?utm_source=copilot.com
„Idealna” sylwetka jest dzisiaj obiektem pożądania obu płci. Panowie postrzegani jako atrakcyjni fizycznie powinni mieć – według przekazów popkultury – wysportowane, sprawne ciało, z wyraźnie widocznymi, ale nieprzerośniętymi mięśniami. W przypadku mężczyzn kanon piękna od zarania dziejów niewiele się zmienił, można było obserwować pewne mody związane z ubiorem, makijażem, a nawet noszeniem peruk przez panów, natomiast w odniesieniu do ciała mężczyźni, ogólnie rzecz ujmując, powinni wyglądać na silnych, sprawnych i zdrowych.
Jeśli zaś chodzi o panie – tu kanony idealnego ciała zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dziś możemy wyodrębnić kilka „modelowych” sylwetek, które wpisują się w trend idealnego ciała XXI wieku. Zaczynając od sylwetek, którymi szczycą się modelki, czyli długie, smukłe, raczej wątłe ciała, poprzez trochę bardziej kobiece ciała modelek w stylu Victoria’s Secret, które oczywiście są szczupłe, ale mają krągłe, jędrne piersi i wymodelowane pośladki. Kolejnym wzorcem jest przeskok do kanonu fit ciała, w którym kobiety mają silne, szczupłe, wysportowane sylwetki, z delikatnie zarysowanymi mięśniami ramion, obowiązkowo widocznymi mięśniami brzucha, jędrną, odstającą pupą i szczupłymi, niezbyt rozbudowanymi udami. Z drugiej jednak strony mamy bardzo mocny trend odejścia od kultu „idealnego ciała” i rozwój sylwetek w kobiecym typie, o zgrozo, nazywanych „plus size”. Miał to być sprzeciw wobec wyśrubowanego kanonu piękna XXI wieku, kultu ciała i głodzenia się. Idea była może i dobra, ale w mojej ocenie poszła nie do końca w tę stronę, w którą powinna, modelkami plus size są bowiem określane dziewczyny w rozmiarze czterdzieści i więcej. Czy czterdzieści to plus? Serio? Nawet jeśli widzimy modelki o bardziej bujnych kształtach, to ciągle mają one wyraźnie zarysowaną talię, śliczne buzie, zero cellulitu i rozstępów. Z drugiej jednak strony ten trend bywa wymówką dla bezrefleksyjnego tycia i ignorowania założeń racjonalnej diety. Otyłość jest śmiertelną chorobą i należy o tym pamiętać bez względu na wagę, jaką przywiązujemy do własnej masy ciała i jego kondycji. Została wpisana do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób pod kodem E66. Mimo że próbujemy jako społeczeństwo być poprawni i kreować zdrowe wzorce fizyczności ludzkiego ciała, to zakłamujemy rzeczywistość poprzez retusz, operacje i korekcję. Filtry zdjęć i filmów są już tak powszechne, że możemy je ustawić na stałe podczas odbywania wideopołączeń czy robienia zwykłego selfie.
Bezrefleksyjne podążanie kobiet za coraz to nowymi wzorcami „piękna” w zderzeniu z ciągłym samorozwojem i świadomością bycia czymś więcej niż ciało w końcu zaowocowało powstaniem ruchu body positive. Wyrastał on powoli przez kilka dekad jako sprzeciw wobec dyskryminacji i krytyka nierealistycznych standardów piękna. Wydawać by się mogło, że jest to stosunkowo nowa inicjatywa, ale jej początki mają swoje korzenie w latach sześćdziesiątych. Za zalążek jego powstania uznaje się ruch Fat Acceptance, który narodził się w USA, a dokładnie w 1967 roku w Nowym Jorku, kiedy to odbył się publiczny protest przeciwko dyskryminacji ludzi z otyłością i nadwagą. Już rok później powstała oficjalna organizacja – NAAFA (National Association to Advance Fat Acceptance) – walcząca o ich prawa3. Dopiero trzy dekady później narodziła się filozofia i ruch Body Positive, jaki znamy dzisiaj. W 1996 roku Connie Sobczak i Elizabeth Scott założyły The Body Positive Organization4, której celem było wspieranie ludzi w budowaniu zdrowej relacji z ciałem, niezależnie od jego wyglądu, oraz przeciwdziałanie zaburzeniom odżywiania. Warto wspomnieć, że w tym podejściu nie patrzymy na ciało jedynie przez pryzmat jego nadmiernej objętości, lecz także jej przeciwieństwa w postaci chudości, choroby i niedoskonałości skórnych, wyraźnych blizn czy uszkodzeń, deformacji, a także celowości w jego zmianie – np. piercing czy tatuaże. Generalnie ciało miało być postrzegane jedynie jako powłoka pozwalająca jednostce żyć i się tym życiem cieszyć. Tak jak większość tego typu ruchów oddolnych – z założenia dobrych – na przestrzeni czasu ewoluował, był poddawany przemodelowaniom i ulegał komercjalizacji. Wraz z rozwojem mediów społecznościowych zaczął być wykorzystywany niekoniecznie jedynie w celu szerzenia samoakceptacji wśród ludzi, a stawał się narzędziem do monetyzacji, ale także formą wymówki dla niebrania odpowiedzialności za pogarszający się stan zdrowia i przerzucanie jej na oceniające społeczeństwo. Współcześnie rozwija się jego odnoga, która przekształca body positive w ruch body neutrality, mówiący, że nie musisz kochać swojego ciała – wystarczy, że je szanujesz.
No dobrze, dziś temat ciała i podążanie za swoim idealnym wzorcem jest w zasadzie powszechnym zjawiskiem. Spójrzmy zatem: czy jest to nowa moda, czy jednak nie jesteśmy zbyt oryginalni w uprzedmiatawianiu ludzkiego ciała i postrzeganiu go w sposób inny, niż powinno być postrzegane. Ciało wszak służy nam do poruszania się i rozmnażania w celu podtrzymania ludzkiego gatunku przy życiu, i czysto teoretycznie powinno być ocenianie pod kątem funkcjonalności, a nie wyglądu i estetyki.
Zaczynając od czasów bardzo przeszłych: w prehistorii atletyczna i wysportowana sylwetka u kobiet nie miała racji bytu, była wręcz niepożądana. Najstarszy uwieczniony wizerunek kobiecego ciała, który przetrwał do dziś, to postać Wenus z Willendorfu. Powstanie figurki jest datowane na około dwadzieścia siedem tysięcy lat wstecz. Rzeźba obrazuje kobiece ciało tamtych czasów, które miało bardzo szerokie uda, wydatne i obwisłe piersi oraz brzuch, krótkie nogi i szerokie biodra. Postać uwieczniona w kamieniu symbolizowała kobietę jako matkę, bujne ciało było wyznacznikiem jej płodności – było w stanie wydać liczne potomstwo. W tym przypadku hołd oddany jest funkcji i roli, jakie to ciało spełniało i odgrywało. Ciekawe jest jednak to, że już wtedy człowiek miał potrzebę uwieczniania tego, co stanowiło dla niego wartość i ukazywało to, co aktualnie było postrzegane jako piękne lub wartościowe. Z tego względu mamy możliwość podziwiania rzeźb i malowideł z najodleglejszych czasów oraz poznawania ścieżki, jaką podążała nasza kultura w swojej ewolucji. Aż strach pomyśleć, jakie wnioski o naszej kulturze wysnują badacze, analizując zdjęcia sylwetek i przerobionych twarzy, które obecnie podziwiamy i udostępniamy w sieci.
Mimo że odległe, za to bardzo dobrze utrwalone w sztuce są wzorce kultury antycznej – czyli starożytnej Grecji i Rzymu.
Kultura grecka bardzo mocno łączyła piękno fizyczne z duchowością, moralnością czy ogólnie pojętym dobrem. Ludzie wpisujący się w ówczesny kanon piękna byli także uznawani za dobrych, mądrych i pożytecznych. Idea zrównywania atrakcyjności fizycznej z jednoczesnym postrzeganiem takich ludzi jako „lepszych” przetrwała (niestety) z nami do dziś. Nierzadko do pełnienia służby publicznej, w rekrutacji czy wyborze partnera podświadomie kierujemy się atrakcyjnym wyglądem, sądząc, że w ładnej powłoce kryje się bogactwo dobrych cech.
Piękne ciało antyku to takie, które było harmonijne, wręcz matematycznie proporcjonalne. Co ciekawe, to nie kobiece ciała były wtedy obiektem dużego zainteresowania. W tamtych czasach to na mężczyznach była skupiana cała uwaga i kult fizycznego piękna. Wśród rankingów najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych rzeźb tamtego okresu próżno szukać wielu kobiecych sylwetek. Najlepiej znane są postaci Wenus z Milo oraz Nike z Samotraki. Ta pierwsza jest wizerunkiem bogini, symbolu miłości i piękna. Występuje jako rzeźba, ale także została uwieczniona w formie obrazu. Przyglądając się jej dokładnie pod kątem fizyczności, widzimy wyraźną różnicę między pierwszym wizerunkiem Wenus z Willendorfu. Grecka bogini ma zdecydowanie szczuplejsze ciało z lekko zarysowanymi mięśniami brzucha, drobne, jędrne piersi oraz biodra symetryczne względem szerokości barków. Idealnie wpisuje się w wizerunek pięknego, harmonijnie zbudowanego ciała. Nike również jest boginią, uwiecznioną przez nieznanego artystę, symbolizuje zwycięstwo opakowane w kobiece, uskrzydlone ciało. Postać uwieczniona w brązie jest okryta delikatną zwiewną szatą, pod którą widać jednak zarys kobiecego ciała, do złudzenia przypominającego budową i proporcjami ciało bogini Wenus. Jak wiadomo, w tamtych czasach niełatwo było skopiować cudzą pracę, artyści tworzyli, opierając się na własnych koncepcjach i wizjach piękna. Patrząc na trendy panujące w sztuce, możemy być pewni, że to, w jaki sposób uwieczniali ludzkie postaci, doskonale odzwierciedlało, jakimi przesłankami ludzie kierowali się w ocenie atrakcyjności innych. Jednakże mimo kilku wyjątków kobiece sylwetki nie były obiektem zbyt dużego zainteresowania w starożytnej Grecji. W tamtym okresie to mężczyźni, dla odmiany, musieli sprostać wygórowanym standardom fizycznej doskonałości, to oni byli postrzegani jako „płeć piękna”, a kobiety często czuły się zawstydzone, że swoją urodą nie dorównują mężczyznom. Być może z tego względu ich sylwetki zwykle były przykryte, mimo że nagość była powszechna, a panowie bez skrępowania pokazywali się i pozowali bez ubrań.
Wracając do występujących zdecydowanie powszechniej rzeźb mężczyzn – także widzimy pewien wzorzec. Grecja i jej mitologia to kult boskości, w tym samym nurcie utrzymana jest sztuka tamtego okresu. Rzeźby przedstawiają bogów w ludzkich, pięknych ciałach, ich sylwetki są silne, umięśnione, zazwyczaj nagie, nierzadko posiadają atrybuty męstwa, takie jak miecze, tarcze czy zbroje. W tym przypadku nie było tabu, ciało jako twór idealny było stworzone do podziwiania i naśladowania. Ich idealne proporcje były przedmiotem podziwu, a dokładność, z jaką zostały wykonane, pozwalała na dostrzeżenie nawet najmniejszego, perfekcyjnego detalu. To właśnie takimi cechami kierowali się twórcy, gdy tysiące lat temu poszukiwali tego, co uznawali za piękne.
Wyraźne odbicie kanonu piękna nastąpiło w okresie baroku. W tym czasie za ideał kobiecego piękna uchodziły panie o krągłych kształtach, można rzec, że wręcz otyłe. Najlepiej przedstawiał to Rubens w swoich pracach, a określenie „rubensowskie kształty” po dziś dzień wskazuje na nieco pełniejsze kobiece ciało. Kobiety w okresie baroku były ucieleśnieniem zmysłowości, przedstawiano je jako bezpruderyjne, frywolne, często w lubieżnych pozach, choć nie zawsze nago. Inaczej niż w sztuce antycznej, tutaj nastąpiło całkowite oderwanie od głębi duchowej. Można by stwierdzić, że były to pierwsze kroki społeczeństwa w stronę seksualizacji jednostki. Barok – wraz ze swoimi kanonami – w Polsce i na świecie trwał około stu pięćdziesięciu lat, co nie jest zbyt spektakularnie długim okresem w porównaniu do wszystkich lat, w których za piękne uważane było to, co smukłe, gibkie i jędrne.
W zasadzie od rozpoczęcia epoki oświecenia, poprzez romantyzm i kolejne epoki, nie nastąpił wyraźny powrót do ciał „pełniejszych”. Na przestrzeni lat kobiety były coraz szczuplejsze, zmieniała się moda, a wraz z nią stroje, które wkładały panie. Do pewnego momentu damskie ubrania stwarzały możliwość zakrywania mankamentów i uwypuklania aktualnie pożądanych cech. Gorsety idealnie wysmuklały talię, jednocześnie podkreślając biust i biodra. Szerokie spódnice ukrywały pełne uda, a głębokie dekolty prezentowały pełne biusty. Prawdziwa rewolucja w świecie mody miała jednak miejsce dopiero na początku XX wieku. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych Marlene Dietrich (amerykańsko-niemiecka aktorka i piosenkarka) porzuciła wszelkie panujące modowe zasady i zaczęła nosić ubrania zarezerwowane dla mężczyzn, czyli spodnie i garnitury. To w tym okresie powstała pierwsza spódniczka mini (dokładnie lata sześćdziesiąte XX wieku; w 1965 roku projektantka mody, Mary Quant, wprowadziła do sprzedaży krótkie spódnice, czyli takie, które odsłaniały kolana i uda). Chwilę wcześniej, bo w latach czterdziestych, pojawiły się pierwsze dwuczęściowe stroje kąpielowe dla kobiet, były one jednak bardzo skromne i zakrywały dużą część ciała. Bikini, jakie znamy dziś, zostało zaprezentowane pierwszy raz w Paryżu przez projektanta Louisa Rearda dopiero w 1946 roku.
Wraz z rozwojem branży modowej miał miejsce rozwój branży modelingowej i powstanie ikonicznych postaci. Równocześnie swój rozkwit miał świat filmu, aktorki pokazywane na wielkich ekranach stawały się wzorem do naśladowania dla kobiet na całym świecie.
Jeśli mówimy o kanoniczych postaciach i sylwetkach tamtego okresu, samo ciśnie się na usta nazwisko Marilyn Monroe, do dziś przez wiele kobiet i mężczyzn postrzeganej jako absolutny ideał kobiecego piękna. Jako pierwsza w historii pojawiła się na okładce „Playboya”. Cechowała ją szczupła, ale kobieca figura, pełne piersi i biodra oraz wąska talia. Prezentowała typową budowę klepsydry – harmonijny kształt ciała bazujący na symetrii, którego kult sięga, jak pamiętamy, czasów antycznych. Przez wielu pożądana ze względu na walory cielesne, niedoceniana za swoje umiejętności i charakter. Dziś dzięki wielu publikacjom i relacjom znamy historię życia Marilyn; patrząc z zewnątrz, można by sądzić, że była kobietą spełnioną, posiadająca wszystko, czego można by było pragnąć: urodę, pieniądze, sławę i uwielbienie mężczyzn. Jak wiemy, była głęboko nieszczęśliwa, wciąż poszukiwała sensu swojego istnienia, została wielokrotnie wykorzystana i oszukana. Niemałą rolę w tej sytuacji odegrało to, jak jej wizerunek został wykreowany i „sprzedany”, w którymś momencie przestała być postrzegana jako człowiek, a została uprzedmiotowiona. Niestety…
W kolejnych dziesięcioleciach, kiedy popkultura rozwijała się coraz szybciej, a rozpowszechnianie wizerunku stało się łatwe, powstawały kolejne „wielkie” nazwiska świata mody i kina. W latach sześćdziesiątych najbardziej znanymi postaciami i reprezentantkami ówczesnego kanonu piękna były Audrey Hepburn i Twiggy. Obie wyjątkowo szczupłe, wręcz eteryczne w porównaniu do wspomnianej wcześniej Marilyn Monroe. W osobie Twiggy upatruje się zapoczątkowania mody na modelki w typie „wieszaka”, który w kolejnych latach ewoluował do kanonu urody, tzw. heroin chic, tak popularnego w latach dziewięćdziesiątych za sprawą modelki Kate Moss. Charakterystyczne cechy wyglądu zgodne z tym kanonem to przede wszystkim blada skóra, podkrążone oczy i właśnie niezdrowa chudość. Nie chcę zagłębiać się w ciemną stronę modelingu, ponieważ nie o tym jest ta książka. Publikacji na temat mody, życia modelek, blasków i cieni tego świata powstało tyle, że jeśli ktokolwiek chciałby przybliżyć sobie brudne historie tej branży, to na pewno bez większych problemów znajdzie odpowiednie źródło. Natomiast nie mogłam choćby nie wspomnieć o wpływie modelek i projektantów na obecne kanony kobiecego piękna, ponieważ niezaprzeczalnie jest to piętno, którego nie uda nam się odrzucić.
Gdzieś pomiędzy kobiecą sylwetką reprezentowaną przez Marilyn Monroe a wychudzonymi modelkami w stylu Kate Moss kobiety zaczęły poszukiwać dla siebie zdrowego środka i tak w latach siedemdziesiątych coraz bardziej popularna zaczęła się stawać dobrze nam znana fit sylwetka. Początki fitnessu należy łączyć z wymyśleniem i rozpowszechnieniem podstawowej formy gimnastyki rekreacyjnej, jaką był aerobik. To, czego możecie nie wiedzieć, to to, że nie kobieta byłą prekursorem tej formy aktywności, za wynalazcę aerobiku uznawany jest Kenneth Cooper, który w latach siedemdziesiątych był lekarzem w Narodowej Agencji Aeronautyki USA (NASA). Opracowany przez niego program wyszedł z laboratorium do amatorów za pośrednictwem wydanej przez niego w 1968 roku książki Aerobic oraz Aerobic for Women i zyskał ogromną popularność wśród Amerykanów, którzy chcieli prowadzić zdrowy styl życia i uzyskać wymarzoną wysportowaną sylwetkę. Żona Coopera, Millie, wzbogaciła program o kroki taneczne, ponieważ jako instruktorka tańca chciała dodać do planu treningowego nutę zabawy, aby był przyjemną, zdrową formą rozrywki. Pierwszy program instruktażowy Millie wyemitowała w TV w 1969 roku, dzięki czemu trafił do szerszej grupy odbiorców. Jednak to nie nazwisko twórców jest powszechnie znane w fitnessowej branży, dali oni jedynie początek rozwojowi branży fitness, której globalna wartość w 2022 została oszacowana na 91,22 mld USD rocznie5. Nie wiadomo, czy nowy nurt sportowy zostałby tak dobrze przyjęty i na stałe zagościł w życiu wielu ludzi na całym świecie, gdyby nie Jane Fonda – aktorka i „matka” fitnessu. Swoją przygodę z tym sportem rozpoczęła w konsekwencji wypadku – na planie filmu Chiński syndrom złamała nogę, a aerobik miał być jedynie formą rekonwalescencji i utrzymania formy. Zajęcia, na które uczęszczała, stały się jej wielką pasją i w konsekwencji postanowiła zrobić z tego biznes. Aktorka wydała wiele kaset z ćwiczeniami, otworzyła kluby fitness, w których kobiety (ale nie tylko), zainspirowane zgrabną, szczupłą sylwetką gwiazdy, chętnie wylewały z siebie siódme poty w rytm energetycznej muzyki. Nowy trend wspierany znanym nazwiskiem z USA przyniósł Fondzie dochody rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów oraz popularność na całym świecie.
Wracając do naszego kraju – dziś bez zająknięcia wskazalibyśmy na Ewę Chodakowską jako tę, która „obudziła” Polki i ruszyła je z kanap, jednak to nie ona pierwsza wznieciła finessowy ruch w Polsce. Początek wielkiej fit rewolucji datujemy na początek lat osiemdziesiątych, a dokładnie rok 1983, kiedy absolwentka warszawskiej AWF i specjalistycznego kursu aerobiku w Paryżu, Hanna Fidusiewicz, założyła pierwszy polski, mieszczący się w Warszawie, klub fitness o nazwie „Pod Skocznią”. Kolejnym krokiem było wydanie książek instruktażowych oraz programów telewizyjnych, m.in. popularnej w tamtym czasie Akademii zdrowia.
Wspomniana przed chwilą Ewa Chodakowska, dziś nazywana „trenerką wszystkich Polek”, szturmem podbiła polski rynek fitness, kiedy w 2012 roku wraz z magazynem „Shape” wydała swoją pierwszą płytę DVD z autorskim programem treningowym. Według informacji podanych w Wikipedii do 2024 roku ma ich już na koncie trzydzieści.
Ewa swoją sylwetką odbiegała od wizerunku zagłodzonej chudej modelki, prezentowała (i dalej prezentuje) smukłe, zwinne i silne ciało. Minimalna ilość tkanki tłuszczowej, widoczne mięśnie brzucha, zarysowane mięśnie ud, zgrabne ramiona, a to wszystko okraszone dobrym humorem, uśmiechem i pełnią energii. Nic dziwnego, że kobiety masowo zapragnęły dla siebie takiego właśnie ciała i kondycji, masowo zaczęły ćwiczyć w domach oraz ruszyły do dostępnych już klubów fitness. To tam często pierwszy raz miały kontakt z typowym treningiem oporowym (siłowym), specjalistycznym sprzętem i bardziej profesjonalnym podejściem do pracy nad siłą i muskulaturą.
W odróżnieniu od ciągle zmieniających się trendów dotyczących kobiecego wyglądu wśród mężczyzn trend jest raczej stały i umieszczony w ramach silnego i sprawnego ciała. Panowie jako potomkowie wojowników – obrońców rodziny, jednostek dbających o byt – swoją fizjonomią powinni na pierwszy rzut oka demonstrować gotowość do zaspokojenia tych właśnie potrzeb. I tak we wspomnianej już wcześniej starożytnej Grecji mężczyźni byli tymi piękniejszymi – o silnych, umięśnionych ciałach, poza wyglądem odznaczali się także siłą i sprawnością, co można było podziwiać w trakcie igrzysk czy walk gladiatorów. W średniowieczu nastąpiło delikatne odejście od masywnej sylwetki wojownika do smukłej figury kojarzonej z wizerunkiem Chrystusa i innych biblijnych postaci, co jednak nie trwało dłużej niż jedna epoka i w renesansie nastąpił powrót do pierwotnych ideałów oraz koncepcji silnego samca alfa. Co ciekawe, w przypadku męskich wzorców piękna ciało ma drugorzędne znaczenie, ponieważ o męstwie jednostki nie decyduje sam wygląd, a bardziej całokształt zaradności pod kątem ekonomicznym, pozycji społecznej i ogólnie pojmowanej władzy. Pod koniec XIX wieku mężczyzna z okazałym brzuchem był uważany za niezwykle pociągającego. Wynikało to oczywiście z mocno zarysowanych różnic klasowych, gdzie robotnicy byli w dobrej formie, a to ich zarządcy, a więc majętni włodarze, mogli pozwolić sobie na dobrobyt i uczestnictwo w ucztach6. Znamienne jest, że mało atrakcyjna, niezbyt zadbana kobieta posiadająca niesamowite kompetencje i wiedzę nigdy nie będzie tak poważana jak mężczyzna o podobnych umiejętnościach i całkowitym braku atutów wizualnych7. W kulturze Zachodu istnieje wyraźna różnica między presją nakładaną na kobiety i mężczyzn w odniesieniu do utrzymania odpowiedniej masy ciała i inwestycji czasu oraz środków w wygląd. Jednakże i takie podejście w dobie wzrastającej konkurencyjności ze strony innych mężczyzn, jak również coraz lepiej wykształconych kobiet, ulega zmianie. Lynne Luciano w książce Looking Good pisze, że do drugiej wojny światowej atrakcyjność mężczyzn definiowana była głównie przez ich działania i osiągnięcia, ale już w dekadach powojennych ta sytuacja uległa zmianie8. Jest to uwarunkowane zmianami na rynku pracy i wspomnianą już wcześniej konkurencyjnością – zaczęło się pojawiać zainteresowanie ciałem mężczyzny, a panowie poczuli, czym jest presja społeczna związana z narzuconymi oczekiwaniami pod kątem wyglądu. Według Luciano, dopóki mężczyźni kontrolowali w pełni sferę ekonomiczną, ich wygląd miał drugorzędne znaczenie, jednak w dobie walki o sukces zawodowy, a także o partnerkę, stał się jednym z bardzo istotnych czynników. Panie bowiem, których pozycja w świecie zaczęła się mocno zmieniać i nie była już tak uzależniona od mężczyzn, coraz śmielej stawiały swoje warunki i oczekiwania wobec panów, co dla wielu stanowiło istny szok kulturowy i wymusiło całkiem nowe podejście do postrzegania samego siebie.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
3 Kerby Lynn, The History of Body Positivity, From Its New York Origins to Instagram Today,
https://www.aol.com/lifestyle/history-body-positivity-york-origins-102152310.html?utm_source=copilot.com&guccounter=1&guce_referrer=aHR0cHM6Ly9jb3BpbG90Lm1pY3Jvc29mdC5jb20v&guce_referrer_sig=AQAAAJDUIkRD5TiKdWKR95wHFXMD0VvWP092yzZnUSV6qpIchvFJf_eeIgTPBilNyONpvjyUL-NdSRe3g1MeXrYa4BPaH3lQQDAMBxX8xc7dC-oQ7wGqFDjILpTdxvih9VemyGOJQmXtoAqaFhr_RdeNqJD-bccXy_KdGNzhW8Vrpjlv (dostęp 24.01.2026).
4 The Body Positive, Our History, https://thebodypositive.org/our-history/?utm_source=copilot.com (dostęp 24.01.2026).
5 Dane z raportu Deloitte opracowanego przez The Global Health & Fitness Alliance (GHFA) we współpracy z IHSA, 2022 r. Economic Health and Societal Wellbeing: Quantifying the Impact of the Global Health and Fitness Sector, streszczenie raportu dostępne jest: https://www.attractionsmanagement.com/attractions-news/New-report-from-GHFA-IHRSA-and-Deloitte-exposes-cost-of-inactivity-to-GDP-and-healthcare-system/349681?utm_source=copilot.com.
6 Mateusz Skucha, Męskości Nowoczesne? Wiek XIX, https://files01.core.ac.uk/download/pdf/158968245.pdf?utm_source=copilot.com (dostęp 24.01.2026); David J. Hutson, Plump or Corpulent? Lean or Gaunt? Historical Categories of Bodily Health in Nineteenth-Century Thoughe,
https://www.cambridge.org/core/journals/social-science-history/article/plump-or-corpulent-lean-or-gaunt-historical-categories-of-bodily-health-in-nineteenthcentury-thought/A82E7DB8DDD1BBAF279BD56C37769172?utm_source=copilot.com.
7 Nauka w Polsce (serwis PAP), dr Julita Czernecka (UŁ), Kobiety silniej oceniane przez pryzmat wyglądu w różnych sferach życia, https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/news%2C28153%2Csocjolog-kobiety-silniej-oceniane-przez-pryzmat-wygladu-w-roznych-sferach.; Emilia Paprzycka, Dominika Orlik, Czy wygląd ma znaczenie? Kapitał seksualny a sukces rekrutacyjny,
https://dspace.uni.lodz.pl/bitstream/handle/11089/18891/1-005_021-Paprzycka%2C%20Orlik.pdf?utm_source=copilot.com (dostęp 24.01.2026).
8 Lynne Luciano, Looking Good, Farrar, Strauss & Giroux-3PL 2020.https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/news%2C28153%2Csocjolog-kobiety-silniej-oceniane-przez-pryzmat-wygladu-w-roznych-sferach
W piekle fitnessu
isbn: 978-83-8423-560-7
© Hanna L. i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Białek
korekta: Paulina Górska, Anna Miotke
okładka: Agnieszka Wrycz-Szybowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
