Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 151 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W obronie Kory i wolności - Kamil Sipowicz

Książka Kamila Sipowicza to odpowiedź na proces Kory w sprawie posiadania niecałych 3 gramów marihuany. Napisana w formie listu do premiera Donalda Tuska zawiera ostre oskarżenie polskiej polityki oraz Tuska, który sam kiedyś palił marihuanę.

Kamil Sipowicz opisuje poranek 12 czerwca, kiedy do ich wspólnego domu z Korą wpadła policja w poszukiwaniu narkotyków. Książka jest także kopalnią informacji na temat używek, również tych, które przez wieki używali Polacy, również nasi narodowi wieszcze. Krasiński wybrał sobie eter i opium, tak jak Słowacki i Mickiewicz. Poeci młodopolscy Kasprowicz i Tetmajer wielbili haszyszowe upojenie. Oczywiście klasykiem halucynogennych podróży był Witkacy. Stanisław Lem używał LSD i jest wielce prawdopodobne, że opowiadanie Solaris w tej substancji ma swe korzenie. Adam Włodek, pierwszy mąż Wisławy Szymborskiej, opisywał swoje doświadczenie z LSD w „Przekroju”.

Opinie o ebooku W obronie Kory i wolności - Kamil Sipowicz

Fragment ebooka W obronie Kory i wolności - Kamil Sipowicz

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Przedmowa

28 czerwca 2012 roku

29 czerwca

30 czerwca

1 lipca

2 lipca

3 lipca

4 lipca

5 lipca

6 lipca

7 lipca

8 lipca

9 lipca

10 lipca

11 lipca

12 lipca

13 lipca

14 lipca

14 lipca

15 lipca

16 lipca

17 lipca

18 lipca

18 lipca

20 lipca

21 lipca

22 lipca

23 lipca

28 lipca

29 lipca

1 sierpnia

10 sierpnia

16 sierpnia

12 sierpnia

24 sierpnia

Trylogia Sipowicza

Skrzydełko

Okładka

KAMIL SIPOWICZ W obronie Kory i wolności List do premiera

Copyright © Kamil Sipowicz, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Korekta: Małgorzata Ablewska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne sp. z o.o. Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Toruńskie Zakłady Graficzne Zapolex Sp. z o.o. ul. Gen.Sowińskiego 2/4 87-100 Toruń

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o. ul. Poznańska 91

Przedmowa

Od końca komunizmu minęło już ponad 20 lat. Odzwyczailiśmy się od rannego walenia w drzwi milicji (policji). Od odmowy skontaktowania się z adwokatem i bezpodstawnych gróźb, arogancji władzy i wykorzystywania aparatu państwowego przeciwko niewinnym obywatelom. Za szybko jednak. To wszystko powróciło 12 czerwca 2012 roku. Dziewięciu urzędników, policjantów i celników wtargnęło do nas rano z nakazem przeszukania. Powód – ktoś wysłał paczkę na nasz adres z nazwiskiem „Ramona Sipowicz”. W paczce była marihuana. W czasie przeszukania domu policja znalazła 2,8 grama mojej marihuany.

Od ponad 20 lat staram się wytłumaczyć społeczeństwu, że konopie indyjskie są mniej szkodliwą używką niż alkohol. Ostatnie dane: 30 tysięcy zmarłych od chorób alkoholowych rocznie, 37 tysięcy zatrzymanych po pijanemu kierowców. Po marihuanie – żadnego zgonu, a jeśli już, to złe stany psychiczne po sprzedawanych przez mafię zatrutych chemią konopiach.

W 2000 roku wprowadzono w Polsce drakońskie przepisy, które z każdego sporadycznego konsumenta marihuany czynią przestępcę. Przez ostatnie 12 lat dało to 350 tysięcy ofiar najbardziej represyjnego prawa antynarkotykowego w unijnej Europie. Zamiast leczyć czy tłumaczyć, karze się tysiące najczęściej młodych ludzi: studentów, uczniów. W wielu przypadkach rujnuje się im życie. Wpisuje im się kryminalną przeszłość do życiorysu. W 2012 roku próbowano ten przepis zreformować. Prokuratura może odstąpić od karania przy nieznacznej ilości. Prokuratura nie odstępuje, gdyż nie wie, co to znaczy nieznaczna ilość. Ja też nie wiem. Chociaż domyślam się, że 2,8 grama to raczej ilość nieznaczna. Prokurator w naszym przypadku nie domyślił się i skierował sprawę przeciwko mojej żonie Korze do sądu. Zadowolony z siebie rzecznik prokuratury pan Ślepokura ogłosił tę wieść w mediach z satysfakcją, jakby udało mu się złapać morderców generała Papały. Uruchomiono cały aparat policyjno-prokuratorski przeciwko jednej z największych polskich artystek tylko dlatego, że podała urzędnikowi maleńką paczuszkę z suszem konopnym, który chciałem sfotografować do swojej książki Encyklopedia polskiej psychodelii (Warszawa, Krytyka Polityczna, planowane wydanie listopad 2012). Zrobiła się burza medialna.

Pomoc i współczucie wyrazili nam: Ryszard Kalisz, Aleksander Kwaśniewski, Wanda Nowicka, Jan Lityński, Janusz Palikot, wielcy polscy artyści, politycy, naukowcy i ludzie na ulicy. Szczególnie wsparcie tych ostatnich bardzo nam pomogło. Ludzie są oburzeni, że prokuratura przez długi czas umarzała sprawy oszusta bankowego, a wykazała się taką gorliwością w naszej sprawie. Pan premier powinien tych ludzi posłuchać. Mieliby mu więcej do powiedzenia niż jego doradcy.

Z furią zaatakowali nas politycy i publicyści prawicowi. A partia rządząca uznała naszą sprawę oraz innych 14 tysięcy osób rocznie karanych za posiadanie marihuany za nieważną. Ani jednego słowa komentarza.

Od czerwca do września 2012 roku przeżyliśmy z żoną wiele nerwowych chwil i nieprzespanych nocy, konsultacji z prawnikami, rozmów z mediami, odpowiedzi na wściekłe ataki prawicowych mediów, paparazzi wokół domu oraz obawę przed inwigilacją i podsłuchami. Przekonaliśmy się również, że marihuanę palą nie tylko artyści, studenci czy kibice. Palą też prawnicy, sportowcy, lekarze, policjanci, a nawet prokuratorzy. Palą obrońcy i przeciwnicy krzyża. Palą u siebie po kryjomu. Kupują zaś u mafijnych dilerów lub hodują we własnych domach. Tak jak kiedyś po kryjomu produkowało się ulotki czy słuchało Wolnej Europy.

Palił też w młodości dzisiejszy premier Donald Tusk. Podobno z pokoju w akademiku, w którym mieszkał on i jego koledzy, nieźle się kurzyło.

Dziś premier, który obiecał nam politykę miłości i budowę społeczeństwa obywatelskiego, wyraźnie skłania się ku centroprawicy. Wszystkie małe wolności, które dla nas są tak ważne, wyparowały z jego światopoglądu.

Ta książka jest listem do premiera Donalda Tuska, osoby, którą kiedyś bardzo lubiłem i która nadal ma w sobie dużo uroku osobistego. Chciałbym mu uświadomić, jak jego rząd, kasując powoli różnego rodzaju małe wolności, oddala się od swego pierwotnego liberalnego projektu. Jak zamiast być odważnym mężem stanu, wsłuchuje się w opinie społeczeństwa ukształtowane przez poprzednie straszące rządy prawicy.

Wiem, że równie dobrze mógłbym ten list włożyć do butelki i wrzucić do morza. Nie oczekuję żadnej odpowiedzi od premiera. On ma wiele ważniejszych spraw na głowie, co go może obchodzić „nieznaczna ilość”.

List ten jest rodzajem dziennika, w którym na przemian z aktualnymi wydarzeniami rozwijającej się sprawy Państwo Polskie przeciw Oldze J. wplatam swoje ogólne refleksje na temat erozji aksjologicznej obecnej władzy, skupionej na załatwianiu swoich interesów, nepotyzmie, spektaklach medialnych, manipulacji i summa summarum arogancji.

Panie premierze, powiedział pan w telewizji w rozmowie z muzykami rockowymi, że Pan nigdy nie zalegalizuje narkotyków w Polsce. Powtarzam kolejny raz, ale pan chyba nie chce tego słuchać: alkohol etylowy jest także narkotykiem wedle wszystkich klasyfikacji naukowych, w szczególności farmakologicznych. Odurza i uzależnia. Rujnuje nasze społeczeństwo w sposób tysiąckrotnie większy niż ta mała roślinka, przeciwko której wytoczył Pan armaty. Zastanawiam się dlaczego. Nie ja jeden. Może dlatego, że po alkoholu ludzie są bardziej podatni na sterowanie, na manipulację. Przecież to w monachijskich piwiarniach narodził się najbardziej zbrodniczy system świata. Carat rozpijał chłopów, żeby przemienić ich w niewolników. Może coś w tym jest.

Nie chcę zalegalizowania marihuany, bo wiem, że w tej chwili w Polsce to nie jest możliwe. Chodzi mi jedynie o to, żeby dokonano depenalizacji i zezwolono, tak jak jest to w Czechach, Hiszpanii, Portugalii i stu innych krajach, na posiadanie nieznacznej, ale określonej ilości marihuany.

Kamil Sipowicz

28 CZERWCA 2012 ROKU

Jestem na cmentarzu Wólka Węglowa przy grobie mamy, Lidii Sipowicz, która zmarła 24 lata temu, 28 czerwca. Co roku odwiedzam ją w rocznicę śmierci i co roku mam problem ze znalezieniem grobu, krążę w kółko, ponieważ oznakowanie na tym cmentarzu jest zagmatwane i nielogiczne. Kupiłem wieniec z białych pięknych kwiatów, dwa znicze. Mama zmarła w 1988 roku na nowotwór piersi, wykryty w trzeciej fazie. Leżała w szpitalu na Woli. To był czas zdychającego komunizmu, kiedy już nic właściwie nie można było załatwić. Mama bardzo cierpiała. W ostatnim stadium choroby była na pół przytomna, mocno krwawiła, karetka nie chciała przyjechać, musiałem dać łapówkę. W ośrodku leczenia bólu na Ursynowie udało mi się załatwić tynkturę morfinową i sam jej wlewałem morfinę łyżeczką do ust. Wydaje mi się, że to jej pomogło w strasznym cierpieniu. To był 1988 rok. Mama nie doczekała wolnej Polski, lecz czy rzeczywiście wolnej?

*

Wczoraj postanowiłem przyznać się prokuraturze, że to ja, nie Kora, byłem posiadaczem tych niecałych 3 gramów marihuany, którą znaleźli u nas w domu. Wyjaśniam całą sprawę i tłumaczę, że marihuana ta służyła mi jako rzeczowy, materialny przedmiot w mojej pracy dziennikarskiej i naukowej. Piszę w tej chwili trzecią książkę po Hipisach w PRL-u i Czy marihuana jest z konopi?. To będzie Encyklopedia polskiej psychodelii, w której opisuję wpływ substancji rozszerzających świadomość na największych polskich poetów, artystów, pisarzy: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Reymonta, Tetmajera i wielu, wielu innych. Oprócz tego na zamówienie wydawnictwa Czerwone i Czarne chcę napisać, jak wygląda w Polsce stosunek władzy do ludzi posiadających marihuanę, jak się odbywają zatrzymania, w jaki sposób postępuje policja wobec obywateli. Dlatego pozwoliłem, aby policja nas przesłuchała i zabrała Korę na komendę. Postawiłem ją w bardzo niekomfortowej sytuacji, ale musiałem to przeżyć, musieliśmy to razem przeżyć, w tej chwili biorę całą winę na siebie. Kora nic nie wiedziała o marihuanie w naszym domu.

*

Ostatnio miałem cmentarny czas. Wczoraj byłem na pogrzebie Henryka Berezy na Starych Powązkach. Najpierw była msza w kościele na ulicy Chłodnej. Prowadził ją ksiądz Andrzej Luter. Bardzo pięknie mówił o Henryku, po nim przemawiał Bogdan Zadura, poeta, redaktor naczelny Twórczości. To przemówienie też było bardzo trafne, odnosiło się do życia Henia, który nie był za bardzo wierzący, ale jak się czemuś dziwił, zwykł był mawiać: „O Matko Boska!”. I ta Matka Boska go w nasz Kościół katolicki jakoś wpisała. Ksiądz Andrzej Luter załatwił mu grób dokładnie przy grobie samego Marka Hłaski, a wiadomo, że Marek był wielką miłością Henryka, miłością bardziej duchową niż cielesną. Jak Henryk Bereza ma się do naszej sprawy? Otóż 11 czerwca 2012 roku byli u nas przyjaciele, pisarz Adam Wiedemann ze swoim partnerem. Adam też był przyjacielem Berezy i następnego dnia mieliśmy się spotkać z nim w kawiarni Czytelnika, gdzie Henio miał swój słynny stolik. Wiedemann z przyjacielem siedzieli u nas w noc poprzedzającą feralny dzień 12 czerwca do mniej więcej trzeciej nad ranem. Wypiliśmy sporo wina, rozmawialiśmy o muzyce, o poezji. Wiedemann wybornie zna się na muzyce współczesnej, awangardowej, lubi tych samych kompozytorów, co Kora i ja: Kagela, Stockhausena, Cage’a oraz tych bardziej uduchowionych minimalistów jak Arvo Pärt i Górecki. Rozmowa była bardzo interesująca. Kora poprosiła Adama, aby spróbował napisać dla niej tekst piosenki. Poprzednio nieudane próby wykonali poeci: Stanisław Dłuski i Edward Pasewicz. Rozmawialiśmy też o poezji Marty Podgórniak, którą z Korą uwielbiamy. Ponieważ wypiliśmy dużo wina, o godzinie ósmej, kiedy zadzwonił domofon, jeszcze spaliśmy, chociaż normalnie wstajemy bardzo wcześnie, o szóstej rano. Usłyszałem głos: „poczta, przesyłka”, i nazwisko Sipowicz. Zaspany wyszedłem do furtki, patrzę, a tam stoi wiele osób. Zza słupa wyskoczył umundurowany i uzbrojony policjant z pistoletem w kaburze. Twierdził, że ma przesyłkę dla Ramony Sipowicz. Sipowicz to ja, Ramona to nasz ukochany piesek, 8-letnia suczka rasy bolończyk. Policjant był w asyście 8 osób, innych policjantów i celników. Powiedział: „policja”, i wyciągnął dokument, na którym napisane było: „nakaz przeszukania”. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie wiedziałem takiego dokumentu, więc dokładnie nie wiedziałem, czy faktycznie jest to nakaz, ale powiedziałem, że w takim razie pójdę po klucz i otworzę furtkę. Policjant nie zgodził się, wskoczył na cementowy słupek ogrodzenia i wszedł za mną do domu. Od tego czasu wszyscy ci ludzie towarzyszyli nam na każdym kroku, nie mogliśmy być sami.

Na pogrzebie Berezy spotkałem Rafała Grupińskiego, osobę zdaje się ważną i bliską premierowi. Rafał jest także poetą i artystą. Poprosiłem go o umożliwienie mi osobistego spotkania z premierem.

29 CZERWCA

Muszę opowiedzieć dokładniej, ze szczegółami, jak wyglądało wtargnięcie do naszego domu policji i celników 12 czerwca. Gdy usłyszałem w domofonie: „poczta, przesyłka”, powinien być to dla mnie sygnał ostrzegawczy, bo poczta najczęściej przychodzi do nas po południu. Ale byłem zaspany, zszedłem więc na dół i zobaczyłem tych ludzi. Pisałem już, że policjant nie pozwolił mi pójść do domu po klucz od furtki i przeskoczył przez płot, po czym napisał w raporcie, że odmówiłem mu otwarcia bramy. Nieprawda, nie odmówiłem, tylko po prostu nie miałem klucza. Zresztą bardzo dużo tendencyjnych zafałszowań na naszą niekorzyść napisał w raporcie ten policjant, o czym opowiem dalej. Kiedyś była Milicja Obywatelska, teraz jest Policja Antyobywatelska.

Kiedy te dziewięć osób weszło do naszego domu, poszedłem na górę. Kora jeszcze spała, obudziłem ją, mówiąc, że przyszła policja i celnicy. Policjantka stanęła przy Korze, która nawet nie mogła pójść po szlafrok. Wreszcie został jej podany, ale prośba, żeby policjantka się odwróciła, jak będzie go zakładać, nie została spełniona. Ja musiałem załatwić poranne potrzeby fizjologiczne w asyście policjanta, nie jestem przyzwyczajony, żeby to robić przy drugiej osobie. Chciałem natychmiast zadzwonić do prawnika. Policjant, ten sam, który przeskoczył przez płot, ma na imię Artur, nie pozwolił mi, powiedział, że zapewne poinformuję jakiegoś dilera, że u nas jest policyjny nalot. Podałem mu więc swoją komórkę i powiedziałem, że w spisie telefonów jest numer do Ryszarda Kalisza, on nie jest przestępcą, tylko prawnikiem i politykiem, niech więc sam do niego zadzwoni w naszym imieniu. Na to też się nie zgodził, a w raporcie napisał, że straszyłem go swoimi znajomościami z Ryszardem Kaliszem. Przez trzy godziny nie pozwolono nam skontaktować się z prawnikiem. To było łamanie naszych praw obywatelskich. Zwłaszcza że policjant nie określił, czy jestem o coś oskarżony, czy podejrzany. On był wyjątkowo nieprzyjemny wobec nas. Reszta, szczególnie policjantka i celnicy, byli w sumie zażenowani sytuacją, że musieli przyjść do takich ludzi jak my, a nie do przestępców, i starali się załagodzić nasz stres. Byli bardzo mili i zachowali się po ludzku, za co im dziękuję.

Sprowadzili psa do szukania narkotyków. Pies nic nie znalazł. Policjant powiedział, nie określając, o co właściwie chodzi, że zabierze mnie i Korę na komendę. Tłumaczyliśmy, że bardzo tego nie chcemy, bo nasza suczka Ramona musiałaby zostać sama, a bolończyki bardzo cierpią, a nawet umierają, jak zostają w samotności, dlatego Ramona zawsze i wszędzie nam towarzyszy. Potem Kora zeszła z tym policjantem na dół i w bibliotece, gdzie pracuję, policjant zauważył saszetkę z suszem. Kora mu ją podała. To był susz konopi indyjskich, które chciałem sfotografować do następnej książki. 2,83 grama. Leżał tam już jakiś czas, prawie o nim zapomniałem. Gdybym to ja, nie Kora, zszedł do biblioteki z policjantem, dzisiaj byłbym podejrzanym o posiadanie narkotyków. Kora o tym kompletnie nie wiedziała, ale policjant w swoim sprawozdaniu napisał rzeczy absurdalne, że gdy zapytał Korę, co to jest, ona mu odpowiedziała, że to marihuana, którą sobie sprowadziła z Kalifornii i chciałaby sobie zapalić. Kompletna brednia. Kora nawet wtedy jeszcze nie wiedziała o przesyłce do Ramony, w tym zamieszaniu jej o tym nie poinformowałem, oni też nie, więc nie miała pojęcia, dlaczego jest ta cała rewizja. W końcu, po kilku nieprzyjemnych godzinach powiedzieli, że zabiorą na komisariat tylko Korę.

Jeśli chodzi o przesyłkę zawierającą 60 gramów konopi zaadresowaną na naszego psa Ramonkę, to mogę powiedzieć, że jako osoby znane otrzymujemy setki bardzo dziwnych przesyłek, anonimów i listów. Nasiliło się to, gdy poparliśmy Janusza Palikota w jego wypowiedziach o Smoleńsku. Wokół znanych ludzi gromadzą się osoby niezrównoważone psychicznie, fani oraz wrogowie na śmierć i życie. Często dostajemy dziwaczne prezenty, które od razu wyrzucamy. Zdarzają się ludzie, którzy uważają, że są nami. Do tego stopnia się identyfikują, że własnym dzieciom nadają takie same imiona, jakie my nadaliśmy naszym. Ubierają się jak my itd. Nie wiemy, kto nam przysłał te 60 gramów. Może to była jakaś prowokacja po naszych wypowiedziach na temat depenalizacji i legalizacji marihuany. Może ktoś zazdrosny o sukces Kory w Must Be The Music. Może ktoś przez nią odrzucony. Sądząc po nienawistnych wpisach na niektórych blogach, istnieje duża grupa ludzi, która nas nienawidzi.

*

Od owego czerwcowego dnia tkwimy w stresującej, absurdalnej sytuacji. W Polsce posiadanie najmniejszej ilości marihuany może zrobić z człowieka przestępcę. Może, ale nie musi, sławetny artykuł 62 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii daje prokuratorowi możliwość odstępstwa od prowadzenia postępowania w takiej sprawie. Obawiam się, że w naszym przypadku chyba jednak tego nie zrobi, bo pewnie obawia się mediów i przełożonych. Za posiadanie 2,8 grama marihuany można otrzymać wyrok 2 lata więzienia, tyle samo, co za pedofilię i inne groźne przestępstwa. Absurd.

*

Dlaczego policja wzięła Korę, a nie mnie? Ponieważ Kora zauważyła u nas w bibliotece tę odrobinę suszu i im własnoręcznie przekazała, a po tym, jak pan Artur powiedział, że na policję zabierają nas dwoje, Kora strasznie się wystraszyła o Ramonę. Bardzo ją kochamy, uwielbiamy wręcz do przesady i dlatego też Kora sama pojechała na przesłuchanie na ulicę Kasprowicza (na marginesie, Kasprowicz był palaczem haszyszu). Bardzo nam zależało na tym, żeby media się nie dowiedziały o tym wydarzeniu. Oczywiście, ci wszyscy policjanci, celnicy, którzy byli na miejscu, zarzekali się, że oni są urzędnikami państwowymi, że im nie wolno przekazywać takich informacji, że na pewno media się nie dowiedzą. Niestety, kiedy Kora podjeżdżała na komendę, już stał tam dziennikarz RMF FM i natychmiast informacja przedostała się do mediów. Można z tego wysnuć oczywisty wniosek, że policja współpracuje z mediami.

*

Najmniejsza ilość marihuany może być powodem przesłuchania, rewidowania każdego człowieka w Polsce. Każdy może stać się ofiarą prowokacji. Tak jak do naszego psa wysłano marihuanę – nie wiadomo kto, nie wiadomo skąd – tak samo można by ją wysłać do kota pana Kaczyńskiego. Do wszystkich polityków, księży, biskupów. Do premiera. Ciekaw jestem, czy wtedy policja i celnicy też tak skocznie i z ochotą przeskoczyliby przez płot o świcie i nie pozwolili skontaktować się z prawnikami. Już widzę dzielnego policjanta Artura, jak odmawia Donaldowi Tuskowi skontaktowania się z adwokatem.

*

W związku z tą całą aferą ramonową, jeśli cokolwiek się pojawi w prasie na temat marihuany, przyjaciele zaraz mnie o tym informują. Wczoraj Zbyszek Mach przysłał mi e-mailem artykuł, który przetłumaczył dla dziennika Polska The Times. Tekst ukazał się dziś: Prezydent, który kochał palić trawkę. To o Baraku Obamie, który w czasach swojej młodości na Hawajach palił ogromne ilości marihuany i to wcale nie z powodu nieszczęśliwego życia, jak pisał w swojej biografii w 1995 roku, tylko wręcz przeciwnie. Grupa chłopców, która z nim paliła marihuanę, to byli dobrzy uczniowie i szczęśliwi, zadowoleni z życia ludzie. Dziś piastują bardzo wysokie stanowiska w Ameryce. Z książki Davida Maranissa The Story, opowieści o życiu Baracka Obamy, wynika, że Obama nie tylko palił trawę, ale wyznaczał własne ceremoniały palenia. Przykład: rozwijał technikę maksymalizowania kopa z każdego pociągnięcia jointa, który podczas palenia przechodził z rąk do rąk. Totalne wchłonięcie dymu, w skrócie TW, polegało na przetrzymywaniu dymu w płucach przez określony czas, aby doszło do całkowitego wchłonięcia przez układ krwionośny. Zbyt szybkie wypuszczenie dymu było karane ominięciem jednej kolejki. Młody Obama miał być też pionierem techniki zwanej „głową o sufit”. Zapalano skręta i szczelnie zamykano wszystkie okna w busie. W ten sposób nie marnowano ani grama cennego dymu. Członkowie Choom Gang siedzieli w busie aż do czasu, gdy wciągnęli wszystkie resztki dymu krążącego jeszcze pod sufitem. Jednak na tym nie kończył się entuzjazm Obamy wobec magicznego zioła. Maraniss twierdzi, że czasem, gdy skręt krążył od jednego do drugiego z wtajemniczonych członków klubu, obecny prezydent potrafił czasem wskakiwać poza kolejnością, krzycząc „intercept it” (w wolnym przekładzie: odbijany) itd.

Ostatnie sondaże wskazują, że 56–61 procent Amerykanów chce, aby marihuanę w pełni zalegalizować, a sprzedaż obłożyć podatkiem. Rośnie oburzenie i gniew z powodu ogromnych wydatków na nieskuteczną walkę z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, podczas gdy legalizacja miękkich narkotyków puściłaby dilerów z torbami w ciągu jednej nocy.

W Polsce również większość polityków, których spotykam, przyznaje, że palili marihuanę. Nie będę wymieniał ich nazwisk, żeby nie zaszkodzić. Wymienię jedno, Barbary Labudy, której działalność i upór niestety doprowadziły do dzisiejszego stanu prawnego. Donald Tusk też palił i nie wierzę, żeby ktoś z mojego pokolenia nie używał marihuany, więc nie wiem, skąd się bierze ta potworna obłuda, w rezultacie której staliśmy się ofiarami policyjnego nalotu. Zresztą zewsząd słyszę, nawet od ludzi związanych z wymiarem sprawiedliwości: „Panie Kamilu, robię sobie wypad na weekend do Amsterdamu, spokojnie tam sobie palę, a po powrocie do Warszawy udaję świętoszka”.

30 CZERWCA

Kora jest w fatalnym nastroju. Nasiliły się kłopoty ze snem, które i bez tej historii trapią ją od lat. Na dodatek ona nie nadaje się do całej tej machiny urzędowej, nigdy tego nie znosiła, nie rozumie, co urzędnicy do niej mówią. Ale na szczęście ma taką naturę, że ludzie natychmiast się przed nią otwierają i zwierzają. Tak było nawet na komendzie na Kasprowicza, gdzie miła policjantka zaczęła jej opowiadać o swoim życiu.

*

Całe to wydarzenie wywołało we mnie ogromną frustrację. Jestem wściekły przede wszystkim na rząd Platformy Obywatelskiej, któremu zawsze jakoś sekundowaliśmy. Kiedy Kongres Liberalno-Demokratyczny, partia Tuska, Bieleckiego, Lewandowskiego, szedł do wyborów w 1993 roku, Kora w kampanii użyczyła swojego wizerunku na plakaty całkowicie bezpłatnie. Wydawało się, że partia liberalno-demokratyczna będzie pracowała nad liberalizacją najróżniejszych przepisów, poczynając właśnie od depenalizacji czy legalizacji marihuany, przez rejestrację związków partnerskich (my z Korą żyjemy w takim związku trzydzieści parę lat), po in vitro. Wydawało się, że Platforma Obywatelska, którą założyli ci sami ludzie, którzy byli w KLD, będą kontynuować tę samą filozofię. W tej chwili widać, że są oni zakładnikami PiS. I czasami różnica ideologiczna, którą oni głoszą, jest fasadowa. W rzeczywistości bowiem mają w wielu sprawach identyczne poglądy jak PiS. I owe tyrady nienawiści, niechęci Niesiołowskiego do braci Kaczyńskich, to jest zasłona dymna, bo pan Niesiołowski i pan Kaczyński na tematy takie jak legalizacja marihuany czy związki partnerskie mają prawdopodobnie identyczne poglądy, więc trochę się nas, obywateli, oszukuje, pokazując, że istnieje jakiś konflikt.

*

Tak, jestem rozgoryczony i pewnie dlatego, gdy na Facebooku ludzie mnie pytali, czy Ramona może przewidzieć, jaki będzie wynik meczu Polska–Czechy na Euro 2012, napisałem, że Ramona przewidziała 5:0 dla Czechów, ponieważ u Czechów można mieć legalnie 5 gramów marihuany, a w Polsce zero. Niewiele się pomyliła. Doszedłem do daleko posuniętej interpretacji tej naszej przegranej, że Czesi są narodem ateistycznym, ludzi nie karze się tam za posiadanie marihuany, a na dodatek, gdy Czesi grają na Euro, to 60 procent obywateli przełącza telewizor na ulubione seriale. Natomiast Polacy to naród monosubstancjalny, jeśli chodzi o używki: tylko alkohol. Na dodatek notorycznie przegrywa w piłkę nożną. Czy owo alkoholizowanie się, które wyparło zwyczaje konopne, łączy się ze słabą kondycją w sportach? Można by się nad tym zastanowić.

*

Oczywiście te moje rozważania mogą być efektem frustracji człowieka, który przeżył najazd policji na własny dom, co ostatnio w moim przypadku zdarzyło się za komuny. Wydawało się, że to nie wróci. Podobne przeżycia z marihuaną i haszyszem miałem w Polsce w 1977 albo w 1978 roku, gdy byłem studentem Akademii Teologii Katolickiej. Z przyjaciółmi przepisywaliśmy na maszynach biuletyny Komitetu Obrony Robotników. A, o czym nie wiedzieliśmy, jako studenci ATK byliśmy obserwowani przez SB. Do mojego przyjaciela Kuby Nagabczyńskiego przyjechało dwóch kolegów z Berlina Zachodniego i przywieźli haszysz. Ponieważ byliśmy pod obserwacją ze względu na przepisywanie tych biuletynów, SB wpadła do Kuby i znaleźli u niego grudkę haszyszu. Opowiedział mi o tym przez telefon, który, jak się okazało, był na podsłuchu, dobrali się więc do mnie. W tę historię zamieszany był jeszcze Mikołaj Wolski, syn hrabiny Branickiej, oraz jeden z późniejszych dziennikarzy Gazety Wyborczej – Paweł Mossakowski. Niestety SB dobrała się tylko do mnie, ponieważ nie miałem takiego zaplecza rodzinnego jak koledzy ze znanych warszawskich rodzin. Byłem przez SB wzywany i szantażowany. Mówiono, że „trzeba pomóc Kubie”. Ta pomoc miała polegać na tym, że miałem być donosicielem na ATK, gdzie notabene donosicieli było sporo, bowiem ta uczelnia była gniazdem hipisów, opozycjonistów, a potem punkowców. Odmówiłem współpracy i tak jak Kubie zabrano mi na wiele lat paszport. Przy okazji jeden ubek groził mi zamknięciem w podziemiach pałacu Mostowskich. Znając życie, podejrzewam, że ma dziś dobrą emeryturę lub prowadzi jakąś firmę PR-ową. Nie będę jednak z tego powodu jak Marek Nowakowski psioczył na rząd. Mam inne powody do psioczenia. Największym jest: rozczarowanie. Są politycy, którzy ludzi zaczarowują, i są tacy, którzy rozczarowują. Premier należy do tych ostatnich.

Wracam do wydarzeń z roku 1977. W kilka miesięcy później usłyszałem w Wolnej Europie, a był to czas, gdy Karola Wojtyłę wybrano na papieża, że będzie można otrzymać paszport w bardzo krótkim czasie na ceremonię ingresu w Rzymie. Kuba złożył podanie, dostał paszport i oczywiście nie pojechał do Rzymu, tylko gdzie indziej. Potem dojechała do niego jego przyszła żona, Magda Markowska, córka słynnego polskiego malarza Eugeniusza Markowskiego i wnuczka Jarosława Iwaszkiewicza. Mieszkali we Francji, a później wyemigrowali do Kanady. Wtedy, czyli w PRL, miałem ostatni raz do czynienia z policją, wówczas polityczną, w związku z marihuaną i haszyszem.

*

Od wielu lat walczę o legalizację marihuany i naśmiewam się z wszystkich przesądów związanych z konopiami. Pisałem o tym już chyba 10 lat temu w Playboyu, pisałem w Przekroju, w Gazecie Wyborczej, również w moich książkach Hipisi w PRL-u, Czy marihuana jest z konopi? oraz w trzeciej książce, którą teraz kończę, czyli Encyklopedii polskiej psychodelii. To będzie trylogia Sipowicza. Zamiast trylogii Sienkiewicza, w szkołach będzie polecana trylogia Sipowicza…

*

Najbardziej zdumiewające jest to, że rewolucję solidarnościową w Polsce stworzyli ludzie, którzy doskonale wiedzieli, czym jest marihuana, bo ją często palili. Przemycaliśmy marihuanę w papierosach sportach do internowanych polityków, KOR-owców. Barbara Labuda też paliła marihuanę. To dla mnie szczególnie zaskakująca i paradoksalna historia, dlaczego w 2000 roku Labuda, będąc ministrem w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego, zaczęła prowadzić ostrą kampanię na rzecz całkowitej delegalizacji przede wszystkim marihuany, chociaż, jak dziś twierdzi, chodziło jej o wdychanie przez dzieci klejów i rozpuszczalników. W tym samym czasie jej syn Mateusz Labuda, nasz przyjaciel, był menedżerem Kory i zespołu Maanam. Współpracował z moją firmą Kamiling ponad 10 lat. I Mateusz, tak jak większość młodych ludzi, palił sporadycznie marihuanę. To, że nie mógł przekonać swojej matki, że marihuana nie jest czymś szkodliwym, i to, że całą czarną kampanię wokół konopi wykonała właśnie Barbara Labuda, która fascynowała się buddyzmem, szamańską religią bon, praktykowała tzw. jogę śnienia, jest dla mnie zagadką.

Zapoznałem Barbarę z Tenzinem Wangyalem, buddystą, szamanem z Tybetu, w którego buddyjskiej sandze przez kilka lat praktykowałem, podróżując do Nepalu, Tybetu i Indii. Okazało się, że Barbara, nie będąc w buddyjskiej sandze, świetnie opanowała bardzo trudną technikę jogi snu, dokładnie według zaleceń z książek Tenzina. Zatem wydawało mi się niespójne i niekoherentne, że osoba otwarta, tolerancyjna, odważna i zasłużona dla Polski prowadziła przy pomocy spotkań, pogadanek intensywną kampanię przeciwko marihuanie. Doprowadziło to do tego, że w czasie głosowania w Sejmie – wtedy rządziła koalicja AWS–UW – bodajże tylko 9 osób głosowało przeciw tym drakońskim przepisom. Między innymi Jan Lityński i Bronisław Geremek. Później, jako urzędnik Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, namówiła go, żeby podpisał restrykcyjną ustawę, według której za posiadanie nawet minimalnej ilości substancji odurzających czy psychotropowych grozi dwa lata więzienia. Dziś prezydent Kwaśniewski bije się w piersi i mówi, że to jest bardzo restrykcyjna ustawa, która zaszkodziła wielu tysiącom ludzi.

*

Z moich kontaktów z ludźmi z Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej oraz Wolnych Konopi wiem, że policja, łapiąc ludzi posiadających marihuanę, nie postępuje w tak łagodny sposób jak w stosunku do nas, bo koniec końców oprócz odmowy kontaktu z adwokatem policjanci i celnicy zachowywali się bardzo porządnie, a nawet przyjacielsko, co osłodziło szok porannego najazdu. Ale zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy przeciętnymi obywatelami. Najczęściej zwykli obywatele, osoby chwytane z połową grama marihuany, są przewracane na ziemię, bite, zakuwane w kajdanki, sprowadzane na tzw. dołki, gdzie muszą siedzieć 24 godziny albo dłużej. Często są poniżani przez współaresztantów lub przez policjantów. Tak się dzieje zwłaszcza w Polsce powiatowej. Ostatnio często spotykam ludzi na ulicach, którzy zaczepiają mnie i mówią: „Ach, to się wydarzyło mojemu synowi, był w Pucku, wyskoczyło dwóch tajniaków, przewróciło, kopnęło go w żołądek, bo palił marihuanę”.

*

Jestem też rozczarowany z tego powodu, że premier w swoim exposé ogłaszał, że będzie prowadził filozofię miłości. Może jestem naiwny, że w to uwierzyłem, PiS i Kaczyński się z tego naśmiewali. Ale premier wzbudzał we mnie sympatię i zaufanie. Jak wygląda ta filozofia miłości, widzimy w postępowaniu policji wobec ludzi posiadających nawet najmniejsze ilości konopi. Próbowano zmienić te przepisy, nowelizować ustawę. Po strasznych bojach i argumentach pana Andrzeja Czumy, który był ministrem sprawiedliwości, że marihuana to nie jest kokaina, to nie jest biały proszek, ustalono, że jak ktoś ma małą ilość, to prokuratura może umorzyć sprawę. Ale Platforma Obywatelska nie zgodziła się określić, co znaczy mała ilość. Zatem na wszelki wypadek policja i prokuratura wszystkich złapanych przekazuje do sądów.

1 LIPCA

Wrócę jeszcze do tego nieszczęsnego 12 czerwca, kiedy ktoś zrobił dowcip i przysłał nam marihuanę na nazwisko Ramony Sipowicz. Policjant Artur był jakoś szczególnie pobudzony i niemiły. W pewnym momencie powiedział, że narkotyki są bardzo niebezpieczne i on pisze na ten temat pracę. Wówczas zaproponowałem, że w takim razie mogę mu dać swoją książkę Czy marihuana jest z konopi?, może mu się przyda. Oczywiście odmówił, a w notatce służbowej napisał, że próbowałem mu dać korzyść majątkową. Książkę, która jest warta 45 złotych! Myślę, że to był rodzaj zabezpieczenia, żebyśmy się nie skarżyli na to, że nie pozwolił nam się skontaktować z prawnikiem.

*

Po napisaniu książki Czy marihuana jest z konopi? oraz po mojej intensywnej kampanii na rzecz przynajmniej depenalizacji, a później legalizacji marihuany, staram się przekonać polityków i społeczeństwo, iż ta sprzedawana w Polsce marihuana, tzw. skun, to potworne świństwo, które z prawdziwą marihuaną ma niewiele wspólnego. Jest hodowana głównie przez mafię wietnamską, pędzona na nawozach, ma nienaturalnie duże ilości substancji THC o właściwościach psychodelicznych. Istnieją podejrzenia, że przy hodowli dodawane są chemikalia, które wzmacniają jej działanie. To jednak polityków nie interesuje. Im nie chodzi o to, żeby coś dobrego zrobić dla ludzi, tylko żeby wzbudzić strach i histerię, bo wtedy łatwiej jest społeczeństwem manipulować. I tu PO niewiele się różni od PiS.

*

Na początku czerwca 2012 roku wziąłem udział w marszu Wolnych Konopi, której to organizacji jestem honorowym członkiem. Szedłem na początku kilkunastotysięcznego pochodu obok czterech ludzi na wózkach inwalidzkich. Przeszedłem całą trasę marszu od Emilii Plater, przez Aleje Jerozolimskie aż pod Sejm. Pod Sejmem na platformie przemawiało kilka osób: Kuba Gajewski w obronie uwięzionego Andrzeja Dołeckiego, którego ktoś oskarżył o kupowanie marihuany, Janusz Palikot, który publicznie zapalił skręta z marihuaną, Eliza Walczak – lobbystka medycznej marihuany, Michał Pauli, który przesiedział kilka lat w tajlandzkim więzieniu, oraz ja z apelem do premiera, przypominając mu jego młodość oraz fakt, że sam palił marihuanę. Pragnąłem w jakiś sposób przekonać go do liberalizacji nienormalnych i niesprawiedliwych przepisów przybliżających nas do Rosji i Białorusi.

*

Politycy, którzy są przeciwko marihuanie, używają argumentu, że jest ona w Polsce czymś obcym, importowanym złem. Tymczasem Sara Benetowa, światowej sławy przedwojenna polska antropolożka, napisała dużą pracę o stosowaniu konopi na Słowiańszczyźnie przez stulecia. Były używane w Rzeczypospolitej Obojga Narodów przez wszystkie nacje: Polaków, Litwinów, Rusinów, Wołynian, Poleszuków, Żmudzinów. Mówi o tym sam imć pan Zagłoba w najbardziej propolskiej książce, trylogii Sienkiewicza. Zaleca, żeby konopie pić, żeby wrzucać je do napojów alkoholowych, wtedy taki napój poprawia nastrój. Zagłoba mówi tak: „Radziłem mu, iż by siemię konopne w kieszeni nosił i po trochu spożywał. Od tej pory tak mu się dowcip zaostrzył, że najbliżsi go nie poznają, bo w konopiach oleum się znajduje, przez co i jedzącego w głowie go przybywa. Trzeba co najwięcej wina pić. Oleum, jako lżejsze będzie na wierzchu, wino zaś, które i bez tego idzie do głowy, poniesie ze sobą każdą cnotliwą substancję”. Ta cnotliwa substancja, która zwiększa olej w głowie, byłaby korzystna dla polskich polityków, bo mam wrażenie, że mają go za mało.

*

Przez te wszystkie smutne dni kłopoty Kory ze snem nasilają się. Pociechą dla nas było poparcie zwyczajnych ludzi na ulicy, okazywana przyjaźń artystów, niektórych polityków. Bezpośrednio po tym dniu, jak jeden pies (pies celników) wykrył przesyłkę do drugiego psa (naszej Ramony), na co zareagował aparat policyjny, nawiedzając nasz dom z trzecim psem (szukał w naszym domu marihuany, znalazł jedynie zapach naszej suczki), spotykamy się z sympatią naszych znajomych i przyjaciół. Wstawił się za nami były prezydent Kwaśniewski. Dostaliśmy miłe sygnały od Ryszarda Kalisza, któremu dziękuję bardzo, bo jest wspaniałym, pomocnym człowiekiem i jednym z nielicznych polityków, któremu władza i przywileje nie zamroziły serca. Od Janusza Palikota i całej grupy naszych przyjaciół: Henryki Bochniarz, Magdy Środy, Barbary Labudy, Anny Grodzkiej, Kapsydy Kobro, Michała Piroga, Tomka Stańki, Pawła Mykietyna, Janka Lityńskiego i mnóstwa anonimowych osób. Bardzo istotne dla poprawy naszego nastroju były rysunki Marka Raczkowskiego w Przekroju o tym, jak pies wysyła do drugiego psa paczkę, a trzeci pies ją łapie, albo jak Superman pali marihuanę. Tworzono w Internecie listy w obronie Kory i za to wszystkim dziękujemy. Dla większości jest oczywiste, że nie jesteśmy przestępcami. Nasi znajomi byli w szoku, że nadal żyjemy w represyjnym kraju, a Donald Tusk niepostrzeżenie z liberała stał się prawicowcem.

Pociechą były dla nas też zwierzęta, które są ważne w naszym życiu. Nie tylko Ramona, którą bardzo kochamy. Kora od pięciu lat oswaja gawrona Durena. Codziennie rano daje do miski kawałki mięsa, parówki, ser, stawia ją w ogrodzie, przywołuje go i Duren przylatuje. Zabiera jedzenie i odfruwa z nim na dach, gdzie dzieli się ze swoją rodziną, ze swoją żoną. Zauważyliśmy, że w ciągu tych 5 lat jest coraz większy, czyli to jedzenie mu służy. W naszym ogrodzie mamy też wiewiórkę, przychodzą koty, które chcą się z nami zaprzyjaźnić, ale Ramona je przegania, chociaż niektóre tym się nie przejmują. Przychodzą do nas dwie miłe panie do pomocy domowej ze słodkim pieskiem Nuka. Mamy również zaprzyjaźniony sklep spożywczy na placu Konfederacji, gdzie pani Ewa Turek przygarnęła bardzo pięknego pieska. A ja codziennie kilka razy spaceruję z Ramoną dookoła naszego placu, dookoła kościoła, gdzie proboszczem jest bardzo sympatyczny ksiądz. Jak do niego mówię: „Niech będzie pochwalony”, on odpowiada przeważnie żartobliwie: „No niech pan przestanie…”. Tworzymy tu wszyscy mikrospołeczność, witamy się z sąsiadami, z siostrami zakonnymi, które naprzeciwko naszego domu prowadzą przedszkole. W naszej dzielnicy, która się kiedyś nazywała Zdobyczą Robotniczą, jest bardzo miła atmosfera. Teraz, gdy ludzie się ze mną witają, zaraz mówią: „Jesteśmy z wami”.

*

Może Encyklopedia polskiej psychodelii, która powinna się ukazać nakładem Krytyki Politycznej pod koniec 2012 roku, przyczyni się chociaż trochę do zmniejszenia ignorancji, jaka panuje w klasie politycznej na temat marihuany i innych środków rozszerzających świadomość. To książka album, w której pokazuję, że używanie różnych substancji psychodelicznych znane jest na terenie Polski już od tysięcy lat przed naszą erą. Archeologowie znaleźli amfory w kształcie makówek świadczące o szerokim używaniu opium w celach sakralnych i medycznych. Stosowane były najróżniejsze rośliny halucynogenne i zioła: bieluń, szalej, bagno, muchomory, tataraki, oman, tojad, psianka, sałata jadowita, kopytnik oraz konopie. Piotr Klepacki w świetnym artykule Rośliny o działaniu odurzającym w polskiej literaturze etnobotanicznej XIX wieku pisze: „Wymienione (…) rośliny znajdowały zastosowanie lecznicze lub magiczne, wykorzystywane w obrzędach. W przekonaniu tych, którzy dostarczali informacji badaczom, ich działanie nie ogranicza się do oddziaływania na ciało. Są one obdarzone mocą i mogą być wykorzystywane do obrony przed czarownicami. (...) Kulturę ludową charakteryzowała odmienna od naszej kategoryzacja świata. Jej uczestnikom świat jawił się jako spójny, w którym pierwiastek materialny i duchowy są ze sobą nierozerwalnie złączone. Dlatego wybór środków, które oddziaływały na świat duchowy, mógł odbywać się według zasad do tego świata adekwatnych. Nie zawsze oznaczało to, że roślina, którą uważano za leczniczą, była nią rzeczywiście (choć bardzo często tak właśnie było). Podobnie zdarza się, że rośliny o działaniu odurzającym nie odróżniają się w zastosowaniu od innych roślin. Jest to dowód potwierdzający tezę Zbigniewa Libery, że granica między tym, co racjonalne i tym, co nieracjonalne przebiega w trudnym do określenia miejscu. Że kultura i mit przekracza naturę”. Liczba chłopskich używek jest spora. Chłopi potrafili inhalować się chmielem, łubinem lub czeremchą. Palić bagno lub żuć psychodeliczne tataraki lub lilie. Można przypuszczać, że wraz z rosnącą rolą Kościoła znaczenie tych roślin i grzybów w życiu ludu malało, a ich stosowanie stawało się coraz rzadsze, bo większość zastąpiła wódka i piwo warzone w zakonnych browarach.

*

Większą części książki poświęcam największym polskim poetom, pisarzom, malarzom i rzeźbiarzom. Wielu z nich używało halucynogenów jako jednego ze stymulantów wyobraźni. Nasi narodowi wieszcze: Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, zażywali radości bądź trwogi z konsumpcji substancji psychodelicznych. Krasiński wybrał sobie eter i opium. Słowacki opium, Mickiewicz prawdopodobnie haszysz i opium. Reymont był w palarni opium, napisał o tym esej. Poeci młodopolscy: Kasprowicz i Tetmajer, wielbili haszyszowe upojenie. Poetki młodopolskie z Komornicką na czele śmiało eksperymentowały. Oczywiście klasykiem halucynogennych podróży jest Witkacy. Stanisław Lem używał LSD i jest wielce prawdopodobne, że opowiadanie Solaris w tej substancji ma swe korzenie. Poeta i tłumacz Jerzy Sito brał LSD i napisał o tym książkę. Adam Włodek, pierwszy mąż Wisławy Szymborskiej, opisał swoje doświadczenie z LSD w Przekroju. Cała grupa tzw. poetów kobylańskich z Mironem Białoszewskim na czele i Swenem Czachorowskim używali kodeiny i psychedryny. Współcześnie różne stymulanty pojawiają się w prozie i poezji Masłowskiej, Karpowicza, Nahacza, Niewrzędy, Kopyta, Podgórnik, zmarłego niedawno Tomka Pułki i wielu innych. Przy czym marihuana jest tam substancją najbardziej niewinną, bardziej niewinną niż na przykład alkohol, który przyczynił się do śmierci Wojaczka, Stachury, Grochowiaka, Iredyńskiego, Hłaski i setki innych twórców. Nie jesteśmy więc narodem, jak nam się usiłuje wmówić, który z racji tradycji sięga wyłącznie po alkohol. W czasie okupacji hitlerowskiej żołnierze AK jedli zrzucaną z samolotów z Londynu czekoladę z amfetaminą.

W trudnych czasach Polska przetrwała głównie dzięki kulturze i to kulturze tworzonej często przez „narkomanów” – Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Tetmajera i Witkacego.

2 LIPCA

Kolejny smutny dzień, bo nie jesteśmy pewni, czy drugi już prawnik jest w stanie ogarnąć tę sprawę. Ma inną koncepcję obrony niż pierwszy. Umówiłem się na środę z trzecim. Mamy wrażenie, że na każdy gram przypada jeden prawnik. Kora już jest załamana tą ilością prawników, tym, że sprawa się nie posuwa, że nie została umorzona, że nie wiadomo, co się dzieje. Czy będzie tak jak zwykle w Polsce, że potrwa kilka lat i będziemy wciąż gdzieś wzywani? Na dodatek po wizycie policji i celników popadliśmy w paranoję, wydawało nam się, że zostawiono nam podsłuch w domu, że wszystkie telefony są na podsłuchu, że ktoś za nami chodzi. W tej chwili już to trochę nam przeszło. Taka typowa psychoza jak za komuny. Na dodatek przed chwilą zadzwonił mój kuzyn, który jest lekko nienormalny, i powiedział, że prawdopodobnie to jego wina, że my mamy jakieś problemy, że jego też podsłuchują i śledzą. Czyli paranoja się rozrasta.

*

W Polsce przyjęło się wrzucać do jednego worka marihuanę, kokainę czy heroinę, nazywając to narkotykami. Tymczasem jestem za tym, żeby marihuanę, jak i LSD, DMT nazywać enteogenami. To są substancje rozszerzające świadomość potrzebne do poznania sacrum. Narkotyk zaś to substancja, która powoduje zmianę świadomości i prowadzi do uzależnienia. Najsilniejszymi narkotykami są alkohol, kokaina i heroina.

*

Wczoraj rozmawiałem bardzo długo ze swoim przyjacielem Andrzejem Wajsem, który jest historykiem filozofii, jednym z najwybitniejszych na świecie specjalistów od filozofii Husserla i Kanta. Andrzej wpadł na pomysł, żebyśmy razem przetłumaczyli książkę Ernsta Jüngera Rausch und Drogen (Odurzenie i narkotyki). Jünger był wielkim niemieckim intelektualistą, Hitler go uwielbiał bez wzajemności, Jünger nie przyjął go u siebie, chociaż Hitler o to zabiegał. Mógł sobie na to pozwolić, bo był osobą bardzo szanowaną. Był konserwatystą, ale nie nazistą. Swoją słynną pracą Robotnik zainspirował Marcina Heideggera do napisania równie słynnego Eseju o humanizmie. Wpłynął też znacząco na guru światowej prawicy Carla Schmitta. Mówiło się w czasie pierwszej wojny światowej, że każdy żołnierz miał w swoim plecaku dzieła Jüngera.

Jünger przyjaźnił się z Albertem Hofmannem, wynalazcą LSD. Brał z nim kilka razy LSD, jadł haszysz i inne enteogeny, które rozwijają życie duchowe. Eksperymentował ze swoją świadomością. W książce Rausch und Drogen opisuje własne przygody z wszelkimi używkami, także z alkoholem, winem, piwem. Bardzo szczegółowo analizuje swoje przeżycia i wpływ różnych substancji na kondycję swego stanu duchowego. Otwarcie przyznawał się do palenia haszyszu w swoich książkach. Nawet napisał o tym esej, którego fragment przetłumaczyłem. Jünger jest interesujący również z tego powodu, że pod koniec życia pod wpływem stanów ekstatycznych, które uzyskał dzięki haszyszowi i marihuanie, będąc już prawie stuletnim starcem, przeszedł z protestantyzmu na katolicyzm. Właśnie dzięki tym substancjom, które w Polsce przez Kościół katolicki są tak postponowane, jeden z największych Europejczyków stał się katolikiem. W jego przypadku nazwa „enteogeny” zamiast obraźliwej „narkotyki” miała głęboki i oczywisty sens. Przetłumaczenie takiej książki i wypuszczanie jej na rynek mogłoby dla polskiej inteligencji stać się ważnym i poważnym źródłem informacji. Wyrażony w pięknym języku literackim opis działania substancji psychodelicznych na aparat duchowy, o których przeciętny polski inteligent myśli z lekceważeniem lub pogardą, mógłby mieć przełomowe znaczenie.

*

Cezary Łasiczka zaprosił mnie do programu w TOK FM. Moim rozmówcą był Sergiusz Kowalski, socjolog zaangażowany kiedyś w KOR. Pozwoliłem sobie znowu skierować swoje jeremiady do premiera, do rządu PO: brak kolejnych ustaw w sprawie in vitro, marihuany, ograniczenia demonstracji i przemarszów, te wszystkie ograniczenia światopoglądowe powodują frustrację wśród ludzi. Powstają małe getta niezadowolonych, co źle wpływa na całość społeczeństwa. Zablokowane są kanały komunikacyjne między grupami społecznymi, a również między ludźmi i rządem. Powiedziałem na antenie, że mam takie wrażenie, że piszę kilkanaście artykułów, rozmawiam w telewizji, natomiast z tamtej strony nie ma żadnej reakcji. A namawiano nas gorąco, żebyśmy chodzili głosować, żebyśmy uczestniczyli w życiu publicznym, że rząd będzie nas słuchał, że interesuje go, co mamy do powiedzenia. Okazuje się, że nie bardzo. Jest tylko znieczulica rządzących, których interesuje jedynie to, aby sobie nawzajem posadki załatwiać. Synkom, znajomkom, kochankom, żonkom. Cała sieć, a właściwie sitwa. A gettoizowanie społeczeństwa jest bardzo złe dla Polski, bo Polska jest w momencie skoku technologicznego i cywilizacyjnego, tymczasem energia się wytraca, a całe grupy społeczne zakleszczają się w sobie. Taką politykę prowadził Jarosław Kaczyński, introwertyczną, dośrodkową. I taką politykę przejmuje PO.

*

Kora wróciła dziś samolotem z koncertu, który grała pod Wrocławiem. Wpadła do domu i od razu stres: co dalej, prawnicy, strategia. Pojechała zdenerwowana odpocząć nad jeziorem.

*

Gdy czytałem książkę Korzenie totalitaryzmu Hannah Arendt, przyszła mi do głowy pewna myśl. Pisze o Stalinie, że usprawiedliwiano go tym, że nic nie wiedział o bezsensownej przemocy systemu, że represje i mordy ukrywano przed nim, dobrym ojczulkiem. Mając oczywiście świadomość proporcji całego wydarzenia, w swoim liście do premiera wychodzę również z założenia, że on nie wie, co się dzieje, jak postępuje policja z młodymi ludźmi. Policja jest policją i wszędzie na świecie stosuje takie same metody. To nie są dżentelmeni chodzący w białych rękawiczkach.

Oczywiście widzę swoją naiwność w tym pisaniu, którego to pisania goście z rządu nie zauważają albo śmieją się z tego w kułak, iż jeszcze taki jeden ostał się w świecie, który im uwierzył. Należy jednak wziąć pod uwagę klasyczny mechanizm, że ów człowiek, który stoi na czele rządu, czy to będzie Stalin, czy dobrotliwy człowiek jak Tusk, przetwarzają się w naszej świadomości w figurę, którą Lacan nazywał „wielkim innym”. Ojcem, do którego możemy się zgłosić z naszymi problemami, chociażby wyżalić się w głębi naszej świadomości. Ja się modlę do mojego premiera, a on w tym czasie nie może spać, bo mu jakiś Gowin czy inny Pawlak podskakuje, bo zarówno Gowin, jak i Pawlak chcą być Wielkim Innym. Figurami symbolizującymi władzę w naszych duszach.

3 LIPCA

Kora jest na Warmii. Gawron Duren je ser z miski, mam ochotę pojechać rowerem nad rzekę Liwiec. Przypomniało mi się jednak, że mam w Sejmie spotkanie z think tankiem organizowanym przez Janusza Palikota. Sam Palikot zniknął, gdzieś się zaszył, może pojechał do Indii do swojego guru, ma kłopoty, ludzie zaczynają mu się trochę rozchodzić w partii. Nie jestem członkiem Ruchu, chociaż mu głośno kibicuję, bo Palikot jest jedynym politykiem, który zajmuje się głośno sprawami światopoglądowymi, chociażby marihuaną. Natomiast trochę jest to powierzchowne i mam nadzieję, że zacznie robić to solidniej, porównywać działanie konopi z alkoholem, lekarstwami, podawać statystyki. Warto wejść głębiej w ten problem, porozmawiać z konstytucjonalistami, z prawnikami, z lekarzami, nie tylko na zasadzie performance’u, happeningu i wygłupu. Zastanowić się, jak to jest możliwe, że niektóre lekarstwa, które zawierają różne substancje spokrewnione z efedryną, silnym narkotykiem, można dostać bez recepty. I to jest legalne.

Trylogia Sipowicza

Hipisi w PRL-u

To książka, która chce uchronić przed zapomnieniem kontrkulturowe zjawisko polskich hipisów, którzy w komunistycznej Polsce pokazali władzy i ludziom, że można podjąć próbę innego życia niż przewidywał to kolektywny ideał stworzony przez marksistów. (Wydawnictwo Agora)

Czy marihuana jest z konopi?

Książka przedstawia historię związku człowieka i konopi, poczynając od czasów najdawniejszych aż do współczesności. Autor opisuje wielorakie zastosowanie konopi oraz ich wyjątkowe miejsce w historii człowieka. (Wydawnictwo Baobab)

Encyklopedia polskiej psychodelii

Autor opisuje wpływ substancji rozszerzających świadomość na największych polskich poetów, artystów, pisarzy: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Reymonta, Tetmajera i wielu, wielu innych. (Wydawnictwo Krytyki Politycznej)