W mroku nad kontynentem - Tadeusz Dytko - ebook

W mroku nad kontynentem ebook

Dytko Tadeusz

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Polska 1586 Eskadra Specjalnego Przeznaczenia przystosowana była do wykonywania najtrudniejszych zadań, nierzadko otoczonych największą tajemnicą. Załogi tej jednostki niosły pomoc ruchowi oporu, ludziom prowadzącym walkę podziemną na obszarze okupowanej Europy, jednak ich głównym zadaniem były loty do Polski. O poszczególnych misjach wiedziało jedynie wąskie grono osób bezpośrednio zainteresowanych daną akcją. Również i sama załoga w ostatniej chwili, niemal tuż przed startem, dowiadywała się o celu lotu. Tego typu ostrożność była konieczna, gdyż w grę wchodziło bezpieczeństwo ludzi znajdujących się w samolocie, oczekujących na placówce zrzutowej i dobro całego przedsięwzięcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Gdzieś nad Europą…

Chmury szły gęste, zbite i tak ciemne, że w mro­kach nocy trudno je było dostrzec. Jedy­nie równa i hała­śliwa praca sil­ni­ków pozwa­lała przy­pusz­czać, że tę zwartą masę prze­cina samo­lot. Po chwili, kiedy war­stwa obło­ków stała się cień­sza, wyło­niła się z niej syl­wetka Libe­ra­tora. W tej nie­skoń­czo­nej ciem­no­gra­na­to­wej otchłani maszyna jakby zasty­gła w bez­ru­chu.

Załoga sie­działa w mil­cze­niu. Każdy tkwił na swoim sta­no­wi­sku, odprę­żony po wyko­na­niu zada­nia i cze­ka­jący na pomyślne lądo­wa­nie. Pilot od czasu do czasu zer­kał na oświe­tloną tablicę wskaź­ni­ków. Wszystko O.K. – pomy­ślał i dodał gazu.

Samo­lot jakby pchnięty nie­wi­dzialną siłą zaczął ucie­kać nie­dbale postrzę­pio­nym obło­kom. Fakt ten zde­ner­wo­wał nawi­ga­tora, który ślę­cząc nad mapą Mer­ka­tora zgu­bił z pola widze­nia swój ołó­wek kre­ślar­ski. Po chwili w słu­chaw­kach pilota roz­legł się ochry­pły głos:

– Następ­nym razem, jak będziesz zmie­niał wyso­kość, to mnie uprzedź. Spró­buję wtedy zatrzy­mać swoje przy­rządy.

Znów nastą­piła cisza. Ciemne chmury stały się bled­sze, jakby wypło­wiałe od słońca. I kiedy zało­dze wyda­wało się, że wkrótce na hory­zon­cie pojawi się czer­wona tar­cza sło­neczna, ozna­cza­jąca począ­tek nowego dnia, w dole nagle poja­śniało. Morze świa­teł wznio­sło się z ziemi i popły­nęło w stronę samo­lotu. Ostre stożki reflek­to­rów prze­ci­nały niebo, krzy­żo­wały się i znowu roz­cho­dziły. W chwilę póź­niej dołą­czyła do nich kano­nada arty­le­ryj­ska.

– To Bala­ton! – stwier­dził pilot i zmie­nił kurs.

Maszyną zako­ły­sało. Ogni­ste smugi poszły bokiem, by po chwili znów chwy­cić w swe macki Libe­ra­tora. Blada twarz pilota ska­mie­niała. Zdał sobie sprawę, że moment nie­uwagi, jedna spóź­niona reak­cja i wysi­łek osób przy­go­to­wu­ją­cych wyprawę mógł pójść na marne. Roz­bie­gane oczy krą­żyły pomię­dzy zega­rami kon­tro­l­nymi a szybą kabiny, za którą roz­gry­wał się teatr jed­no­stron­nych dzia­łań wojen­nych.

– Żeby mieć na pokła­dzie cho­ciaż kilka bomb… – zama­rzył drugi pilot.

Nie­stety, jedy­nie strze­lec pokła­dowy mógł posłać serię z kara­bi­nów maszy­no­wych, ale w tych warun­kach i na tej wyso­ko­ści nie miało to żad­nego sensu.

Sekundy bie­gły tak wolno, iż lot­ni­kom wyda­wało się, że ktoś celowo przy­trzy­muje wska­zówki zegara. Jedy­nie po zro­szo­nych potem twa­rzach można było poznać, że czas nie zatrzy­mał się w miej­scu.

Powoli lot­nicy uspo­ka­jali się. Serca biły już równo, oddech stał się mia­rowy, kre­dowe dotąd twa­rze nabrały kolo­rów, a kro­ple potu prze­stały opa­dać na bluzy.

Ode­tchnęli z ulgą. Minęli nie­bez­pieczny rejon i w bla­dym przed­świ­cie dostrze­gli nie­wy­raźne zarysy ośnie­żo­nych gór Jugo­sła­wii.

Nagle, jakby zbyt mało emo­cji prze­żyli tej nocy, w zasięgu ich wzroku poja­wił się nie­przy­ja­ciel­ski myśli­wiec. Był jesz­cze daleko, ale z każdą chwilą jego syl­wetka sta­wała się więk­sza. O ucieczce nie mogło być mowy. Zbyt wolną mieli maszynę, by mogli umknąć przed lek­kim, szyb­kim i zdol­nym do bły­ska­wicz­nych manew­rów Mes­ser­sch­mit­tem.

Pilot myśliwca nie myślał zre­zy­gno­wać z oka­zji strą­ce­nia samo­lotu wroga. Zwięk­szył pręd­kość i ostrą piką zszedł w dół, po czym pro­sto­pa­dle poszy­bo­wał w górę i siadł na ogo­nie Libe­ra­tora.

– Jest za mną! – krzyk­nął tylny strze­lec.

– To strze­laj, na co cze­kasz?! – odparł zde­ner­wo­wany pilot.

Strze­lec pocią­gnął serię z kara­bi­nów maszy­no­wych, ale poci­ski poszły bokiem. Oddana po chwili następna seria rów­nież była nie­celna.

Prze­waga Niemca ryso­wała się wyraź­nie, a jego zdol­ność manew­ro­wa­nia prze­wyż­szała wolne, pra­wie żół­wie ruchy Libe­ra­tora.

– Uwa­żaj z lewej! – ostrzegł strze­lec.

Pilot wyko­nał nagły skręt z jed­no­cze­snym zej­ściem w dół. Manewr powiódł się. Me-110 spu­dło­wał. Nie dał jed­nak za wygraną. Ponow­nie ostrze­lał Libe­ra­tora i znowu usiadł na jego ogo­nie, by za moment odsko­czyć i razić go śmier­tel­nym ogniem.

Jak wilk dobiera się do ran­nej ofiary, tak Nie­miec ata­ko­wał alianta. Z roz­grza­nych luf sypały się ogni­ste smugi poci­sków – krót­kie, dłu­gie, chwila prze­rwy na zmianę pozy­cji, i dalej zacięty atak. Poci­ski prze­la­ty­wały nad kabiną pilo­tów i nad kadłu­bem. Wresz­cie dosię­gły celu. Prze­szyły wzdłuż lewe skrzy­dło, dziu­ra­wiąc je w kil­ku­na­stu miej­scach. Myśli­wiec, pewny już zwy­cię­stwa, nie odstę­po­wał swo­jej ofiary. Doska­ki­wał i ucho­dził na bez­pieczną odle­głość, mimo iż Libe­ra­tor sta­rał się powstrzy­mać jego hura­ga­nowe ataki. Nie­stety, sku­tecz­ność raże­nia bom­bowca była zbyt mała, aby móc zestrze­lić myśliwca. Pró­bo­wał więc nabrać pręd­ko­ści i ode­rwać się od Niemca, ale bra­ko­wało mu mocy.

W cza­sie jed­nej z takich prób coś dziw­nego zaczęło dziać się z maszyną. Lot­nicy poczuli ogromną wibra­cję, a rów­no­mierna dotąd praca sil­ni­ków została zakłó­cona. Bom­bo­wiec, sącząc strużkę ciem­nego dymu, tra­cił szyb­kość. Wpraw­dzie na­dal utrzy­my­wał się w powie­trzu, jed­nak sunął już znacz­nie wol­niej i mniej płyn­nie.

– Dosta­li­śmy w lewy, zewnętrzny sil­nik – stwier­dził pilot.

– Czy dole­cimy? – zanie­po­koił się radio­te­le­gra­fi­sta.

– Wszystko w rękach Boga – odparł drugi pilot.

– Jedno jest pewne, szkopa mamy już z głowy.

– Jak to? – zdzi­wił się nawi­ga­tor. – Tak łatwo zre­zy­gno­wał?

– Nie zre­zy­gno­wał – mruk­nął pilot – ale z pew­no­ścią dostrzegł, że to już nasze tery­to­rium. Spójrz­cie w dół.

Przed załogą roz­ta­czał się wspa­niały widok wscho­dzą­cego słońca, bia­łych grzyw na powierzchni morza i nieba nabie­ra­ją­cego błę­kit­nych odcieni. Ostre pro­mie­nie słońca zaczęły ośle­piać pilo­tów, ale oni nie zwa­żali na to. Myśleli tylko o jed­nym: jak dole­cieć do bazy?

W wirze walki nie­miecki samo­lot zaga­lo­po­wał się pra­wie nad Adria­tyk, nad tery­to­rium patro­lo­wane przez bry­tyj­skie myśliwce. Nie­miec nie chciał już ryzy­ko­wać i wyco­fał się.

Tym­cza­sem Libe­ra­tor na­dal tra­cił wyso­kość. Kłęby ciem­nego dymu buchały z sil­nika, two­rząc wokół maszyny gęstą, cuch­nącą spa­li­nami mgłę.

Lot­ni­sko było tuż, tuż. Pilot, prze­ko­naw­szy się o tym, zszedł jesz­cze niżej. Dobie­gał końca kolejny lot, kolejne spo­tka­nie ze śmier­cią.

– P jak Piotr prosi o zezwo­le­nie lądo­wa­nia. P jak Piotr prosi o zezwo­le­nie lądo­wa­nia – zgło­sił pilot.

Po chwili w słu­chaw­kach ode­zwała się zie­mia:

– O.K. Możesz lądo­wać.

– Zro­zu­mia­łem – potwier­dził pilot. – Mam uszko­dze­nie, zosta­łem tra­fiony w sil­nik.

W słu­chaw­kach znowu roz­le­gał się głos wieży kon­tro­l­nej, ale pilot już go nie słu­chał. Pod­cho­dził do lądo­wa­nia. Wysu­nął pod­wo­zie i część klap, ujął gazu i zszedł niżej. Wiał lekki, boczny wiatr. Libe­ra­tor prze­la­ty­wał pra­wie nad wodami Adria­tyku i kiedy wyda­wało się, że jesz­cze moment i dotknie pomarsz­czo­nej tafli, poja­wił się urwi­sty brzeg i maszyna, ude­rzyw­szy o beto­nową nawierzch­nię płyty lot­ni­ska, zetknęła się z zie­mią na samym początku pasa star­to­wego.

Załoga ode­tchnęła z ulgą. Wylą­do­wali szczę­śli­wie. Samo­lot pod­ko­ło­wał i zatrzy­mał się na środku pasa. Poszcze­gólni człon­ko­wie załogi wyska­ki­wali z bom­bowca i szyb­kimi susami odda­lali się od niego.

W tym samym cza­sie od strony han­garu nad­jeż­dżały samo­chody. Były wśród nich: stra­żacki i sani­tarka. Stra­żacy bły­ska­wicz­nie roz­wi­nęli sprzęt gaśni­czy i już mieli podejść do pło­ną­cego samo­lotu, kiedy ogromny wybuch i towa­rzy­szący mu podmuch powie­trza zni­we­czył ich pracę.

W kil­ka­na­ście sekund póź­niej prze­po­ło­wiony wrak Libe­ra­tora dopa­lał się reszt­kami sła­bego ognia.

– To zbior­nik paliwa spo­wo­do­wał ten wybuch – stwier­dził pilot, zwró­ciw­szy się w stronę zgro­ma­dzo­nych mecha­ni­ków.

– Pan kapi­tan miał szczę­ście, duże szczę­ście. – Jeden z naziem­nej obsługi wyra­ził to, co pomy­śleli inni. – Wystar­czyło jesz­cze kilka minut, a wasza załoga powięk­szy­łaby listę pole­głych lot­ni­ków.

– Los tak chciał – uśmiech­nął się pilot. – Ale kie­dyś ta z kosą… pew­nie nas dosię­gnie.

I znowu, nie wia­domo po raz który, ci mło­dzi lot­nicy z emble­ma­tem „Poland” na ramie­niu oszu­kali śmierć, w prze­dziwny, nie­mal cudowny spo­sób wydo­stali się z jej objęć. Misja spe­cjalna została zakoń­czona. Załoga wró­ciła na lot­ni­sko Campo Cas­sale koło Brin­disi, na połu­dnio­wym cyplu Włoch, gdzie sta­cjo­no­wała pol­ska eska­dra 1586 spe­cjal­nego prze­zna­cze­nia, eska­dra przy­sto­so­wana do wyko­ny­wa­nia naj­trud­niej­szych zadań, nie­rzadko oto­czo­nych naj­więk­szą tajem­nicą. Załogi tej eska­dry nio­sły pomoc ruchowi oporu, ludziom pro­wa­dzą­cym walkę pod­ziemną na obsza­rze oku­po­wa­nej Europy, jed­nak ich głów­nym zada­niem były loty do Pol­ski. O poszcze­gól­nych misjach wie­działo jedy­nie wąskie grono osób bez­po­śred­nio zain­te­re­so­wa­nych daną akcją. Rów­nież i sama załoga w ostat­niej chwili, nie­mal tuż przed star­tem, dowia­dy­wała się o celu lotu. Tego typu ostroż­ność była konieczna, gdyż w grę wcho­dziło bez­pie­czeń­stwo ludzi znaj­du­ją­cych się w samo­lo­cie, ocze­ku­ją­cych na pla­cówce zrzu­to­wej i dobro całego przed­się­wzię­cia.

Eska­dra doko­ny­wała zrzu­tów broni, amu­ni­cji, środ­ków wybu­cho­wych, odzieży, żyw­no­ści, lekarstw, instruk­to­rów walki pod­ziem­nej, radio­te­le­gra­fi­stów, łącz­ni­ków z tajną pocztą, zło­tem i walutą. Zakres dzia­ła­nia był sze­roki, uza­leż­niony od aktu­al­nych potrzeb.

„Loty wyko­ny­wane były indy­wi­du­al­nie, na dale­kich tra­sach, wyłącz­nie w nocy i na małych wyso­ko­ściach – wspo­mina Hen­ryk Kwiat­kow­ski, jeden z pilo­tów 1586 eska­dry. – Odna­le­zie­nie zrzu­to­wi­ska w takich warun­kach sta­wało się twar­dym orze­chem do zgry­zie­nia, tym bar­dziej że Niemcy mogli celowo dez­orien­to­wać załogę usta­wia­niem fał­szy­wych zna­ków świetl­nych, a ona sama łącz­no­ści radio­wej z zie­mią nie miała. Do tego docho­dził jesz­cze czyn­nik najbar­dziej nie­bez­pieczny – ogień środ­ków prze­ciw­lot­ni­czych…”.

Nic więc dziw­nego, że eska­dra pono­siła duże straty w ludziach i sprzę­cie oraz że przyj­mo­wano do niej jedy­nie doświad­czo­nych lot­ni­ków, mają­cych za sobą przy­naj­mniej jedną kolejkę lotów ope­ra­cyj­nych w dywi­zjo­nach bom­bo­wych. Nabór kan­dy­da­tów do służby w tej jed­no­stce odby­wał się w spo­sób ochot­ni­czy – tak zade­cy­do­wały wła­dze lot­ni­cze.

Wszy­scy chętni do służby w owej jed­no­stce musieli jed­nak spro­stać odpo­wied­nim wymo­gom i warun­kom. Przede wszyst­kim liczyły się umie­jęt­no­ści lot­ni­cze i odpo­wied­nie pre­dys­po­zy­cje. Szcze­gól­nie wysoką poprzeczkę sta­wiano nawi­ga­to­rom i pilo­tom, od któ­rych wyma­gano dosko­na­łej zna­jo­mo­ści nawi­ga­cji i orien­ta­cji w tere­nie, a w przy­padku pilo­tów – bar­dzo dobrego opa­no­wa­nia pilo­tażu.

Nie­za­leż­nie od tych wszyst­kich cech lot­nicy musieli przejść prze­szko­le­nie na samo­lo­tach uży­wa­nych w dywi­zjo­nach spe­cjal­nych, czyli na Hali­fa­xach i Libe­ra­to­rach. W cza­sie tre­nin­gów ćwi­czyli loty na małych wyso­ko­ściach i w trud­nych warun­kach atmos­fe­rycz­nych.

Z sze­ro­kiej gamy spraw zwią­za­nych z przy­go­to­wa­niem lotu na czoło wysu­wał się główny cel ope­ra­cji – ładu­nek prze­wo­żony do okre­ślo­nego miej­sca w Euro­pie oraz skocz­ko­wie („cicho­ciemni”). Nad cało­ścią zagad­nień zwią­za­nych z prze­rzu­ca­niem spa­do­chro­nia­rzy oraz sprzętu czu­wała w Oddziale V Komendy Głów­nej AK „komórka zrzu­tów”, która na początku wojny pod­le­gała wła­dzom lot­ni­czym, a następ­nie, od 1942 roku, uzy­skała samo­dziel­ność, sta­jąc się wydzia­łem.

„Komórka zrzu­tów” okre­ślana była róż­nymi kryp­to­ni­mami, za pomocą któ­rych można było się z nią kon­tak­to­wać (zazwy­czaj drogą radiową). Naj­czę­ściej uży­wano kryp­to­nimu „Syrena” i „Grad”, cho­ciaż sto­so­wano też kryp­to­nimy licz­bowo-lite­rowe, bar­dziej skom­pli­ko­wane i trud­niej­sze do roz­szy­fro­wa­nia przez wroga.

„Komórka zrzu­tów” zaj­mo­wała się orga­ni­zo­wa­niem pla­có­wek odbior­czych i utrzy­my­wała stałą łącz­ność z Oddzia­łem VI Sztabu Naczel­nego Wodza w Lon­dy­nie (kore­spon­den­cja doty­czyła przede wszyst­kim zagad­nień zwią­za­nych z orga­ni­za­cją zrzu­tów). Jej pra­cow­nicy czu­wali nad ewa­ku­acją zawar­to­ści zrzu­tów z pla­có­wek, ich roz­dzia­łem do poszcze­gól­nych miejsc zbior­czych, punk­tów kon­tak­to­wych i lokali prze­zna­czo­nych dla „cicho­ciem­nych”.

Na początku wojny, kiedy doko­ny­wano pio­nier­skich lotów nad Pol­skę, orga­ni­zo­wa­niem pla­có­wek odbior­czych zaj­mo­wali się ofi­ce­ro­wie lot­nic­twa i przy­byli z Wiel­kiej Bry­ta­nii „cicho­ciemni”. Póź­niej, kiedy liczba pla­có­wek odbior­czych wzro­sła do kil­ku­na­stu, roz­sia­nych po całym nie­mal tery­to­rium kraju (z wyjąt­kiem tere­nów zachod­nich), „komórka zrzu­tów” zaczęła odczu­wać dotkliwy brak ludzi. W tej sytu­acji orga­ni­zo­wa­nie pla­có­wek powie­rzono dzia­ła­czom tere­no­wym i rejo­no­wym oddzia­łom Armii Kra­jo­wej, a zagad­nie­niami tech­nicz­nymi ope­ra­cji lot­ni­czych zaj­mo­wał się Wydział Lot­nic­twa KG AK, który dys­po­no­wał całym szta­bem odda­nych spra­wie fachow­ców.

Ze względu na to, iż w grę wcho­dziło życie skocz­ków spa­do­chro­no­wych oraz ogromna war­tość zrzu­ca­nych zasob­ni­ków, odbiór na pla­ców­kach w kraju musiał być opra­co­wany w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Naj­mniej­sza pomyłka mogła zni­we­czyć trud setek ludzi, a zrzu­cone mate­riały mogły dostać się w ręce Niem­ców.

Pierw­sze zrzuty ludzi i sprzętu odby­wały się „na dziko”, ale szybko prze­ko­nano się, iż metoda taka przy­nosi zbyt duże straty w sprzę­cie i ludziach. Ana­li­zo­wano różne warianty i pro­po­zy­cje. Dłu­gie tygo­dnie trwały narady, któ­rych tema­tem było roz­wią­za­nie tech­nicz­nej strony zagad­nie­nia. W końcu posta­no­wiono, że zrzuty doko­ny­wane będą wyłącz­nie na pla­cówki odbior­cze (ewen­tu­al­nie na zapa­sowe), odpo­wied­nio przy­go­to­wane, zabez­pie­czone i w ści­śle okre­ślo­nym ter­mi­nie. Usta­lono też, że do Lon­dynu będą prze­ka­zy­wane jed­no­lite dane, współ­rzędne z map, okre­śla­jące w spo­sób bar­dzo dokładny miej­sce zrzutu.

Loty ope­ra­cyjne trwały od jesieni do wio­sny, w tym cza­sie też prze­ka­zy­wano do Lon­dynu wykaz uru­cho­mio­nych w kraju pla­có­wek. Zarówno załogę samo­lotu, jak i obsługę zrzu­to­wi­ska obo­wią­zy­wał swego rodzaju regu­la­min i jego wska­za­nia były na ogół prze­strze­gane. Otóż samo­lot z ładun­kiem lub skocz­kami miał wyzna­czoną pla­cówkę odbior­czą, na któ­rej powi­nien doko­nać zrzutu. Jeśli nie mógł tam dotrzeć lub pla­cówka nie odpo­wia­dała na sygnały, wów­czas kie­ro­wał się na pla­cówkę zapa­sową. Gdyby tam rów­nież były kło­poty, powi­nien udać się w rejon zapa­sowy, ale tylko po to, aby skocz­ko­wie mogli opu­ścić pokład maszyny. W takiej sytu­acji sprzęt w postaci zasob­ni­ków i paczek musiał wró­cić do bazy, gdyż obsługa zrzu­to­wi­ska zapa­so­wego rejonu nie była w sta­nie przy­jąć więk­szej ilo­ści sprzętu. Czu­wało tam zazwy­czaj zale­d­wie 2 lub 3 ludzi, mogą­cych zapew­nić skocz­kom osłonę oraz wska­zać punkty kon­tak­towe.

Z rejo­nów zapa­so­wych korzy­stano zazwy­czaj w cza­sie ciem­nych nocy i złych warun­ków atmos­fe­rycz­nych, kiedy samo­lot nie tra­fił do wła­ści­wego miej­sca zrzutu. Zda­rzały się i takie przy­padki, że pla­cówka odbior­cza została „spa­lona” i swo­jej pozy­cji nie sygna­li­zo­wała świa­tłami.

Z cza­sem, kiedy zaczęto do Pol­ski wysy­łać kilka, a nawet kil­ka­na­ście samo­lo­tów jed­no­cze­śnie, powstały wyspe­cja­li­zo­wane pla­cówki odbioru. Dzie­liły się one na typ „A” (przyj­mo­wały ludzi) oraz typ „B” (przyj­mo­wały wyłącz­nie sprzęt i mate­riały). Pla­cówki, na któ­rych lądo­wali skocz­ko­wie, musiały mieć liczną eskortę i środki szyb­kiego trans­portu, zapew­nia­jące natych­mia­stowy prze­rzut ludzi, waluty i taj­nej poczty do zakon­spi­ro­wa­nych lokali. Pla­cówki typu „B” miały rów­nież liczną obsługę, gdyż prze­ję­cie i ukry­cie sprzętu nale­żało zor­ga­ni­zo­wać szybko i spraw­nie.

Sto­so­wano zwy­kle dwa pod­sta­wowe zestawy, które pako­wane w sześć zasob­ni­ków zabie­rał jeden samo­lot i zrzu­cał na jedną pla­cówkę odbior­czą. Zestaw „OW” – ogni­sko walki – zawie­rał 2 kara­biny maszy­nowe i 1260 naboi do każ­dego, 18 pisto­le­tów maszy­no­wych Sten i po 522 naboje, 21 pisto­le­tów Colt i po 25–50 naboi, 40 gra­na­tów ręcz­nych, 76 gra­na­tów prze­ciw­pan­cer­nych oraz 118 kg pla­styku i środ­ków zapa­la­ją­cych.

W skład zestawu „MD” – miner­sko-dywer­syj­nego – wcho­dziło 265 kg pla­styku, 10 Ste­nów, 20 gra­na­tów ręcz­nych, 8 gra­na­tów prze­ciw­pan­cer­nych i 13 ładun­ków kole­jo­wych.

Dowódz­two AK szcze­gólną wagę przy­wią­zy­wało do tego, aby wszyst­kie poczy­na­nia zwią­zane z przy­ję­ciem skocz­ków i sprzętu zacho­wać w cał­ko­wi­tej tajem­nicy. Wszyst­kie tego typu akcje okre­ślano jako „ści­śle tajne”, a o ich prze­biegu i ter­mi­nie wie­działo nie­liczne grono zaufa­nych, nale­żą­cych do ści­słej kon­spi­ra­cji pra­cow­ni­ków.

Aby zgrać przy­lot samo­lotu z uru­cho­mie­niem pla­cówki odbior­czej, wpro­wa­dzono sys­tem zapo­wie­dzi radio­wych, który pole­gał na nada­wa­niu w audy­cjach pol­skiego radia BBC usta­lo­nych melo­dii sygna­ło­wych zapo­wia­da­ją­cych lot do kraju. Póź­niej, w 1944 roku, poda­wano w audy­cjach trzy­cy­frowe liczby, przy­po­rząd­ko­wane poszcze­gól­nym pla­ców­kom. Ażeby uchro­nić załogę samo­lotu i ocze­ku­ją­cych na dole przed wszel­kiego rodzaju omył­kami i nie­do­mó­wie­niami orga­ni­za­cyj­nymi, Sztab Naczel­nego Wodza wpro­wa­dził w życie jed­no­lite prze­pisy, zebrane w odpo­wied­nią instruk­cję i dostar­czone do zain­te­re­so­wa­nych osób w kraju oraz w bazie, z któ­rej star­to­wały samo­loty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki