W londyńskiej galerii - Carole Mortimer - ebook
Opis

Jako nastolatka Bryn zakochała się w Gabrielu D’Angelo i marzyła o wspólnej przyszłości z nim. Te marzenia rozwiały się jednak, gdy jej ojciec został oskarżony o fałszerstwo obrazu, a Gabriel – właściciel galerii sztuki – wystąpił jako główny oskarżyciel. Bryn nie może mu tego wybaczyć. Po kilku latach wygrywa konkurs malarski, w którym nagrodą jest wystawienie swoich obrazów W londyńskiej galerii D’Angelo. To oznacza ponowne spotkanie z Gabrielem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Carole Mortimer

W londyńskiej galerii

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska-Gadowska

PROLOG

– Nie martw się, Mik, on na pewno się zjawi.

– Zabierz te swoje kopyta z mojego biurka – odwarknął Michael, nawet nie podnosząc głowy znad dokumentów, które właśnie przeglądał w gabinecie rezydencji Archangel’s Rest, otoczonym lasami domu rodziny D’Angelo. – Poza tym wcale się nie martwię.

– Akurat! – Rafe nawet nie poruszył stopami w czarnych butach, opartymi o krawędź biurka starszego brata.

– Naprawdę się nie denerwuję, chłopie – rzucił Michael.

– Nie wiesz, czy…

– Chyba nie umknęło twojej uwadze, że próbuję czytać. – Michael westchnął ze zniecierpliwieniem.

Ubrany był formalnie, jak zwykle, w jasnobłękitną koszulę ozdobioną krawatem z ręcznie tkanego granatowego jedwabiu, ciemną kamizelkę, marynarkę i doskonale skrojone spodnie.

Członkowie rodziny często żartowali sobie, że matka trzech braci D’Angelo nadała im imiona Michael, Raphael i Gabriel, aby idealnie współgrały z nazwiskiem. Nie ulegało wątpliwości, że chłopcy musieli znieść sporo niewybrednych dowcipów na swój temat w szkole z internatem, lecz teraz, będąc już trzydziestokilkuletnimi mężczyznami, cieszyli się ogólnym szacunkiem jako właściciele renomowanych domów aukcyjnych oraz galerii sztuki w Londynie, Nowym Jorku i Paryżu.

Ich dziadek, Carlo D’Angelo, zdołał przywieźć ze sobą spory majątek, kiedy blisko siedemdziesiąt lat wcześniej uciekł z Włoch i osiadł w Anglii, gdzie poślubił Angielkę i spłodził syna, Giorgia, ojca Michaela, Raphaela i Gabriela.

Giorgio odziedziczył po ojcu głowę do interesów i przed trzydziestu laty otworzył w Londynie dom aukcyjny Archangel, pomnażając rodzinną schedę. Kiedy dziesięć lat temu Giorgio przeszedł na emeryturę i razem z żoną Ellen przeniósł się na Florydę, ich trzech synów przeistoczyło coś, co można by śmiało nazwać „zamożnością”, w najprawdziwszą fortunę, otwierając galerie Archangel w Nowym Jorku i Paryżu.

– I nie nazywaj mnie „Mik” – mruknął Michael. – Dobrze wiesz, że tego nie znoszę.

Rafe doskonale o tym wiedział, uważał jednak, że rolą młodszego brata jest doprowadzanie starszego do szału. Całe szczęście, że ostatnio praktycznie nie miał szans na uprawianie tego „sportu”, ponieważ prowadzący domy aukcyjne w różnych częściach świata bracia spotykali się tylko z okazji Bożego Narodzenia oraz urodzin. I tego właśnie dnia przypadały trzydzieste piąte urodziny Michaela; Rafe był o rok młodszy, a Gabriel kończył niedługo trzydzieści trzy lata.

– Ostatni raz rozmawiałem z Gabrielem jakiś tydzień temu. – Rafe skrzywił się lekko.

– Skąd ta mina? – Michael pytająco uniósł brew.

– W zasadzie bez powodu. Wszyscy wiemy, że Gabe jest w fatalnym humorze od pięciu lat, chociaż ja osobiście zupełnie nie rozumiem przyczyny. Moim zdaniem dziewczyna wyglądała jak myszka i tylko te duże…

– Rafe! – ostrzegawczo warknął Michael.

– I tylko te duże szare oczy dodawały jej uroku – niewinnie dokończył Rafe.

Michael zacisnął usta.

– Ja rozmawiałem z nim dwa dni temu.

– I? – Rafe nie potrafił ukryć irytacji.

– Powiedział, że przyjedzie dziś na kolację.

– Dlaczego nie mogłeś wcześniej zdradzić mi tego straszliwego sekretu? – Rafe zdjął nogi z biurka i podniósł się z krzesła.

Przeczesał palcami gęste ciemne włosy i zaczął spacerować po pokoju, wysoki i szczupły, w dopasowanej czarnej koszulce i spranych dżinsach.

Trzej bracia byli podobnego wzrostu i budowy, wszyscy mieli też czarne jak krucze pióra włosy. Michael zawsze strzygł się krótko, a jego oczy lśniły tak ciemnym brązem, że wydawały się prawie czarne, natomiast włosy Rafe’a sięgały ramion, a oczy były jasnobrązowe, prawie złociste.

– Więc jak on się ma? – zagadnął Rafe.

Michael wzruszył ramionami.

– Jak zwykle jest w marnym humorze, sam mówiłeś.

– To samo można powiedzieć o tobie – prychnął Rafe.

– Nie jestem w podłym nastroju, mój drogi, ja tylko nie znoszę głupców.

– Mam nadzieję, że nie uwzględniasz mnie w tej kategorii!

– W żadnym razie – Michael uśmiechnął się lekko. – My trzej mamy po prostu dość intensywne temperamenty, i tyle.

Rafe odpowiedział bratu niechętnym uśmiechem, w głębi duszy przyznając, że być może Michael dość celnie sprecyzował właśnie, dlaczego żaden z nich nigdy się nie ożenił. Kobiety, które spotykali na swojej drodze, łączyło upodobanie do ryzyka oraz oczywistego bogactwa braci D’Angelo.

– Możliwe, że masz rację – mruknął. – Co to za dokumenty, które przeglądasz od początku naszej rozmowy?

– Ach…

Rafe rzucił bratu czujne spojrzenie.

– Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że twoje wyjaśnienia raczej mi się nie spodobają?

– Bo pewnie to wrażenie ma solidne podstawy. Dokumenty dotyczą Bryn Jones i wystawy dzieł sztuki nowoczesnej, która ma się odbyć w londyńskiej galerii w przyszłym miesiącu.

– Cholera jasna, to dlatego wiedziałeś, że Gabriel dzisiaj wróci! – Rafe uderzył się otwartą dłonią w czoło. – Kompletnie wyleciało mi z głowy, że Gabriel przejmuje od ciebie organizację tej wystawy.

– Ponieważ na jakiś czas wyjeżdżam do Paryża, tak.

– Zamierzasz spotkać się z piękną Lisette? – zagadnął Rafe.

– Z kim?

Ton głosu Michaela mówił wszystko: jego związek z piękną Lisette nie tylko dawno dobiegł końca, ale też został już zapomniany.

– Więc kto to jest ten cały Bryn Jones? – westchnął Rafe.

– Nie ten, lecz ta Bryn Jones.

Rafe uniósł brwi.

– Rozumiem…

– Wątpię. – Michael lekceważąco machnął ręką i podał bratu czarno-białą fotografię. – Może to zdjęcie trochę ci pomoże. Poleciłem naszej ochronie ściągnąć je z jednej z kamer, która uchwyciła tę dziewczynę, gdy przyszła do londyńskiej galerii, aby osobiście wręczyć swoją teczkę Ericowi Sandersowi.

Rafe wziął fotografię do ręki, aby lepiej się przyjrzeć młodej kobiecie, stojącej w wyłożonym marmurowymi płytami holu. Musiała mieć dwadzieścia kilka lat, jej krótkie, sięgające ucha włosy wyglądały na jasne. Ubrana była bardzo oficjalnie, w ciemny kostium i jasną bluzkę, lecz ten strój bardzo skutecznie podkreślał kuszące linie jej zgrabnej sylwetki. Miała piękną twarz w kształcie serca, jasne oczy, lekko zadarty nosek, wysokie kości policzkowe, pełne, zmysłowe wargi i smukłą szyję.

Była to przykuwająca uwagę i chyba znajoma twarz.

– Dlaczego wydaje mi się, że ją znam? – Rafe podniósł głowę znad zdjęcia.

– Pewnie dlatego, że rzeczywiście ją znasz – sucho rzucił Michael. – Wszyscy ją znamy. Wyobraź sobie tę samą dziewczynę, tylko trochę okrąglejszą, w ciężkich okularach i z długimi włosami w mysim odcieniu.

Rafe podejrzliwie zmrużył oczy.

– Niemożliwe! – zawołał. – Nie chcesz mi chyba wmówić, że ta piękna kobieta to Sabryna Harper?

– Tak, to ona.

– Córka Williama Harpera?

– Ta sama. – Michael ponuro pokiwał głową.

Rafe zacisnął zęby. Pięć lat temu William Harper wystawił jakoby wcześniej nieznany obraz Turnera na sprzedaż w londyńskiej galerii braci D’Angelo. W normalnych okolicznościach istnienie obrazu zostałoby podane do wiadomości publicznej dopiero po wieloetapowym potwierdzeniu jego autentyczności przez ekspertów, lecz wiadomość w niewyjaśniony sposób przeciekła do prasy, wywołując burzę spekulacji i domysłów. Galerią w Londynie kierował wtedy Gabriel, który kilkakrotnie gościł w rodzinnej rezydencji Harpera i poznał jego żonę oraz córkę. Poważnie skomplikowało to sytuację Gabriela w momencie, gdy musiał oświadczyć, że obraz, zbadany przez zespół międzynarodowych specjalistów, został sfałszowany. Co gorsza, dochodzenie policyjne wykazało, że za fałszerstwo odpowiada sam William Harper, który w rezultacie trafił do więzienia. Żona i nastoletnia córka Harpera zostały praktycznie zaszczute przez dziennikarzy podczas procesu, a cała historia odżyła, gdy cztery miesiące później Harper umarł w celi, a jego żona i córka zniknęły.

Nikt nie widział żadnej z nich po pogrzebie fałszerza, aż do tej pory.

– Jesteś całkowicie pewien, że to ona? – ostrożnie zapytał Rafe.

– Materiały, które masz przed sobą, pochodzą od prywatnego detektywa, którego wynająłem zaraz po tym, jak wczoraj zobaczyłem ją w galerii.

– Rozmawiałeś z nią?

Michael potrząsnął głową.

– Przechodziłem przez hol, kiedy mnie minęła, w towarzystwie Erica. Byłem gotowy założyć się, że to ona, a detektyw ustalił, że Mary Harper wróciła do swego panieńskiego nazwiska parę tygodni po śmierci męża i w tym samym czasie tego samego nazwiska zaczęła używać córka.

– I ta Bryn Jones to naprawdę ona?

– Tak.

– Więc co zamierzasz z tym zrobić?

– Z czym?

Z piersi Rafe’a wyrwało się pełne irytacji westchnienie.

– Jak to, z czym? Nie możemy wystawić jej obrazów w Archangel w przyszłym miesiącu, to proste.

– Dlaczego nie? – Michael uniósł ciemne brwi.

– Po pierwsze dlatego, że jej ojciec trafił do więzienia za fałszerstwo i próbę zaangażowania jednej z naszych galerii w sprzedaż sfałszowanego dzieła sztuki, stary!

– A twoim zdaniem grzechy ojców spadają na dzieci, tak?

– Nie, oczywiście, że nie, ale skąd można mieć pewność, że córka takiego ojca nie oszukuje, podając cudze obrazy jako własne!

– To jej własne obrazy, bez cienia wątpliwości – oświadczył Michael. – Dokładnie przejrzałem jej teczkę. Dziewczyna zrobiła dyplom jednej z najlepszych akademii sztuk pięknych i od dwóch lat bez wielkiego powodzenia próbuje sprzedać swoje obrazy innym galeriom. Nikt prawie nic od niej nie kupił, ale moim zdaniem jest naprawdę dobra, więcej, jest bardzo oryginalna, i pewnie właśnie dlatego inni nie chcieli podjąć ryzyka. I bardzo dobrze, ich strata, nasz zysk. Obrazy Bryn Jones podobają mi się do tego stopnia, że zamierzam kupić jeden z nich do mojej kolekcji.

– I Bryn Jones będzie jedną z sześciu wystawianych w galerii artystów?

– Na sto procent.

– Ale co z Gabrielem?

– O co ci chodzi?

– W czasie tej historii z Harperem ostrzegaliśmy go kilka razy, ale nie chciał nas słuchać – rzekł Rafe. – To z jej powodu od pięciu lat jest w podłym nastroju, więc jak się poczuje, kiedy dotrze do niego, kim naprawdę jest Bryn Jones, co?

– Chyba się zgodzisz, że w ciągu tych pięciu lat jej uroda ogromnie zyskała na wartości – sucho zauważył Michael.

Tak, co do tego nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości, faktycznie.

– No i właśnie o to mi chodzi, do cholery! – wybuchnął Michael.

Starszy D’Angelo zacisnął usta.

– Bryn Jones jest bardzo utalentowaną malarką i w pełni zasługuje na szansę, jaką będzie dla niej wystawa w galerii Archangel.

– Przyszło ci może do głowy, z jakiego powodu starała się o tę szansę? – Rafe gniewnie ściągnął brwi. – Że może kieruje nią jakiś starannie skrywany motyw, na przykład chęć wprowadzenia w życie jakiegoś planu, dzięki któremu mogłaby zemścić się na nas lub na Gabrielu za to, co spotkało jej ojca?

– Tak, przyszło mi to do głowy. – Michael spokojnie skinął głową.

– I co?

– Na tym etapie wydarzeń jestem gotowy uznać jej dobre intencje.

– A Gabriel?

– Wielokrotnie zapewniał mnie, że jest dorosły i nie potrzebuje, aby starszy brat wtrącał się w jego życie.

Rafe skrzywił się ze zdenerwowaniem i stanął naprzeciwko brata.

– Naprawdę nie zamierzasz mu powiedzieć, kim ona jest? – zapytał.

– Nie na tym etapie, już mówiłem. A ty?

Rafe nie miał zielonego pojęcia, co zrobi z tą informacją.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tydzień później

Bryn przystanęła na chodniku, aby ogarnąć wzrokiem marmurowy fronton największej i najlepszej z prywatnych galerii oraz domów aukcyjnych w Londynie, z nazwą „Archangel” wypisaną wielkimi złocistymi literami nad ogromnymi szklanymi wejściowymi drzwiami. Wzięła głęboki oddech i weszła do wysoko sklepionego holu, w pełni świadoma, że znowu wchodzi do obozu wroga.

Bracia D’Angelo, a szczególnie Gabriel, odpowiadali za to, że przed pięciu laty jej ojciec znalazł się w więzieniu. Nie mogła teraz o tym myśleć, nie mogła sobie na to pozwolić. Musiała skupić się na tej chwili, która mogła odmienić jej los. Dwa lata temu, po zakończeniu studiów, Bryn wierzyła, że ma cały świat u stóp, lecz bardzo szybko zorientowała się, że uznanie dla jej obrazów, o którym tak marzyła, jest czystą iluzją.

Wielu jej przyjaciół z uczelni uległo presji rodziny albo sytuacji finansowej i zajęło się reklamą lub uczeniem, na dobre porzucając sny o zarabianiu na życie sztuką, lecz Bryn długo broniła swoich marzeń o wystawie w jakiejś londyńskiej galerii. Całym sercem wierzyła, że pewnego dnia da matce powód do dumy i przekreśli wstydliwe karty rodzinnej przeszłości.

Dwa lata później musiała jednak uznać swoją klęskę i właśnie wtedy zgłosiła swój udział w konkursie dla młodych artystów, ogłoszonym przez galerię Archangel.

– Panna Jones?

Bryn odwróciła się i pytająco spojrzała na recepcjonistkę siedzącą za eleganckim blatem z kremoworóżowego marmuru, idealnie dopasowanego odcieniem do ogromnych kolumn i pięknych przeszklonych szaf z umiejętnie wyeksponowanymi bezcennymi dziełami sztuki i biżuterią.

Wyprostowała się i podniosła głowę.

– Tak, to ja.

– Jestem Linda – dziewczyna, z pewnością nie starsza od Bryn, podniosła się zza biurka.

Jej wysokie obcasy zastukały na marmurowych płytach posadzki. Bryn poczuła, że jej wąskie czarne spodnie i luźna, kwiecista koszulowa bluzka to chyba strój zbyt mało elegancki na drugie już spotkanie z Erikiem Sandersem, ekspertem galerii.

– Jestem umówiona z panem Sandersem – wyjaśniła szybko.

Linda skinęła głową.

– Zaprowadzę panią do windy, dobrze? Pan D’Angelo polecił mi jak najszybciej wskazać pani drogę do jego gabinetu.

Bryn zesztywniała.

– Miałam się spotkać z panem Sandersem – wykrztusiła z trudem.

– Dziś rano rozmowy z uczestnikami konkursu prowadzi pan D’Angelo – spokojnie odparła Linda.

– Pan D’Angelo?

Recepcjonistka przytaknęła.

– Jeden z trzech braci, którzy są właścicielami tej galerii.

Bryn doskonale wiedziała, kim są trzej bracia D’Angelo, nie miała tylko pojęcia, o którym z nich mówi Linda. O wyniosłym i chłodnym Michaelu? Aroganckim playboyu Raphaelu? Czy może okrutnym Gabrielu, który złamał jej naiwne serce i spokojnie je podeptał?

W gruncie rzeczy nie miało to szczególnego znaczenia, ponieważ w oczach Bryn wszyscy oni byli tak samo bezwzględni i pewni siebie. Gdyby nie fakt, że konkursowe jury zdecydowało, że jako jedna z sześciorga finalistów ma wystawić swoje obrazy w galerii Archangel, nigdy w życiu nie zbliżyłaby się do żadnego z braci nawet na kilometr.

Powoli potrząsnęła głową.

– To chyba jakaś pomyłka. Sekretarka pana Sandersa osobiście umówiła mnie na to spotkanie.

– Dlatego, że pan D’Angelo przebywał wtedy za granicą – spokojnie wytłumaczyła Linda.

Bryn utkwiła wzrok w recepcjonistce, zastanawiając się, czy jest już za późno, by odwrócić się i wybiec z budynku.

Gabriel oparł łokcie na biurku, uważnie obserwując na laptopie obraz z kamery umieszczonej w holu galerii.

Natychmiast poznał Bryn Jones. Widział, jak zawahała się zaraz po wejściu, jak po słowach Lindy na jej twarzy pojawił się wyraz zmieszania i jak zaraz potem jej rysy znieruchomiały, jakby nagle obróciły się w kamień.

Bryn Jones.

Albo raczej Sabryna Harper.

Ostatni raz widział ją przed pięcioma laty, w wypełnionej po brzegi sali sądowej. Jej lśniące szare oczy patrzyły na niego z nienawiścią zza szkieł w ciemnych, ciężkich oprawkach.

Sabryna Harper miała wtedy zaledwie osiemnaście lat. Jej sylwetka była kusząco zaokrąglona, sposób bycia świadczył o ogromnej nieśmiałości, proste, jedwabiste jasnobrązowe włosy sięgały ramion, a pełne wargi miały lekko różowy odcień.

Teraz Sabryna była smukłą jak trzcina młodą kobietą, świetnie obcięte brązowe włosy zostały chyba lekko rozjaśnione albo przynajmniej poddane balejażowi, a ciężkie okulary zniknęły bez śladu, zastąpione kontaktowymi soczewkami. Dziewczyna zyskała także sporo pewności siebie, dzięki której weszła do galerii zdecydowanym krokiem, wyraźnie zdeterminowana.

Dzięki utracie wagi jej kości policzkowe stały się bardziej wydatne, a niewielki, lekko zadarty nos wydawał się jeszcze zgrabniejszy niż dawniej. Jej usta… Całe szczęście, że Rafe ostrzegł go, jak bardzo były seksowne, bo i tak natychmiast ogarnęło go trudne do opanowania podniecenie.

Czy w ogóle rozpoznałby Sabrynę Harper w tej pięknej, pewnej siebie młodej kobiecie, gdyby Rafe nie uprzedził go, z kim będzie miał do czynienia? O, tak, Gabriel nie miał co do tego cienia wątpliwości. Pulchna czy szczupła, w okularach czy bez, nieśmiała czy nieco wyniosła, Sabryna i tak zawsze byłaby sobą.

Teraz dręczyło go jednak pytanie, czy ona w jakikolwiek sposób zdradzi, że także go pamięta.

Kuszące jak gorąca czekolada, grzeszne, cudowne – takie właśnie były oczy Gabriela D’Angelo.

Bryn stała przed marmurowym biurkiem i patrzyła na mężczyznę, którego już dawno uznała za swoją nemesis. Mężczyznę, który, korzystając ze swojego bezlitosnego, aroganckiego języka, nie tylko pomógł wysłać jej ojca do więzienia, ale również zamordował Sabrynę Harper i w pewien sposób powołał do życia Bryn Jones.

Miała przed sobą tego samego mężczyznę, który bez reszty oczarował młodziutką Sabrynę, zniewolił ją pocałunkami i wziął w posiadanie jej serce, a parę tygodni później przyczynił się do skazania jej ojca.

Świetnie wiedziała, że mimo tego wszystkiego nadal go pragnie. Wystarczyła jedna chwila jego obecności, aby znowu uległa pożądaniu, choć przecież powinna czuć do niego wyłącznie nienawiść i pogardę.

Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zrozumiała, jak bardzo okłamywała się przez ostatnie pięć lat – Gabriel D’Angelo nadal bez reszty ją fascynował, tak samo jak dawniej.

Powinien być łysiejącym, otyłym facetem ze zmarszczkami i worami pod oczami, choćby dlatego, że szczerze mu tego życzyła, tymczasem on wciąż był wysokim, atletycznie zbudowanym mężczyzną, którego wspaniałą sylwetkę podkreślał idealnie skrojony garnitur, kupiony pewnie za kwotę równą czesnemu za rok nauki na najlepszej uczelni. Włosy wciąż miał tak samo gęste i ciemne, opadające hebanowymi pasmami na kołnierzyk koszuli z kremowego jedwabiu, a jego twarz… Tak, to była twarz modela, twarz, której rysy nieodmiennie wprawiały kobiety w najwyższy zachwyt, niezależnie od epoki – wysokie, świadczące o wybitnej inteligencji czoło nad brązowymi oczami, orli nos, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, śniada cera bez cienia zmarszczek, cudowna linia warg, z górną trochę pełniejszą, mocna dolna szczęka.

– Panna Jones, prawda?

Jego kulturalny głos był całkowicie pozbawiony obcego akcentu, równie angielski jak jej własny. Był to ten sam głęboki, niski głos, którego dźwięk wprawiał kolana niedoświadczonej Sabryny w niekontrolowane drżenie, ten sam głos, który wypowiedział zdania skazujące jej ojca na więzienie.

Prawie się cofnęła, gdy Gabriel D’Angelo wstał i wyszedł zza marmurowego blatu. Udało jej się opanować, ponieważ zorientowała się, że on chce się z nią tylko przywitać. Jego szczupła, przyjemnie chłodna dłoń emanowała siłą, którą Bryn wyczuwała w każdym calu nienagannie umięśnionego ciała. Siłą, którą z pewnością mógłby wykorzystać w celu zmiażdżenia każdej kości w jej znacznie mniejszej dłoni, gdyby tylko przyszła mu na to ochota.

Drgnęła nerwowo, świadoma, że Gabriel uważnie się jej przygląda spod zmrużonych powiek, że jego oczy o barwie płynnej czekolady widzą wszystko, bez cienia przesady.

Czy rozpozna w niej Sabrynę Harper? Szczerze w to wątpiła, głównie dlatego, że chociaż raz pocałował tamtą nieśmiałą dziewczynę, to jej istnienie z pewnością w żaden sposób nie mogło wpłynąć na życie mężczyzny takiego jak Gabriel D’Angelo, który w ciągu ubiegłych pięciu lat musiał zaliczyć cały legion kobiet.

Poza tym miała teraz inne nazwisko i jednak wyglądała inaczej – zrzuciła dobre dziesięć kilogramów, skróciła i rozjaśniła włosy, miała znacznie szczuplejszą twarz i nie nosiła okularów.

Pospiesznie uniosła odrobinę spoconą dłoń i podała ją gospodarzowi. Długie, silne palce Gabriela objęły ją w mocnym uścisku i przytrzymały.

– Wreszcie mam okazję panią zobaczyć – zamruczał, nadal nie uwalniając jej ręki.

Bryn zamrugała niepewnie.

– Nie… Nie bardzo rozumiem.

Gabriel także nie bardzo rozumiał samego siebie. Rafe poradził mu, aby po prostu polecił Ericowi Sandersowi skreślić Bryn Jones z konkursowej listy i Gabriel doskonale zdawał sobie sprawę, że za tą sugestią kryje się chęć uniknięcia niepotrzebnego powrotu do przeszłości, do nieprzyjemnej historii Williama Harpera, nieżyjącego ojca Sabryny.

Tyle że Gabriela łączyła z Bryn także i inna historia. Była to historia krótkiego, skradzionego pocałunku, wymienionego w samochodzie, kiedy któregoś wieczoru odwoził ją do domu z galerii Archangel. Miał wtedy nadzieję na coś więcej i pewnie dlatego na przestrzeni ostatnich pięciu lat często myślał o Sabrynie, zastanawiając się, jak potoczyłaby się ta ich historia, gdyby nie skandal, który ich rozdzielił na zawsze.

Nie był dumny z roli, jaką odegrał w tamtych wydarzeniach. Ani ze skazania Williama Harpera za fałszerstwo, ani z traktowania, z jakim jego żona i nastoletnia córka spotkały się podczas procesu.

Wbrew radom próbował zobaczyć się z Sabryną, ale ona konsekwentnie go odtrącała, odrzucając wszystkie propozycje spotkania, a w końcu zmieniając numer telefonu, żeby nie mógł do niej dzwonić. Gabriel postanowił się więc wycofać i dać jej trochę czasu, lecz niedługo potem William Harper umarł w więziennej celi, kładąc kres nadziejom.

W ciągu ostatnich paru dni najzupełniej obiektywnie przyjrzał się obrazom, które Bryn Jones zgłosiła na konkurs. Były naprawdę dobre. Martwe natury namalowała tak delikatnym prowadzeniem pędzla, że prawie czuł zapach płatków róż, leżących na stole obok wazonu z kwiatami. Kiedy patrzył na portret kobiety z niemowlęciem, widział miłość w oczach matki i ulotną duchową więź łączącą ją z dzieckiem. Rozpoznawał prawdziwy talent w każdym pociągnięciu pędzla i nie miał cienia wątpliwości, że obrazy Bryn Jones szybko staną się obiektem pożądania kolekcjonerów, nie tylko jako zachwycające dzieła sztuki, ale także dochodowe inwestycje. I nie mógł wyeliminować jej spośród kandydatów jedynie po to, by oszczędzić sobie uczucia dyskomfortu.

Uwolnił wreszcie jej dłoń i wrócił na swoje miejsce za biurkiem, w pełni świadomy, że jego podniecenie powróciło ze zdwojoną siłą w momencie, gdy dotknął jej delikatnej jak jedwab skóry.

– Chodziło mi jedynie o to, że jest pani siódmą i ostatnią kandydatką z finałowej grupy naszego konkursu – rzekł.

Jedyną, z którą rozmawiał osobiście, lecz akurat tego nie musiała przecież wiedzieć.

– Siódmą? – Policzki Bryn wyraźnie pobladły.

Gabriel wzruszył ramionami.

– Zawsze dobrze jest mieć kogoś w rezerwie, prawda?

Bryn z trudem przełknęła ślinę. Czyli schowała do kieszeni swoją dumę i niechęć do wszystkiego, co wiązało się z rodziną D’Angelo, po to, by w końcu zostać rezerwową kandydatką? Sądziła, że druga rozmowa, na jaką ją zaproszono, oznacza, że wybrano ją do grupy finałowych sześciorga artystów, więcej, była o tym głęboko przekonana. Czy mimo wszystko jednak ją rozpoznali? I jeśli tak, to czy Gabriel D’Angelo bawił się z nią teraz jak kot z myszką, biorąc odwet za skandal i lawinę krytyki, jakie jej ojciec ściągnął na galerię?

– Dobrze się pani czuje? – Gabriel podniósł się i znowu wyszedł zza biurka. – Tak nagle pani zbladła…

Nie, Bryn nie czuła się dobrze, i to do tego stopnia, że nawet nie próbowała się odsunąć, kiedy Gabriel podszedł bliżej.

– Przepraszam, czy mogłabym dostać szklankę wody? – Drżącą ręką szybko otarła czoło.

– Oczywiście. – Gabriel ruszył w stronę barku.

Bryn pomyślała, że jej rozczarowanie i upokorzenie po prostu nie ma granic. Od chwili zgłoszenia swojej kandydatury do konkursu żyła w stanie ogromnego napięcia, a teraz okazało się, że ma zostać rezerwową finalistką.

– Niepotrzebnie zawracałam panu głowę tą wodą – rzuciła ostro. – Ma pan może whisky?

Gabriel odwrócił się powoli. Policzki Bryn odzyskały już naturalny kolor, w jej oczach błyszczał gniew. Co wprawiło ją w złość? Byli w trakcie rozmowy o…

Ach, tak. Powiedział, że jest siódmą kandydatką w grupie sześciu finalistów. Podał jej szklaneczkę whisky, o którą poprosiła.

– Zaszło chyba pewne nieporozumienie – zaczął.

– Niewątpliwie. – Jednym haustem wychyliła alkohol i gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy piekący płyn uderzył w gardło.

– Mam wrażenie, że trzydziestoletnią whisky należy sączyć i smakować powoli, a nie pić jak lemoniadę na przyjęciu dla dzieci – oświadczył sucho, wyjmując pustą szklankę z jej palców i stawiając ją na blacie.

Bryn zgięła się wpół, rozpaczliwie starając się złapać oddech.

– Niech pan nawet nie myśli o tym, żeby poklepać mnie po plecach – ostrzegła przez zaciśnięte zęby na widok jego uniesionej ręki.

Jej policzki płonęły czerwienią, oczy pełne były łez, pewnie wywołanych atakiem kaszlu, w każdym razie taką miał nadzieję. Najwyraźniej źle zrozumiała jego wcześniejszą uwagę.

– Może teraz podać pani trochę wody?

Obrzuciła go pełnym niechęci spojrzeniem.

– Nic mi nie jest – rzuciła ostro. – Jeśli chodzi o pańską propozycję, panie D’Angelo…

– Mam na imię Gabriel.

– Słucham?

– Poprosiłem, żeby mówiła mi pani po imieniu – powiedział ciepło.

Jej brwi zbiegły się w jedną ciemną linię.

– Niby z jakiego powodu?

Popatrzył na nią z kpiącym uśmiechem. Z krótkimi, wyżelowanymi włosami wyglądała w tej chwili jak rozgniewany, oburzony jeż.

– Może w intencji przyjacielskich stosunków między nami?

Prychnęła lekceważąco i bardzo nieelegancko.

– Nie łączą nas żadne stosunki. – Sięgnęła po torbę, która zsunęła się na podłogę w czasie ataku kaszlu. – I chociaż nie wątpię, że wielu artystów poczułoby się uhonorowanych siódmym miejscem w sześcioosobowym finale konkursu, ja do nich nie należę.

Wstała, odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi.

– Bryn!

Przystanęła na dźwięk swojego imienia, wypowiedzianego tym głębokim, niskim głosem, tymi samymi zmysłowymi wargami, które kiedyś obdarzyły ją pocałunkiem, wypełniając jej sny na wiele miesięcy przed, podczas i po procesie ojca.

Odwróciła się ostrożnie. Jej zdradzieckie ciało nadal uważało Gabriela D’Angelo za najbardziej atrakcyjnego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziała, i nic, ale to nic nie mogła na to poradzić.

Nie powinno tak być.

Nie powinna żywić wobec niego pozytywnych uczuć.

Ona i jej matka miały za sobą pięć bardzo trudnych lat. Dopóki ojciec był w więzieniu, mieszkały w Londynie, a po jego śmierci zmieniły nazwisko i wyprowadziły się. Zrozpaczone i pogrążone w żałobie, musiały znaleźć nowe mieszkanie i w końcu wynajęły domek w malutkim walijskim miasteczku. Bryn musiała szukać uczelni, na której mogłaby studiować, nie wyprowadzając się z domu, ponieważ w żadnym razie nie chciała zostawiać matki samej. Matka Bryn, wykwalifikowana pielęgniarka, dostała pracę w miejscowym szpitalu, natomiast dziewczyna pracowała w kawiarni i jednocześnie studiowała.

Całe to trzęsienie ziemi nie pozostawiło wiele miejsca dla mężczyzn w życiu Bryn. Od czasu do czasu umawiała się na randki, nigdy jednak nie było to nic poważnego. Poza tym trwały związek wymagałby wyznania, że naprawdę wcale nie nazywa się Bryn Jones i że jej ojcem był William Harper, a na to w ogóle nie miała ochoty.

Tak czy inaczej, do tej pory wydawało jej się, że z tego właśnie powodu unika poważniejszych kontaktów, lecz teraz, patrząc na Gabriela i słysząc jego głos, w całej pełni uświadomiła sobie, że to on był przyczyną jej braku zainteresowania mężczyznami. I natychmiast ogarnęło ją uczucie niewyobrażalnego upokorzenia.

Myśl, że ten znienawidzony D’Angelo, mężczyzna, który pocałował ją jeden jedyny raz – i niewątpliwie zaraz tego pożałował – na całe pięć lat stał się wzorcem, do którego podświadomie przyrównywała innych, była nie tylko oczywistym świadectwem jakiegoś masochistycznego szaleństwa, ale i braku lojalności wobec matki i pamięci ojca.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Znowu pani zbladła. – Gabriel podszedł do stojącej nieruchomo przy drzwiach Bryn. – Może powinna pani na chwilę usiąść…