Opis

Wojciech Krzewiński jest wziętym psychoterapeutą. Stosuje niekonwencjonalne metody terapii, które przysparzają mu zarówno zachwyconych pacjentów, jak i zagorzałych wrogów. Pewnego dnia nieznajomy mężczyzna przekazuje mu wiadomość, że Karolina, dawna dziewczyna Wojtka, potrzebuje jego pomocy. Młoda, ale odnosząca już sukcesy malarka mieszka i pracuje od ponad roku w Toskanii, na jesieni planuje dużą wystawę we Florencji i wydaje się być ostatnią osobą, która mogłaby wymagać psychoterapii. Cała sprawa pachnie szytą grubymi nićmi mistyfikacją, mimo to Wojtek postanawia pojechać do hotelu, w którym miała się zatrzymać Karolina. Niedługo potem zaczynają mnożyć się pytania bez odpowiedzi.

Jolanta Kosowska - urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych na Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Na co dzień przyjmuje pacjentów w poradni przyjaznej cudzoziemcom. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Debiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazały się jej powieści „Déjà vu”, „Niemoralna gra”, „Nie ma nieba” oraz „Niepamięć”.

www.jolantakosowska.pl
www.facebook.com/Jolanta.Kosowska.Autor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

Stanąłem jak wryty, zastanawiając się, gdzie w tej ciemności znajduje się kontakt. W otaczającej mnie czerni widziałem tylko żar papierosa, którego nieznajomy trzymał w ręku. To wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy. Zgasiłem światło w poczekalni, wyszedłem na korytarz, właśnie miałem włożyć klucz do zamka, kiedy kątem oka zobaczyłem zwalistą postać faceta, który blokował swym cielskiem pół klatki schodowej. Odwróciłem się w jego stronę, gdy raptem na schodach zgasło światło. Chciałem się cofnąć do gabinetu, ale jak na złość drzwi zamknęły się za mną z charakterystycznym trzaskiem, który towarzyszy blokadzie zamka. Przez moment poczułem się nieswojo. Zrobiłem krok do tyłu. Oparłem się plecami o drzwi. Pomyślałem, że poza mną i tym facetem nie ma w budynku już nikogo. Ciekawe, czy on również o tym wiedział. Biura na górze opustoszały tuż po osiemnastej, sklep na parterze zamknięto o dziewiętnastej. Maria wyszła dzisiaj wcześniej. Zwolniłem ją tuż po piątej, kiedy zadzwoniono z przedszkola, że jej mąż kolejny już raz zapomniał odebrać synka. Nie lubię jej męża. Mówiąc ściślej, to wręcz nie cierpię tego gnoja. Niereformowalny dupek, nędzna kreatura, zapatrzony w siebie snob, z tępym wyrazem twarzy, rozbudowaną do niebotycznych rozmiarów muskulaturą, idealnie wypielęgnowaną twarzą, nieproporcjonalnie małą mózgoczaszką, zimnymi oczami, przy których oczy ryb pływających w stojącym na moim biurku akwarium wydają się ciepłe i pełne wyrazu. Związek Marii z tym facetem jest typowym przykładem na to, że ludzie, nie wiadomo dlaczego, dobierają się często na zasadzie przeciwieństw, jakby w każdym związku miało być tyle samo ciepła co chłodu, mądrości co głupoty, dobra co zła… Kiedyś próbowałem z Marią o tym porozmawiać. Powiedziała, że jestem w błędzie, że oni są jak dwie połówki tego samego jabłka. Pomyślałem sobie wtedy, że te połówki różnią się od siebie znacznie, jakby jedna z nich dojrzewała w pełnym słońcu, a druga, nadjedzona przez robaki, zarażona pleśnią – w głębokim cieniu, jakby ta druga była odbiciem pierwszej w krzywym zwierciadle. Pal licho Marię. W otaczającej mnie ciemności coś drgnęło. Facet zbliżył papierosa do ust. W nikłym świetle papierosowego żaru pojawił się zarys jego twarzy. Skąpy blask oświetlił nieogolone policzki, mocne szczęki, zdecydowanie za długie włosy… Mężczyzna zrobił krok w moją stronę i raptem poczułem się osaczony.

– Pan Wojciech Krzewiński? – spytał.

– Tak – odpowiedziałem niechętnie.

Facet stał tak blisko mnie, że na twarzy czułem jego oddech. Zapach mięty mieszał się z wyraźnym zapachem wody kolońskiej. „Pedant jakiś” – pomyślałem mimo woli. Ubrany był też pedantycznie. Zanim zgasło światło, zdążyłem zauważyć pod rozpiętym jasnym płaszczem ciemną marynarkę i pasujące do niej, odrobinę jaśniejsze spodnie.

– Ma pan chwilę czasu? – zapytał. – Muszę z panem porozmawiać – dodał, nie czekając na odpowiedź.

– Może kiedy indziej – burknąłem. – Spieszę się…

– Zabiorę panu tylko chwilę. – Głos nieznajomego zadudnił po klatce schodowej. Odbił się echem od pustych ścian i metalowych poręczy. Dla mnie miał moc gromu. – Ktoś potrzebuje pana porady.

– Nie udzielam porad – rzuciłem odruchowo. Byłem chyba bardzo zmęczony. Mój mózg przestał panować nad językiem, a rozum przestał panować nad emocjami. – Nie jestem doradcą, lecz psychoterapeutą.

– Wiem, kim pan jest – warknął nieznajomy. – Wiem też, czym się pan zajmuje. Udało mi się coś niecoś o panu dowiedzieć. Nie było to znowu takie trudne. Nie aż tak wielu ludzi pracuje w pana zawodzie. Ta dziura też nie jest milionową metropolią. Ma pan dziwną opinię: stukniętego, kontrowersyjnego psychoterapeuty, który ma równie dużo zachwyconych pacjentów, co zagorzałych wrogów. Bałbym się na pana miejscu. – Cedził powoli każde słowo, umiejętnie rozkładał akcenty, próbował mnie przestraszyć. Niby bawił się słowami, ale próbował się bawić moim strachem. – Nie chciałbym być na pana miejscu. Kochają pana i nienawidzą, uwielbiają i mają ochotę zabić. Stosuje pan niekonwencjonalne metody terapii. Budzi pan w pacjentach niesamowite emocje. Rozbudza pan uczucia, których oni wcześniej nie znali. Wyzwala pan dusze z ciał. Wskrzesza drzemiące w ludziach dobro i zło. Uwalnia ukryte szaleństwo. – Mówił powoli. Wyraźnie artykułował każde słowo. Raptem przyszło mi na myśl, że on ten tekst ma dobrze przygotowany. Brzmiał tak perfekcyjnie, że aż sztucznie. – Budzi pan śpiące w ludziach demony. Balansuje na granicy ludzkiej wytrzymałości. Kiedyś te demony obrócą się przeciwko panu. Ktoś tego nie wytrzyma i skręci panu kark. Nikogo to zapewne nie zdziwi… Niebezpiecznie jest igrać z ludzkimi emocjami. Zawsze można przesadzić. Mówią, że jest pan wyjątkowy w swej branży. Można powiedzieć, że doskonały. Słyszałem, że czyni pan swoiste cuda…

Facet miał dziwny akcent. Przez chwilę strach zastąpiła u mnie ciekawość. Znałem ten akcent. Nie potrafiłem go tylko zlokalizować. W tym momencie to, co mówi, było dla mnie mniej ważne od tego, jak mówi.

– Jest jednak coś, czym mnie pan rozczarował… Cykl audycji radiowych. Te audycje to koszmar. – Nieznajomy mówił dalej. Pastwił się nade mną metodycznie. – One nie pasują do pana. Są jak fałszywa nuta. Brzmią kłamliwie. Mamią i oszukują…

Zamilkł na chwilę. Podniósł do ust papierosa. Zaciągnął się. Żar papierosa stał się na moment jaśniejszy. Jeszcze raz mignęła mi w skąpym świetle jego twarz. Mocne szczęki, policzki pokryte parodniowym zarostem… Nic specyficznego. Nic, co można byłoby zapamiętać. Nic, co pozwoliłby go rozpoznać. Nijaki, bezpłciowy, bezbarwny. Zapewne gdybym go kiedyś wcześniej spotkał, to i tak bym go teraz nie rozpoznał. Taki zupełnie niecharakterystyczny typ.

– Szaleństwo rozumiem – ciągnął nieznajomy. – To coś wielkiego, niepowtarzalnego… A tu raptem czysta komercja i szmal. Kupili pana. – Zabrzmiało to jak wyrzut. – Brzydzę się przekupstwem. Komercja, szmal… W końcu wszystkich można kupić. Tylko cena bywa różna. Forsa rządzi światem. Nie ma wyjątków. Podziwiałem pana, a pan okazał się pospolitym oszustem. Prowadzi pan co poniedziałek audycję radiową, w której próbuje przekonać słuchaczy, że w sześćdziesiąt sekund można poczuć się lepiej. Słuchałem pana kilka razy. Totalne bzdury. Trening autogenny w minutę. Relaksacja Jacobsona w sześćdziesiąt sekund. Medytacja transcendentalna w okamgnieniu… Wizualizacja na zamówienie… Mami pan ludzi. Zamiast prawdziwej broni daje im pan teatralne rekwizyty, tak samo fałszywe jak całe przedstawienie. Słuchacze próbują podążać za wskazówkami i nic im z tego nie wychodzi. Sądzą, że są złymi uczniami, a tak naprawdę to trafił im się nieuczciwy nauczyciel. Ich frustracje narastają z tygodnia na tydzień. Robi pan z ludzi idiotów. Napisał pan książkę Kieszonkowy psychoterapeuta, w której znalazły się wszystkie pana wcześniejsze radiowe wystąpienia. Sam pan chyba w to nie wierzy… Nie wygląda pan na idiotę. Że też ludzie płacą za takie bzdury…

– Spieszę się – próbowałem mu przerwać. Byłem coraz bardziej rozdrażniony. Że też głupi brak światła może spowodować taką bezsilność! Ze wszystkich stron otaczała mnie ciemność, a drogę na zewnątrz nieprzerwanie blokowała zwalista postać faceta, który swym cielskiem wydawał się wypełniać całą szerokość klatki schodowej. Z minuty na minutę robiło mi się coraz bardziej duszno. Strach to jednak idiotyczne uczucie. Jeszcze moment hiperwentylacji i za chwilę zaliczę glebę z powodu hiperkapnii. Kim jest ta góra mięsa? Rozjuszonym mężem jednej z pacjentek? Potencjalnym pacjentem? Krewnym pacjenta czy nawiedzonym psychopatą? Czułem się coraz bardziej niepewnie. Dziwny facet, totalnie popierdolony. Od dłuższej już chwili próbowałem bezowocnie namacać stopą pierwszy stopień prowadzących w dół schodów.

– Czy może mi pan zejść z drogi? – rzuciłem w kierunku papierosowego żaru. – Spieszę się. Jestem umówiony.

Facet się nie cofnął. Wręcz przeciwnie, zrobił krok w moją stronę. Brzeg jego płaszcza otarł się o moje spodnie. Na twarzy znowu poczułem jego oddech. Dziwne połączenie zapachu mięty pieprzowej i cedru.

– Ktoś potrzebuje pana pomocy. Nieetycznie jest odmawiać potrzebującym.

– Spieszę się – powtórzyłem głośniej, coraz bardziej poirytowany sytuacją. Facet nawet nie drgnął. Poczułem się jeszcze bardziej osaczony.

– Taki ceniony psychoterapeuta, a takie małe zainteresowanie problemem? – powiedział z ironią.

– Terminy przyjęć ustala sekretarka. Proszę zadzwonić do niej – powiedziałem spokojnie, słysząc dochodzące gdzieś z dołu kroki i siarczyste przekleństwa kogoś, kto podobnie jak ja zmagał się z ciemnością. Zapewne znowu jakaś poważniejsza awaria elektryczna, bo przecież przy wejściu do budynku łatwo jest znaleźć włącznik światła. Ktoś czegoś zapomniał i teraz piął się po schodach w kierunku mieszczących się na drugim piętrze biur. Jak dobrze, że ludzie czasami czegoś zapominają. Kroki się zbliżały. Stawały się coraz głośniejsze. Raz po raz migało po ścianach mdłe światło komórki, którą ktoś oświetlał sobie drogę. Poczułem się pewniej. Obcy się cofnął. Stanął pod ścianą. Odpłynął gdzieś zapach cedru i mięty.

– Już dzwoniłem do pana sekretarki… – rzucił w moją stronę. – Nie ma żadnych wolnych terminów aż do końca maja…

– W takim razie nic nie da się zrobić.

– Nawet jeżeli pana klientką miałaby być Karolina Bielawska?

***

Karolina… To imię nadal miało dla mnie moc gromu. Coś nagle zaczęło mnie dusić w gardle i gnieść w okolicy żołądka. Miałem wrażenie, że przez głowę przelewa mi się w rytm mojego pulsu wodospad Niagara. Nie wiem, jak wróciłem do domu. Skąd ten facet może znać Karolinę? Karolina i psychoterapia? To tak jak ja i boks albo zapasy. To pasuje do niej jak pięść do nosa. Pewna siebie, znająca swoją wartość, podążająca za swoimi marzeniami, odważnie wyznaczająca sobie cele, budująca dzień po dniu swój świat, z którego mnie kiedyś wyrzuciła. Piękna i uwodzicielska, władcza i zaborcza, kusząca i przyciągająca, wabiąca, drażniąca wszystkie zmysły, powodująca, że nikt nie może przejść koło niej obojętnie. Karolina i psychoterapia… Bzdury. Takie dziewczyny nie potrzebują psychoterapii. Wszyscy inni być może tak, ale nie one. Nie mogłem zasnąć. Zamykałem oczy i znowu widziałem Karolinę. Wszystko wróciło, choć już myślałem, że udało mi się to od siebie oddalić, że natłok późniejszych wydarzeń zatarł w mojej pamięci jej obraz. Znowu czułem na wargach jej pocałunki, moje ciało znów domagało się dotyku jej ciała, moje dłonie przypomniały sobie jej kształty. Poczułem zapach tamtych perfum, które przywiozłem jej kiedyś z Paryża, a na twarzy muśnięcia kosmyków jej włosów, usłyszałem jej przyspieszony oddech, cichy szept, że niech tak jak teraz będzie już na zawsze. Koszmar… Że też nie potrafię się uwolnić od tych wspomnień. Było, minęło, i niech tak zostanie. W końcu nic takiego się nie stało. Nadal jesteśmy znajomymi. Od czasu do czasu piszemy do siebie e-maile i przesyłamy zdjęcia. Pozdrawiamy się z okazji świąt i urodzin. Między nami zniknęło uczucie, a jego miejsce zastąpiła ciepła poprawność. Ona też ma swoją wartość. Skąd znowu tyle zgubnych emocji? Bzdury! To tylko zmęczenie. Wszystko przeszło i minęło, oddaliło się i zajęło jakieś miejsce w pamięci. Życie toczy się dalej.

Poznaliśmy się nietypowo. Pamiętam tamten wernisaż. Obiecałem Markowi, że przyjdę. Spóźniłem się. Ostatni pacjent miał myśli samobójcze. Po długich negocjacjach zgodził się na hospitalizację. Bałem się, że w drodze do szpitala może się jeszcze rozmyślić. Wolałem sam go tam zawieźć. Kiedy wyszedłem z izby przyjęć, to nie miałem już siły na nic, zwłaszcza na wernisaż. Nie przepadam za współczesnym malarstwem. Nie znam się na tym. Poszedłem tam, bo prosił mnie o to Marek. Był kiedyś moim pacjentem. Aż trudno mi w to uwierzyć. Zawsze spokojny, prawie flegmatyczny facet, ze swoistą filozofią życiową i pozornie dużym dystansem do otaczającej go rzeczywistości – nie powinien mieć nigdy depresji. A jednak miał. Poznaliśmy się, kiedy jeszcze pracowałem w szpitalu. Przyjęto go na oddział z powodu myśli samobójczych. Nigdy bym wtedy nie pomyślał, że kiedyś będziemy przyjaciółmi. Ten wernisaż otwierał jego wystawę. Kiedy dotarłem na miejsce, pomieszczenia pełne już były gości, a ilość wypitego alkoholu znacząco podniosła poziom zrozumienia współczesnej sztuki. W tłumie nie mogłem znaleźć Marka. Pewnie siedział gdzieś na uboczu, rozprawiając z kimś, tak samo jak on nawiedzonym, o współczesnych trendach w sztuce, a przede wszystkim w malarstwie. Pomachałem z daleka ręką jego żonie. Anna stała nieopodal wejścia. Witała i żegnała gości. Dla Marka ten wernisaż był bardzo ważny. Po wielu miesiącach zastoju wiatr znowu powiał mu w żagle. Stworzyli z jakąś dziewczyną cykl prac, które nazwali Cztery pory roku i które zupełnie niespodziewanie, na długo przed otwarciem wystawy, zaczęły zbierać pochlebne opinie. Niepojęte są gusta krytyków, bo ja nie zauważyłem nic nadzwyczajnego w tych plątaninach linii i plam. Może kolory? Oddawały atmosferę kolejnych miesięcy następujących po sobie pór roku. Były genialne. Czyżby w tym Marka malarstwie chodziło nie o kształty, perspektywę, formę, lecz o kolory? W końcu to one budują emocje. Wystawiane tego dnia prace w większości znalazły już kupców, a Markowi zamarzył się wyjazd na Florydę. W tłumie obcych mi ludzi, popychany i przepraszany, nagabywany i zaczepiany, poczułem się jeszcze bardziej znużony. To nie był mój dobry dzień. Nie lubię sztuki. Nie znam się na sztuce. W każdym razie nie znam się na sztuce współczesnej. Jakaś starsza kobieta próbowała ze mną dyskutować na temat płótna Krokusowo. Wmawiała mi, że widzi łany krokusów, a pomiędzy nimi jeszcze suchą, miejscami zgniłą ubiegłoroczną trawę i wiele zeszłorocznych liści, które po zimie nie były już ani czerwone, ani złote, ani brązowe, tylko bure, wyprane z kolorów, wyblakłe i wypłowiałe. Kobieta sądziła, że znalazła we mnie wiernego słuchacza. Z minuty na minutę nakręcała się coraz bardziej, a ja poza plamami o różnych odcieniach błękitu, bieli i fioletu nic więcej na tym płótnie nie widziałem. Pociągnęła mnie za sobą do następnego pokaźnego płótna. Wypiłem już parę lampek szampana, w głowie mi lekko szumiało, mimo to nadal nie czułem tej współczesnej sztuki i wciąż niewiele więcej z niej rozumiałem. Pod pokaźnych rozmiarów płótnem o tytule Żar sierpnia, od którego biło w oczy różnymi odcieniami czerwieni, stała dziewczyna. W pierwszej chwili mój wzrok przykuł jej ubiór. Na tle drogich garniturów, wieczorowych kreacji, markowych butów, wyszukanej biżuterii, misternych fryzur i makijaży ta stojąca pod płótnem dziewczyna wyglądała, jakby pochodziła z innych czasów, jakby przybyła z innej rzeczywistości, z zupełnie odmiennej czasoprzestrzeni. Długie jasne włosy miała splecione w dredy i związane na czubku głowy pękiem kolorowych rzemyków. Ubrana była w spódnicę ze zgrzebnego lnu sięgającą prawie do kostek i w wydziergany ze sznurka sweterek z wplecionymi gdzieniegdzie w ścieg różnokolorowymi koralikami i wstążkami. Stopy, pomimo jesieni, miała oplecione rzemykami sandałów. Nadgarstek dziewczyny zdobiła plątanina sznurków i rzemyków. Dekolt sweterka był za szeroki, opadał, odsłaniając lewe ramię, gdzie królowały wytatuowane dwie jaskółki. Plątaniny koralików, drutów i wstążek pełniły funkcję zwisających do ramion kolczyków. Zawiesiłem na dziewczynie wzrok chyba odrobinę za długo, bo i ona zaczęła przyglądać mi się uważnie.

– To jest właśnie Karolina Bielawska i jeden z jej obrazów. – Usłyszałem za swoimi plecami.

Dziewczyna podeszła do mnie. Zaczęła opowiadać, i tak wśród tych odcieni czerwieni, wśród kolorów sierpniowych zachodów słońca, rumianych jabłek, malin i poziomek poznałem Karolinę. Wydała mi się uosobieniem swojego imienia: zdolna, wszechstronna, pracowita, uwodzicielska, kobieca. Przede wszystkim uwodzicielska i kobieca. Nawet koloryt jej obrazu odpowiadał temu imieniu: malinowy, rubinowy i gorący. Usta jej się nie zamykały. Opowiadała, śmiała się, potrząsała dredami, tańczyła wokół mnie i wokół tego obrazu.

– Moje obrazy to emocje. Rozumiesz? Sztuka to emocje – mówiła ciepło. – Poza emocjami nic nie ma znaczenia. Poza sztuką, w codziennym życiu, też liczą się tylko emocje. Każdy z nas ma inną wrażliwość, te płótna u każdego wzbudzą inne uczucia. Ten obraz przedstawia sierpień. Nie patrz na niego. I tak zapewne w tej chwili nic na nim nie widzisz. Oczekujesz przekazu treści, a to jest przekaz emocji. To inne malarstwo. Zupełnie inne spojrzenie na sztukę. Usiądź tutaj wygodnie! Przymknij oczy! Pomyśl: „sierpień”! Pozwól, aby twoje myśli płynęły swobodnie. Wyobraź sobie sierpień. Co widzisz?

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz? – W jej głosie usłyszałem rozczarowanie.

„Sierpień” – pomyślałem. „Nic szczególnego”. W tym roku w sierpniu bardzo dużo pracowałem. Wbrew pozorom wielu ludzi cierpi latem na depresję. Przeczekują zimę, liczą, że poczują się lepiej wiosną, mija wiosna i nic się nie zmienia. Przychodzi lato i nasila się strach przed samotnością, melancholią i jesienią… W tym roku w sierpniu była tylko praca, praca i praca, upał, zmieniające się twarze pacjentów, duchota w gabinecie, zepsuta klimatyzacja, zdecydowanie za ciepła woda mineralna…

– No i co widzisz?

– Nic. To znaczy nic szczególnego – poprawiłem się szybko. – Miałem w sierpniu dużo pracy…

– Nie myśl o pracy. Mówimy o sztuce, o uczuciach i emocjach. Pomyśl o sierpniu i o kimś bliskim.

Pomyślałem wtedy: „sierpień” i „ona”. Sam poczułem się tym zaskoczony. Wydawało mi się, że po rozstaniu z Marzeną na długo wyleczyłem się z jakichkolwiek poważniejszych związków. Ale to przecież była tylko zabawa. Nic nie było i nie miało być na poważnie. W głowie szumiał mi szampan. Siedziałem na podłodze oparty plecami o ścianę. Przez moment zamarzyłem o tej szalonej dziewczynie. A więc „sierpień i Karolina”…

– Spacer plażą przy zachodzie słońca… Gorąca kula powoli chowająca się za linię horyzontu – zacząłem mówić spokojnie. – Czerwona poświata na niebie, podbite złotem i czerwienią pojedyncze obłoki błąkające się gdzieniegdzie po powoli ciemniejącym nieboskłonie, czerwonozłota łuna na wodzie. Każda fala znaczona ciepłym blaskiem. Mokre ślady na piasku, odbijające jak lustro ostatnie promienie powoli zachodzącego słońca.

– Widzisz, potrafisz…

– Pachnący żywicą, rozgrzany letnim słońcem las. Pnie wysokich świerków rzucające długie, miękkie cienie w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca.

– Cudownie.

– Zmęczenie po dniu wędrówki. Ostatnie promienie słońca ślizgające się po szczytach gór. Jeszcze jasno, złoto, ciepło. Za chwilę słońce skryje się za szczytem, w dolinach zacznie snuć się zmrok, a później ciemność.

Poczułem, że usiadła koło mnie. Delikatnie chwyciła mnie za rękę. Nasze palce splotły się mimo woli. Oparła głowę na moim ramieniu. Serce zabiło mi szybciej. W głowie szumiało jeszcze mocniej. „Dziwny wieczór” – pomyślałem. Na co dzień nie zawieram tak szybko znajomości. Zwykle mam dystans do ludzi. Czuję się wtedy bezpieczniej. A tu raptem wszystko było inaczej niż zwykle.

– Czy sierpień to tylko słońce? – Usłyszałem jej szept tuż przy moim uchu. Połaskotało mnie delikatnie ciepło jej oddechu. Moja dłoń zacisnęła się jeszcze mocniej na jej dłoni.

– Nie, nie tylko…

Pomyślałem, że coś musiało być dodane do tego szampana. Marek miewa takie pomysły. Ja się zwykle bardziej kontroluję. Zresztą to przecież wszystko jedno. Może to tylko wybuchowa mieszanka alkoholu i zmęczenia? Mam za sobą ciężki dzień. Na koniec pracy jeszcze ten chłopak, który postanowił popełnić samobójstwo, bo odkrył romans ukochanej dziewczyny z kumplem ze swojej grupy studenckiej. Dobrze, że przyszedł mi o tym powiedzieć, że dało się jeszcze coś z tym zrobić, że nie było jeszcze za późno. Pomogłem na chwilę czy na długo? Czy w ogóle zdołałem pomóc?

– Dlaczego zamilkłeś?

– Miałem dzisiaj ciężki dzień. Niespodziewanie coś do mnie wróciło…

– Chcesz o tym pogadać?

– Nie. Mówmy o sierpniu… Sierpień to żar ogniska rozpalonego na polanie. – Próbowałem odgonić tamte myśli. – Złote iskry śmigające w kierunku rozgwieżdżonego nieba… Dźwięk gitary… Gorycz piwa.

Przylgnęła do mnie jeszcze bardziej. Wtopiła się we mnie. Słuchała. Może i ona zamknęła oczy i pod powiekami widziała ten mój wymarzony sierpień.

– Sierpień to czerwone jabłko kupione na straganie, jedzone z kimś na spółkę. – Usłyszałem jej cichy głos. – Zapach leśnych poziomek. Kiedyś myślałam, że tak jak poziomki musi pachnieć słońce. Sierpień to czerwone kapelusze muchomorów odcinające się od zieleni mchu…

– Dla mnie to malinowy chruśniak pełen buczących groźnie owadów – wszedłem jej w słowo. – Duże, soczyste maliny, których sok spływa po palcach… Słodycz ust pobrudzonych malinowym sokiem…

Pocałowała mnie. Mimo szumu w uszach poczułem zaskoczenie. Aż tak pijany, żeby się nie zdziwić, jeszcze nie byłem. „Dziwne” – pomyślałem. „Ona wygląda tak bezradnie i niewinnie. Jak to można się w życiu pomylić”.

– Noc na sianie. Letnie niebo usiane gwiazdami. Noc spadających meteorytów. Spadające gwiazdy i marzenia… – szeptała.

– Masz dużo marzeń?

– Całe mnóstwo… A ty?

– Parę… Zresztą to nie są marzenia. To cele, które być może kiedyś osiągnę. Z marzeń już chyba wyrosłem…

Udało mi się zrozumieć to jej płótno. Kiedy otworzyłem oczy, zamiast linii i czerwonych plam zobaczyłem blask zachodzącego słońca, czerwień jarzębiny, przybierające kolor purpury liście winorośli… Siedziałem na podłodze, opierając się plecami o ścianę, trzymałem za rękę dziewczynę, którą przed chwilą poznałem, czułem się jak odurzony. Ależ mi Marek zafundował wieczór. Dźwignąłem się leniwie.

– Na mnie już czas – powiedziałem z ociąganiem.

– Ktoś czeka na ciebie niecierpliwie w domu? – spytała, przyglądając mi się uważnie. Wydawało mi się, że w jej głosie słyszę rozczarowanie.

– Bardzo niecierpliwie. Kumpel, wyjeżdżając na urlop, zostawił mi psa. Pewnie mam zdemolowane pół mieszkania, a sąsiedzi od jego wycia już ogłuchli.

– Miłego sprzątania – parsknęła śmiechem. Ustami musnęła mój policzek. Przytuliła się na chwilę, odepchnęła mnie lekko i ruszyła w kierunku obrazu.

– Wszystkim w ten sposób prezentujesz swoje obrazy? – rzuciłem w kierunku oddalającej się ode mnie tanecznym krokiem Karoliny.

– Chyba żartujesz! – Odwróciła się oburzona. – Marek mówił, że jesteś kimś wyjątkowym, bardzo ważnym dla niego, że zależy mu na tym, żebyś zrozumiał tę naszą sztukę. Zobaczyłam cię i pomyślałam, że go rozumiem. Ciepły z ciebie facet. Taki jeden z ostatnich okazów wymarłego już prawie gatunku. Może wpadłbyś w piątek do mojej pracowni? Pokażę ci, co jeszcze maluję.

***

Polubiłem obrazŻar sierpnia i zakochałem się w Karolinie. Znosiłem wernisaże, tolerowałem plenery, próbowałem powstrzymać się od ziewania na prelekcjach o trendach panujących w sztuce. Z czasem przestały mi przeszkadzać plamy farb na podłodze, brudne ręce odbite na ścianach, artystyczny nieład, który zapanował w moim mieszkaniu. Wtargnęła w moje życie przebojem, jak na zodiakalnego lwa przystało. Wprowadziła wiele emocji w moje uporządkowane, przewidywalne i ustabilizowane życie. Kiedy coś robiła, to całą sobą. Wszystko albo nic… Żadnych połowicznych sukcesów, niedokończonych planów, nieosiągniętych celów. Pamiętam, jak zostałem jej modelem. Chciała i musiała narysować akt męski. Siedziałem nagi w fotelu i powtarzałem w myślach już chyba po raz setny, że to przecież nic takiego. Z minuty na minutę irytowało mnie to jednak coraz bardziej.

– Czego się na mnie tak gapisz? – warknąłem.

– Przecież cię rysuję. Muszę patrzeć. Dobieram proporcje, łapię perspektywę, muszę zobaczyć, jak układają się cienie… – wymieniała matowym, pozbawionym emocji głosem znudzonego profesjonalisty, który w rutynowy sposób próbuje wytłumaczyć kompletnemu laikowi tajniki swojej pracy.

– Wydaje mi się, że już od piętnastu minut tylko się na mnie gapisz. Nie ruszyłaś nawet ołówkiem…

– Wydaje ci się… – Przechyliła głowę, wbiła we mnie wzrok jeszcze uważniej. Zaczęła omiatać mnie wzrokiem od bosych stóp po czubek głowy i z powrotem. Przygryzła wargi. Zmarszczyła brwi. Przymrużyła oczy i gapiła się na mnie coraz bezczelniej i coraz bardziej nachalnie. Mimo woli poczułem się niepewnie.

– Zimno mi – powiedziałem pod nosem.

– Nie przesadzaj.

– Naprawdę. Zdrętwiałem. Nie mogę już dłużej tak siedzieć bez ruchu.

– Wydaje ci się. Możesz – powiedziała łagodnie.

– Zesztywniałem już cały.

– Złudzenie.

– Może zrobisz zdjęcie i później będziesz się na nie patrzeć do woli.

– Chyba żartujesz! Sam nie wiesz, co mówisz… Jesteś strasznie marudnym modelem. Nikomu takiego nie życzę. Przyda ci się to doświadczenie. Przyjdzie kiedyś do ciebie do gabinetu jakiś facet i opowie ci, że miał fatalny sen. Śniło mu się, że był modelem jakiejś postrzelonej artystki, że szczęki już mu latały z zimna, penis się skurczył, worek mosznowy zmarszczył, włosy zjeżyły się na rękach, usta zbladły, a ta wiedźma coraz wolniej ruszała ołówkiem, coraz bardziej i bardziej mu się przyglądała, pożerała go już po prostu wzrokiem, a on z minuty na minutę czuł się coraz bardziej niepewnie…

– Ja cię chyba uduszę…

– Proszę bardzo, ale w łóżku. – Ruszyła biegiem w kierunku sypialni. – Wskoczę pierwsza, to ogrzeję ci kołdrę. Nie dotykaj mnie, póki się nie zagrzejesz. Nie chcę mieć wrażenia, że kocham się z umarłym. Nekrofilia nie leży w zakresie moich zainteresowań.

Była namiętna i gorąca, rozbudzała wszystkie moje zmysły, doprowadzała mnie do szaleństwa. Z każdym dniem uzależniałem się do niej coraz bardziej i bardziej, tak że w końcu już nie mogłem wyobrazić sobie mojego życia bez Karoliny.

***

– Coś nie tak?

Karolina podniosła wzrok znad leżącego przed nią na stole rysunku. Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. Intuicja jej nie zawiodła. Czułem się fatalnie. Zabrakło mi wiedzy i umiejętności. Chciałem, ale nie potrafiłem komuś pomóc. Poczułem się paskudnie, jak nadęty balon, z którego ktoś nagle wypuścił powietrze. Z barwnego balonu został nędzny kawałek pomarszczonej, pozbawionej kolorów, brudnej gumy. Wiedza dla wiedzy. Czysta teoria naprzeciw twardej rzeczywistości. Facet wyszedł i trzasnął drzwiami. Zostawił mnie z głupią miną i z narastającym z minuty na minutę uczuciem przegranej. Zawiodłem go. Nie potrafiłem mu pomóc.

– Pytam, czy coś się stało? – Głos Karoliny przebił się do mojej świadomości.

– Nie, wszystko w porządku – skłamałem.

– Wyglądasz jakoś dziwnie…

Nie przestawała mi się przyglądać. Jej wzrok raz po raz wędrował po mojej twarzy. Na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Uciekłem wzrokiem. Nie potrafię przekonująco kłamać. Zawsze uważałem, że kłamać jest trudniej niż mówić prawdę. Przynajmniej tak jest ze mną.

– Wydaje ci się. Jestem tylko paskudnie zmęczony. – Chciałem szybko rozwiać jej wątpliwości, uciec od dalszych pytań. – Wezmę prysznic. Coś zjem. Wypiję herbatę. Zaraz odtaję.

– Stało się coś? Przecież widzę. Nie kłam.

– Nic się nie stało – brnąłem w nieprawdę. – Padam ze zmęczenia.

– Już nieraz byłeś zmęczony…

– Ale nie tak jak dzisiaj – burknąłem.

Nie wiem, czy mi uwierzyła. Nagle leżąca przed nią na stole kartka papieru stała się znowu najważniejsza. Wróciła do rysowania. Musiała rysować coś bardzo dla niej ważnego, bo oczy jej błyszczały, policzki miała zaczerwienione, wyglądała, jakby miała gorączkę. Przechyliła na bok głowę, przygryzła wargi. Nagle cały jej świat skurczył się do trzymanego w ręku ołówka i czarnych kresek na kartce papieru.

– Co robisz?

– Rysuję. Nie widać? – Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Widać.

– Próbuję wskrzesić w sobie dziecko.

– Z nieletnimi nie sypiam – palnąłem bez zastanowienia. – Musimy w takim razie z salonu zrobić drugą sypialnię.

– Nie bredź. Ja mówię poważnie.

– Poważnie?

– Obrazy sprzedają się ciężko. Mało kto rozumie współczesną sztukę. Jeszcze mniej ludzi ma ochotę ją kupować – zaczęła tłumaczyć. – Udało mi się wygrać konkurs. Będę ilustrować baśń dla dzieci. Czego ludzie nie robią dla pieniędzy. Wyobrażasz to sobie? Ja i książka dla dzieci…

Nie wyobrażałem sobie. Karolina to kobiecość, pożądanie, seks, namiętność, to gorące szepty, szalone pomysły… Cała gama przewrotności i zmienności. Jej sztuka jest odzwierciedleniem szaleństwa jej duszy. Karolina to ciało ściśle splatające się w tańcu z moim ciałem, ręce bezwstydnie wędrujące po moich plecach i karku, długie spacery nocą, seks na ławce w parku… Prędzej wyobraziłbym sobie Karolinę projektującą erotyczny komiks niż ilustrującą książkę dla dzieci. Ona też miała wątpliwości, ale zupełnie innej natury.

– Ja i ilustracje dla dzieci? Mam wątpliwości. Dzieci mają niczym nieskrępowaną wyobraźnię… Dorośli są pod tym względem upośledzeni. Podświadomie weryfikują swoje marzenia zależnie od realiów i możliwości. Żeby widzieć i myśleć jak dzieci, muszę odnaleźć w sobie dziecko.

Usiadłem obok. Skoncentrowana na rysunku, nie spojrzała nawet w moją stronę. Patrzyłem, jak rysuje, a potem zgniata w kulkę i wyrzuca kolejne kartki.

– Skończ już! Nie chce mi się dzisiaj iść wyrzucać śmieci. Zimno na zewnątrz. Zasypiesz nas tym papierem.

Spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

– Co mówisz?

– Nic, tak sobie bredzę.

– Nie idzie mi.

– Widzę.

– Czytano ci kiedyś baśnie?

– Nie pamiętam. Może…

– Poczytam ci.

– Coś ty!

– Poczytam, może coś mi wtedy wpadnie do głowy.

Nigdy tego nie zapomnę – ciepły głos Karoliny, półmrok, mały krążek światła padający na trzymane w jej ręku kartki papieru. Ależ przewrotne i zmienne są kobiety. Przymknąłem oczy i próbowałem sobie to wszystko wyobrazić: kolorowe zaczarowane kamienie – ramary i atmany, czarodziej Don Metro z wystającym spod płaszcza ogonem węża, latająca miotła zwana Pomyłką, smok o imieniu Samsung… Jak to się miało do mojego dnia: rozmów z alkoholikiem, wynurzeń młodego narkomana, dziewczyny ze sznytami na rękach, zgwałconej przez ojczyma czternastolatki i siedemnastoletniego niedoszłego samobójcy? Powoli wszystko oddalało się ode mnie. Napięcie zmalało. Myśli zaczęły krążyć leniwiej. Głos Karoliny zanikał, był coraz cichszy. Pojedyncze słowa zaczęły się zlewać z tykaniem zegara, z wpadającym przez uchylone okno cichym szumem powoli układającego się do snu miasta. Zasnąłem. Obudziłem się z dziwnym uczuciem niepokoju. Dałem ciała dzisiaj w pracy. Nie zabrakło mi wiedzy, ale zabrakło umiejętności. Nie potrafiłem pomóc, bo nie potrafiłem zrozumieć. Nie mogłem zrozumieć, bo zabrakło mi wyobraźni. Zabrakło mi wyobraźni, bo nigdy nie byłem alkoholikiem, nigdy nie zalałem się w trupa, nigdy nie chlałem przez tydzień, nie miałem objawów odstawienia, nie przeżyłem delirium… Wydawało mi się, że o alkoholizmie wiem wszystko. Dziesiątki objawów, współuzależnienie, strach przed oceną innych, każdego dnia ucieczka, każdego dnia coraz bliżej dna. Gówno wiedziałem! Facet trzasnął drzwiami i wyszedł. Wcześniej nazwał mnie dupkiem z papierową wiedzą. Pomyślałem, że ma rację. Jak ja mogłem być dla niego przekonujący? Karolina chce trafić do dzieci, szukając w sobie dziecka. A ja? Jak mam pomóc alkoholikowi, skoro nie ma we mnie nawet wspomnień alkoholika. Karoliny nie było w pokoju. Spod zamkniętych drzwi sączyła się wąska smużka światła. Zastałem ją w kuchni. Zajęta rysowaniem, nawet nie usłyszała, że wchodzę.

– Nie położysz się dzisiaj? – spytałem. – Zimno bez ciebie…

– To się przykryj!

– Byłem przykryty, a i tak zmarzłem.

– To rozpal w kominku… Pracuję właśnie nad postacią Don Metro. Siadaj! Popatrz na tę kartkę i posłuchaj: „W tym miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą przemknęło rude kocisko, stał wysoki i niezwykle chudy mężczyzna. Ubrany był dziwacznie. Miał długie, sięgające do ziemi szare szaty. Na jego szyi wisiał ciężki łańcuch, który wyglądał jak splecione ze sobą węże. Spod podartych rękawów wyłaniały się bransolety zdobione w głowy węży, a grube pierścienie na palcach ozdabiały żmije z oczami z kolorowych kamieni. Czarodziej, pomyślałam. Don Metro obrócił się na pięcie. Ruszył przed siebie. Jego ruchy przypominały pełzanie węża. Szara szata wlokła się za nim po ziemi. Byłam pewna, że spod szaty raz po raz wyłaniał się ogon”. I co?

– Bomba!

– Naprawdę?

– W każdym razie coś widzę. Dużo więcej niż przy pierwszym rzucie oka na Żar sierpnia.

***

– Co ty wyczyniasz?! Zidiociałeś do reszty?! Mieszkanie przypomina chlew. Wszystko przesiąkło odorem petów i alkoholu. Jak ty wyglądasz? Ciebie do końca już popierdoliło?!

Wykrzyknik gonił wykrzyknik. Powietrze drżało od krzyku. Wydawało mi się, że moje błony bębenkowe wpadły w wibracje. Łeb napieprzał mnie coraz bardziej. Karolina? Niemożliwe. Karolina jest na plenerze we Włoszech. Maluje wiosnę w Toskanii… Pojechała na dwa tygodnie. Wyjechała przed paroma dniami. Nie mogła już wrócić. To jakaś mara. Spojrzałem na nią uważniej. Koronkowa grzeczna bluzka w kontraście ze zgrzebną lnianą spódnicą, krótkie włosy odrastające po ścięciu dredów, w fazie sterczenia we wszystkie strony, magiczne koraliki na szyi… Mara wyglądała jak Karolina, ale Karolina nie potrafi krzyczeć. Nigdy nie słyszałem jej krzyczącej. To nie ona. To mój stęskniony mózg płata mi figle. Ta mara przybrała tylko postać Karoliny. Z trudem próbowałem się spionizować. Ściany w tym pokoju są krzywe. Trudno jest się po nich wciągnąć. Świat zawirował dookoła jeszcze szybciej. Trzymałem się kurczowo ściany, a ona jak na złość też zaczęła tańczyć. Oparłem się o nią plecami, a ona zaczęła uciekać. Jak oni teraz niechlujnie budują! Jak ja mogłem odebrać to mieszkanie. Wszystko jest niestabilne i na pokaz. Poczułem się jak na karuzeli. Żołądek raptem podskoczył mi do gardła. „Chyba się zrzygam” – pomyślałem. Krople potu spływały mi po twarzy. Trzęsącą się ręką sięgnąłem po butelkę. Jeden łyk, później drugi i trzeci… Wszystko we mnie drżało, serce biło jak szalone, buntowały się wszystkie mięśnie. Spojrzałem na postać przy drzwiach. Nie zniknęła. Stała cały czas w tym samym miejscu, nawet nie drgnęła, tylko na chwilę zamilkła. Patrzyła na mnie z oburzeniem i wzgardą. Jakim prawem jakaś durna zjawa patrzy na mnie z pogardą? Nikt nie będzie tak patrzeć na mnie w moim domu.

– Spierdalaj, maro przebrzydła! – ryknąłem w jej stronę.

Ani drgnęła.

– Spieprzaj! Nie słyszysz, co mówię?!

Zrobiłem krok do przodu i rzuciłem w kierunku zjawy butelką. Potknąłem się o własną stopę i runąłem jak długi na ławę pełną pustych flaszek. Brzęk tłuczonego szkła zahuczał mi w głowie. Że też w tym domu wszędzie są kafle. Nie miałem siły się podnieść. Zasnąłem. Obudził mnie poranny chłód. Za oknem świtało. Aż nie do wiary, że w maju bywają takie chłodne noce. Pewnie u Karo w Toskanii jest dużo przyjemniej. Głowa bolała mnie potwornie. Próbowałem dźwignąć się na łóżku.

– Niech się pan nie rusza! – padł rozkaz. – Wyrwie pan kroplówkę – dokończyła odrobinę łagodniej starsza pielęgniarka krzątająca się przy szafce z lekami. – Zresztą już dostatecznie pan narozrabiał. Jeszcze chwila, a przez głupotę pożegnałby się pan z życiem. Miłość jest ślepa. Ja już dawno zostawiłabym takiego opoja, a ona zadzwoniła po karetkę, hamowała krwotok z przeciętej tętnicy, pomimo że minutę wcześniej rzucił pan w nią butelką. Dobrze, że nie trafił jej pan w skroń. Zabiłby pan dziewczynę. Ma wstrząs mózgu, ale może teraz wreszcie oprzytomnieje. Taka piękna dziewczyna i taki zafajdany opój…

O czym ona mówi? Jaka dziewczyna? Jaki krwotok? Ja rzuciłem w kogoś butelką? Pamiętałem tylko tamtą marę, która przybrała postać Karoliny. Stała w drzwiach do sypialni i patrzyła na mnie z politowaniem, z nieukrywanym obrzydzeniem, drażniła i prowokowała, próbowała wzbudzić we mnie poczucie winy… Czyżby to nie była mara, tylko człowiek? Czyżby to Karolina wróciła wcześniej?

– O czym pani mówi? Musiała pani coś pomylić…

– Tu nie da się niczego pomylić – rozgadała się nagle, jakby znęcanie się nade mną sprawiało jej wyjątkową przyjemność. – Ma pan złamaną podstawę czaszki, chirurg przez ponad dwie godziny usuwał z pana dłoni i twarzy drobiny szkła, ma pan ranę ciętą głowy, przeciął pan sobie tętnicę promieniową… Jak na bilans parodniowego pijackiego ciągu, to wyjątkowo dużo. Miał pan takie zaburzenia elektrolitowe, że aż dziwne, jak pana serce to wytrzymało… Pan Bóg czuwa nad tymi, którzy błądzą. Normalnego człowiek szlag by już trafił. Alkoholicy jakoś zawsze mają w niebie specjalne względy. Ponoć alkoholizm to choroba. A chromych i chorych Pan sobie upodobał…

– Mnie nie o to chodzi…

– A o co?

– Rzuciłem w kogoś butelką?

– Niestety. Ma pan wybitnie tolerancyjną dziewczynę. Powiedziała, że nie złoży na pana doniesienia. Miłość jest ślepa… Ja na jej miejscu już dawno kopnęłabym pana w dupę… Nawet minuty bym się nad tym nie zastanawiała.

***

Wyprowadziła się, kiedy byłem w szpitalu. Nie odbierała telefonu. Nie odpisywała na e-maile. Zniknęła, przynajmniej dla mnie. W jej dawnym mieszkaniu mieszkał już ktoś inny. Jej siostra udawała, że mnie nie zna. Marek twierdził, że wyjechała i tworzy ilustracje do kolejnej bajki. Żona Marka uraczyła mnie stwierdzeniem, że zachowałem się jak kompletny dupek, że nie zna większego ode mnie idioty i że większego idiotę trudno sobie nawet wyobrazić. Byłem parę razy na akademii. Nasi wspólni znajomi traktowali mnie jak powietrze. Z uporem maniaka każdego dnia wysyłałem SMS-a o jednakowej treści: „Kocham cię. Wybacz. Chcę się tylko wytłumaczyć”. Zawsze było tak samo. Wracałem po pracy do domu. Wysyłałam SMS-a, czekałem na jakąkolwiek odpowiedź, żeby po paru godzinach kolejny raz stwierdzić, że wykreśliła mnie ze swojego życia na zawsze. Kiedy zupełnie straciłem nadzieję, przyszła odpowiedź: „Spotkajmy się jutro o dwudziestej u tego Włocha na rogu”.

Czekałem na nią już od osiemnastej. Tak na wszelki wypadek, gdyby przyszła wcześniej. W lokalu robiło się coraz tłoczniej i tłoczniej. Siedziałem w bezruchu, wpatrując się w drzwi w obawie, że mogę jej nie zauważyć w tym gęstniejącym z minuty na minutę tłumie. Weszła, rozejrzała się dookoła, pomachała ręką jakimś znajomym, pewnie ruszyła w moją stronę. Ładna jest ta Karolina… Ładna jak zawsze. W przykrótkim czarnym sweterku i wąskiej czarnej spódnicy kończącej się znacznie powyżej kolan, w utkanej przez siebie chuście zdobionej dziesiątkami kolorowych motyli, z gładko przyczesanymi, błyszczącymi od olejku włosami wyglądała tajemniczo, przyciągała wzrok, drażniła i prowokowała. Sposób ubierania się zawsze ją wyróżniał.

– Cześć – rzuciła niedbale, a mnie serce podeszło do gardła.

– Cześć. – Sam nie poznałem własnego głosu.

– Chciałeś ze mną pogadać. – Spojrzała na mnie przelotnie.

– Pobyć i pogadać.

– Pobyć, mówisz? To zawsze było przyjemne. No, przynajmniej do pewnego momentu.

Usiadła naprzeciw mnie. Uśmiechała się jak kiedyś. Opowiadała o ilustrowanej właśnie książce, o następnym plenerze, na który ma pojechać, o psie, którego koniecznie chce kupić, o Toskanii, do której wyjeżdża, o włoskich znajomych, z którymi musi się spotkać. Piła cappuccino. Zamówiła martini bianco. Usta się jej nie zamykały. Siedziałem, słuchałem, cieszyłem się tym spotkaniem, byłem oczarowany Karoliną, jak zawsze.

– Muszę już lecieć – powiedziała niespodziewanie.

– Zostań jeszcze chwilę. Chciałem ci coś wytłumaczyć. Chciałem cię przeprosić.

– Nie musisz – przerwała mi gwałtownie. – Nic mi nie musisz tłumaczyć. Nie musisz mnie przepraszać. Ja wiem i rozumiem. Wiem, rozumiem i akceptuję – powiedziała dobitnie. – Podjąłeś pewną decyzje, rozumiem ją i się do niej ustosunkowałam. Nie masz mnie za co przepraszać. Chcesz być świetnym psychoterapeutą i pewnie będziesz… Postawiłeś to sobie za cel i po trupach do niego dążysz. Każdy człowiek ma własną hierarchię wartości…

– To nie chodzi o żadną hierarchię wartości – wszedłem jej w słowo. – Ilustrując bajkę, powiedziałaś, że jeżeli twoje ilustracje mają rozumieć dzieci, to musisz spojrzeć na świat oczami dziecka. Ja wtedy pomyślałem…

– Wiem, co powiesz – przerwała mi gwałtownie. – Powiesz, że cię wtedy olśniło, dlaczego nie zawsze rozumiesz swych pacjentów. Mówiłeś mi o tym. Wiedza wyniesiona z książek to dla ciebie za mało. Ty chcesz myśleć i czuć jak oni. Uważasz, że tylko wtedy będziesz potrafił im pomóc. Rób, jak chcesz! To w końcu twoje życie, ale mnie w to nie mieszaj. Ja chcę żyć inaczej! Ciekawe, ile jeszcze po tych wszystkich doświadczeniach jest w tobie ciebie. Czy ja spotkałam się dzisiaj z tamtym tobą czy już z zupełnie innym facetem?

– Jestem taki sam jak przed rokiem, kiedy tłumaczyłaś mi, jak należy widzieć i czuć Żar sierpnia.

– To tylko tobie tak się wydaje.

– Jestem taki sam. Może tylko czuję i rozumiem znacznie więcej.

– To prawda, czujesz i rozumiesz więcej, ale jakim kosztem?

– Przecież ty mnie rozumiesz…

– Rozumiem – powiedziała cicho. – Oczywiście, że rozumiem, ale już nie mogę. Nie chcę tak żyć. Nie chcę być raz dziewczyną narkomana, innym razem alkoholika czy też tydzień później niedoszłego samobójcy. Moje życie nie może zależeć od tego, jaki problem będzie miał następny z twoich pacjentów.

– To się już nie powtórzy. Obiecuję. Przemyślałem wszystko.

– Nie kłam! Dobrze wiesz, że to nieprawda. Po co to mówisz? Kiedy wypiłeś kakao z marihuaną i zjadłeś marihuanowe ciasteczka, wydawało ci się, że tyłek masz w łóżku, a twoja głowa doszła już do łazienki. Było to dla mnie dziwne, ale jeszcze śmieszne. Wróciłeś z łazienki i spytałeś mnie, czy twój tyłek był tam z tobą. Powiedziałam, że chyba tak, bo głowę już widzę, a jego jeszcze nie ma. Ubaw miałam po pachy. Później było dużo mniej śmiesznie. Kiedy zrobiłeś sobie sznyty na ręce, żeby zobaczyć, czy ból jest w stanie przyćmić wszystkie inne odczucia, pomyślałam, że cię już równo pokopało – mówiła cicho, spokojnie, bawiąc się leżącą na stole łyżeczką. – Spytałam cię wtedy, co czujesz. Powiedziałeś, śmiejąc się, że to jakieś brednie, łapa cię boli, blizny będziesz miał jak jakiś psychopatyczny idiota, a nadal mnie kochasz. Ręka ci się zagoiła. Blizn nie masz, ale mnie się już wiele razy w nocy śniła ta żyletka, którą trzymałeś w ręce, i te strużki krwi płynące z rozciętej skóry na przedramieniu. Kiedyś powiedziałeś mi, że chcesz wjechać windą na szczyt wieżowca i spojrzeć w dół, żeby zrozumieć niedoszłego samobójcę, który nie zdołał skoczyć. Przerażona nie mogłam zasnąć. Kochaliśmy się, a mnie się wydawało, że to ostatni raz. Następnego dnia pojechałam tam z tobą. Patrzyłam, jak stoisz przy krawędzi dachu, jak patrzysz w dół. Myślałam, że umrę ze zdenerwowania. Wystarczyło, żebyś dostał zawrotów głowy. Wystarczyłby tylko moment nieuwagi. Obiecałeś mi, że na tym koniec, że nie musisz już nic więcej, że już chyba wszystko potrafisz sobie wyobrazić i zrozumieć. Uwierzyłam ci. Pojechałam na ten plener, ale od początku czułam, że coś jest nie tak. Ty zawsze jechałeś ze mną, a tu nagle miałeś tyle pracy, że nie skusiła cię nawet Toskania. Pierwszego dnia zadzwoniłeś z pracy, że zgubiłeś telefon. Zadbałeś o to, żebym nie mogła zadzwonić. Po paru dniach zadzwoniłam do twojego gabinetu. Pani Maria powiedziała mi, że odwołałeś na dziesięć dni wszystkie przyjęcia. Nie pojechałeś do Toskanii, ale wziąłeś urlop? Zrozumiałam. Myślałam, że umrę, zanim dojadę do domu. Przyjechałam autostopem. Tak było najprędzej. Byłam przerażona. Powiesiłeś się? Rzuciłeś się z okna? Połknąłeś całe opakowanie środków nasennych, żeby zobaczyć, jak się poczujesz, kiedy się wybudzisz? A może klej? Może twarde prochy? Może postanowiłeś sprawdzić, co czuje facet, który próbował się zmierzyć z tramwajem? Jakoś nie przyszło mi na myśl, że chcesz się przekonać, jak się czuje człowiek w delirium. Prawie umarłeś, bo właśnie miałeś takiego pacjenta i bardzo zapragnąłeś mu pomóc – mówiła coraz ciszej i ciszej, coraz bardziej smutno. – Skoncentrowałeś się na jakimś alkoholiku, zupełnie zapominając o nas. Liczył się wtedy tylko ten obcy człowiek. On był ważniejszy od nas.

– To nieprawda…

– Czemu teraz też kłamiesz? – Spojrzała na mnie rozczarowana. – Okłamałeś mnie parę razy…

– Bałem się, że mnie nie zrozumiesz…

– Bałeś się, że się nie zgodzę – odparła zaczepnie.

– Przepraszam…

– „Przepraszam” to gówniane słowo – przerwała mi gwałtownie. – Myślisz, że ono coś zmienia? Że jest w stanie wymazać z pamięci to wszystko? Że powiesz to durne słowo i sprawa zostanie załatwiona? Oddali się w niebyt? Zniknie z pamięci?

– Przepraszam…

– Za to nie można przeprosić. W pijackim amoku rzuciłeś we mnie butelką. Trafiłeś mnie w głowę. Wylądowałam w szpitalu…

– Nie wiedziałem, co robię…

– Co z tego, że nie wiedziałeś? Czy to usprawiedliwia albo coś zmienia? Nie wiedziałeś, bo miałeś już omamy wzrokowe. Runąłeś na ławę, rozbijając dziesiątki butelek. Właśnie zamierzałam stamtąd uciec, spojrzałam jeszcze raz w twoją stronę i ujrzałam cię w kałuży krwi. Plama powiększała się w oczach. Pochyliłam się nad tobą i zobaczyłam, jak z rany na przedramieniu w rytm twojego serca tryska krew. Całą twarz miałeś usianą kawałkami szkła. Pomyślałam, że tracę kogoś, kogo kocham. Złapałam się na tym, że w myślach klepię modlitwę. Na karetkę pogotowia czekałam piętnaście minut. Tych minut nigdy nie zdołam zapomnieć…

– Przepraszam.

– Wypchaj się tym swoim „przepraszam”… Minęło parę tygodni, a ja co noc widzę, jak leżysz w tej kałuży krwi. Ty mnie nie kochasz. Nie kochasz też samego siebie. Dla ciebie liczą się tylko ci twoi mniej lub bardziej kopnięci pacjenci.

Zamilkła. Dopiła kawę. Wyglądało na to, że zaraz ruszy do wyjścia.

– Daj mi szansę! Zaufaj mi ostatni raz.

– Nie dam rady! – powiedziała głośno. – Nie rozumiesz, że już nie dam rady. Ty rozumiesz wszystkich poza mną. Wszyscy są ode mnie ważniejsi.

Para siedząca przy stoliku obok spojrzała z zainteresowaniem w naszą stronę. Podniesiony głos Karoliny dotarł do nich, przebił się jakimś cudem przez gwar rozmów i cichą muzykę.

– Wojtek, ja nie dam rady. Za bardzo cię kocham. Ja z tego wychodzę – powiedziała Karolina ściszonym głosem. – Za bardzo cię kocham, żebym mogła być dalej z tobą.

Wstała gwałtownie. Odsunięte z impetem krzesło runęło na podłogę. Nie obejrzała się nawet. Ruszyła do wyjścia. Patrzyłem, jak przepycha się pomiędzy gęsto poustawianymi stolikami. Po chwili zniknęła mi z oczu. Nie zatrzymałem jej. Nie zawołałem. Nie poszedłem za nią. Pozwoliłem jej odejść, chociaż do dziś dnia mam wrażenie, że mogłem ją wtedy jeszcze zatrzymać.

***

Dwa miesiące później przysłała mi bajkę Dione Metis. „Od niej zaczęło się to piekło” – pomyślałem. Opętała mnie ta durnowata idea i straciłem to, co nadawało mojemu życiu sens, wypełniało wszystkie myśli, zajmowało popołudnia i wieczory, powodowało, że marzyłem o nocy. Straciłem wszystkie najbliższe plany i odległe cele. Zatrzęsło moją codziennością. Przez głupi pomysł wszystko, co budowaliśmy dzień po dniu, rozsypało się jak domek z kart. Nagle zniknęła z mojego życia Karolina i nie było już niczego. Zostałem sam i tylko do siebie mogłem mieć pretensje. Tego, co wtedy wyczyniałem, nikt by nie wytrzymał. Jak Karolina mogła to wytrzymać? W pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem tę książkę, miałem ochotę ją wyrzucić. Tomik leżał na biurku, kusząc kolorową okładką, której projekt wyszedł spod ręki Karoliny. Na okładce widniała dziewczyna siedząca na grzbiecie smoka, który unosił się nad wyłaniającą się powoli z porannej mgły Wenecją. Smoczysko miało zawadiacką minę i obłe kształty, jego cielsko wydawało się olbrzymie w porównaniu z maleńkimi skrzydłami, ale pomimo to jego lot był pełen wdzięku i gracji. Byliśmy kiedyś z Karoliną w Wenecji. Mówiła, że to mekka artystów, że każdy powinien spróbować malować w tym mieście. To zaczarowane miejsce, gdzie promienie słońca odbite od wód laguny powodują, że wszystko wokół nabiera niesamowitych kolorów, których nie ma nigdzie poza Wenecją. Nie wiem, może to prawda. Dla mnie Wenecja to nie kolory. Dla mnie Wenecja to gorące usta Karoliny odważnie wędrujące po moim ciele, to jej przyspieszony oddech, muśnięcia jej włosów na mojej twarzy, namiętne szepty, to jej dłoń w mojej dłoni, cienka firanka unoszona przez delikatny podmuch wiatru, okrągły księżyc odbijający się w wodach śpiącej laguny, kuszący zapach jej perfum, niesione przez wodę głosy pozdrawiających się gondolierów zmieszane z pomrukami rozkoszy. Wenecja to nasze kroki dudniące po bruku, odbijające się echem od murów gęsto obok siebie stojących domów. Podwójne echo kroków, jak zgodne bicie dwóch serc. To kamienna ławka tuż obok studni na zapomnianym przez wszystkich campo, to rozstawione sztalugi, kapelusz rzucający na jej twarz nieregularne cienie, każdego dnia coraz bardziej opalone ramiona Karoliny… Wenecja i Karolina, tego nie da się zapomnieć. Że też ten smok leci akurat nad Wenecją. Jaki dziwny zbieg okoliczności. Usiadłem przy stole i zacząłem oglądać tę książkę. Dziwne, każda ilustracja była takim zbiegiem okoliczności. Ilustracje do bajki przyciągały mnóstwo wspomnień. Poczułem się tak, jakby obok mnie siedziała Karolina. Nawet smok Samsung siedział w rabatce, na której rosły jasnoseledynowe eustomy, kwiaty, które Karolina lubi najbardziej. Latająca miotła zwana Pomyłką śmigała nad moim domem, Dione Metis spotkała Don Metro dokładnie w tym miejscu, w którym podarowałem Karolinie w Wenecji pierścionek… W sumie bardzo ciekawa książka.

***

Czekałem na faceta z niecierpliwością. Zżerała mnie ciekawość. Powiedziałem, żeby przyszedł do gabinetu o osiemnastej, że porozmawiam z nim po pracy. Twierdził, że Karolina potrzebuje mojej pomocy. Skłamał. Karolina była już od wielu miesięcy we Włoszech. Pisała do mnie od czasu do czasu. Takie tam krótkie e-maile, jakie pisze się do znajomych lub starych przyjaciół. Wczoraj je odszukałem. Niepotrzebnie, znam je prawie na pamięć. Ostatni otrzymałem jakieś dwa miesiące temu.

Udało mi się znaleźć ciekawą pracę. Wyobraź sobie, mam stałe zajęcie na dobrych parę miesięcy. W moim zawodzie to prawie cud. Będę robić ilustracje do przewodnika po Toskanii. W zdobyciu pracy pomogła mi Francesca. Pamiętasz Francescę? Poznałeś ją, kiedy byliśmy w Wenecji. Musisz ją pamiętać. Trudno ją zapomnieć. Siedzieliśmy z nią i jej kuzynką w restauracji tuż obok Ponte Rialto. Francesce usta się nie zamykały, opowiadała o śnie, który przyśnił jej się pierwszej nocy w Wenecji. Sen był erotyczny, a ona opowiadała go w najdrobniejszych szczegółach i bez najmniejszego skrępowania. Spytałeś mnie wtedy, czy wszyscy moim znajomi są tak popierniczeni jak ona. Przez krótki czas studiowałyśmy razem. Znalazła się na naszej uczelni w ramach programu Erasmus. Po studiach zajęła się projektowaniem mody. Twierdzi, że to też jest swoisty rodzaj sztuki, mniej lub bardziej użytkowej. Jej chłopak Enrico jest autorem tego przewodnika po Toskanii. Spotkaliśmy się kiedyś na kawie, pokazałam im, nad czym ostatnio pracuję, spodobało się, zostałam zaproszona do wydawnictwa i podpisano ze mną umowę. Wszystko wydarzyło się w ciągu dwóch dni i teraz nie muszę już sprzedawać swoich rysunków na ulicach i malować portretów za parę euro w celu zdobycia środków na tworzenie tego, co mnie fascynuje. Będę robić ilustracje do przewodnika. W sumie ma ich powstać około pięćdziesięciu. To będzie inny przewodnik niż wszystkie. Poza zdjęciami Enrica, opisami zabytków, atrakcjami turystycznymi, pojawią się moje rysunki. Przewodnik ma prowadzić od ogółu do szczegółu, po ciekawostki nieznane nawet mieszkańcom. Enrico szuka legend, pikantnych opowieści, sensacji, niewyjaśnionych spraw i niedopowiedzianych historii. Czegoś, co może zainteresować, zdziwić, zaskoczyć, ściągnąć w te miejsca jeszcze większe rzesze turystów. Na początek pojechałam dzisiaj do San Gimignano. Miasteczko nazywają „średniowiecznym Manhattanem”. W średniowieczu wybudowano w nim siedemdziesiąt dwie wieże. Miały spełniać funkcje obronne i służyć do suszenia tkanin barwionych szafranem, które – żeby nie stracić intensywnie złotego koloru – musiały schnąć bez dostępu światła. Czy Ty wiesz, co to jest szafran? Wpadłam w bezdech, kiedy dowiedziałam się od Enrica, że to krokus. Nieważne… Wieże miały podkreślać znaczenie i bogactwo właścicieli. Do naszych czasów zachowało się ich czternaście. Byłam tam dzisiaj. Siedziałam przy Piazza del Duomo na schodach romańskiej świątyni i całe popołudnie rysowałam. Powstało kilkanaście szkiców. Nie podobają mi się. Muszę jeszcze pomyśleć, poszukać czegoś innego. Ponoć najpiękniej San Gimignano prezentuje się od północy, kiedy zbliżamy się do miasta od strony Certaldo. Tak przynajmniej twierdzi Enrico. To rodowity Toskańczyk. Zapewne wie, co mówi. Pokazywał mi też zdjęcia robione z tamtej strony. Bomba. Średniowieczne miasto na wzgórzu, nad którym wznosi się las kwadratowych wież różnej wysokości. U podnóża podwójne szpalery wysmukłych cyprysów, znaczące linie polnych dróg, charakterystyczna, jakby rozmyta zieleń gajów oliwnych obok wyraziście zielonych winnic. Gdzieniegdzie widać jakieś małe kamienne domki o czerwonych dachach, które przycupnęły u stóp wzgórza. Spróbuj to sobie wyobrazić! Różne odcienie zieleni, czerwień dachów, kamienne wieże, lazur włoskiego nieba i wszechobecny zapach rozgrzanych słońcem cyprysów. Widzisz to? Czujesz? Jesteś tam ze mną? Pojadę tam jutro. Dzisiaj nie robię już nic. Kładę się spać. Żadnych fantazji! Idę spać sama. A zresztą możesz sobie pofantazjować. Gorąco tu dzisiaj. Na pewno nie włożę na noc piżamy. Wino szumi mi w głowie. Czuję się oczarowana – Toskanią, San Gimignano, toskańską kuchnią. Piję miejscowe wino. Ono jest tajemnicze jak San Gimignano, zresztą nazywa się Vernaccia di San Gimignano. Nie siedź po nocach! Dbaj o siebie! Jedz śniadania! Nie utożsamiaj się z pacjentami! Idź już spać! Niech Ci się przyśni Toskania.

Nie przyśniła mi się wtedy Toskania, tylko Karolina. Siedzieliśmy naprzeciw siebie i piliśmy wino. Karolina uniosła do góry lampkę, poruszyła nią delikatnie. Rozkołysana, gęsta, jasna ciecz omiotła ścianki kieliszka. Przez moment trunek wydał się złoty. Dziewczyna uniosła lampkę do ust. Patrzyłem na Karolinę jak zauroczony. W blasku świec wydawała się jeszcze bardziej zmysłowa, jeszcze bardziej pociągająca, jeszcze piękniejsza. Mógłbym tak na nią patrzeć i patrzeć bez końca. Czułem palce jej stopy muskające moją stopę, widziałem płomyk świecy odbijający się w jej oczach, czułem zapach jej perfum, widziałem, jak czubkiem języka zwilża usta, czułem dotyk jej dłoni na mojej ręce, słyszałem szept: „Chodźmy do domu”. Obudziłem się wtedy zlany potem. Serce łomotało mi jak oszalałe. Ależ ze mnie dureń, że tak schrzaniłem to wszystko. Jaki ze mnie idiota, że pozwoliłem jej odejść.

***

– Wychodzę. – Maria przez uchylone drzwi wsadziła głowę do mojego gabinetu. – Pan jeszcze niegotowy? – Spojrzała na mnie zdziwiona. – Mogę chwilę poczekać – dodała niepewnie, widząc, że nie zbieram się jeszcze do wyjścia.

– Zostaję. Umówiłem się z klientem.

– Ta kobieta, która wyszła przed chwilą, była dzisiaj ostatnia. – Maria patrzyła na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. – Mogę jeszcze raz sprawdzić – dorzuciła – ale jestem pewna, że nikt już więcej nie był na dzisiaj umówiony. Jest przecież czwartek. W czwartki kończymy wcześniej. Zawsze spieszy się pan na tenisa.

– Nie idę dzisiaj na korty. Umówiłem się z klientem – powtórzyłem.

– Nie wiedziałam – powiedziała zdezorientowana. – Nic pan wczoraj o tym nie wspominał… Nic nie szkodzi. Zostanę. Wczoraj przecież wyszłam wcześniej… Zostanę – powtórzyła zdecydowanie. – Tak będzie lepiej.