W krainę ciszy - Martin Laird OSA - ebook

W krainę ciszy ebook

Martin Laird OSA

0,0

Opis

Jedność z Bogiem nie jest czymś, co osiągamy za pomocą jakiejś techniki, ale podstawową prawdą o naszym życiu, będącą źródłem naszych poszukiwań Boga.

Tymi słowami Ojciec Laird zachęca nas do poznawania Boga na drodze kontemplacji, to znaczy w milczeniu miłości, w ciszy serca. Autor wskazuje proste elementy służące milczeniu, takie jak postawa, czy właściwy oddech, aczkolwiek stroni od traktowania modlitwy jako techniki. Jego zdaniem, nie chodzi o to, abyśmy coś osiągnęli, wystarczy po prostu pozwolić, aby pewne rzeczy się wydarzyły. Uczenie się i praktykowanie kontemplacji nie zależy od poznania sposobów jej przeprowadzania. Jedność człowieka z Bogiem, do której kontemplacja prowadzi, już w człowieku istnieje i wystarczy zdać sobie z tego sprawę, aby ją odkryć. Wraz z tym odkryciem odsłaniamy istotę naszego człowieczeństwa, doświadczamy wewnętrznego spokoju oraz odkrywamy świętość wewnątrz - wspólnotę z Bogiem.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 195

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Podziękowania

Książki zazwyczaj są pisane w szerokiej i otwartej przestrzeni samotności. Jednak każda owocna samotność jest w gruncie rzeczy wspólnotowa – jest darem od wspólnoty. W ten sposób mój zakon przez niemal ćwierć wieku był tyglem miłości. Chciałbym podziękować braciom i siostrom z zakonu świętego Augustyna, a szczególnie Davidowi Brechtowi, Johnowi FitzGeraldowi, Mary Grace Kuppe, Richardowi Jacobsowi, Geraldowi Nicholasowi, Benignusowi O’Rourke, Robertowi Prevostowi, Raymondowi Ryanowi, Theodore’owi Tackowi, Jamesowi Thompsonowi, oraz moim współbraciom z klasztoru świętej Moniki przy Hoxton Square w Londynie. Współbracia ci, podobnie jak wielu innych, byli dla mnie źródłem przyjaźni, z której czerpałem inspirację, pełnią człowieczeństwa i mądrości.

Wielki to przywilej zaciągać dług wdzięczności. Nie jestem w stanie dostatecznie jej wyrazić tym osobom, które były dla mnie szczególnie życzliwe przez te wszystkie lata. Są to: śp. ojciec Bernard z opactwa w ­Guadalupe, Aubrey i K. Buxton, Michael Coll, ojciec Cyril z Parkminster, Christopher Daly, Kevin ­Hughes, Betty Maney, Pauline Matarasso, Maria Meister, Carolyn Osiek, Marta Reeves, ­Polly Robin, ­Ursula Rowlatt, Tom Smith i Werner Valentin. Uniwersytet Villanova przez ostatnie lata był moją akademicką wspólnotą i domem. Jestem wdzięczny za przyjaźń i wsparcie, jakie otrzymałem, pracując na tutejszym Wydziale Teologii i Religioznawstwa.

Joan Rieck jest doskonałym pedagogiem; za pomocą dzwonu nauczyła mnie o prawdziwej naturze ciszy więcej, niż można ująć słowami. Tom i Monica Cornell z pisma „The Catholic Worker” [Katolicki Robotnik] pozostają w mojej pamięci dzięki rodzinnej atmosferze, jaką stworzyli, a także jako strażnicy mojej klasztornej samotności.

Karmelickie klasztory w Wielkiej Brytanii z godnością i wyrozumiałością zniosły wiele spraw, o których piszę w tej książce. Chciałbym podziękować zwłaszcza karmelitankom z Birkenhead, Falkirk, Langham, Liverpoolu, Nottinghill, Świętej Heleny, Ware, Wolverhampton, Wood Hall i Yorku. Ich odwaga, spontaniczność, szczerość, skupienie na Bogu i serdeczność okazywana kochającemu bratu poruszała mnie i podtrzymywała na mojej drodze przez wiele lat.

Autorzy uczą się wdzięczności dzięki swoim redaktorom. Cynthia Read i Julia ­TerMaat z Wydawnictwa Oxford University Press w Nowym Jorku przyszły mi z pomocą i zapewniły nieocenione wsparcie. Brendan Walsh z Wydawnictwa Darton, Longman and Todd w Londynie odnaleźli mnie w trakcie tego projektu i dodawali mi otuchy. Elizabeth Wales okazała się bardzo pomocna w znalezieniu przystani dla tej książki.

Zbiór wykładów Antoinette Warner, wydany przez Satsang Press, zainspirował mnie do nowego postrzegania dawnej chrześcijańskiej praktyki odnajdywania świadomości tego, kim się jest (będzie to widoczne zwłaszcza w epilogu książki).

Współczesną poezję cytuję za zgodą wielu wydawców1. Wydawnictwa Bloodaxe ­Books i Orion Publishing Group umożliwiły mi wykorzystanie fragmentów wierszy R.S. Thomasa; Wydawnictwo Goldsmith Press w imieniu Petera Kavanagha wyraziło zgodę na wykorzystanie fragmentów poezji Patricka Kavanagha; Wydawnictwo Broughton House Books zezwoliło na cytowanie utworu Pauline Matarasso – The Price of Admission [Cena wstępu]; Agencja A.P. Watt Ltd. w imieniu Michaela B. Yeatsa zgodziła się na zacytowanie poezji W.B. Yeatsa; fragmenty The Pentecost Castle [Twierdza Pięćdziesiątnicy] Geoffreya Hilla zostały przedrukowane za zgodą wydawnictw Houghton Mifflin Company (USA) i Penguin Books (Wielka Brytania). Dołożono wszelkich starań, by odnaleźć kanadyjskich posiadaczy praw do poezji Hilla. Jeśli zechcieliby oni z tych praw sko­rzystać, proszeni są o kontakt z autorem.

Wstęp

Bóg – nasza ojczyzna

Uciekać przeto trzeba do ojczyzny najmilszej

Święty Augustyn, Państwo Boże

Wszyscy jesteśmy uzdolnieni do kontemplacji. Książka ta mówi o pielęgnowaniu w sobie niezbędnych umiejętności koniecznych do praktykowania tej najsubtelniejszej, najprostszej i najbardziej dociekliwej ze sztuk duchowych. Dążenie do wspólnoty z Bogiem w ciszy serca jest nam dane przez samego Stwórcę, tak jak zdolność rododendrona do kwitnienia, dyspozycja pisklęcia do lotu czy dziecięca umiejętność zatracenia się w zabawie i radości. Jeśli człowiek dzięki Bożej łasce, która zalewa ludzkie życie swoim światłem i upraszcza je, nie wykorzysta tej umiejętności za życia, wtedy dokonają tego ręce samego Boga, które obejmą nas w godzinę śmierci. Ten pełen poświęcenia Bóg, istota naszego istnienia, życie naszego życia, włączył w siebie dwie oczywistości ludzkiej egzystencji – to, że jesteśmy przeznaczeni do jedności z Nim, i to, że wszyscy umrzemy.

Tak czy inaczej przyjdzie nam odkryć, czym jest unum necessarium, a więc to „mało albo tylko jedno” (Łk 10, 42), którego potrzeba człowiekowi. Odkryjemy to za życia lub uświadomimy to sobie jak Tołstojowski Iwan Iljicz, który ostatecznie pogodził się ze swoim nieszczęśliwym życiem, by móc przejść przez śmierć i radośnie wykrzyknąć: „A śmierć? Gdzież ona jest? (...) Śmierć się skończyła, już jej nie ma”2. Instynkt prowadzi nas do Boga. Święty Augustyn ujął to w słowach: „Uciekać przeto trzeba do ojczyzny najmilszej; tam ci i ojciec, tam ci i wszystko”3.

Niniejszej książce przyświeca praktyczny cel: ma ona być przewodnikiem i zachętą do zapoznania się z tą ojczyzną, która jest podstawą naszego istnienia. W Zasadach miłości święty Jan od Krzyża mówi: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza”4. W liście z 22 listopada 1587 roku ten sam hiszpański zakonnik pisze: „Największą naszą potrzebą jest milczeć przed tym wielkim Bogiem (...), bo jedyną mową, której On słucha, jest milczenie miłości”5. Cisza jest dla nas naglącą koniecznością; jest niezbędna, jeśli chcemy usłyszeć Boga przemawiającego w ciszy wiecznej, zaś nasze milczenie jest konieczne, by Bóg nas usłyszał. Milczenie jest koniecznością, ponieważ, jak dobitnie ujęła to Maggie Ross, „zbawienie jest kwestią ciszy”6.

Dwie współbrzmiące cisze stanowią ląd krai­ny ciszy. W odróżnieniu od innych terytoriów, ta kraina jest niemożliwa do opisania za pomocą jednej „oficjalnej” mapy. Święty Jan od Krzyża, jeden z największych kartografów życia duchowego, wskazuje na ten fakt na początku Drogi na górę Karmel – książki, w której próbował nakreślić mapę ciszy. Na samym początku dzieła autor zamieszcza rysunek, który ma objaśnić temat drogi. Święty Jan szkicuje górę Karmel jako szczyt duchowy, symbol duszy. U podnóża góry widnieje napis: „Tędy nie prowadzi już żadna droga, gdyż dla sprawiedliwego nie ma prawa, on sam dla siebie jest prawem”7. Jan nie ­usprawiedliwia tutaj bezprawia ani stylu życia wyrażonego za pomocą sloganu: „Rób, co ci się podoba”. Wskazuje raczej na naturę ciszy, niemożliwą do uchwycenia w ramy mapy. Pauline Matarasso wyraziła tę prawdę w wierszu Na wylot:

Spoglądam w stronę ciszy.

Wbrew temu, co mówią, to nie szczyt

z naturalnymi stopniami,

a lepsi wspinacze nie zostawili nam raków

(...)

Wbrew temu, co mówią, nie ma tu mapy

(a może mówili o jakimś innym miejscu),

jest tylko uległość8.

Wchodzimy w krainę ciszy w milczeniu, które towarzyszy uległości. Tej ciszy nie da się zaznaczyć na mapie. Są jednak pewne zdolności, które usposabiają nas do bycia uległymi i dzięki temu możemy odkryć ten nieznany ląd. Co więcej, może nam w tym pomóc wspólnota pielgrzymów – żywych i umarłych, o których wiedza dociera do nas poprzez niezliczone pisma i czyny miłosierdzia. Ci ludzie nauczają nas, co oznacza „postępować według wiary, a nie dzięki widzeniu” (2 Kor 5, 7). Niniejsza książka wskazuje na niektóre spośród potrzebnych umiejętności oraz na to, w jaki sposób chrześcijańska tradycja pielęgnuje je poprzez praktykowanie ciszy.

Praktykowanie ciszy, które powinienem nazwać „praktyką kontemplacyjną” lub po prostu „praktyką”, nie może być zawężone do duchowej techniki. „Techniki” są dzisiaj modne. To słowo obiecuje narzędzia, których zastosowanie da konkretny wynik. Z pewnością „techniki” mają swoje zastosowanie, ale nie o to chodzi w praktyce kontemplacyjnej. Różnica jest co prawda niewielka, lecz istotna. Praktyka duchowa przygotowuje nas, abyśmy pozwolili pewnym rzeczom się wydarzyć. Weźmy za przykład ogrodnika. Ogrodnik nie jest w stanie sprawić, by rośliny rosły. Zamiast tego wykorzystuje swoją wiedzę z zakresu ogrodnictwa, która ułatwia roślinom wzrost. To, że łodygi pną się do góry i pojawiają się na nich liście, znajduje się jednak poza kontrolą ogrodnika. Podobnie żeglarz nie potrafi wytworzyć wiatru, który poruszałby jego łódź. Żeglarz czyni jedynie użytek ze zdobytej wiedzy, która pozwala mu okiełz­nać wiatr i powrócić z morza do domu. Żaden marynarz nie umie jednak wywołać ­wiatru. Tak właśnie jest z praktyką kontemplacyjną, która nie wymaga technik, ale przygotowania – umiejętności wewnętrznego milczenia.

W tradycji chrześcijańskiej istnieją dwie fundamentalne praktyki kontemplacyjne: praktyka wyciszenia (zwana też medytacją, cichą modlitwą lub modlitwą kontemplacyjną) oraz praktyka czujności i świadomości. Te umiejętności kontemplacyjne nie są zapożyczeniem z tradycji innych religii, a chrześcijańska tradycja kontemplacji ma długą historię. Oczywiście wiele do powiedzenia mają także tradycje innych religii. Ta książka będzie się jednak poruszać w obrębie tradycji chrześcijańskiej; została zaadresowana zwłaszcza do tych, którzy poszukują w tej tradycji przewodnictwa i inspiracji na kontemplacyjnej ścieżce.

W centrum uwagi znajdą się zwłaszcza praktyczne problemy, z jakimi wielu z nas się zmaga, kiedy próbuje zachować ciszę. Mowa tu o wewnętrznym chaosie kłębiącym się w naszych głowach niczym podczas szalonego przyjęcia, którego okazujemy się zakłopotanymi gospodarzami. Często jednak – dopóki nie spróbujemy przejść przez drzwi milczenia – nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo zdominował nas ten wewnętrzny gwar.

Pierwsze dwa rozdziały książki będą przygotowaniem do praktycznych rozważań. Rozdział pierwszy jest zapowiedzią fundamentalnego założenia, że wspólnota z Bogiem nie jest czymś, co próbujemy osiągnąć. Bóg już w tej chwili jest podstawą naszego istnienia. Pozostaje nam więc tylko wprowadzić to założenie w życie. W rozdziale drugim pokazujemy, dlaczego większość z nas wiedzie życie, nie zdając sobie sprawy ze wspólnoty z Bogiem. To właśnie nasz hałaśliwy i chaotyczny umysł utrzymuje nas z dala od tematu istnienia głębszej rzeczywistości i Boga jako podstawy naszego istnienia. Ta powszechna nieświadomość czyni nas podobnymi do rybaka, który całe życie łowił płotki, nie wiedząc, że stoi na grzbiecie wieloryba.

Kolejne rozdziały są omówieniem podstawowych zasad praktyki kontemplacyjnej oraz próbą uświadomienia tego, jaki wpływ mają one na radzenie sobie z bolesnymi uczuciami i niebezpiecznymi, misternie skonstruowanymi, przyciągającymi naszą uwagę rozproszeniami. Stałym punktem odniesienia będzie dla nas świadomość tego, że praktyka kontemplacyjna tworzy wewnętrzną ciszę, uczy akceptacji i dodaje nam większej pewności oraz równowagi w naszych zmaganiach.

W książce posłużyłem się wieloma cytatami, aby trudności, z jakimi się zmagamy, odnieść do tradycji mądrościowej. W ten sposób chciałem pokazać, że chrześcijańscy święci i mędrcy doświadczali podobnych tęsknot i trudności. Ciekawe są ich spostrzeżenia na ten temat. Niektórzy z przytoczonych przeze mnie autorów są znani, inni mniej popularni. Niektórzy żyli w odległych czasach, inni są nam współcześni. Oprócz czerpania z ich mądrości powinniśmy też dostrzegać, że trudności i życiowe przełomy wprowadzają nas w tę samą żywą tradycję, która tchnęła ducha w tamtych mędrców. Odkrywanie krainy ciszy jest sprawą osobistą i nikt nie może zrobić tego za nas. Paradoksalnie jednak nie możemy obejść się bez wspólnoty – nikt nie odkrywa samotności i wewnętrznej ciszy w pojedynkę.

Bóg jest naszą ojczyzną. Dominujące dziś poglądy rodzą jednak przekonanie, że człowiek wie, co Bóg myśli, jakie krainy zamierza nam dać, a jakie odebrać. Obszar ideologii, agresji i przemocy, plemiennego egocentryzmu usiłuje podbić krainę nadziei i chwały, brutalnie zajmując centrum naszej uwagi. Ta książka – sprzeciwiając się takiemu myśleniu – wychodzi od wiekowego poglądu chrześcijańskiego, że fundamentem każdej krainy jest cisza (por. Mdr 18, 14), w której Bóg oddaje nam się bez reszty. Ten dar z samego siebie został wyrażony w akcie stworzenia, w wybraniu ludu Bożego, który (nie bez problemów) usiłuje stać się sprawiedliwym społeczeństwem, a wreszcie – z chrześcijańskiego punktu widzenia w najpełniejszy sposób – w Jezusie Chrystusie. Oto nasza ojczyzna, do której wzywany jest każdy pielgrzym duchowy, jak mówi święty Augustyn, „z zamętu duchowego do milczącej radości”. Dalej pyta on: „Czemu więc na wysokości niebios i w głębokościach ziemi szukamy Tego, który w nas jest, jeśli chcemy z Nim być?”9.

Radość ciszy mieszka w nas już teraz. Jej odkrycie jest cenne ponad wszelką miarę. R.S. Thomas wyraził ją w iluzorycznym niedopowiedzeniu:

Cisza umysłu świadczy o tym,

że żyjemy już w zasięgu

głosu ciszy zwanej Bogiem (...).

Oto obecność, co

dzieli z nami granice;

co wzywa nas poza to,

co nam znane.

Ta cisza przenika wszystko, począwszy od naszej największej głębi, której koniec jest granicą Boga, po najszersze objęcia ludzkiego miłosierdzia. „Cóż innego czynić – pyta R.S. Thomas – jak przybliżać się swoją ciszą do tej wszechobecności?”10. Podróżujmy zatem do ojczyzny, do ciszy naszego własnego umysłu. Wyciszajmy się i podróżujmy.

Rozdział pierwszy

Rozsunąć zasłonę: iluzja oddzielenia od Boga

Gdyby usunąć wrota poznania,

Wszystko jawiłoby się człowiekowi nieskończonym.

William Blake

Młody więzień rani się ostrym nożem, by stłumić tępy ból odczuwany w swoim wnętrzu. „Od kiedy pamiętam, noszę ten ból w sobie” – mówi. „Nie mogę od niego uciec i czasami okaleczam się, by bolało w innych miejscach, na zewnątrz”. Uświadomiwszy to sobie, zdecydował się przystąpić do wspólnoty Więziennego Feniksa. Jej zadaniem jest zaspokajanie duchowych potrzeb więźniów poprzez naukę modlitwy, dzięki której mogą oni swoje więzienne cele zamienić w cele klasztorne. Młody więzień, który nauczył się medytacji i od kilku tygodni praktykuje ją dwa razy dziennie, poruszająco mówi o tym, czego się nauczył. „Chcę tylko, żebyście wiedzieli, że po czterech tygodniach medytacji, pół godziny rano i pół godziny w nocy, ból zelżał i po raz pierwszy w życiu mogę dostrzec w sobie namiastkę czegoś, co jestem w stanie polubić”.

Inny z więźniów odkrył, że odkąd oddaje się medytacji, stał się bardziej ludzki. Uświadomił sobie, że „wszystkie istoty, nieważne jak bardzo zatwardziałe, zastraszone, groźne czy zagubione by były, mogą się otworzyć na świętość i stać się wolnymi. W więzieniu stałem się wolny. Więzienie jest idealnym klasztorem”11.

Duchowe wyzwolenie, o którym mówią więźniowie, nie jest czymś nabytym. Istotą ich świadectwa jest raczej zauważanie tej „wewnętrznej świętości” niż jej zdobycie. Rozróżnianie między nabyciem a odkryciem może się wydawać dzieleniem włosa na czworo, jednak warte podkreślenia jest to, że „wewnętrzna świętość”, o której mówi więzień, nie przyszła do niego z zewnątrz. Medytacja kontemplacyjna, którą w tej książce będę nazywał praktyką kontemplacyjną, niczego dla nas nie zdobywa. Nie jest techniką, lecz rezygnacją z głęboko w nas zakorzenionego oporu, dzięki czemu nasza wewnętrzna świętość stopniowo ukazuje się jako prosty i podstawowy fakt. Z tego wewnętrznego zwycięstwa wyłania się to, co święty Paweł nazwał „wewnętrznym człowiekiem”: „aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka” (Ef 3, 16). I znów – praktyka kontemplacyjna nie stwarza owego wewnętrznego „ja”, ale ułatwia jego odsłonięcie. Głos wyzwolonego wewnętrznego człowieka, „świętości wewnątrz”, dołącza do śpiewu psalmisty: „Panie, przenikasz i znasz mnie (...). Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” (Ps 139, 1.13-14).

Poprzez doświadczenie wewnętrznego spokoju więźniowie mimowolnie dołączyli do chóru świętych i mędrców, którzy ogłaszali swoim życiem, że Bóg, którego poszukujemy, już nas odnalazł, że jest w naszym własnym spojrzeniu, jest – jak ujął to święty Augustyn – „bardziej wewnątrz mnie niż to, co było najbardziej osobiste”12. „Piękności tak dawna, a tak nowa – pisze dalej święty – w głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach”13.

Jedną z bardziej prowokujących do myślenia książek na temat życia z Bogiem jest Obłok niewiedzy. To anonimowe średniowieczne dzieło powstało w Anglii, a jego autor – prawdopodobnie kartuski mnich – znany jest po prostu jako autor Obłoku. Zarówno w tym tekście, jak i w towarzyszącym mu Liście z poufną radą ­autor udziela wielu cennych wskazówek i dodaje otuchy wszystkim, których pociąga kontemplacja. Mnich z zaskakującą bezpośredniością zwraca się do czytelnika: „On [Bóg – przyp. tłum.] bowiem jest twoim bytem i tym, czym jesteś, jesteś w Nim”14. Zanim jednak uniosą się ze zdziwienia brwi doktrynerów, autor szybko radzi czytelnikowi, by zapamiętał: „On jest twoim bytem, a nie ty Jego bytem”15.

Nie tylko nie możemy powiedzieć, że Bóg, którego pragniemy, już nas odnalazł, wzbudzając w nas chęć kontemplacji, ale nawet nie możemy powiedzieć, że kiedykolwiek byliśmy zagubieni. „Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. (...) nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi” (Ps 139, 13.15). „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię” (Jr 1, 5). Jako Stwórca, Bóg jest podstawą tego, kim jesteśmy.

„Bóg jest twoim bytem”. Głos autora Obłoku nie jest w tej kwestii odosobniony. Wielki karmelita i doktor Kościoła, święty Jan od Krzyża, pisze: „Środkiem duszy jest Bóg”16. Bóg jest centrum ludzkiego istnienia. Rozmaite tradycje chrześcijańskie mogą się spierać o ortodoksyjne lub heterodoksyjne rozumienie tego faktu. Jednak wydaje się jasne, że jeśli mamy mówić o tym, czym jest istota ludzka, nie możemy nie wspomnieć o Bogu. To jasne i pewne świadectwo potwierdzone życiem w tajemnicy chrześcijaństwa. Jeżeli mamy zamiar odkryć, kim naprawdę jesteśmy, czym jest nasze wewnętrzne „ja” – znane Bogu jeszcze zanim zdążyliśmy zaistnieć, a nawet „ukryte z Chrystusem w Bogu” (por. Ps 139, 13; Jr 1, 5; Kol 3, 3) – musimy mieć świadomość, że odkrycie to będzie wyrazem niewymownej tajemnicy Boga, choć możemy coraz mniej mówić o Bogu. Święty Diadoch z Fotyki zauważył, że niektórzy ludzie, mimo że są „wprawieni w życiu duchowym i oświeceni przez wiedzę duchową, nie mówią o Bogu”17.

Jedność z Bogiem nie jest czymś, co należy zdobyć, ale czymś, z czego trzeba sobie zdać sprawę. Rzeczywistość, na którą wskazuje termin „jedność” (z mnóstwem innych metafor), już istnieje. Święty Jan od Krzyża odkrywanie w naszym życiu tego fundamentalnego połączenia określił mianem „zjednoczenia upodabniającego”18. Jest to droga od bycia obrazem do podobieństwa (por. Rdz 1, 2619).

Zdobywanie wielu rzeczy i służące temu strategie są oczywiście obecne w życiu. To ważne, by starać się o dobre pożywienie, dbać o zdrowie (na ile to możliwe), walczyć o sprawiedliwe społeczeństwo, mieć szacunek do samego siebie i środki do życia, jak i dziesiątki innych rzeczy. Jednak dążenie do zdobywania i posiadania nie odgrywa większej roli w głębszej dynamice życia. Na przykład nie pomoże nam umrzeć ani stać się świadomymi Boga. W umieraniu chodzi o przyzwolenie i poddanie się, podobnie jak w zdobywaniu Bożej świadomości.

Ludzie, którzy są już daleko na ścieżce kontemplacji, wiedzą, że poczucie bycia oddzielonym od Boga jest po prostu wynikiem natłoku myśli i uczuć. Kiedy umysł osiąga spokój i wchodzi w krainę ciszy, poczucie oddzielenia znika. Jedność z Bogiem jest postrzegana jako podstawowa rzeczywistość, a oddzielenie jako umysłowy miraż. Nie ma to jednak nic wspólnego z utratą własnego bytu jako Bożego stworzenia. „Jedność” nie oznacza trwania niczym bezkształtna masa, wręcz przeciwnie – to uświadomienie sobie tej konsekwencji śmierci jako tajemnicy leżącej u podstaw naszego bytu, stworzenia będącego dziełem kochającego Boga. „O Tobie mówi moje serce: «Szukaj Jego oblicza!»” (Ps 27, 8). „Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja” (Ps 62, 6). „On bowiem jest twoim bytem i tym, czym jesteś, jesteś w Nim (...), nie ty jednak jesteś bytem Boga”20. „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”21.

Kiedy wyłania się ten głęboki wymiar życia, przenika on cały świat, jak uczy Nowy Testament, a zwłaszcza Ewangelia według świętego Jana i listy świętego Pawła (por. Ps 19, 4). Ewangelia według świętego Jana poświęca wiele uwagi boskiemu „zamieszkiwaniu”. „W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was” (J 14, 20). „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 21).

Paweł, autor najstarszych nowotestamentowych zapisów, jakie znamy, jest dla nas istotnym świadkiem. W Liście do Galatów pisze: „Razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 19-20). Paweł spogląda w głąb siebie i widzi nie Pawła, lecz Chrystusa. Czy Paweł i Chrystus są dwoma oddzielnymi bytami? Z perspektywy stworzenia owszem, jednak z perspektywy przemiany świadomości – nie. Kiedy Paweł spogląda do swojego wnętrza i widzi Chrystusa, nie myśli, że Chrystus jest zaledwie obiektem jego świadomości. Paweł mówi o czymś znacznie bardziej bezpośrednim, co należy do samej istoty świadomości, ale nie jest jej obiektem. Świadomość sama w sobie jest obecnością Chrystusa w Pawle. „Żyję, lecz żyję ja, a we mnie żyje Chrystus” – tak można streścić to przesłanie. Paweł nie używa słowa „jedność”, ale porusza się po tej samej płaszczyźnie, którą – mówiąc o jedności – próbujemy ująć w słowa. Gdyby święty Paweł znalazł się w zasięgu kamery przemysłowej, powiedzielibyśmy, oglądając nagranie, że to wciąż ten sam, dawny Paweł. Chodzi tu jednak o samą istotę jego świadomości – nie o to, czego jest świadomy, ale o samo jego bycie świadomym. Tylko wtedy, kiedy umysł znajduje się w objęciach ciszy, ta otwarta przestrzeń świadomości ujawnia się jako podstawa wszelkiej jedności i wspólnoty, podstawa wszystkiego – wszelkiego życia, w tym rozumnego.

Cokolwiek oznacza „życie Chrystusa we mnie”, a zapewne nie jest to jedna konkretna sprawa, jest ono tak samo prawdziwe dla każdego z nas. Mój „Chrystus we mnie” jest taki sam jak twój Chrystus i Chrystus naszego wroga (por. 2 Kor 10, 7). Obrazem dobrze ilustrującym to pojęcie jest koło ze szprychami, które spotykają się pośrodku. Piastą koła jest Bóg, szprychy to my. Na obręczy koła szprychy są najbardziej od siebie oddalone, ale w środku, tam gdzie znajduje się piasta, są bardzo blisko siebie. Stanowią jedność spotykającą się w piaście. Obraz ten może być wykorzystany do wyjaśnienia tego poziomu życia, kiedy stajemy się jednością ze sobą i z Bogiem. Im bardziej zbliżamy się do środka, tym bliżej jesteśmy Boga i siebie nawzajem. Problem związany z poczuciem oddzielenia od Boga i innych zostaje przezwyciężony przez doświadczenie środka. Ta podróż do Boga i „pełne” spotkanie z innymi odbywa się w krainie wewnętrznej ciszy, w jednym ruchu. Zewnętrzna izolacja jest przezwyciężana przez wewnętrzną wspólnotę.

Ci, którzy ostrzegają przed podążaniem ścieżką kontemplacji, postrzegając ją jako aspołeczną, wykazują się wyjątkową ignorancją wobec tego prostego faktu: osobista podróż w głąb Boga jest doświadczeniem wspólnotowym i jednocześnie wszechogarniającym. To jedna z przyczyn, dla których ludzie podążający ścieżką kontemplacji stają się otwarci i pełni życia (chociaż różnie mogą to okazywać). W tej najdalszej głębi spajamy się w jedność, która jest przyczyną, uzasadnieniem i sumą wszelkich różnic. Wspólnota z Bogiem i wspólnota z innymi są wyrazem wspólnego środka. Zaś ten środek, zgodnie ze starożytną definicją, rozciąga się wszędzie. „Jest to nieskończona kula, której środek jest wszędzie, powierzchnia nigdzie”22.

Dla świętego Pawła to chrzest dopełnia tę jedność. W Liście do Galatów czytamy: „Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 27-28). Współistnienie Chrystusa z nami jest nie tylko rdzeniem ludzkiej tożsamości, ale także czymś (czymś, co nie jest rzeczą), dzięki czemu upraszczany jest wszelki dualizm, który na powierzchownym poziomie świadomości wydaje się przeciwieństwem.

Święty Paweł w Liście do Kolosan opisuje, czego dokonuje chrzest: „Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. (...) Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3, 3-4). Kiedy święty Paweł opisuje nasze życie jako ukryte z Chrystusem z Bogu, nie używa słowa „życie” w znaczeniu jego przebiegu, naszego istnienia. Nie chodzi mu o nasze deklaracje typu: „bycie lekarzem to całe moje życie”, „moje życie to dzieci”. On mówi o czymś znacznie głębszym: o różnicy między naszym istnieniem a nieistnieniem. Święty Paweł i autor Obłoku posługują się tym samym językiem. Ten drugi pisze: „Bóg jest twoim bytem”, zaś Paweł mówi do Ateńczyków, że „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28)23. Kiedy Paweł pisze, że nasze życie jest „ukryte z Chrystusem w Bogu”, sądzę, że powinniśmy w tym dostrzec bardzo ważną prawdę na temat naszej najgłębszej natury.

Współczesna teologia i filozofia często stawiają pytanie o to, czym jest „ja”? Możemy się zastanawiać, ile z dzisiejszych tez Paweł by przyjął i czy uznałby je za zasadne. Miał on bowiem swój wkład w teorię „ja”: stworzył sugestywny obraz, że twoje życie, twoja jaźń, to, jaki naprawdę jesteś, zostało „ukryte z Chrystusem w Bogu”. Niezależnie od tego, co wiemy na temat ludzkiej tożsamości: jak można ją obiektywnie poznać, zmierzyć, przewidzieć, zaobserwować, i obojętnie, czy stanie się to za pomocą testu Myersa-Briggsa, Enneagramu, wścibstwa urzędu skarbowego czy własnej ciotki, i niezależnie od sposobu poznania naszej osobowości, istnieje pewien podstawowy jej rdzeń, który wymyka się analizie, a jest całkowicie zatopiony w Bo­gu, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteś­my”, w którym zanurzone zostało nasze „ja”.

Ponieważ nasze najgłębsze „ja”, podstawa naszej osobowości, jest „ukryte z Chrystusem w Bogu”, poza zasięgiem naszego zrozumienia, doświadczenie tej części naszej osobowości, która stanowi jedno z Bogiem, będzie jawić się naszej percepcji jako wielka, płynna otchłań, bezdenna pustka; o ile w ogóle zdołamy zapamiętać jakiekolwiek wrażenia. Tym, którzy znają tylko intelektualne rozumowanie, może się to wydać śmiertelnie przerażającym stanem, ruchem w nicość. Jednak dla tych, których umysł został osadzony w sercu, jest to spotkanie przepełnione płynnością przestrzeni, spotkanie z pustką, która jest podstawą wszystkiego. „Nicość” i „pustka” nie są brakiem, lecz nadmiarem. Są frędzlami płaszcza miłości (por. Mt 9, 20). „Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twego oblicza? Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę” (Ps 139, 7-8).

Nie trzeba się daleko zapuszczać w krainę ciszy, żeby zdać sobie sprawę z tego, że nasze psychologiczne „ja”, nasza osobowość (nie ta, o której święty Paweł mówi jako o „ukrytej z Chrystusem w Bogu”), jest konstruktem powstałym z naszych myśli i uczuć. Niewątpliwie jest to misterne i pożyteczne dzieło, jednak nasza najgłębsza tożsamość, w świetle której myśli i uczucia zdają się niczym zmiana pogody wobec stałości góry Syjon (por. Ps 125), zawsze pozostaje zanurzona w Boskim spokoju i ciszy. Chrzest, o którym mówi święty Paweł (por. Kol 3, 1-4; Ga 3, 27-28), ogłasza fundamentalną prawdę o naszym życiu: Bóg, którego szukamy, poszukiwał nas przez całą wieczność i odnalazł (por. Jr 1, 5); możemy Go zobaczyć, patrząc we własne oczy.

Analogicznie, Eucharystia jest dla chrześcijan ogłoszeniem tej jedności z Bogiem, która leży u podstaw naszego istnienia. W homilii na dzień Pięćdziesiątnicy święty Augustyn powiedział do zgromadzonych: „Jesteście tajemnicą składaną na ołtarzu Pana. Otrzymujecie tajemnicę, którą jesteście wy sami. I na ten dar odpowiecie «Amen»”24. Znacznie później Jan van ­Ruysbroeck opisał eucharystyczną jedność z Bogiem w sposób, który niemal nas przytłacza: „Jego głód nie zna miary. Ponieważ jest chciwym łakomczuchem i ma wilczy apetyt, zjada nas bez reszty, aż do szpiku naszych kości. (...) Ilekolwiek by nas zjadł, nie może się nasycić, ponieważ ma wilczy apetyt, a Jego głód jest niezmierny. (...) Chwyta nas jak sęp, który chce wszystko połknąć. On bowiem chce spożyć nasze grzeszne życie i przekształcić je w swoje życie”25.

Chrzest i Eucharystia są wielkimi sakramentami ofiary Boga z siebie. Tworzą i podtrzymują jedność Boga i człowieka wyrażoną w osobie Chrystusa. Są to sakramenty, których istota dotyczy naszej najgłębszej tożsamości, ukrytej w Chrystusie – Bogu wyrzekającym się przejawów swojej chwały.

Jedność z Bogiem nie jest czymś, co osiągamy za pomocą jakiejś techniki, ale podstawową prawdą o naszym życiu, będącą źródłem naszych poszukiwań Boga. Ponieważ Bóg jest podstawą naszego istnienia, ta relacja między stworzeniem a Stwórcą uniemożliwia oddzielenie od Boga. Bóg nie może być „nieobecny”. To, że większość z nas doświadcza w ciągu swojego życia oddzielenia lub oddalenia od Boga, jest wielką iluzją, na którą się nabieramy, a której przyczyna leży w kondycji człowieka. Poczucie oddzielenia od Boga jest rzeczywiste, lecz zagłębienie się w ciszę uzmysławia nam, że prawda leży głębiej niż nasze odczucia. Iluzja tej rozłąki jest stwarzana przez umysł i podtrzymywana przez to, że skupiamy naszą uwagę na fabule rozgrywającej się w naszej głowie opery mydlanej, wiecznym gwarze przyjęcia, który rozlega się w naszym umyśle. Dla większości z nas ten stan jest normalny i chętnie wymyślamy sobie nowe sposoby radzenia sobie z tą urojoną rozłąką (dużą część pracy wykonuje za nas kultura zorientowana na rozrywkę i napędzana przez konsumpcję). Niektórych z nas złudzenie bycia oddzielonym od Boga popycha do picia na umór czy robienia sobie krzywdy, by „bolało w innych miejscach, na zewnątrz”26.

Łaska zbawienia, łaska chrześcijańskiej pełni, która rozkwita w ciszy, rozwiewa ten miraż oddzielenia. Kiedy umysł poddany jest wyciszeniu i wszelkie nasze zamiary osiągania czegoś ukazują swoją nieprzydatność, objawia się głębsza prawda: o tym, że zawsze stanowiliśmy z Bogiem jedność i jesteśmy z Nim zjednoczeni (por. J 17, 21). Niezwykły świat myśli, odczuć, emocji i inspiracji, godne podziwu życie otaczającego nas stworzenia – to wszystko jest zaledwie zmianą pogody wobec świętej góry Boga. My jednak nie jesteśmy pogodą. My jesteśmy górą. Pogoda się zmienia – może to być cudowne słońce, czarne chmury czy niszczycielska burza – co jest oczywiste. Jeśli będziemy uważać siebie za tego rodzaju zjawisko atmosferyczne, kontrastujące ze stałością Syjonu (a większość z nas tak właśnie uważa, będąc przykutym do wewnętrznej opery mydlanej), wówczas prawda o naszej jedności z Bogiem pozostanie zaćmiona, a poczucie bolesnego osamotnienia będzie wzrastać. Kiedy umysł zostanie wprowadzony w krainę ciszy, dostrzeżemy, że jesteśmy górą, a nie zmienną pogodą, która „przydarza się” na górze. Jesteśmy świadomością, w której myśli i uczucia (które mylnie bierzemy za nasze „ja”) jawią się jako deszcz lub słońce na Syjonie.

Latami tę „pogodę” złożoną z myśli i uczuć bierzemy za nas samych, utożsamiamy się z naszą operą mydlaną, która skupia naszą uwagę. Dopiero cisza ujawnia, że „my” to rozległa świadomość, w której ta opera jest zaledwie osadzona. Ujrzenie tej fundamentalnej prawdy będzie dla nas wyzwoleniem, wyrwaniem się „z sidła ptaszników” (Ps 124, 7). „Ci, którzy Panu ufają, są jak góra Syjon, co się nie porusza, ale trwa na wieki” (Ps 125, 1). „Góra Syjon, kraniec północy, jest miastem wielkiego Króla” (Ps 48, 3).

Niektórzy ludzie, metafizyczni aż do przesady, mogą się obawiać, że cały ten wykład o jedności z Bogiem zaciera granicę między Stwórcą a stworzeniem. Jest jednak zupełnie inaczej – wyostrza on nasze postrzeganie tej granicy. Ewangelista Jan mówi, że jesteśmy latoroślami, zaś Chrystus krzewem winnym (por. J 15, 5). Latorośle nie są odizolowane od krzewu, lecz stanowią jedność. Jeśli się je odetnie, wkrótce zmarnieją i zgniją. Latorośl dopóty jest latoroślą, dopóki jest jednością z krzewem. Z jej perspektywy wszystko jest krzewem winnym. Mówiąc o tej przemianie postrzegania, która jest znakiem uświadomienia sobie jedności z Bogiem, Mistrz Eckhart pisze: „Wszystko staje się dla was Bogiem, bo we wszystkim nie dostrzegacie niczego poza Nim”27. W podobny sposób wyraża się święty Jan od Krzyża: „I zdaje się wtedy duszy, że cały wszechświat jest jednym morzem miłości, w którym ona jest zatopiona, nie widząc miary ni kresu tej miłości, gdyż odczuwa w sobie – jak już mówiliśmy – żywy punkt i ognisko miłości”28. Jeśli życie przeżywane jest w tym „ognisku”, jak wyraża się Jan od Krzyża, całe zdaje się przepełnione Bogiem.

Możemy przyrównać człowieka do gąbki w oceanie. Gąbka wokół siebie i wewnątrz siebie dostrzega ocean. Jest zanurzona w tym, co jednocześnie przez nią przepływa. W przeciwnym razie nie byłaby gąbką. Niektórzy nazywają to zjednoczeniem różnicującym; im bardziej zdajemy sobie sprawę ze swojej jedności z Bogiem, tym bardziej stajemy się tacy, jakimi mamy być, jakimi zostaliśmy stworzeni. Stwórca rozlewa swoją miłość; Jego stworzenia są właśnie rozlaną miłością.

Jedność z Bogiem zachowuje wszelkie granice między stworzeniem a Stwórcą. Charakteryzuje ją świadomość istnienia granic i ich wyrazistość. Kiedy nasza świadomość rozluźni swój artretyczny uchwyt, by ukazać otwartą i delikatną dłoń, wtedy ta świadomość staje się cicha i rozległa w głębi chwili obecnej. Jak ujął to Mistrz Eckhart: „Oko, w którym widzę Boga, jest tym samym okiem, w którym widzi mnie Bóg; moje oko i oko Boga są jednym okiem, jednym widzeniem, jednym poznaniem i jedną miłością”29. Święty Jan od Krzyża pisze o tej samej tajemnicy. „Dusza jest zjednoczona i przemieniona w Bogu, oddycha Bogiem i w Bogu tym samym niebiańskim oddechem, którym Bóg będąc w niej, w niej sam oddycha”30. To objawienie ciszy.

Kiedy nasze życie w Bogu zaczyna omywać brzegi (granice) poznania, nie widzimy już dłużej wyobrażeń czy kształtów, żadnych świętych obrazów czy rzeźb, niczego, czego mógłby się uchwycić nasz rozum. Wiemy tylko ponad wszelką pewność, że rozbrzmiewa tam cisza – zwiastun tej płynnej, rozległej przestrzeni, która jest sednem wszystkiego. Słowa nie mogą tego wyrazić (por. 2 Kor 12, 4). Nie skalał tej krainy żaden język. Taka właśnie jest nieprzenikniona cisza, w której jesteśmy zanurzeni. Jednak ta sama cisza oczyszcza umysł i wyzwala język z okowów. „Zaśpiewam i zagram. Zbudź się, duszo moja, zbudź, harfo i cytro! Chcę obudzić jutrzenkę” (Ps 57, 8-9).

Rozdział drugi

Dziki sokół umysłu

Czyńcie, ręce, co wam trzeba

Ściągnijcie umysłu balon

Co ulata pośród nieba

W to ciasne mieszkanie.

W.B. Yeats

Zbyt niecierpliwy jest kompas umysłu.

R.S. Thomas

Kiedy w mojej głowie kotłuje się zbyt wiele myśli, długa przechadzka pozwala mi pozbyć się tego uczucia – podobnego do odurzenia oderwania od życia. Zazwyczaj przechadzam się wśród pól. Nieraz widywałem podczas mojego spaceru mężczyznę z czterema pięknymi terierami. Były to cudowne psy. Rozsadzała je energia, a przy tym zachowywały elegancję i bystrość, kiedy biegały i skakały wśród pól. Przyjemnie było popatrzeć na ich mięśnie napinające się w biegu wolności. Ściśle rzecz ujmując, dotyczyło to tylko trzech psów. Czwarty trzymał się blisko właściciela i biegał dookoła jego nóg. Nigdy nie potrafiłem go zrozumieć – miał przecież do zabawy tyle przestrzeni, ile zapragnął. Pewnego razu zapytałem o to jego pana. „Dlaczego ten pies woli kręcić się w kółko, zamiast biegać z innymi?”. Mężczyzna wyjaśnił mi, że zanim pies znalazł się u niego, był trzymany w klatce i takie bieganie w kółko było jego jedynym sposobem poruszania się. Dla tego teriera „bieganie” oznaczało zataczanie ciasnych kręgów. Zamiast gonić po bezkresnych polach, które miał na wyciągnięcie łapy, wolał jedyne ćwiczenie, jakie znał.

Ten przykład stał się dla mnie doskonałą metaforą na wyrażenie ludzkiej kondycji. Jesteśmy wolni – jak powiedział psalmista: „Dusza nasza jak ptak się wyrwała z sidła ptaszników” (Ps 124, 7). Jednak trwa w nas pamięć zamknięcia w klatce. I tak właśnie biegamy, zataczając ciasne kółka, nawet jeśli otaczają nas rozległe pola łaski i wolności.

To obsesyjne kręcenie się w kółko stwarza i podtrzymuje cierpienie, z którego zrobione są pręty naszej mentalnej klatki. W tej klatce spędzamy sporą część swojego życia (czy też tego, co wydaje nam się życiem). To zamknięcie może być całkiem wygodne – terier, o którym pisałem, podczas spaceru cały czas merdał ogonem. Jednak jego długofalowy wpływ na człowieka może być destrukcyjny. W zamknięciu zaczynamy wierzyć, że jesteśmy oddzieleni od Boga. Bóg staje się wówczas nieokreślonym obiektem w oddali, wymagającym przebłagania i pochwały31. Taka wizja bożka-tyrana bierze się właśnie z iluzji oderwania od Boga. Wyznając tyrana, żyjemy w umysłowym więzieniu (jakkolwiek luksusowo urządzonym). W ten sposób zaczynamy wierzyć, że jesteśmy samotni, godni pogardy, głupi, zahukani i niegodni miłości. Wierzymy w to kłamstwo, a nasze życie przemienia się w wieczny bal, maskaradę, która ma ukryć niepokój i niewiedzę o naszej prawdziwej naturze.

Wewnętrzny film

Ta kobieta potrafiła lekko przemknąć przez scenę lub wpaść jak burza pomiędzy innych tancerzy. Podziwianie tej światowej klasy baleriny było spotkaniem z wrodzoną gracją i jasnością. Ale gdyby zapytać ją o jej własne piękno i inspirację, jaką daje innym ludziom, w jej oczach zobaczylibyście jedynie zdziwienie i niedowierzanie. Zamiast odpowiedzi opowiedziałaby wam o dręczącej ją obsesji perfekcjonizmu. Obsesja ta według niej przypominała odtwarzanie w myślach kilku nagranych filmów, które bez przerwy była zmuszona oglądać. Pochłaniały one całą jej uwagę.

Czego dotyczyły te filmy? Najczęściej tego, że ta piękna kobieta nie potrafi czemuś sprostać, nie dorasta do jakiegoś poziomu. Nie dotyczyło to wyłącznie baletu, ale całego jej życia. Osobny blok stanowiły filmy o gniewie. Gniew odciskał swoje piętno na jej ciele – świadczyły o nim wiecznie zaciśnięte szczęki i ciało pozbawione grama tłuszczu. Jednak gniew przykrywał tylko strach: strach przed krytykami i ich opinią, strach, że pewnego dnia opuści ją mąż, strach przed samotnością.