Opis

Która arystokratka została agentką? Czy „Krwawą Lunę” dręczyły wyrzuty sumienia? Dlaczego Irena Gelblum zmieniła nazwisko? Co, oprócz zainicjowania w Polsce Uniwersytetów Trzeciego Wieku, zawdzięczamy Halinie Szwarc? Najnowsza książka z serii biografii historycznych wydawnictwa Lira przedstawia sylwetki dziesięciu Polek, którym przyszło igrać z własnym życiem i historią. Bohaterki? Zdrajczynie? A może ofiary czasów, w jakich przyszło im żyć? Jarosław Molenda, znany pisarz i publicysta, przybliża nam losy Polek uwikłanych w tragiczną historię XX wieku. Kontrowersyjne postaci, tajemnice wywiadów i biograficzne ciekawostki gwarantują pasjonującą lekturę!

Autor ma w swoim dorobku ponad trzydzieści książek popularno-naukowych o tematyce historycznej i podróżniczej, jest też dziennikarzem magazynu „Dookoła Świata”. Nakładem Liry ukazały się dotychczas „Podróżniczki. Dziewczyny, które nie znały granic” jego autorstwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 20 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Popularność


Redakcja: Ewa Popielarz, Alicja Berman

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: ©yui/shutterstock.com,

©Kirill Makarov, ©Sergejs Rahunoks/123rf.com

Zdjęcie autora: © Karolina Gajcy

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Źródła ilustracji: domena publiczna, Wikimedia Commons, zbiory Uniwersytetu Trzeciego Wieku im. Prof. Haliny Szwarc w Warszawie, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Pomimo usilnych starań autorowi nie udało się dotrzeć do wszystkich właścicieli praw autorskich rycin i fotografii zamieszczonych w niniejszym opracowaniu czy choćby ich zidentyfikować. Prawną podstawę wykorzystania tejże ikonografii stanowiło założenie, że należą one do domeny publicznej, ponieważ zgodnie z art. 3 ustawy z dnia 29 marca 1926 roku oraz art. 2 ustawy z dnia 10 lipca 1952 roku o prawie autorskim, fotografie polskich autorów (lub te, które ukazały się po raz pierwszy w Polsce lub równocześnie w Polsce i za granicą), opublikowane bez wyraźnego zastrzeżenia praw autorskich przed uchwaleniem ustawy z dnia 23 maja 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych, nie podlegają ochronie; należy domniemywać, że są własnością publiczną. Ewentualnych właścicieli praw autorskich prosimy o kontakt z wydawnictwem.

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-50-1 (EPUB); 978-83-66229-51-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Od Autora

Pierwsza wojna światowa i militarne zmagania z lat 1918–1920 radykalnie zmieniły postrzeganie Polek przez społeczeństwo oraz przez nie same. Kobiety przestały być jedynie matkami i żonami powstańców, obnoszącymi się czernią po kolejnych klęskach, czy kimś w rodzaju Mickiewiczowskiej Litwinki, dziewicy-bohatera, Emilii Plater. Nic już nie mogło zahamować ambicji Polek, by uczestniczyć na równych prawach z mężczyznami nie tylko w wysiłku obronnym państwa.

W związku ze skalą działań II wojny światowej i udziałem mężczyzn w bezpośrednich walkach na frontach tego konfliktu doszło wówczas do złamania wielu obowiązujących dotychczas społecznych konwenansów. Kobiety były obecne we wszystkich obszarach zarezerwowanych do tej pory wyłącznie dla mężczyzn. Jak trafnie zauważa Mikołaj Morzycki-Markowski:

„Łamiąc nierozsądny z ich punktu widzenia opór przełożonych, zajęły się sabotażem i dywersją – wysadzaniem torów i mostów, wywiadem, wyrafinowanym szpiegostwem, konstruowaniem broni i ładunków wybuchowych, fałszerstwami dokumentów, pracowały przede wszystkim jako łączniczki, sanitariuszki i sekretarki. Czytając wspomnienia z tamtych lat, należy czasem zadać pytanie, jak to możliwe, że kobieta przygotowująca i podająca obiad na spotkaniu Komendy Głównej AK następnego dnia jechała setki kilometrów z zadaniem realizacji wyrafinowanego zadania wywiadowczego. A takie sytuacje i na takim poziomie konspiracji się zdarzały”[1].

W zamieszczonych w niniejszym opracowaniu biografiach opisałem życiową drogę bohaterek, od urodzenia aż do śmierci, oraz ich kolejne wybory, które zadecydowały o tym, że trafiły na karty zawikłanej historii. Starałem się zobrazować mniej znane fragmenty tych życiorysów, podejmując również próbę skonfrontowania się ze stereotypami, których w przypadku całej dziesiątki nie brakuje. Część z tych pogłosek okazała się zwyczajnie nieprawdą.

Z pewnością najbardziej znaną polską agentką wywiadu z czasów II wojny światowej jest Krystyna Skarbek. Jej sława przyćmiła nieco dokonania innych Polek, które także zapisały piękne karty historii. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje Halina Szymańska. Postać enigmatyczna, a przez to niezwykle ciekawa, choć nie była żołnierzem ani nawet funkcjonariuszem wywiadu. Równie niesłusznie zapomniane pozostają Halina Szwarc czy Klementyna Mańkowska. Na paradoks, a wręcz na skandal zakrawa, że biogram tej ostatniej w angielskiej wersji Wikipedii jest o wiele obszerniejszy niż na jej polskiej stronie!

Mimo coraz bogatszej dokumentacji wciąż wiele zagadek czeka na rozwiązanie. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę, jak dobrze maskowały się rodzime agentki, trudno oczekiwać ostatecznego ustalenia szczegółów ich życiorysów. Były z pewnością postaciami nietuzinkowymi, a ich życie to gotowy scenariusz na film lub serial wojenno-przygodowy.

ROZDZIAŁ IZofia Kossak 1889–1968

Jej dziadkiem był Juliusz Kossak, klasyk malarstwa, o którym Stanisław Witkiewicz pisał: „Cokolwiek żyło w obszarze Polski, wszystko to żyło i żyć będzie w dziełach Kossaka”. Artystycznym spadkobiercą Juliusza, autorem scen batalistycznych, był jej stryj Wojciech Kossak. Z kolei jej ojciec, Tadeusz Kossak, o jedną kartkę z kalendarza młodszy od brata bliźniaka Wojciecha (jeden przyszedł na świat 31 grudnia 1856 roku, a drugi już 1 stycznia 1857 roku), zapamiętany został w dziejach rodzinnych nie jako człowiek sztuki, lecz jako uczestnik ruchów wolnościowych i więzień carskiej tiurmy.

„Wojtek i Tadeusz – wspominała Magdalena Samozwaniec – byli braćmi bliźniakami, tak podobnymi do siebie, że ich matka wiązała im na szyjach kolorowe tasiemki, aby móc ich odróżnić”[1]. Obaj poślubili siostry – Annę i Marię Kisielnickie herbu Topór. Czy i one miały podobny problem jak teściowa, tego kroniki rodzinne nie odnotowały...

Rodzina Wojciecha to tak zwana krakowska linia Kossaków. Bogaci, światowi, wyemancypowani. Zupełnie różni od tych z Górek, którzy z trudem wiązali koniec z końcem. Również Zofia Kossak była zupełnie inna niż jej krakowskie kuzynki. One kokieteryjne, romantyczne, w pięknych sukniach. Ona już w młodości nosiła skromne suknie z niskim stanem lub przewiązane paskiem, włosy wiązała w kok bądź ścinała na pazia. Była rozsądna, praktyczna i, jak o Zofii pisała Magdalena Samozwaniec: „biegała, tupiąc bosymi stopami, a na koniu jeździła na oklep”[2].

Rzeczywiście jej ulubionym zajęciem była jazda konna, zwłaszcza po przeniesieniu się do Skowródek na Wołyniu, gdzie mieściła się stadnina, a nieopodal „widniały Werchniaki, przed laty emira Rzewuskiego własność, gdzie w lochu ukrytym pono po dziś dzień czekają skarby jego własną ręką zakopane”. Pani Zofia i bez takiego sąsiedztwa doceniłaby siłę legendy, ale patronat mitycznego emira, opiewanego przez Mickiewicza w Farysie, z pewnością przydawał romantyzmu jej ówczesnej sielskiej egzystencji.

Jak zauważa Monika Luft, wiele napisano o Zofii Kossak-Szczuckiej jako współinicjatorce Żegoty, więźniarce Auschwitz, zaangażowanej publicystce, pisarce przybliżającej młodemu pokoleniu dzieje kraju. Tyle słów – mądrych, gorzkich, oskarżycielskich, usprawiedliwiających – padło w dyskusji o tym, czy jej heroiczna postawa w czasie wojny zmazała czy też nie winę, jaką było manifestowanie niechęci do Żydów. Ale dla ludzi, którzy swoje życie związali z hodowlą koni arabskich, pozostanie ona autorką relacji o budzącym grozę odejściu świata, który dziś istnieje już tylko na kartach książek.

„A koniec, jak wiemy, był straszny – pisze Monika Luft. – Kossak-Szczucka, uciekinierka z Nowosielicy, była świadkiem unicestwienia słynnej stadniny w Antoninach, niegdyś letniej rezydencji książęcego rodu Sanguszków, potem siedziby księcia Józefa Potockiego, młodszego syna Marii z Sanguszków Alfredowej Potockiej, zapalonego hodowcy, który z pasją kontynuował dzieło swego dziada, Romana Sanguszki, wielbiciela koni arabskich. [...]

Jakie znaczenie mogą mieć cierpienie i śmierć zwierząt, choćby najwspanialszych i najbardziej szlachetnych, gdy giną całe narody, gdy miliony ludzi skazywane są na zagładę, a okrucieństwa zdają się nie mieć końca? Kto by się przejmował losem koni, gdy historia gotuje ludziom los najtragiczniejszy z możliwych: Kto by chciał dawać temu świadectwo i po co? Chyba tylko ktoś, kto nie ma wyboru. Bo nie da się uciec od wrażliwości, gdy nosi się nazwisko wszechstronnie utalentowanej, malarsko i literacko, rodziny”[3].

Osobowości trzech wnuczek Juliusza Kossaka były bardzo zróżnicowane, okoliczności edukacyjne również, toteż i ich twórcze drogi potoczyły się w zupełnie odmiennych kierunkach. Z kronikarskiego obowiązku należy wyjaśnić, że kuzynkami Zofii były córki Wojciecha, oddane literaturze – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska poezji, a Magdalena Samozwaniec, „najdowcipniejsza kobieta w Polsce”, pełnemu humoru powieściopisarstwu.

Pomiędzy Magdaleną a Lilką, jeśli chodzi o sferę literacką, nie było żadnej zazdrości. Inaczej w wypadku kuzynki z Górek. Madzia często mówiła z żalem o tym, że „Zosia-Paxosia” o nic po wojnie nie musiała walczyć, bo to katolickie stowarzyszenie wydawało ją natychmiast. A ona wciąż musiała użerać się z kolejnymi wydawcami, chcącymi uczyć ją pisać. Obie panie, mimo że były najbliższymi kuzynkami, nigdy nie znalazły wspólnego języka. Były zbyt różne. Zofia – bardzo pobożna i zasadnicza, a Madzia jak Madzia...

Literacki talent Zofii poszedł w innym kierunku. Chyba najbliżej jej było do dziada Juliusza, któremu poświęciła swoją książkę Dziedzictwo. Nie musiała podpierać się zresztą rodowym nazwiskiem, ponieważ na międzynarodową sławę zapracowała własną tytaniczną pracą pisarską, na którą złożyło się kilkadziesiąt tytułów i która – za sprawą książek historycznych – przyniosła jej chwalebny tytuł „Sienkiewicza w spódnicy”. Jerzy Zawieyski, dramaturg i poeta, konstatował w latach pięćdziesiątych: „To była pisarka wielkiego talentu. Spór szedł o to, czy lepsza niż Sienkiewicz, czy nie”[4].

Każdy inaczej ją zapamiętał. „Rozmawiając z ludźmi, patrzyła zwykle gdzieś w przestrzeń, jakby w dalekim punkcie szukając koncentracji myśli” – wspominał Aleksander Kamiński, ten od Kamieni na szaniec, który przed wojną przyjeżdżał z harcerzami do Górek. „Miała głęboki głos, podkreślany gestem. Mówiła poprawnymi, pełnymi zdaniami, nie wymawiała dobrze «r», często uśmiechała się – była na ogół bardzo pogodna. [...] Nie wahała się pokpiwać z siebie i ze swoich kłopotów”[5].

Zdaniem jej córki matka była dziwna, więc żeby ją zrozumieć, trzeba by porozmawiać ze wszystkimi ludźmi, którzy ją w życiu spotkali. Wśród nich była sławna pisarka. „Przyjechała po męsku na rowerze – wspominała wizytę w Górkach Maria Dąbrowska w dwudziestoleciu międzywojennym. – Było bardzo przyjemnie z nią rozmawiać. Mówiąc zabawnie zamyka oczy, jakby śniła. Polubiłam ją. Polubiłam ją bardziej niż innych ze świata literackiego”[6].

Po wojnie ze zdjęć i obrazów uważnie patrzy postawna starsza pani. Tak zwany męski typ. Surowe spojrzenie, długie włosy ściągnięte do tyłu, ciemna bluzka. Halina Bortnowska, publicystka związana z pismem „Znak”, która poznała Zofię w latach sześćdziesiątych, twierdziła, że: „To była herod-baba. Miała w sobie ziemiańską, kresową niezależność, dumę i zadziorność. Rządziła się po swojemu”[7].

W 1915 roku wyszła za Stefana Szczuckiego, zarządcę części dóbr hrabiego Józefa Potockiego z Antonin na Wołyniu. Wkrótce na świat przyszli dwaj synowie: Julek i Tadzio. Po śmierci męża w 1922 roku Zofia zabrała chłopców na Śląsk Cieszyński, do Górek. Tam wyszła za mąż po raz drugi, w roku 1925, za Zygmunta Szatkowskiego. Znali się już od dawna, bo Zygmunt przyjaźnił się z najmłodszym bratem Zofii i przyjeżdżał do jej domu rodzinnego na wakacje.

„Mając lat dwanaście, zakochał się w Zofii – wspominała jej córka – i przyrzekł, że nie poślubi żadnej innej... Ale starsza od niego o siedem lat Zofia była już panną na wydaniu i traktowała żartobliwie «oświadczyny» Zygmunta. Lata minęły i życie samo ułożyło ich losy: pobrali się i mieli dwoje dzieci – Witolda i mnie”[8].

W podobnym tonie wspominała tę parę kuzynka Janina Lasocka: „to było małżeństwo szczęśliwe, przedziwnie szczęśliwe. On mówił do niej «mateczko» i wydawało się, że pragnie odgrodzić Ją od wszelkich niebezpieczeństw i przykrości. Ona trzęsła się nad «majorem», dogadzała mu we wszystkim, z jego zdaniem liczyła się jak z wyrocznią”[9].

Jak na tamte czasy tworzyli niezwykły związek, prawdziwie partnerski. Oboje realizowali swoje marzenia i pasje. Zygmunt był piłsudczykiem, oficerem Wojska Polskiego. Wysoki, przystojny, bardzo inteligentny. Jego zdolności w zakresie kartografii i historii wojskowości dostrzegł Sztab Generalny, więc przeniesiono go do Warszawy. Zofia, wówczas już ceniona pisarka, pojechała za mężem.

To on był odpowiedzialny za przygotowywanie dla Zofii planów bitew. Zabierała je ze sobą w podróże i wypełniała wymyśloną fabułą. Tak było z Krzyżowcami – opowieścią o wyprawach krzyżowych. „Ojciec wyrysował tak doskonałe plany – wspomina Anna Szatkowska – a matka tak dokładnie je skopiowała w książce, że żołnierze Andersa wspominali, że «Krzyżowcy» byli ich przewodnikami turystycznymi po Bliskim Wschodzie”[10].

Trzeba przyznać, że panią Zofię spotkało wiele osobistych tragedii. Pierwszy mąż zmarł z powodu guza przysadki. Pierworodny syn, Julek, umarł na zapalenie opon mózgowych w wieku dziesięciu lat. Tadzio Szczucki, drugi syn, przystojny, utalentowany rzeźbiarz, został zamordowany w Auschwitz w 1943 roku. Do końca życia nie mogła się pogodzić z losem, który spotkał jej dziecko, dlatego na grobie Julka nigdy nie zamieściła tablicy z informacją o śmierci Tadzia[11].

Zofia Kossak ze swoją mamą i z dziećmi już w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku opuściła dwór w Górkach Wielkich. Nie wiedziała jeszcze, że kiedy go znowu ujrzy, będzie w ruinie. Mąż 31 sierpnia udał się wieczorem do biura w Ministerstwie Obrony. Żonę miał zobaczyć dopiero po sześciu latach. Pod niemieckimi bombami rodzina wśród innych uciekinierów rozpoczęła odyseję, by wreszcie wrócić do stolicy. Zaledwie przebrzmiały odgłosy walki i klęski, pani Zofia włączyła się w nurt pracy konspiracyjnej.

„Używała mnie do noszenia zeszytu z notatkami, który wiecznie gubiła” – wspominał jej współpracownik z wojennej konspiracji Władysław Bartoszewski w książce Warto być przyzwoitym. Najpierw współredagowała pierwsze podziemne pismo „Polska Żyje” (zwane „Peżetką”), a następnie została redaktorką naczelną „Prawdy”, pisma tajnej katolickiej organizacji Frontu Odrodzenia Polski, którą współtworzyła. Tylko najbliżsi wiedzieli, że ukochana suczka matki pisarki, Fopcia, otrzymała imię, które powstało z inicjałów organizacji.

Ona też była twórczynią kryptonimu Tymczasowego Komitetu im. Konrada Żegoty, który powstał 27 września 1942 roku w porozumieniu z Delegaturą Rządu na Kraj. Konrad Żegota to postać fikcyjna z III części Dziadów Mickiewicza. Nazwisko zaczynało się na literę „Ż” (jak Żydzi) i pozwalało zarówno w rozmowie, jak i dokumentach uniknąć słowa „Żyd”[12]. Była to jedyna w okupowanej Europie specjalna organizacja społeczna utworzona w celu niesienia pomocy Żydom.

„Nie była to praca ani łatwa – przyznawała – ani wdzięczna. Ryzyko szalone. Żydzi są rasą nieodporną psychicznie, przedenerwowaną, załamywali się od razu. W razie schwytania «sypali» wszystkich, którzy im dali schronienie. Kiedyś pytałam jednego b[ardzo] porządnego Żyda, czy w razie «wpadki» sypnąłby nas. Namyślił się nad odpowiedzią. Powtarzam, to był b[ardzo] porządny i rozumny człowiek. Powiedział: «Proszę pani, ja bym nie chciał, ale jakby bili, to ja bym musiał»”[13].

Potem przyszły czasy jeszcze gorsze. Nie dość było jednej dziejowej katastrofy. Kossak-Szczucka, która – nie ukończywszy trzydziestu lat – widziała zagładę świata ziemiaństwa kresowego, jako pięćdziesięciolatka ujrzała koniec świata polskich Żydów. Zdarzyły się potworności, wobec których wszyscy – w tym i ona – musieli zająć stanowisko i podporządkować się okupacyjnej rzeczywistości.

Podporządkować się? To nie leżało w naturze Zofii Kossak. Ona nie podporządkowała się nawet konspiracyjnym regułom. Przynajmniej tak wynika ze wspomnień Stefana Korbońskiego, który w czasie okupacji był szefem Kierownictwa Walki Cywilnej i kilkakrotnie się z nią spotykał:

„Siedziała przede mną znana pisarka, Kossak-Szczucka, której kilka książek przeczytałem przed wojną i do której odnosiłem się z wielkim respektem, ale musiałem ją surowo skarcić:

– Szanowna pani! Otrzymała pani dzień i godzinę spotkania ze mną w naszej głównej kwaterze KWC i nie pytając się nikogo o zgodę przyprowadziła pani z własnej woli kilkunastoletnie dziewczę wiejskie z Zamojszczyzny, bo się uparło, żeby pracować w Walce Cywilnej. Gdyby młody chłopak chciał wstąpić do wojska, czyby go pani przyprowadziła wprost do szefa sztabu? Czy nie wystarczyłoby zaprowadzenie go do najbliższej jednostki wojskowej lub powiatowej komendy uzupełnień?

Kossak-Szczucka, pani w sile wieku, zawstydziła się.

– Ma pan rację. Zrobiłam głupstwo. Złamałam zasady konspiracji. Proszę mi to wybaczyć”[14].

Niestety nie był to odosobniony incydent. O podobnym lekceważeniu zasad wzmiankował kurier Rządu RP na uchodźstwie Jerzy Lerski: „pani Zofia zagięła na mnie parol i postanowiła, bym się jako emisariusz z Londynu zaprodukował również na zebraniu przedstawicieli tegoż SOS-u. W staromodnym salonie państwa Lasockich[*1], poprzez kłęby dymu wpatrywało się we mnie kilkadziesiąt par ciekawych oczu, no i tego amatorstwa było mi wreszcie za dużo. Obróciłem się na pięcie i oświadczyłem gospodyniom, że moje instrukcje nie pozwalają na branie udziału w tego rodzaju zbiegowiskach, które się dla nas mogą bardzo źle skończyć. Podpadłem, jak to mówią w wojsku, znakomitej autorce «Pożogi», ale wkrótce na własnej skórze przekonała się, kto miał rację, gdyż w wyniku podobnej nieostrożności sama została wywieziona do Oświęcimia”[15].

Limit szczęścia o mało nie wyczerpał się już 17 stycznia 1941 roku. Tego dnia do jej mieszkania wpadli Niemcy. Poszukiwali Wandy Wilczańskiej i Zofii Kossak-Szczuckiej. Tylko dzięki gosposi, Helenie Podlaskiej, która przytomnie odrzekła, że owszem, w mieszkaniu są książki tej pisarki, ale ona osobiście jej nie zna i taka osoba tu nie mieszka, tym razem kobieta uniknęła aresztowania. Niemcy jednak szybko skojarzyli, że Zofia Szatkowska i Zofia Kossak-Szczucka to ta sama osoba.

Rano, skoro tylko minęła godzina policyjna, wszyscy oprócz cioci Ninki (Jadwigi Witkiewiczowej – żony Witkacego), która miała nogę w gipsie, opuścili mieszkanie. A Niemcy rzeczywiście przyszli godzinę później. Niestety we wrześniu 1943 roku Zofia Kossak-Szczucka została zatrzymana na ulicy, a w jej torbie znajdowały się konspiracyjne druki.

Choć Niemcy nadal nie zdawali sobie sprawy, kto wpadł w ich ręce, bo dysponowała dokumentami na „Frau Zofię Śliwińską”, trafiła na Pawiak, a potem do Auschwitz-Birkenau, gdzie zachorowała ciężko na tyfus. W kwietniu 1944 roku znowu przewieziono ją na Pawiak, by poddać kolejnemu śledztwu, bowiem wyszła na jaw jej tożsamość i związki z AK. W grypsie napisała z humorem między innymi: „podczas badania na Szucha, zęby moje, zawsze liche – spotkał najbardziej honorowy koniec”[16].

Sto dni czekała na wykonanie wyroku śmierci, aż zdarzył się cud. Dzięki usilnym nielegalnym i finansowym staraniom Delegatury Rządu na Kraj została na dwa dni przed wybuchem powstania warszawskiego zwolniona z więzienia na Pawiaku[17]. Z oświęcimskich przeżyć narodziła się jej wstrząsająca relacja Z otchłani – wydana dopiero w 1946 roku. Była to jednak książka niefortunna.

W numerze pierwszym czasopisma „Pokolenie” z 1947 roku ukazała się recenzja Tadeusza Borowskiego pod tytułem Alicja w krainie czarów. Autor, sam więzień obozu koncentracyjnego Auschwitz, uznał relację Zofii Kossak za „książkę złą i fałszywą, a przede wszystkim – beznadziejnie słabą literacko. Po prostu pamiętnik Alicji z krainy czarów”.

Spadł na nią grad zarzutów oraz pretensji, nawet ze strony przyjaciół, i to nie tylko za słabiznę literacką. W felietonie Czy tylko sarmackość? drwił z niej Melchior Wańkowicz, ponieważ we wspomnieniach z obozu koncentracyjnego zastąpiła słowo „kurwa” – „kulfonem”. Skomentował to w swoim stylu: „Biedna kurwa! Za tyle lat wiernej służby językowi!”[18].

Potem pojawiły się oskarżenia, że należała do uprzywilejowanej kasty Polek. Jak podaje Justyna Kowalska-Leder, w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau zachowały się relacje byłych więźniarek, które zetknęły się z Kossak w bloku siedemnastym, na tak zwanym rewirze, czyli w szpitalu, w którym spędziła ponad połowę z siedmiu miesięcy uwięzienia w Birkenau. W ich świadectwach powtarza się wątek izolacji Zofii Kossak od reszty i jej bardzo ograniczonego wglądu w typowe warunki życia przeciętnego więźnia.

Była to izolacja spotęgowana, ponieważ, po pierwsze – rewir stanowił stosunkowo bezpieczną przestrzeń odseparowaną od reszty obozu, a po drugie – popularna pisarka, działaczka katolicka i niekwestionowany autorytet polskiego podziemia otoczona została szczególną opieką przez obozowy ruch oporu, w wyniku czego jej warunki bytowe były nieporównywalnie lepsze od położenia, w jakim znalazły się inne kobiety, nawet te przebywające w szpitalu[19].

Janina Wojnar-Sujecka, która przebywała z pisarką w bloku szpitalnym, ciepło wspomina słynną położną z Birkenau Stanisławę Leszczyńską, a także Sewerynę Szmaglewską, między innymi za to, że rozdawała wśród pacjentek zawartość przysyłanych jej przez bliskich paczek żywnościowych:

„Nie najlepiej natomiast – przyznawała – zapisała się w mojej pamięci Zofia Kossak-Szczucka. Moim zdaniem była zbyt zarozumiała, a jej zachowanie nosiło znamiona samolubstwa i egoizmu. Zdołała zgromadzić wokół siebie grono koleżanek, które traktowały ją jako osobę wysoce nieprzeciętną i stale obsypywały pochlebstwami. Miała na swojej koi czyste, białe prześcieradło i w ogóle zapewniano jej cieplarniane warunki”[20].

Oczywiście wśród relacji byłych współwięźniarek znajdziemy i takie, które harmonijnie współbrzmią z hagiograficznym tonem publikacji poświęconych „najdzielniejszej z dzielnych” polskiego podziemia. Jawi się w nich jako animatorka życia kulturalnego, a także inicjatorka praktyk religijnych niosących otuchę innym więźniarkom. W opisie Marii Przełęckiej przykuwa uwagę nieustanne rozmodlenie pisarki: „w każdej możliwie wolnej chwili modliła się w cichości, a w niedzielę «odmawiała» po polsku całą mszę św. półgłosem, jeśli się udało skupić choćby małej grupie”[21].

Z kolei dla samej Zofii Kossak to, czego była świadkiem i czego doświadczyła w Oświęcimiu, było tak bolesnym wspomnieniem, że jak mogła unikała rozmów na ten temat. Niekiedy tylko, w wyjątkowych okolicznościach, przywoływała pewne mniej dramatyczne wydarzenia, jak na przykład tę zdumiewającą i prawdziwą historię z Cyganką, którą usłyszała jej córka Anna:

„Gdy Mama zapadła na tyfus i było już z nią bardzo źle, leżała na brzegu górnej pryczy z dwiema innymi chorymi. Na dolnej, też z brzegu, leżała umierająca już stara Cyganka. W pewnym momencie ręka Mamy zwisła z pryczy, Cyganka ją schwyciła i nie chciała puścić, mamrocząc ze zdziwieniem:

– Ooo, ale ty masz ciekawą rękę... pozwól mi zobaczyć...

Mama starała się wyrwać dłoń z uścisku Cyganki, ale była już za słaba. A tamta ciągnęła dalej:

– Ty stąd wyjdziesz, nie umrzesz tu... widzę cię na wolności, z mężem i dwojgiem dzieci...

– Mylisz się, opowiadasz byle co, mam troje dzieci... Nie wierzę ci...

– Ja widzę tylko dwoje. Ooo, ale ty jesteś sławna... sławna... za morzem, tam za morzem są dla ciebie pieniądze... dużo pieniędzy! Ty będziesz żyła jeszcze długo... dłużej ode mnie...

Mama prędko zakończyła tę niepospolitą rozmowę w obawie, że ktoś, usłyszawszy wróżbę, zainteresuje się bliżej jej osobą. Zresztą przepowiednia Cyganki wydała się Mamie tak nieprawdopodobna wobec ciężkiego tyfusu, bez szans na wyzdrowienie, że ją zlekceważyła i uznała za śmiechu wartą fantazję. Nazajutrz Cyganka zmarła”[22].

Jednak Cyganka wcale nie była w błędzie, to pani Zofia nie wiedziała, że jej syn Tadeusz wtedy już od roku nie żył. Mimo tej tragedii Kossak-Szczucka nie wahała się narażać pozostałych dwojga dzieci – Witolda i Anny – by przeprowadzić Żydów w bezpieczne miejsca. Podobnie było podczas powstania warszawskiego. Znamienną scenę zrelacjonował Władysław Bartoszewski:

„Zapytałem, gdzie Witold i Anna. Powiedziała, że na Starówce. Zrobiło mi się głupio, bo tam już była bardzo ciężka sytuacja. «A masz może, Ciociu jakieś wiadomości od nich?» – zapytałem. Ona odpowiedziała: «Nie, ale są pod dobrą opieką». Głupio zapytałem: «Jak to, pod czyją?». Odpowiedziała: «Bożą»”[23].

Również przepowiednia mówiąca o pieniądzach za morzem w jakiś sposób się sprawdziła. Trzeba bowiem wiedzieć, że emblematyczni dla jej twórczości stali się Krzyżowcy – czterotomowa powieść historyczna, która doczekała się tłumaczeń na ponad dwadzieścia języków, nawet na japoński. W Stanach Zjednoczonych furorę natomiast zrobiło Bez oręża (Blessed are the Meek), które, wydawane pięciokrotnie, osiągnęło kolosalny, z górą półmilionowy nakład.

Cały swój talent literacki poświęciła jednak Zofia Kossak walce z hitlerowskim ludobójstwem. Wśród broszur i artykułów politycznych, które wyszły spod jej pióra, najbardziej pamiętny jest słynny Protest – pierwsza proklamacja przeciw zagładzie Żydów w gettach. Najbardziej chyba znanym fragmentem jest stwierdzenie: „Kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – ten przyzwala”.

Jednak dopiero po ponad czterech dekadach profesor Jan Błoński, autor słynnego eseju w „Tygodniku Powszechnym” o współwinie Polaków za mordowanie Żydów Biedni Polacy patrzą na getto, zwrócił uwagę na inne słowa Kossak: „Uczucia nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy ich uważać za politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski”[24].

Potem do pieca dołożyła dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego. Poszło o tekst jej autorstwa poświęcony losom Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Autorka wspomniała o Kossak tylko w jednym zdaniu, gdy opisywała antysemityzm przedwojennego polskiego Kościoła[25]. François Rosset, profesor literatury francuskiej w Lozannie, wnuk Zofii Kossak, na pytanie, czy babcia była antysemitką, odpowiedział pytaniem:

„Czy antysemitą można nazwać kogoś, kto: 1. był pierwszym intelektualistą katolickim w Europie, który publicznie zaprotestował przeciwko zagładzie Żydów? 2. konsekwentnie i systematycznie od początku 1942 roku o tym pisał w podziemnej prasie? 3. założył polską, katolicką organizację ochrony Żydów (Żegota), narażając życie nie tylko własne, ale i matki, syna, córki i wielu bliskich, organizację, która faktycznie uratowała tysiące ludzi?”[26].

Zdaniem Władysława Bartoszewskiego, który był podczas wojny osobistym sekretarzem Zofii Kossak: „Była ortodoksyjną katoliczką. Pisała na przykład, że dręczenie kobiet, Polek i Żydówek, na placu apelowym w Oświęcimiu, nędza, głód, bicie jest sprawiedliwą karą bożą za malowanie ust i noszenie jedwabnych pończoch. Szczególny sposób widzenia, który nie pokrywa się z moim”[27].

Notabene w podobnym tonie pani Zofia wypowiadała się w książce Das Antlitz der Mutter, która nie ukazała się po polsku ani w kraju, ani na emigracji (jedynie w 1957 roku niewielki fragment opublikowany został w „Słowie Powszechnym”). W publikacji wydanej w Zurychu w 1948 roku wyraziła opinię, że wojenne losy Polaków, obozy, zsyłki, więzienia są zasłużoną karą za grzechy narodu.

Jednocześnie ta sama znana z antysemickich wypowiedzi pisarka, odznaczona pośmiertnie medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, nie wahała się piętnować księży, którzy szkodzili Żydom. Jakby tego było mało, napisanego przez nią w 1940 roku Dekalogu Polaka dzisiaj na pamięć uczą się... wszechpolacy, którzy traktują go jak wyznanie wiary w naród i niechęci do wszystkiego, co obce. W ten sposób poglądy i teksty żarliwie wierzącej katoliczki przywłaszczyli sobie we współczesnej Polsce skrajni nacjonaliści.

Nie zawsze można się zgodzić z jej oceną poszczególnych zjawisk, gdyż – podobnie jak poprzednio twórca Trylogii – interpretowała je z punktu widzenia klasy społecznej, z której pochodziła i z którą łączyły ją tradycje, wychowanie, pogląd na świat. Nie zmienia to faktu, że była znaczącą postacią w literaturze polskiej, gorącą patriotką, kobietą o dużych zaletach umysłu i serca.

Władysław Bartoszewski zapamiętał ją jako „przykład otwartości i tolerancji w stosunku do ludzi, prawdziwej miłości człowieka, także innego, myślącego inaczej, przy nazywaniu bez wahania po imieniu zła i zbrodni. [...] nie zdarzyło mi się ani razu, dosłownie ani razu, usłyszeć jej negatywnego sądu o jakimkolwiek człowieku. Nie spotkałem przedtem w życiu nikogo, kto mówił o ludziach tylko dobrze lub wcale”[28].

Momentem przełomowym w powojennej biografii Zofii Kossak stało się wydarzenie, które w znaczący sposób zaważyło na dalszym jej losie, czyli emigracja. Przyczyny opuszczenia kraju wyjaśniała córka pisarki Anna Bugnon-Rosset (Szatkowska). Oto w drugiej połowie czerwca 1945 roku listonosz przyniósł list zaadresowany na jej prawdziwe nazwisko, a nadawcą było Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nowego komunistycznego rządu. Było to wezwanie na rozmowę z Jakubem Bermanem...

Minister przyjął ją od razu – uprzejmie, ale dość chłodno:

– Proszę pani, ja nie mam czasu do stracenia. Mam wobec pani dług rodzinny, który chcę spłacić. Uratowała pani z getta dzieci mojego brata, który zginął. Te dzieci żyją tylko dzięki pani. W związku z tym odwzajemniam się pani wszystkim, co mogę dla pani zrobić, zapewnię pani wyjazd, jeśli tylko zechce pani z Polski wyjechać. Jaka jest pani decyzja? Pani się waha? Ja pani radzę wyjechać.

Oszołomiona Zofia zdołała tylko odrzec, że jest z córką.

– Nie ma problemu, to córka też wyjedzie. Czy uważa pani, że spłaciłem swój dług?

Ledwo wydusiła z siebie, że chyba tak. Otrzymane zezwolenie nie oznaczało automatycznie wyjazdu. Nie funkcjonowały wówczas żadne połączenia, a i ambasady nie były skore do wydawania wiz. W końcu wydali je kobietom Szwedzi, zapewniając transport samolotem Czerwonego Krzyża, który w sierpniu 1945 roku wracał do Sztokholmu[29].

Kolejnym przystankiem na tułaczym szlaku okazały się Wyspy Brytyjskie, gdzie na rodzinę czekał już Zygmunt Szatkowski, który zawędrował tam jako żołnierz 2 Korpusu Polskiego. Pani Zofia zajęła się literaturą o treści religijnej, związanej z dziełami biblijnymi. W latach 1953–1955 należała do stowarzyszenia PEN-Club Polish Writers in Exile. W 1956 roku otrzymała nagrodę literacką imienia Włodzimierza Pietrzaka[30].

Niestety musiała zweryfikować plany szybkiego powrotu do Polski, gdy została wezwana do ambasady polskiej, żeby złożyć zeznania na temat więźnia Oświęcimia, lekarza Władysława Deringa, którego posądzano o współpracę z Niemcami. Jej zeznania go nie obciążały, więc nalegano, żeby je zmieniła. Nie zrobiła tego, ponieważ były to żądania „wkraczające w sprawy sumienia”[31].

I tak w 1951 roku, gdy rozpętały się w Polsce stalinowskie represje, Zofia Kossak została oficjalnie uznana za „cywilnie umarłą”. Odebrano jej polskie obywatelstwo, a jej książki zostały zakazane, wycofane ze sprzedaży i bibliotek, po czym oddane na przemiał. Ona zaś wyjechała na farmę w Kornwalii, gdzie małżeństwu Szatkowskich bieda zajrzała w oczy, zwłaszcza gdy wycofali się wspólnicy.

Bywało, że nie pisała listów, bo nie miała na znaczek. Po kilku latach, na wieść o przemianach dokonywanych podczas historycznego Października, państwo Szatkowscy postanowili porzucić harówkę na dwudziestohektarowej farmie hodowlanej i wrócić do ojczyzny. Fakt ten, nie bez pewnej ironii, pod datą 16 lutego 1957 roku, odnotowała Maria Dąbrowska:

„W czwartek przylatuje też do Warszawy stary szpak – Zofia Kossak-Szatkowska z mężem. Szczególne musi być uczucie wracać do kraju, z którym się nie przeżyło tych wszystkich ciężkich lat. To tak, jakby się opuściło dom rodzinny nawiedzony zarazą i wracało po latach dopiero na wiadomość, że ktoś przecie został i zdrowieje. A biedna, ledwo trzymająca się na nogach rodzina przyjmuje wracającą zabiciem cielca, którego jej na wykarmienie własnego domu nie starcza, i kwiatami, których sama sobie w swojej biedzie żałuje. Ale Bóg tam z nią, może też przeżywała złe rzeczy”[32].

I rzeczywiście, już na początku jej pobytu w Anglii w poczytnej emigracyjnej gazecie „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” ukazał się artykuł z informacją o przyjeździe pisarki, podkreślający jej zasługi w działalności konspiracyjnej. Kończył się niestety notatką od redakcji informującą czytelników, że „Zofia Kossak, jak się dowiadujemy, pracowała ostatnio jako osobista sekretarka p. Bolesława Bieruta”[33]. Część rodaków uwierzyła w te bzdury i nie szczędziła jej dalszych afrontów i obelg w prasie i na spotkaniach.

Jak podaje Joanna Jurgała-Jureczka, mimo że pisarka chciała uniknąć oficjalnych powitań, na warszawskie lotnisko przybyła spora grupa osób. Nagrano od razu wywiad dla radia, w którym na koniec pozdrowiła wszystkich „tysiącletnim polskim pozdrowieniem: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, ale to zdanie nie dotarło do słuchaczy. Zostało wykasowane przez cenzurę. Tuż po powrocie zadeklarowała ponadto: „Nie zamierzam stanąć w żadnym określonym obozie. Ale w jednej fali ludzi wierzących, że nienawiść można zwyciężyć, kierując się miłością”[34].

Według tej samej biografki, wracając do Polski, miała bardzo idealistyczne wyobrażenie o pracy pisarza w ludowym państwie. Sądziła, że nie może być gorzej niż na farmie w Anglii, tam przecież prawie wcale nie pisała. Tutaj wydawnictwo, które brało ją umiejętnie pod swoje opiekuńcze skrzydła, proponowało dość przyzwoite warunki finansowe. W dodatku nareszcie mogła zająć się tym, co kochała i robiła najlepiej.

Okazuje się, że nadal, mimo upływu lat, wątpliwości budzą okoliczności współpracy Zofii Kossak choćby ze Stowarzyszeniem PAX. Niektórzy uważają, że należała do niego i popierała jego politykę, inni – że wręcz przeciwnie. Najbliższy prawdy był zapewne kardynał Stefan Wyszyński, który zanotował w dniu śmierci pisarki: „Była rzetelną katoliczką. Jeśli drukowała swoje książki w PAX-ie, to tylko dlatego, że nie było innych możliwości”[35].

Początkowo należała jednak do grupy pisarzy katolickich aprobujących zasadnicze przemiany, jakie zaszły w kraju po II wojnie światowej. Oczywiście Maria Dąbrowska nie omieszkała jej tego wytknąć w swoim stylu:

„Kossak-Szczucka, dotąd kryjąca się pod ziemią – wynurzyła się robiąc 180 st. obrotu – Wystąpiła jako zelantka współpracy z Rosją i jedzie do Londynu na wielki wiec gdzie ma przemawiać za powrotem emigracji do kraju – Większej przysługi Rosji, Lebiediewowi (dzisiejszemu Repninowi) i Kominternowi nie mogła zrobić – Ponieważ najbliższą literacką nagrodę Nobla będzie decydować Rosja – więc sądzę, że o ile nie dostanie jej pisarz Sowiecki – [słowo nieczytelne] zostanie Szczucka”[36].

Tymczasem zafundowano jej sporo przykrości, incydentów i nieporozumień. Komunistyczny system i „porządek” dawał się we znaki na różne sposoby. Boje toczyła nie tylko z cenzurą. Pokornie musiała zabiegać na przykład o... węgiel. Zamiast pisać powieści, produkowała kolejne sążniste pisma do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Opałem i Materiałami Budowlanymi[37].

W różnych okolicznościach sprawdzały się słowa tych, którzy ostrzegali Zofię Kossak przed powrotem, uprzedzając, że będzie musiała dokonywać trudnych wyborów. Pisarka dość szybko zorientowała się, że mieli rację. Widziała, że wchodząc w konflikt z PAX-em, postępuje, jak to określiła, „niepraktycznie”, ale nie pierwszy raz robiła to, co sama uważała za słuszne. Nie przyjęła też Nagrody Państwowej I stopnia przyznanej w czerwcu 1966 roku przez władzę ludową „za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej”.

Był to królewski gest odrzucenia wyciągniętej ku niej po faryzejsku ręki. Zignorowała podany na srebrnej tacy apetyczny kąsek. Nagroda była nie tylko honorowym wyróżnieniem, stanowiła też solidny zastrzyk finansowy. Poza tym fakt jej przyznania czynił z niej osobistość szanowaną i fetowaną w peerelowskich salonach kulturalnych, otwierał szeroko wydawnictwa, biblioteki i księgarnie, do tej pory niedostępne. Komuniści więc oniemieli, gdy zapoznali się z jej odpowiedzią: „Nie mogę przyjąć nagrody od władz państwowych [...] odnoszących się wrogo do spraw dla mnie świętych”[38].

Nie znamy zakulisowych poczynań mających na celu uratowanie Zofii Kossak przed nieprzyjemnymi konsekwencjami odważnego kroku. Wiadomo na pewno, że nie znalazła się w gronie najbardziej szykanowanych pisarzy i naukowców, a przecież zaprzyjaźniony z nią Melchior Wańkowicz, który tak jak ona powrócił z emigracji, licząc na siłę pozytywnych zmian dokonujących się w Polsce, został osądzony[39].

Ją interesowała przede wszystkim odległa przeszłość Polski i Europy, a liczne powieści historyczne jej autorstwa wyróżniają się epickim spojrzeniem na poszczególne epoki. Od czasów Sienkiewicza nie było w naszej literaturze pisarza, który potrafiłby z taką intuicją i w sposób tak plastyczny przybliżać czytelnikom ludzi i wydarzenia minionych wieków. Okazała się niewolnicą patetycznego stylu, potrafiąc jednocześnie wzruszać i bawić. W ten sposób w dziejach polskiej literatury nomen omen zapisała się jako autorka historycznych powieści o wartkiej akcji, obarczonych nieznośnym dydaktyzmem.

Prawnik, publicysta, krytyk teatralny Emil Breiter był przekonany, że w postawie duchowej Zofii Kossak nie było nic z bigoterii, nic ze sztucznej monumentalności. Religijność była naturalnym stanem jej duszy, ponieważ pisarka nie wyklinała grzechu, uznając go za błąd, który zawsze można naprawić. Była ludzka, arcyludzka w każdej ocenie człowieczego czynu, a spraw miłości i erotyzmu nie traktowała z fałszywym, świętoszkowatym wstydem[40].

Wypada chyba zgodzić się z opinią jej wnuka, wybitnego intelektualisty, biografa Jana Potockiego, badacza Rękopisu znalezionego w Saragossie, który w eseju poświęconym babci konkludował, że w jej życiorysie spotkały się wszystkie nieszczęścia Polaków XX wieku[41]. I jakże aktualne pozostają słowa Wojciecha Żukrowskiego, którymi rozpoczął przemowę podczas jej pogrzebu: „Ludzie, czy wiecie, kogo żegnamy?”