Utkana z porannej mgły - Lidia Czyż - ebook

Utkana z porannej mgły ebook

Czyż Lidia

0,0

Opis

Gdy Agnieszka miała trzy miesiące, lekarze zdiagnozowali u niej mukowiscydozę (CF) – genetyczną, postępującą, nieuleczalną chorobę, w której średnia długość życia wynosi dwadzieścia trzy lata. Gdy rodzic słyszy taką diagnozę, ziemia usuwa mu się spod nóg. Jak żyć z takim „wyrokiem”? Skąd czerpać siłę do walki?

 

Jednak Agnieszka mimo choroby studiowała i pracowała, miała wielu przyjaciół, znalazła prawdziwą miłość. Stale była w biegu. „Ja nie mam czasu, ja muszę żyć tu i teraz” – powtarzała.

 

Jej matka, Magda, podzieliła się tą historią, by, jak napisała, przyniosła ona „ukojenie rodzicom chorych dzieci”.
„Historia pełna emocji, poruszająca, do bólu prawdziwa. Subtelna, ale i dosadna. Łzy płyną po policzku, piętrzą się pytania, ale nadzieja nie przestaje się tlić. To kolejna pozycja Lidii Czyż, która zatrzymuje i skłania do refleksji: «Co jest moją ostoją, kiedy po ludzku wszystko się wali?»”.
Dominika Cieślar

 

„Utkana z porannej mgły to piękna opowieść o dziewczynie, która mimo cierpienia do końca wnosiła nadzieję, radość i miłość w  życie ludzi, którzy ją otaczali. To także poruszająca historia macierzyńskiej miłości oraz siostrzanej relacji – jakże trudnej w tej sytuacji. Dla mnie czytanie o życiu Agnieszki było «operacją bez znieczulenia». Doskonale rozumiem Magdę, jej mamę, gdyż przeszłam przez podobne doświadczenie. Czytając, potrzebowałam pudełka chusteczek. Lidia Czyż jak zawsze ujęła wszystko po mistrzowsku. Uwielbiam jej twórczość”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Autor: Lidia Czyż

Redakcja: Dominika Czyż-Kufel

Korekta: Iwona Hardej, Agnieszka Luberadzka

Skład i przygotowanie do druku: Sylwia Cupek

Obraz na okładce: Dorota Bortowska

Projekt graficzny okładki: Sylwia Cupek

Konwersja na czytniki mobilne: Szymon Bolek

Druk i oprawa: Drukarnia im. A. Półtawskiego, Jedność

Copyright © Lidia Czyż, 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodzą

z Biblii warszawskiej (Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu,

Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1975).

Wydawca: Szaron

Księgarnia | Wydawnictwo | Hurtownia

ul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustroń

tel. 503 792 766

[email protected]

[email protected]

szaron.pl

Wydanie I, Ustroń 2025

ISBN 978-83-8247-257-8

Life is not about waiting for the storm to pass…

It’s learning to dance in the rain.

Życie nie polega na tym, by czekać, aż burza minie,

lecz na tym, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Vivian Green (tłumaczenie własne)

Tak wiele bólu i brak dobrego wytłumaczenia dlaczego.

Płakałeś, aż brakło ci łez.

I nic tutaj nie sprawi, że zrozumiesz,

dlaczego to, co tak bardzo kochałeś, wyślizguje ci się z rąk.

I pytasz: Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

[…]

Odpowiedzi na pytania odnajdziesz

gdzieś… kiedyś…

Choć teraz tego nie widzisz,

gdzieś… kiedyś…

ujrzysz potężne ramiona, wyciągnięte w twoją stronę,

które skrywają odpowiedzi.

Gdzieś… na końcu.

Amy Grant, „Somewhere Down the Road”. (Tłumaczenie własne)

(Bóg) Jest lekarzem złamanych serc,

jest tym, który opatruje ludzkie rany.

Księga Psalmów 147,3 (EIB).

Dedykuję tę powieść tym,

których serce zostało złamane przez stratę kogoś bliskiego, a szczególnie rodzicom nieuleczalnie chorych dzieci.

1.

– Skończyłyście? Wszystko gotowe? – zawołała mama chrapliwym głosem z kuchni, skąd dobiegał smakowity zapach zupy rybnej oraz kapusty z grochem. Potraw, bez których nie mogła się obyć wieczerza wigilijna na Górnym Śląsku. Zaś na jej zakończenie na stole musiały pojawić się makówki, przepyszny deser z maku z dodatkiem słodkiej bułki, mleka, miodu i bakalii. Czekałam na ten przysmak przez cały rok, przywołując w pamięci słodycz miodu i rześkość świeżego mleka.

– Prawie kończymy! – odkrzyknęłyśmy z siostrą równocześnie, ale bez entuzjazmu.

– Rozłóż jeszcze łyżeczki. Pamiętaj, równo nad talerzykami! – poleciła mi szeptem Dagmara.

– Pospieszcie się, niedługo wzejdzie pierwsza gwiazda i pora siadać do stołu – poganiała nas mama, wchodząc do pokoju.

Miała na sobie kuchenny fartuszek w kwiaty, a przez ramię przewieszoną wyblakłą, gdzieniegdzie poprzecieraną lnianą ścierkę. Spojrzała krytycznym okiem na stół i wyrównała noże i widelce. Zrobiła to z przyzwyczajenia bo leżały równiutko i nie potrzebowały korekty.

– Pieniądze pod obrus położyłyście? – spytała, nie patrząc na nas.

– Tak! – znów odpowiedziałyśmy równo, a Dagmara wskazała lekkie wybrzuszenie pod obrusem.

– A betlyjkę postawiłam tutaj, na półce, dobrze? – Wyciągnęłam rękę w kierunku starej drewnianej stajenki betlejemskiej, rodzinnej pamiątki, która przetrwała wojnę. Umieściłam ją pomiędzy figurkami świętych, przywiezionymi przez babcię z jakiejś pielgrzymki, a kryształowymi wazonikami, ślubnym prezentem rodziców.

– Dobrze. – Mama kiwnęła głową, ledwie rzucając okiem.

Stałyśmy z siostrą wyprostowane jak na lekcjach wuefu, gdy padała komenda: „Baczność!”.

– Opłatki są… zapałki do świec też… – mamrotała mama bardziej do siebie niż do nas. – No, może być – skwitowała w końcu beznamiętnie. Jej oczy nadal były zaczerwienione od płaczu. – Najwyższy czas zacząć się szykować.

– A tata…? – wydusiłam przez suche gardło.

Nie wiedziałam, jak mama zareaguje – zruga mnie czy zrozumie, że chcę okazać jej współczucie – bo nie należała do tych wylewnych i rozczulających się. Była konkretna, rzeczowa, „zadaniowa”. Troszczyła się o nas, jednak nie okazywała nam czułości. Gdy kiedyś Adrian, nasz młodszy brat, się do niej przytulił, stwierdziła po chwili, niby w żartach: „Dość, bo się przyzwyczaisz”.

– Tata… Tata powinien się zaraz ogarnąć – odmruknęła.

Nie byłam tego taka pewna po awanturze, jaką urządził niespełna godzinę wcześniej.

Czy tak musiało być w każdą Wigilię?! Czy ojciec musiał niszczyć całą atmosferę tego wyjątkowego dnia? Przez niego trudno było mi nawet cieszyć się na prezenty, które zapewne, jak tylko pójdziemy się przebrać, pod choinkę położy Dzieciątko. (Udawaliśmy, że wierzymy w tę wersję, choć od dawna wiedzieliśmy, że prezenty przygotowuje mama).

Wprawdzie podarki były skromne, symboliczne, lecz to nikomu nie przeszkadzało. Zazwyczaj w zawiniątku z szarego papieru, przewiązanym konopnym sznurkiem z wetkniętą za niego zieloną gałązką jodełki czy świerku, znajdywaliśmy ciepłe skarpetki, czapkę robioną na drutach, czasem książkę. W sklepach bowiem nie dało się kupić niczego innego. Na półkach królowały butelki z octem i słoiki z musztardą, poukładane w wymyślne piramidy. Wszystko inne było przydzielane na kartki i stało się po to w długich kolejkach. A kiedy dotarło się wreszcie do lady, towar najczęściej „już wyszedł”.

Jedynie przed świętami do wybranych placówek, zwanych delikatesami, „rzucali” kawę, cytrusy i lepsze słodycze. Na co dzień na przydział kartkowy można było dostać wyłącznie wyroby czekoladopodobne. A i tak walka o nie przypominała mi bitwę pod Grunwaldem namalowaną przez Jana Matejkę. Starając się zdobyć kilogram cytrusów czy paczkę kawy, niektórzy gotowi byli wydrzeć konkurentowi garść włosów z głowy, pourywać guziki, a co najmniej obrzucić go stekiem wyzwisk.

W związku z tym ludzie wykazywali się niespotykaną inwencją. Jedna z moich koleżanek, Lola, jeździła do innej dzielnicy z małą siostrą w wózku i „wypożyczała” ją – za stosowną opłatą – kolejkowiczom, ponieważ z dzieckiem nie trzeba było stać w długim ogonku przed sklepem. Proceder skończył się metodą „tłumaczenia bezpośredniego”, gdy mama Loli dowiedziała się o inwencji córki. „Myślałam, że się pod ziemię ze wstydu zapadnę!” – wołała, przetrzepując córce skórę.

Ale dla mnie brak drogich prezentów, owoców czy czekolady nie był żadnym problemem. Choć uwielbiałam słodycze, potrafiłam się bez nich obyć. O wiele trudniejszym był dla mnie fakt, że ojciec był cały czas w domu, bo wtedy, jak za naciśnięciem tajemniczego guzika, zaczynał czepiać się mamy i urządzać jej sceny.

Tak działo się w każde święta, zarówno kościelne, jak i państwowe. Tata, pracujący jako kierowca, nie siadał wtedy za kółkiem, zatem uważał, że może się napić. Nazywano to nawet symptomatycznie „piątkami kierowców”. Z tego powodu nie lubiłam żadnego „wolnego”. Wolałam zwyczajne dni tygodnia, gdy tata większość czasu spędzał w robocie, a po powrocie kładł się zmęczony na sofie i oglądał telewizję, drzemał albo wybierał się na naszą działkę, by tam popracować.

– Zaraz sprawdzę, czy jest gotowy. – Mama jakby ocknęła się z zadumy. Słyszałam, że głos jej drży. – Dam mu świeżą koszulę, wy też migiem się przebierajcie, bo jak tak dalej pójdzie, to na was będziemy czekać! I pogońcie Adriana. – Próbowała, jak zawsze, zdenerwowanie zatuszować musztrowaniem nas.

Poszłyśmy do siebie, by włożyć najlepsze, odświętne sukienki. Nie miałyśmy zresztą wielkiego wyboru, w tym okresie w naszym kraju piękne ubrania pojawiały się wyłącznie w komisach, czyli sklepach z zachodnimi towarami, lub w Peweksie, gdzie kupowało się wszystko za dolary. Naszych rodziców, choć oboje ciężko pracowali, nie było na takie rzeczy stać.

***

Z pozoru byliśmy zwyczajną, przeciętną rodziną, jakich wiele. Mieliśmy własne mieszkanie w bloku. Budynek wprawdzie był mocno podniszczony, ale nasze lokum było spore i wygodnie wyposażone. Rodzice zaopatrywali nas w wystarczającą ilość jedzenia i ubrań na każdą porę roku. Co więcej, razem z rodzeństwem co lato wyjeżdżaliśmy nad morze, na kolonie organizowane przez zakłady pracy rodziców, bo starano się, by dzieci z potwornie zadymionego Śląska mogły przynajmniej przez trzy tygodnie pooddychać świeżym nadmorskim powietrzem.

A i to nie był koniec naszych przywilejów, gdyż moi rodzice za namową wujka kupili – tuż obok niego – działkę pod miastem, z myślą, że wybudują tam dom. Planów nie zrealizowali, ale tata razem z moim kochanym dziadkiem postawili murowaną daczę, w której znajdowały się dwa pokoje, kuchnia i łazienka.

W tym domku spędzaliśmy z rodzeństwem większość wakacji. Bardzo to lubiliśmy, bo wokoło rozciągał się las i łąki, a niedaleko był mały staw. Ale najbardziej liczyło się towarzystwo naszych kuzynów i sąsiadów, z którymi praktycznie od rana do wieczora biegaliśmy i bawiliśmy się na dworze. Pomysłów na zabawy nam nie brakowało. Graliśmy w berka, w klasy, w ciuciubabkę, w chowanego czy w kamyki i kapsle. Marzyliśmy o zdobyciu gumy do skakania, ale ją zazwyczaj trzeba było wybłagać, bo babcie i mamy potrzebowały jej do… majtek.

***

Mimo wielu świetnych momentów dzieciństwo trudno mi jednak uznać za szczęśliwe – z powodu awantur urządzanych przez ojca po alkoholu. Podczas nich puszczał głośno muzykę, kłócił się z mamą; zdarzało się nawet, że ją popychał. Właśnie ta przemoc fizyczna była dla mnie najgorsza.

Chciałam stanąć w obronie mamy, lecz nigdy się nie odważyłam. Za bardzo bałam się taty. Tym bardziej że powtarzał: „Ojcu należy się szacunek i bezwzględne posłuszeństwo, jak zapisano w przykazaniu: Czcij ojca swego i matkę swoją, aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi”.

Tę zasadę wpajano nam w domu i na lekcjach religii. Pragnęłam tak postępować, być posłuszną Bogu i rodzicom, by „długo żyć na ziemi”, ale niełatwo było stosować to w praktyce. Głowiłam się, dlaczego ojciec wymaga od nas czczenia go, a sam nie kocha ani nie szanuje naszej mamy, a przecież ksiądz wspominał, iż Pismo naucza również: Mężowie miłujcie żony swoje.

Nie wiedziałam, czy w innych rodzinach jest podobnie, a wstydziłam się kogokolwiek o to zapytać. Szczególnie że mama ostrzegała mnie: „Żebyś nikomu o tym nie pisnęła! O takich rzeczach się nie mówi! Przykleją ci łatkę córki pijaka i będziesz musiała żyć z tym do końca swoich dni”.

Zamiataliśmy zatem sprawę pod dywan.

Widząc, że tata jest „pod dobrą datą” z rodzeństwem, czym prędzej chowaliśmy się w naszym pokoju i siedzieliśmy tam jak trusie, póki w domu nie zaległa zupełna cisza.

– Jak myślicie, śpi? – szeptał po godzinie Adrian.

– Tak… – stwierdzała Dagmara po powrocie z przeszpiegów.

Moja o dwa lata starsza siostra była ukochaną córeczką tatusia. Faworyzował ją i zawsze wszystko jej wybaczał. Adrian, dwa lata młodszy ode mnie, był z kolei ulubieńcem mamy. Cała rodzina miała świadomość, że „Adriankowi wolno więcej”. Nikt się temu specjalnie nie dziwił, powszechnie uważano za normalne, iż „matki mają słabość do synów, wszak to oni gwarantują przedłużenie rodu i zachowanie nazwiska”. Takiego myślenia nie zmieniał fakt, że na starość matki zazwyczaj zamieszkiwały z córkami, które się o nie troszczyły.

Zatem role w naszej rodzinie były podzielone: Dagmara była córunią tatusia, Adrian syneczkiem mamusi, a ja – z racji płci będąca rozczarowaniem, bo drugą córką, a nie wyczekiwanym synem – czułam się niczyja.

Na dodatek urodziłam się w najsmutniejszym dniu roku – w Święto Zmarłych. Chyba nie można „wybrać” sobie gorszej daty niż pierwszy listopada. Nie dość, że zazwyczaj jest szaro i ponuro, a ja od dziecka uwielbiałam słońce i ciepło, to zazwyczaj wszyscy spieszą na cmentarze, by złożyć na grobach chryzantemy w doniczkach i zapalić znicze, więc siłą rzeczy nie można wtedy radośnie świętować.

***

Jedynymi osobami, które okazywały mi czułość i miłość, byli dziadkowie ze strony mamy. Dziadek Norbert nie pozwalał powiedzieć na mnie złego słowa, przytulał i powtarzał, że jestem jego ukochaną wnuczką. Niestety zmarł, mając zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, niedługo przed moimi dziewiątymi urodzinami. Od tego momentu miałam wrażenie, że jestem niepotrzebna i niechciana. Pozostała mi wyłącznie cudowna babcia Hania, która zajmowała się nami, gdy rodzice pracowali. Uwielbiałam u niej nocować, bo tuliła mnie wtedy do siebie i powtarzała, jak bardzo mnie kocha. To ona sprawiała, że codziennie rano miałam siłę wstać, pójść do szkoły, a potem z niej wrócić.

Babcia Hania dużo się modliła, śpiewała pieśni religijne i opowiadała mnie i mojemu rodzeństwu o Bogu. Ale to ja najczęściej chodziłam z nią do kościoła i właśnie dzięki niej polubiłam majówki, roraty i inne nabożeństwa. Choć byłam tylko dzieckiem, głęboko przeżywałam to, co działo się w świątyni. Szukałam w niej Boga i modliłam się – zwłaszcza kiedy w domu było źle. Słyszałam, że Bóg jest wszechmogący, prosiłam Go zatem, by mój ojciec się zmienił. Przynosiłam z kościoła wodę święconą w małym słoiczku i kropiłam tatę podczas drzemki, żeby wygonić z niego całe zło.

Niestety, nic to nie pomagało.

***

Ratunkiem dla mnie były świetne relacje z rodzeństwem. Wspieraliśmy się wzajemnie jak trzej muszkieterowie, zresztą sami się tak czasami określaliśmy. Nie poróżniło nas nawet nierówne traktowanie przez rodziców. Umieliśmy to sprytnie wykorzystać – siostra chroniła nas przed tatą, bo potrafiła łagodzić jego wybuchy, a brat rozbrajał mamę, jeśli się nas, a szczególnie mnie, czepiała.

Obiecałam sobie, że jeśli w przyszłości wyjdę za mąż, stworzę razem z nim spokojną, bezpieczną przystań, w której będziemy się szanowali i kochali. Gdzie nie będzie alkoholu ani poniżania. Byłam przekonana, że nie dopuszczę do tego, by w moim domu panowała taka sama atmosfera jak w tym, w którym wyrastałam.

Czy było to nierealne, wygórowane marzenie?

2.

Wkrótce po siedemnastych urodzinach poznałam Franka.

Był miły, uroczy i wesoły, a do tego niezwykle przystojny. Miał delikatne rysy, bujną jasną czuprynę, oczy zielonkawo-niebieskie, jak górski potok, i zniewalający uśmiech, którym szybko mnie oczarował. Był pięć lat starszy ode mnie, a na tym etapie życia taka różnica wieku miała spore znaczenie, gdyż ja byłam jeszcze uczącym się podlotkiem, a on dorosłym mężczyzną, od kilku lat zatrudnionym w hucie. Imponowało mi, że jest dojrzały i ustatkowany. Nic dziwnego, że szybko straciłam dla niego głowę. A kiedy zaprosił mnie do swojego domu, wpadłam jak śliwka w kompot. Zakochałam się bowiem również… w jego rodzicach.

Zafascynowała mnie atmosfera, jaką stwarzali – ciepła, miła, familijna. Taka, o jakiej zawsze marzyłam.

Początkowo myślałam, że rodzice Franka zachowują się tak jedynie na pokaz. Lecz bywałam tam dość często i za każdym razem oni byli dla siebie nawzajem mili i serdeczni. Ledwie wchodziłam, mama mojego chłopaka proponowała:

– Madziu, napijesz się herbatki?

– Bardzo chętnie – odpowiadałam niezmiennie.

– Z cytrynką?

– Tak, poproszę z cytrynką, jeśli można.

– A miałabyś ochotę na ciasto? Akurat wyjęłam z pieca.

– Zjem z przyjemnością.

Po czym na stole przyozdobionym ręcznie heklowaną serwetą lądowała jakaś babka, ciasto drożdżowe z owocami lub śląski kołocz z serem i posypką, a pani Ewa nakładała mi kolejne porcje, twierdząc, że „trzeba mnie trochę podtuczyć”.

– Dziecko, ty taka chudziutka jesteś! – Załamywała ręce.

Nie protestowałam, bo kochałam słodkości i byłam w stanie pochłonąć ich każdą ilość. Wprawdzie w Polsce po upadku komunizmu nastąpiły ogromne zmiany społeczno-polityczne i w sklepach nie było już takich braków, ale słodycze nadal były rarytasem.

Jednak najbardziej ujmował mnie fakt, iż mama Franka zawsze była zainteresowana tym, co u mnie słychać. Ciekawiło ją, co tam w szkole, jak minął mi dzień, jakie mam plany na przyszłość. Z satysfakcją opowiadałam wtedy o praktykach krawieckich i o tym, że niedługo będę mogła zacząć pracować i zarabiać, by nie obciążać rodziców.

– Już się cieszę, że będę mogła korzystać z twoich umiejętności. – Przyszła teściowa nie kryła radości. – Mam kilka rzeczy do przeróbki, bo wiesz, człowiek rośnie przez całe życie, niestety, z wiekiem wszerz – śmiała się. – A te krepliki to mnie kiedyś zgubią. Ale mój Edek powtarza, że kochanego ciała nigdy dość.

– Oczywiście, przerobię pani te ubrania – obiecywałam.

– A gdzie ty się nauczyłaś tak szyć? W szkole? – dopytywała, a w tym momencie na moim talerzyku lądował kolejny kawałek ciasta.

– Mama mówi, że zdolności manualne odziedziczyłam po mojej ukochanej babci Hani, którą, odkąd pamiętam, podpatrywałam przy maszynie.

Niezmiernie lubiłam te babskie pogaduszki. Nieistotny był temat czy ważkość tych konwersacji, ważna była bliskość, relacja, wszechogarniający spokój. Niekiedy tak się zagadałyśmy, że zapominałam o bożym świecie. Nie miałam ochoty w ogóle stamtąd wychodzić, bo czułam, że ktoś się mną interesuje i akceptuje mnie taką, jaka jestem.

***

Pobraliśmy się z Frankiem po trzech latach znajomości, gdy on miał dwadzieścia pięć, a ja niespełna dwadzieścia lat. Nie uważałam, że to zbyt wcześnie, chociaż moja mama patrzyła na to inaczej. Długo mnie namawiała, żebym poczekała ze ślubem.

– Mamo, ale ja go kocham – argumentowałam.

– Możesz go kochać, ale to nie znaczy, że musisz od razu wychodzić za mąż. Masz dopiero dziewiętnaście lat…

– Prawie dwadzieścia – prostowałam.

– Brakuje ci kilku miesięcy. – Mama jak zawsze była konkretna do bólu. – Jesteś jeszcze taka młoda, naciesz się tym. Skończyłaś szkołę, zdobyłaś zawód. Możesz znaleźć sobie pracę i nadal mieszkać w domu, a zarobione pieniądze przeznaczyć na siebie albo odłożyć na samodzielne życie w przyszłości. Kiedy ja skończyłam szkołę średnią, byłam już zakochana w twoim tacie. Wtedy babcia Hania poradziła mi tak samo: żebym się wstrzymała ze ślubem. Posłuchałam jej i do dzisiaj nie żałuję.

– Mamo, ale przecież możemy oszczędzać i dorabiać się wspólnie z Frankiem. Rozmawiałam już z tatą, on nie ma nic przeciwko naszym planom.

Naprawdę chciałam wyjść za mąż, i to z miłości, dopiero dziś uświadamiam sobie, że podświadomie chodziło mi również o wyrwanie się z rodzinnego domu.

Dopięliśmy swego i kilka miesięcy później przysięgaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuścimy się aż do śmierci.

***

Po ślubie tymczasowo zamieszkaliśmy u teściów. Chcieliśmy budować dom lub kupić taki do remontu, ale nie znaleźliśmy dobrej oferty. Dlatego też, po dłuższych wahaniach, zdecydowaliśmy się na wzięcie kredytu i kupno mieszkania niedaleko huty, w której pracował Franek. Okolica wprawdzie była ponura, wręcz podejrzana, i po zmierzchu lepiej było się tam nie kręcić po ulicy, ale samo mieszkanie ładne i dość przestronne.

Ależ się paliłam, by móc zacząć je urządzać po swojemu i stworzyć dla nas przytulne gniazdko!

***

Cóż, jak się wkrótce boleśnie przekonałam, do budowania relacji nie zawsze wystarczą dobre chęci i postanowienia.

Błędy popełnialiśmy oboje.

Długo nie zdawałam sobie sprawy, że w mojej głowie tkwi wykrzywiony obraz małżeństwa, wyniesiony z domu, w którym nie okazywano sobie uczuć, mąż nie cenił ani nie poważał swojej żony i podobne mechanizmy stosował wobec dzieci. Czy to mogło przejść bez echa? Niestety, wpłynęło na mnie i rzutowało na relację z mężem. Jak w tym powiedzeniu: „Możesz wyjść ze wsi, ale wieś z ciebie nie wyjdzie”. Wyszłam z rodziny dysfunkcyjnej, ale ona ze mnie nie.

Jestem pewna, że dziś każdy specjalista po jednej rozmowie zdiagnozowałby u mnie DDA, czyli syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika. Wówczas w moim otoczeniu nikt o czymś takim nie słyszał, a tym bardziej nie chodził na żadną terapię.

A pasowałam do tego modelu idealnie.

Usiłowałam za wszelką cenę być perfekcyjna i niezwykle lojalna. Troszczyłam się o bliskich, bezustannie myślałam, jak ich zadowolić i spełnić ich potrzeby, a to powodowało, że żyłam w napięciu oraz w poczuciu strachu i winy wobec innych. Ciągle wydawałam się sobie niewystarczająco dobra, a przez to pozwalałam, by mój partner mnie lekceważył.

Franek był duszą towarzystwa. Zawsze pogodny, w dobrym nastroju, przebojowy, pewny siebie – szczególnie po alkoholu, którym, jak się coraz częściej okazywało, niestety nie gardził. A ja byłam zakochana po uszy i nie dostrzegałam tego.

Od dziecka na uroczystościach rodzinnych słyszałam „mądrości” typu: „Chłop musi się napić po ciężkiej robocie!”, „Co to jest za chłop, co nie pije?!”, „Jesteś chory, że nie pijesz?”, „Co, baba ci nie pozwala, a ty się jej słuchasz? Nie bądź mięczakiem!” i to najgorsze: „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Więc nawet jeśli Franek u kogoś na urodzinach czy imieninach sięgał po kolejną butelkę piwa, nie oponowałam.

„Przecież on się nie awanturuje, jak mój ojciec, tylko idzie spać” – tłumaczyłam sobie, gdy wracaliśmy do domu. „Co najwyżej spokojnie odchorowuje imprezę w ciągu weekendu i w poniedziałek, już całkiem trzeźwy, idzie do pracy”.

Ufałam, że kiedy na świat przyjdą dzieci, Franek nie będzie miał tyle wolnego czasu na spotkania z koleżkami. A planowałam zostać matką jak najwcześniej i mieć sporą gromadkę, co najmniej trójkę, dlatego gdy cztery miesiące po ślubie byłam pewna, że zaszłam w ciążę, ogromnie się ucieszyłam. Ani przez chwilę nie pomyślałam, że to zbyt wcześnie. Wówczas normą było, że prawie w każdym związku rok czy półtora roku po ślubie pojawiał się potomek. Jeśli dziecka nie było po dwóch latach, rodzina wręcz dociekała, co jest tego przyczyną i nieraz robiła aluzje: „Co, nie możecie czy nie wiecie, jak to robić?”, „Wygodni jesteście i nie chcecie powiększać rodziny czy co?”, „No, bierzcie się do roboty!”.

U nas ingerować nie musieli.

3.

Agnieszka pojawiła się na świecie niemalże w rocznicę naszego ślubu.

Poprzedniego dnia świętowaliśmy z wyprzedzeniem urodziny mojej siostry.

– Może urodzisz jutro – rozmarzyła się Dagmara. – Zrobiłabyś mi najpiękniejszy prezent!

– Nie mam nic przeciwko… – sapnęłam, z trudem moszcząc się na kanapie. – No, maleństwo, słyszysz, czekamy na ciebie! A ciocia najbardziej! – Pogłaskałam się po wielkim brzuchu.

Dwadzieścia godzin później nasza córeczka była już po jego drugiej stronie, a Daga, która nie miała własnych dzieci, aż popłakała się z radości.

– Witaj, kochanie – wyszeptałam głosem ściśniętym ze wzruszenia, gdy podano mi zawiniątko z moją Agusią. Z zachwytem patrzyłam na śliczną, drobniutką dziewuszkę z ciemnym meszkiem na głowie i wielkimi oczkami.

Mówiłam do niej od rana do wieczora, nie zważając na to, że obok mnie leżą dwie obce kobiety. Zresztą każda z nich skupiona była na swoim dziecku. Opowiadałam cichutko, że imię, które jej nadaliśmy, znaczy „czysta i święta”, i o tym, że w pokoju czeka na nią lśniące białe łóżeczko z baldachimem.

– Ten baldachim jest niebieski i jest na nim Kubuś Puchatek. Na pewno ci się spodoba – zapewniałam ją.

***

Po trzech dniach wróciłyśmy do domu. Moja mama zadzwoniła, oferując pomoc.

– Mamo, dziękuję bardzo, ale jestem pewna, że podołam tym nowym obowiązkom – odparłam. Choć byłam młoda, pragnęłam być samodzielna. Na taką mnie przecież mama wychowywała.

I rzeczywiście bez problemu dawałam sobie radę, tym bardziej że Agusia była spokojnym, bezproblemowym berbeciem.

Mój mąż natomiast był nieco zazdrosny, że tak wiele czasu poświęcam naszej córeczce.

– Widzę, że zostałem odstawiony na boczny tor – kwitował z lekkim przekąsem.

– Jesteś dużym chłopcem, jakoś to udźwigniesz – śmiałam się, bo widziałam, że on także szaleje za naszą kruszynką, zwłaszcza że członkowie rodziny i znajomi podkreślali:

– Jaka ona jest podobna do Franka! Te same oczy, rysy twarzy. No cały tata!

– A ze mnie nie ma nic? – obruszałam się półserio.

– Drugie dziecko będzie podobne do ciebie – pocieszała mnie teściowa.

– Jak wszyscy będą Agusi przynosić tyle prezentów, to drugie dziecko się tu nie zmieści – żartowałam, układając wokół łóżeczka wielkiego misia, pluszowego pieska, Papę Smerfa i mnóstwo innych zabawek.

Czego więcej potrzebowałam do szczęścia? Byłam zdrowa, pełna sił i wigoru, miałam ukochanego męża i upragnione dziecko oraz własny dach nad głową.

Nasza przyszłość malowała się w jasnych barwach.

Spis treści

1.

2.

3.

Punkty orientacyjne

Okładk