Upadek milionera - Izabella Frączyk, Jagna Rolska - ebook

Upadek milionera ebook

Izabella Frączyk, Jagna Rolska

4,3

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Niespodziewane kłopoty oraz nabierająca tempa kryminalna intryga sprawiają, że nasi bohaterowie muszą w pośpiechu opuścić Polskę. Kefalonia - malownicza grecka wyspa - gwarantuje bajkowe widoki i cudowny klimat, ale jednocześnie funduje codzienną walkę o przetrwanie. Pobyt na obczyźnie dostarcza wielu rozterek i trosk, przy okazji ucząc, jak wygląda prawdziwe życie i co tak naprawdę się liczy.

Czy Danka, Emil i Marek dojdą do porozumienia? A może na ich drodze stanie ktoś jeszcze?

W kontynuacji bestsellerowej powieści "Kaprys milionera" dalsze przygody bohaterów dowodzą, że nic w życiu nie jest dane raz na zawsze.

Akcja porywa czytelnika od pierwszych stron.

Izabella Frączyk - absolwentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie. Pisarstwem zajmuje się od 2009 roku. Dotychczas wydała kilkanaście bestsellerowych powieści obyczajowych, między innymi trylogię "Stajnia w Pieńkach", serie "Śnieżna Grań" i "Kobiety z odzysku" oraz dwutomowy cykl "Wszystko nie tak". Wszystkie pozycje spotkały się z gorącym przyjęciem czytelników.

Jagna Rolska - absolwentka Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Warszawie. Dotychczas opublikowała dwie powieści: "SeeIT", nominowaną w konkursie organizowanym przez Lubimyczytać.pl w kategorii powieści fantastycznych, i "Testament życia", powieść obyczajową, która otrzymała tytuł Książki Roku 2019 w plebiscycie Granice.pl. Zastępca redaktora naczelnego najstarszego polskiego portalu s.f., fantasy i horroru "Fahrenheit".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (479 ocen)
280
106
66
22
5

Popularność




 

 

Copyright © Izabella Frączyk i Jagna Rolska, 2021

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© ArtOfPhotos/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Ewa Charitonow

 

Korekta

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83-8234-685-5

 

Warszawa 2021

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Rozdział 1

O kurczę, ale tu brzydko! – wyrwało się Dance.

– To przez kontrast i wyjątkowo niesprzyjające warunki pogodowe – roześmiał się Marek.

W pierwszym tygodniu stycznia zabłocona Warszawa nie wyglądała zbyt zachęcająco. Na trawnikach walały się osmalone resztki sylwestrowych petard, a w bezwietrznym, wilgotnym powietrzu unosił się gryzący smog. Jeszcze przedwczoraj oboje podziwiali ośnieżone Alpy w austriackim Kaprun, teraz stali przed szarym blokiem na Bródnie.

– Pewnie masz rację – odparła. – Co nie zmienia faktu, że chcę wynieść się stąd jak najszybciej.

Po cichu marzyła, żeby wyprowadzić się z Warszawy na dobre. Najchętniej na Mazury. Pokochała spokojne okolice Sarnowa i wspominała spędzone tam chwile jako najpiękniejsze momenty w życiu. I najbardziej intensywne. To właśnie tam udało się jej zrzucić ponad czterdzieści kilogramów i przeistoczyć z brzydkiego kaczątka w smukłego, pewnego siebie łabędzia. Mierząca sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu Danka obecnie ważyła niespełna sześćdziesiąt kilogramów i choć twierdziła, że do ideału trochę jej brakuje, wyglądała naprawdę świetnie. Lekko kręcone jasne włosy układały się lśniącymi pasmami wokół twarzy, która po zrzuceniu nadwagi zyskała ładnie zarysowane kości policzkowe, wyraziste duże oczy i usta kryjące idealnie proste białe zęby. Te ostatnie zawdzięczały swą urodę licówkom zasponsorowanym przez Emila.

Wprawdzie dzięki jego kaprysowi przeszła kompletną odmianę, ale i tak myśl o tym człowieku wywoływała w niej wściekłość. Nawet nie chodziło o to, że potraktował ją bezdusznie, jak projekt. Złość buzowała na wspomnienie balu sylwestrowego, gdy Emil wszystkim zaproszonym gościom wyświetlił na projektorze zdjęcie Danki sprzed przemiany. Otyłej, w koszmarnym, nieco przymałym kostiumie kąpielowym.

Tego nie zamierzała mu wybaczyć nigdy.

Między innymi dlatego dosłownie kilka dni po balu spakowali się z Markiem i nie oglądając na Emila, opuścili gościnne Kaprun. W tej sprawie byli zgodni: nie mieli zamiaru dłużej tkwić na łasce rozkapryszonego bogacza. I chcieli zacząć nowe życie. Razem.

– Wejdźmy, bo znów zaczyna kropić. – Danka spróbowała tchnąć w swój głos odrobinę entuzjazmu, choć powrót na stare śmieci wyjątkowo ją przygnębiał.

Obok nich, na chodniku stały cztery ogromne walizy pełne luksusowych ubrań i butów. Na mocy umowy z Emilem należały do Danki, a ona skrupulatnie zgarnęła je wszystkie. Trzeba się było liczyć z tym, że przez jakiś czas pieniądze z ich sprzedaży będą stanowić jedyne źródło dochodu jej i Marka. Do Bonusa nie zamierzała wracać, w żadnym charakterze. Oddzieliła przeszłość grubą kreską. Zresztą sieć niedawno ogłosiła upadłość, a jej szef, Wątorski, zapewne będzie gnił w więzieniu przez długie lata. Lista stawianych mu zarzutów wydłużała się z każdym dniem, o czym Danka, jako poszkodowana i zarazem świadek w sprawie, była informowana na bieżąco przez prawnika Emila Kastnera.

– Mam nadzieję, że jest winda? – zapytał Marek, zerkając na walizki.

– Jest. Ale i tak wchodzimy tylko na parter – uspokoiła go Danka.

W mieszkaniu panował zaduch. Choć jego właścicielka była tu zaledwie kilka tygodni wcześniej, gdy po porwaniu przez Wątorskiego przyjechała na chwilę do Warszawy, miała wrażenie, że minęły lata.

– Nic wielkiego – bąknęła speszona, widząc, że Marek lustruje staromodną boazerię w przedpokoju.

Lokum składało się z dwóch pokoi, niewielkiej kuchni i jeszcze mniejszej łazienki. Danka od dawna dzieliła je z kolejnymi lokatorami, więc w zasadzie nigdy nie istniał tu podział na sypialnię i salon. Za życia babci większy pokój należał do niej, po jej śmierci zajęła go wnuczka, a mniejszy zaczęła wynajmować.

– Najważniejsze, że masz własny kąt – pocieszył, kładąc jej dłonie na ramionach. – Spójrz na mnie. Ja zostałem z niczym – dodał z goryczą.

– Co moje, to i twoje – odparła poważnie Danka. – Najważniejsze, że mamy siebie. Z resztą jakoś sobie poradzimy.

Marek przytulił ją mocno i pocałował w usta.

Ich trwający od sylwestra romans przebiegał bardzo gwałtownie. Nie mogli bez siebie wytrzymać nawet kilku minut, a pożądanie ogarniało ich co chwila. Jak para nastolatków – wciąż szukali zacisznych kątów. Nie byli w stanie powstrzymać się nawet na pokładzie samolotu rejsowego z Wiednia do Warszawy. Gdy Danka poszła do toalety, Marek podążył za nią. Zamknęli drzwi, starając się nie zwracać uwagi na pełne dezaprobaty spojrzenia stewardes.

– Nie mamy nic do jedzenia – odparła nieswoim głosem Danka, do której z mocą dotarło, że trwający od pół roku podniebny lot właśnie kończy się twardym lądowaniem. A jej życie powraca na, przez jakiś czas zapomniany, całkiem przyziemny pułap.

– A kto by się tym przejmował? – wyszeptał jej do ucha.

Przytuliła się do niego i po raz kolejny zdziwiła, że dłonie kochanka nie natrafiają na wałki tłuszczu. Mózg czasami płatał jej takie figle. Danka traciła wówczas pewność siebie, a pielęgnowane latami kompleksy wypełzały ze wszystkich zakamarków. Drgnęła mimowolnie.

– Stało się coś? – zapytał Marek, jak zwykle wyczulony na zmiany nastroju.

– Nie, nic – odparła. – Dziwnie się tutaj czuję – wyznała. – Jakbym się obudziła z pięknego snu.

– Jutro zaczynamy szukać nowego mieszkania – powiedział stanowczo.

– Jasne! – prychnęła. – Ciekawe, gdzie znajdę cokolwiek w podobnej cenie.

– A co z Mazurami?

– Marzenie ściętej głowy. Skoro mam się zająć foto­grafią, raczej nie powinnam opuszczać Warszawy.

– To prawda – zasępił się. – Ale zamiana mieszkania nie jest przecież sprawą beznadziejną. Pomogę ci ze wszystkim, nie martw się.

– Ach, będziemy się tym martwić jutro – oświadczyła. – Teraz jest coś znacznie ważniejszego.

– Seks? – Błysnął zębami w uśmiechu.

– Chodziło mi o prysznic i rozpakowanie walizek, ale w sumie i jedno, i drugie może poczekać – roześmiała się gardłowo Danka. Chwyciła Marka za rękę i pociągnęła go do większego pokoju.

Nie tracąc czasu na rozkładanie wersalki, popchnęła go na nią i rozpięła mu spodnie. Jak zwyk­le próbował się podnieść i przejąć inicjatywę, ale nie pozwoliła. Stłumiła chichot, bo wyobraziła sobie jego leżącą jak kłoda małżonkę. Ten obsesyjny przymus, żeby przede wszystkim wykazać się przed partnerką, raczej nie wziął się znikąd.

Odsunęła próbujące ją złapać dłonie i zsunęła Markowi spodnie z bioder. Ujęła jego męskość ustami. Zamruczał z rozkoszy.

– To nie potrwa długo – ostrzegł.

Uniosła głowę i kontynuowała dzieło, patrząc mu wyzywająco w oczy.

– Danka! – jęknął Marek i wypchnął biodra do przodu.

– Odwdzięczysz się później – roześmiała się.

Zsunęła się z wersalki i poszła do łazienki.

Może życie z Markiem w tym mieszkaniu nie będzie takie złe?, pomyślała. I może znów przywyknę, a duch Elwiry zniknie stąd na dobre?

W trakcie poprzedniej wizyty skrupulatnie spakowała wszystkie rzeczy zamordowanej lokatorki. Większość z nich od razu sprezentowała dozorczyni, teraz należało jeszcze pozbyć się reszty. Nie pozostało tego wiele, zatem wyniesienie wszystkiego do stojącego przed blokiem specjalnego pojemnika na odzież wydawało się najlepszym pomysłem.

Stojąc w wannie i polewając się wodą z prysznica, Danka stwierdziła, że po półrocznym urlopie od życia musi twardo stanąć na ziemi i zawalczyć o przetrwanie.

Jak pokazał następny dzień, rzecz okazała się prostsza, niż sądziła. Nie dowierzając własnemu szczęściu, obracała w dłoniach urzędowe pismo.

Właśnie kończyli śniadanie, gdy do drzwi zapukała dozorczyni. Spróbowała zapuścić do środka klasycznego żurawia i wręczyła Dance plik korespondencji. Z pewną niechęcią oddała także klucz od skrzynki.

– A bo to jest sens? – zniechęcała. – Znowu gdzieś wyjedziesz, to kto ci listy będzie wyjmował?

– Już nigdzie nie wyjeżdżam, więc dziękuję za dotychczasową pomoc, ale nie będę pani głowy tym zawracać – odparła stanowczo.

Kopert było kilka. Oferty reklamowe odrzuciła na bok. Szukała przede wszystkim rachunków, ale ich nie znalazła. Dopiero po chwili do Danki dotarło, że przecież Emil zlecił przekierowanie jej korespondencji do swojego biura księgowego. Kolejna rzecz, którą nie musiała zaprzątać sobie głowy ostatnimi czasy. Z postanowieniem, że zajmie się przywróceniem adresu korespondencyjnego w poniedziałek, zaczęła przeglądać pozostałe listy. Trzy z nich nadano z urzędu gminy w Bolkowie, więc przez chwilę myślała intensywnie, skąd zna tę nazwę. W końcu skojarzyła, że musi chodzić o niewielkie miasteczko opodal wsi, w której mieszkał jej ojciec. Zdziwiła się.

– Czego może ode mnie chcieć gmina? – mruknęła pod nosem. – Kolejne podatki za te cholerne nieużytki?

– Jakie nieużytki? – zainteresował się Marek, oderwawszy od mycia talerzy.

– Uważaj, bo ten zlew się zapycha – ostrzegła go Danka. – Miałam ci wcześniej powiedzieć, ale zapomniałam. A nieużytki to po ojcu. Próbowałam kiedyś je sprzedać, ale nikt nie chciał kupić. Nie dość, że najgorsza klasa ziemi, to w części teren zalewowy.

– Spoko, udrożniłem, gdy tylko wstałem. Zlew, nie nieużytki, ma się rozumieć – roześmiał się. – No, otwórzże te nieszczęsne koperty, przecież cię nie pogryzą. Nawet jeśli to podatek, to przecież za tak bezużyteczne grunty nie może być duży. Ile tego masz?

– Nie pamiętam dokładnie, ale kilka hektarów na pewno – odparła i rozerwała pierwszą kopertę. Uważnie wczytała się w pismo. – Jak to wywłaszczyć? To można tak?! – zapytała poirytowana. – Co to za bezprawie?!

– Co? Pokaż! Niemożliwe.

Danka rozłożyła kolejne pismo i przebiegła po nim wzrokiem. W tym czasie Marek w skupieniu studiował poprzednie.

– Z drugiego wynika, że mam się stawić w gminie, by podpisać papiery dotyczące sprzedaży – powiedziała zdumiona Danka.

– Czekaj, czekaj, wszystko jest w porządku. Wywłaszczają cię pod budowę autostrady. Zdaje się, że miałaś nieziemski fart, bo na twojej ziemi zaprojektowano węzeł i stację benzynową. I dlatego odkupują wszystko, a nie tylko fragment pod budowę jezdni. Danka, to jest fantastyczna wiadomość!

– Niech mnie ktoś uszczypnie – wyszeptała, mrugając z niedowierzaniem. Drżącą ręką podała Markowi trzeci list.

– O cholera! Trzysta tysięcy? Danka, masz kupę kasy!

– Tu piszą, że gdy zgłoszę się do gminy, zostaną przelane na moje konto w ciągu siedmiu dni. Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Spłacę do końca kredyt ojca i zostanie mi jeszcze od groma pieniędzy!

– No nieźle. – Marek z przyjemnością patrzył na podekscytowaną Dankę. – Zatem co teraz?

– To chyba jasne. Zmienię mieszkanie! I dzielnicę. Muszę zacząć nowe życie w nowym miejscu. Odłożę trochę na czarną godzinę, a część zainwestuję w stronę internetową i reklamę mojego atelier. Przy odrobinie szczęścia rozkręcę firmę – opowiadała z entuzjazmem.

– A nie potrzebujesz przypadkiem pracownika? – zapytał.

W tej samej chwili Danka zdała sobie sprawę, że tak bardzo skupiła się na sobie, że zabrakło jej troski o sprawy Marka. Oczywiście mieszkanie to jedno, ale przecież pozostawała jeszcze kwestia pracy; aby pomagać w metamorfozie, wziął roczny urlop w szkole, a uposażenie wypłacał mu Emil. Danka nie miała pojęcia, czy wciąż to robi, ale znała już Marka wystarczająco, by podejrzewać, że nie przyjmie pieniędzy od przyjaciela za nic. A może raczej od byłego przyjaciela?, przemknęło jej przez głowę i ze wstydem przyznała, że nie zainteresowała się nawet tą kwestią. Jak właściwie układała się dzisiaj ich relacja? W końcu byli sobie bliscy od dziecka. Czy Marek przekreślił te wszystkie lata właśnie przez nią?

Poczuła się głupio.

– Oczywiście, że potrzebuję. Doświadczenie mile widziane – oświadczyła z promiennym uśmiechem. – Wchodzisz w to?

– Jak najbardziej!

– Wspaniale! – Z piskiem rzuciła się Markowi na szyję.

– Ale wiesz, że to zmieni wszystko? – mruknął jej wprost do ucha.

– Niby co? – zapytała zdezorientowana i odsunęła się o krok.

– Przecież gdy zaczniemy razem pracować, będę musiał trzymać łapy przy sobie. Inaczej będziesz mogła oskarżyć mnie o molestowanie! – Parsknął śmiechem.

– No trudno – odparła z udawaną powagą. – W takim razie musimy zmienić naszą relację na wyłącznie zawodową.

– Po moim trupie! – oświadczył teatralnie i chwycił ją w objęcia.

– Ratunku! Molestują! – zawołała Danka, po czym wywinęła się zwinnie i pobiegła do pokoju.

– Dopiero mogą zacząć! Szykuj się!

***

Kolejne dni były pasmem załatwiania niekończących się spraw urzędowych.

Ku niekłamanemu zdumieniu Danki po wizycie w urzędzie gminy i podpisaniu stosownych dokumentów na jej konto faktycznie wpłynęły pieniądze. Oszołomiona, raz po raz sprawdzała saldo. Jeszcze nigdy w życiu nie dysponowała taką kwotą. Na dodatek, pracując u Emila, zarobiła przeszło siedemdziesiąt tysięcy, których jak dotąd nie miała nawet sposobności uszczknąć. Nie licząc mikołajkowych prezentów dla dzieci Marka, nie wydała przez ostatnie pół roku ani złotówki. Emil zapewniał jej absolutnie wszystko. Do tego doszło trzysta tysięcy ze sprzedaży gruntów. Łącznie stanowiło to kwotę przyprawiającą Dankę o zawrót głowy.

Marek stanął na wysokości zadania. Wspierał ją, jak tylko mógł, i nie odstępował na krok. Gdy musiała udać się do urzędu gminy znajdującego się prawie sto kilometrów od Warszawy, towarzyszył jej dzielnie w trakcie jazdy autobusem na dworzec i później, nieco rozklekotanym i zatłoczonym pekaesem, do Bolkowa.

– Gdybym miał samochód, zawiózłbym cię tam w znacznie bardziej komfortowym stylu – utyskiwał, gdy wracali do miasta przepełnionym autobusem. – Niestety żona zabrała… – zamilkł raptownie.

– Nic nie szkodzi. Przecież wszystko jest w porządku – pośpieszyła z pomocą Danka. – Wiesz? Mam taki pomysł, żeby kupić jakiś mały używany samochodzik i zapisać się na prawko. Nigdy wcześniej o tym nawet nie myślałam – dodała zawstydzona. – Sam kurs mało nie kosztuje, a poza tym gdy pracowałam w Bonusie, i tak nie było mnie stać na własną brykę.

– Mógłbym cię poduczyć – zapalił się do pomys­łu Marek.

– Naprawdę? – ucieszyła się. – To będzie pracowity czas. – Zamyśliła się. – Zmiana mieszkania, prawo jazdy, założenie firmy. Zaczniemy nowe życie, zobaczysz! – dodała z entuzjazmem.

– Muszę się najpierw uporać z kilkoma sprawami – odparł cicho Marek. – Zobacz, już Dworzec Wileński! W końcu – zmienił temat.

Na Bródno dotarli solidnie zmęczeni, ale Danka czuła się, jakby fruwała. Niespodziewane bogactwo oszałamiało i napędzało do działania. Jeszcze tego samego dnia wystawiła mieszkanie na sprzedaż i zapisała się na badania lekarskie dla kierowców. Wieczorem, racząc się nieśpiesznie czerwonym winem, usiedli z Markiem przed laptopem i zaczęli przeglądać oferty deweloperów. Od przeróżnych inwestycji rozrzuconych po mapie Warszawy i okolic aż kręciło się w głowie. Danka z rozmysłem omijała wszystkie zlokalizowane na Bródnie.

– Przecież to nie jest brzydka dzielnica. Nawet jeśli nie chcesz mieszkać w tym konkretnym mieszkaniu, możesz przecież zamienić na inne. Nie rozważałaś takiego wariantu? Zobacz, tu już ceny poszły mocno w górę, a niebawem oddadzą stację metra, więc będzie wszędzie blisko. Może sprzedaż właśnie teraz nie jest najlepszym pomysłem? Przecież niedługo mieszkanie będzie więcej warte – zasugerował Marek.

– Nie. Potrzebuję zmian – odparła stanowczo. – Wyprowadzam się z tej części miasta. Dam wyższą cenę i się zobaczy.

Wydarzenia posypały się w lawinowym tempie. Jeszcze w tym samym tygodniu zgłosił się chętny i oświadczył mrugającej z niedowierzania Dance, że kupuje od ręki i za gotówkę. Nawet niespecjalnie się targował. Nalegał jedynie, żeby dotychczasowa właścicielka wyprowadziła się jak najszybciej.

Danka bała się zniechęcić dobrego kupca, więc przez chwilę pojawiło się przed nią widmo bezdomności. Nie tracąc czasu, zaczęli wraz z Markiem jeździć i oglądać mieszkania. Z oczywistych przyczyn wykluczyli inwestycje dopiero powstające. Szukali gotowego lokum z możliwością natychmiastowej przeprowadzki.

– To beznadziejne – marudziła Danka. – Obejrzeliśmy dzisiaj pięć, nóg już nie czuję od łażenia, i wszystko na nic. Drogie albo okolica nieciekawa.

– Teraz już za późno, żeby się poddawać. Podpisałaś umowę sprzedaży i masz miesiąc na wyprowadzkę – mruknął Marek znad patelni. Wprawnie zamieszał jajecznicę na pomidorach, po czym dorzucił garść startego żółtego sera. W kuchni ponownie zapachniało jak w domu.

– Jak będziesz mi tak dogadzał, to za chwilę zacznę tyć – ostrzegła.

Zjadła jednak wszystko bez protestu, gdy tylko postawił przed nią talerz. Sam usiadł przy niewielkim stole naprzeciwko niej i spojrzał jej w oczy. Przez chwilę myślał o czymś intensywnie, a potem klepnął się w czoło.

– Ależ ja jestem głupi! Że też od razu mi to nie przyszło do głowy – zaczął sobie wyrzucać.

– Ale co? Co ty kombinujesz?

– Przecież ja mam znajomego, takiego Leszka! Dawno się nie widzieliśmy, a gość działa w budowlance. Konkretnie w biurze sprzedaży mieszkań z rynku pierwotnego. Już do niego piszę, może znajdzie coś ciekawego od ręki? – ekscytował się Marek.

– Szczerze wątpię. Ciekawe schodzą na pniu. Albo płacisz mniej i czekasz kilka miesięcy na odbiór, albo kupujesz z marszu, ale wtedy za zdecydowanie większą kasę – studziła jego zapał Danka.

– Jak się nie zapytamy, to się nie dowiemy.

Znajomy Marka odpisał jeszcze tego samego wieczoru. Wieści były więcej niż pomyślne. Miał do sprzedania gotowe mieszkanie na nowo powstałym osiedlu na Bemowie. W bardzo korzystnej cenie.

– A gdzie haczyk? – zapytała Danka.

– Nie ma żadnego! – roześmiał się Marek. – To ostatnie, parterowe i dość duże. Ma trzy pokoje i spory ogródek. A zostało im dlatego, że deweloper miał w nim biuro sprzedaży. Dosłownie jutro ma być zwolnione do sprzedaży. Jeśli zarezerwujemy je dzisiaj, a jutro dopełnisz formalności, ogłoszenie wcale się nie ukaże.

– Jest za duże. Nie będzie mnie stać – zmartwiła się Danka.

– No właśnie będzie. Za cenę sprzedaży obecnego będziesz miała tam większe, w nowym budownic­twie i jeszcze z własnym ogródkiem.

– To mnie akurat za bardzo nie cieszy – mruknęła.

– Co? Że ma ogródek?

– To, że jest na parterze. To jedna z przyczyn sprzedaży obecnego. Zbyt dobrze pamiętam dzień, w którym ktoś próbował mi wyważyć drzwi, a ja musiałam uciekać przez balkon.

– Dziwnie rozumujesz.

– Dziwnie? – Spojrzała urażona.

– No pewnie. Przecież dobijał się do drzwi. Co mu była za różnica na parterze czy na piątym piętrze? Natomiast ty z piątego raczej byś nie zwiała, prawda? Można powiedzieć, że tylko dlatego, że mieszkasz na parterze, udało ci się uciec, a nam się poznać. I jesteśmy tu teraz razem – podsumował uroczyście Marek.

– Jasne. Zaraz do tego dorobisz efekt motyla – droczyła się Danka, choć w duchu przyznała, że ma wiele racji. – No dobrze. Przekonałeś mnie. Bierzemy.

– Będziesz mogła posadzić własne kwiaty, kupić meble ogrodowe – rozmarzył się.

– Ja i kwiatki? To raczej ty sobie będziesz je sadzić, mój ty botaniku.

– Najpiękniejsze róże dla najpiękniejszej dziewczyny!

Następnego dnia pojechali obejrzeć mieszkanie. Danka zakochała się w nim natychmiast. Dwie sypialnie były niewielkie, ale za to spora garderoba robiła wrażenie. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak mieszczą się w niej wszystkie kosztowne buty i ubrania. Kolejny atut stanowił przestronny i jasny salon połączony z kuchnią.

– Zawsze marzyłam o wyspie kuchennej – oświadczyła, rozglądając się wokół.

– Tu z pewnością wystarczy na nią miejsca – stwierdził oprowadzający ich znajomy Marka. – Chcecie zobaczyć ogródek?

Danka przytaknęła i podeszła do szerokich tarasowych drzwi. Jej przyszły kawałek ziemi miał kształt prostokąta i był dyskretnie oddzielony wysokim drewnianym płotem od sąsiednich. Może nie należał do największych, ale stanowił kwintesencję marzeń.

– Kupuję! – oświadczyła z mocą i wycelowała w Marka palcem wskazującym. – Mogę od razu podpisać papiery. Ale trawę ty będziesz kosić!

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI