Kobiety z odzysku tom 4. Wyrównane rachunki - Izabella Frączyk - ebook + audiobook

Kobiety z odzysku tom 4. Wyrównane rachunki ebook i audiobook

Izabella Frączyk

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Po niesamowitym ślubie Gośki oraz niespodziewanych zaręczynach Agaty zaprzyjaźnione towarzystwo wraca do swoich codziennych zajęć. Niestety tragiczny wypadek Ahmeda burzy sąsiedzką sielankę. Zrozpaczona Zuzka postanawia towarzyszyć mu za granicą w żmudnej rekonwalescencji. Z pomocą Agaty i Andrzeja Gośka rozwija swoją firmę, a w kancelarii Felicji pojawia się zdradzana przez męża klientka. Zdeterminowana kobieta postanawia utrzeć nosa niewiernemu mężowi i pokazać mu, że z kobietami takimi jak ona się nie zadziera. Aby sfinalizować swój plan, Matylda potrzebuje prawnika. Ale czy tylko? Czwarty tom bestsellerowej serii Kobiety z odzysku. Liczne perypetie przyjaciółek przyniosą sporą dawkę humoru i refleksji. To historia o zaufaniu, determinacji i miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 49 min

Lektor: Izabella Fraczyk

Oceny
4,6 (318 ocen)
223
67
21
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Czytadla2022

Nie oderwiesz się od lektury

Dla mnie super, lekka i przyjemna. Tego szukałam - cztery dni - cztery tomy!!!! Tylko jedna uwaga. W Muzeum Kairskim za wejście do Sali Mumii płaci się TYLKO funtami, bo muzeum jest państwowe. Ale przymykam oko w zamian za ogólną przyjemność czytania. 😉
10
JolaJesica

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
opryszek2020

Nie oderwiesz się od lektury

Autorka ma naprawdę barwną wyobraźnię przez co dostajemy wspaniałe przeżycia, których nie da się opisać w kilku słowach.
00
Wella1989

Całkiem niezła

zmiana lektorki niestety na minus.. historie nowych bohaterek mocno przerysowane poprzednie części dużo lepsze
00
darek1210

Nie oderwiesz się od lektury

👍
00

Popularność




Copyright © Izabella Frączyk, 2022

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcia na okładce

©Wassiliy Architect/Shutterstock.com;

Silvae/Shutterstock.com

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Maciej Korbasiński

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

ISBN 978-83-965339-3-7

Kraków 2022

Wydawnictwo BOOKEND

[email protected]

www.bookend.pl

Capital Village Sp. z o.o.

ul. Gęsia 8/202, 31-535 Kraków

Druk i oprawa

Drukarnia POZKAL Spółka z o.o.

88-100 Inowrocław, ul. Cegielna 10–12

Dystrybucja

Motyle Książkowe

Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa

www.motyleksiazkowe.pl

Mojej Rodzinie

Prolog

Ilona miała kompleksy od zawsze. Zresztą dziwne by było, gdyby ich nie miała. Jej starsza o dwa lata siostra już nawet jako dziecko była milsza i ładniejsza – szczuplejsza, z urzekającą czupryną naturalnych platynowych loczków zamiast prostych cienkich włosów w nijakim mysim kolorze. Wachlarze długich, podkręconych rzęs okalały jej błękitne oczy, a różowe usteczka kształtem przypominające serduszko sprawiały, że praktycznie od chwili urodzin dziewczynka wzbudzała powszechny zachwyt. Ilona także wielbiła starszą siostrę i od kiedy się tylko zorientowała, że ładnemu i grzecznemu jest w życiu lepiej, zaczęła naśladować siostrę na każdym kroku.

Początkowo wydało się to łatwe, ale już po kilku dniach do małej Ilonki dotarła bolesna prawda. Dorównanie siostrze wcale nie było proste, zwłaszcza po tym, gdy Dziunia została okrzyknięta miss przedszkola i wygrała casting do telewizyjnego programu dla dzieci. Tego zazdrościli jej absolutnie wszyscy. Mniej atrakcyjna siostra początkowo nie widziała w tym niczego złego. Także pękała z dumy, że ma siostrę znaną z telewizji, i miała nadzieję, że kiedyś i ona trafi do popularnego Teleranka. Niestety, mimo wysiłków ze strony rodziców, Ilonka się nie nadawała. W przeciwieństwie do siostry była krępa i przysadzista. Z tego też powodu między dziewczynkami powstał pierwszy rozdźwięk. Ilonka zamknęła się w sobie, ale rodzice, szczególnie matka, pochłonięci sobą oraz karierą starszej córki, zupełnie nie zwracali uwagi na złe samopoczucie młodszej. Była dzieckiem cichym, pracowitym i naprawdę kochanym. Cieszyli się, że jest, jaka jest. Taka dobra i miła. Nikomu nie przyszło do głowy, że ich młodsze dziecko zwyczajnie cierpi. Ilonka bardzo się starała, ale zawsze Dziunia była na pierwszym miejscu i nie dawała siostrze żadnych szans. Wcale nie wystarczało, że Ilonka była grzeczna. Żeby być popularną i uwielbianą, trzeba jeszcze było być ładną. Jak świat światem ładnemu wybaczało się więcej, a jeśli jeszcze śliczniutki aniołek dysponował pewną dozą sprytu, nie było wcale trudno owinąć sobie wokół palca, kogo tylko się chciało. Odkrywszy, że przebiegłość popłaca, Dziunia rządziła otoczeniem. Widząc, że wszystko przychodzi jej tak łatwo, dość wcześnie zaczęła zdradzać oznaki megalomanii, a w wieku dziesięciu lat stała się bezwzględną małą suką. Niespodziewanie zdała sobie sprawę, jak bez wysiłku można manipulować ludźmi.

Wystarczyło się nadąsać, wydąć różowe usteczka, zrobić smutną minkę i już zamierzony efekt był osiągnięty. Nikt nie potrafił niczego odmówić słodkiej lolitce, a kiedy jeszcze do perfekcji opanowała umiejętność płaczu na zawołanie, wszystkich rozłożyła na łopatki. Widok zachodzących łzami błękitnych oczu blond aniołka działał absolutnie na każdego. I to bez zarzutu. Dziewczynka z czasem stała się mistrzynią manipulacji. Skoro otoczenie reagowało, jak chciała, jej nieustające samouwielbienie i pewność siebie w pewnym momencie stały się normą.

Mimo że dziewczynka stawała się coraz bardziej próżna i zapatrzona w siebie, rodzice dość późno zorientowali się, że coś poszło nie tak.

– Słuchaj, musimy poważnie porozmawiać. – Pewnego wieczora ojciec nie wytrzymał.

– Stało się coś złego? Kochanie? – Matka właśnie szykowała się do cotygodniowego malowania paznokci.

– Tak. Chyba wychowaliśmy potwora.

– Mówisz o Ilonce? Mój Boże, rozmawiałam z lekarzem. Dobrze by było, jeśliby nieco schudła.

– Nie o niej! To kochany dzieciak i jej dieta mnie nie obchodzi. A jeśli już, to tylko po to, żeby jej pomóc.

– No to w czym problem? – Kobieta zdziwiona spojrzała na męża. – Dziś dzwonili z telewizji. Chcą przedłużyć współpracę z Telerankiem i proponują zdjęcia próbne do nowego serialu dla dzieci. Rozumiesz? Będziemy mieli w domu gwiazdę filmową!

– No właśnie. Świetnie się składa, że poruszyłaś ten temat. – Mężczyzna przeczesał włosy palcami i usiadł przy stole naprzeciwko żony. – Ja nie chcę, żeby ona dłużej pracowała w telewizji.

– Dlaczego?

– Nie widzisz, jak się zachowuje? Dziś nakryłem ją na tym, jak zniszczyła list do Ilonki.

– To Ilonka dostała jakiś list? Nie wiedziałam…

– Tak. Dostała… – Ściszył głos, by to, co miał do powiedzenia, nie wyszło poza jadalnię. – Dla ścisłości, sam go napisałem, udając anonimowe rodzeństwo, które bardzo ją ceni.

– Ale po co to zrobiłeś? Przecież to śmieszne. Mało przychodzi takich głupich listów do Dziuni?

– No właśnie. Chciałem, by choć jeden przyszedł do Ilonki. Naprawdę nie zauważasz, że ona czuje się gorsza?

– Cóż… – Matka postanowiła przemilczeć niewygodny temat. Telewizyjna kariera starszej córki bardzo pomagała w trudnych czasach. Dodatkowe kartki na jedzenie, talony na dobra deficytowe, przydział na małego fiata i większe mieszkanie były wtedy nie do przecenienia. Jako ludzie anonimowi nie mieliby na to wszystko szans. Wygodnie było mieć w domu dziecięcą gwiazdkę, choćby i co tydzień trzeba było brać udział w festiwalu piosenki żołnierskiej, zakuwać z dzieckiem patriotyczne wierszyki recytowane na partyjnych akademiach albo prowadzać córkę na zajęcia taneczne.

– Otóż, dla dobra sprawy, podszyłem się pod anonimowych wielbicieli i osobiście wysłałem do niej ten list.

– Rozumiem. I co? – Matka wreszcie wykazała zainteresowanie.

– I tak się właśnie stało, że Dziunia go przejęła.

– A co w tym złego? Ona dostaje dużo listów. Mogła się pomylić.

– Jasne. Ale dlaczego nie oddała go Ilonce, tylko podarła na strzępy?

– Przecież Dziunia ma tylko dziesięć lat! Rozmawiałeś z nią?

– No właśnie. Tylko i aż. Dziesięciolatki nie powinny być takie podłe. Powiem krótko. Tylko jeden raz. Chcę, żeby natychmiast skończyła z tą przeklętą telewizją.

– Zwariowałeś? Echhh, cholera…! – Zdenerwowana kobieta uszkodziła świeży lakier na paznokciu. – Przecież ona ma za tydzień nagrywać kolędy!

– Koniec! Amen! Bez dyskusji. Jeśli to ci się nie podoba, zabieram Ilonkę i odchodzę.

– Ale…

– Kobieto! Ty naprawdę nie widzisz, jak to biedactwo cierpi w cieniu siostry? Nie widzisz, jakim potworem staje się Dziunia? Nam potrzeba normalności, a nie kolejnej sesji nagraniowej.

– Dziunia ma…

– Może coś tam ma! Ale jedno wiem. Serca to ona nie ma na pewno!

– Och!

Z przedpokoju doszedł rodziców spazmatyczny szloch dziecka. Blond loki mignęły w drzwiach. Dziewczynka z krzykiem uciekła do swojego pokoju.

– No widzisz, co narobiłeś? – powiedziała kobieta i z wyrzutem spojrzała na męża. – Jeśli o to ci chodziło, gratuluję sukcesu – syknęła i zmyła z paznokcia rozmazany lakier.

– Dokładnie.

– To teraz do niej idź! Nie chcę, żeby przez ciebie płakała!

– Każdy czasem musi. Nic jej nie będzie. Nigdzie nie idę.

– Co z ciebie za ojciec?! – Kobieta zaczęła się nakręcać. – To nasza córka. Ma dopiero dziesięć lat. To jeszcze małe dziecko. Ona niczego nie rozumie.

– Otóż zapewniam cię, że rozumie więcej, niż ci się wydaje. Natomiast ty nie rozumiesz, że mamy jeszcze drugie dziecko. I ono naprawdę nie pojmuje, dlaczego życie ustawiło je na gorszej pozycji. Czy to aż takie trudne?

– Dobrze… Skoro sobie życzysz, porozmawiam z nią.

Ilonka dobrze zapamiętała tamten wieczór. Długo w noc tuliła zrozpaczoną siostrę. Klamka zapadła. Ojciec postawił na swoim, a na otarcie łez zaproponował rodzinie wycieczkę do wesołego miasteczka. Wymarzona atrakcja miała skutecznie oczyścić rodzinną atmosferę i poprawić wszystkim humory. Nazajutrz rano tuż przed wyjazdem cała rodzina we względnej zgodzie udała się w stronę zaparkowanego pod blokiem fiacika.

Obowiązkowo wyposażeni w termos i kanapki ruszyli w stronę Chorzowa. Od słynnego na cały kraj lunaparku dzieliło ich blisko sto kilometrów. Masa atrakcji oraz ogromny obszar Parku Śląskiego stanowiły pewne wyzwanie, zatem chcąc skorzystać ze wszystkiego, wypadało się pośpieszyć.

– Dziewczynki, proszę nie brykać. Tatuś prowadzi i musi się skupić – nakazała matka i odwróciła się w stronę siedzących na tylnym siedzeniu córek. – Nie wolno rozpraszać kierowcy.

To było ostatnie zdanie, jakie usłyszały od matki. Później był już tylko potężny wstrząs i głuchy odgłos gwałtownego uderzenia. Ilonka ocknęła się jako pierwsza. Nie rozumiała, dlaczego leży na asfalcie, w dodatku na środku jezdni. Jakiś obcy mężczyzna podbiegł do niej, krzycząc, i wziął ją na ręce. Oszołomiona nawet nie zdążyła się przestraszyć, gdy umieścił ją na tylnym siedzeniu swojego samochodu, wypytał, czy coś ją boli, i kazał nie ruszać się z miejsca. Chwilę trwało, zanim do niej dotarło, co się stało. Ich czerwone auto leżało na dachu pogięte jak harmonijka. Obok niego stała poważnie uszkodzona niebieska nyska. Zanim nadjechała straż pożarna, przechodnie wydobyli z wraku jej całkowicie bezwładną siostrę. Uszu dziecka doszły jedynie pojedyncze słowa, ale jasno wynikało z nich, że dwójki dorosłych nie ma sensu wyciągać. Zwyczajnie nie było już czego ratować. Z całej rodziny Ilonka miała najwięcej szczęścia, bowiem siła uderzenia wypchnęła ją na zewnątrz wraz z tylną szybą. Zaliczyła jedynie kilka siniaków i otarć. W przeciwieństwie do niej Dziunia ucierpiała dużo bardziej, ale na szczęście obrażenia nie zagrażały jej życiu. Połamane kości miały się zrosnąć, a kilka głębszych rozcięć wymagało szycia. Bezzwłocznie przewieziono dzieci do szpitala. Ciałami rodziców zajęły się odpowiednie służby.

Po wypisaniu ze szpitala dziewczynki tymczasowo umieszczono w rodzinie zastępczej. Sieroty stanowiły łakomy adopcyjny kąsek, nawet tak duże. Głównie ze względu na uregulowaną sytuację prawną oraz brak innych przeciwwskazań. Pierwszeństwo miała jednak rodzina. Cioteczna siostra ojca bardzo chętnie zgodziła się przysposobić osieroconą dwójkę. Wprawdzie mieszkała na drugim końcu Polski i ze względu na odległość wcześniej widziała jego dzieci jedynie dwukrotnie, ale że była bezdzietna, od razu wyraziła zainteresowanie. Mimo że ciotka Maria już dawno temu skończyła pięćdziesiąt lat i była wdową, od razu przyznano jej prawo opieki nad dziewczynkami.

Jej dom, położony w bezpośrednim sąsiedztwie plebanii, z zewnątrz nie wyróżniał się niczym szczególnym, natomiast w środku jakby czas się zatrzymał. Wszędzie panował perfekcyjny porządek i choć wnętrza zdobiły niezliczone podobizny świętych oraz dziergane na szydełku pstrokate narzuty, w środku było dość ponuro. Stremowane dziewczynki na bezdechu wysłuchały ciotczynej tyrady dotyczącej tego, co im wolno, a co nie. Ilonkę skręcało z głodu, ale nie śmiała przerwać ciotce. Litania zakazów i oczekiwań zdawała się nie mieć końca.

– I niech was Najświętsza Panienka broni dotykać mojego klęcznika! Wy będziecie klęczeć na podłodze. Zrozumiano?

– Klęczeć? – Ilonka szepnęła zdumiona. W ich rodzinnym domu nikt nigdy nie klęczał. Ponieważ ich ojciec należał do partii, nawet do kościoła chadzali sporadycznie, głównie przy okazji ślubów i pogrzebów.

– A jak sobie wyobrażasz poranną i wieczorną modlitwę?

Ciotka Maria była katechetką i poważnie podchodziła do spraw wiary. Teraz, wziąwszy pod opiekę dwoje dzieci, potraktowała swoją misję jeszcze poważniej. Dobrze wiedziała o powiązaniach ich ojca ze strukturami PZPR*, zatem kwestia nawrócenia zbłąkanych duszyczek stała się dla niej sprawą priorytetową. Uczyła religii wszystkie okoliczne dzieciaki i jako osoba mocno związana z Kościołem, wzięła sobie za punkt honoru, by jej podopieczne stały się wzorem dla innych.

– Już rozmawiałam z naszym proboszczem. Wielebny zgodził się udzielić wam pierwszej komunii świętej. Oczywiście po uprzednim przygotowaniu, ale przecież nie mogłyście trafić lepiej, prawda?

– To my pójdziemy do komunii? – Dziunia z nogą w gipsie nadal podpierała ścianę w salonie. Marzyła, by usiąść, ale nie miała śmiałości tego zrobić.

– Oczywiście. Dobrze, że was przynajmniej ochrzczono! Teraz pokażę wam wasz pokój, a później zrobimy przegląd waszych ubrań. W kościele często są dary z zagranicy, można tam zdobyć wiele rzeczy, a że wielebny mnie szanuje, zawsze wiem o nich pierwsza – oznajmiła ciotka z dumą i nareszcie ruszyła się z salonu.

Ilonka pociągnęła za sobą wielką walizę i wróciła pomóc siostrze, która wprawdzie coraz lepiej radziła sobie o kulach, ale jednak poruszanie się na śliskim, wypastowanym do połysku parkiecie nie zaliczało się do łatwych zadań dla wciąż jeszcze osłabionej dziewczynki.

– Myślisz, że pójdziemy do komunii w białych sukienkach? – zapytała przejęta Ilonka, gdy na chwilę zostały same.

– A jak? Do komunii musi być biała sukienka, świeca i wianek. To obowiązkowe – zapewniła Dziunia z mocą. Chciała jeszcze coś dodać, ale ciotka zawołała je na obiad. Głodne dzieci ochoczo złapały za łyżki.

– Chwileczkę! Nie tak prędko, moje drogie – ciotka napomniała surowo i złożyła dłonie. – Najpierw modlitwa. Pobłogosław, Panie Boże, nas, pobłogosław ten posiłek, tych, którzy go przygotowali, i naucz nas dzielić się chlebem i miłością ze wszystkimi. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Nigdy nie przepadały za flaczkami, ale były tak głodne, że bez grymaszenia wymiotły talerze do czysta. Rzecz jasna, ku zadowoleniu ciotki, która mylnie to interpretując, obiecała przyrządzać je częściej.

Jeżeli dziewczynki liczyły, że ich nowe życie choć trochę będzie przypominało poprzednie, były w wielkim błędzie. Pomijając szok związany z wypadkiem i śmiercią rodziców, pobytem w rodzinie zastępczej oraz przeprowadzką na wieś, ich życie u boku zdewociałej ciotki, wbrew wcześniejszym nadziejom, nie zapowiadało się różowo.

Marzenie o paradowaniu w białych sukienkach wyparowało szybciej, niż się pojawiło. Jak wszystkie dziewczynki, także i one dwie marzyły, by tego dnia wyglądać jak królewna. Pięknie uczesana, w białych bucikach i długiej sukience. Jakże zazdrościły swoim koleżankom ze szkoły, gdy te, jedna przez drugą, przechwalały się drogimi prezentami i zebranymi pieniędzmi.

Nic z tego. Szybko się okazało, że ich praktyczna ciotka uznała długie sukienki za zbędny wydatek.

– Wystarczy wam galowy strój. I może wianki. Gromnice mam w serwantce. I tak zrobimy to rano w jakiś dzień powszedni, żeby nikt we wsi się nie dowiedział. Bo to taki wstyd. – Ciotka rozwiała złudzenia i po raz setny odpytała z formułki do pierwszej spowiedzi, po czym zagoniła Ilonkę do wycierania kurzu.

Dziunia z niecierpliwością wyczekiwała zdjęcia gipsu z nogi. Marzyła, by iść wreszcie do szkoły i poznać rówieśników. Była pewna, że każdy z miejsca się zorientuje, kim jest – dziecięcą gwiazdą z telewizji. Miała nadzieję, że to pomoże jej zaistnieć w środowisku, ale tak się nie stało. Niestety we wsi nikt nie miał telewizora, a ponadto szeroka szpecąca blizna na czole w pierwszym momencie zniechęciła dzieci do zawierania znajomości z tą nową z miasta. Marzyła, by powrócić do telewizji, ale to było niewykonalne. Ciotka natychmiast postawiła kategoryczne weto.

– A kto by cię tam woził? Taki kawał? Też coś! A w ogóle ten wielki świat to tylko zepsucie i rozpusta! – grzmiała. – Nie wiem, jak wasza matka mogła na to pozwolić. Tu na szczęście nie ma żadnej telewizji i nawet do miasta daleko, a jeśli bardzo chcesz, możesz śpiewać w kościelnym chórze. O! To doskonała myśl! – Ciotka samej sobie pogratulowała pomysłu. – Obie możecie.

Niestety, w przeciwieństwie do siostry obdarzonej anielskim głosem, Ilonka beczała jak ranny baran. Absolutnie pozbawiona słuchu i wyczucia rytmu kompletnie nie nadawała się ani do śpiewu, ani do tańca.

Od zawsze miała powody, by czuć się gorsza. Dziunia, smukła i zgrabna, ślicznie wyglądała w kolorowych ciuszkach. Ilonka nieraz marzyła, by siostra z czegoś szybko wyrosła, ale nigdy nie udało jej się zmieścić w za ciasne rzeczy. Tak też było i teraz, kiedy obie wyraźnie urosły. Ich ojciec, zważywszy na partyjne koneksje, miewał różne dojścia do rzeczy będących dla innych nie do kupienia i mógł zapewnić rodzinie lepsze ubrania niż te, które zdołał zdobyć przeciętny Polak. Ciotka, mimo że dopuszczona do kościelnych darów w pierwszej kolejności, nie widziała takiej potrzeby. Gustowała w beżach, szarościach i brązach i tak też ubierała dziewczynki. O ile Dziuni po zagojeniu ran i zapuszczeniu dłuższej, zasłaniającej czoło grzywki całkiem dobrze było w tych mało twarzowych rzeczach, o tyle będąca przy kości przysadzista siostra wyglądała w nich jeszcze gorzej niż to możliwe. W szkole także miała zerową popularność. Otwarcie mówiono o niej, że jest gruba, brzydka i ma pryszcze. Nikt nie mógł uwierzyć, że jest rodzoną siostrą rozkwitającej szczupłej blondynki. Do tego wszyscy jak ognia bali się ciotki Marii i na wszelki wypadek woleli trzymać się z dala od nieciekawej dziewczynki. Inaczej rzecz się miała z Dziunią, która, pomijając początki bytności w szkole, doskonale sobie poradziła w nowym towarzystwie. Po pierwsze posiadała wrodzony dar do wszelkich manipulacji, a po drugie wygrywała urodą. W jej przypadku sroga ciotka nie stanowiła przeszkody. Rzecz jasna, dziewczynka wykorzystała swoją telewizyjną karierę i mimo słabego dostępu miejscowych do mediów, szybko uświadomiła wszystkich, z kim mają do czynienia. Nie trzeba było długo czekać, aż zaczęła rozdawać autografy i stała się najpopularniejsza w klasie. To oczywiście bardzo zdenerwowało ciotkę. W imię nauki skromności i pokory zaczęła stosować coraz wymyślniejsze kary z klęczeniem na gołej podłodze włącznie, tylko że z biegiem lat Dziunia zaczęła się coraz bardziej buntować, aż w końcu w wieku siedemnastu lat stanowczo postawiła się despotycznej ciotce.

– Będziesz się smażyć w piekle, ty krnąbrna gówniaro! – ciotka aż kipiała gniewem.

– Najpewniej obok ciebie, tylko że ty trafisz tam pierwsza i będziesz smażyć się dłużej.

– Jak śmiesz?! Za to wszystko, co dla was zrobiłam! Jak was wychowałam! Ty niewdzięcznico! Spójrz choćby na Ilonę! Uczy się najlepiej w klasie, jest grzeczna i wie, gdzie jej miejsce. Powinnaś brać z niej przykład!

Na dźwięk tych mimowolnie usłyszanych słów ucząca się w sypialni Ilona osłupiała. Dla pewności uszczypnęła się, by sprawdzić, że nie śni. Upewniwszy się, że to nie omamy, z wrażenia praktycznie przestała oddychać, bo właśnie stała się rzecz niebywała. Po raz pierwszy w jej piętnastoletnim życiu ktoś ją pochwalił. Po raz pierwszy była w czymś lepsza od siostry, której zawsze wielu rzeczy zazdrościła, ale kochała ją tak bardzo, że byłaby w stanie poświęcić dla niej wszystko. Nagle świat wokół niej pojaśniał. Nawet ponura sypialnia stała się jakby ładniejsza, a dźwięk koszmarnej sygnaturki wygrywanej co godzina przez zegar na kościelnej wieży nagle zabrzmiał niczym najpiękniejsza muzyka. Ilona nie pamiętała, kiedy ostatnio poczuła coś podobnego. Zachwycona cudownym uczuciem uznała, że chyba właśnie tak wygląda szczęście.

– Podła stara wiedźma! – Dziunia wściekła wparowała do pokoju. Zawsze była skłonna, by się buntować, gdy coś szło nie po jej myśli. – Co ja jej zrobiłam, że tak mnie nienawidzi?

– Nie przesadzaj! W końcu dała nam dom. Przygarnęła nas.

– I przy okazji spieprzyła mi najlepsze lata. Myślę, że byłoby lepiej, gdyby adoptował nas wtedy ktoś obcy. Każdy byłby lepszy od niej.

– Skąd możesz wiedzieć? W sumie nie jest aż tak źle.

– Ty nigdy nie miałaś wysokich aspiracji. Dlatego tak łatwo tobą sterować, bo jesteś cholernie naiwna i łatwowierna. Wszystko bierzesz za dobrą monetę. Nawet gdy ci w twarz plują, mówisz, że to deszcz pada. Za dobre słowo wlazłabyś człowiekowi do dupy. Taki zahukany, durny mózgowiec.

– Przestań! – Ilona miała płacz na końcu nosa, i to wcale nie dlatego, że siostra jej dokuczyła. Najbardziej ją zabolało, że właśnie zdeptała najpiękniejszą chwilę jej życia. Cudowny nastrój wyparował w jednej chwili.

– Kurwa, jak ja mam dość tych jej zdrowasiek i rorat! Dobrze, że do osiemnastki już niedługo. Wypieprzę stąd tak szybko, że aż się za mną zakurzy. Zobaczycie! Jeszcze się w życiu dorobię. Znajdę bogatego faceta. Naprawdę bogatego i zrobię z tego użytek.

– Przecież mówiłaś, że gdzieś masz chłopaków. – Ilonę zawsze dziwiło, że siostra dotychczas nie wybrała nikogo z nieodłącznej grupki włóczących się za nią i ślepo wpatrzonych wiernych adoratorów. Sama dałaby się pokroić, by zainteresował się nią choćby jeden, nawet najmniej atrakcyjny, ale nic takiego się nie wydarzyło.

– Bo mam. Głęboko w dupie ich mam. Bardzo głęboko. Każdy z tych żałosnych wsiowych ciołków tylko patrzy, żeby mnie przelecieć. A figa! Nienawidzę ich wszystkich. Nie dla psa kiełbasa! – warknęła i jednym ruchem zdjęła z warkocza gumkę i rozpuściła na plecy pelerynę złotych włosów.

Dziunia, wbrew przewidywaniom, wcale nie wyrosła na powalającą piękność, niemniej wciąż była bardzo ładną i zgrabną dziewczyną. Dla młodszej siostry okres dojrzewania był jeszcze mniej łaskawy. Grube dotychczas rysy stały się znacznie bardziej toporne, a nieproporcjonalnie wielki biust sprawił, że zaczęła wyglądać na grubszą niż w rzeczywistości. Przetłuszczające się włosy i młodzieńczy trądzik już tylko dopełniły całości nieszczęsnego wizerunku. Wiedziała, że nigdy nie dorośnie innym dziewczynom do pięt. Jedynym, w czym mogła się wybić ponad przeciętność, była nauka. Nie dla niej były randki i prywatki, na które zresztą nikt jej nie zapraszał. A tak marzyła, by choć raz któryś z rówieśników ją zauważył. Gdy kilka tygodni wcześniej nowy kolega z klasy podszedł do niej na przerwie i zapytał, czy przyjdzie do niego na urodziny, omal nie zemdlała z wrażenia. Z emocji zapomniała języka w gębie i zdumiona przyjęła zaproszenie. Antek chodził do ich klasy od niedawna. Nie mogła uwierzyć, że jej najskrytsze marzenie właśnie się spełnia. Pojechała nawet do miasta, by w antykwariacie wyszperać dla kolegi jakąś ciekawą książkę, ale już następnego dnia jej radość zamieniła się początkowo w rozczarowanie, a gdy później poznała prawdziwe przyczyny jego działania, w rozpacz. Antek poinformował ją o odwołaniu prywatki, co przyjęła ze smutkiem, ale gdy przypadkiem okazało się, że to kłamstwo, poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz.

– To ty w domu? Czemu nie na imprezie u tego nowego? – zapytała Dziunia zdziwiona, że zastała siostrę w domu. – Spanikowałaś?

– Nie. Antek odwołał prywatkę. Ktoś mu zachorował czy coś…

– Coś ty? To chyba nieprawda. Gdzie on mieszka? Czy aby nie za mleczarnią?

– Zgadza się. Za mleczarnią, pod lasem. Dlaczego pytasz?

– Bo przed chwilą widziałam, jak cztery laski z twojej klasy, odstawione jak stróż w Boże Ciało, szły z prezentami w tamtą stronę.

– Nie wierzę ci!

– Jak sobie chcesz. – Dziunia wzruszyła ramionami. – Mówię prawdę. Koleś zrobił cię w konia i tyle.

Ilona wybiegła z domu, ale po chwili zwolniła. Nadwaga szybko dała o sobie znać. Zdyszana i bez tchu dotarła do leśnej drogi. Tędy szło się dłużej, ale pod osłoną drzew mogła niezauważona podejść pod samo ogrodzenie. Już z oddali usłyszała głośną muzykę i śmiechy. Jej siostra nie kłamała. Urodzinowa prywatka trwała w najlepsze. By się upewnić, podeszła jeszcze bliżej.

Ilona już dawno przywykła do myśli, że z niewiadomych przyczyn los poskąpił jej wielu rzeczy, i wiedziała, że jeśli nie stanie się jakiś cud, już zawsze będzie się czuła człowiekiem gorszego gatunku. Wszystko jednak, co znosiła dotychczas, było niczym w porównaniu z tym, jak poczuła się, gdy dotarło do niej, jak bardzo Antek z niej zadrwił. Łzy nabiegły jej do oczu. Nagle coś w niej pękło. Ze zwieszonymi ramionami, noga za nogą powlekła się w stronę domu ciotki. Było jej wszystko jedno, czy ktoś ją zauważy, więc minęła furtkę i wybrała zwykłą drogę.

– Mówiłam?

Zignorowała pytanie siostry i zdziwione spojrzenie ciotki.

Nie zdawała sobie sprawy, że człowiek ma w sobie tyle łez. Długo płakała, zanim ich zabrakło.

***

Rano, jeszcze przed budzikiem, obudziły ją promienie słońca wpadające spomiędzy niestarannie zaciągniętych zasłon. Ostre światło padało dokładnie na jej twarz. Machnęła ręką, jakby chciała odgonić natrętną muchę, i mruknęła niezadowolona, że coś przerwało jej miły sen. Właśnie weszła na łazienkową wagę, która wskazała nieosiągalny wynik pięćdziesięciu pięciu kilogramów. Ilona przeciągnęła się na całą długość i przy przewracaniu na bok boleśnie przygniotła łokciem okazałą pierś. Ból sprawił, że sen zniknął, a wspomnienie poprzedniego dnia wróciło z całą mocą. Potarła spuchnięte powieki i niechętnie usiadła na łóżku. Odbicie w lustrze na starej toaletce przeraziło ją samą. Omal nie krzyknęła na widok swojej twarzy. Oczy wyglądały, jakby należały do żółwia, a nos mógłby wziąć udział w rywalizacji na najbardziej czerwony kinol świata. Nawet ciotka zauważyła jej arcynieciekawą kondycję.

– Ilonko, może jednak zostaniesz dziś w domu?

– Miałabym nie pójść na sumę? – Dziewczyna zdębiała. Od kiedy sięgała pamięcią, jedynie ciężka choroba usprawiedliwiała opuszczenie głównej mszy niedzielnej, a że Ilona nie chorowała, coś takiego jeszcze nigdy nie miało miejsca.

– Wyglądasz naprawdę źle. Nie chciałabym, żeby ktoś sobie pomyślał coś złego. We wsi plotki potrafią wziąć się nie wiadomo skąd. Po co ludziom dawać pole do domysłów?

– No tak… – Ilona westchnęła. Niecodzienna propozycja wcale nie wynikała z troski o jej samopoczucie. Dla ciotki najbardziej liczył się nieskazitelny wizerunek rodziny.

– Ale nie myśl sobie, że ci się upiecze. W przyszłym tygodniu pójdziesz dwa razy. W sobotę i w niedzielę.

Nie było sensu tłumaczyć, że jeśli się uczestniczy we mszy świętej w sobotę, to w niedzielę nie trzeba już iść do kościoła.

Korzystając z chwili samotności, postanowiła spróbować zrobić coś ze swoją twarzą. Nie żeby liczyła na jakiś upiększający cud, bo z tym dała sobie spokój już dawno temu, ale w poniedziałek miano ogłosić w szkole, kto stanie się laureatem stypendium ufundowanego przez wójta. Jako jedyna w województwie finalistka olimpiady matematycznej liczyła, że zostanie przyznane właśnie jej. Miała nadzieję, że do poniedziałku opuchlizna zniknie. Zrobiła sobie okłady z torebek po parzonej herbacie, a na twarz nałożyła plastry surowego ogórka.

– Ciociu? Masz może jakieś przecieki? – nieśmiało zapytała przy niedzielnej kolacji. – Wikary czegoś nie wie? Bardzo się denerwuję przed jutrem.

– Niestety. Jakby wiedział, powiedziałby mi. – Ciotka się napuszyła. – Ufa mi.

– Boję się, że stypendium otrzyma ktoś inny.

– Dziecko, co ma być, jeden Pan Bóg wie. Módl się i zdaj na jego wyrok niezbadany.

Na szczęście saszetki herbaty oraz dodatkowy okład z buchniętej z zamrażalnika zamrożonej brukselki jeszcze przed wieczorem zdołały doprowadzić do ładu spuchnięte oczy. Gorzej rzecz się miała z otartym nosem, ale puder należący do Dziuni odrobinę zamaskował buraczkowy odcień skóry. Względnie ogarnięta, spodziewając się, że na szkolnej akademii zostanie wywołana przed szereg, dwukrotnie wyprasowała przechodzoną białą bluzkę.

Dyrektor szkoły, jednocześnie uczący matematyki, zrobił wszystko, by pomóc zahukanej dziewczynie. Jego zdaniem była wybitnie uzdolniona, a jej analityczny umysł i niebywała pamięć dawały obiecujące rokowania na przyszłość. W całej jego karierze nauczycielskiej do szkoły nie uczęszczało zbyt wielu tak zdolnych uczniów, a obecnie właśnie Ilona mogła się ubiegać o najważniejszą nagrodę. Sam osobiście dopilnował wójta, by ten przyznał stypendium naukowe właśnie jej. Do tego sam, na własną rękę i nie pytając nikogo o zdanie, załatwił, by od września dziewczyna mogła uczęszczać do najlepszego liceum w Warszawie. To miała być niespodzianka. Dyrektor w Batorym był jego dobrym znajomym i chętnie wziął pod uwagę jego rekomendację. Oceny Ilony oraz finał olimpiady matematycznej mówiły same za siebie. Dziewczyna otrzymała zatem gwarancję dostania się bez egzaminu do najlepszego ogólniaka, przyznano jej ponadto coroczne stypendium ufundowane przez wójta dla najlepszego ucznia w gminie. Kwota bez problemu miała zapewnić zakwaterowanie w internacie i utrzymanie w stolicy. Dyrektor sam pogratulował sobie dobrze załatwionej sprawy.

– Jesteś pewien, że należy się właśnie jej? – zapytała żona w czasie podwieczorku.

– Tak. Bez wątpienia. W tej dziurze niczego nie osiągnie. A że dotąd życie nie obchodziło się z nią łagodnie, to się jej należy.

– A nie mogłeś tymi nagrodami obdzielić dwójki dzieci? Syn Kamińskich też świetnie się uczy.

– Ale on nie jest sierotą i nie mieszka u stukniętej katechetki! – Mężczyzna się roześmiał. – Już za samo to coś się tej dziewczynie od życia należy. Bozia poskąpiła urody, ale za to dała rozum. A to taka transakcja wiązana. Bez dobrego liceum nie wybije się wyżej, a bez pieniędzy nie będzie jej stać na wyjazd stąd. Więc albo wszystko, albo nic.

– Słyszałam gdzieś, że ich rodzice wcale biedni nie byli.

– I owszem. Rozmawiałem o tym kiedyś z Marią. Ich ojciec był partyjnie mocno ustosunkowany, więc żyli na koszt partii. Chociaż mieszkanie mieli piękne, ale co z tego, skoro lokatorskie? Auto po wypadku poszło do kasacji, a odszkodowanie, podobnie jak ich oszczędności z banku, Maria przeznaczyła na utrzymanie dziewczynek przez te wszystkie lata.

– No tak. Muszę przyznać ci rację, kochanie. Jeśli teraz dziewczyna dostałaby tylko pieniądze, pewnie ciotka położyłaby na nich łapę i nic by z tego nie wyszło – powiedziała i pocałowała męża.

– Dokładnie. To jej jedyna szansa, by się zawczasu stąd wyrwać. Pomijając dewocję Marii, starsza siostra to też niezła cwaniara z zadatkami na rasową modliszkę. Jeśli jest choćby w połowie taka, jak przypuszczam, nie chciałbym kiedykolwiek wejść jej w drogę. Myślę, że ten wyjazd to najlepsze, co Ilonę dotychczas mogło spotkać.

W oczekiwaniu na godzinę rozpoczęcia akademii Ilona na niczym nie dała rady się skupić. Gdyby faktycznie przyznano jej nagrodę pieniężną od wójta, mogłaby odłożyć sobie kasę w banku, by spokojnie procentowała do czasu rozpoczęcia studiów. Dużo o tym rozmyślała. Wiedziała, że ciotka jej nie pomoże, a studia, chociaż darmowe, wymagały przecież środków. Najbliżej byłoby jej do Lublina, ale i tak odległość była zbyt duża na codzienne dojazdy. A na nie też trzeba było zapewnić sobie fundusze. Już wcześniej wpadła na pomysł, że chodząc do miejscowego liceum, będzie dawać dzieciakom korepetycje z matematyki i fizyki, i odłoży trochę grosza na studia. Później, już w Lublinie, zamierzała zarabiać w podobny sposób.

Tak, Ilona miała już dokładny plan na najbliższe cztery lata, ale nie spodziewała się tego, że tak szybko ulegnie on zmianie. Nawet nie śmiała myśleć o tym, że już po zbliżających się wakacjach będzie mogła wrócić do Warszawy. Obie siostry od śmierci rodziców bywały tam jedynie z okazji Święta Zmarłych.

– Serdecznie gratuluję! Także w imieniu wójta naszej gminy pana Jana Zawistowskiego oraz Zdzisława Madeja, dyrektora Drugiego Liceum Ogólnokształcącego imienia Stefana Batorego w Warszawie… – Dyrektor energicznie potrząsnął dłonią osłupiałej dziewczyny.

Ilona nagle poczuła, jakby świat wokół niej zawirował. Zupełnie jakby ktoś zamknął ją w wielkiej bańce po brzegi wypełnionej szczęściem i odizolował od reszty świata. Kompletnie nie słyszała dalszych słów dyrektora. Ona miałaby się uczyć w tym słynnym Batorym?! Ona?!

Nie była pewna, czy w oszołomieniu w ogóle wykrztusiła z siebie choćby „dziękuję”, ale na pewno zapamiętała rzęsiste brawa oraz salwę śmiechu, gdy schylając się po wypuszczony z rąk dyplom, poczuła, jak opięta do granic spódnica z trzaskiem pęka jej na pupie. W sekundzie oblała się pąsem, a audytorium aż zatrzęsło się od śmiechu.

– Masz! Szybko! Weź moją marynarkę! – Antek wyrósł obok niej jak spod ziemi i zawiązał rękawy wokół jej szerokiej talii. Na szczęście były wystarczająco długie, choć niewiele brakowało.

– Antek! – wykrztusiła przez ściśnięte gardło. Emocje były tak silne, a on zareagował tak szybko, że nie zdążyła się rozpłakać.

– Chodźmy stąd! – Nie dając jej dojść do słowa, wziął ją za rękę i prawie siłą wyprowadził na zewnątrz.

– Dziękuję… – powiedziała, gdy wyszli poza teren szkoły.

– Daj spokój. Byłem ci to winien.

– Winien? W jakim sensie? – Ilona na chwilę zapomniała o wstydzie.

– Przepraszam cię za ostatnią sobotę. To nie tak miało wyglądać. Ja naprawdę nie chciałem zrobić ci przykrości – powiedział chłopak i obrócił Ilonę twarzą do siebie.

– Ale zrobiłeś. – Dziewczyna dzielnie spojrzała mu w oczy.

– Wiem. Dasz się zaprosić do cukierni na ciacho? Chciałbym z tobą pogadać. Wszystko wyjaśnię.

– Do cukierni? Zaprosić? – Ilona zareagowała bezbrzeżnym zdumieniem. Jeszcze nigdy nikt nie zaprosił jej na ciacho, a już tym bardziej żaden chłopak.

– Tak, ale może przedtem będziesz chciała zmienić spódnicę! – Antek parsknął głośnym śmiechem.

– Tak… – Ilona uśmiechnęła się z wdzięcznością i ponownie tego dnia oblała się pąsem.

– Ty nie w szkole? – Ciotka zdziwiła się, widząc ją w domu. – Coś się stało?

– Tak, spódnica strzeliła mi na szwie. Muszę się przebrać.

– Coś jeszcze?

– Same dobre wieści, ale na razie śpieszę się do szkoły – skłamała gładko.

Pierwsze w życiu wagary, w dodatku w towarzystwie Antka, spodobały się Ilonie. Bez poczucia winy poszła z nim do cukierni, w nosie mając, że ktoś zauważy jej nieusprawiedliwioną nieobecność na ostatnich lekcjach.

– Wygląda na to, że znów zrobiłam z siebie pośmiewisko, ale wiesz co?

– Nie – odparł Antek znad wuzetki.

– Coś we mnie pękło. Mam to gdzieś! A o czym chciałeś ze mną porozmawiać?

– Chciałem cię przeprosić za sobotę. Naprawdę tego nie planowałem. Jeszcze dobrze nie znam tutejszych relacji – kto, z kim i dlaczego. Zwyczajnie dałem się wpuścić w maliny. Serio chciałem, żebyś przyszła na imprezę, ale dziewczyny wprowadziły mnie w błąd. Gdy się tylko dowiedziały, że cię zaprosiłem, powiedziały, że w takim razie nikt z klasy nie przyjdzie. Wręcz zażądały ode mnie, żebym wycofał się z zaproszenia.

– Ale uległeś. Trudno. Jestem przyzwyczajona, że się mnie pomija.

– Pomija? One powiedziały, że nie cierpisz takich spędów, a jeśli już ktoś cię zaprosi, od razu rozsiewasz plotki o tym, co się działo na imprezie. Myślałem, że się nie dowiesz. Że się uda. Ale gdy cię zobaczyłem przed moim domem, jak płaczesz…

– Ale że ja plotkuję? A niby z kim? – Ilona na chwilę przestała jeść. – Ja jeszcze nigdy nie byłam na żadnej prywatce. Nikt mnie nie zaprasza. I nikt ze mną nie gada.

– Serio?

– A tak się cieszyłam. Nawet kupiłam ci prezent. – Ilona sięgnęła do torby po stare wydanie Winnetou. – Proszę. To moje podziękowanie za dzisiaj. W moim wypadku paradowanie z majtkami na wierzchu to cyrk na całą gminę. Zareagowałeś błyskawicznie.

– Wiesz… – Chłopak wziął do ręki pięknie oprawione wydanie. – Jesteś warta więcej niż całe stado tych głupich lasek. Gratuluję ci. Zazdroszczę ci tego Batorego i chcę, żebyś wiedziała, jak cholernie mi głupio. Przepraszam. Nie zdawałem sobie sprawy, jaką zrobiłem ci przykrość.

Antek odsunął szklankę soku, żeby jej nie przewrócić, i nachyliwszy się nad stolikiem, pocałował Ilonę w pulchny policzek.

– Przestań! – Drgnęła zaskoczona.

– Dlaczego? – zapytał Antek z figlarnym uśmiechem.

– Bo… bo… bo jestem gruba! – palnęła pierwsze, co jej przyszło do głowy.

– To schudnij. W czym problem?

***

Przed wyjazdem Ilony do Warszawy ciotka wpadła w panikę. Wcale nie dlatego, że podopieczna wyfruwa z gniazda. Dziewczyna przez wakacje schudła blisko dwadzieścia kilogramów i żadne z ubrań, jakie miała, nie nadawało się do noszenia. Z bielizną włącznie. Niestety druga połowa lat osiemdziesiątych nie sprzyjała robieniu zakupów. Tymczasem Ilona wraz z utratą wagi nieco zyskała na pewności siebie. Codzienny jogging i rezygnacja ze słodyczy przyniosły efekty, które zaskoczyły ją samą. Nie spodziewała się, że to takie łatwe. Wystarczyło po prostu chcieć, zacząć i wykazać się odrobiną konsekwencji. Choć do upragnionego celu było jeszcze daleko, już poczuła się dużo lepiej i pewniej. Cudowne uczucie lekkości upajało. Co dnia kończyła swój marszobieg z coraz mniejszą zadyszką i liczyła, że w stolicy znajdzie jakiś park, gdzie mogłaby kontynuować swoją aktywność. Z szerokim uśmiechem odkładała na osobny stosik spadające z niej ubrania. Różnica w rozmiarach była już tak duża, że krawcowa nie podjęła się przeróbek.

Ilona miała zamiar uzupełnić garderobę na słynnym warszawskim bazarze Różyckiego, ale ciotce nie mieściło się w głowie, by puścić ją samą na zakupy.

– Ciociu, ja naprawdę jestem już duża.

– Ale nie na tyle, by samodzielnie zadbać o odpowiednią odzież!

– Nie martw się ciociu. Nie kupię niczego niestosownego.

– Mam nadzieję. Żebyś mi tylko w tym mieście wstydu nie przyniosła!

– Ciociu, jeśli w parafii nie ma niczego z darów, poradzę sobie sama. Skoro jestem na tyle odpowiedzialna, by jechać do Warszawy, to i z zakupami dam sobie radę.

Dzień przed wyjazdem Ilona z emocji dostała biegunki. Walizka z jej niewielkim dobytkiem stała już przyszykowana w przedpokoju. W stolicy czekało na nią łóżko w internacie oraz miejsce w klasie o profilu matematyczno-fizycznym. Proboszcz nie chciał być gorszy od wójta i dyrektora, zatem ofiarował Ilonie komplet nowiutkich podręczników do pierwszej klasy, które dzień wcześniej nadała pocztą na adres internatu. Autobus do Warszawy odjeżdżał o dziewiątej rano, więc w obawie, że zaśpi, nastawiła aż trzy budziki. O świcie obudziło ją coś dziwnego. Nie nawykła spać w jednym łóżku z kimkolwiek, więc ze zdziwieniem ujrzała swoją siostrę mocno przytuloną do jej boku.

– Co tu robisz? – zapytała szeptem.

– Żegnam się z tobą. Chyba będę tęsknić.

– Serio?

– A co w tym dziwnego? – mruknęła zaspana. – Jesteś moją rodziną i kocham cię.

Wzruszona Ilona nie zmrużyła już oka. Dziunia nigdy nie mówiła, że ją kocha. Tymczasem na przystanku żegnała siostrę ze łzami w oczach. Ciotka tuż przed wyjazdem wcisnęła Ilonie do torby różaniec i modlitewnik i zrobiła nad jej głową znak krzyża.

***

Zapewne gdyby zrobić przegląd polskich szkół, do większości z nich uczęszczał jakiś Łysy. Tak też było i w Batorym. Pierwszego dnia na długiej przerwie Ilona ujrzała go. Niespecjalnie wysoki, ale dobrze zbudowany, wyróżniał się z tłumu uczniów bujną czupryną prawie białych włosów. Niespotykany odcień sprawiał, że nie sposób było nie zauważyć chłopaka i przejść obok niego obojętnie.

– O matko, kto to? – Ilona zapytała siedzącej obok koleżanki.

– Nie wiesz? Przecież to Łysy. Każdy go zna. A co? W oko ci wpadł?

– A tobie nie?

Chłopak, najwyraźniej świadom swojej popularności, brylował w towarzystwie. Ze swobodą witał się z kumplami i z uśmiechem obcmokiwał kręcące się wokół niego dziewczyny. Oczywiście te najładniejsze i najzgrabniejsze. Innych zdawał się nie zauważać. Jak na dłoni było widać, kto zalicza się do szkolnej elity. Wraz z dzwonkiem Ilona z ciężkim westchnieniem wróciła do klasy. Dołączenie do towarzystwa było marzeniem ściętej głowy. Niestety już wpadła po same uszy. Od pierwszego wejrzenia zakochała się w Łysym. Cóż z tego, że nie zamieniła z nim ani słowa. To było zupełnie nieistotne. Widok atrakcyjnego chłopaka nie znikał jej sprzed oczu nawet na chwilę. Zasypiała z myślą o nim i z jego obrazem pod powiekami się budziła. Myślała, że to beznadziejne uczucie szybko minie, ale pod koniec tygodnia miała już dokładnie rozpracowany jego plan lekcji z numerami sal lekcyjnych włącznie. To pozwalało jej w taki sposób lawirować podczas przerw, by jak najczęściej, niby przypadkiem, się z nim minąć. Znała wprawdzie swoje miejsce w szeregu i wiedziała, że na pewne rzeczy po prostu nie zasługuje. Nikt jej jednak nie zabronił marzyć, a uczucie, które ją przepełniało, było przyjemne. Ilona zazwyczaj stroniła od nowych znajomości. Uczniowie z jej klasy kompletnie jej nie interesowali, a gdy zauważyli, że uczy się najlepiej i podnosi poprzeczkę, łatka kujona przylgnęła do niej na dobre. Tylko jej imienniczka z tej samej ławki traktowała ją miło.

– No! Ilona! Mówi się! – Koleżanka szturchnęła ją łokciem. – Tu Ziemia!

– Co? – Zamyślona nie usłyszała jej słów.

– No, co z tobą? Zakochałaś się czy co?

– A to aż tak widać? – Ilona nagle poczuła potrzebę zwierzenia się.

– Jasne. – Tamta wydęła usta. – Łysy?

– Tak… – szepnęła Ilona i spaliła buraka.

– No to pięknie. Nieźle wpadłaś. On ma właśnie zajawkę na klasową blondi. Wiesz, tę modelkę, Baśkę. Trafiła kosa na kamień. Ona podobno jest nie do zdobycia, a przy tym franca jakich mało.

– Skąd tyle wiesz?

– Moja kuzynka chodzi z nimi do klasy. To i wie. Dasz spisać matmę? Zapomniałam odrobić.

Wiadomości z frontu nie wyglądały wcale dobrze, ale przynajmniej na tyle pocieszająco, że obiekt jej westchnień nie miał dziewczyny na stałe. To dawało większe pole do miłosnych mrzonek. Fakt, szansa była prawie żadna, choćby na samą rozmowę, a już tym bardziej na odwzajemnienie przez blondwłosego adonisa jej żarliwego uczucia. Z miłości Ilona niemal zapomniała o jedzeniu, co dość szybko zaowocowało dalszym spadkiem wagi. Wskaźnik wreszcie przekroczył granicę siedemdziesięciu kilogramów i choć Ilona nadal była najgrubsza w klasie, odchudzanie na dobre weszło jej w nawyk. Podobnie jak codzienny jogging. Gdy się tylko dowiedziała, gdzie mieszka obiekt jej westchnień i że też biega, szybko zmieniła miejsce codziennych przebieżek na park, w którym miała szansę go spotkać.

– Cześć! Mam wrażenie, że gdzieś już cię widziałem?

Nogi ugięły się pod nią, gdy usłyszała za plecami jego głos. Była w parku dopiero trzeci raz. Nie myślała, że jej podstęp zadziała tak szybko.

– Chodzimy do jednej budy, zgadza się?

– Tak – powiedziała wyjątkowo spokojnie, rada, że zaczepił ją, jeszcze zanim rozpoczęła bieg i zdążyła się spocić.

– Też biegam i pomyślałem, że w towarzystwie byłoby fajniej.

– Pewnie! Ty jesteś Łysy, tak?

– A jak inaczej. Skąd jesteś? – zapytał chłopak i ruszył truchtem.

Z kondycją Ilony nie było tak dobrze, by mogła swobodnie rozmawiać podczas biegania. Ledwie cedziła słowa. Mimo wysiłków nie dała rady nadążyć za towarzyszem, ale też nie chciała się skompromitować i stracić szansy na dalszy ciąg pogawędki.

– Nie dam rady! Zaraz ducha wyzionę! – Zdyszana zatrzymała się obok ławki. – Muszę odsapnąć, nie chcę cię spowalniać.

– To ja oblecę jedno okrążenie, a potem pójdziemy do cukierni na kawę. Pasuje? – Łysy puścił oczko i zanim zdołała zareagować, biegiem ruszył przed siebie.

Ilona zdumiona tym, co się wydarzyło, podziękowała Bogu za tę chwilę samotności, kiedy mogła pozbierać myśli. O ile to możliwe, miała wrażenie, że zakochuje się jeszcze bardziej. Gdy wieczorem kładła się spać, poczuła nieznane jej dotąd pulsowanie w podbrzuszu. Korzystając z nieobecności współlokatorki, która pojechała do domu na weekend, Ilona odrzuciła kołdrę, zdjęła piżamę i stanęła przed zmatowiałym lustrem. Wyobraziła sobie, jak by to było, gdyby Łysy właśnie teraz wszedł do pokoju i zastał ją całkiem nagą. Ilona, tuląc poduszkę, wsunęła palce między uda, by dotrzeć do miejsca, w którym skumulowało się nieznośne uczucie. Jęknęła zaskoczona, na myśl o chłopaku doznanie stało się jeszcze silniejsze. Zwilgotniała momentalnie. Chwilę później niemal krzyknęła, gdy wstrząsnął nią gwałtowny spazm.

***

– Tylko proszę, nie odmawiaj – kusiła Baśka, prezentując w szerokim uśmiechu równiusieńkie białe zęby. – Łysy mówi, że jesteś fajna, i zakomunikował, że nie przyjdzie na moją osiemnastkę, jeśli cię nie zaproszę.

Ilona dobrze pamiętała nieszczęsne urodziny Antka i to, jak z niej wtedy zadrwiono. Teraz nie mogła się wyzbyć uczucia, że znów coś jest nie tak, ale pokusa, by wreszcie zaistnieć w towarzyskiej śmietance, była zbyt silna, żeby odmówić. Zwłaszcza że nie miała powodów do obaw, a w ostatnich tygodniach jej marzenia nareszcie zaczęły się spełniać. Już kilka razy udało jej się widzieć z Łysym na osobności. Dwukrotnie odprowadził ją do internatu, a minionego dnia na pożegnanie lekko pocałował ją w usta. Ilona już dawno poddała się uczuciu. Obecność Łysego i jego wrodzony urok działały na nią jak narkotyk. I to nieustanne pożądanie, które czuła nawet na samą myśl o nim. A że myślała o nim bez przerwy, w toalecie bywała częstym gościem. Wystarczała jej chwila, by zaznać chwilowej ulgi.

– Chętnie przyjdę. Dziękuję za zaproszenie.

– Super! W takim razie do soboty! Zobaczysz, będzie bosko. Moi starzy jadą na wesele do Gdańska. Cała chata nasza! – powiedziała Baśka i roześmiała się perliście.

Od kiedy zagościła w Warszawie, zdążyła się zorientować, że Sadyba to okolica, gdzie nie mieszka byle kto. Przed wojną było to osiedle kadry oficerskiej oraz urzędników wysokiego szczebla. Obecnie okazałe, usytuowane wśród zieleni wille cieszyły się powodzeniem wśród zamożnej stołecznej inteligencji.

Ilona, nieco speszona, z bijącym sercem nacisnęła domofon. Miała nadzieję, że Łysy po nią przyjdzie i na imprezę wybiorą się razem, ale niestety nie dał rady, więc zaopatrzyła się na bazarze w zestaw zagranicznych kosmetyków i sama trafiła pod adres jubilatki. Była tak przejęta zaproszeniem, że przyszła jako pierwsza.

– Och! Ilonka, jak dobrze, że jesteś! – Baśka przywitała ją wylewnie. – Pomożesz mi, dobrze? Zupełnie poległam przy szykowaniu sałatki.

– W tym akurat jestem dobra – ucieszyła się Ilona i nawet się nie zorientowała, kiedy wylądowała w kuchni. Gospodyni tymczasem zrobiła im obu drinka i poszła przywitać kolejnych gości.

Nie dowierzając własnemu szczęściu, Ilona z radością zabrała się za siekanie cebuli i popijając colę z wódką, wystukiwała obcasem rytm lecącej z głośników La Bamby. Nie nawykła do alkoholu, powoli sączyła drinka. W swoim życiu tylko raz piła mszalne wino, które Dziunia buchnęła ciotce Marii. Teraz, gdy jakimś cudem trafiła w absolutne centrum towarzyskich wydarzeń, wreszcie miała szansę zaistnieć w gronie najpopularniejszych osób w całym ogólniaku. W głowie zaszumiało jej lekko, a gdy nareszcie Łysy dotarł na miejsce, poczuła jeszcze większy przypływ endorfin. Po raz pierwszy w swoim szesnastoletnim życiu poczuła się absolutnie szczęśliwa. Nie dość, że obiekt jej westchnień jakimś cudem zwrócił na nią uwagę, to jeszcze dostąpiła towarzyskiej nobilitacji. Zaproszenie na imprezę do najpopularniejszej dziewczyny w szkole było wyróżnieniem, o jakim każdy marzył. Nawet jej wybredna siostra byłaby usatysfakcjonowana. A ona nie mogła się doczekać chwili, kiedy zadzwoni do Dziuni i opowie, jak spędziła sobotni wieczór. Była pewna, że siostra jej nie uwierzy.

Obiecała sobie, że będzie rozsądna, ale nie potrafiła odmówić, gdy Łysy przyszedł do niej z kolejnym drinkiem. W głowie czuła przyjemny szumek, więc myśląc, że po kolejnej dawce alkoholu poczuje się jeszcze fajniej, ochoczo pociągnęła ze szklanki.

– Chyba muszę wyjść na chwilę na zewnątrz. – Mimo wszystko odstawiła szklankę.

– No to chodźmy się przejść.

Łysy szarmancko zaproponował ramię i wyprowadził uszczęśliwioną Ilonę do ogrodu. Zbyt zaaferowaną, by mogła zauważyć wymieniane przez resztę dziewczyn znaczące spojrzenia. Hormony szczęścia dosłownie tętniły jej w żyłach, a gdy Łysy wreszcie ją pocałował, uznała, że chyba umarła i trafiła do raju. Spacer i chłodne powietrze dobrze jej zrobiły. Nigdy nie tańczyła, ale przecież nie mogła odmówić miłości swojego życia. Wypity alkohol dodał jej odwagi. Czuła się lekka, piękna i zgrabna. Miała wrażenie, że jej ruchy stały się kuszące i kocie. W ciemnym pokoju, gdzie zrobiono miejsce do tańczenia, wszyscy podrygiwali rytmicznie, więc uznawszy, że to wcale nie takie trudne, chętnie dołączyła do reszty. Łysy ruszał się fantastycznie, aż miło było popatrzeć na jego gibkie ciało. Ilona, zachęcona jego spojrzeniem, także spróbowała swoich sił. Było jej wszystko jedno, jak się rusza, najważniejsze w tamtej chwili były wpatrzone w nią oczy chłopaka.

– Zatańczysz ze mną? – Podszedł do niej, gdy z głośników popłynął wolny kawałek.

– Jasne… – Ilona miała wrażenie, że się rozpływa. Jego pocałunek, i to na oczach wszystkich, dodał jej skrzydeł. – Łysy? – szepnęła.

– Taaak? – wymruczał jej do ucha.

– Kocham cię – szepnęła z pasją.

– Ja ciebie też.

Ulokowany na poddaszu pokój gościnny aż się prosił, by z niego skorzystać. Marzenie dziewczyny, by mieć chłopaka tylko dla siebie, właśnie miało szansę się ziścić. Gdy rozpiął jej bluzkę, już wiedziała, co się wydarzy. Nie za bardzo miała pojęcie, co powinna zrobić, więc zdała się na jego doświadczenie. Na szczęście nie zapalił światła. Gdy wszedł w nią gwałtownym ruchem, krzyknęła z bólu.

– Cichooo… maleńka. To zaraz minie – szepnął jej do ucha i zaczął poruszać się miarowo.

Ilona z każdym jego ruchem wyzbywała się wstydu. Znane jej od niedawna pożądanie znów zawładnęło jej ciałem. Szumiący w głowie alkohol sprawił, że przestała martwić się nadwagą i brakiem urody. To właśnie ją wybrał Łysy. Nie prześliczną Baśkę, a właśnie ją!

Trochę zaskoczyła ją reakcja kochanka, który, zanim zdołała poczuć coś więcej, jęknął i wysunął się z niej. Zdziwiona, że to się stało tak szybko, przylgnęła do niego z nadzieją na więcej.

– To już? – zapytała, czując mdłości.

– A co? Nie podobało ci się? – Łysy pogładził ją po twarzy.

– Podobało… – odparła, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Spodziewała się czegoś bardziej spektakularnego. Ale pewnie była w błędzie.

– Byłaś cudowna. Dziękuję.

– Ty… – chciała powiedzieć coś więcej, ale nie zdążyła. Zwymiotowała wprost na pościel.

***

Ze łzami w oczach wyszła od ginekologa. Styczniowa aura nareszcie zmieniła zdanie i po dwóch tygodniach ponurych ciemności nastał piękny słoneczny dzień. Ale Ilona zupełnie tego nie zauważyła. Od jakiegoś czasu już czuła się źle i martwiły ją nieregularne krwawienia. Poranne wymioty uznała za wynik rozstroju i załamania po tym, gdy Łysy z nią zerwał. A zrobił to w sposób wyjątkowo okrutny. Od dnia urodzin Baśki praktycznie przestał ją zauważać, a w parku nie pojawił się ani razu. W szkole ewidentnie jej unikał. Na przerwach albo nie wychodził z sali, albo pojawiał się na korytarzu wyłącznie w większym towarzystwie, co uniemożliwiało rozmowę. Baśka i jej oddane przyjaciółki na jej widok jedynie uśmiechały się głupawo.

– Czy coś się stało? Zrobiłam coś nie tak? – Dopiero po trzech dniach udało jej się porozmawiać z Łysym sam na sam. Przydybała go na przystanku autobusowym.

– Nie, a co? – zapytał, pozorując zdziwienie.

– Dlaczego udajesz, że mnie nie widzisz? Zupełnie jakbyś mnie nie znał.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi. – Wzruszył ramionami. – Potraktuj to, co się wydarzyło, jako sport.

– Jako sport?! – Spojrzała zdumiona. – Przecież powiedziałeś, że mnie kochasz!

– Może i powiedziałem. Byłem wtedy pijany, a po pijaku ludzie gadają różne głupoty.

– Rozumiem… – Pokiwała głową i tępo wbiła wzrok w chodnik.

– Na twoim miejscu przeprosiłbym Baśkę.

– A niby za co?

– Za tę zarzyganą pościel oberwało jej się od starych. Mogłaś chociaż po sobie posprzątać.

W tamtej chwili Ilonie zawalił się świat. Poczuła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Nie mogła zrozumieć, po co była ta cała farsa. W jakim celu Łysy zbliżył się do niej? Dlaczego towarzystwo Baśki, ta paczka próżniaków, dopuściło ją wtedy do swojego grona? Tylko po to, by wyrządzić jej krzywdę? Żeby zabawić się jej kosztem? Nadal przecież mogła być dla nich niewidzialna, więc dlaczego potraktowali ją w ten sposób?

Odpowiedź Ilona miała uzyskać już niebawem. W pierwszej chwili postanowiła o niczym nikomu nie mówić, ale po przemyśleniu zdecydowała się uświadomić Łysego na temat swojej ciąży. Uznała, że sprawiedliwie będzie podzielić stres na dwoje. Niech ten drań też dostanie za swoje.

Po ostatniej rozmowie z nim podjęła decyzję o zmianie szkoły. Nie wyobrażała sobie, by miała co dnia spotykać jego, Baśkę i resztę. To było ponad jej siły. Na szczęście w Staszicu przyjęto ją z otwartymi ramionami i już po kilku dniach mogła się odciąć od toksycznego otoczenia.

Gdy po kilku miesiącach ujrzała Łysego, wcale nie wydał jej się aż tak atrakcyjny jak kiedyś. W krótkich słowach, patrząc mu w oczy, poinformowała go o swoim stanie. Z przyjemnością zauważyła błysk paniki.

– Co ty pieprzysz?! To na bank nie moje. Zwariowałaś!

– Ależ twoje, twoje…

– Akurat! Zmieniłaś szkołę. Cholera cię tam wie, z kim spałaś przez ten czas. Ja nie dam się wrobić w bachora tylko dlatego, że moja rodzina ma hajs i na mnie lecisz.

– Rozumiem. Dam ci spokój. – Głos Ilony brzmiał jak puszczony z automatu. – Ale pod jednym warunkiem.

– Niby jakim? – Chłopak wyraźnie się przestraszył.

– Powiesz mi, dlaczego to zrobiliście. Powiesz mi to tu i teraz. Całą prawdę.

– Ponieważ przegrałem z Baśką w butelkę. Powiedziała mi, że się ze mną prześpi, jak przelecę jakąś dziewicę. Akurat wtedy twoja koleżanka z ławki doniosła mi, że się we mnie bujasz, więc padło na ciebie. Powiedziała, że przedtem z nikim nie chodziłaś. To tylko ułatwiło mi zadanie. Resztę znasz.

– Rozumiem… – odparła Ilona głosem przesyconym nienawiścią. – Ale mam jeszcze jedno pytanie.

– Co jeszcze? Hę? – Łysy uniósł brew.

– Czy Baśka przespała się z tobą, tak jak obiecała?

– Nnno…, nie. – Chłopak się zacukał.

– Tak myślałam. Teraz już wiem, jakim bezdennie głupim i bezwartościowym dupkiem jesteś. Baśka pewnie już od dawna to wie, szkoda tylko, że posłużyła się mną, by cię wydymać. Ale nic to. Karma wraca…

Nie było możliwości, by będąc w ciąży, mogła się nadal uczyć w liceum. W związku z tym musiała opuścić także internat. Dziecko miało się urodzić w czerwcu, zatem miała szansę nie stracić roku. Mogła to zrobić, uczęszczając do szkoły wieczorowej, ale niestety takiej opcji jej stypendium już nie obejmowało, a innych funduszy nie posiadała.

Następnego dnia Ilona rzuciła szkołę i spakowała wszystkie swoje rzeczy. Korzystając z wiszącego w budynku automatu telefonicznego, zadzwoniła do siostry, by ta uprzedziła ciotkę o jej powrocie. Nie chciała myśleć o reakcji ciotki Marii. Najchętniej nie wracałaby do niej, ale nie miała gdzie się podziać. Nawet jeśliby poszła do pracy, nie stać by jej było na utrzymanie się w Warszawie wraz z dzieckiem. Ilona musiała wrócić do domu.

– To absolutnie nie do wiary! Kto by się spodziewał?! Mój Boże, jaka kara, jaki wstyd! – tokowała wzburzona ciotka. Ilona jeszcze dobrze nie zdążyła zamknąć za sobą drzwi, gdy rozpoczęła się ciotczyna tyrada. Ustaliły z siostrą przez telefon, że ta uświadomi ciotkę już wcześniej.

– Ciociu, ale to tylko dziecko. Urodzę, oddam do adopcji i zacznę wszystko od nowa. Dużo ludzi chce adoptować dzieci. – Ilona zaproponowała rozwiązanie najlepsze z możliwych.

– Ależ to wykluczone! Miałaś być chlubą na miarę gminy, a okryłaś hańbą siebie i mnie! – ciotka Maria nie ustawała. – Ja wiedziałam! Ja tak czułam, że to się źle skończy! Skończona ladacznica!

– Ale ciociu, ja… – dziewczyna bezskutecznie próbowała się przebić przez ciotczyny słowotok.

– I co teraz ludzie o nas powiedzą?! Pomyślałaś o tym, zanim przespałaś się z tym bezmyślnym chłopakiem? A on przynajmniej z jakiejś dobrej rodziny? Musi ożenić się z tobą jak najszybciej. Póki jeszcze brzucha za bardzo nie widać.

– Nie. On nie wierzy, że to jego dziecko. Wyparł się.

– No pięknie! Zrobiłaś z nas pośmiewisko na całą parafię! Jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę?! Ja nawet nie chcę myśleć, co powie wielebny… O Jezusie Nazareński! O Przenajświętsza Panienko!

– Przepraszam, ja nie chciałam… – Ilona przełknęła łzy.

– Jak nie chciałaś, to trzeba było trzymać nogi razem! Jak śmiałaś, ty niewdzięczna dziewucho! – ciotka piekliła się i obrażała Ilonę każdym wykrzyczanym słowem.

– Ale stało się, lepiej pomyślmy, co dalej.

– Co dalej?! – Ciotka kipiała ze złości. – A wynocha mi z tym brzuchem z mojego domu!

Ilona jeszcze nie zdążyła się rozpakować, kiedy ciotka Maria wystawiła jej walizkę za próg.

– Wynocha! – syknęła wściekle i zamachnęła się. Gdyby nie starsza siostra, uderzyłaby Ilonę.

– Dość! Zostaw ją! – Dziewczyna złapała kobietę za nadgarstek. – Tkniesz ją palcem, to cię zabiję! Zrozumiano?

– Prędzej ja zabiję ją! A później siebie. – Ciotka, dysząc wściekle, wskazała brodą w stronę okna.

Ilona właśnie wyszła poza ogrodzenie. Ani razu nie obejrzała się za siebie. Taszcząc ciężką walizkę, noga za nogą powlekła się w stronę mostu.

W tym miejscu woda była najgłębsza.

* PZPR – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Była partią masową, kierowała centralnie zarządzaną i zbiurokratyzowaną gospodarką, sprawowała władzę państwową w sposób autokratyczny, dążąc do totalitarnego kontrolowania wszystkich sfer życia społecznego. Istniała w latach 1948–1990.

Rozdział 1

Felicja właśnie weszła do domu. Wykończona po ciężkim dniu w pracy marzyła, by w spokoju zjeść obiad i korzystając z pięknej pogody, spędzić wieczór na tarasie. Już się nie mogła doczekać, kiedy wreszcie przyjedzie serwis i na nowo uruchomi maszynerię filtrującą wodę w basenie. Nic tak dobrze jej nie robiło jak relaks w wodzie, tymczasem fachowiec od jakiegoś czasu nie był w stanie zdobyć brakującej części zamiennej. Jacek ze względu na swoją terapię regularnie korzystał z uprzejmości sąsiadów, którzy udostępnili mu swój basen. Mimo że nie sprawiał im kłopotu, wolałby jednak odbywać rehabilitację we własnym domu. Końcówka czerwca nie szczędziła wysokich temperatur, a lato zapowiadało się wyjątkowo upalnie, więc domownikom przydałby się czynny basen, a nie atrapa.

– Jacek?! – zawołała od progu. – Dzwonił do ciebie ten nieszczęsny serwisant?

– Oczywiście, kochanie… – Jacek pocałował żonę na powitanie. – Oczywiście, że nie dzwonił.

– To wiesz co? W takim razie ja do niego zadzwonię i mu powiem, co może sobie zrobić z tą zakichaną częścią, ale wcześniej zamówimy nową pompę. Z gwarancją.

– No proszę, proszę, jaka determinacja. – Jacek się uśmiechnął.

– Wszystko ma swoje granice. Pojedziesz do przedszkola po małą? – Felicja skontrolowała godzinę.

– Gośka ją odbierze. Właśnie wraca, więc ją zgarnie po drodze. Klaudia też do nas wpadnie.

– Dzisiaj? Myślałam, że mają iść z Tomkiem do kina. Ostatnio nie mówi o nikim innym.

– Zaszła zmiana planów. Pokłócili się, i to chyba na poważnie, bo z wściekłości aż nie mogła mówić.

– Nie powiem, żeby mnie to nie cieszyło. Coś jest takiego w tym chłopaku, że mu nie ufam.

– W sensie?

– Jest jakiś taki zbyt gładki i ugrzeczniony. Klasyczny wazeliniarz. – Felicja odwiesiła torebkę, założyła japonki i poszła do kuchni. – Ale to przecież jej chłopak. Nie mój.

Dwa kwadranse później Klaudia zameldowała się pod domem. Nawet z daleka było widać, że dziewczyna jest wzburzona. Byle jak porzuciła rower, a następnie wyjęła z plecaka dwie butelki wina.

– Mamy jakąś okazję? – Jacka nieco zdziwił ten widok. – Nie wiedziałem…

– Cicho…! – Felicja zgromiła męża spojrzeniem.

– Mamy! – warknęła dziewczyna i upewniwszy się, że Helenka, którą już Gośka zdążyła podwieźć, jej nie widzi, z rozmachem walnęła dłonią w drzwi lodówki. Uderzenie było tak mocne, że przyczepione do drzwi magnesy posypały się na podłogę. Czara goryczy się przepełniła i z oczu Klaudii popłynęły łzy. – Kurwa…

– Córeczko, ty…

– Cicho siedź! – Felicja syknęła szeptem. – Dajmy jej się wygadać.

Od kiedy znała pasierbicę, nie słyszała, by tamta przeklinała. Musiało się wydarzyć coś naprawdę poważnego. I do tego to wino. Klaudia bez słowa podeszła do szafki, poszperała w szufladach w poszukiwaniu korkociągu. Właśnie go namierzyła, ale jednocześnie przez nieuwagę potrąciła jedno ze stojących na blacie win. Czerwona ciecz z roztrzaskanej butelki zabryzgała wszystko wokół, a dziewczyna rozszlochała się jeszcze bardziej.

– Zostaw to. – Felicja łagodnie dotknęła jej ramienia.

– Przepraszam.

– Zaraz posprzątamy. Przynajmniej tak z grubsza. Pani Terenia jutro poprawi. Daj ten korkociąg.

Felicja odbezpieczyła drugą butelkę i nalała wina do kieliszka.

– Co za sukinsyn… – wykrztusiła targnięta spazmem dziewczyna. – Pieprzony kłamliwy gad!

– O czym ty mówisz?

– O tym, że albo się dziś upiję, albo się nie upiję, tylko zaraz wsiądę w taksówkę, pojadę do niego i go zwyczajnie po ludzku zatłukę!

– Ale co ci zrobił? Zerwaliście? – Jacek, powodowany ciekawością, także przyłączył się do sprzątania. Przytomnie najpierw wyzbierał całe szkło i wyrzucił je do kosza.

Zapłakana Klaudia opróżniła kieliszek jednym haustem, a Felicji przeszło przez myśl, że dobrze się stało, że ostała się tylko jedna butelka.

– No to tak. – Klaudia napełniła swój kieliszek i jeszcze drugi, który podstawiła jej Felicja. Macocha uznała, że ten dzień może się źle skończyć, więc choć ostatnio nie miała ochoty na wino, przyłączyła się do butelki. – Ja po prostu chciałam go wkręcić… Taki był szczęśliwy, że wreszcie zdał ten egzamin z robotyki. Podchodził do niego chyba z dziesięć razy, ale w końcu go zdał. Przedwczoraj, po egzaminie, poszli z kumplami w miasto oblać koniec sesji. Podobno zabalowali po całości.

– Ale zabalować to przecież jeszcze nie grzech? Zwłaszcza studentowi – wtrącił się Jacek i ostrożnie wypłukał szmatę z wina.

– Tato, przecież ja nie o tym. – Klaudia nareszcie przestała płakać. – Ja nie mam do niego pretensji, że poszedł świętować, ale o to, co się tak naprawdę stało. A stało się to, że on, nic mi nie mówiąc, miesiąc temu porzucił studia!

– To skąd ten egzamin? Jak się dowiedziałaś?

– Przez kompletny przypadek. W naszym lokalnym radiu jest taki program, gdzie dziennikarze wkręcają ludzi w różny sposób.

– No jest – Jacek potwierdził.

– Chciałam zrobić Tomkowi dowcip i napisałam do nich, że właśnie w entym podejściu zdał wreszcie tę robotykę, i zasugerowałam, żeby podszywając się pod kogoś z dziekanatu, zadzwonili do niego z informacją, że wystąpił jakiś błąd w systemie i że jednak nie zdał. Zaskoczyło mnie, że wybrali właśnie moje zgłoszenie.

– I co?

– No i zrobili, o co prosiłam. Na antenie, na żywo. A on na to, że nastąpiła pomyłka, bo on już od miesiąca nie jest studentem. Wyobrażacie to sobie?! Też byłam na linii. Nawet dziennikarzom mowę odebrało! Czujecie, co za porąbana akcja?

– Matko jedyna. – Felicja, potrząsając głową, z niedowierzaniem wpatrywała się w twarz pasierbicy. – I co?

– I nic. – Klaudii najwyraźniej ulżyło, bo tylko wzruszyła ramionami i ponownie przechyliła kieliszek. – Powiedziałam im tylko, że nie wiem, jak to skomentować. No bo niby co innego? Takie rzeczy się przecież nie zdarzają. Te wkręty zawsze są na wesoło, gdy się wyjaśnia, że to tylko radiowy dowcip, zawsze jest masa śmiechu. A tutaj takie coś.

– Niebywałe. A co on na to? – Jacek się zaciekawił. Sytuacja faktycznie była niecodzienna.

– Nie wiem, nie gadam z nim. Tato! On tydzień temu zaprowadził mnie do jubilera, żeby ustalić rozmiar pierścionka! Myślałam, że to ktoś odpowiedzialny, a on nie dość, że kłamał jak najęty o tych niezdanych egzaminach, to jeszcze poszedł oblewać zdany egzamin, którego nie miał, bo zapomniał mi powiedzieć, że już nie jest studentem!

– Rany, faktycznie słaba akcja. – Felicja dosiadła się do dziewczyny i objęła ją ramieniem. – Ale to chyba dobrze, że tak się stało. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

– Ale ja go kocham! – Z oczu dziewczyny znów popłynęły łzy.

– Naprawdę? Chcesz być z nim po takim numerze?

– Nie wiem! Muszę się napić. – Klaudia zerwała się z krzesła, capnęła butelkę z resztą zawartości i nie starając się tłumić szlochu, umknęła na piętro do swojego pokoju. Z góry doszedł ich odgłos zamykanych drzwi.

Po jej wyjściu Felicja i Jacek dłuższą chwilę siedzieli w ciszy, trawiąc najnowszą rewelację. Rzecz jasna, Klaudia była w takim wieku, kiedy związki damsko-męskie nie były jeszcze okupione wiążącymi okowami dozgonnej miłości, ale i tak sytuacja należała do tych bardziej przykrych. Dotychczas jej sympatie bywały raczej przelotne, dopiero z Tomkiem zaczęła chodzić na poważnie. Otwarcie rozmawiali o stałym związku, ślubie i dzieciach. Oczywiście oboje stawiali studia na pierwszym miejscu, ale, jak widać, stanowiły priorytet tylko dla niej.

– No i wyszło szydło z worka. – Jacek w zamyśleniu pokiwał głową.

– Całe szczęście, że teraz, a nie na przykład rok po ślubie.

– Myślę, że do ślubu to jeszcze daleka droga.

– A jeśliby tak na przykład wpadli i chcieli się pobrać? Niby pan magister inżynier, a tutaj zwykły oszust i kłamca. Jeżeli potrafił tak długo ukrywać prawdę i na dodatek kłamać w żywe oczy, to sam pomyśl, do czego jeszcze ten chłopak może być zdolny.

– Cała ta sytuacja jest tak nieprawdopodobna, że wierzyć się nie chce. Gdyby to nie przytrafiło się u nas, chybabym nie uwierzył w tak niesamowity zbieg okoliczności. Dawniej sam nieraz dzwoniłem do radia i nigdy nie udało mi się dodzwonić, a tu masz! Ależ musiało im wszystkim być głupio. Taka wpadka, i to jeszcze w audycji na żywo. Moja biedna córeczka. Myślisz, że powinienem do niej teraz pójść?

– Nie sądzę. Myślę, że potrzebuje czasu. Przetrawi, popłacze, upije się i jutro poczuje się lepiej. Niech to będzie jej decyzja, a przynajmniej niech tak o niej myśli. Jest przecież dorosła.

– I mądra – dodał Jacek.

– Ale i zakochana. A z miłości ludzie robią nie takie głupoty. Nawet ci mądrzy.

Klaudia nie pokazała się na dole przez następną godzinę, więc Jacek zabrał się za przygotowanie kanapek. Felicja poszła ułożyć Helenkę do snu, przeczytała dziecku bajkę, a gdy w jej połowie usnęło, po cichu zamknęła za sobą drzwi. W korytarzu zastała Klaudię. Dziewczyna, zamiast zalewać się łzami, zaserwowała jej uśmiech od ucha do ucha.

– Dogadaliście się? – Felicja ostrożnie zapuściła sondę, licząc skrycie, że jednak nie.

– Jeszcze czego! – dziewczyna się żachnęła. – Choćby pełzał po ziemi i lizał mi stopy, nie spojrzę więcej na tego zasrańca! Ale najpierw się zemszczę! Tak, żeby popamiętał do końca swoich parszywych dni. Jest jeszcze wino?

Felicja z doświadczenia wiedziała, że obmyślanie zemsty bardzo skrzywdzonym ludziom pomaga. Na co dzień miała do czynienia z rozpadającymi się związkami, zranioną dumą i złamanymi sercami. Nieraz w jej obecności dochodziło i do rękoczynów, a wzajemne obrzucanie się błotem przez rozwodzących się małżonków było więcej niż częstym zjawiskiem. Mało kto potrafił rozstać się z klasą. Na szczęście dla kancelarii. Bo gdyby to było normą, dział zajmujący się w jej firmie rozwodami cienko by prządł. Przy zgodnym rozstaniu adwokat zazwyczaj bywał zbędny. Na szczęście jej pasierbica szykowała się do zerwania, a nie do rozwodu. Istniała więc szansa, że Tomek w jednym kawałku przeżyje wendetę wściekłej dziewczyny.

– Nie wiem. Poszukaj. Może coś znajdziesz w spiżarce. – Felicja nie chciała przykładać ręki do pewnego jak dwa razy dwa porannego kaca pasierbicy. Gdzieś tam w kącie na pewno stała sobie jakaś zapomniana zakurzona butelczyna.

– O! Jest! – ucieszyła się wyraźnie podchmielona dziewczyna. – Pomożesz mi odkorkować? Szkoda byłoby rozbić.

– W porządku – Felicja zgodziła się niechętnie. – A co wymyśliłaś?

– Ach! Ja się dopiero rozkręcam – odparła rozochocona Klaudia. – Myślałam, jak mu dokuczyć, żeby trafił go szlag.

– I?

– Ten palant najbardziej na świecie kocha tego swojego wychuchanego grata, więc tu mu dowalę.

– W sensie? Chyba nie masz zamiaru oblecieć mu auta farbą w spreju albo rozwalić szyby siekierą? – Felicja się przeraziła. – To podpada pod niszczenie mienia.

– Masz mnie za głupią? – zjeżyła się Klaudia.

– Nie no, skąd. Ale czuję się w obowiązku cię ostrzec.

– Nie, nie. On sobie sam to auto farbą obleje, i to będzie w tym wszystkim najlepsze! Ha! – Klaudia niemal spuchła z dumy.

Jacek od dłuższej chwili stał w przejściu i przysłuchiwał się rozmowie. Teraz uważnie nadstawił ucha.

– No bo widzisz… Hep! – dziewczynie wyrwało się czknięcie. – To się robi tak, że bierze się farbę, najlepiej jakiś lakier, hep!… i taką koniecznie w metalowej puszce. Hep! Zdejmujesz wieczko, nakładasz na wierzch kartkę z bloku technicznego albo sztywny arkusz folii, hep!

– Jezu, brzmi nieźle – Jacek nie mógł się powstrzymać od komentarza.

– Co nie? – Klaudia pociągnęła wina prosto z butelki, ale znów tyrpnęło nią czknięcie. – Hep! I teraz najlepsze. Jak sztuczka magika. Obracasz puszkę do góry nogami i szybko stawiasz ją na dachu auta. A potem błyskawicznym ruchem, hep!, wyciągasz ten arkusz spod spodu i gra gitara. Hep! I nic nie cieknie.

– Rozumiem, że na dachu zrobi się kółko z farby, tak? – Felicja jeszcze nie pojmowała perfidii tego pomysłu.

– Akurat tam! – Klaudia znów siorbnęła prosto z butelki. – Przecież jak ktoś widzi puszkę na dachu swojego auta, hep!, to od razu chce ją zdjąć, co nie? A jak ją podniesie, to mu się cała farba wyleje.

– O kurczę… – Jacek pokiwał głową z uznaniem. – Naprawdę niezłe.

– No! Hep!

Felicja, zdumiona do granic, bez słowa wyjęła z rąk pasierbicy butelkę i napełniła swój kieliszek, a gdy uskrzydlona pomysłem na zemstę dziewczyna wróciła do siebie na górę, ciężko klapnęła na krześle i wymownie spojrzała na męża.

– Nie martw się. Jak wytrzeźwieje, to może jej przejdzie? – Jacek dał wyraz optymizmowi.

– Miejmy nadzieję. Chłopak i tak ma szczęście, że nie dopuścił się zdrady. Słyszałeś o tym niewiernym mężu, którego żona wykastrowała żyletką?

– Jezusie! Nie!

– No widzisz? Nie masz większej furii niż oszukana kobieta. Ale trzeba przyznać, że twoja córka zaimponowała mi pomysłowością. Ja na temat motoryzacyjnej zemsty słyszałam jeszcze o wstrzyknięciu pianki montażowej do rury wydechowej. Też niezłe.

– Ech, czegóż to ludzie nie wymyślą, żeby się zemścić. – Jacek odbezpieczył piwo o obniżonej zawartości alkoholu i korzystając z ciepłego wieczora, przenieśli się na taras. W niewielkim oddaleniu na linii nieba rysował się kontur domu należącego do przyjaciół. Jeszcze niedawno rzęsiście oświetlony ogród każdego wieczora przyciągał wzrok, teraz prawie całkiem wygaszony stanowił jedynie ciemny element otoczenia. W pustym od kilku dni budynku świeciło się tylko to, co musiało.

– Mój Boże… – Felicja westchnęła ciężko. – Biedna Zuzka… a miało być tak pięknie. To znaczy już było pięknie, a się pokichało. Wiele bym dała, żeby być teraz razem z nią.