Kobiety z odzysku. Trudne wybory - Izabella Frączyk - ebook + audiobook
Opis

W życiu trzech przyjaciółek - Gośki, Felicji i Zuzy - nareszcie zapanował spokój i każda z nich zdołała w końcu odetchnąć po wydarzeniach, które niespodziewanie doprowadziły je do wspólnych wakacji w Egipcie. Ale czy na długo? Teraz, po roku, powracamy i sprawdzamy, co u nich. Wracamy jak z wizytą u naszych dobrych znajomych, by stwierdzić, że u każdej z nich sporo się dzieje. Jako że nic nie jest dane człowiekowi raz na zawsze, także i tym trzem kobietom życie nie oszczędza ciekawych doznań, nie zawsze miłych. Jedyne co jest pomiędzy nimi niezmienne - to przyjaźń. A facet? Wiadomo, rzecz nabyta.

"Kobiety z odzysku. Trudne wybory" to kontynuacja bestsellerowej powieści "Kobiety z odzysku".

Lektura tej książki to jak spotkanie z dobrymi przyjaciółkami, terapia śmiechem, oderwanie od codzienności i zdystansowanie się do rzeczywistości.

Izabella Frączyk serwuje swoim bohaterkom kilogramy problemów, a czytelnikowi tony dobrego humoru. Ja natomiast dodam do tego szczyptę nadziei, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie z Zuzką, Gośką i Felicją. Polecam.

Agata Petela - dziennikarka Radia PLUS

Niesamowite zbiegi okoliczności, ironia losu i wyobraźnia autorki sprawiają, że nie będzie czasu na nudę ani smutny wyraz twarzy. Ta książka to świetna rozrywka w dobrym stylu, a niekontrolowane wybuchy śmiechu są jej najlepszą rekomendacją. Polecam.

Anna Kasprzak - Książki w Obiektywie

Izabella Frączyk - absolwentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie. Pisarstwem zajmuje się od 2009 roku. Dotychczas wydała 13 bestsellerowych powieści obyczajowych, m.in. trylogię "Stajnia w Pieńkach" oraz dwutomową sagę "Śnieżna Grań". Jej ostatnia powieść "Wszystko nie tak!" także spotkała się z gorącym przyjęciem przez czytelników.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Izabella Frączyk, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Jacob Lund/Shutterstock.com;

Feel good studio/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-672-2

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Chyba upadłeś na głowę! Bóg cię opuścił?! – Wzburzona Zuzka energicznie dreptała wokół biurka. – To znaczy Allah… Cholera! Zawsze mi się myli.

– Nic nie rozumiesz. Sytuacja jest naprawdę poważna. Rokowania są fatalne. Ojciec umiera. – Ahmed spojrzał na nią błagalnie.

– Przecież wiem. Odchodzi jedyny normalny człowiek z całej tej twojej powalonej rodzinki. Kto jak kto, ale akurat ja rozumiem to doskonale – syknęła sarkastycznie.

– Czy możemy porozmawiać o tym spokojnie? Przesadzasz!

– Nie! – Zuzka odwróciła się do niego plecami i z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.

Jak huragan przemknęła obok zaskoczonej sekretarki. Po drodze natknęła się na swojego zastępcę, ale ten, widząc, w jakim jest stanie, profilaktycznie wolał usunąć się z drogi. Lubił swoją szefową, ale przez ostatni rok zdążył się już nauczyć, że w pewnych sytuacjach lepiej nie wchodzić jej w drogę. Mimo że mikrej postury, ta obdarzona wulkaniczną energią kobieta potrafiła swoim entuzjazmem przenosić narzutowe głazy. Nigdy nie szukała dziury w całym, za przyjaciółmi poszłaby w ogień, ale też i wymagania miała nie lada. Jej priorytetem była absolutna uczciwość i lojalność. Biada temu, kto chciał ją oszukać. Jej zwodniczy wygląd blondwłosego cherubinka niejednego wywiódł już w pole, bo pod niewinnym opakowaniem krył się silny i uparty przeciwnik. Nieraz potrafiła zaprzeć się jak osioł i do upadłego bronić swoich racji. Jako sierota, od małego nauczona, że w życiu nic samo z nieba nie spada, dobrze wiedziała, że jeśli człowiek o siebie nie zadba i o swoje nie zawalczy, to nie ma co liczyć na cud. Życie to nie bajka. Piękne królewny z czasem dostają zmarszczek, a boskim królewiczom rosną piwne brzuchy, twierdziła.

Z rozwianym włosem wybiegła z biura i wparowała wprost w sam środek wyładunku. Na placu, blokując wyjazd, stał ogromny transport styropianu. Zignorowała dzwoniący w kieszeni telefon i w krótkich słowach zrugała bezmyślnego kierowcę. Od początku istnienia składu budowlanego zdążyła poznać większość regularnie odwiedzających go dostawców, ale tego tutaj widziała po raz pierwszy.

– Odstawicie wreszcie tego grata czy nie?! – huknęła i nie czekając na reakcję, wskoczyła do swojego ulubionego pikapa. – Co za bałwan!

– Lepiej odjedź, człowieku – napomniał kierowcę jeden z magazynierów. – To nasza szefowa.

– Taka mała? Musi jakaś jędza nie z tej ziemi.

– Nie. Ale pewnie znów ten ciapaty ją wnerwił.

– Jaki ciapaty? – zainteresował się kierowca.

– Jej facet i wspólnik – zeznał magazynier zgodnie z prawdą.

– Aaa. Jasne. – Mężczyzna westchnął, zatrzymał ramię dźwigu i przejechał HDS-em kawałek dalej, żeby ustąpić drogi i dokończyć rozładunek w lepszym miejscu. Tego dnia też miał już dość.

Zuzka wrzuciła wsteczny, zabuksowała na oblodzonym podjeździe, ominęła czarne porsche Ahmeda i nie oglądając się za siebie, wyjechała poza skład. Za kilka dni zapowiadano ocieplenie, zatem sezon właśnie wystartował pełną parą i jej firma remontowo-budowlana nie mogła opędzić się od zamówień. Odkąd przyjęła Ahmeda do spółki, jej niewielki biz­nes szeroko rozwinął skrzydła. Własny skład materiałów budowlanych był naturalną konsekwencją rozwoju, podobnie jak deweloperka.

– Fela, ratuj! – Bez zapowiedzi wtarabaniła się do kancelarii przyjaciółki.

– A cóż tam znowu? Wyglądasz dziś jak bomba z odpalonym lontem. – Felicja spojrzała na przyjaciółkę znad teczek z dokumentami i sprawdziła, ile ma czasu. – Mamy niecałe pół godziny. Może lepiej zawczasu zgaś ten lont, bo dziś w nocy było sprzątane.

– Będę się streszczać. Ze starym jest źle. Właśnie dzwonili z Kairu. Ahmed leci do ojca jeszcze dziś. Właściwie już tylko po to, żeby się pożegnać.

– Och matko…

– No. Przerzut goni przerzut. To się stało dość nagle. Rozcięli i zaszyli, chemia nie działa – powiedziała Zuzka ze smutkiem, bowiem kogo jak kogo, ale Muhammeda lubiła bardzo. – Biedny chłop. Ahmed jest załamany, jego matka jest w kompletnej histerii i nie daje mu żyć, a ja jeszcze na niego nawrzeszczałam.

– Nie wiem, co ci powiedzieć, oprócz tego, że strasznie mi przykro. Ale dlaczego nie jedziecie tam razem? – zapytała Felicja.

– Bo ktoś musi na miejscu pilnować interesu. Poza tym to jego ojciec, nie mój. Mój zginął w kopalni. Dawno temu.

– Ale to zupełnie bez związku. Co ty pleciesz? – zniecierpliwiła się Fela.

– To wszystko miało być inaczej. Jasna dupa! No! To miała być tylko spółka. Wiem, że powinnam jechać razem z nim, ale przecież nie mogę.

– Ale w międzyczasie zrobił się z tego związek. Wiem, sama chciałaś.

– Ech, nie dobijaj mnie. Ja od początku dobrze wiedziałam, że nie chcę się w to pakować. Ja wiedziałam, że to się na dłuższą metę nie uda.

– Ale się wpakowałaś.

Felicja kochała Zuzkę jak siostrę, ale czasem ciężko było jej z nią wytrzymać.

– No tak. Mieliśmy sobie spokojnie prowadzić nasz polski biznes. Nie było mowy o żadnej przeprowadzce do Egiptu. A teraz ktoś musi przejąć tamte rodzinne interesy. Dla Ahmeda nie ma problemu, w końcu to obywatel świata i wszystko mu jedno, gdzie mieszka. Ale mnie nie. Kocham mój dom, kocham moją firmę i jestem pieprzoną patriotką! – Zuzka pociągnęła nosem. Felicja machinalnie sięgnęła pod biurko po paczkę chusteczek higienicznych i podsunęła je przyjaciółce pod nos. – No i jeszcze kocham was, ciebie i Gośkę. W życiu nie miałam takich przyjaciółek jak wy dwie, a wy jesteście tu, a nie tam.

– Nie piernicz. Egipt nie jest na końcu świata. To się da pogodzić. – Felicja spróbowała załagodzić sytuację.

– Nie da się. – Zuzka szła w zaparte.

– A jego siostry? Przecież też je kształcono, chyba do biznesu?

– Niby tak, ale wiesz, jak to tam u nich jest z babami. Nawet i takiemu postępowemu facetowi jak Muhammed w głowie się nie mieściło, by przekazać córkom zarządzanie całym swoim imperium. Jako szefowe działów albo zagranicznych filii to i owszem, ale nie na prezesa prezesów. To musi być Ahmed. Nie ma mowy, żeby było inaczej. A ja nie rzucę wszystkiego w cholerę tylko dlatego, że on musi odziedziczyć firmę ojca. Ja nie chcę.

Felicja chwilowo miała dość. Na biurku leżało kilka teczek z aktami nowych spraw, z którymi powinna pilnie się zapoznać. W jej firmie to właśnie ona osobiście rozdzielała sprawy pracownikom. Tak zawsze robił jej dziadek, po którym odziedziczyła kancelarię. System osobistego nadzoru bezbłędnie sprawdzał się od kilku dekad, zatem Felicja nie widziała powodu, by go zmieniać. Zawsze twierdziła, że lepsze jest śmiertelnym wrogiem dobrego. A już szczególnie tego dobrego przez duże D.

Nieudolnie stłumiła ziewnięcie. Ostatniej nocy prawie nie spała, bo Helence wyrzynał się ząb, a płacz małej porządnie dał się rodzicom we znaki. Tylko że o ile Jacek mógł rano wziąć córeczkę do siebie i jeszcze trochę podrzemać, to Felicja o czasie musiała zameldować się w pracy. Odkąd po ślubie wprowadzili nowy podział obowiązków, to właśnie na niej spoczął ten zarabiania pieniędzy i to właśnie na jej firmę przesunięto finansowy środek ciężkości. Jacek wcześniej nie miał pojęcia, że cierpi na chorobę wieńcową. Dowiedział się o tym w dniu narodzin córeczki, kiedy w szpitalu padł na podłogę jak długi i omal nie przypieczętował nowego życia własnym zgonem. Napędził wszystkim strachu, ale na szczęście dobrze się skończyło – wystarczył rutynowy zabieg cewnikowania żył oraz zalecone przez lekarza zwolnienie tempa. Stan szybko się ustabilizował. Gdy poza obowiązkami zawodowymi doszedł im obojgu jeszcze jeden, najsłodszy na świecie obowiązek wychowywania córeczki, zgodnie ustalili, że to Jacek zajmie się domem. Jego naukowa kariera w zakresie biochemii właśnie zaliczała pełny rozkwit, zatem jako uznany w świecie badawczy autorytet nareszcie mógł dyktować warunki. Bez najmniejszego problemu mógł pracować w domu, wystarczyło więc ograniczyć liczne wyjazdy na zagraniczne sympozja. I nagle okazało się, że przy minimum chęci wszystko da się pogodzić. Jacek w ramach dłuższej rekonwalescencji na dobre osiadł z dzieckiem w domu i spokojnie tworzył naukowe publikacje, a Felicja bez obaw o dobro córeczki praktycznie od razu po połogu, gdy tylko poczuła się na siłach, wróciła do swojej ukochanej kancelarii.

Oczywiście nie obeszło się bez wsparcia z zewnątrz. Jacek kompletnie nie potrafił gotować i przyrządzenie choćby budyniu przyprawiało go o stres, więc pomoc mieszkającej po sąsiedzku pani Tereni okazała się rozwiązaniem na miarę potrzeb. Pomocnica była prostą, skromną kobieciną, ale że po wyjeździe własnych dzieci na studia do miasta cierpiała na syndrom opuszczonego gniazda, w pracy równie chętnie atakowała góry prasowania, jak i zajmowała się Helenką. Do tego świetnie gotowała, zatem Felicja każdego dnia mogła liczyć na porządny posiłek oraz przygotowane na następny dzień jedzenie do pracy.

Bez problemu udało się też zorganizować karmienie małej w ciągu dnia. Fela z zasady nie lubiła swojego bujnego biustu i najchętniej zrezygnowałaby z tej czynności, byleby tylko odciążyć przeciążony kręgosłup, ale dobro dziecka było najważniejsze. W ciągu dnia wpadała do domu, żeby nakarmić córkę, albo też Jacek przywoził jej Helenkę do pracy. Jeśli zawodziło i jedno, i drugie, odciągnięty pokarm stał w lodówce albo był transportowany taksówką.

Choć z natury przezorna i sprytna, Felicja nigdy wcześniej nie podejrzewała się o szczególne organizacyjne talenty. Nie przypuszczała też, że pojawienie się dziecka potrafi wznieść człowieka na wyżyny samoorganizacji. Każdego dnia gratulowała sobie w duchu genialnie perfekcyjnych rozwiązań.

– No chyba mnie rozumiesz, co? – Zuzka głośno odstawiła na stolik kubek z herbatą.

– Eee… A, tak! – Felicja drgnęła, wyrwana znienacka z zamyślenia, i odchrząknęła, by ukryć zmieszanie. Za nic nie chciała dać odczuć przyjaciółce, że jej nie słucha.

Zuzka wydmuchała nos.

– Do tego nie zapominajmy o tej kretynce Nesajem.

– Przecież dogadałyście się już dawno temu. Nic z tego nie rozumiem.

– Niby tak, ale to z gruntu podstępna i kompletnie nawiedzona kobieta. Do tego szurnięta na punkcie tradycji i ichniejszych obyczajów. Teraz już nie spocznie w temacie ożenku i spłodzenia dziedzica.

– Kurczę, racja… Ale zaraz! Przecież oni mają tam jeszcze jednego chłopca. Myślałam, że wreszcie dadzą Ahmedowi spokój.

– Ja też tak myślałam. Tyle że Mustafa nie ma nawet jeszcze dwóch lat, a tu tylko patrzeć, kiedy Muhammed odejdzie z tego świata. Też sobie moment znalazł na umieranie!

– Nigdy nie ma dobrego momentu na umieranie.

– No wiem – westchnęła Zuzka. – Ale teraz to wyjątkowy niefart. Facet ledwie przeskoczył sześćdziesiątkę.

– Kobieto, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Prezes największej nawet korporacji na świecie wcale nie musi mieć żony i dziedzica, zwłaszcza nie Ahmed, który ma jeszcze kilkanaście sióstr i brata. Mustafa kiedyś dorośnie. – Fela próbowała poszukać jakichś logicznych argumentów, żeby pocieszyć przyjaciółkę, choć dobrze wiedziała, że to na nic.

– Ech! To jeszcze wytłumacz to jego rąbniętej matce – jęknęła zrozpaczona Zuzka. – I jemu – dodała po chwili. – Do diabła! A miało być tak pięknie.

– Za wcześnie skończyła się ta bajka.

– Bajka-srajka! – Zuzka znów chlipnęła w chusteczkę. – Powiedz lepiej, co u ciebie. Bo ja, jak ta ostatnia świnia, nawet nie zapytałam, jak czuje się Jacek. Jak mała?

Rozmowę przerwało ciche pukanie do drzwi. Asystentka Felicji właśnie zaanonsowała klienta.

– No, ciebie to akurat o brak empatii nie mogę posądzać. – Fela wstała zza biurka i mocno przytuliła załamaną przyjaciółkę. – U nas w porządku. Wszyscy zdrowi. Pogadamy kiedy indziej. Dobra z ciebie dziewczyna. Musi ci się udać.

– Taaa…

– Głowa do góry, mała.

– Taaa, jasne. Do góry, żebym się przy tym całym moim zakichanym szczęściu potknęła i połamała sobie ręce i nogi. – Zuzka usiłowała okazać lepszy humor, ale autoironia na wiele się nie zdała. Felicja znała ją zbyt dobrze, by nie wiedzieć, że to tylko nieudolna próba maskowania cierpienia i rozładowania złości.

Rozmowa z Felą odrobinę poprawiła jej nastrój. Rzeczowa pani adwokat na co dzień miała do czynienia z ludzkimi kłopotami i zawsze potrafiła udzielić dobrej rady. Niestety, obie wiedziały, że w tej sprawie nie ma co obiecywać sobie cudów. Było jasne, że w zaistniałej sytuacji ktoś będzie musiał z czegoś zrezygnować, a nie za bardzo widać było chętnych do ustąpienia choćby o krok.

Zuzka mimo młodego wieku była już mocno zaprawiona w życiowych bojach. Ją i jej niepełnosprawną siostrę bliźniaczkę rodzice osierocili dość wcześnie, zatem dynamiczna dziewczyna szybko zaznała realiów dorosłego życia. O ile się dawało, nieprzerwanie parła do przodu, ani myśląc zawracać z raz obranej drogi. Relacje panujące w, delikatnie mówiąc, zdegenerowanej rodzince jej pierwszego męża boleśnie uświadomiły jej, że w życiu najważniejsza jest niezależność, i osiągnięcie tego stanu stało się dla niej celem nadrzędnym. Po rozwodzie długo obywała się bez mężczyzny na stałe, aż na horyzoncie pojawił się Ahmed. Poznany na wakacjach w Egipcie syn najprawdziwszego w świecie szejka od razu zapałał do niej uczuciem. W drugą stronę szło gorzej, niemniej raz zasiane ziarno oraz ciąg niesamowitych zdarzeń, jakie od początku towarzyszyły ich znajomości, sprawiły, że w głowie Zuzki coś jednak zaczęło kiełkować i z czasem oficjalnie zostali parą.

Zuza już dużo wcześniej umieściła siostrę u zakonnic w klasztorze. Opóźniona umysłowo Marianna odnalazła się tam nadzwyczaj dobrze. Teraz, po wielu latach spędzonych u sióstr zakonnych, chyba już nawet nie myślała o tym, że gdzieś poza murami istnieje jakieś inne życie. Zuzka podczas każdej wizyty wyraźnie czuła, że Marianna coraz bardziej się od niej oddala. Dziewczyna na co dzień pracowała w klasztornej kuchni. Początkowo wykonywała najprostsze prace, ale odkąd zakonnice otworzyły jadłodajnie dla pątników, również i Mariannie przydzielono zajęcie nieco bardziej odpowiedzialne niż tylko obieranie ziemniaków, czyli ważenie porcji i rozklepywanie kotletów schabowych. Nie omieszkała pochwalić się tym siostrze od progu. I mimo że nie widziały się od kilku miesięcy, powróciła do ich rozmowy, jakby przerwały ją wczoraj. Jej umysł działał bez poczucia upływu czasu i Zuza czasem jej tego zazdrościła. Niestety, w realiach normalnego życia jej opieka nad Marianną nie wchodziła w grę, bo siostry należało pilnować na każdym kroku, żeby przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy albo niechcący nie wysadziła w powietrze najbliższych sąsiadów. Wcześniej Zuzka długo kombinowała, aż pojawiła się szansa na umieszczenie Marianny w klasztorze. Przekonana, że jej siostra jest u zakonnic szczęśliwa, sama od razu zakasała rękawy i ostro zabrała się do pracy. Jej niewielka firma remontowo-budowlana rozwijała się, aż nastał moment, kiedy trzeba było postawić na przyspieszenie. Na rynku panowała dobra koniunktura i nie było na co czekać, zatem postanowiła skorzystać z propozycji Ahmeda i zgodziła się wejść z nim w spółkę. Układ wydawał się kapitalny: on miał dać pieniądze, pozostać za granicą i do niczego się nie wtrącać, a ona robić interesy w Polsce, wzmacniać pozycję firmy i regularnie rozliczać się co do grosza. Rzecz jasna, dla osoby o nieograniczonych zasobach inwestycja w niewielki budowlany interes była jedynie pretekstem, by być bliżej właścicielki, tylko że życie spłatało tym dwojgu figla i skutecznie skrzyżowało ich drogi. Zuza i Ahmed zostali parą i w życiu, i w interesach. W ciągu roku rozwinęli biznes do imponujących rozmiarów, otworzyli skład materiałów budowlanych, a i sami zgrali się całkiem nieźle.

Wszystko wyglądało świetnie, dopóki niczym hiobowa wieść nie gruchnęła informacja o nieuleczalnej chorobie ojca Ahmeda. To zmieniało absolutnie wszystko.

Szczęśliwie, z chwilą gdy Kerima, druga żona Muhammeda, urodziła szejkowi kolejnego syna, na partnerze Zuzy przestała ciążyć presja przejęcia w przyszłości egipskich interesów, przedłużenia rodu i pomnażania majątku. Nawiasem mówiąc, Ahmed uważał te obowiązki za dopust boży, bo wolał sam na siebie zarabiać i rozwijać własną sieć szkół nurkowania i windsurfingu. Odetchnął z ulgą, gdy na świecie pojawił się młodszy dziedzic, a rodzina wreszcie dała mu spokój i przestała cisnąć na znalezienie odpowiedniej żony.

Zuzka była dla niego najważniejsza od samego początku, tyle że stawiała jasne warunki. I w domu, i w firmie. Dobrze ją rozumiał, dlatego w tamtej, jeszcze całkiem niedawnej rzeczywistości przystał na nie bez żadnych dyskusji. Bardzo ją kochał i zrobiłby wszystko, żeby tylko być z Zuzką. Jego ojciec w sile wieku twardą ręką prowadził swoje rozległe milionowe interesy, więc oboje myśleli, że taki stan rzeczy utrzyma się, przynajmniej dopóki upragniony nowy dziedzic nie osiągnie pełnoletności, tymczasem okazało się, że obecnie nawet i dziesiątka małych Mustafów czy Abdulów nie załatwi sprawy. W obliczu faktu, że nawet najlepsi lekarze świata nie mogli już zrobić nic, by uratować Muhammeda, najstarszy syn szejka nie miał wyjścia. Sytuacja wyglądała dramatycznie, więc dla wszystkich stało się jasne, że już niebawem będzie on musiał zrezygnować z dotychczasowego życia i podjąć się ciążących na nim rodowych obowiązków dużo wcześniej, niż się spodziewał. On sam, ale także Zuzka oraz reszta rodziny.

Przez ponad godzinę bez celu jeździła po mieście. Głodna, przy tankowaniu kupiła na stacji benzynowej pierwszą lepszą kanapkę z żółtym serem i nie zastanawiając się nad trzymiesięcznym terminem przydatności do spożycia, zatopiła zęby w gąbczas­tym pieczywie. Miała wrażenie, że żuje jakieś ledwie osolone trociny. Popiła wszystko lodowatym energetycznym napojem i niechętnie skierowała się w stronę domu. Nadal była zła i nawet nie chciało jej się myśleć o gotowaniu. W garażu zaparkowała tuż obok samochodu Ahmeda, a w domu, co wcześniej było nie do przyjęcia, tym razem bez żalu przyjęła fakt, że już wyjechał. Miejsce, gdzie zwykle stała jego markowa walizka, teraz świeciło pustkami. Zrobiło jej się przykro.

Nigdy nie lubiła rozstawać się w gniewie przed jakąkolwiek podróżą, ale tym razem nieobecność Ahmeda wyjątkowo była jej bardzo na rękę. Mogła spokojnie pomyśleć.

W podróży często korzystali z prywatnych odrzutowców jego ojca, tak też było i tym razem. Ahmed przez długie lata pracował na własny rachunek, ale niestety właśnie nadchodziła chwila, kiedy będzie musiał zająć się tym wszystkim, czego nie chciał. Nikt nie spodziewał się, że choroba szejka aż tak bardzo pokrzyżuje wszystkim plany na życie. Kiedy wreszcie po latach starań urodził mu się drugi syn, Nesajem rzeczywiście dała sobie spokój z przymuszaniem Ahmeda do ożenku i wszyscy przymknęli oko na jego stały pobyt za granicą oraz nieformalny związek z katoliczką.

Każdy robił, co do niego należało. Tymczasem Muhammed umierał i nie było innej opcji niż przejęcie sterowania całością przez Ahmeda, który całe życie w tym właśnie celu się kształcił. Jego rodzina miała dość pieniędzy, by kupić sobie na własność kilka miasteczek oraz archipelag prywatnych wysp, a wspólny polski interes w rzeczywistości stanowił dla niego jedynie pretekst, by zadowolić Zuzkę i na co dzień być blisko niej. Świetnie zarabiająca sieć szkół nurkowania w egipskich kurortach oraz inne prywatne inwestycje w rynki finansowe stanowiły tylko drobny dodatek do rodzinnej fortuny, która mogła wystarczyć wszystkim członkom rodziny na całe pokolenia luksusowego życia.

W ogóle nie brała pod uwagę zamiany swojego niedużego domku na jakieś inne, choćby i luksusowe lokum. Choć Ahmed nie lubił epatować bogactwem i nigdy nie miewał fanaberii typowych dla krezusa, dobrze wiedziała, że wolałby wygodny apartament, ale nie zamierzała ustąpić. Dumna z ciężko wypracowanej niezależności, od początku postawiła sprawę jasno, a warunki zostały przyjęte. W firmie byli wspólnikami, a ona dbała, by zawsze dzielić równo tak zyski, jak wydatki; mieszkali u niej, za to Ahmed łożył na życie. Skrupulatnie pilnowała, by za bardzo nie przesadzał z prezentami, czasami tylko, za jego namową, zgadzała się na jakieś zagraniczne weekendowe szaleństwo. Regularnie pokpiwała ze sportowego samochodu swojego partnera, ale ponieważ jego angielskie mini niekoniecznie nadawało się na polskie drogi, Ahmed ostatecznie przyjął od ojca prezent w postaci luksusowego auta i z niego korzystał. Szkoda, żeby stało nieużywane.

Zamyślona przeszła się po domu i podlała wszystkie kwiaty. Sprawdziła zawartość lodówki, ale podenerwowanie odebrało jej apetyt. Przebiegła pilotem po kanałach w telewizji, tradycyjnie nie mogąc się nadziwić, jak to jest, że przy kilkuset programach nie ma nic ciekawego do oglądania. W końcu nie wytrzymała i chwyciła za telefon.

– Halo? To ja. – Postarała się, by jej głos brzmiał ciepło.

– Cieszę się, że dzwonisz. Wystartowaliśmy godzinę temu, jeszcze trochę zejdzie, zanim dotrę na miejsce. – Z pokładu samolotu głos docierał na ziemię z niewielkim opóźnieniem.

– Wiem. Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam. To trudne i dla mnie – przyznała z niechęcią. – Jak już będziesz na miejscu, to uściskaj ojca ode mnie. Kurczę… – Na chwilę wzruszenie odebrało jej głos. – Nie mogę sobie wyobrazić, że już nigdy go nie zobaczę. To takie niesprawiedliwe.

– Nie smuć się, widać tak miało być. Też nie rozumiem, dlaczego akurat on i dlaczego akurat teraz. Nie płacz, kochanie. – Ahmed nie miał pojęcia, jak na odległość utulić ukochaną.

– Ja nie płaczę!

– To dobrze – powiedział z ulgą. – Nie denerwuj się, skarbie. Dobrze się czujesz?

– Nie! Niedobrze. Ja po prostu jestem wkurwiona! To wszystko!