UFO nad Bratysławą - Weronika Gogola - ebook + książka
NOWOŚĆ

UFO nad Bratysławą ebook

Weronika Gogola

3,8

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Kraj nad trzema morzami, z których tylko jedno jest prawdziwe, a i tak nie ma do niego bezpośredniego dostępu. Ojczyzna Nocnego Króla i Janosika. Miejsce, w którym zawsze biorą górę okoliczności – te, które sprawiły, że Słowacy przez tysiąc lat byli w madziarskiej niewoli, że podporządkowali się III Rzeszy, że na dziesięciolecia zostali za żelazną kurtyną.

UFO nad Bratysławą to bardzo osobista i bardzo zabawna książka o kraju za naszą południową granicą. Weronika Gogola z poczuciem humoru i wielką sympatią przygląda się swojej przybranej matczyźnie. Dużo tu o słowackiej polityce, bo w tym niewielkim kraju nie ma dokąd przed nią uciec. Jest więc niesławny Mečiar i jego następca Fico, są rolnicy, którzy założyli partię „Mamy dość!”, są organizatorzy protestów, które wybuchły po zamordowaniu młodego dziennikarza i jego narzeczonej, oraz nowa prezydentka, która niczym Janosik wreszcie zaprowadzi upragniony porządek. Autorka zabiera nas w szaloną podróż po kraju, w którym powstał musical o Janie Pawle II, gdzie organizuje się turniej kopania grobów dla zawodników z państw Grupy Wyszehradzkiej i skąd można po śmierci polecieć w kosmos.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (4 oceny)
1
1
2
0
0

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Štefan Petráš, ČSTK

Copyright © by Weronika Gogola, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Charitonow

Korekta d2d.pl

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Fragmenty rozdziału Nad Tatrą się błyska, wisi Harnaś, wisi ukazały się w miesięczniku „ZNAK” w maju 2019, pod tytułem Zbójnicy, pasterze i grafowie. Kim są Słowacy?; rozdział Dziady wyszehradzkie ukazał się pod tytułem Konkurs kopania grobów, czyli dziady wyszehradzkie w „Piśmie” w marcu 2019.

Książka powstała przy wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego w ramach programu Wyszehradzkie Rezydencje Literackie.

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-366-9

Słowo wstępu

Pierwsze wspomnienie jest takie: mamy w domu tylko trzy kanały telewizyjne. W zasadzie dwa, bo TVP Kraków śnieży i ledwo odbiera. Trzeba wychodzić na dach i przesuwać antenę, żeby obraz był wyraźniejszy. Tylko po co? Telewizja lokalna nadaje programy o szopkach krakowskich, o Łemkach, ale najczęściej na ekranie wyświetla się plansza ze złotą bramą i literą K. Nuda.

U dziadków w Sączu jest inaczej. Mają aż cztery kanały! Jedynka, Dwójka, telewizja krakowska i… tajemnicza telewizja nadawana w obcym języku. Język brzmi jak rozszczebiotane, sepleniące próby mówienia po polsku podejmowane przez moją młodszą siostrę. Nie potrafię zidentyfikować pochodzenia tego języka, ale mimo to wyłapuję poszczególne słowa. Niektóre z nich nawet rozumiem albo domyślam się ich znaczenia, tworząc w mózgu nowe ścieżki skojarzeń z powodzeniem prowadzące mnie do właściwych interpretacji. Z wypiekami na twarzy śledzę więc egzotycznie brzmiące programy i relacje.

Pamiętam dziwną psychodeliczną bajkę z wielką kukłą biegającą po ulicach nieznanego mi miasta. Kukła miała wielką wysuniętą na długiej szyi głowę i powiewającą płachtę zamiast korpusu. Z płachty sterczały gestykulujące żywo ręce. Dziś wiem, że kukła nazywała się Raťafák Plachta, czyli po polsku Kinol Prześcieradło (chociaż lepiej brzmi Kinol Płachta). Dziś wiem też, że to pierwsze, dalekie telewizyjne wspomnienie pochodziło z jednego z najpopularniejszych w Czechosłowacji programów dla dzieci Słoneczko na rękawiczce. Wtedy nie wiedziałam. Siedziałam z otwartymi ustami i śledziłam zaśnieżony obraz. Dziadek wyjaśnił mi:

– To jest czechosłowacka telewizja. Czechosłowacja to obcy kraj.

– Aha.

– Blisko nas – dodał. – Za Piwniczną.

Wtedy dowiedziałam się, że istnieje koniec i początek. Że świat, który znam, nie jest światem jedynym, wsobnym. Że tam, gdzie zamyka się Polska, otwiera się coś nowego. Czechosłowacja. Zagranica.

– Oni są do nas podobni, wszystko da się zrozumieć, człowiek się dogada – powiedział dziadek.

Aha, czyli nie trzeba się wcale uczyć.

Czechosłowacja w tempie ekspresowym zdobyła moją sympatię. Od zawsze byłam jednostką leniwą, dlatego zachwycał mnie fakt, że nie muszę się uczyć, żeby zrozumieć. W tamtym czasie lękiem napawały mnie usilne próby otwarcia mojego pełnego wolnych jeszcze przestrzeni mózgu na języki obce, żmudnie podejmowane przez mojego niezłomnego ojca, daremnie wierzącego, że otworzę sobie okno na świat, którego on nie zdążył zdobyć.

– How do you do? – pytał znienacka, nieoczekiwanie, niby od niechcenia.

– All right, I am fine – odpowiadałam zrezygnowana.

Nigdy poza ten dialog nie wyszliśmy.

Nie miałam ciągot do angielskiego. Co innego słowacki. Ten przyciągał i pozwalał bawić się w małego detektywa: zrozumiem, czy nie zrozumiem? Czy dane słowo oznacza to samo, czy może coś zupełnie innego?

Drugie wspomnienie to zakupy. Najpierw te, które przywoził dziadek z wycieczek do Bardejowa: lentilki, kofola, zlatý bažant i studentská, która wygrywała w rankingu nawet z białą milką. Wprawdzie lentilki były dostępne i u nas, ale przywiezione stamtąd smakowały inaczej. Naszą ulubioną zabawą było obgryzanie chrupiącego farbującego lukru i pozostawianie czekoladowego wnętrza na później w miseczce na rarytasy. Tak spożywaliśmy z kolegami i koleżankami naszą pierwszą komunię, łącząc swoje śliny bez obrzydzenia, przeciwnie – z namaszczeniem. Ten kolorowy od lentilków język to pierwszy smak zagranicy.

I kolejne wspomnienie: wycieczka szkolna do Krościenka. Z księdzem. Nie wszyscy mają paszporty. Nie jesteśmy jeszcze w Unii Europejskiej. Ksiądz i grupka szczęśliwców posiadających dokumenty wybierają się pieszo na Słowację. Ja i pozostali nieszczęśliwcy zostajemy przy biało-czerwonej rampie i patrzymy w dal, tam gdzie zaczyna się nowe państwo. Nowe powietrze, nowy świat, inne życie. Stoimy tak blisko, ale możemy tylko patrzeć. Ksiądz przynosi nam cukierki kupione po słowackiej stronie, truskawkowe alpenliebe. Takie same można kupić w Polsce. Ale te są inne. Smak tych cukierków pamiętam do dzisiaj. Wraca, ilekroć zdarza mi się przekraczać granicę za Piwniczną.

W okresie dorastania moje ciągoty ku słowackiej stronie uśpiły się. Przez długie lata nie sięgałam myślami kraju, który kiedyś tak bardzo mnie pociągał. Poza tym kofolę i studentską można było już kupić w Jubilacie. Podobnie jak horalky, słowackie wafelki, które jakiś zdolny i ambitny marketingowiec przechrzcił na Góralki. W Polsce mógł sobie na to pozwolić. Mamy przecież wspólne Tatry i wspólnych górali, których język niewiele różni się od tego po drugiej stronie (sytuacja ma się gorzej z Węgrami). Producent wafelków Horalky rozpoczął swoją ekspansję również w tej części Europy, ale z rozwagą wybrał dla nich nazwę neutralną: Moments.

O Słowakach wiedziałam jeszcze, że roszczą sobie prawo do naszego Janosika i do naszej bryndzy. Nie wiedziałam natomiast, że ciupaga, którą trzymałam w szafie na ubrania (w okresie góralomanii przypadającej na pierwszą klasę szkoły podstawowej), to po słowacku valaška; o istnieniu Wołochów dowiedziałam się wiele lat później. Ale Tatry to Tatry. Tatry mamy wspólne. I chociaż ludzie z dalekiej zagranicy bardzo często mylą Słowację ze Słowenią, my, Polacy, tego problemu nie mamy. Choć zdarza się nam jeszcze powiedzieć: Czechosłowacja. Wspólne państwo z Czechami jeszcze nie wywietrzało z naszej świadomości.

Co jeszcze wiemy o Słowakach? Że zdecydowali się na euro, a my nie. Że są mili, otwarci, pogodni i gościnni – jak ich język. Że mają Nohavicę. Ach, nie, to Czesi przecież!

No właśnie. Tyle wiedziałam i ja.

A potem, w czasach studenckich, zaczęły się podróże autostopem. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy? Oddech. Po słowacku oddych oznacza zresztą odpoczynek, relaks. A więc tak. Głęboki oddech. Krajobraz rozrzedza się, rozpływa do tej pierwotnej, nienaruszonej postaci, o którą tak trudno w Polsce, gdzie dom naćkany jest obok domu, a każdy pagórek upstrzony zabudowaniami, zagródkami i prowizorycznym obejściem. Tu obojętne czy przekraczasz granicę w Mniszku, czy w Barwinku, za każdym razem zapadasz się w czysty, nienaruszony krajobraz. Wioski są mniejsze, skondensowane, ustępują miejsca pejzażowi, usuwają się w cień, jak gdyby przepraszały, że właśnie teraz musisz je mijać, że tak nikczemnie się panoszą. Pagórki, las, pasące się owce. Od czasu do czasu zamek, z reguły pozostałości po nim wznoszące się na wzgórzach i przypominające, że kiedyś to terytorium było ważnym miejscem strategicznym, polem nieustającej walki, po którym dzisiaj zostały ruiny i tureckie nazwiska wśród obywateli wsi i miasteczek.

Pierwsze przekroczenie granicy. Kraina jest idylliczna. Kraina hobbitów, daleka od złego świata, niedoskonałości, brudu, pełna harmonii. Ale po krótkim czasie, ni stąd, ni zowąd spomiędzy zieleni lasów wyrastają wśród maleńkich wioseczek wysokie blokowiska. Są tak odcięte od otoczenia, że człowiek ma wrażenie, jakby stworzyły je olbrzymy bawiące się kolorowymi klockami. Te bloki to panelaki powstałe z wielkich płyt, wkraczające w słowacki krajobraz natarczywie, agresywnie, niszczycielsko. Coś, czego próżno szukać na polskiej wsi. Mała wioseczka, a w niej blokowisko. Ale to przyciągało. To zderzenie, którego nie znałam z domu.

Inność, niby taka oswojona, wiadoma, sąsiedzka, jednak obca. Rano piję kawę w Jaśle, a potem wystawiam kciuk i za chwilę wjeżdżam na drogi, przy których arbuzy sprzedaje się jak borówki. Zagranica.

Później zaczynam studiować ukrainoznawstwo. I rozwijam pobudzoną w dzieciństwie skłonność do analizy języków słowiańskich. Tego, jak każdy wymyślił sobie sposób na opisywanie świata, kto od kogo co podebrał, kto znalazł lepsze rozwiązanie. Pociąga mnie odkrywanie systemów.

Słowacki bardzo szybko zagościł w moich amatorskich badaniach porównawczych. Tyle odkryć! Podczas gdy my mówimy „na oko”, oni mówią „od oka”, tam gdzie u nas diabeł mówi dobranoc, u nich robią to lisy, nasza dawna wieczerza to u nich wciąż nazwa kolacji, ale śniadanie to raňajky, od pory spożywania. Dzieciaki bierze się nie na barana, a na konia, rzeczy zaś nie bywają chujowe, ale są na piču, czyli na cipę. W ogóle więcej cipologii u Słowaków, więcej babskich akcentów. Język też jest u nich materinský, a nie ojcowski: materčina, materinčina, materinská reč. Powoli rodziła się we mnie myśl, czy nie spróbować tej matczyzny, zamiast skończyć w jakiejś korporacji w ojczyźnie. Na razie jednak lubiłam chodzić na piwo z kolegami z Ukrainy i Słowacji i wymuszać na nich kategoryczne odejście od angielskiego. Trochę też dlatego, że mój angielski nigdy nie przekroczył wymaganego na studiach poziomu średniozaawansowanego, a w słowiańskim esperanto czułam się bezpiecznie. Mój entuzjazm nie zawsze się udzielał, bo powszechnie panujące przekonanie, że jakoś się dogadamy, szybko nikło, gdy rozmowa schodziła na poważniejsze tematy niż zamawianie piwa. Często więc przegrywałam, ale zrezygnowana nie przestawałam nasłuchiwać, notując niczym pilna uczennica wszelkie ścisłości i nieścisłości. Wolność – sloboda, frajer – supergość lub partner, tożsamość – identita. I rzecz jasna klasyki humoru przygranicznego: szukanie, czyli ruchanie, i droga, czyli narkotyk. Słowacy uwielbiają, kiedy polscy turyści zwracają się do nich o pomoc. „Szukam drogi” w ich języku oznacza bowiem „rucham narkotyki”. To zabetonowany już klasyk dowcipu transgranicznego, ale wciąż bawi.

Moja powoli przeradzająca się w manię miłość do „trójkąta bermudzkiego” urosła na tyle, że zostałam zaproszona na konferencję do Preszowa. Przez Preszów do tej pory jedynie przejeżdżałam, kiedy przekraczałam granicę w Barwinku, i cięłam prosto przez Svidnik i Sabinov do bardziej, jak mi się wydawało, atrakcyjnego celu, którym były Koszyce. Moje wakacyjne podróże na Słowację wiązały się w dużej mierze z letnimi porywami serca. Tak jak wcześniej chłopaki z sąsiedniej wsi wydawały mi się atrakcyjniejsze od naszych, tak z czasem uznałam, że Słowacy są piękniejsi od Polaków, więc uskuteczniałam badania terenowe. Nie miałam wyrzutów sumienia ani problemów z moralką, mimo że babcia powtarzała mi zawsze, że to nie baba do chłopa ma jeździć, tylko chłop do baby. Mnie było wszystko jedno. Czułam poza tym, że kontynuuję tradycję rodzinną, ponieważ mama w młodości popełniła romans z pewnym węgierskim chłopcem w trakcie wakacji w Bułgarii. Albo może to był Bułgar na Węgrzech? W każdym razie Preszów pozostawał dla mnie czarną plamą. Jedynym, co kojarzyłam, był pomnik Jezusa znajdujący się przy wjeździe do miasta. Niewielki, bo trzymetrowy. I taki janosikoidalny.

Wizyta na konferencji w Preszowie okazała się dla mnie znacząca. I dla Ciebie, cierpliwy Czytelniku, również. Gdyby bowiem nie ta wizyta, nie pisałabym tej książki i nie oddawała jej w Twoje ręce.

Trudno powiedzieć, czym urzekło mnie miasto, którego ścisłe centrum ogranicza się do jednej ulicy Hlavnej. Kościół, pomnik Armii Radzieckiej i wypchany koń, bo jak się dowiedziałam, Preszowszczyzna słynie z hodowli koni, a preszowianie nazywani są koniarzami. Coś mnie w tym wszystkim zaczęło kusić, odezwał się we mnie mały czorcik – wiedziałam, że chcę tu wrócić. Szybko też to uczyniłam. Wraz z kolegą postanowiliśmy spędzić tutaj weekend. Mieliśmy nadzieję, że nocleg jakoś załatwimy, licząc na tanie miejscówki w internacie. Niestety akurat kiedy postanowiliśmy odwiedzić stolicę Szarysza (kiedyś jednego z najbogatszych regionów Królestwa Węgierskiego, dzisiaj peryferyjnego, przynajmniej z perspektywy daleko wysuniętej stolicy), odbywały się tam międzynarodowe zawody w piłce nożnej juniorów, w związku z czym wszystkie miejsca w internatach były zajęte przez młodych adeptów futbolu. Pani z bursy poleciła nam hotel Šariš z noclegami w przystępnej cenie. Skorzystaliśmy. Udaliśmy się do pokoju, troszeczkę odświeżyliśmy, wzięliśmy prysznic i postanowiliśmy wyruszyć w miasto.

– Już skończyliście? – zdumiała się recepcjonistka, kiedy po niespełna godzinie zostawialiśmy jej klucz.

Nie dość, że nie skończyliśmy, to nawet nie zaczęliśmy. A co lepsze, naprawdę planowaliśmy pozostać w hotelu na noc.

To był dla mnie pierwszy znak, że Preszów może mnie zainteresować.

Drugi i ostateczny objawił się późnym wieczorem, kiedy to mój kolega zajęty był wzmożonym procesem integracji z jedną z pięknych Słowaczek, a ja znudzona tańczyłam sama na parkiecie i próbowałam adaptować znane mi pieśni bałkańskie do grającej akurat muzyki. Po pewnym czasie, zmęczona, udałam się do baru, żeby zamówić kolejne piwo.

– Przepraszam, czy to nie było czasem Goranine? – zainteresowała się barmanka.

Barmanka w Preszowie, która zna tę samą bośniacką pieśń co ja?

Prześpiewałyśmy całą noc. Repertuar był różny, głównie rusiński, bo barmanka, mimo że nie była Rusnaczką, chodziła do ukraińskiego gimnazjum (w Preszowie to nic nadzwyczajnego). O ósmej rano zakończyła z lekko już zdartym gardłem moją ulubioną do dziś pieśnią Javorom, javorom.

Już wiedziałam. Wrócę.

Zszokowanej kadrze pedagogicznej, zszokowanym kolegom, wreszcie zszokowanej barmance oznajmiłam, że stypendium chcę spędzić w Preszowie. Napisałam tam pracę magisterską dotyczącą Rusinów (jestem spod Gorlic, studiowałam ukrainoznawstwo, wydawało mi się grzechem nie podjąć tematu). Kiedy stypendium dobiegło końca, a ja musiałam wrócić do Krakowa, ogarnął mnie wielki smutek. Jechałam pociągiem do Bardejowa, roniąc łzy. Do dziś trzymam tamten bilet w portfelu. Jednak pomimo smutku byłam pewna powrotu.

I tak się stało. Tyle że wylądowałam po opacznej stronie Słowacji. W Bratysławie, która stała się moim domem.

Może właśnie z tego wrodzonego lenistwa żyję tu, a nie gdzie indziej? Bo Słowacja to inność oswojona.

Mečiarizmus

Mečiar jest Prezesem Rady Ministrów. Mam nadzieję, że za niedługo już nie będzie. Nie przywróci komunizmu; po jego chorobie to oczywiste. Wszystko to zostało napisane w trzecim liście. Mečiar walczy z Kováčem – jak żołnierz, rewolwerem – ale Kováč przebije go szablą jak mrówkę. Bugár ma miecz, szablę i karabin maszynowy. Miecz jest sprawiedliwy i niesprawiedliwy. Szabla jest sprawiedliwa. Karabiny maszynowe i rewolwery są niesprawiedliwe. Mečiar ma rewolwer, a Kováč z kolei ma miecz i szablę. Teraz kiedy Mečiar jest już zdrowy, znowu zaczął wymyślać. Jednak jest mu ciężej. Radio Twist bardzo dużo czasu poświęca polityce. Inne radia, takie jak Wolna Europa, też. Polityką zajmuje się także słowacki prezydent Mišo Kováč, który nie jest tak do końca dobry, ale przynajmniej zabrania Mečunowi przywrócenia komunizmu i innych świńskich poglądów i działań. Niektórzy mówią: „Ja bym Mečiara zabił!!!”, lecz wystarczy Mečiara odciągnąć od polityki. Ale odwołają go dopiero za kilka lat. Na Słowacji jest dokładnie 6 000 000 obywateli, z czego pół miliona to obcokrajowcy, na przykład Polacy, Amerykanie, Bułgarzy, Węgrzy, Czesi, Ukraińcy i Słoweńcy. Pozostałych 5,5 000 000 to Słowacy, z czego 2,2 000 000 to ludzie z rewolwerami i karabinami maszynowymi. 100 000 obywateli z kolei ma miecze, a pozostałych 400 000 to dobrzy ludzie z szablami. To szacunki wykonane za pomocą choroby Mečuna. Weiss ma szablę i miecz. Wicepremier demokratycznej lewicy Peter Weiss to ktoś zupełnie inny niż Mečiar. Jest dobry, chociaż najlepszy nie jest. Mečiar interesuje go tylko trochę. Weiss nie chce przywracać komunizmu ani robić tego, co Mečiar. Ani go nie krytykuje.

Weiss – szabla, miecz

Mečiar – rewolwer

Kováč – miecz, szabla

Bugár – miecz, szabla, karabin maszynowy

6 000 000 obywateli ma Słowacja, a każdy z nich ma problemy. Jeden z płaceniem, drugi z pracą i tak dalej. Ale problemy są też w polityce. Mečiar ma w polityce wielkie problemy. Przez chwilę nie zwracał uwagi na swoich i od razu wszystko się na niego zwaliło. Za dwa–trzy lata Mečiar skończy. Kiedyś i tak komuniści by skończyli; nawet jeśli jakimś cudem udałoby im się przywrócić komunizm i tak by ktoś go obalił. Kiedy Mečiar zorientuje się, gdzie jest klucz do komunistów, będzie musiał cały czas naciskać i krzywić (i kiedyś go tak skrzywi, że nie będzie się dało go już wyrównać). Byłem na wakacjach i spotkałem Kováča. Postanowił uciec, bo nie podobało mu się, że zauważył go rekin; od razu uciekł. Nie rozumiem dlaczego, przecież nie musiał się bać, że rekin go zje! Mečiar jest premierem, jednak za parę lat już nie będzie. Ani premierem, ani politykiem. Mečiar któregoś razu skończy jak komuniści. Nie tylko z Vladem to tak wygląda, z innymi politykami też. Tak samo jak z krytykami, którzy nie muszą być w polityce, ale dobrych krytykują i lekceważą.

No kiedy wreszcie skończy się to całe zło i zacznie się całe dobro? Zarówno w polityce, jak i w innych kwestiach, takich jak religia, ochrona przyrody, zachowanie się i wiele innych?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!

Ten krótki urywek to nie zapiski szaleńca, ale fragment Małej Księgi Polityków i Mečiara, którą w 1996 roku napisał mój ośmioletni wówczas mąż. Podczas gdy ja wydawałam czasopismo „Kobieta” z poradami o seksie, po drugiej stronie Łuku Karpat mój przyszły wybranek produkował książkę publicystyczną. Nie zabrakło w niej, rzecz jasna, opisów dziecięcego życia, wspomnień z wyjazdów do Chorwacji czy rekinów, którymi fascynował się Mišo. To jednak, co uderza, to nietypowa dla dziecka obsesja na punkcie byłego premiera Słowacji.

Książka, wydana w nakładzie jednego egzemplarza, krążyła po rodzinie i zabawiała dorosłych, którzy śmiali się do rozpuku, czytając w trakcie wieczornych posiadówek wywody małego politologa. Śmiałam się również i ja, kiedy dzieło po raz pierwszy trafiło w moje ręce. To dziecięce zacięcie do polityki mnie ujęło. Mój mąż jako mały chłopiec nie zajmował się rzeczami nieistotnymi, ale głęboko analizował ówczesną scenę polityczną i szybko, głównie dzięki pomocy opozycyjnego radia, wyrabiał sobie konkretne poglądy, odmienne od panujących wtedy na Słowacji nastrojów. Cóż za bystrość! Jakie zaangażowanie! Byłam z niego dumna.

Do czasu, kiedy poszliśmy do kina na film młodej reżyserki, naszej rówieśniczki Terezy Nvotovej, i zobaczyliśmy jej archiwalne nagrania z dzieciństwa. Jako córka reżysera Juraja Nvoty od dziecka miała dostęp do kamery. Przypomniałam sobie, że w tym samym czasie po drugiej stronie Łuku Karpackiego nagrywaliśmy z kuzynostwem nasze radio Spłuczka, tymczasem w Bratysławie mała Tereza wraz z kuzynką kręciły na tle osiedlowego trzepaka wideo o Mečiarze.

Czarno-biały obraz. Dziecko ubrane w marynarkę, krawat i kapelusz. Na twarzy spiczasta czapka klauna jak dziób drapieżnego ptaka. W rękach hula-hoop. To Vladimír Mečiar, premier Słowacji. Rozlega się dziecięcy głos.

– Dzień dobry, witamy państwa na dzisiejszym show na trzepaku – mówi uśmiechnięta Tereza. – To będzie druga część wywiadu ze sławnymi osobistościami, takimi jak… Ale co wam będę mówić. Wiecie dobrze, że to kandydat na…

Cięcie.

W kadr wchodzi dziecko ubrane w marynarkę. Twarz ma ukrytą w gazecie.

– Coś podobnego! – mamrocze. Marynarka opina wypchany brzuch. – Same fałszywe informacje!

W kadrze pojawia się Tereza.

– Dzień dobry, panie Mečiar! Jesteśmy z telewizji Markíza.

Mečiar wyrzuca gazetę i z okrzykiem: „To jest napad!”, zrywa się i ucieka przed kamerą.

Młoda dziennikarka biegnie za nim.

– Mam do pana kilka pytań! Proszę odpowiedzieć. Co pan myśli o wyborach?

– Wygram! Jestem geniuszem! – odkrzykuje Mečiar. – Jestem w stanie napisać konstytucję w dwa dni.

– Jeszcze jedno pytanie…

Mečiar ucieka przez bramę.

– Cóż, wywiad się nie udał – kwituje autorka show.

Jest 1998 rok, autorytarne rządy Mečiara dobiegają końca. Scenka wymyślona i sfilmowana przez młodą Nvotovą nie jest wyssana z palca; dziewczynka wielokrotnie widuje w telewizji podobne. Mečiar to buran, któremu nieraz brakuje ogłady, zwłaszcza w starciach z mediami.

Cięcie do współczesności.

Reżyserka, za kierownicą:

– Kiedy miałam dziesięć lat, najczęściej bawiłam się z kuzynką w Winnetou, E.T. i w Mečiara. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że [on] jest realną postacią, bo wszędzie było go pełno. W telewizji, na plakatach, w rozmowach rodziców i w naszych głowach.

Karierę zawdzięczał przypadkowi. O jego wejściu do polityki w formującym się po rewolucji państwie zdecydował Alexander Dubček, wierzący, że młody socjalista Vladimír jest godnym kandydatem do nowej władzy. Doceniał ponoć jego działalność ulotkową, gdy do Czechosłowacji wkraczały wojska Układu Warszawskiego, opłaconą wyrzuceniem z komunistycznej młodzieżówki. Już wtedy czechosłowackie służby interesowały się zbuntowanym przeciwko najeźdźcom Mečiarem, choć dziś mówi się otwarcie, że przyszły premier został wkrótce agentem StB i – co najciekawsze – latami donosił na Dubčeka. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ doskonale znał szwagra przywódcy głoszącego socjalizm z ludzką twarzą. Niektórzy twierdzą, że to właśnie rodzinne powiązania miały wpływ na tę jakże niefortunną dla słowackiej historii decyzję pierwszego sekretarza. Obecnie to właśnie Dubčekowi obrywa się najbardziej, jak gdyby to on był odpowiedzialny za zapaść Republiki Słowackiej w okresie mečiaryzmu. Według wielu moich przyjaciół – niesprawiedliwie. Spora część z nich uważa, że gdyby nie sowiecka interwencja, reformy doprowadziłyby Czechosłowację do socjalizmu znanego nam dziś z modelu skandynawskiego. Dubček wierzył w socjalizm, to nie ulega wątpliwości, wierzył więc również w młodego działacza Mečiara, który jednocześnie pracował w Fabryce Przemysłu Ciężkiego i studiował zaocznie prawo w Bratysławie. Nikt nie spodziewał się, że wyrośnie z niego nieco przaśny, ale bądź co bądź autorytarny przywódca. Rozwój jego kariery nic takiego nie zapowiadał.

Po ukończeniu studiów Mečiar rozpoczął w 1975 roku pracę jako prawnik w zakładzie produkującym włókno szklane i pracował tam aż do aksamitnej rewolucji, która uformowała Społeczeństwo Przeciwko Przemocy (Verejnosť proti násiliu, VPN), ruch społeczno-polityczny o nie mniejszym znaczeniu niż „Solidarność” w Polsce, zrzeszający studentów, inteligencję i robotników. Kiedy 17 listopada 1989 roku na kanwie wydarzeń międzynarodowych wybuchły w Pradze protesty, a zaraz potem zaczęli strajkować studenci, w Bratysławie zebrała się grupa około pięciuset intelektualistów. Spotkali się w klubie Umelka naprzeciwko Uniwersytetu Komeńskiego. W przeciwieństwie do ubranych w nieforemne marynarki komunistów nosili dżinsy i powyciągane swetry. Z młodymi alternatywcami w nieformalnych strojach utożsamiała się większość społeczeństwa, które żyło tym samym co oni snem o wolności.

Upadek systemu zwiastuje Słowacji szansę na upragnioną suwerenność. Dzień po powstaniu czeskiego Forum Obywatelskiego, 20 listopada, działacze zgromadzeni w klubie Umelka rejestrują swój własny ruch.

Po wprowadzeniu zapisu o ostatecznym końcu przewodniej roli partii komunistycznej w Czechosłowacji powstaje nowa tymczasowa władza: dwuizbowe Zgromadzenie Federalne, z założenia reprezentujące interesy obu narodów, oraz dwa parlamenty (Na Słowacji – Słowacka Rada Narodowa). Zgromadzenie Federalne wybiera na swojego przewodniczącego Alexandra Dubčeka, nowym prezydentem kraju zostaje Václav Havel. Z nazwy republiki zostaje wyrzucone słowo „socjalistyczna”. Jednak dla Słowaków to zbyt mało – domagają się wprowadzenia myślnika. Republika ma być „czecho-słowacka”, a nie „czechosłowacka”. Wojna o myślnik pokazuje, że już wtedy mimo nadziei Havla rozpad był nieunikniony. Ostatecznie Czesi używają swojej, a Słowacy swojej nazwy. Trwa to aż do 1993 roku, kiedy Republika Czecho-Słowacka oficjalnie przestaje istnieć.

Jednak zanim do tego dojdzie, obywatele podzielonej myślnikiem republiki biorą po raz pierwszy udział w wolnych wyborach, które odbywają się na początku czerwca 1990 roku. W tym samym momencie wybierani są przedstawiciele zarówno do Izby Ludów i Izby Narodów Zgromadzenia Federalnego, jak i członkowie parlamentów republikańskich: Rad Narodowych, czeskiej i słowackiej. Ruch VPN wie, że wybory to dla Słowaków szansa podkreślenia niezależności od Pragi. I chociaż wyznaje te same zasady co Forum Obywatelskie, czuje potrzebę zamanifestowania suwerenności. Przygotowuje własny, autonomiczny program. Żąda wprowadzenia gospodarki rynkowej, państwa prawa i wsparcia demokracji, a co za tym idzie – całkowitego odsunięcia partii komunistycznej od władzy.

Wybory do Rad Narodowych oraz do Zgromadzenia Federalnego odbywają się w tych samych dniach: 8 i 9 czerwca 1990 roku. VPN, zarówno w Słowackiej Radzie Narodowej, jak i w dwuizbowym Zgromadzeniu Federalnym, zdobywa poparcie oscylujące wokół trzydziestu procent. Wystarcza ono, żeby przedstawiciele Społeczeństwa Przeciwko Przemocy zasiedli w ławach słowackiej części parlamentu, ale jest zbyt niskie, żeby mogli rozdawać karty. Dlatego VPN wchodzi w alians z Ruchem Chrześcijańsko-Demokratycznym oraz Partią Demokratyczną. Jako swojego kandydata na premiera koalicja przedstawia ni mniej, ni więcej, tylko Mečiara, tego samego, który od stycznia 1990 roku jest ministrem spraw wewnętrznych i mimo krótkiego urzędowania zdążył już sobie zaskarbić niemałe poparcie. Mocną pozycję zawdzięczał właśnie VPN-owi, którego członkowie uczynili go ministrem.

Uczynili? Tak, bo po upadku komunizmu i wiodącej partii powstał tymczasowy rząd porozumienia narodowego, który zajmował się nie tylko przygotowaniem pierwszych słowackich wolnych wyborów, ale również organizacją castingów na przedstawicieli przyszłej władzy. W skład tej przejściowej, działającej na przełomie 1989 i 1990 roku, wchodzili nieformalsi z VPN-u i starzy komuniści – z wpływami po połowie (wtedy taki kompromis opozycja uznawała za swój sukces; z czasem konsolidację tę okrzyknięto jedną z przyczyn późniejszego rozpadu Społeczeństwa Przeciwko Przemocy). 12 grudnia 1989 roku na jej czele stanął komunista Milan Čič i wraz z działaczami VPN-u przystąpił do rozpisania zamkniętych konkursów mających wyłonić nową obsadę poszczególnych ministerstw. Ponieważ stara gwardia i młodzi aktywiści nie byli w stanie dojść w tej kwestii do porozumienia, panowało powszechne przekonanie, że to najlepszy z możliwych sposobów. Faktycznie jednak ministrów wybierano na tej samej zasadzie co pierwszą w historii Miss Slovensko.

Pokolenie obecnych trzydziestolatków z trudem próbuje zrozumieć ten fenomen. Niegdysiejsi działacze VPN-u bądź nabierają wody w usta, bądź próbują, dość nieudolnie, uzasadnić ówczesne metody. Kiedy dziennikarz jednej z poczytniejszych gazet zapytał wprost Fedora Gála, byłego przewodniczącego ruchu: „Kto wymyślił te konkursy na ministrów? Większa głupota nie przyszła wam do głowy?”, ten odpowiedział: „W tamtym kontekście wszystko było niestandardowe. W czasach socjalizmu, aby objąć stanowisko, należało spełnić trzy wymagania: musiałeś być członkiem partii, mieć wystarczająco duże znajomości, dzięki którym się tam dostałeś, i wygrać wewnątrzpartyjną rozgrywkę. Konkursy o obiektywnym przebiegu nie były więc złym pomysłem. Wręcz przeciwnie, wydawały się nam realizacją naszego marzenia. […] Organizowało się je wszędzie – w firmach, urzędach”1 – dodał.

Pierwotnie zakładano całkowitą otwartość, ostatecznie jednak konkursy były zamknięte, a liczba kandydatów ograniczona. Wybór dokonywany wspólnie przez młodych demokratów i starych komunistów? To nie mogło się udać. Już w trakcie pierwszego spotkania przedstawicieli VPN-u z Milanem Čičem doszło do konfliktu. Čič opisał go w wywiadzie dla dziennika „SME”. „To było interesujące. Siedziałem sam, a ich było sześcioro, siedmioro. Przyszli z konkretnymi propozycjami, kogo widzieliby w nowej władzy. W niektórych kwestiach zgadzaliśmy się, w innych nie. Około wpół do drugiej w nocy przerwali rokowania i udali się na naradę. Zaznaczyłem, że jeśli nie zgodzą się z moimi konkretnymi propozycjami, nie widzę sensu współpracy z nimi w ramach jednej władzy. Nie znam ich, nie mam do nich zaufania. Po czterdziestu minutach wrócili i zgodzili się na większość moich propozycji. Nie byliśmy zgodni jedynie co do ministra spraw wewnętrznych. […] Dlatego powiedziałem, że ogłoszę konkurs. Zgłoszono trzech kandydatów. Dwóch z nich wywodziło się z ministerstwa, wśród nich był również Mečiar. Wydawało się, że jest dobrym kandydatem”2.

Obok Mečiara na stanowisko ministra zaproponowano jednego z organizatorów aksamitnej rewolucji, politologa Miroslava Kusego, który jednak nie widział się w tej roli. „Nie czułem, że jestem odpowiednią osobą na to miejsce. Wiedziałem, że nie mam odpowiednich cech potrzebnych do objęcia tego stanowiska. Oprócz mnie był jeszcze jeden kandydat z Koszyc i Mečiar, który powoli rozwijał skrzydła i stopniowo pokazywał, na co go stać. Miał charyzmę charakterystyczną dla typów przywódczych, potrafił podejmować natychmiastowe decyzje i uderzać pięścią w stół, kiedy było trzeba”3.

Fakt, że kontrkandydaci nie odznaczali się wystarczającym autorytetem, a Mečiara zarekomendował sam Dubček, który wciąż cieszył się ogromnym szacunkiem, wystarczył, by nieznany szeroko Vladimír wkroczył na arenę polityczną.

Oczarował nie tylko byłego prezydenta, ale też sporą część społeczeństwa.

– Nie mieliśmy pojęcia, kto zacz, myśleliśmy, że porządny człowiek – słyszę dziś od wielu ludzi ze starszego pokolenia, u których nie podejrzewałabym nigdy promečiarowskich sympatii.

Kupił ich w 1990 roku, w trakcie marcowych demonstracji na placu SNP (upamiętniającym Slovenské národné povstanie), pokłosia listopada 1989, kiedy to, krzycząc do zgromadzonego tłumu, zapewniał, że słowackie więzienia są przygotowane na przyjęcie wszystkich komunistów. Obywatele oklaskiwali go zawzięcie, nawet jeśli dzisiaj się tego wstydzą. Wsparcie ludu było nadzwyczaj silne, intensywne i krótkie, ale ta sekunda wiary w nowy porządek wystarczyła, żeby Mečiar wskoczył na ministerialny stołek. A po pierwszych wolnych wyborach zwinnie przesiadł się na stanowisko szefa Słowackiej Rady Narodowej. Nie okazywał jednak przesadnej wdzięczności VPN-owi i bardzo szybko wdał się z jego członkami w otwarty konflikt, który Słowacy mogli śledzić w telewizji, chociażby podczas emitowanego w każdą niedzielę programu telewizyjnego Mówi szef rządu. Przyzwyczajeni do cotygodniowej obecności Mečiara w swoich domach, widzowie 3 marca 1991 roku zamiast jednego z jego standardowych przemówień trącących przaśnością usłyszeli niespodziewanie płomienną przemowę aktora Milana Kňažka, jednej z najwyrazistszych postaci listopadowej rewolucji, ministra spraw zagranicznych. W trakcie kilkuminutowego wystąpienia oskarżył on VPN o cenzurowanie premiera i porównał metody stosowane przez młodych działaczy do mechanizmu ucisku wypracowanego przez komunistów.

Dzisiaj uznaje się, że przemówienie Kňažka było gwoździem do trumny VPN-u i ugruntowało władzę Mečiara. Rozpad ruchu był jednak procesem długotrwałym. Mečiar bardzo szybko zauważył w nim wewnętrzny konflikt i doskonale go wykorzystał. Teoretycznie popierając działania i postulaty młodych demokratów, stworzył nowe skrzydło – VPN-ZDS, czyli Społeczeństwo Przeciwko Przemocy-za Demokratyczną Słowację, z całkiem pokaźną reprezentacją działaczy założycieli. To wywołało zrozumiałą reakcję VPN-u, która doprowadziła do odwołania szefa rządu. Nie przejął się on zanadto i w ciągu kilku miesięcy przemianował frakcję na swoją nową partię. Tak powstało HZDS, Partia Ludowa – Ruch na rzecz Demokratycznej Słowacji. Popularność jej frontmena wśród obywateli była tak ogromna, że dawała mu pewność powrotu do premierowania w kolejnych wyborach.

Mečiar był szybki i zwinny. Dostarczał ludziom tego, czego akurat potrzebowali, zagubieni w nowej rzeczywistości. Aksamitna rewolucja doprowadziła do decyzji, która dla tych usilnie wierzących w sens istnienia Czechosłowacji była niezrozumiała. Obywateli jednak nie pytano o zgodę – do referendum nigdy nie doszło. Na mocy postanowień Václava Klausa i Mečiara w 1993 roku Czechosłowacja oficjalnie przestaje istnieć.

Nie wszyscy byli chętni do usuwania ze ścian portretu Tomáša Masaryka. Jednak większość obywateli nie miała tak wyraźnie ukształtowanych poglądów. Zdezorientowani upadkiem starego reżimu, raczkującą demokracją i koniecznością przyjęcia nowej tożsamości, byli podatni na puste hasła dające złudne poczucie jakiegokolwiek bezpieczeństwa. Skoro już doszło do podziału republiki, nowo powstałe państwo potrzebuje nie tylko nowego rządu, ale również silnego przywódcy. Wystąpienie Vladimíra 1 stycznia 1993 roku, w dniu, w którym oficjalnie narodziła się Republika Słowacka, było symboliczne. To on był ojcem narodu, to on zwiastował jutrzenkę.

„Po każdej burzy przychodzi dzień, po każdym cierpieniu nowe nadzieje – powitał w noworocznym przemówieniu rodaków. Na placu SNP zjawił się dokładnie o północy w towarzystwie przewodniczącego Rady Narodowej Ivana Gašparoviča. – Pytałem sam siebie, czy mam ludziom życzyć wszystkiego dobrego z okazji odzyskania niepodległości? Albo raczej powstania nowego państwa… Wolność i państwo… Czy to nie to samo? Czy dzięki temu, że mamy nasze państwo, nie wznieśliśmy naszej wolności o stopień wyżej? Dlatego postanowiłem pogratulować ludziom ich państwa”4.

Mečiar świadomie grał rolę ojca narodu, chociaż federacja wciąż jeszcze istniała, kiedy w 1992 roku powrócił na stanowisko premiera. Nie zmieniało to faktu, że jako przedstawiciel strony słowackiej brał udział w rokowaniach nad możliwością jej rozpadu. Badania opinii publicznej przeprowadzone w 2007 roku wskazywały na przekonanie niemal pięćdziesięciu procent obywateli, iż Słowacja powstała właśnie dzięki niemu (na drugim miejscu uplasował się Václav Klaus). Mečiar doskonale wykorzystał rosnące w latach dziewięćdziesiątych nacjonalistyczne nastroje – jednak choć oficjalnie opowiadał się za rozpadem Czechosłowacji od początku swojej politycznej kariery, jak zauważa dziennikarz „Dennika N” Tomáš Gális, w 1992 roku program HZDS nie wspominał ani słowem o jakiejkolwiek słowackiej niezależności. Wiedział, że zdobyta popularność może przynieść mu i koronę, i berło. Wystarczyło zatem powitać rodaków, życząc im do siego roku, by gładko stać się Mojżeszem wyprowadzającym lud z niewoli.

Vladimír, jak na czcigodnego ojca przystało, przemawiał do Słowaków co niedziela. Ludzie lubili na niego patrzeć. Facet z Nemšovej wiedział, jakiego języka używać. Miało być prosto i bezpośrednio.

„Witam was, mili rodacy. Rano, kiedy wychodziłem z domu, śnieżyło. W okolicy były roztopy. Kiedy popatrzyłem na przyrodę, miała dwa kolory. Biały i czarny. To typowe kolory dla zimy, kiedy przychodzi mróz na przemian z odwilżą”5.

Zagraniczne media porównywały go między innymi do Slobodana Miloševicia, Iona Iliescu czy Franja Tuđmana. Niektórzy z moich znajomych nazywają go „słowackim Łukaszenką” i twierdzą, że gdyby pozostał u władzy, Słowacja byłaby dziś drugą Białorusią. Premier, rzecz jasna, sprzeciwiał się jej przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej. A gdy ówczesny amerykański ambasador przy Sojuszu Północnoatlantyckim stwierdził, że dopóki rządzić będzie HZDS, dla Słowacji drzwi do NATO pozostaną zamknięte, Mečiar skwitował tę wypowiedź w typowy dla siebie sposób: „Da się bez NATO. Będziemy żyć dalej. Te 5,3 miliona ludzi nie ma się gdzie przeprowadzić”6.

Dosadny łopatologiczny styl charakteryzował go od początku kariery. W roku powstania niepodległej Słowacji jej premier wygłosił pamiętne słowa. „Jeśli, nie daj Boże, będziemy musieli przystąpić do wcześniejszych wyborów, byle byśmy mieli siły, by przewalcować to wszystko. […] Przewalcujemy, niech się dzieje wola Boża, zrobimy to, a potem wszyscy będą się dziwić”7 – powiedział Vladimír w miejscowości Zlatá Idka do członków swojej partii.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy końcowe

1 Karol Sudor, Fedor Gál: Mečiar si ma chcel kúpiť, dennikn.sk, bit.ly/3aMyMXY, dostęp: 18.07.2021.

2Milan Čič: Slovensko sa zmenilo k lepšiemu, sme.sk, bit.ly/2Q4vxVi, dostęp: 18.07.2021.

3TASR, Mečiar očakával, že bude ministrom len pol roka, hnonline.sk, bit.ly/2Q6T0Fv, dostęp: 18.07.2021.

4 Vladimír Jancura, Zbohom Česko-Slovensko. Vitaj suverénne Slovensko!, pravda.sk, bit.ly/31x1ZC0, dostęp: 18.07.2021.

5Mečiar, reż. Tereza Nvotová, Czechy/Słowacja 2018.

6 Igor Stupňan, Mečiar zase otočil: Dá sa aj bez NATO, sme.sk, bit.ly/2OfAQAm, dostęp: 18.07.2021.

7 Vladimír Jancura, Ako to bolo s parným valcom zo Zlatej Idky, zhurnal.pravda.sk, bit.ly/2LrBx8u, dostęp: 18.07.2021.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2021

Wydanie I