Udawajmy zakochaną parę (Gorący romans) - Mann Catherine - ebook

Udawajmy zakochaną parę (Gorący romans) ebook

Mann Catherine

3,8

Opis

Prezes spółki naftowej Ward Bennally znajduje w swoim gabinecie piękną brunetkę, która myszkuje w jego komputerze. To Brea, córka właściciela firmy, przez lata uznawana za zaginioną. Ward podejrzewa, że Brea ma zamiar szkodzić firmie i pozbawić go stanowiska. Postanawia mieć ją na oku, dlatego proponuje, by udawali zakochanych. Wkrótce między nią a Wardem pojawia się jednak prawdziwa chemia i udawany romans zmienia się w gorący. Ward jest w rozterce: nie chce angażować się emocjonalnie, ale nie potrafi zerwać z Breą...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Catherine Mann

Udawajmy zakochaną parę

Tłumaczenie:Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Breanna Steele nie miała wiele czasu na przeszukanie gabinetu prezesa Alaska Oil Barons Inc. Gdyby została przyłapana, konsekwencje byłyby katastrofalne.

Niestety nie miała wyjścia.

Szukała odpowiedzi, a nie wiedziała, komu może ufać. A gdyby tak wybrała niewłaściwą osobę?

Istnieją dużo gorsze rzeczy niż więzienie.

Pospiesznie przejrzała papiery, a potem opadła na skórzany fotel za masywnym biurkiem. Usiłowała nie myśleć o czasie, gdy odwiedzała to miejsce jako dziecko, kiedy gabinet należał do jej ojca. W sobotnie poranki przychodziła tu z nim i siostrą bliźniaczką po śniadaniu w Kit’s Kodiak Café. Bawiły się w chowanego albo oglądały bajki na dużym ekranie w drugiej części przestronnego gabinetu, a czasem zasypiały na skórzanej kanapie pod jednym kocykiem.

Teraz ten pokój należał do obcego mężczyzny. Biurko i okna z widokiem na zamarzniętą zatokę i góry w oddali były takie jak w jej pamięci. Ale przestrzeń wypełniały nowe, smuklejsze, minimalistyczne meble z drewna i skóry. Ojciec otaczał się mnóstwem zdjęć swoich bliskich. Na biurku Warda Bennally’ego znajdowało się tylko jedno zdjęcie. Przedstawiało Warda z dziewczynką na sankach.

Brea wiedziała, że Ward nie jest żonaty, lecz chyba to dziecko było dla niego ważne. Dzięki temu wydał jej się bardziej ludzki. A więc był kimś więcej niż aroganckim szefem firmy, która obecnie należała do rodziny Brei i do ich dawnych konkurentów.

Brea nie miała z tym nic wspólnego, gdyż jej bliscy uważali ją za zmarłą. Poczuła wyrzuty sumienia, jednak instynkt samozachowawczy kazał jej kontynuować poszukiwania. Wyjęła z torebki pendrive’a i podłączyła go do komputera. Przez lata żyła w odizolowanej od świata społeczności, ale dzięki ojcu umiała korzystać z internetu, nie zostawiając śladów.

Wcześnie zdobyła umiejętność hakowania i kodowania, jeszcze przed katastrofą samolotu, która rozdzieliła ją z rodziną. Poza tym, podobnie jak jej ojca Jacka Steele’a, cechowała ją determinacja i wytrwałość.

Zamrugała, nie pozwalając sobie na łzy i palcami w lateksowych rękawiczkach stukała w klawisze. Paranoja? Może. Ale ostrożności nigdy nie za wiele.

Ktoś związany z tą firmą był odpowiedzialny za katastrofę samolotu, w której zginęła jej matka i która na zawsze odmieniła życie Brei. Zanim zostawi za sobą przeszłość, zanim znów poczuje się tu bezpiecznie, musi dotrzeć do ważnych informacji. Chciała wierzyć, że jej bliscy nie zrobili nic złego. Jej dociekania wskazywały jednak na to, że jeden z członków rodziny Mikkelsonów odegrał w tej katastrofie pewną rolę.

A przecież jej ojciec poślubił kobietę z rodu Mikkelsonów, doprowadzając do fuzji konkurujących ze sobą spółek naftowych, z których powstała Alaska Oil Barons Inc. Po latach zażartej rywalizacji, a nawet nieskrywanej wrogości, Brei wydało się to dziwne.

Jakby zawarli jakiś układ.

Miała nadzieję znaleźć jakąś odpowiedź w tym gabinecie. A jeśli się nie uda? Nie podda się. Potrzebowała poczucia bezpieczeństwa.

Chciała znów zbliżyć się z rodzeństwem, lecz nie wiedziała, czy może im ufać.

Zerknęła na zegarek. Od asystentki Warda wyciągnęła informację, że Ward większą część popołudnia spędzi poza gabinetem. Jej wzrok przyciągnął plik, w którego tytule widniała data katastrofy samolotu. Stłumiła dreszcz na wspomnienie chwili, gdy samolot runął w dół. Potwornie się bała. Matka mocno ściskała ją za rękę.

Poczuła, jakby zabrakło jej powietrza. Tak samo jak wtedy. Słyszała jęk umierających silników, widziała szybko zbliżającą się ziemię. Wracała pamięcią do tych chwil częściej, niż chciałaby przyznać. Odbywała podróż w czasie do dnia, który wytyczył linię graniczną na piasku jej życia, dzieląc go na wieczne przed i po.

Ale teraz nie mogła sobie na to pozwolić.

Kliknęła, by skopiować plik. Serce jej waliło, w uszach słyszała szum krwi.

– Co pani robi w moim gabinecie?

Na dźwięk męskiego głosu podskoczyła. Została przyłapana na myszkowaniu w cudzym gabinecie. I to przez samego Warda Bennally’ego, nowego prezesa firmy. Seksownego ciemnowłosego mężczyznę w garniturze od Armaniego i kowbojskich butach. Z gniewnym spojrzeniem i grymasem niezadowolenia na twarzy.

Ward spodziewał się, że początki pracy na stanowisku prezesa Alaska Oil Barons Inc. będą dla niego wyzwaniem. Cieszył się z tego. Praca była jego życiem.

Wszystkim, co mu pozostało.

Właśnie zakończył spotkanie zarządu, podczas którego omal nie doszło do bójki z powodu różnicy zdań na temat modyfikacji rurociągu. Przyszedł do gabinetu po pewne dokumenty, licząc na to, że usatysfakcjonują obie strony konfliktu. Potrzebował też kilku chwil samotności, by się uspokoić.

Tymczasem natknął się na intruza, ostatnią osobę, którą zostawiłby samą z wrażliwymi danymi firmy.

Brea Steele, zaginiona przed laty córka Jacka Steele’a. Ta sama, która nie tak dawno pod przybranym nazwiskiem zatrudniła się w firmie, by zyskać dostęp do tajnych informacji. Osoba niegodna zaufania. Dla wszystkich to powinno być oczywiste. Ale Jack był tak szczęśliwy, że odzyskał córkę, że wszyscy musieli ją tolerować, choć należałoby ją postawić w stan oskarżenia.

Ward przypatrywał jej się podejrzliwie. Siedziała za biurkiem, chowając ręce i patrząc na niego z rezerwą.

– Co pani robi w moim gabinecie? – powtórzył.

Powoli wstała z fotela.

– Czekam na pana.

Mówiła spokojnym chłodnym tonem. Kiedy wyszła zza biurka, jej czarny koński ogon się zakołysał, przyciągając jego spojrzenie jak hipnotyczne wahadło.

Ciało Warda reagowało na nią, ilekroć ją widział, niezależnie od ostrzeżeń rozumu, że Brea to kłopoty.

– A mnie się wydaje, że pani tu czegoś szukała.

– Jestem wścibska. – Wzruszyła ramionami.

– Nazywa to pani wścibstwem? Ja to nazywam włamaniem z zamiarem kradzieży.

– Pana asystentka mnie wpuściła – odparła gładko.

Zapisał sobie w pamięci, by to sprawdzić. Nawet jeśli to prawda, Brea powinna siedzieć na kanapie lub w fotelu dla gości.

– I pozwoliła pani skorzystać z mojego komputera?

Wzruszając znów ramionami, zwróciła jego uwagę na swoje delikatne krągłości. Natychmiast przypomniał sobie wszystko, co o niej wiedział. Kobieta, która przed nim stała, podawała się za kogoś innego. Jej działanie zasługiwało na miano przestępstwa. Niezależnie od tego, jak seksownie wyglądała.

– Wybrałam po prostu najwygodniejsze miejsce do czekania. – Wzięła z biurka zdjęcie oprawione w srebrną metalową ramkę. – Słodka dziewczynka. Kto to jest?

– Niech pani to odłoży – polecił Ward, a ponieważ go nie posłuchała, odebrał jej zdjęcie.

Kiedy żona go zostawiła, zabierając z sobą jego pasierbicę, stracił wszystko. Nie był biologicznym ojcem Paisley, po rozwodzie z Melanie stracił do niej prawa. Miał nadzieję, że była żona pozwoli mu odwiedzać Paisley, a przynajmniej czasem z nią porozmawiać, ale Melanie zaczęła nowe życie, odcinając się od Warda.

Ward był dla Paisley jak ojciec, odkąd zaczął spotykać się z Melanie. Jej córka miała wówczas osiem miesięcy. Rok później poślubił Melanie. Małżeństwo przetrwało sześć lat, głównie dzięki dziecku. Niewykluczone, że przez wzgląd na Paisley Ward by się poddał. Ale Melanie go zdradziła, wniosła pozew o rozwód i poślubiła o ćwierć wieku starszego bogatego emeryta.

Metalowa ramka wbiła się w dłoń Warda.

– Przepraszam. Stała na widoku.

– Na widoku dla tego, kto siedzi za biurkiem. – Odłożył zdjęcie, by go nie rozpraszało. Kiedy podniósł znów wzrok, na twarzy Brei ujrzał rzadki moment bezbronności.

Rozmyślny czy szczery?

– Chciałam się przekonać, czy gabinet jest taki sam jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem i kręciłam się w fotelu ojca.

Ward odsunął od siebie obraz pasierbicy, która też lubiła kręcić się w fotelu.

– Dobrze zagrane.

– Co ma pan na myśli?

– Chce pani wspomnieniami z dzieciństwa zdobyć moją sympatię czy odwrócić moją uwagę od pani obecności tutaj?

– Okej. Siedziałam w fotelu, bo kiedyś myślałam, że będę kierować tą firmą. – Przygryzła wargę. – Przez chwilę chciałam udawać, że życie wygląda tak, jak je sobie wyobrażałam.

Czy to kolejny podstęp, by chwycić go za serce?

Tak czy owak, nie mógł oderwać wzroku od jej ust.

– Siedziała pani w moim fotelu. Przed moim komputerem.

Z jej twarzy zniknął ostatni ślad bezbronności. Wyzywająco skrzyżowała ramiona na piersi.

– W porządku. Ma pan rację. Nie powinno mnie tu być. Co pan zamierza?

– Mógłbym wezwać ochronę. – Patrzył twardo w jej brązowe oczy. Opanował ten rodzaj spojrzenia do perfekcji podczas długich pokerowych nocy po rozwodzie. To przy stoliku odzyskał kontrolę i opanowanie. To tam doskonalił swój talent lidera.

– Mógłby pan. A jeśli stwierdzą, że nic pan na mnie nie ma? – Jej głos był zmysłowy, a brwi uniosły się… żartobliwie?

Czy mu się wydawało, czy szerzej otworzyła oczy? Ze strachu?

– A mój ojciec? Co on pomyśli?

Jack Steele zrobiłby wszystko, by ją zatrzymać – w mieście, w firmie, w rodzinie. Oboje to wiedzieli. Mimo wszystko Ward blefował. Był w tym dobry.

– Jest w zarządzie, co nie znaczy, że może mnie wyrzucić.

Brea przeciągnęła palcem wzdłuż krawędzi biurka i podniosła na niego rozogniony wzrok.

– Zdenerwowałby się, a jego zdanie wciąż się liczy dla zarządu i inwestorów.

Instynkt podpowiadał Wardowi, że Brea jest godnym przeciwnikiem.

– To prawda. Więc czemu robi pani coś, co może utrudnić wasze pojednanie?

– Chęć pojednania z rodziną dowodzi chyba, że nie robiłam nic złego. – Bawiła się włosami.

Zaśmiał się cicho.

– Na pewno nie jest pani prawniczką jak pani siostra? Jest pani wygadana.

– To pewnie kwestia genów. – Odrzuciła włosy na plecy, tym razem przyciągając jego uwagę do piersi podkreślonych przez czarny sweter.

Odchrząknął, cofnął się o krok.

– Dość flirtowania.

– Flirtowania? – Uśmiechnęła się. – Miał pan nadzieję, że z panem flirtuję?

Tak, rzeczywiście miał taką nadzieję.

A to było niebezpieczne. Choć nie tak niebezpieczne jak pozwolenie Brei, by kręciła się tu samowolnie, śledząc pracę firmy. Wystarczająco źle się stało, że raz uszło jej to na sucho.

Musi wymyślić plan, jak mieć ją na oku.

Brea stwierdziła, że musi wyjść z gabinetu Warda. Każda kolejna spędzona tu sekunda zwiększała ryzyko, że Ward znajdzie pendrive’a w jej torebce. Ledwie zdążyła ściągnąć lateksowe rękawiczki i je schować. Gdyby je zobaczył, zyskałby pewność, że robiła coś podejrzanego.

Choć gdyby znaleziono jej odciski palców na klawiaturze, w szafce z dokumentami czy na biurku, wpadłaby w jeszcze większe tarapaty.

– Muszę iść. – Czy ten zdyszany głos należy do niej? Odchrząknęła i ruszyła do drzwi.

Ward stanął jej na drodze. Pożałowała, że nie włożyła butów na obcasie. Myślała o tym, by zakraść się tu cichaczem, a nie o tym, czy zdoła spojrzeć Wardowi w oczy, kiedy zostanie przez niego przyłapana. W niebieskie oczy w kolorze jeziora na Alasce.

– Oczywiście. – Wskazał drzwi. – Idę za panią.

Uświadomiła sobie, że stoi, jakby wrosła w ziemię, patrząc mu w oczy jak seksualnie wyposzczona idiotka. Siłą woli przywołała na twarz uśmiech wampa.

– Nie będę podstępem zmuszać pana asystentki, żeby mnie tu wpuściła. Obiecuję.

– Znowu.

– Co?

– Żeby panią tu znowu wpuściła. – Uśmiechnął się tak jak ona, uświadamiając jej, że ją przejrzał.

Czy zwyczajny uśmiech działa na niego tak samo jak na nią? Brea czuła ciarki na całym ciele. Od chwili, gdy się spotkali, istniała między nimi chemia. A czas nie mógł być gorszy, zważywszy na jej trudną sytuację rodzinną.

Nie wolno jej dopuścić do tego, by Ward ją rozpraszał. Musi się dowiedzieć, kto odpowiada za tragedię jej rodziny. Za śmierć matki. Dopóki nie stwierdzi, komu może ufać, musi zachować absolutne skupienie.

– Kim jest to dziecko? – zapytała, by zmienić temat.

Wskazała na fotografię na biurku. Ward Bennally na tym zdjęciu znacząco różnił się od Warda, który stał teraz przed nią. Jego niebieskie oczy patrzyły łagodnie, były przepełnione radością. Otaczał ramieniem uśmiechnięte dziecko ubrane w różową kurtkę i ciepłe spodnie.

– To moja pasierbica. – Jego uśmiech zgasł.

Udało jej się wytrącić go z równowagi. Czemu zatem czuła się tak fatalnie?

– Ale nie jest pan żonaty.

– Już nie – odparł sztywno.

Rzeczywiście był wytrącony z równowagi. Przez moment poczuła wyrzuty sumienia.

– Przepraszam.

Skinął znów głową w stronę drzwi.

– Muszę brać się do pracy, a będę mógł to zrobić, jak wyprowadzę panią z budynku.

Naprawdę powinna się zbierać, wyjść z tym, co zdołała znaleźć. Zostając tu, zbyt dużo ryzykowała, przyciągana czarem Warda.

Przechodząc przez drzwi, próbowała ignorować jego wzrok. Patrzyła na pejzaż Alaski za oknem korytarza – zamarznięte jezioro, śnieg i góry. Wszystko tak znajome. Jak to się stało, że wspomnienia tego miejsca zostały stępione przez lata spędzone w oddalonej od świata kanadyjskiej wiosce, która po katastrofie stała się jej światem?

– Bennally! – rozległ się gromki głos.

Głos jej ojca. Brea zamarła. Nic nie szło zgodnie z planem. Powinna była wziąć pod uwagę, że przychodząc tu, może natknąć się na ojca.

Czy Ward położył rękę na jej plecach?

W głowie miała mętlik. Zobaczyła kilka osób w sali konferencyjnej – ojca, jego nową żonę oraz paru Mikkelsonów i Steele’ów. A także inwestora Bircha Montoyę i Royce’a Millera, naukowca, męża jej siostry bliźniaczki Naomi.

Potknęła się. Zabrakło jej powietrza.

Chociaż wróciła na Alaskę minionej jesieni – co prawda w przebraniu i pod fałszywym nazwiskiem – stanięcie twarzą w twarz z Naomi wciąż było dla niej wstrząsem. Łączyło je więcej niż fizyczne podobieństwo. Łączyła je wyjątkowa więź. Tak przynajmniej myślała Brea.

Kiedy była tu wcześniej, udając Millę Jones, przypuszczała, że Naomi ją rozpozna. Przybrała fałszywą tożsamość, by zinfiltrować firmę i dowiedzieć się, co wydarzyło się przed laty. I może miała odrobinę nadziei, że odzyska rodzinę. Kiedy jednak odkryto jej niecne uczynki, sprawy się skomplikowały.

Naomi jej wówczas nie rozpoznała. Może po tak długim czasie było to irracjonalne oczekiwanie, a jednak ta utrata więzi bolała Breę.

Ojciec wyszedł na korytarz, zostawiając swoich towarzyszy za oszkloną ścianą.

– Dobry wieczór, Breo – powiedział zakłopotany. – Nie wiedziałem, że tu jesteś.

Jakimś cudem wyglądał dokładnie tak samo, jak go zapamiętała z czasu przed katastrofą. Miał szerokie bary, oczy w odcieniu błękitu oceanu. Włosy wciąż ciemne i gęste, tu i ówdzie przyprószone siwizną. Gdy teraz na nią patrzył, widziała nadzieję w jego lekkim uśmiechu.

– Przyszłam porozmawiać z Wardem.

– O czym? – Ojciec ściągnął brwi.

Spojrzała na Warda spanikowana. Zdradzi ją? Nie miałaby mu za złe. Była na siebie zła, że tak beznadziejnie skłamała. Czyżby jej niezdolność do myślenia miała coś wspólnego z ręką Warda na jej plecach?

Gdy już otwierała usta, by podać poprawioną wersję swego kłamstwa, ujrzała biegnącą w ich stronę kobietę z wózkiem. Potrzebowała chwili, by zdać sobie sprawę, że to Isabeau Mikkelson, żona Trystana, matka małego Everetta i PR-owiec firmy. Zasapana rudowłosa kobieta wcisnęła Jackowi segregator.

– Tu są wydruki listy gości na przyjęcie zaręczynowe Bircha i Delaney, żebyście z Jeannie mogli rozmieścić gości przy stolikach.

Wygładzając sięgające ramion włosy, Isabeau uśmiechnęła się łagodnie. Była jedną z osób, które Brea instynktownie uznała za szczere. Poza tym Isabeau była Mikkelson po mężu. Z tego powodu Brea postrzegała ją jako potencjalne źródło informacji. Istnieje takie stare powiedzenie, że ci na marginesie lepiej widzą środek.

Jack skinął głową.

– Plan miejsc siedzących. Rozumiem.

Brea ledwie słyszała jego słowa, patrząc przez szybę na swoich bliskich. Siedzieli wokół stołu konferencyjnego, niektórzy rozmawiali w parach.

Przeniosła wzrok na swoją młodszą siostrę, Delaney, szczupłą kobietę z ciemnymi falującymi włosami. Ubrana w prostą czerwoną sukienkę i kozaki Delaney wyraźnie się rozpogodziła, podchodząc i spoglądając na kartki, które Isabeau podała Jackowi.

Wspomnienia przebieranek z siostrami w dzieciństwie przewijały się niczym film w wyobraźni Brei. Z ręczników robiły welony ślubne. Marzyły o wspólnym planowaniu swoich wesel.

Brea pamiętała rodzinę i dzieciństwo, ale po katastrofie coraz mniej wierzyła wspomnieniom. Na skutek kłamstw przybranych rodziców kwestionowała wiele rzeczy, nie wiedziała już, co jest prawdą… i w co chce wierzyć.

Niewielu rzeczy była pewna. Należało do nich to, że matka kroiła pizzę nożem zwanym ulu, służącym do polowania na foki. I to, że matka powiedziała: „Kocham cię”, kiedy samolot runął w dół.

Ciepło dłoni Warda na plecach przywróciło Breę do teraźniejszości. Spojrzała na niego zdziwiona.

– To chyba równie dobra pora jak każda inna, żeby podzielić się naszą małą tajemnicą – stwierdził.

Jej spanikowane serce ruszyło galopem. Więc zauważył, że zdejmowała rękawiczki? A może w gabinecie jest kamera?

– No… porozmawiajmy o tym.

– Jesteś taka wrażliwa. – Otoczył ją ramieniem. – Martwisz się, co powie twoja rodzina, bo dopiero cię odzyskali, ale chyba zrozumieją, że muszą się tobą dzielić.

– Dzielić się mną? – Z trudem łapała powietrze.

I kto tu kogo wytrącił z równowagi? Jej wysiłki w porównaniu z jego ruchem to amatorszczyzna. Oniemiała. Ward przytulił ją mocniej.

– Tak, dzielić się tobą z twoim chłopakiem. – Uśmiechnął się, a na jego osmaganej wiatrem twarzy pojawiły się dołeczki. Potem oznajmił: – Mam na myśli nasze randki.

Tytuł oryginału: The Secret Twin

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2019

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2019 by Catherine Mann

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o. o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin (nazwa serii) są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 9788327648129