Uciekaj, Króliku - John Updike - ebook + książka

Uciekaj, Króliku ebook

John Updike

4,3

Opis

Królik ucieka jak Huck Finn − przed próbami ucywilizowania go. Jak Holden z Buszującego w zbożu − ucieka przed dorosłością. Jak Ben z Absolwenta Mike’a Nicholsa − ucieka, choć nie wie dokąd. Jak bohaterowie Kerouacowskiej powieści W drodze − ucieka, aby uciekać, bo cel nie jest ważny, istotna jest zmiana.

Harry Królik Angstrom to postać pełna przeciwieństw, człowiek Kierkegaardowski − w ciągłym stanie bojaźni i drżenia: niepokój pobrzmiewa już w jego nazwisku.

Królik ucieka, ale Królik też biegnie. Tytułowe Rabbit, Run (biegnij, Króliku) to nie tyle groźba, ile imperatyw. Biegnij, bo porośniesz mchem. Biegnij, bo nie uda ci się ocalić samego siebie. Bo dasz się usidlić i zdefiniować.

Ta śmieszno-straszna książka przyniosła Johnowi Updike’owi zasłużoną sławę.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

Rabbit, Run

Projekt obwoluty, okładki i stron tytułowych

Łukasz Piskorek

Teksty na obwolucie, okładce i stronach tytułowych złożono krojem Monod autorstwa V.H. Fleishera

Redaktor prowadzący

Kamil Piwowarski

Korekta

Małgorzata Denys, Renata Kuk,

Piotr Królak, Maciej Korbasiński

RABBIT, RUN

Copyright © 1960, John Updike

Copyright renewed © 1988, John Updike

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021

Copyright © for the Polish translation by The Estate of Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, 2021

Wydanie drugie PIW

Warszawa 2021

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

Polub PIW na Facebooku! www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN 978-83-8196-249-0

Działanie łaski, zatwardziałość serca, okoliczności.

Pascal, Myśli (653)

Chłopcy grają w koszykówkę, zawiesiwszy tablicę z koszem na słupie telefonicznym. Nogi, krzyki. Skrzyp i chrzęst gumowych podeszew na żwirze zaułka zdaje się wyrzucać chłopięce głosy wysoko w wilgotne marcowe powietrze błękitniejące nad drutami. Z głębi uliczki nadchodzi Królik Angstrom w swojej dwurzędówce, przystaje i patrzy, chociaż ma dwadzieścia sześć lat i metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Królik, a taki wysoki? Lecz owal twarzy, bladość niebieskich źrenic i nerwowy tik krótkiego nosa, gdy wtyka do ust papierosa, częściowo tłumaczą to przezwisko nadane mu wtedy, kiedy też był chłopcem. Stoi i myśli, jak tych dzieci wciąż przybywa, jak osaczają człowieka zewsząd.

Onieśmiela to chłopców, że tak stoi. Oczy zezują w jego stronę. Tu się gra dla siebie, nie dla ludzi, nie dla takich, co chodzą po mieście w dwurzędowym garniturze koloru kakao. W ogóle śmieszny im się wydaje dorosły facet idący ulicą. A gdzie jego samochód? Papieros w ustach jeszcze pogarsza sprawę. Może to jeden z tych, co dają papierosy albo forsę, żeby pójść z nimi za fabrykę lodu? Słyszeli o podobnych rzeczach, ale nie bardzo się boją: ich jest sześciu, on jeden.

Piłka, odbita od tablicy, leci nad głowami całej szóstki i ląduje u jego stóp. Łapie ją z krótkiego kozła z szybkością, która chłopców zaskakuje. Patrzą w milczeniu, gdy mrużąc jedno oko, celuje przez błękitny obłok papierosowego dymu – pociemniała nagle sylwetka, jak dymiący komin na tle wiosennego popołudniowego słońca; z rozwagą rozstawia nogi, nerwowo obraca piłkę przy piersi – jedna biała rozczapierzona dłoń na wierzchu, druga pod spodem cierpliwie potrząsa piłką, zdaje się wymierzać trasę jej lotu w powietrzu. Paznokcie ma zarośnięte skórką. Nagle piłka jakby ślizgiem podjeżdża w górę po prawej klapie jego marynarki i w momencie gdy Królik ugina kolana, odrywa się od jego ramienia; wydaje się, że wcale nie trafi do celu, bo choć rzucona pod właściwym kątem, to jednak nie leci w stronę tablicy. Nie tam została skierowana. Przelatuje przez sam środek obręczy, muskając siatkę z wytwornym szeptem.

– Hej! – krzyczy Królik triumfalnie.

– Szczęście – mówi jeden z chłopców.

– Sztuka – odpowiada Królik i pyta: – Czy mogę pograć?

Zamiast odpowiedzi zgłupiałe, zaskoczone spojrzenia. Królik zdejmuje marynarkę i starannie złożoną kładzie na czystej pokrywie pojemnika na śmieci. Za jego plecami znów zaczyna się szamotanina. Wkracza w sam środek i z dwóch słabych, dziecięcych dłoni o niedomytych kostkach wyłuskuje piłkę, już ją ma. I oto przenika go całego znane z dawnych czasów uczucie, że jest sprężysty jak napięty rzemień, u ramion rosną skrzydła. Jest tak, jak gdyby sięgnął wstecz poprzez lata i dotknął tej sprężystości ręką. Ramiona same się unoszą i gumowa piłka już płynie od czubka jego głowy w stronę kosza. Taki jest pewny siebie, że przymyka oczy, gdy piłka pada na ziemię, i tylko zastanawia się przez sekundę, czy istotnie przeszła przez obręcz, nie musnąwszy siatki.

– No jak? Z kim gram? – pyta.

Wymiana miejsc bez słów i dwaj chłopcy zostają wysłani na jego stronę. Mają przeciw sobie pozostałych czterech. Chociaż Królik od razu ogranicza swoje szanse, trzymając się w odległości około trzech metrów od kosza, to jednak siły pozostają nierówne, nikt nie zawraca sobie głowy liczeniem punktów. Pełne niechęci milczenie przygnębia Królika. Chłopcy porozumiewają się monosylabami, lecz w jego stronę żaden nie waży się rzucić słowa. Czuje ich obecność na wysokości swoich kolan, plączą mu się pod nogami, wściekli, rozjuszeni, próbują podstawić mu nogę, ale każdy z nich trzyma język za zębami. Królik nie chce takiego szacunku, chce im powiedzieć, że starzeć się to nic nadzwyczajnego, zwykła sprawa. Po dziesięciu minutach następny zawodnik przechodzi na drugą stronę i Królik Angstrom z jednym chłopcem mają przeciw sobie aż pięciu. Ten jeden to jeszcze malec, jeszcze nieśmiały, ale już w pełni panujący nad sobą, najlepszy z całej szóstki; ma na głowie włóczkową czapkę z dużym zielonym pomponem, zsuniętą na uszy – nawet na brwi – w której wygląda jak kretyn. Wrodzony talent. Widać to po jego instynktownym, swobodnym balansowaniu, po tym, że umie odczekać chwilę, zanim ruszy. Jeżeli dopisze mu szczęście, to z biegiem czasu stanie się w szkole średniej świetnym zawodnikiem. Królik wie, jak to jest. Najpierw powolna wspinaczka w niższych klasach, a potem człowiek jest najlepszy i wszyscy mu biją brawo. Nie widzisz dobrze, bo pot spływa ci z czoła, ale słyszysz, że jest głośno dokoła twojej osoby, i to cię niesie, aż potem – nie żeby od razu o tobie zapomniano, nie to, po prostu wypadłeś z gry, i dobrze ci z tym, masz spokój, czujesz się wolny. Nie istniejesz, rozpłynąłeś się w tłumie, ale wciąż idziesz do góry, aż staniesz się dla takich chłopców częścią tego nieba dorosłych, co wisi nad nimi w mieście, i nie wiadomo dlaczego któregoś dnia lądujesz wśród nich, jakbyś spadł z chmury. Nie zapomnieli o nim; gorzej, nigdy o nim nie słyszeli. A przecież Królik znany był swego czasu w całym okręgu. W przedostatniej klasie liceum ustanowił rekord ligi B, który następnego roku sam pobił, ustanawiając nowy, pobity dopiero w cztery lata później, dokładnie przed czterema laty.

Trafia, rzucając piłkę jedną ręką, obiema, spod łokcia, mocno wsparty na nogach, z obrotu, z wyskoku i z miejsca. Piłka leci płasko, miękko. Nie stracił czucia w dłoniach, wprawia go to w uniesienie. Czuje się wyzwolony z długotrwałego mroku. Ale ciało ma ciężkie i oddech krótki, to go złości. Kiedy tych pięciu smarkaczy, których ma przeciw sobie, zaczyna postękiwać i nie nadążać, a jeden z nich, przypadkiem przez niego potrącony, podnosi się z twarzą umorusaną i opuszcza plac, Królik z lekkim sercem kończy grę.

 – W porządku – mówi. – Wasz oldboj odchodzi. Trzy razy hurra.

Chłopcu z pomponem rzuca:

– Do zobaczenia, asie.

Czuje wdzięczność dla tego malca, który nie spuszcza z niego oczu pełnych bezinteresownego uwielbienia, gdy inni patrzą spode łba. Takie wrodzone talenty wiedzą, że wszystko jest sprawą wyczucia.

Królik zabiera swoją złożoną marynarkę i rusza biegiem. Biegnie do końca alejki. Mija opuszczoną fabrykę lodu z gnijącymi drewnianymi pochylniami na rampie. Pojemniki na śmieci, drzwi garaży, płoty z drucianej siatki, za nimi jak w klatkach plątanina łodyg i uschniętych kwiatów. Jest marzec. Miłość rozjaśnia powietrze. Wszystko zaczyna się od nowa; przez kwaśny posmak tytoniu Królik wyczuwa w tym powietrzu nową szansę, wyciąga z wypchanej kieszeni koszuli paczkę papierosów i w biegu rzuca ją do czyjegoś otwartego śmietnika. Błyska na chwilę zębami spod odsłoniętej górnej wargi – odruch zadowolenia z siebie. Dużymi zamszowymi półbutami z głośnym chrzęstem roztrąca grube ziarna żwiru w alejce.

Biegnie. Skręca za rogiem i jest już na ulicy Wilbura w Sędziowskiej Górze, która jest przedmieściem Brewer, piątego co do wielkości miasta Pensylwanii. Biegnie pod górę. Mija blok okazałych kamienic – małych wartowni, z cegły i betonu, o wejściach ozdobionych barwionym i fazowanym szkłem i oknach pełnych doniczek z zielenią. Potem, w połowie drogi pod górę, za następną przecznicą, mija osiedle zbudowane za jednym zamachem w latach trzydziestych. Te drewniane domy wspinają się na wzgórze niby jeden ciąg schodów. Każdy bliźniak przerasta swego sąsiada o jakieś dwa metry, każde ostatnie piętro ma dwoje matowych okien szeroko rozstawionych, niby oczy jakiegoś zwierzęcia, a dach wyłożony jest płytami – żwir wtopiony w smołę – o odcieniach od siniaka po gnój. Front każdego domu oszalowany jest deskami kiedyś białymi, teraz złazi z nich farba. Takich dwupiętrowych bliźniaków jest tuzin, w każdym po dwoje drzwi. Siódme drzwi są jego. Drewniane stopnie u wejścia zmurszały, pod schodkami, w błotnistym zagłębieniu, rozpada się jakaś zagubiona dziecięca zabawka. Plastikowy pajac. Królik widział go tam przez całą zimę, ale myślał, że któreś z dzieci przyjdzie w końcu po swoją zgubę.

Ciężko dysząc, przystaje w przedsionku pozbawionym słońca. Nad jego głową pali się zakurzona żarówka – dzienne oświetlenie. Trzy blaszane skrzynki na listy wiszą puste nad brązowym kaloryferem. Zamknięte drzwi sąsiada mieszkającego na parterze zdają się patrzeć z głębi przedsionka z jakąś urazą. I ten zapach w powietrzu, zawsze taki sam, którego Królik nie potrafi zidentyfikować – czasem gotowanej kapusty, czasem wyziewów zardzewiałego paleniska, czasem jakiejś zgnilizny w ścianach. Idzie po schodach do swego mieszkania na samej górze.

Drzwi zamknięte. Ręka wsuwająca kluczyk do zamka drży rozdygotana po niecodziennym wysiłku i metal zgrzyta o metal. Otwiera drzwi i widzi żonę przed telewizorem w fotelu, ze szklanką Old Fashioned; dźwięk jest ściszony.

–  J e s t e ś !  – mówi. – To dlaczego drzwi zamknięte?

Zerka na niego przez ramię niepewnym spojrzeniem ciemnych oczu zaczerwienionych od oglądania telewizji.

– Same się zatrzasnęły!

– Same się zatrzasnęły! – przedrzeźnia żonę, lecz mimo to pochyla się, żeby ucałować jej błyszczące czoło.

Jest nieduża, drobnej kości, skórę ma o odcieniu oliwkowym i mocno napiętą, jak gdyby wewnątrz tego małego ciała coś bezustannie wzbierało i walczyło z jego ciasnotą. Jeszcze wczoraj, myśli Królik, była ładna. Ale kiedy w kącikach warg pojawiły się dwie krótkie zmarszczki, jej usta stały się chciwe; włosy przerzedły i wciąż każą mu myśleć o ukrytej pod nimi czaszce. Te drobne oznaki upływającego czasu pojawiły się niespostrzeżenie, może jutro znikną i znowu będzie jego dziewczyną. Żartobliwym tonem próbuje przywrócić nastrój przeszłości.

– No i czego się tak boisz? Kto tu może się władować przez te drzwi? Errol Flynn?

Nic nie odpowiada. Starannie rozłożywszy marynarkę, Królik podchodzi do szafy i wyjmuje druciany wieszak. Szafa jest w saloniku i drzwi otwierają się tylko do połowy – przeszkadza stojący obok telewizor. Królik uważa, by nie wyciągnąć sznura z kontaktu po drugiej stronie drzwi. Janice – wyjątkowo niezręczna z powodu swego brzucha albo kiedy się upije – zaplątała kiedyś nogę w ten przewód i o mało nie ściągnęła telewizora na podłogę (sto czterdzieści dolarów); byłby się  r o z t r z a s k a ł  na drobne kawałki. Szczęściem Królik go dopadł, kiedy się jeszcze chwiał w swojej metalowej kołysce i zanim Janice w panice zaczęła wierzgać nogą. Dlaczego się tak zachowała? Czego się bała? Będąc człowiekiem kochającym ład i porządek, zręcznie wsuwa końce wieszaka w rękawy marynarki i wyciągnąwszy długie ramię, wiesza ją na pomalowanej rurce obok innych ubrań. Zastanawia się, czy powinien wyjąć z klapy identyfikator, ale postanawia włożyć nazajutrz ten sam garnitur. Ma je tylko dwa, jeśli nie liczyć granatowego, który jest za ciepły na tę porę roku. Zamyka drzwi szafy. Wydają lekki trzask, lecz po chwili znowu rozchylają się na szerokość kilku centymetrów. Te zatrzaśnięte drzwi domu! To go jątrzy. Ręka mu drżała jak u starca, a ona tu siedzi i spokojnie słucha skrobania klucza w zamku.

Odwraca się do niej i pyta:

– Wróciłaś, a gdzie wóz? Nie ma go przed domem.

– Stoi przed domem mojej matki. Zasłaniasz mi.

– Przed domem twojej matki? Coś wspaniałego! Zostawić go w takim zafajdanym miejscu.

– Co się tam dzieje?

– Gdzie? – Odsuwa się, żeby jej nie zasłaniać, i też patrzy.

Janice ogląda program muzyczny w wykonaniu Myszkieterów – dziecięcego zespołu, w którym Darlene jest tym razem kwiaciarką w Paryżu, Cubby policjantem, a ten najwyższy, piskliwy i głupio uśmiechnięty chłopiec – romantycznym artystą. On i Darlene, i Cubby, i Karen (przebrana za francuską damę, której Cubby jako policjant pomaga przejść przez ulicę) tańczą. Potem reklama: siedem cząstek czekoladowego batonu wychodzi z opakowania i układa się w napis z siedmiu liter: „Tootsie”. Litery też śpiewają i tańczą. Wciąż śpiewając, chowają się z powrotem do opakowania, z którego wydobywa się piękne, milutkie echo. A niech to!... Widział to już pięćdziesiąt razy i tym razem flaki się w nim przewracają. Czuje wciąż przyspieszone bicie serca, w gardle go coś ściska.

Janice pyta:

– Harry, masz papierosa? Moje się skończyły.

– Co? Nie. Wyrzuciłem po drodze do śmieci. Przestałem palić. – Dziwi się, że w ogóle można myśleć o paleniu, kiedy w żołądku piecze jak diabli.

Nareszcie Janice podnosi na niego wzrok.

– Wyrzuciłeś do śmieci! Niech ja skonam. Nie pijesz, teraz nie palisz. O co ci chodzi, chcesz zostać świętym?

– Sza!

Zjawił się duży myszkieter, Jimmy, dorosły mężczyzna, który ma przyprawione uszy, okrągłe i czarne. Królik śledzi go z uwagą, jest to ktoś, kogo szanuje. Może nauczy się od niego jakichś rzeczy przydatnych w pracy, która polega na demonstrowaniu pewnego urządzenia kuchennego w kilkunastu tanich domach towarowych dokoła Brewer. Robi to od czterech tygodni.

– „Przysłowia powiadają, co ludzie robić mają” – śpiewa Jimmy, uderzając w struny swojej myszgitary – „uczą, jak trzeba żyć, żeby lepszym mysz-kie-terem być!”

Jimmy odkłada uśmiech i gitarę na później i przez szkło ekranu mówi człowiekowi prosto w oczy:

– Poznaj siebie, rzekł kiedyś pewien stary mądry Grek. Poznaj siebie samego. Cóż to znaczy, chłopcy i dziewczęta? To znaczy: bądź tym, czym jesteś. Nie próbuj być Sally czy Johnnym, czy Fredem od sąsiadów, bądź sobą. Bóg nie chce, żeby drzewo było wodospadem albo żeby kwiat był kamieniem. Bóg każdemu z nas oddzielnie daje jakiś talent. – Janice i Królik odruchowo sztywnieją, oboje są chrześcijanami. Imię boskie budzi w nich poczucie winy. – Bóg pragnie, żeby jedni zostali uczonymi, inni artystami, a jeszcze inni strażakami i lekarzami, i akrobatami w cyrku. I każdemu z nas daje potrzebny do tego talent, pod warunkiem że  p r a c u j e m y   n a d   j e g o   r o z w o j e m . T r z e b a  pracować, chłopcy i dziewczęta. A więc: poznaj siebie. Najpierw zrozum, do czego masz talent, potem pracuj nad jego rozwojem. To jest droga do szczęścia. – Jimmy zaciska usta i mruży jedno oko.

To było dobre. Królik próbuje powtórzyć ten grymas ust, to mrugnięcie okiem, dobre, kiedy ma się za sobą publiczność, przeciw ukrytemu wrogowi, i daje się do zrozumienia, że czy to Walt Disney, czy firma Magik, wszystko jest nabieraniem gości, ale – i w tym sęk – nabieraniem, które da się lubić. Wszyscy w tym tkwimy. Świat kręci się dzięki naciągaczom. Oszustwo to podstawa naszej gospodarki. Oszczędzaj witaminy – hasło nowoczesnej gospodyni – realizuje najlepiej fenomenalny obieracz jarzyn Magik.

Janice wstaje i wyłącza telewizor w momencie, gdy na ekranie anonsują dziennik popołudniowy. Pozostawiona przez prąd ostra gwiazdka powoli zamiera.

– Gdzie jest mały? – pyta Królik.

– U twojej matki.

– U  m o j e j  matki? Wóz zostawiłaś u swojej matki, a dziecko u mojej. Jezu drogi, co ty wyrabiasz!

Janice prostuje się i jej ciężarny brzuch doprowadza go do wściekłości swoją natrętną wypukłością. Janice ma na sobie jedną z tych spódniczek na ciążę z głębokim wycięciem w kształcie litery U na brzuchu. Pod obrębkiem bluzki widać biały półksiężyc halki.

– Byłam zmęczona.

– Nic dziwnego. Ile tego wypiłaś? – Wskazuje szklankę po koktajlu. Na brzegu, gdzie piła, ślad cukru.

– Zostawiłam Nelsona u twojej matki – próbuje mu wytłumaczyć – po drodze do mojej. Miałyśmy jechać do miasta. Pojechałyśmy jej wozem, nasz zostawiłam, oglądałyśmy wiosenne sukienki na wystawach i mama kupiła sobie śliczną chustkę Liberty na wyprzedaży u Krolla. Turecki wzór na lila tle. – Zawahała się speszona, wsunęła koniuszek języka pomiędzy dwa rzędy nieładnych zębów.

Królika ogarnia przerażenie. Janice, kiedy jest zbita z tropu, wprawia go w przerażenie. Marszczy brwi, oczy jej zapadają się głęboko, drobne niedomknięte usta zieją niemą szczeliną. Odkąd na jej błyszczących skroniach zaczęły rzednąć włosy, często robi wrażenie, że stała się czymś kruchym i nieruchomym, posuwającym się tylko w jednym kierunku – coraz głębszych zmarszczek i coraz rzadszych włosów. Ożenił się względnie późno, mając dwadzieścia cztery lata, ona była dwa lata po maturze, zaledwie pełnoletnia; miała nieśmiałe, drobne piersi: gdy leżała, rozpłaszczały się na żebrach, tworząc miękkie wzniesienia zakończone guziczkiem. Nelson urodził się w siedem miesięcy po ich ślubie w kościele episkopalnym. Poród był długi, strach, który wówczas przeżył, wzmaga obecnie uczucie strachu i powoduje odruch tkliwości.

– Co kupiłaś?

– Kostium kąpielowy.

– Kostium kąpielowy! W marcu?

Janice przymyka na chwilę oczy, a on wie, że ogarnia ją powrotna fala zamroczenia alkoholem: jakie to wstrętne!

– Wydawało mi się, że w ten sposób prędzej będę mogła go włożyć.

– Co się z tobą dzieje, u licha ciężkiego? Inne kobiety  l u b i ą  być w ciąży. Czym ty się różnisz, powiedz?  S k ą d  się biorą te twoje idiotyczne kaprysy?

Janice otwiera brązowe oczy i okazuje się, że są pełne łez: łzy przelewają się przez dolne powieki i płyną po policzkach zarumienionych od doznanej krzywdy; patrzy na niego i z głębokim namysłem mówi:

– Łajdak.

Królik podchodzi do żony i – wziąwszy ją w ramiona – dojmująco czuje ją całą, jej gorący od łez oddech, nabiegłe krwią białka. W odruchu czułości ugina kolana, żeby biodrami dotknąć jej bioder, przeszkadza mu jednak jej duży brzuch, więc prostuje się na całą wysokość.

– W porządku – mówi. – Kupiłaś sobie kostium kąpielowy.

W schronieniu jego piersi i ramion Janice objawia nagle powagę, której się już po niej nie spodziewał.

– Nie uciekaj ode mnie, Harry. Kocham cię.

– I ja cię kocham. Uspokój się. Kupiłaś sobie kostium kąpielowy, no i co dalej?

– Czerwony – mówi ze smutkiem, kołysząc się w jego ramionach. Lecz jej ciało, kiedy jest pijana, przejawia w dotknięciu jakąś niemiłą kruchość i obcość. – Wiąże się na karku i ma plisowaną spódniczkę, którą można zdjąć przed wejściem do wody. Potem tak mnie rozbolały żylaki, że wypiłyśmy na dole u Krolla napój czekoladowy. Przerobili całą kawiarenkę, już nie ma tam baru. Ale nogi wciąż mnie bolały, więc mama podwiozła mnie do domu i powiedziała, że możesz zabrać później samochód razem z Nelsonem.

– Ciebie bolały! Akurat! Powiedz raczej: ją.

– Myślałam, że już będziesz w domu. Gdzie byłeś?

– Och, powygłupiałem się trochę. Grałem w koszykówkę z chłopakami na ulicy.

Rozłączyli się.

– Chciałam się zdrzemnąć, ale nie mogłam zasnąć. Mama powiedziała, że wyglądam na zmęczoną.

– Powinnaś tak wyglądać. Tak wyglądają wszystkie nowoczesne panie domu.

– A tymczasem ty grasz sobie w koszykówkę, jakbyś miał dwanaście lat.

Ubodło go, że nie spostrzegła żartobliwej aluzji do praktyk sprzedawcy, który musi swoim klientkom podsuwać wzór nowoczesnej pani domu, żeby sprzedać towar – aluzji ironicznej, ale w gruncie rzeczy pełnej sympatii i współczucia. Trudno, nie ma rady: jest tępa.

– Czy siedzę w domu, czy nie, co za różnica, jeżeli oglądasz program dla dzieci poniżej lat dwóch?

– A kto mi tu przed chwilą kazał być cicho?

– Och, Janice – wzdycha Królik. – Pieprzę to wszystko. Pieprzę.

Patrzy na niego zupełnie przytomnie przez długą chwilę, w końcu mówi:

– Zrobię kolację.

Jest pełen skruchy.

– Polecę po samochód i przywiozę małego. Biedne dziecko, myśli pewnie, że nie ma domu. Jakim prawem twoja matka uważa, że moja matka nie ma nic lepszego do roboty, tylko niańczyć cudze dzieci?

Znowu oburza go jej tępota; nie rozumie, że ten Jimmy w telewizji potrzebny jest do pracy, wreszcie: kto tu utrzymuje cały dom, kto kupuje cukier do tych przeklętych Old Fashioned?

Janice przenosi się do kuchni zła, lecz umiarkowanie zła. Powinna się obrazić na całego albo wcale, przecież powiedział to, co mówił już ze sto razy. Może nawet tysiąc razy. Powiedzmy – przeciętnie raz na trzy dni od roku 1956. W sumie – trzysta razy. Aż tak często? Więc dlaczego to zawsze taki wysiłek. Przed ślubem było łatwiej. Wtedy umiała wybuchnąć. Jak to dziewczyna. Nerwy jak żywe włókna. Skóra jej pachniała świeżą bawełną. Korzystali z mieszkania jej koleżanki z pracy. W Brewer. Metalowe łóżko, tapeta w srebrne medaliony, widok na zachód na ogromne niebieskie zbiorniki ropy nad rzeką. Po pracy. Pracowali wtedy oboje u Krolla, ona, w białym fartuszku z wyhaftowanym na kieszonce „Jan” (skrót imienia), sprzedawała cukierki i orzeszki, on od dziewiątej do piątej rozbijał młotkiem skrzynie i taszczył na piętro fotele i stoliczki z klonowego drewna. Od wełny drzewnej piekły go oczy i nos swędział. Brudne czarne pojemniki stojące półkolem za windą, podłoga usiana pogiętymi gwoździami, jego ręce czarne i ten pedał Chandler napominający co godzina: „Umyj ręce, żeby nie brudzić mebli”. Płynne mydło. Pianę miało szarą. Na jego dłoniach żółte odciski od używania żelaznego łomu. O pół do szóstej, po dniu ciężkiej harówki, spotykali się przy wyjściu, które zamykano na łańcuch, żeby nie wpuszczać więcej klientów; w przedsionku spotykali się pomiędzy dwojgiem drzwi, gdzie z płytkich bocznych gablot głowy lalek w kapeluszach z piórami i w sznurach różowych pereł podsłuchiwały rozlegającą się echem – jak w studni – pożegnalną wymianę plotek. Wszyscy pracownicy Krolla nienawidzili firmy, a jednak wychodzili powoli, jakby płynąc. Janice i Królik spotykali się w tym przedsionku o przyćmionym świetle i zielonej podłodze, niby w jakimś miejscu pod wodą, pchali jedyne drzwi niezamknięte na łańcuch, wychodzili na światło dzienne, ani słowem nie przyznając, że idą tam, do tych srebrzystych medalionów, trzymając się za ręce, zmęczeni, ostrożnie, pod prąd spieszących do domu tłumów, szli, żeby kochać się przy gasnącym świetle dnia, które wpadało poziomo przez okno. Wstydziła się go, kazała mu zamykać oczy, a potem kończył z dreszczem, gdy tylko w nią wszedł, w to wnętrze jak srebrny pantofelek, delikatnie ziarniste. Potem leżeli obok siebie na łóżku tej koleżanki, zagubieni po ostatecznym dokonaniu; na ścianie srebro i złoto więdnącego dnia.

Przylegająca do saloniku kuchnia jest wąska, właściwie to tylko ciasne przejście pomiędzy różnymi urządzeniami, które były nowoczesne przed pięciu laty. Janice upuszcza na ziemię coś metalowego, patelnię albo garnek.

– Nie poparzyłaś się? – woła do niej.

– A ty jeszcze tu? – brzmi odpowiedź.

Podchodzi do szafy i wyjmuje marynarkę, którą przed chwilą tak starannie powiesił. Jest tu chyba jedyną osobą dbającą o porządek. Bo za nim, w pokoju, dziki bałagan – szklanka z podłym osadem koktajlu na dnie, zapchana popielniczka chwiejąca się na oparciu fotela, sfałdowany dywan, niechlujny stos śliskich gazet, tu i tam poupychane części zepsutych dziecięcych zabawek, stercząca noga lalki, zmięty obrazek wycięty z opakowania płatków kukurydzianych, kłaki kurzu pod kaloryferem, wieczorny bezład i chaos – wszystko to lgnie do jego pleców niby coraz ciaśniejsza sieć. Zastanawia się, co zrobi najpierw: pójdzie po samochód, a potem po dziecko, czy odwrotnie – najpierw po dziecko? Na to zresztą miałby większą ochotę. Ale będzie szybciej, jeżeli zacznie od pani Springer, bo mieszka bliżej. Przypuśćmy jednak, że baba czyha na niego w oknie i wyskoczy z domu, żeby nakłaść mu w uszy, że Janice się przemęcza.  A   k t ó ż   b y   s i ę   n i e   z m ę c z y ł ,  w ł ó c z ą c   s i ę   z   t o b ą   i   p r ó b u j ą c   c o ś   k u p i ć ,  t y   n i e s z c z ę s n a   s k n e r o ? T y   t ł u s t a   w i e d ź m o . S t a r a   c y g a n i c h o .  Jeżeli przyjdzie z dzieckiem, może temu zapobiec. Królik myśli z przyjemnością o krótkiej przechadzce z synem. Nelson, który ma dwa i pół roku, chodzi jak kawalerzysta krokiem sztywnym, upartym. Poszliby sobie pod drzewami w gasnącym świetle dnia, a tu proszę – proszę! – za rogiem stoi przy chodniku samochód taty. Ale to potrwa dłużej, jak dodać do tego gadanie matki – chytre aluzje do niezaradności Janice. Nienawidził takiego gadania. Może to tylko żarty z jej strony, nie umiał jednak traktować matki lekko, za dużo w niej było jakiejś siły, przynajmniej dla niego. Lepiej byłoby najpierw pójść po samochód, a potem pojechać po dziecko. Ale to mu się nie uśmiecha. Po prostu nie ma ochoty. Sprawa gmatwa się coraz bardziej, jest tak zawikłana, że budzi odrazę.

– I kup mi, kochanie, paczkę papierosów, dobrze? – woła Janice z kuchni normalnym głosem, świadczącym, że wszystko mu wybaczyła, że wszystko jest po dawnemu.

Królik sztywnieje, patrzy na swój bladożółty cień na białych drzwiach wiodących do holu i czuje, że jest w pułapce. Tak, to pewne. Wychodzi.

Na dworze robi się ciemno i chłodno. Klony tchną wonią młodych, lepkich pączków, w szerokich oknach wszystkich saloników na ulicy Wilbura widać za srebrną plamą telewizora jarzącą się żarówkę w kuchni, jak ogień w głębi pieczary. Królik schodzi w dół. Dzień kurczy się w sobie. Królik raz po raz muska dłonią szorstką korę drzewa albo suchej gałązki żywopłotu, by uzyskać cichą odpowiedź materii. Na rogu, na przecięciu ulicy Wilbura z aleją Pottera, sterczy w półmroku skrzynka pocztowa wsparta o betonowy słupek. Wysoka rozgałęziona tablica z nazwami dwóch ulic, słup telefoniczny ze śladami słupołazów wznoszący swoje izolatory aż pod niebo, hydrant jak złoty krzew: cały gaj. Strasznie lubił wspinać się na takie słupy. Z podstawionych ramion kolegi człowiek dźwigał się w górę, by sięgnąć rękami wystających prętów, i potem jeszcze wyżej, tam gdzie słychać, jak druty śpiewają. Ich śpiew był przerażającym, nieruchomym szeptem. Zawsze kusił człowieka, żeby puścić twarde pręty i poczuć na plecach, jak przestrzeń ciągnie za nogi w dół i siada ci na kręgosłupie, gdy padasz. Pamięta, jak piekły w dłoniach drzazgi wbite pod skórę, gdy był już na szczycie. Pamięta wsłuchiwanie się w te druty, jak gdyby można było usłyszeć, co mówią ludzie, czym jest cały ten tajemniczy świat dorosłych. Izolatory jak wielkie niebieskie jaja w gnieździe wiatru.

Gdy Królik idzie aleją Pottera, druty na swojej milczącej wysokości przebijają na przestrzał korony pachnących klonów. Na następnym rogu, gdzie zwykle woda z fabryki lodu ściekała z szumem do kanału, aby pojawić się po drugiej stronie ulicy, Królik przechodzi przez jezdnię i idzie wzdłuż rynsztoka, gdzie kiedyś woda – spływając – pokrywała płytki skraj swego nurtu falującymi wstęgami zielonego śluzu, tylko czekającymi na to, żebyś się poślizgnął i przewrócił, jeśli odważysz się tam stąpnąć. Królik pamięta taki wypadek, ale nie pamięta, jak w ogóle doszło do tego, że szedł po śliskiej krawędzi. Ależ tak. W szkole podstawowej chciał zaimponować dziewczynom. Lotta Bingaman, Margaret Schoelkopf, czasem June Cobb i Mary Hoyer – to z nimi wracał do domu. Margaret często leciała krew z nosa bez żadnego powodu. Tak była pełna życia. Ojciec jej pił i rodzice zmuszali ją do chodzenia w wysokich sznurowanych bucikach nawet wtedy, kiedy już nikt takich nie nosił.

Skręca w wąską, wysypaną żwirem uliczkę, mija zakręt obok ślepej ściany małej wytwórni pudełek, w której pracują przeważnie kobiety w średnim wieku, mija murowaną fasadę hurtowni piwa i autentyczny stary wiejski dom, obecnie zabity deskami, przykład prymitywnej murarki z piaskowca o barwie indiańskiej skóry, jeden z najstarszych domów w mieście. Dominował kiedyś nad przestrzenią równą połowie tej, na której powstało całe Brewer, lecz z dawnej farmy pozostało tylko ogrodzone zniszczonym, rozwalonym płotem podwórze ze stosem zbutwiałego drewna w gąszczu brunatnych łodyg, gdzie w lecie zakwitną niepożądaną bujnością zielska, jakieś woskowate zielone różdżki i kępy mlecznych strączków o jedwabistych nasionach, i puszyste żółte główki, z których niemal kapie kwietny pyłek.

W ten sposób jest trochę wolnej przestrzeni pomiędzy starym wiejskim domem a lokalem Klubu Sportowego Słońce, wysokim budynkiem z cegły o wyglądzie kamienicy czynszowej, postawionej przez pomyłkę w tym niechlujnym zaułku na tyłach różnych zabudowań. Wejście wygląda groźnie wskutek dziwnego oszalowania z desek, wielkości wychodka, wznoszonego każdej zimy nad kamiennymi schodkami dla ochrony baru przed kaprysami pogody. Królik był w tym klubie kilkanaście razy. Ani śladu słońca w środku. Na parterze bar, na piętrze pełno stolików do kart, przy których stare pryki z miasta naradzają się strategicznym szeptem. Królikowi alkohol i karty kojarzą się z przygnębiającym rodzajem grzechu, grzechu, który ma brzydki oddech; poza tym przygnębiała go atmosfera rozpolitykowania. Jego stary trener koszykówki, Marty Tothero, zanim wyrzucono go z trzaskiem z liceum, maczał palce w lokalnych aferach, prawdopodobnie mieszka w tym budynku i, jak mówią, wciąż rozrabia. Królik nie lubi rozrób, ale swojego trenera lubił. Tothero był dla niego następną po matce osobą obdarzoną  s i ł ą . 

Strachem napełnia go myśl o starym trenerze, który się gdzieś tu przyczaił. Mija budynek klubu, mija warsztat samochodowy i opuszczony kurnik. Zmierza wciąż w dół, gdyż miasteczko Sędziowska Góra leży na wschodnim stoku góry o tej samej nazwie, której stok zachodni wznosi się nad miastem Brewer. Chociaż to małe miasteczko spotyka się z dużym miastem przy autostradzie okrążającej górę od południa i prowadzącej do odległej o osiemdziesiąt kilometrów Filadelfii, to jednak nigdy ze sobą się nie połączą, bo rozdziela je góra swoim szerokim zielonym grzbietem, długim na trzy kilometry, biegnącym z północy na południe; grzbietem posiekanym przez kopalnie żwiru, cmentarze i nowe osiedla, ale powyżej pewnej linii wciąż strzegącym około setki akrów swego lasu, którego chłopcy nigdy nie mogli zbadać do końca. Większą jego część przenikają odgłosy samochodów wspinających się na drugim biegu po malowniczej drodze. Lecz na długich połaciach zapomnianego sosnowego lasu jego podłoże z głuszącego kroki igliwia ciągnie się coraz wyżej i wyżej, coraz dalej i dalej tunelami matowej zieleni i wydaje ci się, że z ciszy przeszedłeś w coś gorszego. A potem trafiasz na plamę słońca, której gałęzie nie starają się zakryć, albo na rozwaloną, pełną kamieni piwnicę, którą przed wiekami wykopał jakiś dzielny osiadły tu siłacz, i żywy strach cię oblatuje, jak gdyby ten inny znak życia mógł ściągnąć uwagę na ciebie i drzemiąca w drzewach groza zacznie działać. Strach bije w tobie jak dzwon na alarm i nie możesz go wyłączyć, im głośniej dzwoni, tym szybciej biegniesz zgięty wpół, dopóki całkiem wyraźnie nie usłyszysz, jak przejeżdżający blisko samochód z chrypliwym zgrzytem zmienia biegi i wśród sosnowych pni nie zamajaczą proste, białe słupy ogrodzenia. Wówczas – bezpieczny na czarnej powierzchni asfaltu – możesz wybierać, czy zejść w dół, do domu, czy powędrować w górę, do hotelu Pod Szczytami, żeby zjeść czekoladowy baton i podziwiać widok miasta Brewer rozciągniętego w dole niczym dywan, czerwonego miasta, gdzie się maluje drewno, blachę, nawet cegłę na czerwono, doniczkę pomarańczowej róży na czerwono, miasta niepodobnego w swoim kolorze do żadnego innego na kuli ziemskiej, chociaż dla dzieci w tym okręgu jest to jedyny kolor, jaki może mieć miasto, każde, wszystkie.

Góra wcześnie sprowadza zmierzch do tego miasta i teraz, dokładnie parę minut przed szóstą, w wigilię wiosennego zrównania dnia z nocą, wszystkie domy i dachy fabryk kryte papą bitumiczną, i ulice równoległe do stoku leżą w cieniu spływającym głęboko w dolinę na uprawne pola po wschodniej stronie. Na granicy tego cienia okna w bliźniaczych rzędach małych parterowych willi jarzą się odbiciem zachodzącego słońca. Jedno po drugim, niby nagle wygaszone lampy, okna te ciemnieją, w miarę jak słońce odpływa: najpierw opuszcza osiedle i płową, grodzoną płotami ziemię czekającą siewu, i pole golfowe, które z daleka można by wziąć za długie pastwisko, gdyby nie żółte pasma piachu – zasadzki; potem obejmuje przeciwległe wzgórza i płonie na ich zachodnich stokach z popołudniową dumą. Królik przystaje na końcu uliczki, skąd otwiera się rozległy widok. Bywał kiedyś na polu golfowym jako chłopiec noszący kije.

Pchnięty nieokreśloną koniecznością pośpiechu skręca w lewo na ulicę Jacksona. Mieszkał tam przez dwadzieścia lat z rodzicami w dwurodzinnym murowanym domku na rogu ulicy. Połowa od strony zakrętu należała do sąsiadów, Bolgerów, wraz z wąskim podwórkiem, którego pani Angstrom zawsze im zazdrościła.  O k n a   B o l g e r ó w   z a b i e r a j ą   c a ł e   ś w i a t ł o ,  a my  s i e d z i m y   w   c i e m n i c y .  Przeskoczywszy niski żywopłot z berberysu i drut chroniący go przed dziećmi, Królik po kryjomu zbliża się do swego starego domu. Stąpa ukradkiem po trawie rosnącej między dwiema wybetonowanymi ścieżkami prowadzącymi do dwóch ceglanych ścian; za jedną było ich mieszkanie, za drugą – rodziny Zimów. Pani Zim, o dużych wyłupiastych oczach i sinej zwiotczałej skórze, od rana do wieczora krzyczała na swoją córkę Carolyn, która była ładniejsza, niż ma prawo być pięcioletnia dziewczynka. Pan Zim był rudy i miał grube wargi, ale w jego córce Carolyn to, co chude i grube, niebieskie i czerwone, zdrowe i nerwowe – wymieszało się we właściwych proporcjach. Jej przedwczesna uroda zdawała się zjawiskiem obcym – z Francji albo Persji, albo z nieba. Widział to nawet Harry, o sześć lat od niej starszy i ślepy na dziewczęta. Przez cały dzień pani Zim krzyczała na Carolyn, a kiedy pan Zim wracał po pracy do domu, oboje krzyczeli na siebie godzinami. Zaczynało się od tego, że pan Zim stawał w obronie dziewczynki, ale później, jak słyszeli sąsiedzi, otwierały się w nim stare rany niby płatki wielolistnego kwiatu, który rozkwita nocą. Mama Angstrom mawiała, że pan Zim zamorduje panią Zim, czasem mówiła, że ta mała zamorduje ich oboje, kiedy będą spali. Trzeba przyznać, że w Carolyn było coś okrutnego; kiedy osiągnęła wiek szkolny, zawsze wychodziła z domu z uśmiechem na twarzy w kształcie serca i krokiem kołyszącym się beztrosko, jakby cały świat do niej należał, chociaż Angstromowie tylko co słyszeli, jak w czasie śniadania matka wymyślała jej histerycznym głosem, gdyż okna ich kuchni dzieliła odległość mniej niż dwóch metrów.  J a k   t e n   b i e d n y   c z ł o w i e k   m o ż e   t o   w y t r z y m a ć ? J e ś l i   C a r o l y n   i   j e j   m a t k a   n i e   p r z e s t a n ą   s i ę   k ł ó c i ć ,  t o   p e w n e g o   p i ę k n e g o   p o r a n k a   o b u d z ą   s i ę   b e z   s w o j e g o   ż y w i c i e l a .  Ale przepowiednie mamy Angstrom nigdy się nie sprawdzały. Kiedy Zimowie się wynieśli, to wszyscy razem, pan i pani, i Carolyn, załadowali się do furgonetki i zniknęli, zostawiając połowę mebli na chodniku obok ciężarówki należącej do firmy przewozowej. Pan Zim dostał pracę w Cleveland w stanie Ohio. Biedacy, nikt ich nie będzie żałował. A jednak żałowano. Sprzedali swoją połowę domu parze starych gorliwych metodystów i ten stary odmawiał koszenia trawy rosnącej pomiędzy jego częścią domu i Angstromów. Pan Zim, który pod koniec tygodnia pracował w ogródku przy każdej pogodzie,  j a k b y   t o   b y ł a   j e g o   j e d y n a   p r z y j e m n o ś ć   w   ż y c i u ,  i   w c a l e   s i ę   n i e   d z i w i ę ,  zawsze przystrzygał całą trawę. Stary metodysta robił to tylko na swojej połowie – jedno pchnięcie kosiarki, którą natychmiast wycofywał na własną ścieżkę, a przecież równie dobrze mógł się przejechać po całym trawniczku, nie zostawiając innym takiego drobiazgu.  K i e d y   s ł y s z ę ,  j a k   t e n   s t a r y   d u r e ń   t e r k o c z e   t ą   s w o j ą   k o s i a r k ą   p o   ś c i e ż c e ,  t o   c i ś n i e n i e   t a k   m i   s k a c z e ,  ż e   m a ł o   n i e   p ę k n ą   m i   u s z y .  Matka zabroniła jemu i ojcu przystrzygać trawę przez całe jedno lato i na tym maleńkim skrawku ziemi pozbawionym słońca trawa wyrosła po kolana, a w niej kłosy podobne do pszenicy i dwa jaskry, aż wreszcie w sierpniu przyszedł jakiś człowiek z miasta i powiedział, że muszą skosić trawę, bo takie jest zarządzenie. Bardzo przepraszał. Harry wyszedł do niego na próg i powiedział: „Oczywiście, doskonale”, ale wtedy mama Angstrom zjawiła się za jego plecami i spytała: „O co chodzi?”. To jej grządka kwiatowa. W żadnym wypadku nie pozwoli tego zniszczyć. Będąc jej synem, Królik poczuł się potwornie zawstydzony. A ten człowiek obrzucił ją spojrzeniem, wyjął z tylnej kieszeni spodni podniszczony notes i pokazał zarządzenie. Upierała się, że to jej kwietnik. Mężczyzna przeczytał głośno, jaka grzywna jej grozi, i opuścił werandę. W sobotę, kiedy robiła zakupy w Brewer, tata wziął z garażu sierp i ściął wszystkie chwasty, a Harry przeciągnął kosiarką tam i z powrotem po trawniku, póki nie wyglądał tak pięknie jak u metodysty, chociaż miał odcień brązowy. Czuł się winny, gdy to robił, i obawiał się, że po powrocie matki wybuchnie kłótnia. Bał się tych kłótni między rodzicami. Kiedy widział w ich twarzach gniew i zaciętość, kiedy z obu stron padały ostre słowa, było mu tak, jakby jakaś szklana szyba odcinała go od powietrza; robiło mu się słabo i chronił się w jakimś najdalszym kącie domu. Tym razem nie było walki. Ojciec zaskoczył go kłamstwem, zaskoczył podwójnie, bo kłamiąc, mrugnął do niego porozumiewawczo. Powiedział, że metodysta wreszcie złamał się i skosił trawę. Matka uwierzyła, lecz nie była zadowolona. Do końca dnia i jeszcze przez cały tydzień utrzymywała, że starego sekciarza trzeba podać do sądu. Poniekąd uwierzyła, że  n a p r a w d ę  posiada grządkę kwiatów. A ten kawałek pomiędzy ścieżkami ma niewiele więcej jak trzydzieści centymetrów szerokości. Przejście po takim pasku zieleni wydaje się Harry’emu niebezpieczne jak chodzenie po murze. Cofa się aż pod oświetlone okno, stąpając ostrożnie, żeby podeszwa nie skrzypnęła o beton, staje na palcach i zagląda w jasny kąt kuchni. Widzi siebie samego siedzącego na wysokim krzesełku i chwyta go nagle spazm dziwnej zazdrości. Mija. To jego syn tam siedzi. Szyja dziecka lśni niby jeszcze jeden czysty przedmiot obok filiżanek i talerzy, i chromowanych gałek, i aluminiowych blach do ciasta na półkach wyłożonych ceratą. Błyszczą okulary matki, gdy wychyla się ze swego miejsca, wyciągając nad stołem zgięte tłuste ramię zakończone łyżką dymiącej fasoli. Twarz jej nie zdradza cienia niepokoju, który matka na pewno odczuwa, ponieważ nikt nie zjawia się po dziecko, przeciwnie, twarz ta, z nosem ostrym jak dziób, wyraża jedno tylko życzenie: żeby dziecko jadło. Wargi, ściśnięte wianuszkiem białych zmarszczek, wygładzają się w uśmiechu; widocznie usta Nelsona, których Królik nie widzi, wchłonęły fasolę. Reszta siedzących przy stole wygłasza pochwałę; ojciec niewyraźnie, siostra piskliwie – w obydwu głosach jest coś nieprzekonującego. Królik nie słyszy, co mówią, przeszkadza mu szyba i szum krwi w głowie. Ojciec, który właśnie wrócił z pracy, jest w niebieskiej koszuli poplamionej atramentem i gdy znika z jego twarzy wyraz uznania dla wnuka, wygląda staro: zmęczony i posiwiały. Skóra na szyi zwisa mu jak wór. Zęby, które sprawił sobie przed rokiem, zmieniły mu twarz – zapadła się co najmniej o centymetr. Miriam, wysztafirowana na piątkowy wieczór w złoto i dżety, obojętnie nabiera ze swego talerza pełną łyżkę fasoli i podsuwa dziecku: wyciągnięciem swego smukłego, białego, obwieszonego bransoletkami ramienia nad dymiący stół wnosi jakąś barbarzyńską nutę do tej sceny. Za mocno się maluje. Przy swoich dziewiętnastu latach równie dobrze wygląda i bez tych zielonych powiek. Stara się nie uśmiechać, bo ma wystające zęby. Duża, kędzierzawa głowa Nelsona przechyla się na jasnej szyjce i skrócona perspektywą rączka dziecka – plama różowości w tym obrazie – niepewnie sięga po łyżkę, chce ją wziąć. Tata nad talerzem pęka ze śmiechu, uśmiech rozciąga wargi Mim i – niszcząc wyraz wyższości w jej spojrzeniu spod oka – zamienia ją w małą dziewczynkę, którą Królik woził na kierownicy roweru; jej rozwiane włosy biły go po oczach, gdy pędzili w dół stromymi ulicami Sędziowskiej Góry. Mim pozwala Nelsonowi wziąć łyżkę, dziecko natychmiast ją upuszcza i krzyczy: „ L a ł e m ! L a ł e m !”.  Królik słyszy te słowa i rozumie. Znaczą: „Wylałem”. Tata i Mim uśmiechają się, robią jakieś uwagi, lecz mama, zacisnąwszy usta, nieubłaganie wkracza ze swoją łyżką. Karmią tu jego syna, dom ten jest szczęśliwszy od jego domu. Królik robi krok do tyłu na betonowej ścieżce i przemierza z powrotem skrawek trawnika pogrążony w ciszy. Jego działania nabierają teraz charakteru szybkiej decyzji. Idzie po ciemku do następnej przecznicy. Skręca w ulicę Józefa, biegnie, przebiega jeszcze jedną przecznicę i oto jego samochód, niewłaściwie zaparkowany po drugiej stronie ulicy, wyszczerza do niego swój zderzak. Maca kieszeń i wpada w panikę. Gdzie kluczyk? Wszystko, co sobie umyślił, zależy teraz od tego, jak dalece Janice jest niedbała. Albo, kiedy wychodził, zapomniała mu dać kluczyk, albo nie pofatygowała się wyjąć go ze stacyjki. Próbuje zgadnąć, co jest bardziej prawdopodobne, i nie potrafi. Nie zna jej aż tak dobrze. Nigdy nie wiadomo, do czego jest zdolna. Ona sama tego nie wie. Tępa.

W dużym domu Springerów światło pali się nie od frontu, tylko z tyłu. W słodko pachnącym cieniu pod drzewami Królik stąpa ostrożnie na wypadek, gdyby starsza pani czekała w ciemnym saloniku, żeby mu powiedzieć, co o nim myśli. Przecina ulicę. Obchodzi wóz od przodu, forda, model 1955, którego stary Springer, ze swoim rudawym wąsikiem à la Hitler, sprzedał mu za równy tysiąc dolarów w roku 1957, ponieważ żyjąc z handlu używanymi samochodami, wstydził się – ten tchórz i łobuz – że wydaje córkę za kogoś, kto ma zaledwie buicka z 1936; kupił go w 1953, będąc w wojsku w Teksasie, za sto dwadzieścia pięć dolarów. Stary wydusił z zięcia tysiąc dolarów, których chłopak nie miał, i to w sytuacji, gdy buicka można było wyreperować za osiemdziesiąt. Coś podobnego! Tacy ludzie sprawiedliwie zasługują na wszystko, co ich spotyka. Królik otwiera wóz od strony siedzenia pasażera, zżyma się na ostre  s k r z y p n i ę c i e  sprężyny w drzwiczkach i szybko wsuwa głowę do środka. Bogu niech będą dzięki! Pod gałkami przełącznika świateł i wycieraczki zarys ośmiokąta zdradza obecność kluczyka. Kochana kretynka. Królik wślizguje się za kierownicę i zamyka drzwiczki, nie zatrzaskując, byle tylko metal otarł się o metal. Front otynkowanego domu Springerów wciąż jest nieoświetlony. Nie wiadomo, czemu przypomina mu nagle opuszczoną budkę z lodami. Włącza stacyjkę, silnik warczy i zaskakuje. Królik, nie chcąc zdradzić swojej obecności, bardzo delikatnie naciska pedał gazu; motor, wyziębiony długim staniem w chłodnym powietrzu wczesnej wiosny, przerywa i gaśnie. Serce w Króliku zamiera, w gardle czuje suchość słomy. Ale właściwie co się stanie, do licha ciężkiego, jeżeli ona  w y j d z i e  z domu? Jedyna podejrzana rzecz to brak dziecka, może wtedy powiedzieć, że właśnie jedzie po małego. Byłoby to zresztą najbardziej logiczne. Lecz nie chce być krępowany przymusem kłamstwa, nawet tak wiarygodnego. Leciutko wyciąga gałkę ręcznego ssania, tyle co na czubek palca, i znowu zapuszcza silnik. Naciska pedał i rzuciwszy spojrzenie w bok, widzi, że u Springerów zapala się światło w saloniku; puszcza sprzęgło i ford gwałtownie odjeżdża od krawężnika.

Królik jedzie ulicą Józefa z niedozwoloną szybkością, skręca w lewo, lekceważąc znak „stop”, i dalej ulicą Jacksona do miejsca, gdzie ta zbiega się z Centralną, będącą równocześnie autostradą 422 do Filadelfii. Stop. Nie chce jechać do Filadelfii; za elektrownią, na skraju miasta, droga rozszerza się i tu Królik mógłby zawrócić i objeżdżając górę, trafić w Brewer na wieczorny szczyt przed kolacją, ale nie chce nigdy więcej widzieć tego miasta – miasta doniczek z kwiatami. Autostrada z trzypasmowej przechodzi w czteropasmową i nie grozi mu zderzenie z innym wozem; wszystkie płyną obok siebie jak niesione prądem kłody drzewa. Królik nastawia radio. Piękna Murzynka nuci bez słów, a potem śpiewa: „Nie ma dnia bez piosenki, och, nie ma dnia...”. Czuje się wyprany ze wszystkiego – dobry byłby papieros, myśli, ale przypomina sobie, że rzucił palenie, a to już daje mu wrażenie czystości. Rozsiada się wygodnie za kierownicą, wyciąga ramię na oparciu drugiego siedzenia i dalej jedzie mroczniejącą drogą, prowadząc lewą ręką. „Łany kukurydzy... – wibruje głos Murzynki, ciemny i ciepły jak wnętrze wiolonczeli – rosnących traw... – Krajobraz z obu stron drogi nurkuje, niby ptak w przeciągłym locie. – ...i nie wiesz sam, co, kiedy i jak”. Tu dreszcz ekstazy przenika go aż po czubek głowy. Zapach wyschniętej gumy zdradza nadmierne ogrzanie powietrza i Królik przesuwa maleńką dźwignię ogrzewania na „średnie”.

Potajemna miłość, Jesienne liście i coś jeszcze, czego tytuł przegapił. Muzyka do kolacji. Muzyka do gotowania kolacji. Przez Janice. Myśl z lękiem ucieka od obrazu czegoś skwierczącego na patelni, prawdopodobnie kotletów, od smutnie wrzącej wody z oczkami tłuszczu, od mrożonego groszku, który w kłębach pary traci swoje witaminy. Próbuje myśleć o czymś przyjemnym. Wyobraża sobie, że długim rzutem jednej ręki posyła piłkę prosto do kosza, lecz czuje, że stoi na skale i że zleci w przepaść, gdy tylko wypuści piłkę z rąk. Próbuje przywrócić obraz matki i siostry karmiących jego syna, ale we wtórnym widzeniu chłopiec płacze, czółko ma czerwone, usta szeroko otwarte, a oddech gorący. Coś jednak musi znaleźć w pamięci: tę wodę z fabryki lodu płynącą rynsztokiem, żółtawą, która oplatała drobnym nurtem kamienie, potem marszczyła się ukośnie, kołysała wątłe nitki śluzu przyczepione do brzegów. Nagle w pamięci zjawia się Janice – drży na łóżku koleżanki w uchodzącym świetle dnia. Królik próbuje zamazać ten obraz obrazem Miriam, małej Mim na kierownicy jego roweru, na saneczkach, które ciągnie w górę ulicy Jacksona o zmierzchu – roześmiana dziewczynka w kapturku i on, starszy brat, i pada śnieg, i migoczą czerwone światła na kozłach, którymi służba miejska ogrodziła teren, i w dół, w dół, w mrok, aż zaświszczą płozy sanek na ubitym śniegu.  T r z y m a j   m n i e ,  H a r r y .  Iskry spod płóz, gdy sanki wpadają na popiół rozsypany w dole dla bezpieczeństwa, i zgrzyt jak uderzenie jakiegoś wielkiego serca w ciemności.  J e s z c z e   t y l k o   j e d e n   r a z ,  H a r r y . P o t e m   p ó j d z i e m y   d o   d o m u ,  p r z y r z e k a m . O c h   p r o s z ę ,  H a r r y ,  t a k   c i ę   k o c h a m .  Mała Mim ma siedem lat, nie więcej, i ciemny kapturek; ulica jest wyślizgana i wciąż pada śnieg. Biedna Janice już pewnie się denerwuje i dzwoni do swojej albo do jego matki zdumiona, że kolacja stygnie. Ależ tępa. Przebacz mi.

Dodaje gazu. Zagraża mu rosnąca gmatwanina świateł. Jedzie w stronę Filadelfii. Nienawidzi Filadelfii. Najbrudniejsze miasto na świecie, piją tam zatrutą wodę, czuć ją chemikaliami. Chce jechać na południe, w dół mapy, gdzie są gaje pomarańczowe i parujące rzeki, i bosonogie kobiety. Wydaje się to całkiem proste jechać całą noc do świtu, do rana, w południe zaparkować na plaży, zdjąć buty i zasnąć nad Zatoką Meksykańską. Obudzi się, mając gwiazdy nad głową, w idealnym miejscu, w idealnym zdrowiu. Ale on jedzie na wschód, w najgorszą stronę, gdzie jest niezdrowo, gdzie smród i brud, i sadza, duszna dziura, w której człowiek nie może się ruszyć, żeby kogoś nie zabić. A jednak autostrada wciąga go coraz dalej i tablica przy drodze oznajmia: POTTSTOWN 2. Omal nie hamuje. Ale potem się zastanawia.

Jeżeli jedzie na wschód, to południe ma po prawej ręce. I oto, jak gdyby świat tylko czekał, by służyć jego zamiarom, zjawia się zapowiedź szerokiej drogi na prawo: droga 100 WEST CHESTER WILMINGTON. Droga 100 – to brzmi znakomicie, najlepiej. Królik nie chce jechać do Wilmington, ale kierunek mu odpowiada. Nigdy nie był w Wilmington należącym do rodziny Du Pontów. Jak to jest, myśli, kiedy się śpi z taką Du Pont.

Nie ujechawszy nawet ośmiu kilometrów, czuje, że nowa droga jest częścią starej pułapki. Przy pierwszej okazji skręca w prawo. Na słupie drogowym odczytuje w świetle reflektorów numer 23. Dobry numer. Kiedy był w dziesiątej klasie, zdobył w meczu międzyszkolnym dwadzieścia trzy punkty dla swojej drużyny. Uczeń dziesiątej klasy i prawiczek. Drzewa ocieniają tę węższą drogę.

Jakaś bosonoga Du Pont. Nogi prawdopodobnie brązowe, piersi malutkie, ptasie. Gdzieś nad basenem we Francji. A w jej nagości kryją się pieniądze, głęboko, miliony. O milionach zawsze się myśli, że są białe. Wchodzisz gładko, głęboko i jeszcze dużo zostaje. Czy te bogate to frygidy? Nimfomanki? Pewnie różne. Kobiety jak kobiety. Pradziad oszukiwał Indian z większym szczęściem niż inni, ale byłyby z tej samej gliny, nawet gdyby żyły w slumsach. Jeszcze bielsze ciała na szarych materacach. Cudownie potrafią owinąć się dokoła człowieka, kiedy się rozpalą. W przeciwnym razie to tylko tłusty ciężar. Śmieszne, że te namiętne często są ciasne i suche, a te leniwe wilgotne. Chcą, żebyś nie wchodził, tylko trzymał się twardy, wysoko, na tej ich małej krawędzi. Żebyś pieścił długo. Potem wystarczy dotknąć. Poznajesz po skórze pod futerkiem – robi się wiotka jak na karku szczenięcia.

Droga 23 biegnie na zachód przez małe, skromne miasteczka Coventryville, Elverson, Morgantown. Podobają mu się wysokie, kanciaste domy farmerów przytroczone do drogi. Miękkie kredowe pobocza. W jednym miasteczku jarzy się światłem zajazd i Królik staje naprzeciw niego przed sklepem z żelastwem i dwiema pompami benzynowymi na ulicy. Wie z radia, że dochodzi pół do ósmej, ale sklep jeszcze otwarty, w oknie łopaty, siewniki, świder łyżkowy i siekiery niebieskie, pomarańczowe i żółte obok wędek i pęków rękawic do baseballu na sznurku. Wychodzi do niego mężczyzna w średnim wieku, w wysokich butach, letnich, opadających spodniach i dwóch koszulach.

– Słucham  p a n a  –  mówi, kładąc nacisk na ostatnim słowie, jak kulawy na zdrowej nodze.

– Może mi pan nalać zwykłej do pełna?

Mężczyzna zaczyna pompować, Królik wysiada i obchodząc samochód, pyta:

– Jak daleko stąd do Brewer?

Farmer przestaje się wsłuchiwać w bulgot benzyny i spogląda nieufnie na Królika.

– Niech pan zawróci i tamtą drogą jest dwadzieścia pięć kilometrów do mostu. – Wskazuje palcem.

Dwadzieścia pięć. Przejechał sześćdziesiąt pięć kilometrów, żeby się oddalić o dwadzieścia pięć.

Ale to wystarczyło, był już w innym świecie. Inaczej tu pachnie, pachnie czymś starszym, pachnie takimi dziurami i zakamarkami, do których jeszcze nikt nie zajrzał.

– A jeżeli pojadę prosto?

– To dojedzie pan do Churchtown.

– A co jest potem?

– New Holland. Lancaster.

– Ma pan jakąś mapę?

– Dokąd chcesz jechać, synu?

– Ja? Sam nie wiem.

– Dokąd chcesz dojechać?

Mężczyzna jest cierpliwy. Twarz ma ojcowską, ale jednocześnie chytrą i głupią.

Po raz pierwszy Harry zdaje sobie sprawę, że jest przestępcą. Słyszy, jak benzyna dosięga wlotu zbiornika, patrzy, z jaką troską ten farmer wyciska każdą kroplę, ani jednej nie pozwoli przez niedbalstwo rozlać się poza otwór, jak by to zrobiono w każdej miejskiej stacji. Tutaj nie marnuje się ani kropli benzyny. W tej części kraju prawo to nie duchy, tutejsze prawa są przesiąknięte zapachem ziemi. Bezsensowny strach krzepnie w całym ciele Królika.

– Sprawdzić olej? – pyta ten człowiek, odwiesiwszy szlauch z boku zardzewiałej staromodnej pompy z pomalowaną szklaną głowicą.

– Nie. Chwileczkę. Albo tak. Proszę. Dziękuję.

Trzeźwieje. Przecież nic nie zrobił, poprosił tylko o mapę. Czemu ten przeklęty gnojarz taki ostry, o co go podejrzewa? Zawsze ktoś gdzieś jedzie. Lepiej sprawdzić olej, bo nie zamierza zatrzymywać się, zanim zrobi pół drogi do Georgii.

– Niech pan powie, jak daleko na południe jest Lancaster?

– Jedzie pan na południe? Nie wiem. Drogą będzie około czterdziestu kilometrów. Olej w porządku. To pan ma zamiar jechać teraz do Lancaster?

– Tak, możliwe.

– Sprawdzić wodę?

– Nie. Jest w porządku.

– Akumulator?

– Na medal. To będzie wszystko.

Farmer zamyka z trzaskiem maskę i posyła Harry’emu uśmiech.

– Należy się za benzynę trzy dolary dziewięćdziesiąt, młody człowieku – wymawia te słowa tak samo z trudem, ostrożnie, kulawo.

Królik kładzie cztery jednodolarowe banknoty na dłoni twardej i chropowatej; paznokcie przypominają stare łopaty dziwacznie powyginane od zużycia. Farmer znika w sklepie, może dzwoni na policję. Zachowuje się tak, jakby coś wiedział, ale skąd może wiedzieć? Królika aż swędzi, żeby wskoczyć do wozu i zwiać. Dla odzyskania spokoju przelicza pieniądze, które mu zostały w portfelu. Siedemdziesiąt trzy. Dziś był dzień wypłaty. Samo pomacanie palcami takiej forsy dobrze robi na nerwy. Farmer pogasił światła w sklepie i wraca z dziesięcioma centami, ale bez mapy. Królik wyciąga stuloną dłoń po resztę, mężczyzna wciska mu ją swoim szerokim kciukiem i mówi:

– Szukałem, ale mam w sklepie tylko mapę stanu Nowy Jork. A może chce pan jechać w tamtą stronę?

– Nie – odpowiada Królik i zmierza do samochodu. Przez zarost na karku czuje, że ten człowiek idzie za nim. Wsiada i zatrzaskuje drzwiczki tuż przed nosem farmera, który jednak nie znika, wetknął twarz – kawał mięsa – w otwarte okno, a nawet schyla się i próbuje wsunąć do środka cały łeb. Cienkie, wykrzywione wargi, górna z blizną aż pod sam nos, poruszają się z namysłem. Nosi okulary. Nauczyciel, psiakrew!

– Żeby się gdzieś dostać, to zanim się ruszy, trzeba wiedzieć, dokąd się chce jechać.

Królik czuje zapaszek whisky. Odpowiada ze spokojem:

– Wcale tak nie uważam. – Na co wargi i okulary, i czarne włosy sterczące z podłużnych jak kropla nozdrzy nie wyrażają żadnego zdziwienia. Królik rusza z miejsca prosto przed siebie. Każdy, kto ci radzi, co masz zrobić, zalatuje alkoholem.

Jedzie do Lancaster, ale już nie jest mu tak przyjemnie i lekko na duszy. Od tego, że ten facet nic nie wiedział, że po prostu był półgłówkiem, okolica robi się ponura. Nie dojeżdżając do Churchtown, Królik mija w mroku dwukółkę amiszów1 – mignął mu zarys brodatego mężczyzny i kobiety w czerni, łyskających złowrogo oczami – para diabłów w cieniu, z konnym zaprzęgiem. Broda sterczy z tej dwukółki jak włosy z nozdrza. Królik stara się pamiętać, że ci ludzie prowadzą żywot bogobojny, że trzymają się z dala od wszelkich oszustw tego świata, od tego dwudziestowiecznego naciągania ludzi na witaminy, ale to jednak diabły – myśli – ryzykują życie, wlokąc się z jednym przyćmionym światełkiem z tyłu, nienawidząc jego i jemu podobnych, właścicieli dużych samochodów z puszystym ogonem tylnych świateł. Co oni sobie wyobrażają? Nie może ich rozgryźć. Nawet nie zobaczył ich w lusterku. Minął i nic nie zostało. Tylko to jedno spojrzenie kątem oka na twarz kobiety – w kwadracie cienia wąską, zamgloną. Wysoka trumna wlecze się drogą w tempie zdychającego konia. Amisze zaharowują swoje zwierzęta na śmierć, wiedział o tym. To fanatycy. Rżną swoje baby w polu, stojąc, w ubraniu, podnoszą im tylko czarne kiecki, pod którymi nic nie ma. Żadnych majtek. Fanatycy. Czciciele nawozu.

Żyzna ziemia zdaje się rzucać cień na niebo. Okolica rolnicza jest w nocy posępna. Królik oddycha z ulgą, kiedy przymglone światła jego wozu zlewają się ze światłami Lancaster. Zatrzymuje się przed barem, którego zegar wskazuje cztery minuty po ósmej. Nie zamierzał nic jeść, zanim wydostanie się poza granice stanu. Bierze mapę ze stojaka koło wejścia i studiuje ją przy barze, zjadając trzy hamburgery. Jest w Lancaster, otoczonym przez miejscowości o śmiesznych nazwach – Schwytany Ptak, Raj, Obcowanie, Wietrzna Góra, Maskota. Tym, co tam mieszkają, na pewno nie wydają się śmieszne. Jak Sędziowska Góra; człowiek się przyzwyczaja. Miasto musi się jakoś nazywać.

Schwytany Ptak, Raj – Królik powraca oczami do nazw zaznaczonych na mapie delikatnym drukiem. Wyrwałby się tam chętnie z oparów benzyny, które wypełniają wnętrze tego przydrożnego, tandetnego baru, lśniące plastikiem. Małe pulchne kobiety, psy zabawki na ulicy, cukierkowe domy w cytrynowych promieniach słońca.

Ale nie, jego celem jest białe słońce południa jak ogromna poduszka na niebie. A z mapy wynika, że jechał bardziej na zachód niż na południe. Gdyby dostał mapę u tamtego gnojka, to prułby od razu na południe drogą numer 10. Teraz pozostało mu tylko skierować się prosto 33 w serce Lancaster, znaleźć 222, jechać cały czas w dół do Marylandu i tam znaleźć jedynkę. Zapamiętał sobie z lektury „Saturday Evening Post”, że jedynka, biegnąca z Florydy do Maine, to widokowo najpiękniejsza trasa na świecie. Prosi o szklankę mleka z kawałkiem szarlotki, kruchy wierzch posypany jest kruszonką, i bardzo słusznie dodano cynamonu. Matka zawsze dawała cynamon do szarlotki. Płaci, rozmieniając dziesięć dolarów, i wychodzi na parking z uczuciem zadowolenia. Hamburgery były grubsze i cieplejsze od tych w Brewer, a bułki chyba podgrzane. Sytuacja już się poprawia.

Prawie pół godziny zabiera mu przejazd przez Lancaster. Drogą numer 222 jedzie przez Refton, Hessdale, New Providence i Quarryville, przez Mechanics Grove i Unicom, a potem długi odcinek nudny, zupełnie nieoznaczony, i dopiero w Oakwood dowiaduje się, że to już Maryland. W radiu słyszy Nie chcę innych ramion, innych warg; Stagger Lee, firma Rayco poleca przezroczyste plastikowe pokrowce na siedzenia samochodów; Gdyby mi nie zależało w wykonaniu Connie Francis, potem reklama urządzenia, które automatycznie zamyka i otwiera drzwi garażu; Pędziłem do domu, żeby cię przeprosić i Znane mi uczucie, piosenki Mela Tormé, następnie reklama szerokoekranowych telewizorów firmy Westinghouse, z automatycznym regulatorem („Jeden ruch palca daje ci obraz ostry jak nóż”); Piosenkę włoskiego kowboja i Ach!, śpiewa Duane Eddy, po nich reklama pióra Wierny Kompan Papieru i znów piosenka Prawie dorosły, i reklama płukanki do włosów ujarzmiającej najgęstsze kędziory; Przejdźmy się i wiadomości (prezydent Eisenhower i premier Harold Macmillan rozpoczynają serię rozmów w Gettysburgu; tybetańskie oddziały walczą z chińskimi komunistami w Lhasie, nadal nieznane jest miejsce pobytu Dalajlamy, duchowego przywódcy tego dalekiego i zacofanego kraju; testator z Park Avenue powierza ćwierć miliona dolarów swojej pokojówce; jutro przyjdzie kalendarzowa wiosna), wiadomości sportowe (Jankesi pokonali drużynę Braves w Miami; ktoś tam z kimś zremisował w otwartym turnieju w St. Petersburg; wyniki lokalnych rozgrywek koszykówki), pogoda (słonecznie i względnie ciepło); Szczęśliwa harmonijka, Na luzie, Kasa Oszczędności ubezpiecza na życie; Rocksville (ulubiony przebój Królika) i Obraz, którego żaden malarz nie namaluje, reklama Presto-Piany – ulepszony krem do golenia firmy Barbasol – stosuj codziennie, zapewni ci skórę bez skazy i zmiękczy coś tam; Różowe sznurowadła śpiewa Dody Stevens; potem list o chłopczyku, który nazywa się Billy Tessman, jest ofiarą wypadku samochodowego i prosi o kartki albo o listy; Petit Fleur, Fungo (wspaniale) i reklama Wool-Texu – garniturów z czystej wełny; Zerwanie Manciniego, Każdy lubi tańczyć cza-czę, reklama Modlitwy Pańskiej – nazwa serwetek stołowych – i wspaniałego obrusu Ostatnia Wieczerza; Bicie mego serca, reklama pasty do podłogi Błyskawiczny Błysk; piosenka Wenus i potem te same wiadomości od początku. Gdzie jest Dalajlama?

Zaraz za Oakwood Królik wjeżdża na drogę numer 1 – budki z hot dogami i reklamowe tablice Calso, i przydrożne zajazdy, imitacje traperskich szałasów, działają nieoczekiwanie przygnębiająco. Im dalej jedzie, tym mocniej odczuwa istnienie jakiegoś wielkiego bałaganu w systemie znakowania dróg, bo wychodzi mu naprzeciw nie Filadelfia, lecz Baltimore. Zatrzymuje się przy stacji benzynowej, żeby kupić zwykłej za dwa dolary. W istocie chodzi mu o jakąś inną mapę. Rozkłada ją i studiuje przy automacie z coca-colą, w świetle padającym z wystawy zazielenionej stosami puszek płynnego wosku.

Problem leży w tym, żeby dostać się na zachód, omijając drogę Baltimore–Waszyngton, która jak dwugłowy pies strzeże nadbrzeżnej trasy wiodącej na południe. W każdym razie nie chce jechać nad wodą, wymarzył sobie, że pojedzie prosto w rozłożysty, miękki brzuch kraju i swoją tablicą ze znakami z północy zaskoczy o świcie pola bawełny.

Teraz znajduje się gdzieś tutaj. Jadąc dalej drogą numer 23, skręci w lewo – nie, w prawo, do góry, ale tam droga zawraca z powrotem do Pensylwanii; będąc jednak tutaj, w Shawsville, może wybrać tę wąziutką, niebieską, nienumerowaną. Potem zjedzie niżej i wróci na numer 137. Skręci pod kątem ostrym w numer 482, następnie 31. Całym ciałem czuje ostry pęd na wirażu. Wpada na czerwoną linię oznaczoną numerem 26, a stamtąd – na drogę numer 340. Też czerwoną. Pędzi przed siebie i nareszcie wie, dokąd chce jechać. Z górnego prawego rogu mapy, z północnego wschodu, biegną równolegle trzy czerwone drogi na południowy zachód; można niemal wyczuć, jak gładko prześlizgują się przez doliny Appalachów. Wystarczy dostać się na jedną z tych autostrad i rano człowiek zjedzie jak z pochylni prosto w błogi nizinny kraj bawełny. Tak. Z chwilą gdy znajdzie się na tym szlaku, może się otrząsnąć z myśli o bałaganie, który zostawił za sobą.

Wręcza dwa dolary za benzynę młodemu, wysokiemu Murzynowi i czuje nagle przedziwną chęć objęcia i uściskania tego giętkiego, leniwego ciała tonącego w luźnym kombinezonie. Tu, na południu, powietrze jest już nagrzane. Ciepło wiruje w brunatnych i fioletowych lukach pomiędzy światłami stacji i księżycem. Zegar w oknie wystawowym, wiszący nad zielonymi puszkami z płynnym woskiem, wskazuje dziesięć minut po dziewiątej. Cienka czerwona wskazówka ze spokojem omiata cyfry, jakby wygładzała drogę Królikowi, który wskakuje do swojego forda i w jego nagrzanym, dusznym wnętrzu zaczyna nucić Każdy lubi tańczyć cza-czę.

Z początku śmiało pruje naprzód. Przez wzgórza i doliny, przez miasta i pola, i mylące skrzyżowania o syrenich głosach, pilnując się mapy rozpostartej na siedzeniu i numerów dróg i walcząc z pokusą skręcenia na oślep na południe. Zwierzęcym instynktem czuje, że jedzie na zachód.

Kraj staje się dzikszy. Droga omija wielkie jeziora i biegnie przez las. W górnym skraju przedniej szyby druty telefoniczne bezustannie smagają gwiazdy. Muzyka w radiu powoli zamiera; stygnie młodzieżowy rock i przechodzi w stare standardy, piosenki rewiowe i pokrzepiające przeboje z lat czterdziestych. Królik wyobraża sobie małżeńskie pary wracające samochodem po kolacji i kinie do nianiek zostawionych przy dzieciach. Potem te melodie przestają płynąć jak ścięte lodem, miejsce ich zajmuje prawdziwa nocna muzyka, pianina i wibrafony wznoszą wysokie, kruche struktury oktaw, dźwięk klarnetu przebiega po nich jak dreszcz po stawie, saksofony w kółko powtarzają swoje ósemki. Królik mija Westminster. Dojazd do Frederick trwa całą wieczność. Skręca w trzysta czterdziestą i przejeżdża przez rzekę Potomac.

Około północy, czując senność, zatrzymuje się na kawę w przydrożnej knajpie. Różni się tutaj czymś od reszty klientów, chociaż nie potrafiłby tej różnicy dokładnie określić. Oni też ją wyczuwają i patrzą na niego twardo, oczy mają jak metalowe pinezki wbite w białe twarze – młodzi ludzie w wiatrówkach z błyskawicznym zamkiem, po trzech w boksie z jedną dziewczyną, dziewczyny o pomarańczowych włosach wiszących jak morskie wodorosty albo byle jak przytrzymanych spinkami złotymi niby pirackie klejnoty. Przy barze pary w średnim wieku, w płaszczach, wyciągają szyje do słomek tkwiących w szarej, musującej mieszance lodów waniliowych z wodą sodową. W milczeniu, jakie zapadło po jego wejściu, przesadna uprzejmość znużonej kobiety za kontuarem wzmaga w nim poczucie odmienności. Cichym głosem zamawia kawę i żeby zapanować nad niemiłym uczuciem w żołądku, wbija oczy w brzeg filiżanki. Myślał i czytał, że Ameryka, jak długa i szeroka, jest wszędzie taka sama. Zastanawia się: czy to ci ludzie są dla mnie obcy, czy cała Ameryka?

Na dworze jest rześko. Królik wzdryga się, słysząc kroki za plecami. To tylko para kochanków, trzymając się za ręce, spieszy do swego samochodu; ich splecione dłonie w ciemności jak skacząca rozgwiazda morska. Samochód z Wirginii Zachodniej. Wszystkie samochody mają takie tablice rejestracyjne, z wyjątkiem jego. Po drugiej stronie drogi lesiste zbocze opada w dół i ponad wierzchołkami drzew widać przeciwległy stok jak wycięty z tektury i oparty o lekko spłowiałe niebieskie prześcieradło. Z niesmakiem wsiada do swojego forda, ale duszne wnętrze samochodu to jego jedyne schronienie.

Jedzie przez gęstniejącą noc. Droga dłuży się, że można oszaleć – za każdym zakrętem niezmordowanie wyrasta przed jego światłami czarna ściana. Asfaltowa nawierzchnia czepia się opon. Zdaje sobie sprawę, że policzki mu płoną ze złości. Jest wściekły od chwili, gdy opuścił ten przydrożny bar pełen syren. Tak wściekły, że suchość policzków wyczuwa w ustach, za to nos ma mokry. Naciska pedał, jakby chciał rozgnieść tę wężowatą drogę, i o mało nie traci panowania na zakręcie, gdy dwa prawe koła grzęzną w miękkim poboczu. Wyprowadza wóz z powrotem na drogę, ale wciąż pozwala, by wskazówka szybkościomierza wychylała się na prawo od dozwolonej szybkości.

Wyłącza radio. Muzyka nie jest już rzeką, która go niesie z prądem, zamiast tego mówi głosem miast i głaszcze po głowie śliskimi rękami. Lecz w ciszę, która zapadła, Królik zabrania wtargnąć myślom. Nie chce myśleć, chce zasnąć i obudzić się z głową na piasku. Do północy zdążył przejechać tylko tyle! Ależ idiota z niego, kretyn, ciężki dureń! Połowa nocy zmarnowana.

Krajobraz nie chce się zmienić. Im dalej, tym bardziej przypomina okolice Sędziowskiej Góry. Tak samo zaniedbane pobocza, tak samo sfatygowane tablice z reklamami tych samych artykułów. Bóg wie kto i kiedy zechce to kupić. Na górnej krawędzi jego świateł nagie gałązki drzew też tworzą podobną siatkę. Nawet wydaje się teraz gęstsza.

Wzbiera w nim zwierzęcy protest przeciwko tej jeździe na zachód. Sprzeciw umysłu też trwa. Jedyny sposób, żeby dojechać gdziekolwiek, to podjąć decyzję – dokąd? – i jechać.

Zgodnie z mapą powinien skręcić w lewo czterdzieści pięć kilometrów za Frederick, i właśnie tyle przejechał, więc widząc szeroką drogę po lewej ręce, pomimo wewnętrznego sprzeciwu skręca w nią, chociaż nie jest oznakowana. Nie musi być, na mapie jest zaznaczona tylko cienką linią. Wiadomo, że to skrót. Królik pamięta, że kiedy zaczął trenować z Martym Tothero, uparcie nie chciał wykonywać rzutów wolnych znad głowy, ale w końcu okazało się, że trener ma rację. I tak jest ze wszystkim – słuszna droga wydaje się z początku niesłuszna. Żeby wypróbować naszą wiarę.

Droga jest szeroka i przez wiele kilometrów budzi zaufanie, ale nagle przychodzi odcinek pełen łat, potem wzniesienie: droga pnie się do góry i zwęża. Nie zwęża się faktycznie, ale w sposób naturalny kurczy się pobocze, z obydwu stron naciera las. Pnąc się mozolnie w coraz ostrzejszych skrętach, droga niespodziewanie, bez żadnego uprzedzenia, gubi swoją asfaltową powłokę i wije się po ziemi. Teraz już Królik wie, że źle wybrał, ale boi się zatrzymać wóz i zawrócić. Ostatnie światła jakiegoś domu zostawił za sobą wiele kilometrów stąd. Kiedy próbuje wyminąć grzywę chwastów, kłujące jeżyny drapią mu lakier karoserii. Reflektory wyłapują z ciemności pnie drzew i niskie konary – nic więcej. Umykające cienie cofają się jak pająki w pajęczynę gąszczu, w czarne jądro lasu, i Królik boi się, że jego sondujące światła zbudzą jakąś bestię albo ducha. Wspiera szybkość modlitwą, modli się, żeby droga się nie urwała, pamiętając, że na Sędziowskiej Górze nawet najbardziej zarośnięta ścieżyna, najbardziej zapomniana dróżka w końcu schodzi w dolinę. Swędzą go uszy; działa na nie wysokość wzniesienia.

Nagrodą za modlitwę jest oślepienie. Na dalekim zakręcie najpierw drzewa wyskakują jak płomień, a potem wynurza się jakiś samochód i z zapalonymi długimi światłami pędzi prosto na niego. Królik ześlizguje się do rowu i rozjarzony samochód, jak śmierć bez twarzy, przelatuje z szybkością dwukrotnie większą od jego szybkości. Dłużej niż minutę Królik jedzie w oburzającym tumanie kurzu tego łobuza. Lecz łagodzi jego gniew dobra wiadomość, że ta droga dokądś prowadzi. I rzeczywiście, po krótkim czasie Królik dojeżdża do jakiegoś parku. Światła jego samochodu wyławiają zielone śmietniczki z napisem ZAPRASZAMY, drzewa rzedną po obydwu stronach i odsłaniają kanciaste stoły, pawilony i ustępy. Widać też opływowe sylwetki samochodów, kilka z nich zaparkowanych tuż przy drodze, pasażerowie ukryci w głębi, niewidoczni. A więc ta niesamowita droga jest ścieżką zakochanych. Jeszcze około stu metrów i koniec.

Łączy się ona pod kątem prostym z gładką, szeroką szosą, nad którą jak ciemna chmura wisi górska ściana. Jeden samochód rwie prosto na północ. Inny – na południe. Znaków brak. Królik przesuwa lewarek na luz, zaciąga ręczny hamulec, zapala górne światło i studiuje mapę. Ręce i kolana mu drżą. Ze zmęczenia nie może zebrać myśli, w oczach ma piasek; musi być już pół do pierwszej albo później. Leżąca przed nim szosa jest pusta. Zapomniał numerów dróg, które przejechał, i jak nazywały się miasta, które minął. Pamięta Frederick, ale nie może go znaleźć na mapie, i w porę zdaje sobie sprawę, że szuka na zachód od Waszyngtonu, gdzie przecież nie był. Tyle tych czerwonych linii i niebieskich linii, długich nazw małych miasteczek, jakieś kwadraty i koła, i gwiazdy. Przesuwa wzrok na północ, lecz rozróżnia tylko prostą, kropkowaną linię granicy między Pensylwanią i Marylandem. Linia Masona–Dixona2. Staje mu nagle przed oczami klasa, w której się o tym uczył, rzędy wrosłych w podłogę pulpitów, lakier pełen blizn, mleczna czerń tablicy i wzdłuż przejścia ciasne szeregi zadków usadowionych w alfabetycznym porządku. Oczy mu zapadają, patrzą bezmyślnie. W głowie bije przerażająco powoli jakiś zegar, miękkie, rzadkie uderzenia, jak odgłos fal na brzegu, do którego chciał dojechać. Ostatnim wysiłkiem skupia uwagę i zamglony wzrok kieruje znów na mapę. I natychmiast skacze mu do oczu Frederick, lecz gdy próbuje określić pozycję tego miasta, znów traci je z oczu i czuje taką wściekłość, że boli go garbek na nosie. Wszystkie nazwy rozpływają się. Widzi całą mapę naraz – sieć czerwonych i niebieskich linii i gwiazd, sieć, w którą wpadł, nie wiadomo jakim sposobem. Gniecie mapę w garściach i rwie na kawałki. Z westchnieniem rozpaczy wyrywa z niej duży trójkąt i rozdziera go na połowę, i już spokojnie składa kawałki jeden na drugim, i znowu drze na połowę i tak dalej, aż pozostają mu strzępy, które ugniata w kuleczkę. Opuszcza okno. Wyrzuca kulkę, która rozpada się, i zmięte skrawki papieru wzlatują nad dach samochodu jak skrzydła oderwane od ciała. Podkręca okno korbką. Całą winę zwala na tego farmera w okularach i dwóch koszulach. Śmieszne, jak mu ten facet zalazł za skórę, nie może wygnać go z myśli ani tej jego kołtuńskiej pewności siebie, poniekąd – solidności. Natknął się tam na niego i wciąż się natyka, plącze mu się drań pod nogami jak za długie sznurowadło albo jakiś patyk. Ten człowiek kpił sobie z niego słowami, powolnymi ruchami spracowanych rąk, może nawet włochatymi uszami – w jakiś sposób całym swoim ciałem wyrażał kpinę z tych ulotnych, niesprecyzowanych nadziei, dzięki którym Harry czuje chwilami grunt pod nogami.  P o m y ś l ,  d o k ą d   c h c e s z   j e c h a ć ,  z a n i m   t a m   r u s z y s z .  Zupełnie nie o to chodzi, a jednak niewykluczone, że tych parę słów to może być właśnie to. W każdym razie gdyby Królik zawierzył swemu instynktowi, byłby teraz w Karolinie Południowej. Szkoda, że nie ma papierosa, łatwiej byłoby odgadnąć, co teraz instynkt mu podpowiada. Postanawia zdrzemnąć się w samochodzie przez parę godzin.

Jednakże za jego plecami z lasku zakochanych rusza jakiś wóz, światła zataczają koło i gniotą go w kark. Zatrzymał się na samym środku drogi, żeby spojrzeć na mapę. Musi teraz ruszyć z miejsca. Odczuwa bezmyślny strach, że go dogonią. Światła tego drugiego wozu wzbierają we wstecznym lusterku, wygląda ono jak filiżanka pełna ognia. Królik przekręca kluczyk, włącza pierwszy bieg i zwalnia ręczny hamulec. Wyskakuje na szosę, instynktownie skręca w prawo na północ.