Tyran - Conn Iggulden - ebook

Tyran ebook

Conn Iggulden

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Rzymem władają tylko tacy, co nie znają litości…

W dniu zaślubin Klaudiusza z Agrypiną młody pretor leży na łożu śmierci we własnym domu. Jeszcze poprzedniego dnia był zaręczony z Oktawią, córką cesarza... Agrypina bezwzględnie poszerza krąg swoich wpływów. Namawia Klaudiusza, by przysposobił i mianował swoim następcą jej trzynastoletniego syna, zwanego teraz Neronem. Niedojrzały jeszcze chłopiec rywalizuje z Brytanikiem, naturalnym następcą tronu. Zdobywa wiedzę z pomocą Seneki i uczy się walczyć. Uczy się kochać. I co z tego, że matka chce, by poślubił Oktawię, jego przyrodnią siostrę? Rzym bywał już świadkiem podobnych skandali. A jednak ci, których nie dosięgły macki Agrypiny, i rodziny jej ofiar mają dobrą pamięć i ostre noże. Rzym zawsze był niebezpieczny. Neron z czasem się przekona, że tu można dojść do celu tylko po trupach. Choćby nawet cesarzy.

Fantastyczne dzieło – klasa sama w sobie. - „Daily Mirror”

Opowieść spod pióra mistrza. - „Daily Express”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 476

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
peterpancio1

Nie oderwiesz się od lektury

jak to się szybko czytało koncówka rewelacyjna sięgam po bastępny tom
00
gkurdej

Nie oderwiesz się od lektury

Wow!
00

Popularność




Polecamy

TEGO AUTORA POLE­CAMY RÓW­NIEŻ:

TRY­LO­GIĘ „NERON”

NERON

TYRAN

INFERNO(W PRZY­GO­TO­WA­NIU)

SERIĘ „ATEŃ­CZYK”

BRAMY ATEN

PRO­TEK­TOR

SERIĘ „ZŁOTY WIEK”

LEW

IMPE­RIUM

Dedykacja

Dla detek­tywa kon­sta­bla Alana Braya

PROLOG

Dzwony dud­niły w całym Rzy­mie. Tysiące dzwo­nów, w które bito raz za razem. We wszyst­kich świą­ty­niach ako­lici potrzą­sali ręcz­nymi dzwon­kami albo stu­kali prę­tami w cza­sze z brązu. Ten huk niczym burzowe gromy zda­wał się spły­wać z nieba na sie­dem wzgórz, na któ­rych pobu­do­wane było mia­sto, i prze­ta­czał się dalej, poza jego oka­załe mury. Połą­czone brzmie­nie, swo­iście ryt­miczne, a przy tym nie­me­lo­dyjne, wdzie­rało się we wszyst­kie ulice i odbi­jało echem we wnę­trzach sank­tu­ariów i pod skle­pie­niami.

Robot­nicy prze­stali się uwi­jać przy pracy, zasłu­chani z nie­mym podzi­wem w dźwięki, które w takiej masie sły­szeli pierw­szy raz i nie­wy­klu­czone, że ostatni. Ich życie toczyło się od zawsze swoim torem, prze­peł­nione nadzie­jami i tra­ge­diami, w wiecz­nym wirze pracy i walki o utrzy­ma­nie rodziny. Wszystko to zostało prze­rwane, lecz tylko na ten jeden pora­nek. Bo wła­śnie tego dnia, nim słońce się­gnie zenitu, cesarz miał się oże­nić. Miał nało­żyć złoty pier­ścień na palec kobiety, którą wielu znało z imie­nia. Agry­pina. Córka w swoim cza­sie uwiel­bia­nego dowódcy Ger­ma­nika. Sio­stra Kali­guli, który budził prze­raź­liwy strach. Kobieta, która w pro­stej linii wywo­dziła się od cesa­rza Augu­sta.

Agry­pina ukoń­czyła już trzy­dzie­ści lat i miała wła­snego syna, a zatem cesarz Klau­diusz nie zna­lazł sobie nie­śmia­łej dzie­wicy, która osło­dzi­łaby mu pode­szły wiek. Powia­dano, że sio­dła i ręka­wice robią się wygod­niej­sze od zuży­cia. Że ogień nie musi buzo­wać, by ogrzać łoże, i że są tacy, któ­rzy nawet nie wie­dzą, iż potrze­bują towa­rzy­stwa kobiety. No chyba że ona takiego w tym sta­now­czo utwier­dzi.

Na szczy­cie Celiusa pre­tor Juniusz Syla­nus patrzył zdu­miony na pre­torianów, któ­rzy wdarli się do jego domu. Było za późno, by się zasta­na­wiać, jak mógł się przy­go­to­wać na takie zagro­że­nie. Przy­tasz­czyli żela­zny taran, by roz­bić drzwi, które jesz­cze poprzed­niego dnia spra­wiały wra­że­nie zgrab­nych i solid­nych. Roz­trza­skali je dwoma moc­nymi ude­rze­niami, dziw­nie koja­rzą­cymi się z biciem w dzwony. Także jego służba nie była gotowa na zbrojny atak, zwłasz­cza w ciem­no­ściach. Słońce jesz­cze się nie poka­zało, a tu ci żoł­nie­rze hała­śli­wie pano­szyli się w jego domu, prze­trzą­sa­jąc wszyst­kie pokoje, aż wresz­cie doszli do jego łoża.

W bla­dym świe­tle jutrzenki Juniusz ukrył trwogę naj­le­piej, jak potra­fił. Miał dwa­dzie­ścia lat i w ręku trzy­mał gla­dius, pochwy­cony w ostat­niej chwili. Dom był duży, sta­no­wił sym­bol bogac­twa rodu Syla­nów. Udało mu się nacią­gnąć togę i wzuć san­dały, ale włosy ster­czały mu we wszyst­kie strony, gdy tak stał naprze­ciwko nich.

Zamru­gał na widok uni­for­mów, roz­po­zna­jąc ludzi odpo­wie­dzial­nych za bez­pie­czeń­stwo cesa­rza i jego rodziny. Pre­to­ria­nie zlek­ce­wa­żyli go i roze­szli się po wnę­trzu, spraw­dza­jąc drzwi i okna, by się upew­nić, że Juniusz rze­czy­wi­ście jest sam.

Intruzi wyraź­nie się nie przej­mo­wali poje­dyn­czym mie­czem, nie­sta­no­wią­cym dla nich zagro­że­nia. Juniusz prze­ra­ził się, że zaraz zemdleje, bo serce łomo­tało mu nie­mi­ło­sier­nie. A jed­nak w jego wnę­trzu roz­wi­nął się też robak nadziei, nie­malże zada­jąc ból. Patrzył na cesar­skich żoł­nie­rzy, ludzi zna­ją­cych dys­cy­plinę i porzą­dek. Juniusz Syla­nus był sena­to­rem i jed­nym z osiem­na­stu pre­to­rów w całym impe­rium, urzęd­ni­kiem jurys­dyk­cyj­nym. Jego ofi­cjalny tytuł był drugi pod wzglę­dem rangi, zaraz po kon­su­lach – nie licząc cesa­rza Klau­diu­sza, który stał ponad wszyst­kimi.

Młody pre­tor poczuł nagle, że wygląda głu­pio z tym małym mie­czem zaci­śnię­tym w drżą­cej dłoni. Cisnął go na łoże.

– Jestem pre­to­rem, nazy­wam się Juniusz Syla­nus Tor­kwa­tus – powie­dział, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał spo­koj­nie i wład­czo.

Sły­szał dzwony roz­brzmie­wa­jące na uli­cach, dud­niące w całym mie­ście. Rado­sna atmos­fera kłó­ciła się z kwa­śnym posma­kiem w jego ustach. Oddy­chał powoli, czu­jąc, że sto­jący przed nim ludzie są pewni sie­bie. Jego star­szy brat wie­działby, co robić. Marek był głową rodziny, bo miał żonę i dzieci; już się upodob­nił do ich ojca. Nie­raz chro­nił Juniu­sza przed drę­czy­cie­lami. Gdyby dało się go wezwać zwy­kłą siłą woli, to sta­nąłby wła­śnie w progu.

– Pano­wie, naj­wy­raź­niej zaszła jakaś straszna pomyłka – cią­gnął Juniusz. – Jestem pre­to­rem tego mia­sta, sena­to­rem. Zechciej­cie mi oka­zać roz­kazy na piśmie. Może nie dotarło do was, że to pry­watny dom.

Powie­dział to jak naj­oględ­niej, ale dwóch pre­to­ria­nów obró­ciło się w stronę trze­ciego z nich, jakby chcieli o coś spy­tać. Męż­czy­zna nie nosił żad­nej oznaki rangi, był wśród nich naj­star­szy, na oko pięć­dzie­się­cio­letni, bar­czy­sty i umię­śniony. Ręce miał pokre­ślone bia­łymi bli­znami i Juniusz zauwa­żył, że u lewej dłoni bra­kuje mu dwóch pal­ców. Wie­dział, że legiony są two­rzone wła­śnie z takich jak on. Wyczuł w tym czło­wieku skłon­ność do prze­mocy, doświad­cze­nia wynie­sione z wielu bitew. On sam nie miał niczego, co mógłby tu prze­ciw­sta­wić. Tacy ludzie jak ten przed nim nie ule­gają łatwo sen­ty­men­tom, ale też nie są z kamie­nia. Słu­chają argu­men­tów.

– Jeśli ty tu dowo­dzisz, to jak się nazy­wasz? – jesz­cze raz spró­bo­wał Juniusz. – Kto dał wam roz­kaz wła­ma­nia się do mojego domu?

Trzę­sły mu się ręce. Zaci­snął je za ple­cami. Potrze­bo­wał czasu, aby uspo­koić serce, które łomo­tało mu pod żebrami i przy­pra­wiało o mdło­ści.

– Cen­tu­rion Sek­stus Bur­rus, pre­to­rze – odparł męż­czy­zna. Włosy miał posi­wiałe i przy­strzy­żone krótko przy czaszce, przez co koja­rzyły się z zaję­czą sier­ścią. Z kolei oczy, któ­rymi spo­glą­dał w oczy Juniu­sza, były tak czarne, że tęczówki wyda­wały się zespo­lone ze źre­ni­cami i z tego powodu jego spoj­rze­nie budziło nie­po­kój.

Bur­rus skrzy­wił się, jakby nagle zjadł coś nie­smacz­nego. Juniusz nie miał nawet połowy tylu lat co on i z wiel­kim tru­dem sta­rał się roz­szy­fro­wać wyraz jego twa­rzy. Wła­ści­wie to cen­tu­rion spra­wiał wra­że­nie skrę­po­wa­nego, ale Juniusz nie potra­fił odgad­nąć, z jakiej przy­czyny. Ode­zwał się znowu, mocno się jąka­jąc.

– B-będziesz musiał opi­sać… wytłu­ma­czyć się z tego nie­zwy­czaj­nego dzia­ła­nia przed pre­fek­tem Rufriu­szem, cen­tu­rio­nie. Rozu­miesz? Twój dowódca przy­jaźni się z rodem Syla­nów. I jest też pre­to­rem. – Juniusz z led­wo­ścią trzy­mał nerwy na wodzy pod wpły­wem oso­bli­wej obo­jęt­no­ści na twa­rzach intru­zów. – Rozu­miesz czy nie? Naj­wy­raź­niej zaszła jakaś pomyłka. Jestem pre­to­rem i sena­to­rem. Wywo­dzę się z rodu Syla­nów. Jeśli chcesz zacho­wasz rangę, jeśli chcesz ura­to­wać grzbiet przed chło­stą, to zabierz tych ludzi i opuść mój dom.

– Oba­wiam się, że nie zaszła tu żadna pomyłka, pre­to­rze – odparł spo­koj­nie cen­tu­rion.

Bur­rus odwró­cił na chwilę wzrok, prze­jeż­dża­jąc dło­nią po krót­kiej szczeci. W zatło­czo­nej prze­strzeni roz­le­gło się szu­ra­nie. Juniusz zauwa­żył, że czuje kwa­śną woń potu, ale nie umiałby orzec, czy to od niego, czy od któ­re­goś z tam­tych.

– Nie rozu­miem. To nie pomyłka?

Zauwa­żył, że mimo woli pod­niósł mu się głos, więc zaci­snął usta. Zer­k­nął na miecz leżący na łóżku. Był tam, kusił. A groźba prze­mocy wciąż wisiała w powie­trzu. Czuł ją od tych ludzi, widział ją w ich spoj­rze­niach. Wie­dział, że nie wywal­czy sobie drogi ucieczki, bo mogą natych­miast się na niego rzu­cić. Tylko naj­lepsi są przyj­mo­wani do ich sze­re­gów, przy­po­mniał sobie, sta­ra­jąc się wypchnąć strach z umy­słu. Żoł­nie­rze z dwu­dzie­stu ośmiu legio­nów prze­pro­wa­dzali spraw­dziany, kiedy potrze­bo­wali rekru­tów i wybie­rali elitę do służby trak­to­wa­nej jak świę­tość. Oczy­wi­ście peł­nili także czynną służbę w Rzy­mie, pil­nu­jąc razem z innymi legio­nami, by obca armia nie pode­szła za bli­sko.

– Oba­wiam się… moje roz­kazy są jasne, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Zosta­łeś oskar­żony o kazi­rodz­two. Ja już…

Nie skoń­czył zda­nia, bo sto­jący przed nim mło­dzie­niec zaśmiał się.

– Kazi­rodz­two? Moja matka nie żyje, cen­tu­rio­nie! A może ktoś uznał, że ska­la­łem jej pro­chy?

Pre­to­ria­nin mówił dalej bez­na­mięt­nie:

– Przed­mio­tem oskar­że­nia jest twoja sio­stra, pre­to­rze. Roz­ma­wia­łem z nią i z jej mężem. Potwier­dził, co mi powie­dziano.

Pre­to­ria­nin był wyraź­nie zaże­no­wany i Juniusz nagle wszystko zro­zu­miał. Ten czło­wiek kła­mał i wie­dział, że kła­mie. Miał dość honoru, by brzy­dzić się tym, co robi. Być może w tym wła­śnie był jakiś punkt zacze­pie­nia, coś, czym dałoby się go odwieść od wyko­na­nia roz­kazu.

– Doma­gam się wysłu­cha­nia, pod­czas któ­rego mógł­bym oba­lić te fał­szywe oskar­że­nia – powie­dział Juniusz. – Moja sio­stra jest prawą i sza­no­waną kobietą. Za to jej mąż… tak, już rozu­miem. Za tym wszyst­kim kryje się pod­łość. Jestem tego pewien. Mąż sio­stry to słaby czło­wiek. Cóż, mogę zwo­łać sąd, korzy­sta­jąc ze swej wła­dzy pre­tora. Sio­stra zosta­nie wezwana jako świa­dek i prawda wyj­dzie na jaw. Możesz mi wie­rzyć.

– Twoja sio­stra jest wła­śnie wywo­żona na wygna­nie, pre­to­rze – odparł Bur­rus. – Przy­kro mi, ale to… Zro­zum: tu nie ma ratunku, żad­nej drogi wyj­ścia. Moje roz­kazy wyszły z cesar­skiej sie­dziby. Mamy dopro­wa­dzić do spo­koj­nego zakoń­cze­nia sprawy, bez jej prze­cią­ga­nia. Nie będzie pro­cesu, nie będzie publicz­nych oskar­żeń. Jesteś mło­dym czło­wie­kiem, pre­to­rze, jesz­cze bez­dziet­nym. Twoi bra­cia poniosą dalej wasze nazwi­sko rodowe.

Juniusz znowu dostrzegł zakło­po­ta­nie na twa­rzy cen­tu­riona.

– Suge­ruję, byś ode­brał sobie życie z god­no­ścią, pre­to­rze. W prze­ciw­nym razie może to się oka­zać… trudne, krwawe, nie dał­byś wiary, jak straszne. Takie mam roz­kazy. Uwierz mi, sam wybrał­bym spo­kojną drogę, gdyby mi dawano spo­sob­ność. Nie pra­gnę zaka­to­wać cię na śmierć, panie. Jesteś młody… i cie­szysz się zdro­wiem. Nie potrwa to długo. Zważ moje słowa. Jaką­kol­wiek drogę wybie­rzesz, nie wyj­dziesz z tego pokoju.

Młod­szy syn z rodu Syla­nów wytrzesz­czył oczy ze zdu­mie­nia. Ten czło­wiek obwiesz­czał jego śmierć. Otwo­rzył usta i zaraz je zamknął.

– Ni­gdy nie popeł­ni­łem aktu kazi­rodz­twa z moją sio­strą… – zapro­te­sto­wał sła­bym gło­sem.

– Samo oskar­że­nie wystar­czy – odrzekł Bur­rus. – Powiedz mi teraz, czy jeśli uży­czę ci swo­jego noża, pre­to­rze, uczy­nisz z nim coś głu­piego? Nie chcę, by któ­ryś z moich ludzi doznał jakichś obra­żeń. Sprawa jest nie­smaczna, a oni robią tylko, co do nich należy.

– Uży­czysz mi…? Spo­dzie­wasz się, że pode­rżnę sobie gar­dło? Że potul­nie ule­gnę, bo wła­ma­łeś się do mojego domu, wywa­ży­łeś drzwi i tego zażą­da­łeś?

– Mów ciszej – mruk­nął cen­tu­rion.

Znie­nacka ruszył z miej­sca i sta­nął bar­dzo bli­sko sena­tora. Juniusz nie mógł zro­bić ani kroku w tył, bo drogę zagra­dzało mu łoże.

– To honor, pre­to­rze, wyni­ka­jący z two­jej rangi i… tak, należy ci się, bo wywo­dzisz się z wpły­wo­wej i majęt­nej rodziny. Jeśli pode­tniesz sobie nad­garstki albo gar­dło, jeśli zro­bisz to wła­sno­ręcz­nie, twoja sio­stra będzie żyła na wygna­niu w spo­koju i na tym wszystko się zakoń­czy. A twoja rodzina dowie się, że ode­bra­łeś sobie życie ze wstydu. Rozu­miesz? Takie są roz­kazy z cesar­skiego domu. Nie wymi­gasz się, nie zosta­niesz uła­ska­wiony. Ja też nie będę tra­cił poranka na dys­ku­sje z tobą. Mogę wło­żyć ostry nóż w twoją dłoń. Na tyle zasłu­gu­jesz z racji rangi.

– To jakieś sza­leń­stwo – odrzekł led­wie sły­szal­nie Juniusz. – To oskar­że­nie jest… kłam­stwem. – Skrzy­wił się nagle. – I zbyt poważ­nym, by to była pomyłka skryby. Z cesar­skiego domu? Jestem zarę­czony z jedyną córką cesa­rza! Pobie­rzemy się za parę lat, kiedy Okta­wia osią­gnie wła­ściwy wiek! To ja jestem z cesar­skiego domu, albo w każ­dym razie będę! Na bogów, czło­wieku! Może jed­nak się zatrzy­masz i zasta­no­wisz przez chwilę? A jeśli przy­by­wasz do nie­wła­ści­wej rodziny, jeśli podano ci nie to nazwi­sko…

Zawie­sił głos, bo Bur­rus wycią­gnął z pochwy zło­wiesz­czo wyglą­da­jący szty­let, sze­roki u pod­stawy. Było to ostrze legio­ni­sty, któ­rym można zarówno ściąć młodą sosenkę, jak i pode­rżnąć gar­dło. Zalśniło w świe­tle świtu i Juniusz uchy­lił się odru­chowo. Cały zesztyw­niał, bo nagle wszystko zro­zu­miał.

– O to cho­dzi, nie­praw­daż? Te zarę­czyny. Na Marsa, tak jest! Ta prze­klęta kobieta stoi za tym wszyst­kim. Ta, która zaplą­tała cesa­rza w swoje spód­nice, która wycho­dzi dzi­siaj za niego za mąż. Źró­dło tego prze­klę­tego łomotu dzwo­nów! – To ostat­nie wykrzy­czał, dopro­wa­dzony do pasji mono­ton­nym dud­nie­niem, które cały czas się potę­go­wało, odkąd prze­mocą wyrwano go ze snu.

Juniusz powoli usiadł na łożu. Bur­rus wycią­gnął ostrze w jego stronę.

– Przy­kro mi, pre­to­rze, szcze­rze mówię – powie­dział.

Rze­czy­wi­ście spra­wiał wra­że­nie, jakby mu było przy­kro, ale był nie­ustę­pliwy, nie zamie­rzał odstę­po­wać od swego zada­nia. Juniusz po raz pierw­szy zro­zu­miał, naprawdę zro­zu­miał. Że nie będzie wyba­wie­nia w ostat­niej minu­cie. Jego brat usły­szy o wszyst­kim dopiero po jego śmierci i też nic nie zrobi, bo wszak stała za tym żona cesa­rza. Cesarz Klau­diusz żenił się tego ranka i jego narze­czona ska­zała Juniu­sza na śmierć, jakby to miał być jej ślubny poda­ru­nek.

– Daj mi tro­chę czasu, dobrze? – popro­sił Juniusz. – Chcę napi­sać listy do rodziny. Jeśli się zgo­dzisz, wezmę potem nóż od cie­bie i pode­tnę sobie żyły.

– Muszę wra­cać na Pala­tyn, pre­to­rze – odparł Bur­rus.

Zer­k­nął na mały sto­lik, na któ­rym leżały przy­bory do napi­sa­nia listu. Wosk do pie­czę­to­wa­nia i per­ga­min, a do tego blo­czek ciem­nego atra­mentu i dzba­nek z wodą z Tybru. W noc­nej lampce oliw­nej wciąż jesz­cze tlił się maleńki pło­myk. Usta pre­to­ria­nina wykrzy­wiły się, kiedy to prze­my­śli­wał.

– Pro­szę – bła­gał go Juniusz łamią­cym się gło­sem. Przy­jął do wia­do­mo­ści, że nie uda mu się uciec, ale jesz­cze nie do końca do niego dotarło, co to wszystko tak naprawdę ozna­cza. W jego oczach, gdy spoj­rzał na cen­tu­riona, był strach.

– Niech będzie – mruk­nął cen­tu­rion.

Kiedy wyda­wano mu ten roz­kaz, uznał, że to zwy­czajny obo­wią­zek w ramach służby. Młody pre­tor otrzyma szansę ode­bra­nia sobie życia wła­sno­ręcz­nie, zamiast spro­wa­dzać hańbę na swoją rodzinę. Bur­rus potrzą­snął głową, gdy Juniusz pochy­lił się nad biur­kiem. Mło­dzie­niec splu­nął wprost na blo­czek atra­mentu i jął drą­żyć w nim skro­ba­kiem, aż w końcu uzy­skał odro­binę mazi, którą mógł wyko­rzy­stać do pisa­nia.

Cen­tu­rion już nie wie­rzył w oskar­że­nia, ale to niczego nie zmie­niało. Zło­żył przy­sięgę, że będzie chro­nił rodzinę cesar­ską i wyko­ny­wał jej roz­kazy. Agry­pina oczy­wi­ście nie była tak do końca człon­kiem rodziny, w każ­dym razie dopóki Klau­diusz jesz­cze nie uczy­nił jej swoją żoną. Ta róż­nica liczyła się w takim samym stop­niu jak to, czy młody pre­tor jest winny czy nie. Bur­rus nie miał poję­cia, czy Agry­pina fawo­ry­zuje kogoś innego na sta­no­wi­sku pre­tora, czy raczej ma innego pre­ten­denta do ręki córki cesa­rza. Nie był też już taki pewien, czy będzie patrzyła przy­chyl­nie na jego szansę awansu, jak obie­cała. Bur­rus na swój spo­sób wie­dział, że jego życie jest rów­nie kru­che jak życie tego mło­dego czło­wieka, który pisał teraz stronę za stroną, mie­sza­jąc łzy z atra­men­tem. Agry­pina rozu­miała, na czym polega wła­dza – ta spra­wo­wana real­nie i ta ukryta w obiet­ni­cach. Skoro potra­fiła znisz­czyć pre­tora z pomocą odpo­wied­nio dobra­nych słów i kilku twar­dych ludzi, to życie Sek­stusa Bur­rusa także nie mogło mieć dla niej więk­szej war­to­ści.

Po dłu­gim cza­sie cen­tu­rion poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca.

– Dokończ ten list, dobrze, synu? Wydaje mi się, że już jest dosta­tecz­nie długi.

Przy­glą­dał się, jak Juniusz dodaje ozdobny zakrę­tas do pod­pisu i składa arkusz per­ga­minu. Zro­biw­szy to, mło­dzie­niec z wyraźną wprawą otwo­rzył lampkę, wydłu­żył knot i prze­je­chał kostką wosku po pło­mie­niu. Wosk przy­ło­żony do per­ga­minu utwo­rzył owalną plamę z czer­wieni i sadzy, niczym zakrwa­wiona moneta. Zanim zdą­żył stward­nieć, pre­tor odci­snął w nim swój pier­ścień.

– Daj teraz nóż – zażą­dał.

Cen­tu­rion ski­nął głową i podał mu broń ręko­je­ścią naprzód. Pozo­stali patrzyli na to, gotowi natych­miast przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Bo widzieli ostrze w ręku mło­dzieńca, ale być może też czuli już śmierć cza­jącą się w tym wnę­trzu. Jeden z nich obli­zał wargi w ocze­ki­wa­niu. Wszystko to było lep­sze niż nudne obo­wiązki w kosza­rach albo odga­nia­nie motło­chu od cesar­skiego powozu. Tym­cza­sem huk dzwo­nów osią­gnął apo­geum, roz­le­wa­jąc się po całym mie­ście.

Bur­rus stał nie­ru­chomo jak kamień, gdy młody czło­wiek wstał od sto­lika z nożem w ręku.

– Nawet nie pró­buj – mruk­nął cen­tu­rion.

Juniusz ski­nął głową, a potem znie­nacka ruszył z miej­sca, z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią, do jakiej dopro­wa­dziła go despe­ra­cja. Bur­rus pró­bo­wał zro­bić unik, ale zastygł w miej­scu, bo poczuł kra­wędź ostrza przy­ci­śniętą do gar­dła. Mło­dzie­niec wyko­nał ruch jak jado­wity wąż, a tak po praw­dzie to Bur­rus nie widział bitwy od lat. Czuł, że zalewa go gorąco od rumień­ców, które mu wypeł­zły na twarz. Nim zdą­żył wydo­być głos, Juniusz odjął nóż i uniósł go, wyraź­nie się pod­da­jąc.

– Chcia­łem tylko, żebyś wie­dział – powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Mogłem cię zabrać z sobą.

Bur­rus zamru­gał, wię­znąc w rosną­cym gnie­wie, dla któ­rego nie znaj­do­wał ujścia. Bez­sen­sowna demon­stra­cja nie­doj­rza­ło­ści. Dotknął szyi i zoba­czył na pal­cach plamkę krwi. Sam naostrzył ten nóż. Na bogów, poko­chał tego mło­dego pre­tora w jego chwili sza­leń­stwa.

Nic nie powie­dział, tylko ski­nął głową, zga­dza­jąc się z uwagą mło­dzieńca. Prze­wi­dy­wał, że pozo­stali będą z niego drwili pod­czas drogi powrot­nej do koszar. Pięć­dzie­się­cio­la­tek, który nie potrafi dorów­nać szyb­ko­ścią dwu­dzie­sto­lat­kowi! Na pewno to zauwa­żyli. Zachmu­rzył się. Będzie musiał któ­re­muś przy­ło­żyć. Spo­strzegł, że wymie­niają ner­wowe spoj­rze­nia na widok wście­kło­ści malu­ją­cej się na jego twa­rzy, i poki­wał głową sam do sie­bie, sapiąc jak stary byk. I dobrze. Niech te ścierwa boją się jego gniewu.

– Ja…

Poha­mo­wał się. Oczy mło­dzieńca zogrom­niały ze stra­chu i gniewu. Bur­rus nie mógł już powie­dzieć nic, co by jakoś zła­go­dziło tę chwilę.

– Nie mamy już czasu, chłop­cze.

Juniusz przy­ło­żył szty­let do swego lewego nad­garstka i prze­je­chał po nim z ogromną siłą. Nacię­cie było głę­bo­kie i krew try­snęła natych­miast. Wydał stłu­miony okrzyk, gdy usi­ło­wał prze­ło­żyć nóż, aby naciąć nad­gar­stek pra­wej dłoni. Lewa dłoń zawi­sła bez­wład­nie, przez co nóż wymknął mu się z uści­sku. Zato­czył się, padł na łoże i wtedy Bur­rus wyjął nóż z jego ręki. Cen­tu­rion przy­glą­dał się, jak oczy mło­dzieńca ciem­nieją. Pre­tor widział, że coś nad­cho­dzi, ale usi­ło­wał na to nie patrzeć.

Bur­rus zaklął, bo zoba­czył, że to trwa za długo. Zdrowy męż­czy­zna potra­fił przy­lgnąć do świata i uczy­nić umie­ra­nie czymś wyjąt­kowo trud­nym. Nie mógł na to pozwo­lić, dla­tego sam pod­ciął mu drugi nad­gar­stek. Czer­wień wykwi­tła na pościeli niczym wzory w splo­cie tka­niny. Pre­tor osu­nął się na bok, a jego oddech spo­wal­niał, aż wresz­cie ustał.

Bur­rus odcze­kał jesz­cze chwilę.

– Doko­nało się – powie­dział, spo­chmur­niały z gniewu.

Spo­dzie­wał się, że jego ludzie będą z niego kpili, ale zauwa­żyli, że toczy gniew­nym spoj­rze­niem, i nabrali wody w usta. Przy­glą­dali się w mil­cze­niu, jak pali list nad pło­mie­niem lampy. W końcu cała trójka opu­ściła domo­stwo pre­tora, przy wtó­rze wciąż dud­nią­cych dzwo­nów.

Kiedy masze­ro­wali z powro­tem w stronę Pala­tynu, Bur­rus ciężko sta­wiał stopy, jakby chciał roz­cho­dzić nowe san­dały. Wie­dział, że jego pod­ko­mendni popa­trują na sie­bie ner­wowo, ale nic go to nie obcho­dziło. Dano mu roz­kazy i wypeł­nił je co do joty. Bywało, że jakiś sena­tor upra­wiał jakieś obrzy­dliwe per­wer­sje, prze­spał się z nie­wła­ściwą żoną albo po pro­stu roz­gnie­wał nie tego, kogo trzeba. Bur­rus wie­dział, że w takich sytu­acjach nie było publicz­nych pro­ce­sów, że nie for­mu­ło­wano żad­nych oskar­żeń, a jed­nak całe mia­sto w końcu się dowia­dy­wało. I wtedy takim ludziom pod­su­wano nóż albo nie­kiedy tru­ci­znę – kazano im wybie­rać samo­bój­stwo zamiast życia w nie­sła­wie. Wie­dział, że w Rzy­mie tak to już jest! I aż do tego ranka dopa­try­wał się w tym sensu. Nie­które sprawy nale­żało roz­wią­zy­wać po cichu, aby rzym­scy oby­wa­tele nie poznali ponu­rych szcze­gó­łów. Ponadto dawało się tego typu roz­wią­za­nia uza­sad­nić god­no­ścią cesa­rza albo senatu. To nie były kwe­stie do roz­pa­trze­nia na grun­cie prawa, tylko doma­ga­jące się rady­kal­nej spra­wie­dli­wo­ści.

Wciąż pamię­tał sena­tora, który pomor­do­wał swo­ich nie­wol­ni­ków, ponoć dla roz­rywki. Kiedy znacz­nie młod­szy Bur­rus sta­nął na jego progu, sta­rzec zbesz­tał go, twier­dząc, że z ludźmi, któ­rych jest wła­ści­cie­lem, ma prawo robić, co mu się żyw­nie podoba. Bur­rus zapamię­tał, że sena­tor nie zechciał pod­ciąć sobie nad­garst­ków. Śmierć nade­szła jed­nak prędko, gdy po pro­stu udu­sił zwy­rod­nialca. Cen­tu­rion nie miał wtedy żad­nych pro­ble­mów ze spa­niem, wręcz uznał, że coś zro­zu­miał i nabył doświad­cze­nia życio­wego. Być pre­to­ria­ni­nem nie ogra­ni­czało się do masze­ro­wa­nia w para­dach i nosze­nia heł­mów z pió­rami. Ozna­czało także nie­przy­jemną pracę w imie­niu impe­rium.

Zaci­snął szczęki. Gdyby wtedy wie­dział, że prze­żyje kolejne ćwierć wieku bez awansu, że jego kariera zatrzyma się i upodobni do wysty­głych popio­łów, to pew­nie tego dnia uda­wałby cho­rego. Rok w rok przy­glą­dał się znacz­nie mar­niej­szym ludziom, któ­rzy zdo­by­wali coraz to wyż­sze rangi, a taki Rufriusz to nawet został pre­fek­tem jego uko­cha­nego legionu. Wszystko dla­tego, że to wła­śnie dło­nie Bur­rusa chwy­ciły kark owego sena­tora.

Sta­rał się być dobrym czło­wie­kiem, ale ta nie­spra­wie­dli­wość zże­rała go od środka. Wyko­nał roz­kazy i uwol­nił sta­rego kun­dla od cier­pie­nia. Był kie­dyś taki czas, kiedy został uznany za wscho­dzącą gwiazdę, za cen­tu­riona o bystrym umy­śle i intu­icji. Za wzór do naśla­do­wa­nia. Wszystko to znik­nęło jak poranny szron, aż w końcu odszu­kała go ta kobieta.

Zadarł głowę i omiótł spoj­rze­niem Pala­tyn. Była tam teraz, w świą­tyni Junony, brała ślub z gar­ba­tym mężem, cesa­rzem K-K-Klau­diu­szem. Bur­rus wie­dział, że Per­so­wie i Żydzi opo­wia­dają o jakichś anio­łach. Miał wra­że­nie, że ona wła­śnie jest takim anio­łem, gdy pode­szła do niego i chwilę szła u jego boku. Dawała mu szansę na oczysz­cze­nie imie­nia, obie­cy­wała przy­chyl­ność cesa­rzo­wej. To było coś, o czym marzył przez lata, kiedy przy­glą­dał się pre­fek­towi Rufriu­szowi, który puszył się i tak utył, że nie mie­ścił się w uni­for­mie. Oczysz­cze­nie imie­nia. Jesz­cze jedna szansa.

Zamru­gał, bo zapie­kły go oczy. Za każ­dym razem, kiedy je przy­my­kał, widział głupi pokaz bra­wury mło­dzieńca, który posta­no­wił przy­ci­snąć nóż do jego gar­dła, aby choć na chwilę zacho­wać god­ność. Czyn był tak bez­sen­sowny, że aż Bur­rus miał ochotę objąć tego bie­daka. Led­wie pamię­tał czasy, gdy był tak młody! I wcale to nie wyglą­dało na oczysz­cze­nie imie­nia, że pozo­sta­wił za sobą Juniu­sza Sylana z pode­rżnię­tymi żyłami.

CZĘŚĆ I

AD 50

1

Agry­pina stała tuż za ramie­niem pogrą­żo­nego w lek­tu­rze męża. Wie­działa, że Klau­diusz potrafi pochła­niać zapi­ski i histo­rię bar­dzo szybko, wodząc wzro­kiem w dół kolumny śla­dem swego palca i prze­wi­ja­jąc zwój do następ­nej. Mógł być uwa­żany za głupca, kiedy się jąkał i szu­kał słów, ale wcale głup­cem nie był. A kiedy sie­dział nie­ru­chomo, naprawdę wyglą­dał jak cesarz, kiedy jed­nak się ruszał, to jego kuś­ty­ka­nie i czła­pa­nie spra­wiały, że się krzy­wiła, zwłasz­cza że kiwał przy tym tą wielką głową. Mówiła mu, że waga jego myśli go obciąża, wygi­na­jąc jego ciało w pałąk i wywo­łu­jąc ból ple­ców. Prawda była jed­nak mniej skom­pli­ko­wana. Klau­diusz uro­dził się w nie­wła­ściwy spo­sób, gdyż na świat wywle­kła go jakaś galij­ska aku­szerka z lasu, a nie rzym­ska matrona. Jego ciało zostało pod­czas tego pro­cesu na zawsze wykrzy­wione.

– Jesz­cze czy­tasz? – zagad­nęła go Agry­pina.

Jej nowy mąż nie był też pro­stacz­kiem, choć Kali­gula tak wła­śnie go trak­to­wał. Jej brat uczy­nił z Klau­diu­sza nadwor­nego bła­zna, upo­ka­rza­jąc go przed sena­to­rami i nie­wol­ni­kami. A Klau­diusz przyj­mo­wał każdy cios i żart bez urazy – to wła­śnie utrzy­my­wało go przy życiu na dwo­rze Kali­guli, pod­czas gdy inni marli jak muchy. Całą jej rodzinę wytrze­bił los i ludzie spra­wu­jący wła­dzę; ginęli jeden po dru­gim, aż wresz­cie oca­lała tylko ona, Agry­pina, piękna jak letni dzień. I na dokładkę została cesa­rzową Rzymu.

– P-pra­wie s-skoń­czy­łem – odparł Klau­diusz.

Odpo­wie­działa ski­nie­niem głowy, zacho­wu­jąc ide­al­nie gładką twarz. Wcze­śniej przy­jęła zało­że­nie, że po kilku mie­sią­cach mał­żeń­stwa przy­zwy­czai się do tego duka­nia. Rze­czy­wi­stość była inna, podobna do skrzy­pie­nia bramy pod­czas wichury. Strasz­nie ją to iry­to­wało i musiała się wewnętrz­nie zma­gać, żeby mu nie prze­ry­wać, żeby go nie poga­niać, by skoń­czył wresz­cie zda­nie. Kiedy zawo­dziła ją cier­pli­wość, wtedy jej ule­gał, sta­wał się ucie­le­śnie­niem czło­wieka potul­nego. A jed­nak wie­działa, jak bar­dzo doku­czają mu stare rany, że wciąż prze­peł­nia go tru­jąca gorycz. Ale z kolei Klau­diusz był bar­dziej zło­żo­nym czło­wie­kiem niż jej poprzedni mężo­wie. Spra­wo­wał wła­dzę abso­lutną, lecz bywały takie momenty, kiedy potra­fiła nało­żyć mu na szyję swój powróz i pro­wa­dzić go, łagod­nego jak baranka. Łączyli się w tańcu albo wda­wali w spory. Gdy chciała posta­wić na swoim, prze­ka­ba­cała go urodą i piesz­czo­tami, bo reago­wał na jej dłoń niczym źre­bak na pierw­szą uzdę, patrząc jej w oczy z takim ocza­ro­wa­niem, że aż miała ochotę zoba­czyć to swoje odbi­cie, zoba­czyć to, co tylko on widział. Gła­skała go po gło­wie, kiedy był zmę­czony, ofia­ro­wu­jąc mu coś wię­cej niż tylko cie­pło swo­ich dłoni. A on z kolei pra­gnął ją zado­wo­lić i dla­tego dawał jej wszystko, czego chciała, na przy­kład przy­spo­sa­bia­jąc jej syna. W zamian roz­ma­wiała z nim, wytrzy­mu­jąc jego jąkac­two, tak długo aż w końcu miała ochotę wrzesz­czeć, i poma­gała zapro­wa­dzać porzą­dek w pla­nach i pomy­słach.

Moi poprzedni mężo­wie nie byli roz­mowni, wspo­mi­nała cierpko. A ponadto Klau­diusz na pewno nie będzie sta­wał do wyści­gów rydwa­nów ani nie popro­wa­dzi legionu do bitwy. Był za to dosta­tecz­nie silny tam, gdzie to miało zna­cze­nie. On…

– Jesteś p-pewna z t-tym imie­niem? – zapy­tał nagle, pod­no­sząc wzrok i patrząc na nią. – Kiedy przy­łożę moją p-pie­częć, to już nie będzie odwrotu. Fakt przy­spo­so­bie­nia z-zosta­nie wpi­sany d-do… – Mimo wiel­kiego wysiłku nie był w sta­nie dokoń­czyć zda­nia, aż wresz­cie nie­malże wypluł słowo „reje­strów”.

Agry­pina nachy­liła się ku niemu, pozwa­la­jąc mu roz­ko­szo­wać się wonią, którą wokół sie­bie roz­ta­czała. Męż­czyźni zawsze wie­dzieli, że dopiero co prze­szła przez jakieś wnę­trze. Ole­jek przy­wie­ziony dla niej z samego serca Egiptu był tym samym, któ­rym Kle­opa­tra per­fu­mo­wała szyję i uda. Jedna bute­leczka była warta wię­cej niż jej waga w zło­cie, ale Agry­pina wprost uwiel­biała tę piż­mową, zmy­słową woń, tak dzia­ła­jącą na Klau­diu­sza. Który prze­cież był nie tylko rzym­skim cesa­rzem, ale także egip­skim fara­onem.

Kiedy się pochy­liła nad jego ramie­niem, wie­działa, że on zerka na jej wdzięcz­nie skle­piony kark, że zagląda za stolę, chcąc zoba­czyć piersi. Miała już dobre trzy­dzie­ści lat, wciąż jed­nak sły­nęła z urody, za to Klau­diusz koń­czył w tym roku sześć­dzie­siąt lat. Wdy­chał jej zapach, a ona z nie­winną miną czy­tała doku­ment i kiwała głową, uda­jąc, że nie zauważa jego aten­cji.

– Jest, jak zasu­ge­ro­wa­łeś, Klau­diu­szu. „Neron”… po moim bra­cie. Potem „Klau­diusz”, żeby uho­no­ro­wać cie­bie, i dopiero dalej imiona z mojej rodziny. Czyli „Cezar” ozna­cza­jący ród, „August” rodzinę i „Ger­ma­nik” po moim ojcu. Neron Klau­diusz Cezar August Ger­ma­nik. Dobre imiona, bo łączą stare z nowym.

– Mam t-tylko nadzieję, że on sobie na te imiona z-zasłuży… – wyją­kał Klau­diusz.

Gdyby powie­dział to szybko, zabrzmia­łoby jak żart, ale wypowie­dział to z ogrom­nym wysił­kiem i Agry­pina zmu­siła się do uśmie­chu. Jej syn jedy­nak przy­cią­gał kło­poty, wywo­łu­jąc chaos wszę­dzie tam, gdzie się poja­wił. Wie­działa lepiej od cesa­rza, jaka długa droga jesz­cze ich czeka. Jed­nakże zauwa­żyła, że Klau­diusz nie pod­pi­sał się na doku­men­cie. Był wykształ­co­nym czło­wie­kiem, nie potrze­bo­wał sygnetu z pie­czę­cią. A jed­nak nie wpi­sał swego imie­nia na tej bia­łej kar­cie, dla­tego jej syn nie nale­żał jesz­cze do rodziny cesar­skiej, ani też nie był przez nią chro­niony.

Świad­kami adop­cji jej syna Lucju­sza Ahe­no­barba do rodziny cesar­skiej było dwóch sena­to­rów. Agry­pina czuła ich zmie­sza­nie, kiedy uklę­kła u boku męża i unio­sła ku niemu oczy, oparł­szy rękę i pod­bró­dek na jego obna­żo­nym udzie. Nie zwra­cała uwagi na obec­ność pozo­sta­łych, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na mężu, jakby w tej kom­na­cie byli tylko oni dwoje. Klau­diusz wycią­gnął rękę i pogła­dził ją po wło­sach.

– On przy­nie­sie zaszczyt Rzy­mowi, a także tobie, mój mężu – zapew­niła cichym gło­sem.

A mimo to nie pod­pi­sał! Chciał ją zmu­sić, by od nowa się­gała po te wszyst­kie argu­menty, które przy­wo­łała po zarę­czy­nach i pod­czas pierw­szych mie­sięcy mał­żeń­stwa? Pra­co­wała nad Klau­diu­szem jak rzeź­biarz, w łożu i poza nim, jako żona, jako matka, zawsze wtedy, gdy cze­goś od niej potrze­bo­wał. Od dawna czuła, że dzięki jej zabie­gom on mięk­nie niczym świeca pozo­sta­wiona na słońcu… a jed­nak wciąż znaj­do­wał jakiś powód do zwłoki. Zasta­na­wiała się cza­sami, czy Klau­diusz przy­pad­kiem nie czer­pie roz­rywki z tego, że ona też cze­goś od niego potrze­buje i że zrobi abso­lut­nie wszystko, byle posta­wić na swoim. Może to mu wręcz spra­wiało jakąś przy­jem­ność. Może tak rekom­pen­so­wała sobie to, że koń­czyła za niego zda­nia albo że musiał pła­cić rachunki za ogromną willę, którą budo­wała dla sie­bie na wybrzeżu. Mia­łaby miesz­kać w sza­ła­sie?

Prze­krzy­wiła lekko głowę. Dotknęła wło­sami jego uda, wie­dząc dosko­nale, jak zare­aguje na to jego wyobraź­nia. Ni­gdy nie eks­cy­to­wała się miło­ścią, a w każ­dym razie nie tak jak męż­czyźni. Może za wcze­śnie wyszła za mąż albo jej pierw­szy mąż trak­to­wał ją zbyt bru­tal­nie – nie wie­działa. Bywało, że spra­wiały jej przy­jem­ność pro­ste fizyczne zma­ga­nia, jakby przy­mu­szała jakie­goś konia do galopu, spo­cona i czer­wona pod sam koniec. To, czego życzył sobie Klau­diusz, wyma­gało zale­d­wie odro­biny pracy, a ona w zamian dosta­wała po pro­stu wszystko. Dla­tego wytrzy­my­wała jego sapa­nie, to że koły­sał się tam i z powro­tem, aż w końcu miała ochotę go zepchnąć z sie­bie, strą­cić jak jakie­goś robaka.

Wpiła palce w jego udo. Dziw­nie było poczuć, że on ma tam jakieś mię­śnie. Bo prze­cież nie dorów­ny­wał posturą ani jej pierw­szemu, ani dru­giemu mężowi. Tamci od dziecka jeź­dzili konno i masze­ro­wali, dzięki czemu mieli silne i umię­śnione nogi. Klau­diusz był chud­szy, ale co z tego? Czuła, że jej dotyk go pod­nieca, i zauwa­żyła głę­boki rumie­niec wypeł­za­jący mu na kark. Cesarz wyko­nał pół­ob­rót, jakby zamie­rzał ode­słać sena­to­rów. A jed­nak nie pod­pi­sał! To kry­zys, dotarło do niej. Wstała i ująw­szy go za rękę, popro­wa­dziła ją po raz kolejny w stronę per­ga­minu.

– Dopil­nuję, by przy­niósł ci zaszczyt – zapew­niła.

Klau­diusz ski­nął głową, a jego roz­go­rącz­ko­wane spoj­rze­nie dowo­dziło, że w gło­wie ma natłok myśli. Naba­zgrał swoje imię i tytuł z zawi­ja­sem; przy­glą­dał się, jak sena­to­ro­wie kolejno pod­cho­dzą, by dodać swoje pod­pisy, i posy­pują pia­skiem atra­ment, aby nie prze­siąkł przez per­ga­min.

– Jestem wam o-obo­wią­zany, sena­to­ro­wie – powie­dział Klau­diusz, po czym odpra­wił ich wszyst­kich, nie odry­wa­jąc wzroku od oczu żony.

Agry­pina znowu się umo­ściła na posadzce, upo­dab­nia­jąc na chwilę do kwiatu, gdy jej szaty unio­sły się dookoła niej. Sena­to­ro­wie pośpiesz­nie wycho­dzili z sali, a ona widziała, że jej mąż jest roz­na­mięt­niony. Czuła ulgę, zado­wo­le­nie i zara­zem wyczer­pa­nie pod wpły­wem wygra­nej bitwy. Nad­szedł czas, by znów poga­lo­po­wać po tej łące. Zaczęła zsu­wać szatę, obna­ża­jąc ramiona, gdy tym­cza­sem Klau­diusz przy­glą­dał jej się chci­wie. Spoj­rzała na niego, naga i bez­bronna, a on wtedy wstał od biurka.

– Dzię­kuję ci, Klau­diu­szu – powie­działa.

Lucjusz szedł obok dwóch przy­ja­ciół, klnąc szpet­nie i wście­kle kle­piąc się po ciele. Został uką­szony w kil­ku­na­stu miej­scach i cały zwi­jał się z bólu. Nie­na­wi­dził os! Te stwory nie są takie durne jak żuki czy mrówki. Nie, są pod­stępne i zło­śliwe, wyro­iły się przed nim, gdy zgar­niał ich gniazdo w kawał szmatki. Obej­rzaw­szy się, zoba­czył, że kilka tych wście­kłych drani wciąż ich goni. Latały tak prędko! A ich gniazdo w kącie sta­rej szopy było dziw­nie białe i jakby papie­rowe, dla­tego myślał, że jest opusz­czone, ale kiedy dźgnął je kijem, ze środka wylała się wielka chmara, wyraź­nie chcąc ata­ko­wać. Z całego serca ich nie­na­wi­dził. Nawet nie dawały miodu ani w ogóle niczego. Jego nauczy­ciel mówił, że zja­dają mrówki, co na jakiś czas go zain­te­re­so­wało. Zasta­na­wiał się, czy nie zbu­do­wać minia­tu­ro­wej areny, z szyb­kami z prze­zro­czy­stego szkła, na któ­rej osy i mrówki mogłyby wal­czyć i w ten spo­sób dostar­czać roz­rywki jego przy­ja­cio­łom.

Szedł drogą zyg­za­kami, mocno się krzy­wiąc. Pre­cep­tor praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się już w małej izbie lek­cyj­nej, nie wąt­pił w to. Magi­ster Anik­tet był zawsze przy­go­to­wany i robił wykłady mło­dym uczniom o tym, że grzecz­ność naka­zuje przy­by­wać z wyprze­dze­niem. Ileż ten czło­wiek potra­fił gadać! Na bogów, mógł zmar­no­wać godzinę na dowolny temat. Swego czasu Lucjusz myślał, że to jego jedyna sła­bość, że wystar­czy, jak któ­ryś z chło­pa­ków zada wła­ściwe pyta­nie, to cała lek­cja prze­pad­nie, bo Anik­tet będzie udzie­lał odpo­wie­dzi, a oni trzej z wytrzesz­czo­nymi oczami będą uda­wali, że są zafa­scy­no­wani. Rzecz jasna w końcu zna­lazł jesz­cze jedną sła­bość. Dla­tego wła­śnie opła­cało się pozo­sta­wać czuj­nym, obser­wo­wać ota­cza­jący świat, czego nikt inny nie robił.

Obej­rzał się w stronę Otona, który trzy­mał drugi koniec skrę­co­nego gał­ganka. On też miał twarz spuch­niętą i pokrytą wiel­kimi różo­wo­żół­tymi pla­mami. Jego usta wyglą­dały jak nary­so­wane przez dziecko, z jedną wargą obrzmiałą do gra­nic absurdu. Lucjusz par­sk­nął śmie­chem na ten widok, ale Oton tylko prze­wró­cił oczami. Wszy­scy ucier­pieli. Wycho­dzi na to, że osy to wojow­ni­cze stwo­rze­nia, bar­dziej agre­sywne, niż to sobie wyobra­żali. Nikt nie mógł uciec przed ich gnie­wem, nawet naj­młod­szy z nich, Sere­nus, który pozo­stał na cza­tach przy drzwiach i w nagrodę za ofiar­ność został użą­dlony w powiekę. Czła­pał teraz za Lucju­szem i Oto­nem, wciąż się mocno krzy­wiąc.

Cesar­skie ogrody na Pala­ty­nie upra­wiała spora rze­sza nie­wol­ni­ków, zbyt wielu, by dało się zapa­mię­tać ich imiona, ale Lucjusz i jego kole­dzy stale się tam krę­cili, toteż znali kilku ogrod­ni­ków z widze­nia. I wie­dzieli, że gniazdo os w tej maleń­kiej szo­pie na dale­kim skraju ogrodu, dosko­nale przy­strzy­żo­nego i obsa­dzo­nego, jest czymś nie­ocze­ki­wa­nym. Dla­tego wła­śnie Lucjusz przy­stą­pił do dzia­ła­nia tego dnia – gniazdo mogło zostać zna­le­zione i usu­nięte w dowol­nej chwili. Po raz kolejny podra­pał się po ręce pokry­tej bąblami. Impro­wi­zo­wa­nie z kawał­kiem mate­riału słono ich kosz­to­wało, ale na­dal mogli się spo­dzie­wać, że było warto.

Ścieżka bie­gnąca przed nimi koń­czyła się przy raba­cie z zio­łami, jak przy­stało na ogród kuchni cesar­skiej. W powie­trzu uno­siła się inten­sywna woń liści lau­ro­wych, czosnku, cebuli i roz­ma­rynu, gdy szli ostroż­nie, uwa­ża­jąc, by ich brze­mię nie dotknęło gołej skóry któ­re­goś z nich. Lucjusz przy­glą­dał się zawi­niątku z fascy­na­cją. Dostrzegł maleń­kie kolce prze­bi­ja­jące się przez tka­ninę, bo te pod­stępne małe bestie pró­bo­wały żądlić wszystko, co się do nich przy­ci­snęło. Nie­malże podzi­wiał bez­myślną siłę ich wście­kło­ści.

Za pasem wypie­lę­gno­wa­nego traw­nika znaj­do­wała się salka szkolna. Lucjusz wie­dział, że rok wcze­śniej to pomiesz­cze­nie słu­żyło za maga­zyn. Wciąż czuło się w tym wnę­trzu zapach zżę­tej trawy i potu. Jego matka kazała tu wnieść drew­niane ławki, stół lśniący od oleju lnia­nego, tabliczki oraz kredę, któ­rych jej syn mógł potrze­bo­wać do nauki greki i łaciny. Spo­chmur­niał pod wpły­wem tej myśli, wyobra­ża­jąc sobie Anik­teta cho­dzą­cego tam i z powro­tem po salce i cmo­ka­ją­cego z nie­za­do­wo­le­niem. Ten czło­wiek miał małe stopy i stale dzi­wacz­nie podry­gi­wał, jak nauczy­ciel tańca albo jakiś śpie­wa­jący ptak. Już byli spóź­nieni. Nawet gdyby weszli w tym momen­cie, to i tak kazałby im zgiąć się wpół, po czym wychło­stałby ich giętką trzcinką, którą zawsze nosił przy sobie. Lucjusz raz ją ukradł i prze­ła­mał na pół, ale następ­nego dnia nauczy­ciel przy­niósł iden­tyczną trzcinkę i zbił go bez­li­to­śnie. Ten marudny czło­wie­czek zasłu­gi­wał na wszystko, co go miało spo­tkać.

Któ­re­goś dnia Lucjusz przy­pad­kiem spo­strzegł, że Anik­tet został użą­dlony przez osę, gdy za pomocą zwoju per­ga­minu pró­bo­wał ją wygnać za drzwi. I po chwili na oczach Lucju­sza i Otona cały zalał się potem. Dłoń mu nie­sa­mo­wi­cie napu­chła, palce przy­po­mi­nały wręcz doj­rzałe figi. Nic wtedy nie powie­dzieli, ale naro­dził się pomysł. Skoro tak zare­ago­wał na jedno użą­dle­nie, to w takim razie co się sta­nie, jeśli znajdą całe gniazdo i wrzucą je do izby lek­cyj­nej? Lucjusz podźwi­gnął wyżej skrę­ca­jące się brze­mię, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha, prze­peł­niony nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niem.

– Gotowi? – spy­tał cicho.

Poki­wali gło­wami. Oton był rok star­szy i nosił już togę viri­lis przy­słu­gu­jącą doro­słym męż­czy­znom. Twier­dził, że obma­cy­wał miej­scową dziew­czynę, czym zain­try­go­wał pozo­sta­łych dwóch, jakby w życiu o czymś takim nie sły­szeli. Któ­re­goś razu usie­dli razem na pniu zwa­lo­nego drzewa i Oton poka­zał Lucju­szowi, że ma wsu­nąć rękę pod suk­nię dziew­czyny i pogła­dzić ją po poślad­kach. Dziew­czyna z początku myślała, że to ręka Otona, dopóki Lucjusz nie ujął dłońmi jej głowy, aby ją poca­ło­wać. Wyni­kły z tego wrza­ski i bie­ga­nina, ale wciąż pamię­tał deli­kat­ność jej skóry i uczu­cia, jakie w nim to doty­ka­nie wzbu­dziło.

W nor­malny dzień, gdy nie było przy nich żad­nych kobiet, które tak odcią­gały uwagę, to Lucjusz sta­no­wił źró­dło zabaw i pomy­słów. Odcięty od moż­li­wo­ści wyka­zy­wa­nia się swymi doro­słymi doświad­cze­niami Oton bez słowa sprze­ciwu, wręcz z zado­wo­le­niem pozwa­lał, by Lucjusz wiódł prym. A że był naj­ro­ślej­szy z nich trzech, potra­fił wygrać bójkę z chłop­cami z mia­sta, gdy przy­cho­dziło co do czego. Było lato i żyło się cudow­nie.

Lucjusz uśmie­chał się od ucha do ucha, kiedy odwi­jali roz­huś­tane gniazdo. Osy już się wście­kały, co było widać po falo­wa­niu fałd tka­niny. Pod­niósł wzrok. Otwarte okno znaj­do­wało się w spo­rej odle­gło­ści od ziemi. Cała ope­ra­cja na pewno uda się dosko­nale.

– Jeśli coś nie wyj­dzie, to wiej­cie – syk­nął Lucjusz. Sam nie da rady sta­wić czoła kolej­nym wście­kłym osom, tak więc nie­za­leż­nie od tego, jak to się wszystko poto­czy, zamie­rzał pognać w stronę wzgórz.

Nagle zastygł w miej­scu. Jego plan, a on omal go nie zepsuł!

– Sere­nus, klin! Masz go jesz­cze?

Przy­ja­ciel pod­niósł klin w górę. Lucjusz zacze­kał, aż zro­zu­mie, że znaj­duje się nie w tym miej­scu co trzeba. Sere­nus zaklął i uciekł, zni­ka­jąc za budyn­kiem.

– Poli­czę do… trzy­dzie­stu – powie­dział Lucjusz. – Tyle wystar­czy.

Oton przy­tak­nął z ponurą satys­fak­cją. Kilka os już się wyrwało na wol­ność i peł­zły teraz po tka­ni­nie w stronę ich dłoni. Oton obser­wo­wał jedną, która docie­rała do jego kciuka, dono­śnie fur­ko­cząc skrzy­dłami, jakby chciała je roz­pro­sto­wać po okre­sie nie­woli. Gniazdo było wciąż scho­wane, ale gdy roz­su­płali tka­ninę… Nagle Lucjusz zasko­wy­tał, bo jedna z os go zaata­ko­wała.

– Wystar­czy – wark­nął. – Gotowi? Raz, dwa, trzy!

Z wiel­kim wysił­kiem cisnęli gniazdo luźno owi­nięte mate­ria­łem do wnę­trza salki. Wpa­dło przez okno do środka i gło­śno wylą­do­wało na posadzce. W tym momen­cie bzy­cze­nie znacz­nie się spo­tę­go­wało, po czym roz­legł się głos nauczy­ciela, naj­pierw pyta­jący, a zaraz potem gniewny i prze­ra­żony.

Lucjusz uśmiech­nął się sze­roko do przy­ja­ciela, nagle zapo­mi­na­jąc o bólu od użą­dleń.

– Zaraz się prze­kona, co też wle­ciało przez okno – mruk­nął. – Zoba­czy te osy i przy­po­mni mu się tamta ostat­nia. Zacznie ucie­kać…

Usły­szeli ryt­miczne łomo­ta­nie i zare­cho­tali. Wystar­czył jeden mały drew­niany klin i drzwi zostały zablo­ko­wane. Sere­nus kop­nął w nie od zewnątrz, powo­du­jąc, że uwię­zły w miej­scu. Nauczy­ciel wrza­snął ze stra­chu, ata­ku­jąc drewno, ale nie miał już jak uciec. Lucjusz zasta­na­wiał się, czy przyj­dzie mu do głowy rzu­cić się przez okno, ale prze­cież gniazdo wle­ciało tam­tędy wła­śnie. Osy bez wąt­pie­nia zagro­dzą mu drogę.

Kilka gniew­nie brzę­czą­cych owa­dów wyle­ciało przez okno na zewnątrz i Lucjusz z Oto­nem odda­lili się stam­tąd. Spo­tkali się z Sere­nu­sem przy wej­ściu do salki i jeden dru­giego wal­nął pię­ścią w ramię, na powi­ta­nie i wychwa­la­jąc się wza­jem. Za pierw­szym razem jedna osa dała im trzy dni wol­no­ści. Kiedy scho­dzili ze wzgó­rza, żeby buszo­wać po tar­go­wi­skach, uznali, że całe gniazdo z pew­no­ścią da im tydzień albo i dwa wol­nego, a może nawet jesz­cze wię­cej, jeśli Anik­tet się wresz­cie podda i wyprawi do swego domu.

Lucjusz chra­pał smacz­nie, kiedy drzwi do jego sypialni otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Wró­cił do sie­bie późną porą, a potem jesz­cze Oton przed­sta­wił mu dwie ze swo­ich ulu­bio­nych dziew­cząt. Wyda­wały się zain­te­re­so­wane zwa­li­stym mło­dzia­nem, który dopiero koń­czył trzy­na­ście lat i jesz­cze rósł, ale na policz­kach miał już cień zaro­stu. Chło­pięcą tunikę na męską togę miał zamie­nić dopiero za rok. Zain­te­re­so­wał się jedną z tych mło­dych kobiet, za sprawą jej opa­lo­nych nóg, oczu zręcz­nie obry­so­wa­nych koh­lem i tajem­ni­czą umie­jęt­no­ścią przy­ku­wa­nia jego wzroku. Laita. Zasnął z jej imie­niem na ustach i to wła­śnie ona prze­wi­jała się przez jego sny, roz­sy­pu­jąc się na kawałki niczym prze­wró­cony gli­niany dzban, kiedy czy­jaś silna ręka schwy­ciła go za stopę i wywle­kła z łoża.

Miał na sobie lnianą prze­pa­skę bio­drową i tunikę bez ręka­wów – noce bywały chłodne, bo sto kom­nat na Pala­ty­nie potra­fiło wysy­sać cie­pło z powie­trza. Poczuł, że coś go wle­cze, więc pochwy­cił koce i zwlókł je za sobą, dla­tego osta­tecz­nie zwa­lił się na posadzkę jak wielki, nic nie­ro­zu­mie­jący tobół. Przez chwilę leżał w tym koko­nie, po czym nagle się pode­rwał, ciężko dysząc i gotów się bić.

Pre­to­ria­nin Bur­rus popa­trzył z zain­te­re­so­wa­niem na szty­let w ręku chłopca. Mały musiał się­gnąć po niego, kiedy go wywle­kał z łóżka. Bur­rus zauwa­żył też, że syn Agry­piny nosi na nad­garstku bran­so­letę ze złota i pole­ro­wa­nej żywicy, z wężową skórą poły­sku­jącą pod powierzch­nią. Mówiono, że ten wąż ura­to­wał Lucju­szowi życie wiele lat wcze­śniej, kiedy skry­to­bójcy przy­byli do jego domu pod mia­stem. Być może dla­tego wła­śnie sypia ze szty­letem pod ręką, pomy­ślał Bur­rus.

– Odłóż ten nóż, synu. Twoja matka cię wzywa.

– I co z tego? Nie jesteś prze­cież pre­fek­tem pre­to­ria­nów, prawda?

Cen­tu­rion zbył to mil­cze­niem, ale Lucjusz wie­dział, że zdo­był nad nim prze­wagę.

– Nie jesteś i nie będziesz, dopóki Rufriusz nie uda się na eme­ry­turę. A może nawet i nie wtedy. Nie możesz tak tu wcho­dzić, kiedy śpię! Wynoś się.

Wyma­chu­jąc rękami, chło­piec pró­bo­wał go wygnać z kom­naty, co pew­nie podzia­ła­łoby na młod­szego brata albo nie­wol­nika. Bur­ru­sowi przy­po­mniała się bra­wura mło­dego pre­tora. Nie było to miłe wspo­mnie­nie i zare­ago­wał bar­dziej surowo niż zazwy­czaj, bo trzep­nął Lucju­sza po ręce, wytrą­ca­jąc mu nóż z gar­ści. Ostrze prze­le­ciało śli­zgiem po płyt­kach posadzki, a chło­piec zro­bił taką minę, jakby zamie­rzał się na niego rzu­cić.

– Cesarz jesz­cze się nie udał na spo­czy­nek – wark­nął Bur­rus. – To zna­czy twój ojciec, bo teraz już nim jest. Twoja matka przy­słała mnie, żebym przy­pro­wa­dził cię przed jego obli­cze, a ja jestem pre­to­ria­ni­nem i przy­się­ga­łem, że będę wypeł­niał roz­kazy człon­ków rodziny cesar­skiej. I będę to robić, choć­bym musiał prze­wie­sić sobie cie­bie przez ramię i zanieść jak owcę.

– Czego chcą? – zapy­tał Lucjusz.

Bur­rus zauwa­żył, że chło­piec tłumi złość, mru­żąc oczy. Nie były to złe reak­cje na to, że został obu­dzony. Naj­pierw nóż, potem opa­no­wa­nie, jak u doro­słego. Nie tego Bur­rus się spo­dzie­wał po synu Agry­piny. Uniósł brwi ze zdu­mie­niem.

– Chodź ze mną, to się dowiesz. Włóż san­dały. I ta tunika jest prze­po­cona, na twoim miej­scu też bym ją zmie­nił.

Lucjusz zbył te rady mach­nię­ciem ręki, po czym prze­cze­sał pal­cami gęste czarne włosy. Jest dobrze zbu­do­wany, pomy­ślał Bur­rus, umię­śniony i opa­lony, przez co wygląda jak wyrzeź­biony z oliw­ko­wego drewna. Nogi też miał musku­larne, co zapewne odzie­dzi­czył po bio­lo­gicz­nym ojcu. W innym życiu byłby z niego nie­zły żoł­nierz.

Bur­rus prze­rwał te oglę­dziny. Matka chłopca w życiu nie pozwo­li­łaby mu masze­ro­wać z legio­nem, ani też zostać woź­nicą rydwa­nów jak jego ojciec. Prze­wi­działa dla niego inną drogę. Piękne kobiety już taki mają przy­wi­lej, że robią, co im się podoba.

Zauwa­żył, że syn Agry­piny popa­truje na jego oka­le­czoną dłoń. Bur­rus uniósł ją, żeby chło­piec mógł się dobrze przyj­rzeć. Od lat ją ukry­wał przed wścib­skim wzro­kiem, trzy­ma­jąc za ple­cami w publicz­nych miej­scach, ale ostat­nio prze­stał.

Przy lewej dłoni bra­ko­wało mu dwóch pal­ców, małego i ser­decz­nego, bo zostały ucięte, co zresztą nie było wcale rzad­kim obra­że­niem w przy­padku legio­ni­sty. Bur­rus nawet niczego nie poczuł, kiedy go zra­niono, gdy wal­czył w Bry­ta­nii za cesa­rza. Był zado­wo­lony, że nie stra­cił całej ręki, bo legio­nowi medycy zbyt pochop­nie odrą­by­wali całe koń­czyny, sta­ra­jąc się w ten spo­sób uła­twić sobie pracę. Jego pre­to­riań­ski lekarz był Gre­kiem i za to Bur­rus dzię­ko­wał bogom. Ten czło­wiek doglą­dał go przez trzy tygo­dnie, sto­su­jąc okłady z chleba, pod­grza­nego wina i octu, codzien­nie wyci­ska­jąc ropę, dopóki nie poja­wiła się krew.

Bur­rus obró­cił swój szpon w jedną i drugą stronę. Został mu jesz­cze kciuk i tylko to się liczyło. Dzięki kciu­kowi mógł pod­nieść dzban albo uchwy­cić pas przy tar­czy. Mógł iść na eme­ry­turę i odejść z legionu, ale upar­cie peł­nił służbę, bo po pro­stu taki już był.

– Napa­trzy­łeś się do syta?

Chło­piec ski­nął głową, ale jakoś nie potra­fił ode­rwać wzroku.

– Bolało? – spy­tał.

Bur­rus par­sk­nął.

– Ależ skąd. No chodź już. Twoja matka czeka.

Cen­tu­rion z zado­wo­le­niem zauwa­żył, że chło­piec nie pro­te­stuje, tylko zrów­nuje z nim krok i tak oto ramię w ramię prze­mie­rzali razem kory­ta­rze zespołu pała­co­wego. Pre­to­ria­nin wymu­sił szyb­kie tempo, ale Lucjusz dorów­ny­wał mu bez zadyszki, idąc posu­wi­stymi kro­kami, jakby niczym się teraz nie przej­mo­wał. Jeśli udaje, to cał­kiem udat­nie, stwier­dził Bur­rus.

Sypial­nia chłopca znaj­do­wała się daleko od oso­bi­stych kom­nat cesa­rza. Wpraw­dzie na zewnątrz było jesz­cze ciemno, a jed­nak Bur­rus czuł coraz sil­niej­sze napię­cie w brzu­chu, w miarę jak byli coraz bli­żej. Na tych kory­ta­rzach pło­nęły niskie lampy na zdob­nych postu­men­tach z brązu i pole­ro­wa­nego drewna, zale­wa­jąc posadzki i ściany zło­tym świa­tłem. Na każ­dym rogu i przy wszyst­kich drzwiach stali pre­to­ria­nie salu­tu­jący na ich widok. Bur­rus przyj­mo­wał gesty i odpo­wia­dał na nie, mru­cząc tu i ówdzie słowa pochwał. Czuł, że chło­pak mu się przy­gląda.

– Znasz ich wszyst­kich? – spy­tał Lucjusz.

– Znam – odparł Bur­rus. – Jestem cen­tu­rio­nem od prze­szło dwu­dzie­stu lat. Dosta­tecz­nie długo, by nauczyć się na pamięć paru nazwisk.

– Ostatni pre­fekt pre­to­ria­nów ode­brał sobie życie – zauwa­żył Lucjusz. – A także poprzedni. Myślisz, że pre­fekt Rufriusz zrobi to samo?

Bur­rus dotarł do kory­ta­rza wio­dą­cego do pry­wat­nych kom­nat cesa­rza. Zaci­snął szczęki.

– Jestem pewien, że Rufriusz odej­dzie ze służby pełen pogody ducha i będzie doglą­dać swo­ich wino­ro­śli – mruk­nął. – Albo może umrze ze sta­ro­ści

Lucjusz uśmiech­nął się sze­roko.

– A wtedy ty sta­niesz na czele pre­to­ria­nów? – zapy­tał nie­win­nym tonem.

– Nie mam takich ambi­cji – odrzekł Bur­rus.

– Ale jeśli cesarz cię wybie­rze… – nasta­wał Lucjusz.

– Nie uchylę się, jeśli bogo­wie i cesarz mnie wybiorą. Ale poza tym to już niczego wię­cej nie pra­gnę.

– W takim razie to może ty odbie­rzesz sobie życie – stwier­dził Lucjusz.

– Nie­wy­klu­czone. Albo zro­bię wyją­tek od reguły, żeby tylko ci dopiec, gów­nia­rzu.

Lucjusz nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, choć otwo­rzył usta ze zdu­mie­niem. Kiedy pode­szli do drzwi, straż­nicy po obu stro­nach nagle sta­nęli na bacz­ność, alar­mu­jąc tych, któ­rzy znaj­do­wali się w kom­na­tach. Nie­wol­nicy otwo­rzyli skrzy­dła i Bur­rus razem z chłop­cem weszli do środka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Tyrant

Copy­ri­ght © 2025 by Conn Iggul­den

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Ewa Skrzy­piec

Foto­gra­fia na okładce: Carlo Bollo/ Alamy Ima­ges/BE&W

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Tyran, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-629-4

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer